Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Kolejny kobiecy bestseller po "Szmince w wielkim mieście"!
Opowieść o losach młodej dziewczyny, która z fryzjerki w podrzędnym mieście zostaje najlepszą stylistką gwiazd Nowego Jorku. Zdobywa pracę w najpopularniejszym salonie, przyjaciół wśród elity Manhattanu i serce pewnego przystojnego Włocha.
Przezabawny, znakomity debiut młodej fryzjerki, doceniony przez autorkę Białych zębów Zadie Smith.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Mielniku
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 338
Rok wydania: 2006
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
znak
galna
Legalna
fryzjerka
Kathleen
legalna
fryzjerka_________
przełożyła Małgorzata Hesko-Kołodzlńska
WYDAWNICTWO ZNAK • KRAKÓW 2006
Tytuł oryginału:
Beyond the Blond
Copyright © 2005 by Kathleen Flynn-Hui
Projekt okładki
Katarzyna Borkowska
Opieka redakcyjna
Karolina Macios
Adiustacja
Katarzyna Onderka
Korekta
Barbara Gąsiorowska
Paulina Lenar
Projekt typograficzny
Irena Jagocha
Łamanie
Mariusz Warchoł
Copyright © for the translation by Małgorzata Hesko-
-Kołodzińska
ISBN 83-240-0754-7
ISBN 978-83-240-0754-7
Zamówienia: Dział Handlowy, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37
Bezpłatna infolinia: 0800-130-082
Zapraszamy do naszej księgarni internetowej; www.znak.com.pl
Dla Kao, Jade i Cameron Dzięki wam wiem, że warto żyć. Kocham was. I dla Mamy — dziękuję, że zawsze jestes'.
Podziękowania
Zaciągnęłam dług wdzięczności u wielu osób, które pomogły mi w drodze z Akademii Piękności na Madison Avenue.
Dziękuję wszystkim fryzjerom, gdziekolwiek są: dobrze wiecie, jacy z nas szczęściarze!
Także Hubertowi za to, że jestem blondynką.
Wszystkim przyjaciołom i kolegom za wsparcie.
Moim asystentkom, które już mnie nie potrzebują. Dziękuję wam.
Moim obecnym asystentkom — bez was nie dotrwałabym do wieczora.
Wyjątkowej przyjaciółce i klientce, bez której ta książka nigdy by nie powstała.
Jennifer Rudolph Walsh, Sylvie Rabineau, Caryn Karmatz Rudy i wszystkim ludziom z Warner Books. Jesteście drużyną nie z tej ziemi.
I wreszcie wszystkim moim klientkom, z którymi dzieliłam radość, łzy, drinki, opowieści. Niektóre mogę powtórzyć, innych nigdy nie zdradzę. Było to - i zawsze będzie — wyjątkowe doświadczenie.
Czemu płacić majątek, czyli incydent jeżący włosy na głowie
Moim zdaniem, wszystko się zaczęło — czy też może raczej zaczęło się kończyć — tego ranka, gdy Faith Honeycomb zemdlała i upadla na podłogę w salonie Jean-Luca. Tego dnia panował tam straszny tłok. Naprawdę potworny. Miałam trzydzieści cztery lata, a chociaż od niemal dziesięciu pracowałam jako starsza kolorystka, rzadko widywałam w salonie takie urwanie głowy. Jego przyczyną było wydarzenie wieńczące nowojorski sezon, a mianowicie Bal Charytatywny w Różu i Fiolecie. Właśnie ten bal zelektryzował wszystkie grupy wiekowe: matrony z Park Avenue kupiły bilety po tysiąc dolarów i uznały, że zabio-rą swoje wnuczki, a te wzięły sobie wolne popołudnie w szkołach Spence, Brearley albo Dalton, żeby się uczesać. Już w chwili otwarcia salonu przybyły kobiety światowe w luksusowych mercedesach prowadzonych przez szoferów, a nam brakowało personelu, bo część stylistów udała się na wizyty domowe.
Na całej Piątej Alei podłączano suszarki do gniazdek, myto włosy w umywalkach. Manikiurzystki rozkładały na kolanach ręczniczki, po czym zanurzały upierścienione dłonie klientek w miskach. Telefony brzęczały, małe pieski kręciły się pod nogami.
- Skarbie! Gdzie jesteś? - Pauza. — John Frieda? Coś takiego.
To „coś takiego” okraszone było westchnieniem litości dla biedaczki, która zmuszona jest dawać się publicznie obsługiwać.
— Ja? W domu, skarbie. Z tą cudowną... Jak masz na imię, kotku? Nieważne. To dziewczyna od Jean-Luca, genialnie suszy włosy.
Wizyta domowa młodszej stylistki od Jean-Luca kosztuje co najmniej pięćset dolarów, starsza stylistka może zażądać tysiąca. Niektórzy są skłonni słono płacić za prywatność, na przykład kiedy robią sobie lifting, znany również jako „załatwiona sprawa” albo „szybka wycieczka do Beverly Hills”. Wiele osób zada sobie sporo trudu, żeby nikt nie dostrzegł ich blizn.
Tak czy siak, wróćmy do biednej Faith Honeycomb. Z powodu tych wszystkich rozgorączkowanych dam nikt nie mógł przypuszczać (w powietrzu nie było frisson — to jedno z ulubionych słów pań odwiedzających nasz salon, podobnie jak chérie, pourquoi i mon Dieuf że już wkrótce na chodniku zahamuje karetka reanimacyjna, wyskoczy z niej gromada sanitariuszy ze sprzętem i skrzeczącymi odbiornikami i zaanektuje salon w barwach brązu i burgunda.
Pracowałam na swoim stanowisku przy pani H. Dochodziła za kwadrans jedenasta, pani H. była moją trzecią klientką: farbowanie z rozjaśnianiem, kasztanowa baza i złocisto-rude pasemka. Tiffany, moja asystentka, podjechała do mnie wózkiem, na którym leżały grzebienie i klamerki, waciki, dodatkowe rękawiczki, trzy miseczki farby LOréal, w tym jedna chyba przez pomyłkę, pozostałość po pasemkach skandynawskiego odcienia blond pani G.
-Tiff, zerkniesz na to? - Wskazałam miskę gęstego białego dekoloryzatora. Gdybym się nie zorientowała, zrobiłby z pani H. punkówę zamiast statecznej matrony z Park Avenue, którą była, i doszłoby do katastrofy.
Coś wam wyjaśnię: kobiety wybierają konkretnego kolorystę z rozmaitych powodów. Niektóre przyjdą do ciebie, bo masz psa tej samej rasy albo podoba im się twój wygląd. Inne chodzą wyłącznie do mężczyzn, bo chcą poczuć na sobie męskie dłonie. Są też również reklamożerczynie, zwane tak, gdyż udają się tylko w miejsca opisane w danym miesiącu przez „Elle” lub „Allure”. Niezależnie jednak od tego, co je zawiodło do danego kolorysty, zostawią go w mgnieniu oka, jeśli nie będzie dobry w swoim fachu.
Co oznacza zero pomyłek. Zero. Nawet neurochirurgom wolno popełnić więcej błędów niż kolorystom. Nie zrozumcie mnie źle, nie twierdzę, że to, co robię, to neurochirurgia czy w ogóle cokolwiek ważnego. Tak między nami, chodzi tylko o włosy. Pewne kobiety jednak bardzo się o nie troszczą. Bardzo.
W każdym razie kryzys został zażegnany. Kątem oka patrzyłam, jak Tiffany odstawia dekoloryzator i miesza kolor dla pani H. Tiff wczoraj zabalowała. Były urodziny jednej z asystentek, wszyscy poszli do klubu. Widziałam, jak drżą jej ręce, kiedy rozwijała folię dla pani H. Postanowiłam rozmówić się z Tiff. Była młodsza ode mnie, widziałam pułapki, które mogło zastawić na nią życie, jeśli nie będzie uważała. Asystentki przychodziły i odchodziły. W końcu to praca pod presją, a zarabia się marne grosze. Utrzymywały się z napiwków, czasem całymi latami, mając nadzieję, że pewnego dnia usłyszą magiczne słowo „awans”. Było im ciężko. Każda z nich marzyła, że lada chwila zobaczy swoje nazwisko na tabliczce informacyjnej u Jean-Luca, obok wazonu z frezjami na biurku recepcji: „Z przyjemnością oznajmiamy, że (tu nazwisko) została młodszą stylistką”. Dobrze to wiedziałam. Sama kiedyś byłam jedną z tych biednych asystentek.
- Przepraszam, Georgia - wyszeptała Tiff nad głową pani H. Naturalnie, pani H. nawet tego nie zauważyła. Była zatopio-
na w lekturze najnowszego numeru brytyjskiego „Vogue’a”. Zerknęłam jej przez ramię i zobaczyłam, że czyta o nowoczesnej generacji kremów.
— Nie ma sprawy — odparłam.
Nie, asystentkom nie było łatwo, zwłaszcza asystentkom w salonie Jean-Luca, najmodniejszym miejscu, mekce wszystkich dbających o urodę mieszkanek Manhattanu, a właściwie wszystkich kobiet z trzech stanów, naszego i dwóch sąsiednich. Jeśli się nad tym zastanowić, to geografia była dla klientek Jean-Luca zupełnie bez znaczenia. Dziesiątki kobiet przylatywało do Nowego Jorku wyłącznie po to, żeby sam Jean--Luc przeczesał eleganckimi dłońmi ich włosy i oznajmił:
-To mi nie pasuje. Są zbyt... (tu wstaw przymiotnik) puszyste. Jak wy to mówicie... kudłate. Jest pani piękną kobietą. Pięęęęęękną.
I, pokazując swoje słynne nożyczki oraz zarzucając długą, czarną grzywą, dodawał:
-A teraz stworzymy nowe ja... Tak?
Trzy moje klientki czekały na ławie pod ścianą, w burgundo-wych pelerynkach (burgund dla farbowanych włosów, brąz dla strzyżonych i czesanych), dwie inne dopiero przyszły i się rozbierały. Jean-Luc kazał w recepcji umawiać mi klientki co kwadrans, dlatego już rankiem utworzył się zator. Czekały panie, które do tego nie nawykły, a jednak czekały. Cierpliwie. Czasem całymi godzinami. Jedna z zasad obowiązującej etykiety głosiła, że kobieta nigdy, przenigdy nie obraża się na swojego kolorystę ani na stylistę. Można wrzeszczeć na lekarzy, prawników, księgowych, maklerów, można ich zastępować innymi, ale my u Jean-Luca byliśmy na wagę złota. Te kobiety nas potrzebowały. Formuła koloru dla pani H. (a także dla pani P., pani B., pani A. na ławie) stanowiła mój sekret, zamknięty w małym archiwum, metalowym pudełku, zapisana na specjalnej karcie
dla każdej z moich klientek. Wiele by za nią dały! Obeszłyby się przez pół roku bez botoksu. Rok bez samoopalacza.
-Zlituj się, Georgia — jęczały. - Jadę na cały miesiąc do Aspen. Co ja pocznę?
Kusiło mnie, żeby zdradzie im formułę. Przecież tak naprawdę nie miało to znaczenia. Mogłam im ją zapisać, ale gdyby wręczyłyby ją jakiejś fryzjerce z Kolorado, spieprzyłaby wszystko. Sztuczka polegała na właściwym położeniu koloru.
Zobaczyłam, że pani P. na ławie zerka na swój złoty zegarek od Cartiera. Z pewnością nie była teraz umówiona na żadne ważne spotkanie. Zapewne nie zaczynała takich spotkań przed czwartą po południu. Dzięki temu pozostawało jej mnóstwo czasu na te upiększające, ale też jeżące włosy na głowie czynności: zabieg odmładzający z użyciem prądu u Tracie Martyn. Peeling solny w Bliss, potem masaż u boskiej Rebe-cki w Exhale Spa. A potem, po tych wszystkich olejach i prądzie, modelowanie.
Może opiszę wam, jak wygląda typowy dzień klientki Jean--Luca przed balem charytatywnym. Dla potrzeb tego wywodu przyjmijmy, że jest ona dość młodą mieszkanką dwuna-stopokojowego apartamentu na Wschodniej Siedemdziesiątej Którejś. Po pierwsze, musi wypić filiżankę bardzo mocnego espresso w Via Quadronno, kawiarni na Wschodniej Siedemdziesiątej Trzeciej. Wizyta w tej kawiarni jest niczym szybka wycieczka do Mediolanu. Oczywiście, najpierw odwiezie dzieci do Przedszkola Wszystkich Świętych albo na Dziewięćdziesiątą Drugą Y Odwozi potomstwo, gdyż po pierwsze, ma poczucie winy (przez resztę dnia dziećmi zajmuje się niania), a po drugie, wizyta w szkole to ważne wydarzenie towarzyskie. Niby gdzie, jeśli nie w korytarzach szkół i przedszkoli swoich dzieci, miałyby się spotykać gwiazdy filmowe, żony mini-magnatów, dziedziczki fortun i artystki jednego sezonu? Po
espresso nasza klientka jedzie do domu na dwugodzinną prywatną sesję jogi. Prysznic, włosy nietknięte, potem szybki wypad do psychiatry, żeby pogadać o wspomnianym już poczuciu winy wynikłym z zaniedbywania dzieci i dręczącym pytaniu: brać prozac czy go nie brać? Po psychiatrze, z lekkością na duszy, którą kobieta zawdzięcza jodze, psychoanalizie i pustemu żołądkowi, szybka wizyta w Barneys. Straty własne: dżinsy za trzysta dolarów, dziergane ponczo za sześćset (ten czar bohemy!) i para staroświeckich kolczyków z brylantami. Potem poczucie winy wraca ze zdwojoną silą (trzeba ukryć rachunek za brylanty przed mężem), a kobieta wędruje do salonu Jean-Lu-ca. Jesteśmy jej kościołem, jej świątynią, miejscem, w którym zostanie zdekonstruowana, a potem stworzona na nowo. Odnowiona. Powróci do swojego idealnego, promiennego ja.
Pani P. należała do takich właśnie osób. Nazywałam ją „Manhattan”. W duchu tak właśnie klasyfikowałam klientki. Manhattan. Greenwich. Bedford. Long Island. New Jersey. Nawet Boston i Kalifornia. Więcej o tym później. Nadal miałam tył głowy pani H. do zrobienia, ale podeszłam do ławy i grzecznie przywitałam się z czekającymi klientkami.
- Pani PJ - Buzi, buzi. Zupełnie jakbym dopiero teraz ją dostrzegła. — Wspaniała szminka.
Pani P. uśmiechnęła się z zadowoleniem.
— Chanel — oznajmiła. — Właśnie kupiłam ją w Barneys. — Po czym uniosła jasnozieloną skórzaną torbę ze srebrnym trójkąci-kiem Prądy na środku. - To też kupiłam, razem z kostiumem -wyszeptała konspiracyjnie. — Co o niej myślisz, Georgia?
Siedemset dziewięćdziesiąt pięć dolarów, właśnie to pomyślałam. Nie byłam w stanie sobie wyobrazić, jak można dać tyle za torbę, ale już od lat nie kupowałam w cenach detalicznych. Mogę wam zdradzić, kiedy dokładnie uświadomiłam sobie, żc nie muszę. Byłam wtedy młodszą kolorystką w Jean-Lu-
cu i nie miałam pieniędzy, ale marzyłam o ładnych rzeczach. Klientki bardziej szanują fryzjerkę, jeśli ma ładny pierścionek albo dobre buty. Wtedy czują, że jest niemal jedną z nich. Stałam na szóstym piętrze Barneys, w kolejce, żeby zapłacić za sweter, skąpy kardigan z jaskrawopomarańczowego kaszmiru, który ładnie by wystawał spod białego fartucha. Nagle ktoś wyszarpnął mi sweter z rąk. Obróciłam się na pięcie i ujrzałam, że to Kathryn, inna młodsza stylistka.
— Co ty robisz? - syknęła na mnie.
— Eee... Kupuję sweter? — Odebrałam jej kardigan.
Ponownie mi go wyrwała.
— My nie kupujemy w sklepach - oznajmiła.
Spojrzała na metkę. Sweter był dziełem wschodzącej projektantki, nie tak słynnej jak Calvin czy Ralph, no i naturalnie kosztował znacznie mniej niż ich wyroby.
— To nasza klientka. — Kathryn miała na myśli projektantkę. Złożyła sweter i odłożyła go na ladę. - Idziemy.
W salonie otrzymałam pierwszą lekcję sztuki wdzięcznego przyjmowania darów od klientek. One naprawdę chcia-ły zasypywać nas prezentami. Całkiem poważnie. Patrzyłam i przysłuchiwałam się, jak Kathryn dzwoni do projektantki i opowiada jej, jak strasznie podobał się nam ten śliczny pomarańczowy kardigan. Pewnie myślicie, że następnego dnia klientka przysłała sweter, co? A wcale nie. Przysłała dwie wielkie torby pełne swetrów, jedną dla mnie, drugą dla Kathryn. W każdym kolorze. Mówię wam, poczułam się rewelacyjnie.
Pani P. wciąż czekała na mój werdykt w sprawie nowiutkiej torby od Prądy. Torba była urocza. Zakonotowałam sobie, żeby zadzwonić do klientki z Prądy.
— Idealna - oznajmiłam. — Za chwileczkę się panią zajmę.
No tak, wiem, że niedawno wspomniałam o Manhattanie, 1 nie miałam wcale na myśli pysznego koktajlu, chociaż klient-
espresso nasza klientka jedzie do domu na dwugodzinną prywatną sesję jogi. Prysznic, włosy nietknięte, potem szybki wypad do psychiatry, żeby pogadać o wspomnianym już poczuciu winy wynikłym z zaniedbywania dzieci i dręczącym pytaniu: brać prozac czy go nie brać? Po psychiatrze, z lekkością na duszy, którą kobieta zawdzięcza jodze, psychoanalizie i pustemu żołądkowi, szybka wizyta w Barneys. Straty własne: dżinsy za trzysta dolarów, dziergane ponczo za sześćset (ten czar bohemy!) i para staroświeckich kolczyków z brylantami. Potem poczucie winy wraca ze zdwojoną silą (trzeba ukryć rachunek za brylanty przed mężem), a kobieta wędruje do salonu Jean-Lu-ca. Jesteśmy jej kościołem, jej świątynią, miejscem, w którym zostanie zdekonstruowana, a potem stworzona na nowo. Odnowiona. Powróci do swojego idealnego, promiennego ja.
Pani P. należała do takich właśnie osób. Nazywałam ją „Manhattan”. W duchu tak właśnie klasyfikowałam klientki. Manhattan. Greenwich. Bedford. Long Island. New Jersey. Nawet Boston i Kalifornia. Więcej o tym później. Nadal miałam tył głowy pani H. do zrobienia, ale podeszłam do ławy i grzecznie przywitałam się z czekającymi klientkami.
- Pani Pd — Buzi, buzi. Zupełnie jakbym dopiero teraz ją dostrzegła. — Wspaniała szminka.
Pani P. uśmiechnęła się z zadowoleniem.
— Chanel — oznajmiła. — Właśnie kupiłam ją w Barneys. — Po czym uniosła jasnozieloną skórzaną torbę ze srebrnym trójkąci-kiem Prądy na środku. - To też kupiłam, razem z kostiumem — wyszeptała konspiracyjnie. — Co o niej myślisz, Georgia?
Siedemset dziewięćdziesiąt pięć dolarów, właśnie to pomyślałam. Nie byłam w stanie sobie wyobrazić, jak można dać tyle za torbę, ale już od lat nie kupowałam w cenach detalicznych. Mogę wam zdradzić, kiedy dokładnie uświadomiłam sobie, że nie muszę. Byłam wtedy młodszą kolorystką w Jean-Lu-
cu i nie miałam pieniędzy, ale marzyłam o ładnych rzeczach. Klientki bardziej szanują fryzjerkę, jeśli ma ładny pierścionek albo dobre buty. Wtedy czują, że jest niemal jedną z nich. Stałam na szóstym piętrze Barneys, w kolejce, żeby zapłacić za sweter, skąpy kardigan z jaskrawopomarańczowego kaszmiru, który ładnie by wystawał spod białego fartucha. Nagle ktoś wyszarpnął mi sweter z rąk. Obróciłam się na pięcie i ujrzałam, że to Kathryn, inna młodsza stylistka.
- Co ty robisz? — syknęła na mnie.
- Eee... Kupuję sweter? — Odebrałam jej kardigan.
Ponownie mi go wyrwała.
- My nie kupujemy w sklepach — oznajmiła.
Spojrzała na metkę. Sweter był dziełem wschodzącej projektantki, nie tak słynnej jak Calvin czy Ralph, no i naturalnie kosztował znacznie mniej niż ich wyroby.
— To nasza klientka. — Kathryn miała na myśli projektantkę. Złożyła sweter i odłożyła go na ladę. - Idziemy.
W salonie otrzymałam pierwszą lekcję sztuki wdzięcznego przyjmowania darów od klientek. One naprawdę chcia-ły zasypywać nas prezentami. Całkiem poważnie. Patrzyłam i przysłuchiwałam się, jak Kathryn dzwoni do projektantki i opowiada jej, jak strasznie podobał się nam ten śliczny pomarańczowy kardigan. Pewnie myślicie, że następnego dnia klientka przysłała sweter, co? A wcale nie. Przysłała dwie wielkie torby pełne swetrów, jedną dla mnie, drugą dla Kathryn. W każdym kolorze. Mówię wam, poczułam się rewelacyjnie.
Pani P. wciąż czekała na mój werdykt w sprawie nowiutkiej torby od Prądy. Torba była urocza. Zakonotowałam sobie, żeby zadzwonić do klientki z Prądy.
- Idealna - oznajmiłam. - Za chwileczkę się panią zajmę.
No tak, wiem, że niedawno wspomniałam o Manhattanie, i nie miałam wcale na myśli pysznego koktajlu, chociaż klient-
ki z Manhattanu bywają równie cierpkie, orzeźwiające, a czasami odrobinkę gorzkie. Manhattan jednak (który dzieli się na dwie szerokie kategorie) to nie jedyny typ klientek, który zasiada codziennie na moim fotelu. Pomyślałam sobie, że może przyda się coś w rodzaju przewodnika po rozmaitych typach kobiet u Jean-Luca:
1. Manhattan (kobieta światowa): już chyba dość dobrze ją opisałam. Aha, dodam coś jeszcze. Nie cierpię uogólniania, ale zwykle kiepsko u niej z napiwkami. Doświadczenie podpowiada mi, że ludzie, którzy nigdy nie musieli zarabiać pieniędzy, nie zastanawiają się nad tym, jak zarabiają inni.
2. Manhattan (kobieta pracująca): wślizguje się do salonu, rozmawiając przez komórkę. Telefon jest bez przerwy przyklejony do jej ucha, nawet podczas mycia włosów. Zamawia lancz z bistro Viand i zjada go w trakcie innych zajęć: włosy, manikiur, pedikiur, rozmowy biznesowe. Tylko na odbywające się co sześć tygodni (jak w zegarku) woskowanie brwi na chwilę przymyka oczy i nieruchomieje. Właśnie to woskowanie to chyba jej jedyna chwila relaksu. M-KP zwykle jest żoną (albo byłą żoną) ważnej szychy, którą w sobotnie poranki zaciąga na strzyżenie, manikiur, a szczególnie owłosionych nieszczęśników na — błe! — woskowanie pleców. Dzieci? Rzadko. A zresztą nie wiadomo. Jedna z moich dzieciatych M-KP pokazywała mi fotografie świeżo zakupionego domu w okręgu Litchfield, ale nigdy nie pokazała zdjęć dzieci. Nie trzeba dodawać, że M-KP wręczają olbrzymie napiwki.
3. B e d fo rd: pomyślcie o koniach i wszystkim, co się z nimi wiąże. Faliste wzgórza i kamienne mury, domy o własnych na-
zwach. Te damy nie mają zwykłych miejskich adresów. O nie. Mają papeterię z nazwą i czasem eleganckim szkicem własnego domu. Longmeadow Manor. Hilly Knoll Farm. Klientka z Bedford w stroju do konnej jazdy haute couture jeździ swoim autem (czarny range rover) do miasta, do fryzjera. Oczywiście, nie jest to taki strój, w którym faktycznie dałoby się jeździć konno, tylko stylizowany: kaszmirowy bliźniak, kolczyki z perłami, zamszowe bryczesy od Ralpha. W kręgach, w których się porusza (nie na piechotę), Ralph oznacza tylko jednego człowieka — tego od imperium polo. Zresztą ów Ralph ma dom w Bedford, dzięki czemu to wszystko wydaje się jeszcze bardziej autentyczne. Klientka z Bedford chce wyjść z salonu i wyglądać tak, jakby nic nie robiła z włosami. Kolor musi być ultrasubtelny. Powinien wyglądać tak, jakby się z nim urodziła. Szczerze mówiąc, często przynosi zdjęcia dzieci albo przychodzi z dziećmi i prosi, żebym skopiowała kolor ich włosów. Zwykle się nie maluje. Ma bardzo dobre kości i smukłą figurę dzięki tej całej konnej jeździć. Nigdy nie usłyszycie w jej ustach przekleństwa, lubi za to mówić „pal licho”, „do dia-ska”, „a niech mnie” i „Boże w niebiesiech”. Klientka z Bedford daje dosyć porządne napiwki, aczkolwiek zostawia zawsze równiutko dwadzieścia procent.
4. Greenwich: aż trudno uwierzyć, że jeśli chodzi o geograficzne położenie, Greenwich i Bedford sąsiadują ze sobą. Klientka z Greenwich nie mogłaby się bardziej różnić od klientki z Bedford, a jednak to także biała bogaczka. Range rover? Skąd. Mercedes, yes, yes, yes. Najlepiej sedan pięćset coś-tam, ale jeśli klientka z Greenwich ma sporo dzieci - a zwykle miewa trójkę, czwórkę, piątkę - w grę wchodzi nawet hummer. To dopiero widok, kiedy klienpl^gl^^^RVvich, w perfekcyjnym makijażu i z pięknie tykanymi wł^^mi jeszcze
przed wizytą w salonie, krąży bezustannie po Piątej Alei, bo żaden parking nie chce się zaopiekować jej hummerem. Wygląda jak małe dziecko, które udaje, że prowadzi auto rodziców. Muszę przyznać, że klientka z Greenwich ubiera się najmodniej ze wszystkich podmiejskich klientek. Szczerze mówiąc, strasznie się boi, że wezmą ją za mieszkankę przedmieść — a przecież wyniosła się z miasta dopiero po drugim dziecku, nie dało się tam znaleźć nic przyzwoitego poniżej trzech milionów — więc codziennie godzinami wertuje katalogi z Barneys i Bergdorfa, surfuje po Internecie, przegląda strony z modą, takie jak Net-a-Porter i Scoop.com, czyta „W” i ,Vbgue’a” od deski do deski, ogląda reklamy, zakłada interesujące.ją strony i dzwoni do osobistej stylistki, żeby upewnić się, że zdobędzie najnowszą torbę od Balenciagi albo najmodniejsze de-signerskie dżinsy. Nie chce się pogubić. Seven for all Mankind są jużp^rf. Diesel zresztą też. Co kupić? Jej szafy z California Closets czekają. Notify? Rogan? Co miesiąc,Vogue” namaszcza nowego ulubieńca. Bycie na bieżąco jest po prostu niemożliwe, ale klientka z Greenwich się stara. I to jak! Jej włosy to czysta doskonałość. Pasemka co osiem tygodni, a pomiędzy pasemkami farbowanie odrostów. Cieniowania lub brak cieniowań, w zależności od tego, na co zdecydowała się Jennifer Aniston. Makijaż od Bobby Brown, w przygaszonych kolorach: cegła, piasek i kamień. Na szczupłym przegubie nosi wielki męski chronograf i co chwila sprawdza godzinę, bo musi wrócić do domu na czas, żeby odebrać dzieci ze szkół. Pewnie gdyby wziąć M-KP, ale odjąć jej karierę, za to zbudować wielki dworek w pseudotudorowskim stylu, z sufitem jak w katedrze w holu i wielkimi skórzanymi sofami w pokoju muzyczno-telewizyjnym z przestrzennym dźwiękiem, to będziemy mieli klientkę z Greenwich. A napiwki? Hmm. Nie lubię obgadywać klientek. Muszę jednak zauważyć, że jest
nieco poniżej przeciętnej. Czasem tak się śpieszy, żeby zdążyć przed korkami, że zwyczajnie zapomina.
5. Five Towns: będziecie wiedzieli to, co należy wiedzieć o klientce z Long Island, jeśli zrozumiecie, że mieszka w jednym z pięciu miast znanych albo jako Five Towns, albo jako „południowe wybrzeże”. Lawrence, Cedarhurst, Inwood, Hewlett i Woodmere. Klientka z FT nieco bardziej... rzuca się w oczy niż jej odpowiedniczki z północnego Westchesteru i Connecticut. Preferuje projektantów, którzy lubują się w błyskotkach, właściwie często posługuje się zwrotem „błyskotka” w zwykłej rozmowie, na przykład: „Potem skoczę do Freda Leightona po jakąś błyskotkę”. Gucci, Vuitton oraz Dolce & Gabbana to jej bogowie. Lubi projektantów, którzy nie kryją się ze swoim logo — chyba rozumiecie, co mam na myśli. Subtelność nie jest jej mocną stroną. Całkiem spokojnie można oczekiwać, że klientka z Five Towns zjawi się w salonie (podczas gdy szofer jej męża czeka na dole w lincolnie nawigatorze z przyciemnianymi szybami) z połową alfabetu na grzbiecie. D & G na złotej sprzączce paska, różowa torebka z wytłoczonym tuzinem LV, mokasyny ozdobione zachodzącymi na siebie G. Klientka z FT to miła kobieta i dokładnie wie, kim jest. Jej niedościgniony wzór, idolka nad idolkami, to, w zależności od wieku klientki, albo Madonna, albo Britney Spears. I chce koloru. Nie interesują jej naturalne odcienie. Jest fajna, bo zawsze żąda czegoś nowego. „Tym razem zrób ze mnie rudzielca, złotko”. Właściwie nigdy nie jest niezadowolona z rezultatu. Ma złote serce. Mnóstwo klientek siedzi w moim fotelu miesiąc po miesiącu, rok po roku i nie zada mi ani jednego pytania. Klientka z FT zna całe moje życie, życie mojej asystentki, a także pani myjącej włosy. Może i ma mnóstwo pieniędzy, ale nie jest snobką, pamięta, skąd pochodzi, czy-
li zwykle z samego koniuszka Long Island — to znaczy z niewłaściwego koniuszka. A co do napiwków, jest najlepsza, nawet lepsza niż M-KP.
6. Short Hills: pomyślcie o nowojorskiej odmianie.Green-wich. Innymi słowy, to klientka z Greenwich z poważnym kompleksem niższości, gdyż nie da się mieszkać w New Jersey i nie czuć z tego powodu lekkiego rozdrażnienia. Zęby sobie zrekompensować owo rozdrażnienie i uniknąć niechęci męża (którego średniej wysokości — jak na standardy Wall Street — premia za dojazdy do pracy wystarcza na bardzo miły kolonialny dom w Short Hills zamiast na posiadłość w Greenwich albo dwupoziomowe mieszkanie na Park Avenue), żąda wszystkiego, co najlepsze, tego, co dyktuje to niezwykłe miejsce, mekka wszystkich klientek Jean-Luca, które zamieszkają stan New Jersey, czyli Centrum Handlowe Short Hills. Tam, w centrum, klientka z SH kształtuje swoją estetyczną wrażliwość. Tiffany dostarcza jej pierścionek z czterokarato-wym brylantem w miejsce dwukaratowego, który mąż (wtedy młodszy handlowiec) podarował jej w dniu zaręczyn. Zegarek - tylko Cartier, a wszystko inne z tych uroczych małych działów Neimana Marcusa. Jej styl można by nazwać podmiejskim szykiem i, wbrew popularnej opinii, to wcale nie jest oksymoron. W przeciwieństwie do klientki z Greenwich, nie stara się udawać, że mieszka w mieście. Ubiera się w weluro-we dresy Juicy Couture i mokasyny do jazdy autem od JP Toda, te, które mają takie małe gumowe guzki w podeszwach. Nigdzie nie pokazuje się bez swojej sztandarowej torebki, też od Toda. Jej najbardziej wymyślną zabaweczką jest komórka z najmodniejszymi melodyjkami i dzwonkami, ozdobiona różową imitacją diamentów. Klientka z SH dba o włosy. W końcu mogłaby z nimi chodzić gdzieś bliżej — w Millburn jest cał-
kiem przyzwoity zakład — ale te wizyty w Jean-Lucu to część jej pogoni za wszystkim, co najlepsze. I kiedy już pofatyguje się swoim kabrioletem BMW do miasta, chce dokładnie takich pasemek, jakie widziała w czasopiśmie, które wyciąga z torebki. Zazwyczaj potrafię zgadnąć, o co chodzi, zanim nawet rzucę okiem na zdjęcie. Dla blondynek to Meg Ryan, a ostatnio Jessica Simpson. Dla brunetek to Jennifer Aniston albo, od czasu do czasu, Jennifer Lopez. Czasem nie mogę powstrzymać się od śmiechu, bo gwiazdka, którą mi pokazują, prosząc o taką samą fryzurę, to ktoś, kto przychodzi do mnie od wieków. „Myślisz, że zdołasz to zrobić?”, pyta klientka z SH. A ja kiwam głową. Myślę, że mogę.
7. Beverly Hills: ach, jedno wybrzeże, a taka różnica! Klientka z BH ma olbrzymi wybór wspaniałych salonów, wystarczy kwadrans jazdy po Rodeo Drive albo po Burton Way. Ma Laurenta D, Frederica Fekkai, jest tam nawet dobry stary Jose Eber. Moglibyście zapytać, po co leci taki szmat drogi do Nowego Jorku, żeby zrobić sobie włosy u Jean-Luca? Bo może, skarbie. Cudze chwalicie, swego nie znacie. Dla mieszkańców Los Angeles Nowy Jork to szczyt wyrafinowania. Potrafię z odległości kilometra odróżnić klientkę z BH. Naturalnie, jest wspaniała. Nawet te niezbyt sławne wyglądają jak gwiazdy. I ubrana jest w rzucającym się w oczy stylu Freda Segala, czyli w spłowiały dżins, brylanty, jakieś turkusy, ma też na sobie doskonale skrojoną, miękką koszulę, spod której połyskuje nie za brązowa opalenizna. Mówię wam, Beach Boys wiedzieli, o czym śpiewać. Dziewczyna z Kalifornii sprawia, że na Madison Avenue tworzą się korki. Nieraz to widziałam. Naprawdę nie chcę traktować protekcjonalnie swoich kolegów po fachu z Zachodniego Wybrzeża i nie mówię o nikim konkretnym, ale fryzurę ma kompletnie spieprzoną. Klientka z BH
często trafia do mnie z włosami o barwie i fakturze słomy, po zbyt wielu zabiegach chemicznych. „Złotko, masz na głowie tyle chemikaliów, aż dziw bierze, że nie rozdzwoniły się alarmy na lotnisku”, mówię jej. Kto uznał, że platynowy blond to odpowiedź na wszystkie problemy trapiące kobiety z BH? Godzinami nakładam właściwy kolor. Dodaję odrobinę jasnych pasemek, trochę ciemniejszego odcienia blond, zwracam im kolor, który powinny mieć po długich wędrówkach plażą w Malibu. Niektóre kobiety nerwowo reagują na mój widok, bo po salonie idą do Lettermana albo do programu Today. Młode gwiazdeczki drżą, siadając na moim fotelu. Najbliższy występ to dla nich przełom. Przynajmniej mogę im zaproponować wspaniałe włosy. A co do napiwków? Wiem, że to się może wydawać niesprawiedliwe, ale nie żądamy zbyt wiele od klientek z BH, niezależnie od tego, czy są gwiazdami z krwi i kości, czy dopiero aspirują do tego miana. A one nie dają napiwków. Ani grosza. Zupełnie nic. Uważają, że zasłużyły na darmową obsługę, i nie ma się co dziwić. W końcu za żadne pieniądze nie kupi się reklamy, jaką mogą zrobić, gdy jakieś pismo zapyta je, kto zajmuje się ich włosami, a one odpowiedzą: „Georgia z Jean-Luca w Nowym Jorku”.
Mgiełka produktów do stylizacji i wody, zdmuchiwana z wilgotnych włosów przez suszarki, unosiła się nad podłogą salonu. Bal w Różu i Fiolecie odbywał się we wtorek, jeden z najbardziej zajętych dni, nawet w zwykłym tygodniu. W soboty miewaliśmy mnóstwo napływowych klientek, ale wtorki były ważnymi dniami dla tych dobrze poinformowanych oraz przyjaciół tych dobrze poinformowanych. (Jeśli dawno temu czwartek stał się nową sobotą, to teraz wtorek był nowym czwartkiem). Faith Honeycomb tkwiła na swoim stanowisku obok okna, farbowała odrosty aktorki, którą rozpozna-
łam, choć nie byłam pewna skąd. Ciemne włosy, wystające kości policzkowe, wyrazista szczęka — widziałam to w telewizji, tylko gdzie? Większość aktorek chodziła do Faith. Kilka przylatywało raz w miesiącu z Zachodniego Wybrzeża albo przysyłało Faith bilet pierwszej klasy. Była nestorką kolorystek, pierwszą kolorystką, która stała się sławna. Nikt nie wiedział dokładnie, ile ma lat, zapewne ponad sześćdziesiąt, a jej włosy nigdy nie zetknęły się z farbą. Były białe jak śnieg i obcięte na modnego, sięgającego ramion pazia. Jej niebieskie oczy błyszczały, głowa była przechylona na bok, jak u stróżującego psa, gdy Faith słuchała opowieści aktorki.
Po drugiej stronie salonu, również przy oknie, ujrzałam T., modną dziennikarkę i idealne ucieleśnienie M-KP. Siedziała na fotelu Jean-Luca. On stał za nią, jego ręce delikatnie dotykały jej ramion, a ciemne oczy tonęły w jej oczach w lustrze, gdy coś perorował i wskazywał dłonią jej kruczoczarnego, krótkiego pazia. Zastanowiło mnie, co takiego mówi, skoro T. nie zmieniła fryzury od dziesięciu lat. Wszystkie kobiety, nawet ona, wydawały się kurczyć, gdy już zasiadły w naszych fotelach. Pelerynki, ręczniczki na szyjach, gładkie, mokre włosy stanowiły genialne wyrównywacze. Pozbawione wszystkich zewnętrznych atrybutów (no cóż, może raczej większości atrybutów — zegarki, pierścionki i torebki wciąż im towarzyszyły) kobiety te traciły blask. Jednak po pasemkach, strzyżeniu, woskowaniu, modelowaniu i poprawkach, kiedy znowu wkładały swoje eleganckie ubrania, powracały do życia: ożywione, upiększone, pewne siebie i gotowe podbijać świat.
— Kwadrans pod lampami — powiedziałam do Tiffany, przekazując jej panią H.
— Nie będą za jasne, prawda? - spytała pani H. Zwinęła brytyjski,Vogue” (własność salonu) w rulon i wsadziła go do wielgachnej torby.
— A zrobiłabym za jasne?
Zaczęła odpowiadać, „Oczywiście że nie”, ale ja już zdążyłam odwrócić się do pani P. W końcu było to pytanie retoryczne.
Właśnie prosiłam Tiffany o tubkę 6 i połowę 6.1, kiedy usłyszałam za sobą łomot.
- O Boże! - wrzasnął ktoś.
Odwróciłam się w samą porę, żeby zobaczyć, jak Faith Honeycomb opada na podłogę niczym rzucona chusteczka, a jej błyszczący paź rozpościera się wokół głowy jak wachlarz.
— Niech ktoś coś zrobi! — wrzasnął Sweetie.
Sweetie był najważniejszym recepcjonistą w salonie, a ze względu na swoje obowiązki przez te wszystkie lata przeobraził się w osobistego asystenta Faith Honeycomb. Ukląkł obok Faith. Jego długie kasztanowe loki kołysały się nad podłogą, a sukienka zadarła nad kolana — tylko one zdradzały, że Sweetie jest mężczyzną.
- Faith? Złotko? Faith, czy ty mnie słyszysz? Zamrugaj, zrób coś. Otwórz oczy!
W salonie zapadła cisza, szum suszarek nagle ustal. Z głośników sączyła się jakaś okropna francuska piosenka. Słyszałam, jak ktoś przy sąsiednim stanowisku dzwoni po pogotowie.
W oddali, przez grube podwójne szyby usłyszeliśmy ryk syren. Czyżby karetka po Faith, tak szybko? Przycisnęłam twarz do okna i popatrzyłam na Pięćdziesiątą Siódmą Ulicę. Ambulans z rykiem minął nasz budynek. Miałam ochotę zbiec na dół w swoim białym fartuchu i zatrzymać karetkę jak taksówkę.
Obok siebie słyszałam mamrotanie. Atak serca, powiedział ktoś. Udar. Zapaść. Alergia. Szok. Popatrzyłam na Faith, która zdawała się spokojnie spać na podłodze, a jej usta rozciągnęły się w nietypowym dla niej uśmieszku.
- Georgia? — Wyraźny obcy akcent, palce muskające moje ramię. Nagle wyrósł za mną Jean-Luc. — Musisz się... zająć... klientkami Faith — wyszeptał, wskazując kilka pań na osobnej ławie Faith. Wszystkie miały podobny wraz twarzy, starałam się odgadnąć, co to takiego. Troska? Nie. Niepokój? Poruszenie? Ależ skąd. Nagle, kiedy sanitariusze wpadli do salonu i położyli Faith na noszach, zrozumiałam, co to takiego. Panie były zniesmaczo-ne. W końcu przecież dziś wypadał Bal w Różu i Fiolecie.
- Faith! Skarbie! Jadę z tobą! — zawył Sweetie. Tusz spływał po jego policzkach, pozostawiając wielkie czarne smugi.
— Przykro mi... proszę pani. - Sanitariusz powiedział to z wyraźnym trudem. — Nikogo nie wpuszczamy do karetki.
- Pan chyba nie rozumie. — Sweetie wyprostował się na całą swoją imponującą wysokość. - To jest Faith Honeycomb. -Jego pokryte błyszczykiem usta zadrżały.
— Mam to w dupie, może się nawet nazywać Jennifer Lopez — warknął sanitariusz. Sweetie stał im na drodze. — Takie są przepisy. Proszę odejść!
Przenieśli Faith obok stanowiska Jean-Luca, potem przez recepcję, niemal zrzucając olbrzymi wazon frezji i pączków róż, wymienianych każdego ranka. Sweetie podążył za noszami niczym wdowa za trumną na pogrzebie. Drzwi salonu bezszelestnie zamknęły się za nimi i po chwili powróciły zwyczajowe dźwięki, najpierw cicho, potem głośniej, niczym warkot uruchamianego silnika. Po kilku minutach w salonie panował już normalny gwar.
Pani P. popatrzyła na mnie w lustrze, kiedy tak stałam za nią, usiłując złapać oddech.
- Georgia? — Wytarła nieistniejącą smużkę pod okiem. -Mój Boże. To dopiero przeżycie.
Oznajmiła to beznamiętnym, monotonnym tonem, który uchodzi płazem tylko kobiecie urodzonej w Darien i wy-
kształconej u panny Porter. Tak jakby życie, zwłaszcza życie innych, było bardzo paradoksalne.
Zacisnęłam palce na grzebieniu. Miałam ochotę wbić jego zęby w różową czaszkę klientki. Rozejrzałam się dookoła. Ludzie powoli wracali do tego, czym się zajmowali, zanim Faith Honeycomb miała czelność zwalić się na kafelkową podłogę. Dwie asystentki, pochylone nad stroną czasopisma „Hampton’s”, chichotały. T. przesiadła się z fotela Jean-Luca na krzesło przy stoliku manikiurzystki. Miała wilgotne włosy, a w palcach o świeżo opiłowanych paznokciach delikatnie ściskała słuchawkę. Kobieta na fotelu przy stanowisku Faith — ta, nad którą Faith właśnie zaczynała pracować - spokojnie zamówiła z Nello sałatkę z wodorostów i mrożoną herbatę. Podchwyciła moje spojrzenie i machnęła na mnie ręką. Nie znałam jej nazwiska, ale często tu przychodziła. Była jedną z niemłodych dam zwanych przez nas SP, starymi patrycjuszkami. Ubrała się w wytarty kaszmir i workowate spodnie khaki, i jako jedna z niewielu pań miała przyzwoicie zrobiony lifting. Trochę kojarzyła mi się z moją matką, chociaż nie miałam pojęcia dlaczego. Z pewnością nie ze względu na status społeczny. Może dlatego, że jej oczy marszczyły się w miły sposób? Podeszłam do niej.
- Chciałam tylko przypomnieć, moja droga, że Faith zawsze używa płukanki.
Cofnęłam się o kilka kroków. Nie byłam w stanie nic powiedzieć, a co dopiero farbować włosy tej kobiecie. Pomyślałam o biednej Faith Honeycomb, samotnej w karetce pędzącej ulicami Manhattanu. O Faith z jej starannym makijażem i świetnie obciętymi włosami, która oprzytomnieje (jeśli do tego dojdzie) na obskurnym, przerażającym korytarzu miejskiego szpitala. Nie wyszła za mąż, nie miała dzieci. My w salonie byliśmy namiastką jej rodziny.
Mnie się to nigdy nie przydarzy.
— Georgia? — W głosie pani P. pobrzmiewało zniecierpliwienie.
Nigdy, przenigdy.
Odwróciłam się do niej i zmusiłam do uśmiechu.
— Tak, pani P?
— Nie chciałabym cię popędzać, moja droga, ale o pierwszej mam spotkanie z firmą obsługującą wesele Kristen.
Skromne korzenie kolorystki (załapaliście?)
Czasem, w samym środku pracowitego dnia, kiedy klientki siedzą na ławie i czekają na mnie, a inne wiszą na telefonie i usiłują zarezerwować termin na wiele miesięcy naprzód, kiedy kobiety światowe zasypują mnie prezentami, a hollywoodzcy agenci błagają o godzinę albo chcą, żebym poleciała do Los Angeles pierwszą klasą, muszę przystanąć na moment i przypomnieć sobie, kim naprawdę jestem. Dziewczyną, która urodziła się biedna jak mysz kościelna w miasteczku Weekee-peemie w New Hampshire. Moją życiową ambicją było ukończenie szkoły kosmetycznej i znalezienie pracy, w której będę mogła farbować włosy paniom.
Za każdym razem, kiedy patrzę na jakiegoś mieszkańca Nowego Jorku, zastanawiam się, skąd jest. Tak naprawdę nikt nie pochodzi z Nowego Jorku. Pomyślcie o tym. Ilu rdzennych nowojorczyków znacie? Zrobiłam sobie z tego rozrywkę, usiłuję znaleźć wewnętrznego wieśniaka w modnych ludziach spacerujących po Madison Avenue albo Prince Street w SoHo. Ten chudy facet w starych levisach i spłowiałym czarnym podkoszulku, który wygląda na zniszczony, ale wiem, że kosztuje osiemdziesiąt pięć dolarów w sklepie Helmuta Langa?
Stawiam na Maryland. Gość dorastał w Maryland, w cztero-pokojowym mieszkaniu w kamienicy. A ta dziewczyna z kolczykiem w nosie i ustami umalowanymi szminką w kolorze zaschniętej krwi, odziana od stóp do głów w czarną skórę? Ma na czole wypisane, że pochodzi z przedmieść, może z New Jersey albo okolic Filadelfii. Jej tata jest zapewne dermatologiem albo kimś takim, a mama dzwoni po dziesięć razy dziennie, żeby upewnić się, że córki nikt nie napadł. Nie wiem dlaczego, ale zwykle nie mylę się w tych sprawach. Takiej umiejętności nabywa się po latach spędzonych na wysłuchiwaniu opowieści o życiu ludzi siedzących na fotelu fryzjerskim. Klientki nic nie mogą na to poradzić. Mówią mi rzeczy, których nie zdradziłyby nawet swoim psychoanalitykom. Ja jestem właśnie takim psychoanalitykiem od włosów. Spędzam z klientkami więcej czasu niż prawdziwi psychoanalitycy, i powiem wam jedno: gdy klientki wychodzą, naprawdę czują się lepiej.
Od wczesnego dzieciństwa chciałam być kolorystką. W Wee-keepeemie mama miała zakład fryzjerski, zwany salonem piękności, a kobiety zjeżdżały do niej nawet z miejsc oddalonych o wiele kilometrów. Zauważyliście kiedyś, że nazwy takich salonów zmieniają się w już w chwili, gdy człowiek wyje-dzie z wielkiego miasta? Oto kilkoro moich ulubieńców:
1. „Pociąg do Włochów”.
2. „Ot, grzywka”.
3. „Kok w bok”.
4. „Tutaj się najeż”.
Co takie gierki słowne i włosy mają ze sobą wspólnego? Nie, to nie jest podchwytliwie pytanie. Odpowiedź brzmi: nic. Zakład mojej matki nazywał się „U Doreen”. Prosta,
zwyczajna, uczciwa nazwa, taka jak moja matka. Tam właśnie chodziły kobiety z Weekeepeemie, kiedy miały ochotę poprawić sobie humor. Dorastałam w przekonaniu, że cotygodniowe wizyty w salonie piękności to konieczność. Wizyty w sklepie czy u dentysty mogły poczekać. Szczerze mówiąc, niektóre z pań odwiedzających salon mojej matki miały niewiele własnych zębów, za to ich włosy prezentowały się nienagannie: były ułożone i wylakierowane, mógł je potargać jedynie huragan.
Leżałam obok fotela matki w łóżeczku, do którego wpadały skrawki mokrych włosów, jeszcze zanim „U Doreen” zyskało tę nazwę. Właścicielką zakładu była starsza pani, Mabel Smith, która zmarła, gdy miałam jedenaście lat, a jej spadkobierca sprzedał salon mojej matce za przyzwoitą cenę. Tuż po podpisaniu dokumentów w banku mama przyniosła do domu kawałek sklejki, którą ja i moja siostra Melodie pomalowałyśmy na biało.
— Jak go nazwiemy? — spytała mama.
— Może „Kera”? — zaproponowała Melodie.
Patrzyłyśmy na nią tępo.
— Taki skrót od keratyna — wybuchnęła wysokim śmiechem i dostała czkawki.
- Co to jest keratyna? - zapytałam.
Melodie była o rok młodsza ode mnie, ale już otrzymała promocję do szóstej klasy, a matematyki uczyła się na poziomie liceum.
- Nieważne, Georgia - wtrąciła mama. Wtedy wciąż była młoda i ładna, z długimi, ciemnoblond włosami związanymi w kucyk, i bez makijażu.
- Co by wymyślił tata? - zapytała Melodie, a jej oczy zalśniły, jak zwykle, kiedy mówiła coś, czego, jak dobrze wiedziała, nie powinna mówić.
— Cóż, nie ma to większego znaczenia — odparła mama łagodnie. — To nie jego interes.
— Wiem — wtrąciłam szybko, w nadziei, że na twarzy mamy nie pojawi się ten smutny, zagubiony wyraz, jak to się często działo przy wzmiance o ojcu. Odszedł, kiedy ja miałam osiem, a Mel siedem lat, i rzadko przysyłał nam jakieś pieniądze. Raz nazwałam go skurwielem. Doreen dała mi po twarzy.
- Twój ojciec nas opuścił — powiedziała ze złością — ale nie masz prawa wyrażać się tak, jakbyś była niewychowana.
„Niewychowana” było najgorszą obelgą w ustach mojej matki. Zamknęłam się wtedy i od tamtego czasu bardzo rzadko wspominałam ojca.
- Nazwijmy salon twoim imieniem! - oznajmiłam, w nadziei, że to podniesie matkę na duchu.
— Sama nie wiem... — mruknęła.
— I tak wszyscy przychodzą tam specjalnie dla ciebie — zauważyłam.
— Salon Piękności Doreen - wypróbowała nazwę moja matka.
— Imperium Włosów Doreen — powiedziała Melodie.
. - A może po prostu „U Doreen”? — zapytałam.
Mama zamilkła i zastanawiała się nad tym przez dłuższą chwilę. Potem nagle na jej twarzy wykwitł uśmiech, chyba pierwszy od wielu lat.
— Faktycznie, może „U Doreen”? — Szeroko rozłożyła ramiona. - Nasze motto to: „My cię tutaj suszymy, nie skręcaj nigdzie indziej”.
Teraz to my patrzyłyśmy na nią tępo.
-Załapujecie? Mycie...
— Załapujemy — odparła Mel ponuro.
— Po prostu mamy nadzieję, że nie podzielisz się tym z nikim innym - dodałam.
Był to jeden z nielicznych wypadków, gdy moja siostra i ja w pełni się zgadzałyśmy.
Pozostało nam zabrać się do roboty. Dysponowałyśmy sklejką, wściekle różową farbą i szablonami, które mama kupiła z katalogu. Pracowałyśmy godzinami, żeby wszystko wyglądało jak należy, a na koniec dodałyśmy jeszcze gałązkę bluszczu wokół D. Nie przypominam sobie, żebyśmy były tak szczęśliwe, odkąd skurwiel nas zostawił.
Przez lata, kiedy moja matka wyrabiała sobie markę, eksperymentowała na mnie, gdyż Melodie nie pozwoliła się jej tknąć. Zaczynałam od długich blond włosów niemal do pasa, ale w szkole średniej przerobiłam wszystkie najmo.dniej-sze fryzury. Doroty Hamill — klin, który wypadł jak idealny trójkąt. Toni Tennille — niefortunny paź z podkręcanymi loczkami i, w końcu, najwspanialsza fryzura ze wszystkich: na Farrah Fawcett. W pierwszej klasie miałam rozwiane fale, podkreślone przez szampon Farrah Fawcett, który mama po długich namowach kupiła mi w sklepie.
- Dlaczego jej na to wszystko pozwalasz? — pytała mnie czasem Melodie. — Wyglądasz jak dziwadło.
- Bo lubię — odpowiadałam urażona.
Walczyłam z chęcią, by się odgryźć, powiedzieć siostrze, że z nas dwóch to ona jest dziwadłem. Było to jednak zbyt bliskie prawdy. Miała brązowe włosy, które nigdy nie widziały grzebienia, oraz okulary o szkłach grubych jak denka butelek i w najbrzydszych oprawkach, jakie dało się kupić na północ od Bostonu. Może jak na średnią Weekeepeemie wyglądałam nieco inaczej, ale w Nowym Jorku albo w Los Angeles nie wyróżniałabym się z tłumu.
W każdym razie nie powiedziałam Melodie, że najszczęśliwsza byłam na fotelu matki. Nieważne, co robiła z moimi włosami, najważniejsze, że poświęcała mi tyle uwagi. Uwiel-
białam siedzieć w tym fotelu, patrzeć, jak mama spogląda na mnie uważnie i przechyla głowę na bok. Czasem obcinała mi włosy, innym razem robiła pasemka. Kiedy we wszystkich zakładach fryzjerskich używano czepków z dziurkami do pasemek, mama wykorzystywała do tego skrawki folii. Nazywała to „anielskim końcówkami” — brała koniuszki moich jasnych włosów i zręcznie je ozłacała.
Liczyła sobie dwadzieścia dolarów za mycie i modelowanie, dwadzieścia pięć za strzyżenie i sześćdziesiąt za kolo-ryzację. Były to wysokie ceny, ale nawet kiedy je podnosiła, klientek nie ubywało. Pracowała od ósmej rano do dziewiątej wieczorem, przyjmując panie z pobliskich fabryk i zakładów. Kiedyś zatrudniła manikiurzystkę, ale biedna kobieta siedziała samotnie przy swoim stoliczku, w otoczeniu dziesiątków buteleczek jaskrawych lakierów do paznokci. Najwyraźniej przyzwoicie wyglądające paznokcie nie były w miasteczku priorytetem, skoro palce, na których rosły, nakładały główki na szyjki lalek na taśmie produkcyjnej.
Wszyscy chcieli tylko i wyłącznie Doreen. Nawet nie tyle chodziło o to, że matka jest taka świetna w swoim fachu, chociaż bez wątpienia była. Miała odpowiedni dotyk. Rozumiałam to od początku: można być całkiem przyzwoitą koloryst-ką, ale bez odpowiedniego dotyku nie ma mowy o karierze. Dzięki palcom matki człowiek zaczynał czuć. Jej współczują-ce ręce sprawiały, że ludzie chcieli opowiadać jej historię swojego życia. I tak oto w miasteczku bez psychologów i psychiatrów, bez żadnych lekarzy od głowy, ludzie chodzili do Doreen, żeby zrzucić ciężar z serca.
Czasem, kiedy mama wracała wieczorem do domu, widziałam, że ugina się pod wagą problemów i sekretów całego miasteczka. Córka Judy Johnston zaszła w ciążę w wieku piętnastu lat. Mąż Marcie Appleby przeszedł zwiadowczą opera-
cję chirurgiczną. Doreen miała sine cienie pod oczyma, a jej skóra była tak cienka, tak przezroczysta, że widziałam delikatne żyłki na jej skroniach i wzdłuż szczęki.
Melodie i ja dużo wcześniej wracałyśmy ze szkoły, wtedy już średniej, i zwykle to ja przygotowywałam nam kolację. Talerz matki stał w ciepłym piekarniku aż do jej powrotu. Kuchnia, wyłożona linoleum w kratkę, była naszym ulubionym pomieszczeniem w całym domu. Miałyśmy wielki wiejski stół kupiony na garażowej wyprzedaży i pomalowany na błękit. Niezależnie od stanu naszych finansów, Doreen pilnowała, żeby na stole zawsze znalazła się miska świeżych owoców. Puszkowane owoce były dla niewychowanych ludzi.
Matka stanęła w progu. Pachniała tak słodko, że zakłuły mnie nozdrza.
— Biedna pani McCormick — oznajmiła i potrząsnęła.kucy-kiem, a włosy rozsypały się jej na ramiona blond kaskadą.
— Co się jej stało? — zapytałam, chociaż było jasne, że to na nic. Moja matka nie powtarzała plotek.
Westchnęła, zrzuciła płaszcz, po czym wyjęła kolację z piekarnika.
— Niektórym ludziom jest w życiu ciężko, kwiatuszku — odparła.
Jedną z wielkich zalet mojej mamy było to, że nie uważała swojego życia za ciężkie. Mimo statusu samotnej matki wychowującej dwie córki bez żadnej pomocy sądziła, że jest wybranką losu.
- Gdzie twoja siostra? - spytała.
Wskazałam na sufit.
— Na górze, kończy pracę domową — odparłam, chociaż najprawdopodobniej Melodie w ciągu dziesięciu minut przedarła się przez zawiłości geometrii, z którą radziła sobie świetnie od ósmego roku życia. Wiedziałam, że mama martwi się
o Melodie. Moja siostra była zbyt inteligentna, żeby mogło jej to wyjść na dobre — przerażająco inteligentna. Skąd się brały takie wielkie umysły? Z mojej perspektywy jej głowa wydawała się tak pełna szarych komórek, że nie było tam już miejsca na nic innego, na żadne sprawy tak ważne w liceum. Melodie nie miała przyjaciół, ale najwyraźniej jej to nie przeszkadzało. Wolny czas spędzała w bibliotece albo w swoim pokoju, za zamkniętymi drzwiami, czytając książki, których ja nie rozumiałam.
Moje lektury pełne były obrazków. Co tydzień pochłaniałam poprzednie wydanie „People”, które mama przynosiła do domu z salonu. Gapiłam się na gwiazdy, najwięcej uwagi poświęcałam hollywoodzkim debiutantkom: co nosiły, jak się malowały, jak obcinały i farbowały włosy. Moją ulubioną książkę napisała kobieta światowa, Cornelia Guest. Poradni^ debiutantki stał się moją biblią. Widziałam zdjęcie Cornelii Guest tańczącej z Sylvestrem Stallone’em w Studiu 54. Chociaż nigdy nie byłam w Nowym Jorku, wiedziałam, że te nowojorskie dziewczęta, które dorastały w pałacach na Piątej Alei, nigdy w życiu nie musiały się o nic martwić. Ich jedynym problemem było to, gdzie zjeść lancz albo czy pomalować paznokcie u stóp jasnoróżowym czy też ciemnoczerwonym lakierem. Chodziło wyłącznie o pieniądze. To one były kluczem, który otwierał wszystkie magiczne drzwi. Nie wiedziałam, jak wyglądają te drzwi ani jak to jest, kiedy się przez nie przejdzie, ale wiedziałam, że istnieją.
- Chcę z tobą o czymś porozmawiać, Georgio — powiedziała mama, kiedy zaczęła wcinać burgera z serem, który jej przygotowałam. Popatrzyła na mnie zmęczonym wzrokiem i zmarszczyła czoło. — O przyszłym roku.
Przyszły rok oznaczał dla mnie tylko jedno. Wybierałam się do szkoły kosmetycznej, co miało być początkiem praw-
dziwego życia. Chciałam tylko zdobyć licencję fryzjerki i zacząć pracować „U Doreen”. Wiedziałam, że Doreen pragnie dla mnie czegoś innego, ale doszłam do wniosku, że z czasem przywyknie. Matka marzyła dla mnie o tym, co nazywała „prawdziwym wykształceniem”. Zależało jej, żebym zdobyła jakiś porządny zawód, na przykład została pielęgniarką albo księgową, jak pani Peabody w naszym miasteczku, która miała szyld na swoim domu na głównej ulicy. Nie do tego jednak zostałam stworzona. Nie miałam nic do pielęgniarek ani księgowych, ale to nie były zawody dla mnie. Na samą myśl o nich korciło mnie, żeby wetknąć głowę do muszli klozetowej i pociągnąć za spłuczkę.
- Zmieniłam zdanie w kwestii twojej szkoły kosmetycznej - powiedziała mama. Mówiła powoli, jakby z każdym słowem czuła się coraz bardziej zmęczona. — Nie chcę, żebyś do niej szła.
