Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Nowa przygoda osadzona w barwnym świecie Leszygrodu
W najdłuższą noc w roku mieszkańcy Leszygrodu przygotowują się do obchodów Szczodrych Godów. Pośród leśnych cieni, szeptów mamun i migotliwego blasku glinianego kogucika splatają się losy dzieci, duchów i bogów. Tam, gdzie rozbrzmiewa śmiech niemowlęcia, tli się nadzieja. A choć los bywa kapryśny — nie zawsze okazuje się okrutny.
Do chaty na skraju lasu, w której mieszkają Nawoja i Jaczewoj, zakrada się tajemnicza dziewczynka, która na polecenie Dziwożon porywa ich nowo narodzone dziecko. Zrozpaczona matka udaje się po pomoc do Jagi i razem wyruszają w niebezpieczną, mroczną podróż, by odzyskać chłopca.
Tymczasem Jaruga, rozdarta bólem po stracie córki, udaje się do świątyni w poszukiwaniu ostatniej iskry nadziei. Ryzykując wszystko, staje u bram Wyraju, błagając Welesa o ostatnie spotkanie z Dobrusią.
Z kolei Miłorad będzie musiał zmierzyć się nie tylko z gniewem dziadka, ale i z własnym sumieniem. Boleśnie przekona się, że nie wolno lekkomyślnie wzywać licha — bo każde wezwanie ma swoją cenę.
Powieść, którą można czytać bez znajomości innych tomów cyklu!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 378
Data ważności licencji: 7/25/2030
W serii Słowiańskie Światy do tej pory ukazały się:
Elwira Dresler-Janik
cykl Leszygród
Tom 1. Córki bogini Mokosz
Tom 2. Topielica z mokradeł
Tom 3. Opiekun lasu
Tom 4. Szczodry Wieczór
Anna Musiałowicz
Wyrzuciła ją rzeka
Ewelina Kasiuba
Wybranka boga słońca
Krzysztof Jagiełło
cykl Piast zdobywca
Tom 1. Przysięga
Tom 2. Wieszczba
Tom 3. Nawałnica
Robert Socha
Kwiat Peruna
Agnieszka Kulbat
cykl Dziedzictwo stróża Nawii
Tom 1. Wezwanie Żmija
Lucie Ortega
cykl Szept Moczarów
Tom 1. Światła nad moczarami
Agata Suchocka
Klątwa południcy
Copyright © by Elwira Dresler-Janik
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2025
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja
Magdalena Chrobok
Korekta
Dagmara Michalak
Skład i łamanie
Dariusz Nowacki
Projekt okładki
Mikołaj Piotrowicz
Konerwsja publikacji do wersji elektronicznej
Dariusz Nowacki
Wydanie elektroniczne 2026
eISBN 978-83-68742-12-1
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań
www.replika.eu
Dla moich synów,
Piotrka i Dominika,
kocham Was!
Pragnienia zrodzone w sercu z miłości
mają moc kropli wody, która drąży skałę.
I
JACZEWOJ
Roziskrzone drobinki śniegu przeglądały się w ostrych promieniach słońca, które dziarsko wyglądały zza grafitowych obłoków. Chmury piętrzyły się ponad wierzchołkami drzew i zwiastowały nadciągającą z północy śnieżycę. Roztańczone płatki trącane przez delikatne powiewy wiatru wesoło wirowały, wzlatywały w górę i kręciły się niespiesznie w powietrzu. Znudzone tańcem kleiły się do jasnych rzęs, kryły się w miedzianych włosach gotowe przytulić się do rozgrzanego karku mężczyzny, który niewzruszony przenikliwym zimnem ściskał w dłoniach ciężką siekierę. Skupiony na pracy naprężał skryte pod płócienną koszulą mięśnie ramion przy każdym kolejnym zamachnięciu, a na jego skroniach perlił się pot. Rytmiczne rąbanie dudniło na podwórzu otulonym białym puchem, a kolejne szczapy rozpołowionego drewna lądowały na dużej stercie. Potrzebowali sporego zapasu, żeby dotrwać do wiosny. Marzanna rozgościła się na ich ziemiach znacznie szybciej, niż się spodziewali, i przysypała śnieżną kołderką lasy oraz łąki, ścisnęła chłodem Leszygród, a wody Czerwonej Zatoki skuła lodem.
W wyobraźni Jaczewoja rozścielił się obraz długich wieczorów spędzonych przy palenisku. Pragnienie było tak przyjemne, że mężczyzna pozwolił mu trwać dłużej niż tylko jedno mrugnięcie powiek. Owładnięty marzeniem poczuł pokrzepiające ciepło na sercu, a chęć powrotu do domu głośno zawołała w duszy. Otarł rękawem wilgotne czoło i z satysfakcją powiódł wzrokiem po stercie drewna. Wykonał znaczną część pracy na dzisiaj i mógł odpocząć. Nie czekając, wyprostował plecy i odłożył siekierę na bok. W pamięci zachował myśl, że musi ją jutro porządnie naostrzyć, jeśli chce, aby praca szła sprawnie. Wziął kilka szczap ułożonych w wiklinowym koszyku i skierował kroki na wydeptaną w śniegu ścieżkę, która prowadziła w stronę domu.
Niewielka chata, którą postawił z pomocą przyjaciół na zgliszczach starego budynku, zaznaczała się wyraźnie na tle drzew. Przez ostatnie dziesięć wiosen las rozrósł się i stworzył gęstą ścianę, która osłaniała domostwo od tyłu. Bór konkurował jedynie z płaczącą wierzbą, która pełna wigoru odbiła od zwęglonego pnia po tym, jak przed laty trafił w nią grom Peruna. Długie gałązki zuchwale zaglądały teraz w okna, ale latem dawały przyjemny cień. W dni, gdy latawiec psocił w okolicy, szumiały przyjemnie, a w szeleście liści można było usłyszeć ukryte słowa. Mieszkańcy chaty z ochotą się w nie wsłuchiwali, natomiast w bezwietrzne dni sami snuli historie wyszeptane ze wspomnień, lecz dziś miała rozpocząć się zupełnie nowa opowieść, której nikt się nie spodziewał. Utkana z tęsknoty na osnowie miłości i domowego ciepła, które pojawia się w ten szczególny czas, jakim są Szczodre Gody.
Wszechobecna cisza napawała mężczyznę spokojem, była idealnym schronieniem przed wścibskimi spojrzeniami ludzi, którzy niechętnie zapuszczali się w tę okolicę w obawie przed dziką zwierzyną, rozbójnikami oraz leszym, który sprawował pieczę nad tymi terenami. W czasie, kiedy mrok przejmował władzę nad światłem, a noc stawała się długa i ciemna, powodów do strachu było znacznie więcej. Mieszkańcy portu, którzy spotykali się w karczmie, opowiadali, że w sercu lasu można spotkać bezwzględną panią zimy. Podobno Marzanna samotnie spacerowała po ośnieżonym lesie i wyczekiwała na zbłąkanego człeka. Tu słowa opowieści przywoływały rozmaite obrazy, ale nie było osoby, która mogłaby poświadczyć o ich prawdziwości, gdyż jeszcze nikt nie zdołał powrócić ze spotkania.
Jaczewoj, delektując się spokojem, uśmiechnął się i wszedł do chaty. Przyjemny zapach żywicy roztaczany przez jodłowe gałązki zawieszone pod powałą od progu wypełnił nozdrza mężczyzny. Przywołał przyjemne wspomnienia sprzed dziesięciu lat, gdy poznał swoje przeznaczenie. Obrazy z przeszłości niczym fala szarpnęły za wrażliwe struny duszy i niespodziewanie wypełniły serce nostalgią. Dobrze pamiętał, że sporo natrudził się, aby udowodnić swoją miłość i przekonać ukochaną do siebie. Nie było to łatwe. Nawoja należała do dziewczyn, które śmiało wypowiadały swoje zdanie i marzyły o przygodach. Rozejrzał się po izbie, lecz przywitała go tylko cisza. Wybudzona tęsknota za żoną oplotła się wokół ramion i ścisnęła za gardło. Szybko odsunął od siebie lęk, nie chciał, żeby zakorzenił się w sercu. Zbliżał się czas radości, rodzinnych spotkań i Jaczewoj zamierzał cieszyć się tymi chwilami. Odstawił kosz z drewnem i niespiesznie podszedł do paleniska, skąd biło przyjemne ciepło oraz aromat duszonych grzybów. Zamieszał drewnianą łyżką w kociołku i przymknął powieki. Zapach przywodził na myśl czasy dzieciństwa, kiedy wracał do domu z policzkami zaczerwienionymi od długiej zabawy na śniegu. Matka z radością witała go od progu i stawiała przed nim na stole miskę parującej zupy. Sama siadała na ławie naprzeciw i z czułością spoglądała, jak synek pochłania z apetytem całą porcję. Jaczewoj otworzył oczy, a uśmiech wypełzł na jego usta. Iskierki rozbłysły w zielonych tęczówkach, gdy dostrzegł niespodziewany ruch w kącie izby. To stara kocica wyskoczyła niespodziewanie zza sterty drewna i zbliżyła się do mężczyzny. Próbując zwrócić na siebie uwagę, okręciła się wokół jego nóg i głośno zamruczała. Niezadowolona, że nie zwraca na nią uwagi, przeciągnęła się i wydała z siebie głośne miauknięcie.
– Wiłka! – Pochylił się i pogłaskał aksamitne futerko na grzbiecie wygiętym w łuk. – Co byś chciała? – Udał, że nie rozumie przymilnych zabiegów kotki, która jak zwykle próbowała wyprosić kawałek aromatycznej słoninki.
Wiłka zamruczała i zniecierpliwiona trąciła głową jego nogę. Uśmiech rozbawienia ozdobił twarz mężczyzny. Znał dobrze upodobania kocicy, gotowa była prosić tak długo, aż dostanie swój przysmak. Nie umiał jej odmówić, miała już swoje lata, lśniące futerko miejscami przetykały srebrne nitki i najchętniej całe dnie spędzałaby w pobliżu pieca, ale jak trzeba było, potrafiła odstraszyć myszy ze spiżarni. Nieraz widział ją w akcji, sprężyste kocie ruchy nie zdradzały jej wieku.
– Ty mały łakomczuchu! – Uległ jej namowom i sięgnął do spiżarni po słoninę, z której odkroił dość spory kąsek.
Kotka zanęcona zapachem otarła się o nogę Jaczewoja, już nie mogła doczekać się uczty. W końcu mrucząc, pochwyciła przysmak i uciekła w odosobnione miejsce, aby pochłonąć zdobycz.
Tymczasem mężczyzna zajrzał do niewielkiej wnęki obok spiżarni. Wystarczyło, że odsłonił błękitną zasłonkę, a serce w jego piersi zabiło mocniej i poczuł przyjemną falę uczuć. Zbliżył się trzy kroki i znalazł się koło rzeźbionej kołyski. Wśród miękkich skór oraz dzierganych kocyków leżało niemowlę, które przebudzone wydawało ciche odgłosy. Jaczewoj pochylił się i ostrożnie wsunął dłoń pod plecki maleństwa. Opierając jego główkę w zgięciu łokcia, uniósł chłopca starannie owiniętego w zawiniątko, na którym widniały ochronne symbole wyszyte czerwoną nicią przez prababkę.
– Witaj, maluszku – szepnął i z czułością pocałował krągłą główkę pokrytą miedzianym meszkiem. – Nudziłeś się sam – zagadnął łagodnym głosem, a szeroko rozwarte oczy w odcieniu błękitnego nieba zapatrzyły się ufnie w twarz mężczyzny. – Przypominasz swoją mamę, gdy tak spoglądasz na ludzi z uwagą. – Opuszkiem palca połaskotał synka po nosku.
Ludomir, bo tak było na imię chłopcu, ściągnął brwi, otworzył buzię i kichnął trzy razy. Następnie szczęśliwy, że widzi ojca, zamachał rączkami wyswobodzonymi z zawiniątka. Czerwona tasiemka zawiązana na nadgarstku zaraz po narodzinach zamigotała, a na policzkach pojawiły się dwa dołeczki, gdy szczery uśmiech ozdobił buzię dziecka.
– Szkoda, że nie ma z nami twojej mamy, przegapiła twój pierwszy uśmiech. – Jaczewoj tęsknie rozejrzał się po izbie, lecz dostrzegł tylko Wiłkę, która najedzona z zadowoleniem wylizywała długie wąsy.
Mężczyzna, odganiając tęsknotę, przysiadł na skraju posłania i zanucił kołysankę, którą kiedyś śpiewała mu matka, a później jego siostra swoim synkom. Niespieszna melodia popłynęła z jego ust, otuliła ciasnym kokonem maleństwo i sprawiła, że ukołysany przymknął powieki. Błogi sen spłynął na chłopca, który bezpieczny w ramionach ojca usnął. Nie straszny był mu nawet wiatr, który wzmógł się na zewnątrz i natarczywie szarpał za postukujące głośno okiennice. Silne podmuchy przetaczały się po dachu, szukały szczeliny, aby wedrzeć się do środka. Na szczęście przed zimą Jaczewoj z pomocą przyjaciela zabezpieczył wszystkie szpary. Teraz mógł być spokojny, nie zagrażała im najgorsza zawierucha zesłana przez Marzannę. Martwił się jedynie o źrebną klacz, w każdej chwili mógł zacząć się poród. Od kilku dni była niespokojna, a dziś podczas porannego obrządku dostrzegł, że pękaty brzuch znacznie się obniżył i zaczęła się pocić. Była pierworódką i nie wiedział, czego może się spodziewać. W razie trudności nawet nie był w stanie sprowadzić kowala z portu, trakt został zasypany i nie zdążyłby wrócić na czas. Miał tylko nadzieję, że dworowy przyjmie pozostawioną w stajni ofiarę z chleba oraz owczej wełny i będzie roztaczał opiekę nad klaczą i jej nienarodzonym źrebaczkiem. Od dziecka widział, jak jego ojciec zawsze tak czynił, gdy któraś z klaczy była źrebna, i nigdy nie stracił konia. Jaczewojowi ciążyła na sercu odpowiedzialność za klacz, która niespodziewanie pojawiła się w ich zagrodzie po święcie plonów. Z początku nie chciał jej zatrzymywać w obawie, że może uciekła od stada należącego do bogatego kupca. Czasy były niepewne i bał się, że posądzą go o kradzież. Groziła za to surowa kara. Dyskretnie rozpytywał rybaków w porcie, tylko im mógł zaufać. Znali się od lat, połączyły ich wspólne interesy. Wraz z bratem Nawojki, Bolemirem, wozili do nich wyprawione skóry, a oni sprzedawali je dalej kupcom. Dzięki temu układowi nie musiał spotykać się z obcymi ludźmi.
Niestety liczne pytania nie przyniosły odpowiedzi i nie dowiedział się, skąd wzięło się w ich zagrodzie zwierzę. Wieść, że jest u niego źrebna klacz, szybko rozniosła się po Leszygrodzie i pojawiło się wielu chętnych, żeby ją odkupić. Jaczewoj wahał się, co zrobić w tej sytuacji. Propozycje były kuszące, sporo chcieli dać za konia, ale Nawoja go powstrzymywała. Kobieta polubiła białą klacz, którą nazwała Śnieżynką, gdyż miała białą sierść. Tłumaczyła, że pieniędzy nie potrzebują. Miała rację, nie żyli rozrzutnie, ale starczało im na jedzenie, odzienie, a nawet kupili kilka kóz i kur do obejścia. Klacz była piękna, ale Jaczewoj nie mógł uspokoić myśli. Zaczął przypuszczać, że jest jednym z dzikich koni, które żyły nad Czerwoną Zatoką. Podejrzewał, że mogła zostać odrzucona przez stado ze względu na nietypowe białe umaszczenie, jedynie między uszami widniała niewielka, ciemna plamka w kształcie gwiazdki. Próbował ją odprowadzić na wybrzeże, ale klacz za każdym razem wracała. Ostatecznie podjął decyzję po spotkaniu z nietypowym gościem. Dwornika ujrzał pierwszy raz, choć ojciec często powtarzał, że trzeba go szanować i składać mu ofiary, aby zwierzęta były zdrowe. Dobry duszek zapewnił Jaczewoja, że to on powinien zająć się klaczą, gdyż został wybrany.
W końcu mężczyzna zrezygnował z poszukiwań i zwierzę zostało z nimi, a on podziękował bogom za zrządzenie losu. Było to duże wyróżnienie, ale i odpowiedzialność. Musiał zadbać o klacz i o źrebaka, który w każdej chwili mógł się narodzić. Czuł, że powinien do niej zajrzeć, ale nie chciał zostawiać synka samego. Podniósł się z posłania i ostrożnie, aby nie zbudzić malca, odłożył go do kołyski. Ominął zdradliwą deskę, która zawsze trzeszczała pod jego ciężarem, i w myślach powtórzył, że na wiosnę musi ją wymienić. Wszedł do głównej izby, kiedy do środka wtargnął silny podmuch wiatru wraz ze śniegiem, który wdarł się za próg, nim zakutana w pelerynę kobieta domknęła drzwi. Strąciła z ramion biały puch i ściągnęła z głowy chustkę. U jej stóp zaraz pojawiła się kałuża, a wyszczypane od mrozu policzki zdradzały, że zbyt dużo czasu spędziła na mrozie. Mąż był przeciwny samotnym wędrówkom po lesie, szczególnie w taką pogodę, ale wiedział, że nie może jej tego zabronić. Nie chciał unieszczęśliwiać Nawojki, której dusza była niespokojna i potrzebowała chwili samotności. Z miłości do niego kobieta zrezygnowała z dalekich podróży i zgodziła się zamieszkać na ojcowiźnie, którą pozostawiło jej rodzeństwo. Z początku wzbraniała się i szukała wymówek. Jaczewoj wiedział, że wspomnienia były bolesne i będzie musiała z nimi żyć, ale w końcu ją przekonał, a wszystkie obawy rozwiało wspólne szczęście.
– Czy znowu rozpieszczasz naszego synka? – zapytała z uśmiechem i podeszła do męża.
Położyła dłoń na ramieniu Jaczewoja i wspinając się na palce, ucałowała go w policzek. Poczuł zimne wargi na skórze, lecz nie wzdrygnął się na ich dotyk. Objął żonę spojrzeniem. Nie lubił rozstań, nawet tych najkrótszych. Za każdym razem, gdy wymykała się do lasu, zazdrość nieśmiało zakradała się do jego serca, lecz potrafił ją stłumić w zarodku, nim urosła i zawładnęła zmysłami. Nie zamierzał ograniczać jej wolności, była jak dziki ptak, który musi mieć przestrzeń, żeby rozwinąć skrzydła. Przez niewolę straciłby ją bezpowrotnie. Z trudem, ale starał się nie narzekać na jej kolejne wędrówki do chaty leśnej baby, gdy za oknem szalała zima. Niepokój gnieździł się w jego duszy, a do głosu dochodziły obawy, że żona wplącze się w kłopoty i on nie zdoła jej z nich wyciągnąć. Już za wiele czasu stracili, kiedy związana obietnicą przez dziesięć lat tkała każdej wiosny koszulę demonowi wiatru. Latawiec wyznaczył tę cenę za informację i pomoc w odnalezieniu zaklętego w bursztynie serca topielicy. Nawoja bez chwili namysłu ją zaakceptowała. Pchana do działań chęcią odzyskania siostry zapomniała, że jej dola została ciasno spleciona z losem rudowłosego mężczyzny, którego ocaliła przed Śmiercichą. Byli sobie przeznaczeni. Jaczewojowi nie podobał się ten układ, ale nie miał nic do powiedzenia, nie mógł się przeciwstawić, inaczej straciłby ukochaną na zawsze. Dzięki uporowi Nawoi jej najmłodsza siostra odzyskała swoje serce i przestała być zjawą na mokradłach, a on wreszcie miał żonę dla siebie. Czy na pewno dla siebie? Uśmiechnął się w duchu na myśl o śpiącym w kołysce Ludomirze. To był ich mały synek, na którego tak długo czekali. Bezceremonialnie zawładnął ich całym światem, podporządkował swoim potrzebom.
– Gdzie tak błądzisz myślami? – Nawoja przyjrzała się z uwagą mężowi, który wyrwany z rozmyślań stał tuż przed nią.
Nawoja wiele by dała, żeby nie martwić ukochanego, ale pragnienie przygody, które zrodziło się w niej już w dzieciństwie, wciąż podsycało ciekawość, było jak niespokojny duch, który dobija się do zamkniętych drzwi. Nie potrafiła o nim zapomnieć, choć bardzo się starała. Próba, z której wyszła zwycięsko pod czujnym okiem leśnej baby, sprawiła, że wewnętrzny krzyk przycichł i potrafiła okiełznać niepohamowany upór przy zachowaniu względnej równowagi. Nauczyła się podążać za głosem serca i doceniła miłość ofiarowaną przez Jaczewoja. Teraz wstydziła się tego, jak bardzo wzbraniała się na początku przed rosnącym uczuciem. Jednak bywały takie dni, że porywisty podmuch wiatru z północy przyganiał porzucone pragnienia. Niepokój wypełniał myśli kobiety i potrzebowała oddechu od codziennych spraw. Miała nadzieję, że mąż zawsze będzie rozumiał tę potrzebę samotności i nie przestanie jej kochać. Czas spędzony z Jagą na rozmowach oraz zioła, które staruszka skrupulatnie parzyła jej do picia, sprawiały, że wracała do domu spokojniejsza, a wewnętrzny głos cichł.
– Cieszę się chwilą, którą podarował mi szczodry los, i sycę oczy twoim widokiem. – Jego głos nabrał głębokiej barwy, a iskierki rozbłysły w tęczówkach, które przybrały odcień leśnego mchu.
– Nie znudził ci się jeszcze przez tyle lat? – rzuciła od niechcenia, ale wprawne ucho Jaczewoja wychwyciło nutkę niepewności.
Pokręcił przecząco głową. Zapatrzony nie mógł oderwać spojrzenia od młodszej o jedenaście wiosen kobiety. W błękitnych oczach błyszczały jasne ogniki młodości. Wyciągnął dłoń i z czułością odgarnął kosmyk włosów, który opadł figlarnie na brew. Jego gest wywołał uśmiech na twarzy ukochanej. Ciepło rozlało się na sercu mężczyzny, miłość, którą darzył żonę, wypełniła go od środka. Nie wytrzymał, pochylił się, a ciepłe wargi musnęły rozchylone usta kobiety. Objął ją mocniej w pasie ramieniem i przyciągnął do siebie. Delikatny pocałunek przerodził się w namiętny. Palce męża wplotły się we włosy Nawoi, a druga dłoń niespiesznie pogładziła delikatny policzek, który nabrał rumieńców. Wreszcie byli we dwoje, tak blisko siebie. Wyobraźnia Jaczewoja podsuwała kolejne obrazy, widział ich oboje leżących pod ciepłymi skórami na miękkim posłaniu, gdy rozległo się niespokojne kwilenie Ludomira. Chłopiec doskonale wiedział, jak zagarnąć dla siebie uwagę matki i budził się w najmniej oczekiwanym momencie.
– To chyba tyle z naszych chwil – westchnął Jaczewoj z nutą rozczarowania, gdyż nie zdążył jeszcze rozsmakować się w namiętności, a już musiał wypuścić żonę z objęć. – Ludoś jak zwykle potrafi wybrać właściwy moment na pobudkę.
Nawojka uśmiechnęła się przepraszająco i pospieszyła do kołyski, skąd dobiegał niecierpliwy płacz. Wiedziała, że to pora karmienia, a dziecko zgłodniało podczas długiej drzemki.
– Już dobrze, mój maluszku – przemówiła czule do Ludomira i biorąc go w ramiona, usiadła na posłaniu.
Rozżalony nieobecnością matki chłopiec jeszcze przez krótką chwilę popłakiwał, ale wystarczyło, że przystawiła go do piersi, a od razu zapomniał o rozłące. Wczepił się paluszkami w jej gruby warkocz i z cichym posapywaniem łakomie zaczął ssać. Co chwila słychać było, jak zachłannie przełyka mleko.
Jaczewoj stanął niedaleko i przyglądał się im obojgu z rosnącym w sercu uczuciem. Duma go rozpierała od środka, że ma tak wspaniałą rodzinę. Chociaż odkąd w ich życiu pojawił się malec, mieli bardzo mało czasu dla siebie. Ludomir pochłaniał bez skrupułów każdą wolną chwilę, jaką dysponowała Nawoja zajęta domem i gospodarstwem. Czasami Jaczewoj podejrzewał, że synek z premedytacją odbiera im te nieliczne momenty, ale nie potrafił się na niego gniewać. Był jego oczkiem w głowie, upragnionym dzieckiem, na które tak długo czekali. Nigdy nie stracił nadziei. Sen na jawie, który go nawiedził przed laty w jaskini na czarownej polanie, powracał w chwilach zwątpienia i przypominał zapowiedź przyszłości. Obrazy zatarte w pamięci ożywały i tak samo, jak tamtej nocy widział wyraźnie maleństwo, które trzymał w ramionach. Wdzięczny za pomyślną dolę nie potrzebował niczego więcej. Z przekonaniem, że czas umyka bardzo szybko i nim się obejrzy, chłopiec będzie już biegał, podszedł do żony. Pocałował ją czule w usta, a malca pogłaskał po główce.
– Zrobiłam twoją ulubioną zupę grzybową – zagadnęła męża w nadziei, że tak wynagrodzi mu chwile rozłąki. – Położę Ludosia i zjemy razem. – Spojrzała na Jaczewoja wyczekująco.
Czuła otaczający go niepokój. Na twarzy mężczyzny pojawiła się pionowa zmarszczka między brwiami i nerwowo przestępował w miejscu z nogi na nogę. Wahał się między obowiązkiem a chęcią spędzenia czasu z żoną.
– Najpierw zajrzę do stajni. Muszę sprawdzić, jak miewa się nasza Śnieżynka. Zbliża się jej czas. Rano była niespokojna – szepnął na swoje usprawiedliwienie, gdy już podjął decyzję i myślami uciekł do źrebnej klaczy.
– Weź kawałek podpłomyka dla dworowego! – poradziła żona z przekonaniem.
Podczas pobytu u Jagi miała okazję poznać dawne wierzenia, których ojciec surowo zakazał w ich domu. Dopiero wtedy zrozumiała, że opiekuńcze duszki potrafią zdziałać wiele dobrego.
Nawoja tęsknie zerknęła za ukochanym mężem, który znikł za drzwiami, po czym zanuciła synkowi kołysankę. Jaczewoj nie usłyszał już słów, zamieć naparła na niego od progu, cisnęła lodowymi grudkami do oczu i okręciła się wokół mężczyzny. Szarpiąc go raz w prawo, raz w lewo, a następnie pchając do tyłu, utrudniała pokonanie niewielkiej odległości dzielącej go od stajni. Narzucona na ramiona peleryna w jednej chwili pokryła się śniegiem, który zdążył nasypać się do butów sięgających połowy łydki. Mężczyzna prędko poczuł, jak owijki, które miał na stopach, nasiąkają wilgocią. Chłód dotknął jego skóry, a nieprzyjemny dreszcz przeszedł po karku. Przyspieszył kroku i po chwili dopadł do skobla, który uniósł zmarzniętą dłonią. Za sprawą silnego podmuchu wejście z trudem ustąpiło, więc gdy tylko zdołał je uchylić, wśliznął się do środka i zatrzasnął drzwi. Wiatr naparł na ściany, zahuczał wściekle, lecz nie odnalazł szczeliny, przez którą mógłby przedostać się do stajni, wszystkie były starannie zatkane mchem i gliną. Jaczewoj był zaradnym gospodarzem i dbał o dom wraz z obejściem. Podenerwowane kozy głośno zameczały, lecz głos mężczyzny sprawił, że prędko umilkły. Jeszcze przez chwilę zerkały niepewnie w półmrok, aż w końcu uspokojone zbiły się w gromadę na końcu pomieszczenia i wróciły do skubania siana. Jaczewoj zrzucił z ramion pelerynę i otrzepał ją ze śniegu. W rudych włosach jeszcze przez krótką chwilę skrzyły się drobne płatki, lecz szybko się roztopiły i spłynęły kropelkami na kark. Jedna z nich potoczyła się po policzku, skąd mężczyzna niedbale starł ją dłonią. Następnie odwiesił okrycie na kołek i sięgnął po gliniane naczynie pełne łoju, przygotował je kilka dni temu, gdyż wewnątrz stajni było ciemno, a w tej wyjątkowej sytuacji potrzebował światła. Podpalił knot, a przyjemny blask oświetlił pomieszczenie i wyostrzył kontury ciemnych zakamarków. Zanim podszedł do klaczy, wyjął z kieszeni kawałek podpłomyka, który zabrał z domu za namową żony. Znał stare zwyczaje i nie zamierzał kusić losu.
– Dworowy, dobry opiekunie obejścia, dbaj o moje zwierzęta, aby były zdrowe – szepnął i przyklękając na ziemi, położył przyniesiony podarek w rogu na płaskim kamieniu niedaleko wejścia.
Niewyraźny cień zamigotał i Jaczewoj gotów był przysiąc, że dostrzegł brodatego dziadka, który skradał się nieśmiało za snopkami siana. Nie zdążył zagadać do opiekuńczego ducha wciąż zajęty wypatrywaniem kształtów w półmroku, gdy złożona ofiara znikła. Usłyszał jedynie ciche mlaskanie, a uśmiech pojawił się na jego ustach. Dworowy połakomił się na żertwę, co dawało nadzieję, że prośba Jaczewoja zostanie wysłuchana. Opiekun obejścia nigdy nie zawiódł jego rodziny. W umyśle mężczyzny ożyły wspomnienia z dzieciństwa. Kiedyś z ciekawości zakradł się na polanę, aby podpatrzyć narodziny źrebaka. Skrył się w gęstych zaroślach, skąd widział w blasku płonącego ogniska ojca siedzącego w skupieniu na powalonym pniu. Mężczyzna uważnie obserwował leżącą wśród trawy klacz i w chwilach zwątpienia szeptał do niej, aby dodać jej siły i odwagi. Jaczewoj nie potrafił sobie przypomnieć słów, które wtedy krążyły wśród drzew, w młodości wydawały mu się magicznymi zaklęciami. Teraz dobrze wiedział, że to spokojny i kojący głos taty sprawiał, że zwierzę się nie bało.
Wziął głęboki oddech, podwinął rękawy koszuli i powoli podszedł do zagrody. Podenerwowana klacz zadrżała na dźwięk szeleszczącej pod jego stopami słomy i łapiąc w nozdrza dobrze znany zapach, odwróciła się do mężczyzny. Przestąpiła z nogi na nogę, jej oddech był ciężki, ciało miała spocone od wysiłku i rzucała łbem na boki. Zachowanie to utwierdziło go w przekonaniu, że poród zaczął się na dobre.
– Śnieżynko – szepnął i z kieszeni spodni wyjął kilka kawałków marchewki, aby bezpiecznie zbliżyć się do podopiecznej. Smakołyki przygotował specjalnie dla niej, wiedział, że za nimi przepada. – Śnieżynko, spokojnie, jestem z tobą – przemówił łagodnie i wyciągnął dłoń w jej stronę.
Zdenerwowana klacz poruszyła niespokojnie kopytem w rozścielonej na klepisku słomie i zadrżała. Zaniepokojone kozy odpowiedziały głośnym meczeniem, ich bystre oczy zerkały na zamieszanie, które miało miejsce w stajni. Śnieżynka parskała nieprzychylnie i czujnym spojrzeniem lustrowała Jaczewoja, który powoli się do niej zbliżał. Była półdzikim koniem o barwnym temperamencie. Na dźwięk nieznajomych szelestów łatwo się płoszyła, ale podczas galopu ścigała się ze śmiechem latawca, który tarmosił jej rozwianą grzywę i była nie do zatrzymania niczym śnieżna nawałnica. Na jej grzbiecie jeździec czuł się szybszy od wiatru. Był to wyjątkowy koń.
– Już dobrze, moja piękna. Zobacz, co mam. – Podsunął kawałki marchewki pod jej chrapy i dodał: – Dworowy nad tobą czuwa, ja też zadbam, aby zdrowy źrebak przyszedł na świat. – Łagodnie wypowiadane słowa przyjemnie wypełniały ciszę stajni i koiły nerwy Śnieżynki.
Obwąchała nieufnie jego rękę i ostrożnie złapała przysmak, następnie prędko schrupała. Rozochocona słodkim smakiem szturchnęła Jaczewoja łbem w ramię. Zaśmiał się i podał jej kolejną porcję. Wiedział, że tak można było ją udobruchać.
– Jesteś gotowa, żeby zostać mamą? – zapytał, choć wiedział, że klacz mu nie odpowie.
Pogłaskał ją z troską po miękkich chrapach, a palcami przeczesał długą grzywę. Śnieżynka uspokojona pochyliła łeb i pozwoliła, aby dotknął jej grzbietu. Następnie niepewnym ruchem pomacał pękaty brzuch. Wyczuł źrebaka, który na szczęście był prawidłowo ułożony. Tego obawiał się najbardziej, gdyż mały uparciuch długo trzymał ich w niepewności. Jednak teraz miał inne zmartwienie. Wody zdążyły odejść, nim przyszedł, i zaczynały się skurcze parte.
– Musisz się położyć – szepnął zachęcająco, gdy wtuliła w jego pierś pochylony łeb. – Połóż się – powtórzył, gdyż wiedział, że będzie to bezpieczna pozycja dla źrebaka oraz rodzącej.
Klacz parsknęła zaniepokojona, a z jej nozdrzy buchnęły białe obłoczki. Gryzł się, że Śnieżynka będzie nieugięta, znał jej krnąbrną naturę. Czasami opierała się najprostszym zabiegom podczas porannego obrządku, a co dopiero teraz, gdy po raz pierwszy rodziła swoje dziecko. Podenerwowany Jaczewoj otarł pot, który wystąpił na czoło pomimo panującego w stajni chłodu. Starał się z całych sił nie okazywać emocji w obawie, że ją spłoszy. Mogłoby to zaszkodzić rodzącej i źrebakowi. Nagle go zaskoczyła, położyła się na klepisku wyścielonym słomą. Dostąpił do niej przejęty. Nie był pewny, co powinien zrobić, jak jej pomóc. Kowal z portu, z którym rozmawiał jeszcze przed przesileniem zimowym, doradzał, aby tylko obserwować. „Klacz sama sobie poradzi” – powtarzał w myślach zasłyszane słowa, ale niepokój gniótł go na sercu. Po stajni rozchodziło się coraz głośniejsze męczenie kóz, które odzywały się w odpowiedzi na rżenie Śnieżynki. Targana silnymi skurczami klacz wierzgała kopytami i próbowała się podnieść.
– Leż spokojnie – szepnął. – To już niedługo. Jesteś silna. Wierzę, że dasz radę – zaklinał opanowanym głosem, aby ją uspokoić, choć jego nerwy były napięte do granic wytrzymałości.
Stał podparty o słupek i obserwował rozwój sytuacji. Nagle wstrzymał oddech, gdy w słabym świetle dostrzegł wyłaniającą się kończynę, a po dłuższej chwili kolejną.
– Dzielna dziewczyna! – zawołał podekscytowany, ale szybko powstrzymał swój entuzjazm, gdy pojął, że klacz czeka jeszcze spory wysiłek.
Z zapartym tchem Jaczewoj oczekiwał, aż pojawi się łebek, ale pomimo bóli partych nic się nie działo. Z każdą upływającą chwilą martwił się coraz bardziej o Śnieżynkę i jej dziecko. Słyszał od ojca, że gdy źrebak jest zbyt duży, klacz ma trudności z jego urodzeniem i dochodzi do zaduszenia malucha. Ostatecznie Śmiercicha wyrywała z garści gospodarzowi oba zwierzęta. Wiedział, że nie może do tego dopuścić, Śnieżynka była pod jego opieką, ufała mu, a uciekający czas działał na ich niekorzyść. Potarmosił bezradnie dłońmi rude włosy, gdy ogarnęła go bezsilność.
– Dworowy, pomóż! – jęknął zatroskany odgłosami bólu zwierzęcia, które traciło już siły. – W tobie moja nadzieja. Ocal ich oboje, proszę!
W tym samym momencie w odpowiedzi na błagalne wołanie Jaczewoj usłyszał cichy szept tuż nad uchem: „Odsuń się!”. Ktoś trącił go w ramię. Zdziwiony obejrzał się za siebie, lecz nikogo nie dostrzegł, jedynie niewielki cień przemknął pod ścianą i zakradł się do zagrody, w której leżała zmęczona klacz. Ledwie dyszała z wysiłku, oczy miała do połowy przymknięte, białą grzywę zmierzwioną. Mężczyzna niepewnie wycofał się dwa kroki, ale nie spuszczał z oczu Śnieżynki. W nikłym świetle dostrzegł, jak zamglony obraz człowieczka nie większego od pięcioletniego dziecka pochyla się nad koniem. Z przejęciem obserwował jego poczynania. Nagle kontury opiekuna obejścia stały się wyraźne, czarne oczy rozbłysły pod krzaczastymi brwiami, a na twarzy naznaczonej głębokimi zmarszczkami odmalowało się zmartwienie. Opiekun pogładził delikatnie Śnieżynkę po boku, szepnął niezrozumiale, jakby coś jej tłumaczył. Klacz spokojnie słuchała, a na koniec skinęła łbem, dając przyzwolenie. Brodaty dworowy sięgnął za połę starej kapoty, skąd wyjął zwinięty sznur. Założył jedną pętlę na wystające kopytko, to samo uczynił z drugą nóżką. Chwycił końce liny i w chwili, gdy bóle się nasiliły, ostrożnie pociągnął. Klacz zarżała, a dziadek z gęstą brodą sapnął z wysiłku. Jaczewoj, który ledwie oddychał z przejęcia, zauważył skryty pod błonami nos. Serce zabiło mocniej w jego piersi.
– Śnieżynko, daj z siebie wszystko – poprosił, zaciskając dłonie w pięści i przypomniał sobie poród żony sprzed trzech pełni księżyca.
Narodzinami syna również był podenerwowany, ale przy Nawoi czuwała leśna baba, która znała się na tych sprawach. Z pomocą Jagi Ludomir urodził się szybko i bez komplikacji. Teraz mężczyzna był wdzięczny, że nie jest sam i ma przy sobie dworowego, który wiedział, jak postępować w trudnych sytuacjach.
– Piękna, nie poddawaj się, jeszcze chwila i będziesz miała u swojego boku źrebaczka – zachęcał spokojnym głosem w nadziei, że to pomoże klaczy zebrać resztki sił.
Śnieżynka uniosła łeb, ciemne oczy wlepiła w mężczyznę, jakby rozumiała, co do niej mówi. Wpatrywała się w niego, a ślina spieniła się na jej pysku z wysiłku. Czuł, że długo nie podoła tej walce, z każdą chwilą słabła. Nieopisany strach go ogarniał, a odpowiedzialność ciążyła na sercu. Zwierzę mu zaufało i liczyło na opiekę.
– Dworowy – szepnął, aby nie wystraszyć konia – wszystko w twoich rękach. Nie dopuść, aby Śmiercicha ich pochwyciła w swe skostniałe palce. Wysiłek twój wynagrodzę szczodrą ofiarą.
Opiekunowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zakasał rękawy lichej kapoty i zabrał się do działania, ale nie dla zasłyszanych obietnic, tylko przez wzgląd na obowiązek. Zatarł duże jak na tak małego człowieczka dłonie i okręcił sznur wokół nadgarstków, następnie z wyczuciem zaczął wyciągać źrebaka. Na pomarszczoną twarz starca wystąpiły kropelki potu, poczerwieniał z wysiłku i ciężko zaczął sapać. Sznur bezlitośnie wpijał się w jego ręce, lecz nie zamierzał zrezygnować. Zaparł się bosymi stopami o klepisko i pociągnął. Śnieżynka zarżała głośno i pośród odgłosów podenerwowania i bólu pojawił się wreszcie łeb źrebaczka. Dworowy odgarnął błony płodowe z jego pyszczka i ostrożnie wyciągnął resztę ciała. Zwierzaka wciąż połączonego pępowiną z matką ułożył na miękkiej słomie, pochylił się nad jego uchem i szepnął. Konik cicho parsknął, następnie zarżał i wierzgnął kopytkami.
– Mamy dorodnego ogiera – powiedział dumnie opiekun obejścia.
Zaciekawione nieznanymi odgłosami kozy zbiegły się prędko. Wcisnęły łby między deski zagrody, aby przyjrzeć się kolejnemu mieszkańcowi stajni. Jaczewoj również zbliżył się do nowo narodzonego konika i ściągnął resztki błon z jego głowy. Źrebak zuchwale trącił nosem jego rękę, następnie obwąchał palce. Zmęczony długim porodem był głodny i szukał mleka.
– Czekaliśmy na ciebie – przemówił mężczyzna łagodnie. – Piękny będzie z ciebie ogier. – Pokiwał głową z zadowoleniem, widząc gęstą grzywę i błyszczące oczy. – Śnieżynko – odezwał się do klaczy, która spokojnie leżała. – Urodziłaś pięknego karego źrebaka, ale po tobie ma tylko białą plamkę na czole. – Wziął wiązkę świeżego siana i zaczął wycierać ciało ruchliwego konika ze śluzu.
Gdy tylko pępowina sama się zerwała, mały za wszelką cenę postanowił wstać. Długie i chude nóżki rozjeżdżały się na boki i wyglądał nieporadnie w swych próbach. Duża głowa kiwała się na smukłej szyi i przeważała do przodu, przez co upadł kilka razy na klepisko. Jednak nie poddał się, już w pierwszych chwilach jego życia widać było, że wyrośnie z niego niezły uparciuch. W końcu dopiął swego i zbliżył się do matki, która z dystansem go obwąchała. Głodny osesek przytulił się do niej w poszukiwaniu pokarmu, lecz Śnieżynka podniosła się na nogi i odsunęła się na bok. Dworowy dostrzegł jej zachowanie i zaniepokojony, że matka może odrzucić młodego, podszedł do klaczy. Wskoczył na jej grzbiet i głaszcząc po długiej grzywie, snuł swoje szeptanki pochylony nad jej uchem. Koń z początku parskał i złościł się, ale opiekun nie ustępował. W końcu temperament klaczy osłabł i zgodziła się dopuścić do siebie źrebaczka. Maluch radośnie mlasnął językiem i z małą pomocą Jaczewoja odnalazł wymiona. Łakomie przyssał się i zaczął spijać siarę, która na początek miała zapewnić mu siłę oraz zdrowie.
– Swoje już zrobiłem – stwierdził dworowy, kiedy po kilku chwilach klacz urodziła łożysko.
Dobry opiekun przyjrzał się mu uważnie, wzniósł szeptankę i rozpłynął się w mglistych oparach, które spowiły kąt stajni.
– Dziękuję, dobry opiekunie! – zawołał mężczyzna niepewny, czy brodaty dziadek go usłyszał. – Wynagrodzę ci twój trud i zaangażowanie!
Obiecał sobie, że nie poskąpi żertwy za udzieloną pomoc. Miał zamiar przynieść spory kłębek owczego runa oraz kawałek chleba. Dobrze wiedział, że gdyby nie pomoc dworowego, mógłby stracić oboje. Sytuacja nie wyglądała ciekawie, źrebię było duże, a Śnieżynkę opuszczały już siły. Sama nie dałaby rady. Jaczewoj uszczęśliwiony, że klacz przeżyła poród, a źrebak jest cały i zdrowy, otarł łzę z kącika oka, zanim spłynęła po policzku. Wzruszenie dławiło mężczyznę w gardle. Podobną feerię uczuć przeżywał, kiedy Jaga podała mu nowo narodzonego syna i pierwszy raz ukołysał Ludosia w ramionach. W myślach dziękował bogom za łaskę. Czuł ich opiekę nad domostwem oraz rodziną. Szczęście im sprzyjało, a miłości mieli pod dostatkiem. „Byle do wiosny” – powtarzał jego ojciec i miał rację, jeśli przetrwają mrozy, a zapasów wystarczy im do przednówka, później będzie już tylko lepiej. Ludoś podrośnie, na zagonach wzejdą pierwsze zasiewy, w lesie pojawią się zioła i owoce. Rozmarzył się, zapominając, że zima dopiero się zaczęła i gotowa była pokazać, na co ją stać.
– Trzeba nadać ci jakieś imię. – Spojrzał na źrebaka w zamyśleniu, gdy drzwi do stajni zaskrzypiały i w progu wraz z zadymką śnieżną pojawiła się Nawoja.
Na widok żony zmęczenie ustąpiło i na twarzy mężczyzny pojawił się radosny uśmiech. Zajęty porodem nawet nie zauważył, jak czas prędko upłynął. Domyślił się, że minęło całe popołudnie oraz wieczór, skoro zatroskana żona przyszła po niego. Zaabsorbowany młodym źrebaczkiem nawet nie pomyślał, aby powiadomić Nawoję o cudzie narodzin w ich stajni.
– Myślałam, że o nas zapomniałeś i postanowiłeś spać dziś w stajni – rzuciła z przekąsem i ściągnęła z głowy chustkę, aby otrzepać z niej śnieg, który zdążył napadać podczas drogi z domu.
– Mamy małego ogiera! – zawołał dumnie, a złośliwość żony puścił mimo uszu.
Nawoja czasami lubiła ponarzekać, gdy za długo przebywał na polowaniu wraz z Bolemirem lub obrządek w stajni się bardzo przedłużał. Pytany tłumaczył się pilnymi sprawami. Kobieta była dociekliwa i podejrzewała, że mąż coś kręci. Pewnego razu zakradła się do stajni i zastała ukochanego siedzącego na zydlu w stajni. Zajęty był struganiem małych figurek w drewnie dla synka. Widok ten wzruszył Nawoję i postanowiła po cichu się wycofać, aby mu nie przeszkadzać.
– Uciekajcie! – Rozgonił ciekawskie kozy, które tarasowały przejście i podszedł do ślubnej.
Zwierzęta z głośnym meczeniem niezadowolenia wróciły na swoje miejsce, a Jaczewoj wziął żonę za rękę i w panującym półmroku podprowadził ją bliżej. Oczy kobiety rozbłysły iskierkami radości na widok karego konika, który zaciekawiony ich obecnością podszedł na chwiejnych nóżkach.
– Jaki on śliczny! – Pogładziła dłonią jedwabistą grzywę oraz miękkie chrapy.
Osesek wesoło parsknął na tę pieszczotę i przysunął łeb bliżej, aby nadstawić się Nawojce do głaskania. Ruch ten sprawił, że zachwiał się na nóżkach i trącił ją nosem w podbródek. Swoją nieporadnością wywołał u niej szczery uśmiech.
– Polubił cię – skwitował Jaczewoj, widząc, jak źrebak natarczywie domaga się uwagi.
– Taki pieszczoch mi nie przeszkadza. – Roześmiana kobieta zmierzwiła jego grzywę. – Wybrałeś już imię? – Odwróciła się do męża, który wpatrzony w zagrodę powoli pokręcił głową.
– Zastanawiałem się nad tym, gdy weszłaś do stajni – odrzekł po namyśle. – Zdam się na ciebie. Wymyśl jakieś – zachęcił żonę, która zawsze miała wiele pomysłów w zanadrzu i potrafiła go zaskakiwać.
Nawoja w zamyśleniu ściągnęła brwi, a skupienie wypełzło na jej twarz. Wiedziała, że miano musi być wybrane z rozsądkiem, aby nie kaleczyć charakteru zwierzaka i go nie ośmieszać. Było to tak samo istotne, jak wybór imienia dla dziecka, nad którym oboje długo się głowili, aż w końcu podjęli decyzję. Teraz równie mocno się starała, zależało jej na tym właściwym, ale w głowie miała pustkę. Nie to co ze Śnieżynką, tutaj przyszło jej łatwo. Chciała się już poddać. Pora była późna i zmęczenie dawało się we znaki, gdy usłyszała cichy szept: „Duszan”. Obejrzała się na męża.
– Coś mówiłeś? – zapytała zaskoczona, ale Jaczewoj pokręcił głową zajęty rozścielaniem nowej warstwy słomy.
Rozejrzała się po kątach, w których pełzały cienie, ale tam też nikogo nie dostrzegła. Wróciła do rozmyślań, lecz na próżno. Żadne imię nie pasowało do nowo narodzonego źrebaka.
„Duszan to dobre imię” – powtórzył głos. Nawoja gwałtownie się odwróciła i spojrzała w głąb zagrody. Między snopkami siana dostrzegła niewielką postać. Zrozumiała, że to dworowy. Skinęła głową na znak aprobaty i odezwała się do męża:
– Nazwijmy go Duszan. To dobre i mocne imię dla konika.
– Duszan? – powtórzył w zamyśleniu, drapiąc się po brodzie. – Niech tak będzie. Duszan! – Źrebak na dźwięk jego głosu zarżał i wesoło zarzucił łbem. – Wracajmy do domu, zgłodniałem i chętnie skosztuję twojej zupy. Tak pięknie pachniało w całej izbie. – Przypomniał sobie kuszący aromat grzybów.
– Trzeba było zjeść, jak jeszcze była. – Zrobiła zadziorną minę, wypominając mężowi odmowę wspólnej kolacji.
– Był cały kociołek! – Zaskoczony spojrzał na Nawojkę, a brzuch go zdradził głośnymi pomrukami.
– Dałam miseczkę domowikowi, bardzo mu smakowała. – Nie ustawała w droczeniu się z ukochanym.
– To już domowym duchom dajesz zupę, a dla męża nie masz strawy? – Westchnął w duchu niepocieszony, gdyż głód ściskał go w żołądku.
– Choć biedaku, może coś wyskrobię z dna garnka i nie zaśniesz głodny.
Wiedział, że żartowała. Lubili się tak droczyć, gdyż każde chętnie słuchało szczerego śmiechu drugiego. Jaczewoj dziękował bogom, że nie ma zołzy za żonę, a Nawoja nawet w zimie nie zapominała o suszonych bukiecikach kwiatów oraz ziół dla Mateczki Mokosz, aby podziękować za kochającego męża.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
