Leszygród. Syn Welesa. Leszygród, prequel - Dresler-Janik Elwira - ebook

Leszygród. Syn Welesa. Leszygród, prequel ebook

Dresler-Janik Elwira

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Początki historii osadzonej w barwnym świecie Leszygrodu.

W sercu Leszygrodu, osady ukrytej pośród pradawnych borów, splatają się losy ludzi i bogów. Ta słowiańska opowieść o dojrzewaniu, miłości i przeznaczeniu prowadzi przez świat, w którym nienawiść zmusza niewinnych do ucieczki, a dawne bóstwa nieustannie ingerują w ludzkie wybory. Tomiła, zmuszona wraz z innymi kobietami do schronienia się w Szepczącym Lesie, oraz Wyszomir, wygnany z rodzinnego domu, zostają brutalnie rozdzieleni, zanim zdążą nazwać rodzące się między nimi uczucie.

Po latach los ponownie splata ich ścieżki, a dawna miłość odżywa, niosąc nadzieję i groźbę gniewu bogów, którym złożono przysięgi. Leszygród staje się miejscem próby dla wiary, wierności i odwagi — w świecie, gdzie każde złamane słowo ma swoją cenę, a bogowie nigdy nie zapominają.

Powieść, którą można czytać bez znajomości innych tomów cyklu!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 382

Data ważności licencji: 12/18/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

 

W serii Słowiańskie Światy do tej pory ukazały się:

 

Elwira Dresler-Janik

cykl Leszygród

Tom 1. Córki bogini Mokosz

Tom 2. Topielica z mokradeł

Tom 3. Opiekun lasu

Tom 4. Szczodry wieczór

Prequel: Syn Welesa

 

Anna Musiałowicz

Wyrzuciła ją rzeka

 

Ewelina Kasiuba

Wybranka boga słońca

 

Krzysztof Jagiełło

cykl Piast zdobywca

Tom 1. Przysięga

Tom 2. Wieszczba

Tom 3. Nawałnica

Tom 4. Hańba

 

Robert Socha

Kwiat Peruna

 

Agnieszka Kulbat

cykl Dziedzictwo stróża Nawii

Tom 1. Wezwanie Żmija

Tom 2. Wola Żmija

 

Lucie Ortega

cykl Szept moczarów

Tom 1. Światła nad moczarami

 

Agata Suchocka

Klątwa południcy

Znamię wodnika

 

Anna Musiałowicz

Płachytka

 

Iwona Poczopko

Na imię mi zemsta

 

 

 

Copyright © by Elwira Dresler-Janik

 

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Redakcja

Magdalena Chrobok

 

Korekta

Eliza Orman

 

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2026

 

eISBN 978-83-68742-89-3

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Łukasza

i Tomka

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dola, przed którą uciekasz w popłochu,

może dopaść w każdej chwili.

 

 

 

 

 

 

 

I

 

WYSZOMIR

 

 

 

 

Rozkrzyczane mewy, które krążyły nad spienionymi falami, rozproszyły się po niebie, nim miasto obudziło się do życia. Wiatr przywiał chłodną bryzę znad Czerwonej Zatoki, a zamglone niebo zasnuły grafitowe chmury i gęsto kłębiły się nad głowami tłumu, który coraz bardziej podnosił głosy. Wilgoć wypełniła niewielką przestrzeń targu rybnego, złączyła się z dusznym smrodem rynsztoka i obiegła zgromadzenie. Ludzie żądni sensacji tłoczyli się jeden koło drugiego. Staruszki rozpychały się łokciami, ciekawskie dzieci zajęły pierwsze rzędy przy podeście, a liczne oczy utkwione były w chudym chłopcu, który stał na widoku w obdartej koszuli z brudnymi rękawami i liczył trzynaście wiosen. Po buzi nastolatka spływały obficie łzy i malowały się długie smugi brudu. Jasne włosy zmierzwione nad czołem sterczały na głowie, a błękitne oczy ze strachem spoglądały na zgromadzony motłoch. Zza pleców dobiegły krzyki tęgiego mężczyzny, który podenerwowany całą sytuacją wygrażał masywnym palcem w powietrzu i domagał się sprawiedliwości za rzekomą kradzież z pola. To on przywlókł do portu Wyszomira, który pełen lęku teraz kulił głowę w ramionach i nie potrafił wydusić ani słowa na swoje usprawiedliwienie.

Ludzie czekali niecierpliwie na dalszy bieg wydarzeń, a ich podniesione, pełne gniewu głosy wznosiły się nad placem. Umilkli dopiero, gdy na podest wszedł żylasty starzec w obszernej sukni ze zgrzebnego lnu i stanął wyprostowany niczym struna przed tłumem. Pogładził nerwowo długą brodę i powiódł mętnym wzrokiem po zgromadzonych. Z daleka większość z nich była tylko bezbarwną plamą, gdyż sokoli wzrok, którym szczycił się kapłan w młodości, zastąpiła starcza ślepota. Teraz tylko wyraźnie słyszał liczne głosy i mógł sobie wyobrazić, jak tłumnie zgromadzili się na miejscu. Wiedział, że to czysta ciekawość przywiodła ich pod pręgierz i z zapartym tchem czekali na wyrok. Podekscytowani ludzie miotali oskarżycielskie słowa, które krążyły z ust do ust niczym złowrogie zaklęcia. Jedne szeptano z niedowierzaniem i drżeniem w głosie, inne płynęły wartkim potokiem wykrzykiwane z gniewem i odrazą. Głosy podskakiwały na językach, wzlatywały w górę, aby zatańczyć w powietrzu i rytmicznie wystukać kolejne głoski. Nagle wszystkie szepty ucichły i ludzie nadstawili uszu, gotowi uchwycić każde słowo wypowiedziane przez kapłana.

– W naszym królestwie – zaczął żerca głosem twardym i donośnym – karą za kradzież jest ucięcie dłoni.

Szmer przeszedł przez tłum niczym powiew zimnego wiatru, a wszystkie spojrzenia zwróciły się ku starcowi. Nie musiał im tego powtarzać, każdy dobrze o tym wiedział. Pamiętali krwawą jatkę sprzed ponad dwóch tygodni, kiedy to kat odrąbał dłoń złodziejowi tuż nad nadgarstkiem. Mężczyzna ośmielił się ukraść z pobliskich straganów dwie ryby i bochenek chleba. Kiedy wlekli go pod topór, błagał o litość, łzy spływały mu po twarzy, lecz nikt nie ulitował się nad głodnym. Żerca niewzruszony opowieścią o głodującej rodzinie przychylił się do wyroku bez wahania. Zimna stal przecięła skórę, a kości pękły z trzaskiem. Krzyk bólu rozdarł powietrze i do dziś huczał echem między domami, gdy fetor przypalonego mięsa jeszcze długo wypełniał nozdrza świadków.

– Wielu z was będzie rozczarowanych – podjął żerca spokojnym, ale twardym tonem – lecz władca Leszygrodu okazał litość temu chłopcu. To jednak nie znaczy, że kara go ominie. – Zatrzymał wzrok na skulonym winowajcy, a w jego oku błysnęła iskra, kiedy oznajmił: – Dzieciak zostanie przybity.

Tłum zawrzał. Oburzone głosy miotały się za plecami starego kapłana, wzlatywały w górę i tańczyły nad rybnym targiem niczym chmura wściekłych ptaków. Atmosfera stężała od gniewu i ciężkiego oddechu tłumu. Mdła woń potu, alkoholu i niemytych ciał prześlizgnęła się wśród zebranych, którzy coraz bardziej napierali na podest. Wyszomir zadygotał z przerażenia, a spazmatyczny płacz wstrząsnął jego ramionami. Umorusaną buzię wykrzywił grymas rozpaczy. Spróbował się wyrwać z żelaznego uścisku, lecz kat wbił w jego ramię silne palce i bez trudu utrzymał chłopca w miejscu.

– Ja nic nie zrobiłem! – krzyknął w popłochu, gdy poczuł szarpnięcie.

– Teraz udajesz niewinnego! – zawołał tęgi mężczyzna i podparł się pod boki, jeszcze mocniej wypinając opasłe brzuszysko. – Przyłapałem tego hultaja na gorącym uczynku, jak buszował na zagonie kapusty! – krzyczał rozeźlony, nie przestając wymachiwać pięścią.

– Niczego nie ukradłem! – wyłkał przez łzy przerażony, ale nikt w to nie uwierzył.

Zdarzało się, że Wyszomir zerwał jabłko z sadu lub kilka śliwek z drzewa sąsiada, kiedy przechodził koło strumienia, ale nie kradł na polu. Próby wytłumaczenia, że tylko szukał gęsi, która zagubiła się po drodze, gdy prowadził stadko na łąkę, na nic się zdały. Zapłakał gorzko. Los od dziecka nie był dla niego łaskawy, wciąż pakował się w kłopoty. Cokolwiek by zrobił, jak bardzo by się starał, przeznaczenie zawsze zdawało się grać z nim w okrutną grę, w którą nie sposób było wygrać. Tym razem również nie stało się inaczej. Czuł, że coś nad nim ciąży, coś, czego nie był w stanie przebłagać. Czasem zastanawiał się, czy sam Światowid o czterech twarzach, strażnik dróg i losów ludzi, nie spogląda na niego z góry z szyderczym uśmiechem. Może jedna z jego twarzy darzyła go współczuciem, lecz inna zwrócona ku ciemności bawiła się jego cierpieniem i igrała z nim jak dziecko, które trzyma w dłoniach uwięzionego owada. Myśl, że bóg może wystawiać go na próbę dla własnej uciechy, napawała go lękiem. W takich chwilach serce ściskało mu się w piersi, a mięśnie drętwiały. Kara i ból zdawały się nieuniknione, zostały wpisane w samą nić jego losu, którą rodzanice uprzędły z obojętnością bogów i kaprysami ludzi. Zadygotał na ciele ze strachu oraz chłodu, który nadszedł od zatoki i wpełzł pod lichą koszulę, aby drasnąć pazurem skórę na wilgotnych plecach. Kropelki potu spłynęły po czole i przykleiły jasne kosmyki włosów do skroni. Wyszomir poczuł zdecydowane szarpnięcie za ramię. Wysoki mężczyzna odziany w skórzane spodnie i czarny kaptur zarzucony na głowę, który stał za nim jak cień, powlekł go przez podest i usadził na małym stołku plecami do pręgierza.

– Siedź spokojnie! – syknął niewyraźnie przez grubą tkaninę, która zasłaniała szczelnie twarz, i przykląkł na jedno kolano tuż przy drżących nogach chłopaka. – Jeśli się nie poruszysz, ból będzie znośny. – Cichy śmiech wydobył się przez zduszone gardło, kiedy przysunął twarz do ucha winnego i dodał: – Od ciebie zależy, czy nie wbiję tego gwoździa w twoją głowę.

Zalękniony Wyszomir jęknął, niemrawo pokręcił głową i przełknął ciężko ślinę przez wysuszone gardło, gdy kat pokazał mu przed oczami kawałek tępego metalu.

– Dobry chłopczyk. – Poklepał go po ramieniu i brutalnie złapał za głowę, aby przechylić ją do boku.

Wyszomir zacisnął powieki, a łzy popłynęły po policzkach i poczuł ich słony smak na ustach. Palce zwinięte w pięści wepchnął między kolana i przygryzł wargę tak mocno, że metaliczny posmak rozlał się na języku. Kat pociągnął za delikatny płatek ucha i przyłożył gwóźdź do skóry. Ciarki przeszły po plecach skazanego. Młotek stuknął w metal i gorący ból rozlał się w rozerwanej małżowinie. Nastolatek zaczął rozpaczliwie wyć świadomy kolejnego uderzenia. Miał ochotę zerwać się ze stołka i uciec, gdy świsnęło koło głowy i gwóźdź zatopił się jeszcze głębiej w płatku ucha. Boleśnie poczuł, jak kat połączył go z drewnianym pręgierzem, od którego nie mógł się oderwać.

– Gotowe! – oświadczył mężczyzna i prostując zgięte plecy, wstał z kolana. – Po zachodzie słońca możesz się zerwać! – Zaśmiał się głośno i szturchnął chłopca w bok.

Wyszomir zakołysał się na stołku i poczuł, jak metal szarpie za ucho i rozrywa cienką skórę. Ciepłe łzy wypłynęły spod powieki i mocniej przylgnął policzkiem do twardego drewna.

Ludzie oczekiwali srogiej kary, a decyzja żercy bardzo ich rozczarowała. Gdy tylko ostatnie uderzenie młotka ucichło, westchnęli ciężko zawiedzeni słabym widowiskiem i odwrócili się plecami do skazanego. Gotowi wrócić do nudnej codzienności, ruszyli do swoich zajęć. Zostały tylko nieliczne matki z nastoletnimi synami, które wytykały palcami zawstydzonego Wyszomira. Miał być przestrogą dla ich własnych dzieci, zanim zrobią coś głupiego i sami znajdą się na jego miejscu.

– Patrz! – wrzasnęła korpulentna kobieta, która trzymała swojego syna za kołnierz koszuli. – Tak kończą złodzieje! – Splunęła w stronę ukaranego chłopca i pociągnęła za sobą rozkrzyczaną gromadkę.

Wyszomir uniósł oczy i błagalnie spojrzał w niebo. Między ołowianymi chmurami przedzierały się nieśmiałe promienie słońca. Wiedział, że do wieczora jeszcze daleko, choć dni stawały się coraz krótsze, gdyż zbliżało się święto Mateczki Mokosz. Nie chciał nawet myśleć, jak zdoła się uwolnić. Najmniejszy ruch przeszywał jego głowę falą bólu, jakby gwóźdź wbity w ucho palił go rozżarzonym żelazem. Objął się ramionami, próbując powstrzymać dreszcze, gdy z żołądka wydobył się żałosny pomruk. Od rana niczego nie jadł. „Tata pewnie czeka ze strawą” – przemknęło mu przez myśl, a serce ścisnęło się boleśnie, gdy zapłakał głośno. Wiedział, że kara wymierzona przez kapłana to nic w porównaniu z tym, co spotka go w domu.

Biecław od śmierci żony sam dźwigał ciężar wychowania syna. Starał się zapewnić chłopcu jak najlepszą opiekę, ale był surowy, bardzo wymagający, a przy tym sprawiedliwy. Chciał uczynić z chłopca uczciwego człowieka, dlatego za każde przewinienie go karał, nie znosząc tłumaczeń ani łez. Lęk wpełzł w myśli Wyszomira jak jad. Bał się nie tylko gniewu ojca, lecz i tego, co czekało go w obejściu. Gąski, które rano zagonił na łąkę, mogły już dawno się rozbiec. Jeśli po zmierzchu zaatakuje je lis, ojciec nie zrozumie żadnych wyjaśnień. Przecież żerca, namaszczony przez samych bogów, już wydał wyrok. A kto ośmieliłby się sprzeciwić woli bogów?

Pierwsze ciężkie krople spadły z ołowianych chmur, które zasnuły niebo. Biała ławica rozkrzyczanych mew wzbiła się w górę i zatoczyła krąg nad wzburzonym morzem. Fale zaszumiały wśród skał, ściana wody runęła z hukiem na ziemię i rozlała się w mętnych strugach. Zimny deszcz kąsał chłopca po odsłoniętej skórze, która pokryła się dreszczami. Studził spuchnięte od płaczu policzki, zmywał strużki zakrzepłej krwi i sklejał zmierzwione kosmyki włosów. Pogrążony w rozpaczy Wyszomir nie dostrzegł, jak tuż przed nim wyłonił się wysoki mężczyzna w ciemnym płaszczu ociekającym wodą. Twarz skrywał głęboki kaptur, a w dłoni ściskał sękaty kostur. Stał nieruchomo i wyglądał niczym czarne widmo, które skrada się w koszmarach sennych i okręca się wokół szyi śpiącego.

– Nieźle narozrabiałeś, bratku – odezwał się nieznajomy ochrypłym głosem i nachylił się nad twarzą chłopca, aby przyjrzeć się ranie. – Wiesz, że słońce już zaszło. Czas wracać do domu.

Aksamitna ciemność od dawna rozścieliła się nad zatoką, a w oknach domów wzdłuż ulic połyskiwały żółte płomyki świec. Chłopak mruknął niewyraźnie i ledwie skinął głową pełen obaw, że poruszy bolącym uchem. Nieznajomy otoczony mrokiem wzbudzał w nim lęk, a zmęczenie wdzierało się pod senne powieki i marzył tylko o miękkim sienniku.

– Zatem na co czekasz? – zapytał mężczyzna, w jego głosie pobrzmiewała nuta rozbawienia.

– Nie mogę – jęknął – to boli.

Mężczyzna szybkim ruchem odrzucił nasączony wodą kaptur i przybliżył twarz do wystraszonej buzi chłopca. Białe włosy, długie do ramion w jednej chwili skleiły się w mokre strąki, a krople deszczu zaczęły spływać z wąskiego nosa na ziemię.

– Spójrz na mnie – nakazał, gdy chłopiec zacisnął powieki ze strachu. – Chcę ci pomóc.

Rozejrzał się uważnie, ale nikogo nie dostrzegł, mieszkańcy portu dawno schowali się w ciepłych domach i pozostawili ich samych w mroku nocy. Przestraszony Wyszomir bał się mężczyzny, ale usłuchał i wbił błękitne oczy w twarz nieznajomego. W słabym blasku płonącego ognia dostrzegł gładkie czoło i muśnięte słońcem policzki ledwie skryte pod zarostem. Nie był taki stary, jak przypuszczał, a jego stanowczy, ale ciepły głos budził w chłopcu nieśmiałą nadzieję.

– Kim jesteś? – wydusił ze szlochem i pociągnął nosem.

– Jestem wołchwem, synem Welesa – odpowiedział spokojnie i uśmiechając się delikatnie, przytrzymał jego głowę dłonią za czoło.

Wyszomir syknął, gdy ucho zabolało, ale widun nawet nie zareagował. Pewnym ruchem chwycił wystającą końcówkę gwoździa, zacisnął szczęki i mocno szarpnął. Metal drgnął i wysunął się z ciała. Chłopiec jęknął, gdy ciepła dłoń znów spoczęła przy uchu, żeby uspokoić jego strach.

– Już po wszystkim – oznajmił wołchw i pokazał uniesiony w palcach gwóźdź. – Oj, Wyszomirze, Wyszomirze! – Pokręcił z dezaprobatą głową. – Spróbuj więcej nie pakować się w kłopoty.

Wyjął z torby ziołowy specyfik i delikatnie posmarował świeżą ranę. Zapiekło, ale Wyszomir nie miał odwagi krzyknąć. Po wszystkim dzieciak docisnął dłoń do zakrwawionego ucha i wstał ze stołka. Od długiego siedzenia bez ruchu miał zesztywniałe nogi i kolana ugięły się pod szczupłym ciałem. Upadłby, gdyby wołchw nie przytrzymał go za ramię.

– Wracaj do domu – powiedział łagodnie. – Matka pewnie martwi się o ciebie.

– Mama nie żyje – wykrztusił przez drżące wargi, łzy spłynęły po policzkach, a z nosa pociekły smarki.

Płakał tak gwałtownie, że zdawało się, jakby wszystkie cierpienia tego świata zalały jego małe ciało. Nawet nie przypuszczał, że wspomnienie matki wywoła w nim taką falę bólu. Zmarła, gdy miał ledwie trzy wiosny, a jej obraz dawno rozmył się w mglistych wspomnieniach. Pozostała jednak pustka w sercu, której niczym nie potrafił wypełnić.

– Przykro mi – wyszeptał mężczyzna i poczuł się zakłopotany wobec jego rozpaczy.

Delikatnie objął chłopca ramieniem i wymówił kilka tajemniczych zdań, których sens znał tylko on. Moc nadana mu przez Welesa sprawiła, że słowa płynęły powoli, głaskały wstrząsane spazmami ciało dziecka. Były jak lepka pajęczyna, która oblepia umysł i usypia rozdygotane nerwy. Wyszomir nie rozumiał ich, lecz lęk zelżał, a on odważył się spojrzeć w duże oczy nieznajomego. Z początku budził w nim strach, teraz jednak wydawał się całkiem niestraszny. Nie był stary ani pomarszczony jak wszyscy widuni, których widział podczas obchodów Szczodrych Godów. Sprawiał wrażenie miłego.

– Zdradzisz swoje imię? – spytał, ocierając rękawem policzki i nos.

– Siroch – odparł mężczyzna i delikatnie potarmosił mokre włosy dzieciaka. – Należę do bractwa wołchów.

Wyszomir spojrzał uważnie i w rozcięciu tuniki widuna dostrzegł wężowy medalion, był to znak Welesa. Zafascynowany poczuł dreszcz. Gadzie oczy rozbłysły bursztynowym blaskiem i patrzyły prosto na niego. Nagle serce zabiło mu mocniej, a w głowie rozległ się niewyraźny szept, który zdawał się go przyzywać. Niepewny, czy to podszept przeznaczenia, otarł dłonią mokrą twarz.

– Zabierz mnie ze sobą – wyrwało się nagle z gardła Wyszomira, a wilgoć w słowach przywarła do jego ust pełna nadziei i rozpaczy.

Nie miał pojęcia, czemu wypowiedział na głos błąkającą się po głowie myśl. Może to ze strachu przed ojcem albo rodzące się w sercu pragnienie samo wyrwało się na wolność. Przecież nic nie wiedział o ich bractwie ani o Welesie, panu dusz, któremu służyli. Na sam widok wołchwów czuł tylko lęk i wolał trzymać się od nich jak najdalej.

– Jeśli taka będzie wola Weles, przyprowadzę cię, chłopcze, przed jego oblicze. Ale teraz nie czas na takie rozmowy. Porozmawiajmy przy kolejnym spotkaniu, gdy dola na to pozwoli. A teraz uciekaj! – zawołał, żeby przekrzyczeć szum deszczu i pchnął dzieciaka w mrok.

Wyszomir pomknął boso przez rybny targ, ślizgając się na mokrych kamieniach. Dłoń mocno docisnął do bolącego ucha i pożałował, że odważył się pomyśleć, iż widun mógłby go zabrać ze sobą. Nie był przecież synem kupca albo karczmarza, którego ktoś by w porcie znał. Biecław trudnił się handlem, lecz teraz nawet nie będzie miał czego sprzedawać, jeśli nie odnajdzie gęsi na łące. Na tę myśl trwoga go ogarnęła i przyspieszył kroku. Po szaleńczym biegu przemknął przez Bramę Chlebową, minął Strugę i wpadł na polanę, gdzie pozostawił ptactwo. Nerwowo rozejrzał się, ocierając mokre czoło. Wszędzie zalegał mrok, który pożerał drzewa oraz zagajniki. Obrócił się dookoła i jęknął cicho. Deszcz ustąpił miejsca lekkiej mżawce, a pękaty księżyc nieśmiało wyjrzał zza chmur. Nagle między sosnami błysnęło białe skrzydło i w noc popłynęło ciche gęganie. Uradowany Wyszomir zawołał swoje stadko i pognał je w stronę domu. Kiedy zamknął gęsi w stodole, odetchnął z ulgą, chociaż jedno zmartwienie przestało mu ciążyć. Ojciec nie będzie miał pretensji. Wszystkie ptaki były bezpieczne.

– Pora wracać – westchnął i ruszył w stronę domu.

Zatrzymał się przy pochylonym płocie. Podwórko tonęło w głębokich kałużach, ale nie woda była mu straszna. W jednym z małych okienek dostrzegł migoczący płomyk świecy i domyślił się, że ojciec wciąż czeka na niego. Zadrżał, gdy zimny podmuch wiatru smagnął go po plecach, a mokra koszula przylgnęła do ciała. Jasne włosy niczym len ociekały obficie wodą, która spływała po ramionach. Noc była czarna, powieki ciążyły od zmęczenia, a mimo to nie miał odwagi wejść do domu. Wiedział, że kara go nie ominie. Ojciec nie znosił nieposłuszeństwa i wymagał, aby syn sumiennie wypełniał swoje obowiązki. Głodny Wyszomir przestępował z nogi na nogę i wpatrywał się uparcie w płonącą świeczkę, jakby samym spojrzeniem mógł zgasić płomień. Powinien modlić się do bogów, lecz nie znał żadnej modlitwy. Matka nie zdążyła go nauczyć, a ojciec utracił wiarę, gdy ukochana żona zachorowała. Ofiary, błagania, modlitwy były na nic. Śmiercicha bez litości wydarła kobietę z jego ramion i zostawiła męża oraz dziecko samych.

W końcu płomień zgasł, a zmęczony Biecław położył się spać. Wyszomir przekradł się przez podwórko, omijając głębsze kałuże i stanął przed komórką na drewno. Ostrożnie uchylił skrzypiące drzwi i wślizgnął się do środka. Powitał go zapach wilgoci i jesiennej zgnilizny, ale nie miał wyboru. Nie chciał zbudzić ojca, a nie miał już siły tłumaczyć swojej nieobecności. Wiedział, że od kary się nie wymiga, lecz dziś nie potrafiłby znieść kolejnej. Nieraz żałował, że nie miał rodzeństwa, z którym mógłby dzielić się obowiązkami, a cała uwaga ojca nie skupiałaby się tylko na nim. Westchnął ciężko i zwinął się w kącie pośród drewna i rupieci. Zmęczenie szybko go otuliło, a sen porwał w swoje objęcia.

Śnił o radosnej zabawie nad rzeką, o pysznych jagodach i malinach z leśnego zagajnika. W marzeniach przemierzał nieznane zakątki Zaginionego Świata, przeżywał przygody, jakie mógłby przeżyć tylko na pokładzie łodzi. Czuł wiatr we włosach, słoną bryzę na twarzy, ciepłe promienie muskające policzki. Zadowolony biegał po piaszczystym brzegu, zanurzał nogi w spienionej wodzie, fale obmywały mu łydki i wyrzucały na brzeg jasne muszelki. Schylił się po jedną z nich, a wtedy jego stopy zapadły się w grząskim piasku. Zaniepokojony spojrzał w niebo. Błękit zniknął zastąpiony przez ciężkie, grafitowe chmury, które niebezpiecznie zawisły nad jego głową. Białe bałwany spienionej toni zakotłowały się pod stopami i pociągnęły chłopca w odmęty morza. Bił ramionami o wodę, próbując wydostać się na powierzchnię. Walczył z falą, która zalewała oczy i wdzierała się do ust, żeby wypełnić je smakiem soli. Odbierała oddech, o który tak zaciekle walczył. Krzyczał, ale z gardła wydobywał się tylko bulgot. Ciężko zdyszany szarpnął się w kotle żywiołu, gdy oślepił go jasny promień. W oddali ujrzał sylwetkę mężczyzny z bawolimi rogami na głowie i bursztynowymi oczami.

– Uratuj mnie! – krzyknął, lecz huk fal porwał jego głos w mrok.

Wyszomir zerwał się gwałtownie. Morze znikło, a ciemność ustąpiła miejsca porannemu światłu sączącemu się przez szpary w deskach. Przetarł rękawem koszuli spoconą twarz, rozejrzał się po zawilgoconym składziku i odetchnął z ulgą. To był tylko sen. Odgarnął z czoła zmierzwione włosy i dłonią pomacał ucho. Wciąż bolało i było zapuchnięte, ale zaschniętą krew zmył deszcz. Przysłonił je dłuższymi włosami i pomyślał o śniadaniu. W brzuchu burczało głośno, od wczoraj nic nie jadł. Nie miał jednak odwagi wejść do domu po kromkę chleba. Liczył, że po drodze znajdzie kilka jabłek na dzikiej jabłonce. Postanowił zignorować głód i wyjrzał przez uchylone drzwiczki. Ojca nigdzie nie było widać. Uspokojony przemknął się do stodoły, nakarmił gęsi, a potem ruszył do portu po gwoździe zamówione u kowala. Liczył, że złość Biecława zdąży zelżeć, a on sam zdoła wymyślić dobre wytłumaczenie.

Pora była wczesna, kiedy przemykał zaułkami ze spuszczoną głową. Nie chciał przyciągać spojrzeń. Wstyd palił go i czuł, że ludzie wciąż pamiętają upokorzenie, jakie zgotował mu wczoraj kat. Wspomnienie powróciło z całą siłą, aż zakręciło mu się w głowie, gdy odezwał się silny ucisk w brzuchu. Przytrzymał się ręką szorstkiej ściany, aby nie upaść, a kropelki zimnego potu sperliły się na skroniach oraz karku. Poczuł, jak spływają po grzbiecie, a koszula klei się do skóry. Zapach świeżego pieczywa wdarł się w nozdrza, przypominając o głodzie. W oddali dostrzegł pochyloną staruszkę sprzedającą ciepłe bułeczki z wiklinowego koszyka. Oblizał spękane wargi, wymacał w kieszeni kilka miedziaków i ruszył w jej stronę.

– To ty! – wrzasnęła kobieta, gdy podszedł bliżej. – Złodziej! – syknęła przez bezzębne dziąsła i splunęła na ziemię. – Złodziej!

Z okien i bram zaczęli wychylać się ludzie. Kilka kobiet zbiegło się, aby nie przegapić widowiska, a jakiś mężczyzna ruszył z łopatą w ręku w stronę chłopaka. Pokrzykiwania niosły się echem po uliczce. Skołowany Wyszomir rozejrzał się w panice. Chciał powiedzieć, że ma pieniądze, ale język mu się plątał, a słowa więzły w gardle. Szum zalał uszy, nogi ugięły się pod nim. Ktoś chwycił go za ramię, szarpnął, a świat zniknął. Czarne sukno spadło mu na twarz, odcinając oddech i światło. Więcej już nie pamiętał.

Puk… puk… stuk… stuk…

Metaliczny dźwięk wybijał rytm w jego bolącej głowie. Przytłumione głosy dryfowały między jawą a snem. Wypełniały głowę natarczywym szumem.

– Wyszomirze – rozległ się łagodny głos.

Na wargach poczuł wilgoć. Odruchowo oblizał je koniuszkiem języka, a słodki smak miodu rozpłynął się na ustach. Drgnął i otworzył oczy. Nad sobą ujrzał kobietę o białych włosach spływających na ramiona i plecy. Lęk ścisnął serce, wypełnił puste trzewia. Zerwał się z posłania gotów do ucieczki, lecz nogi odmówiły posłuszeństwa. Podłoga zafalowała i runął na kolana.

– Faliborze! – zawołała przejęta kobieta.

W drzwiach pojawił się postawny mężczyzna. Bez trudu podniósł chłopca i ponownie położył na łóżku.

– Widzę, że czary mojej siostrzyczki zdziałały cuda. – Roześmiał się i pocałował ją w czubek głowy. – Ptaszek próbuje już odlecieć.

– Faliborze! – żachnęła się zawstydzona. – To nie są czary, tylko zioła i miód. Chłopak jest bardzo słaby.

– Dla mnie to i tak magia – odparł z uśmiechem, a w błękitnych oczach zapłonęły figlarne iskierki. – Na tych twoich miksturach i maściach, które sporządzasz dla chorych, nigdy się nie poznam.

– Gdzie jestem? – wychlipał Wyszomir i spróbował usiąść, aby lepiej widzieć rodzeństwo.

– Kiepsko wyglądasz, kolego! – Mężczyzna nachylił się nad chłopakiem i poklepał go po ramieniu. – Nie bój się, jesteś w dobrych rękach. – Pogładził siostrę po dłoni z czułością.

– Nic mi nie jest – zaprzeczył Wyszomir i zaraz dodał: – Muszę odebrać gwoździe od kowala i wracać do domu.

– Nie puszczę cię w tym stanie – zaprotestowała kobieta i podała choremu gliniany kubek, z którego unosiła się para i słodki zapach miodu splatał się z wonią ziół. – Wypij, nim opadniesz z sił.

– Gwoździe, powiadasz? – Mężczyzna potarł dłonią szorstki zarost na podbródku, który zachrzęścił cicho pod palcami. – Twój ojciec, Biecław, był u mnie po zamówienie już o brzasku.

Chłopak pobladł i dopiero teraz pojął, kim jest nieznajomy. Skórzany fartuch opinał jego muskularną sylwetkę, a w dłoni błyszczały metalowe cęgi. Po śniadej twarzy spływały kropelki potu, a spod lnianej koszuli prześwitywała siła człowieka, który cały dzień walczy z ogniem i żelazem.

– Muszę iść! – Zerwał się, ale kowal zatrzymał go bez większego wysiłku.

– Zbyt słaby jesteś – zaprotestowała kobieta i zmierzyła uważnie szczupłą sylwetkę chłopca. – Powiedz, kiedy ostatni raz coś jadłeś?

Wyszomir spuścił wzrok i zakłopotany zdusił w palcach rąbek koca. Co miał powiedzieć? W domu zawsze czekała na niego kolacja, choć była skromna, to nigdy jej nie brakowało na stole. To on często rezygnował z posiłku ze strachu przed gniewem rodziciela.

– Ojciec cię głodem trzyma?! – huknął kowal, a w jego głosie zadźwięczał gniew i niedowierzanie.

Wolną ręką odgarnął jasne włosy z czoła, a żar w oczach rozpalił się jak ogień na palenisku. Złość w nim wrzała i przeklinał przez zaciśnięte zęby. Gotowy był pobiec do handlarza, aby wytknąć mu nieludzkie metody wychowywania.

– Faliborze! Jak możesz? – zganiła starszego brata, a jej zimne spojrzenie na chwilę ostudziło zapał mężczyzny. – Nie wydawaj sądów, nim nie poznasz prawdy.

– Prawdy? – syknął. – Spójrz tylko, Legundo! – Wskazał na chłopca dłonią, w której wciąż trzymał cęgi. – Toż wygląda jak wygłodniały kociak, co błąka się po świecie bez matki i domu!

Duże oczy Wyszomira błysnęły na tle bladej buzi, a brwi skryte pod długą grzywką uniosły się z oburzeniem. Nikt jeszcze nie ośmielił się tak go nazwać.

– To pierwszy raz – szepnął Wyszomir w obronie ojca i zaraz dodał: – Bałem się wrócić do domu po wczorajszych wydarzeniach.

Kowal zamarł zaskoczony tym wyznaniem. Słowa chłopca uderzyły w niego mocniej niż młot o kowadło. Siostra miała rację, gniew nigdy nie był lekarstwem, a on sam kolejny raz się przekonał, jak łatwo potrafi zapłonąć, gdy w grę wchodzi krzywda maluczkich. Westchnął ciężko, a cały żar jego złości uleciał wraz z oddechem, jak dym znad wygasłego paleniska. Nie potrafił jednak do końca pogodzić się z tym, że Legunda nosi w sobie dar od bogów. Od zawsze wyróżniała się spokojem, przenikliwością, a w jej oczach odbijało się coś, czego zwykły człowiek nie mógł zobaczyć. Wciąż go zaskakiwała. Tam, gdzie on widział tylko cień i niepewność, ona dostrzegała prawdę, a świat szeptał jej do ucha sekrety, które przed innymi pozostawały ukryte.

– Skoro tak mówisz – mruknął speszony nagłym wybuchem agresji i skierował kroki do drzwi, ale zatrzymał się w progu i spojrzał na siostrę. – Daj mu coś porządnego do jedzenia, nim wróci do domu. Będę w kuźni, gdybyś potrzebowała pomocy.

Legunda obdarzyła brata ciepłym uśmiechem. Dobrze go znała. Na zewnątrz otoczył się pancerzem kutym z hartowanej stali, ale w środku miał miękkie i litościwe serce. Nigdy nie potrafił przejść obojętnie obok cudzej krzywdy. Dziś też nie zawahał się stanąć w obronie chłopca, gdy na ulicy rozszalał się tłum. Staruszka, co sprzedawała bułeczki, podniosła krzyk, a ludzie żądni widowiska już mieli biec po kata, aby wymierzył karę. Gdyby Falibor nie zjawił się w porę, los Wyszomira mógłby potoczyć się zupełnie inaczej.

– Twój brat mnie uratował – wymamrotał z wdzięcznością zawstydzony chłopak.

– Nie myśl teraz o tym – odparła łagodnie Legunda i z ciepłym uśmiechem podała mu kromkę chleba grubo posmarowaną smalcem.

Wyszomir jadł łapczywie, jakby bał się, że zaraz ktoś odbierze mu chleb i znowu będzie głodny.

– Ja nic nie ukradłem – szepnął po chwili, kiedy zaspokoił pierwszy głód, a w kącikach jego oczu zalśniły łzy. Szybko zamrugał powiekami, aby je odpędzić, lecz jedna i tak spłynęła po policzku.

– Wiem o tym, Wyszomirze, i Falibor też wie. – Legunda pogładziła go po dłoni i podsunęła kubek ciepłego mleka. – Zjedz spokojnie, a potem odpocznij.

– Teraz już zawsze będą mnie nazywać złodziejem. – Gorycz go zalała, a słowa ugrzęzły mu w gardle jak ciernie.

Łzy znów napłynęły do oczu, lecz tym razem nie próbował ich powstrzymać. Skrył twarz w dłoniach i tak siedział zasępiony. Plan, który zrodził się w jego głowie poprzedniego wieczoru, legł w gruzach. Musiał stawić czoła własnym lękom, które nocami przybierały kształt potworów z cienia. Miał trzynaście wiosen, a to wiek, w którym chłopiec zaczyna rozumieć, że odwaga to nie tylko brak strachu, lecz gotowość, aby go pokonać.

Po śniadaniu podziękował za opiekę i jedzenie. Choć się wzbraniał, Legunda wcisnęła mu do sakiewki dwa rumiane jabłka i bułeczkę posypaną czarnuszką. Słońce stało już wysoko, gdy chłopak ruszył w stronę Bramy Chlebowej. Po wczorajszej ulewie nie było już prawie śladu, powietrze pachniało morską bryzą i dymem z kominów. Dochodził do murów Leszygrodu, gdy za jego plecami rozległ się chrapliwy głos:

– Czy to nie nasz złodziejaszek?!

Wyszomir stanął jak wryty. Serce zaczęło łomotać w piersi, gula urosła w ściśniętym gardle, a strach go sparaliżował. Dobrze znał ten ochrypły głos z szorstką nutką pogardy. Z ust tego chłopaka wysłuchał niejednej drwiny okraszonej rozmaitymi obelgami.

– Mówię do ciebie, kundlu! – zakpił tamten i zagwizdał przeciągle na palcach.

Wyszomir powoli odwrócił głowę. Po drugiej stronie uliczki stała czwórka miejscowych łobuzów. W oczy od razu rzucała się postawna sylwetka syna karczmarza o szerokich barach i zadartym nosie, który zawsze pachniał jęczmieniem. Na głowie miał przekrzywioną czapkę w kolorze zgniłej zieleni, spod której oczy błyszczały szyderczo.

– Jak twoje ucho, złodzieju?! – zawołał pulchny Świerad i wystąpił naprzód.

Szerokie spodnie zaszeleściły, a tłusty palec powędrował ku twarzy Wyszomira niczym oskarżycielska włócznia.Okręcił ramię wokół jego szyi i pięścią natarł włosy chłopca, aż ten zgiął się z odrazą. Towarzysze zawtórowali gromkim śmiechem, a rudowłosy wyrostek z rozczochraną czupryną zakrzyknął z kpiną:

– Kraść trzeba umieć! – Klasnął w szerokie dłonie z zadowoleniem i ujął się pod boki dumny jak kogut na płocie.

– Gdybyś nic nie ukradł, żerca nie kazałby ci ucha przybić, wypierdku! – Zarechotał głośno Świerad i pogroził palcem.

Krew napłynęła Wyszomirowi do twarzy. Zacisnął pięści tak mocno, że zbielały mu kostki. Wiedział, że nie pozwolą mu odejść, szukali zaczepki, aby wszcząć bójkę. Było ich czterech, każdy starszy i silniejszy. Szanse na zwycięstwo były nikłe, a jednak chłopiec nie potrafił się cofnąć.

– Ja nic nie ukradłem! – odkrzyknął i wyrwał się z uścisku. – To wasza sprawka!

– Patrzcie! Kundel się odszczekuje! – ryknął Świerad, po czym znienacka wbił łokieć w jego żebra tak, że chłopak stracił dech i zachwiał się na nogach. – Jak śmiesz podnosić głos na lepszych od siebie?! – Złapał go za koszulę i docisnął do ściany.

Po plecach Wyszomira przebiegł lodowaty dreszcz. Dwa jabłka, które otrzymał od Legundy, wypadły z zawiniątka i potoczyły się po klepisku aż pod nogi rudego chłystka.

– Patrzcie tylko, co ma?! Ciekawe komu ukradł tym razem! – Ze śmiechem podniósł owoc, wytarł go o kamizelkę i z triumfem wbił zęby w soczysty miąższ. – Świeradzie! Daj kundlowi nauczkę! – zawołał z pełnymi ustami, ocierając łokciem kapiący po brodzie sok.

Krzyki i śmiech wypełniły zaułek. Syn karczmarza rozciągnął pulchne usta w uśmiechu, w którym błysnął ułamany ząb, i wyprowadził pierwszy cios. Rozległ się głuchy trzask i krew popłynęła z nosa Wyszomira. Chłopak jęknął, zatoczył się do tyłu i otarł twarz brzegiem koszuli. Krwawe ślady rozlały się na materiale, a pulsujący ból rozpełzł się pod skórą. Splunął i bez strachu rzucił się na oprawcę. Pchnął go z całej siły na kamienną ścianę. Świerad uderzył plecami o mur, aż echo przetoczyło się po wąskiej uliczce. Na moment zbladł, zobaczył mroczki przed oczami, lecz zaraz odzyskał równowagę. Gniew wezbrał w nim jak rozpalony żar w palenisku. Jego twarz pociemniała, a na policzkach zakwitły purpurowe plamy wściekłości.

– Sam tego chciałeś! – Świerad złapał za włosy chłopaka i zarzucił mu ramię pod brodę.

Wyszomir zacharczał przez zduszone gardło i zwinął się z bólu, kiedy przeciwnik wbił mu pięść między żebra. Po kolejnym uderzeniu, które trafiło w nerkę, krzyknął i osunął się na kolana. Skulony próbował osłonić twarz przed gradem ciosów, które spadały na niego jeden po drugim. Nagle rozległ się trzask.

– Ej, co jest?! – ryknął Świerad i wyprostował gwałtownie plecy, jednocześnie dotknął ręką tyłu głowy, na której zdążył wyskoczyć duży guz.

Zanim zdążył zakląć, drugi kamień przeciął powietrze ze świstem i trafił go prosto w czoło. Znieruchomiał zaskoczony, a potem wściekle rozejrzał się dookoła.

– To ta przybłęda! – wrzasnął rudzielec i wskazał palcem dziewczynkę, która wyglądała zza muru.

Miała rozczochrane włosy w odcieniu bezgwiezdnego nieba, spojrzenie pełne psotnej odwagi, a w dłoniach napiętą procę.

– Ładnie tak, żeby czterech biło jednego?! – zawołała i wystrzeliła kolejny kamień, który trafił rudzielca prosto w nos.

– Zaraz ja ci pokażę, smarkulo! – Uniósł pięść w górę, lecz w tej samej chwili pocisk ugodził go w kolano.

Zawył z bólu i siarczyście przeklął. Kompani ruszyli na dziewczynkę, ale ta zwinna jak wiewiórka wskoczyła na murek, potem na gzyms i usiadła we wnęce okiennej. Machając nogami w powietrzu, sięgnęła do torby przewieszonej przez ramię i wydobyła kolejną garść kamyków.

– Ściągnijcie ją stamtąd! – krzyczał rozgorączkowany Świerad, a czerwony guz na jego czole rósł w zastraszającym tempie.

Dwaj chłopacy posłusznie rzucili się do ściany i spróbowali się wspiąć, lecz byli zbyt ociężali. Dziewczynka roześmiała się wesoło i obrzuciła ich z góry kamykami, a krzyki oraz jęki wypełniły zaułek.

– Jeszcze tego pożałujesz! – zawołał rudzielec i kuśtykając, zarządził odwrót.

Kiedy banda odeszła wystarczająco daleko, mała zeskoczyła z murku i podbiegła do leżącego na bruku Wyszomira. Z troską odgarnęła z jego zakrwawionej twarzy wilgotne włosy i spróbowała pomóc mu wstać.

– Zostaw! – warknął gniewnie i wsparty na łokciu podniósł się do siadu.

– To tak dziękujesz za uratowanie skóry? – Stanęła przed nim, wzięła się pod boki i zmarszczyła brwi.

– Nikt cię nie prosił, żebyś się wtrącała – burknął i pociągnął nosem.

– Trudno było patrzeć, jak leżysz, gdy czterech na ciebie skacze. – Odrzuciła do tyłu długie, czarne włosy i wbiła w niego karcące spojrzenie. – Widziałeś, jak wyglądasz?

– Nie jesteś moją siostrą! – krzyknął i zadarł głowę do góry, aby spojrzeć jej prosto w oczy.

Gotowała się ze złości. Wypieki oblały jej śniade policzki, w pięknych oczach błysnęły iskry, a brwi ściągnęła tak mocno, że niemal się stykały. Wyszomir przyjrzał się jej uważniej. Była drobna, lecz pełna energii, ubrana w zieloną sukienkę. Nie przypominała wystrojonych panien z portu ani krzepkich dziewcząt zza muru, była inna. Dzika, odważna, ciekawa. Tylko po co się wtrącała?

– Czego się tak głupio gapisz, głuptasie? – fuknęła jak rozzłoszczona kotka i szturchnęła go łokciem.

Jęknął i zgiął się w pół, gdy ból przeszył obite żebra.

– Wybacz – szepnęła speszona i znów podała mu dłoń.

– Nie potrzebuję pomocy! – Odepchnął ją i wstał o własnych siłach.

Zawstydzony, że dziewczyna musiała stanąć w jego obronie, ruszył poirytowany w stronę lasu. Jego dom stał na uboczu, z dala od miejskiego zgiełku. Zwykle cenił tę ciszę, dziś jednak wolałby, żeby znajdował się znacznie bliżej. Obolałe ciało protestowało z każdym krokiem, spuchnięty nos utrudniał oddychanie, a w głowie szumiały wspomnienia ostatnich godzin. Wszystkie myśli nasączone nadzieją, z którymi jeszcze wczoraj zasypiał, rozsypały się niespodziewanie. Najgorsze było jednak to, że ojciec z pewnością już o wszystkim wiedział. Sfrustrowany Wyszomir stanął i pochylił się nad wartkim nurtem Strugi, skąd nabrał wody w zagłębienie dłoni. Zmył z twarzy krew i upił kilka łyków, które ugasiły pragnienie, lecz nie lęk.

– Nie mogę dłużej zwlekać – szepnął pod nosem i dotknął palcami przebitego ucha.

Przygnębiony podążył ścieżką w stronę domu z nadzieją, że ojciec zdążył ochłonąć i zechce go wysłuchać. Nie miał pojęcia, jak przekona go o swojej niewinności. Przecież Biecław już nasłuchał się wiele kłamstw o nim, gdy był w porcie. A do tego jeszcze ta bójka. Westchnął i z ciężkim sercem przeszedł przez podwórze. Pchnął lekko uchylone drzwi i wszedł do środka. W półmroku dostrzegł sylwetkę ojca siedzącego na krześle pośrodku izby. Czekał na niego w milczeniu. Biecław zmierzył syna zimnym spojrzeniem, a dłoń instynktownie zacisnęła się mocniej na skórzanym pasie. Wyszomir zadrżał, a drobne włoski na przedramionach uniosły się gwałtownie. Tyle razy w myślach wyobrażał sobie tę scenę, układał słowa w spójne zdania, które powinien wypowiedzieć, a teraz odebrało mu głos. Zimny dreszcz przemknął przez grzbiet, a kark oblały kropelki potu.

– Chwalmy dzień, ojcze – wymamrotał, choć dobrze wiedział, że wieczór już zapadł i nie zapowiadał niczego dobrego.

Chłopak z wahaniem zatrzymał się na progu, a głucha cisza głośno zaszumiała mu w uszach. Podmuch wieczornego chłodu smagnął po plecach i usłyszał podszepty wiatru, które wyśpiewywał w koronach drzew. Tajemnicze głosy zachęcały do odwrotu, kusiły ucieczką w nieznane. Wyszomir twardo opierał się, odpędzał od siebie natrętne myśli, ale nie mógł znieść tego milczenia. Już wolał, jak ojciec rugał go głośnym krzykiem. Ta cisza była przerażająca. Nabrał ostrożnie powietrza, gotów powiedzieć wyuczoną kwestię, gdy Biecław drgnął. Przez chwilę wydawało się, że zaraz wstanie, lecz pozostał na swoim miejscu. Jedynie czoło przecięły długie linie zmarszczek, a spod przymrużonych powiek błysnęły iskry rozpalone w czarnych źrenicach. Jasne włosy, takie same jak u syna, związane niedbale na karku ciemną tasiemką zafalowały, a pojedyncze kosmyki opadły na ostro zarysowaną szczękę.

– Nie tak cię wychowałem, żebyś okradał sąsiadów – wydobył się matowy głos z gardła mężczyzny i zawirował w izbie.

– Ojcze… – urwał, gdy tamten uniósł dłoń.

– Może twoja matka wiedziałaby, jak cię wychować – westchnął Biecław i przetarł dłonią zmęczone oczy.

Wyszomir stał nieruchomo z pochyloną głową przygnieciony słowami ojca. Nie śmiał się bronić. Wiedział, że oskarżenie rzucone przez żercę to ciężar, który trudno zrzucić, nawet gdyby przysięgał na wszystkie święte gaje.

– Ojcze – powtórzył cicho chłopak, tym razem pewniej. – Nic nie ukradłem. Ale jeśli los chce mnie doświadczyć, stawię mu czoła.

Biecław spojrzał na syna, w jego oczach zalśniło zmęczenie zmieszane z cienką nicią nadziei.

– Chciałbym wierzyć, że prawdą jest, to co mówisz. – Westchnął głęboko, jakby kamień przycisnął mu pierś. – Pamiętaj tylko, że każdy czyn, choćby niesłusznie przypisany, splata się z naszym losem na bardzo długo.

Na zewnątrz zaszczekał pies, a blady księżyc wspiął się ponad korony drzew. Wyszomir poczuł, że jego droga dopiero się zaczyna, a cień niesprawiedliwego oskarżenia poprowadzi go ku miejscom, gdzie granica między prawdą a kłamstwem rozmywa się jak mgła nad uroczyskiem.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej