Lawendowa Więź - Małgorzata Paszko - ebook

Lawendowa Więź ebook

Paszko Małgorzata

0,0

Opis

Czy miłość między człowiekiem a duchem może przetrwać?

Oriel Olmeri wierzył, że zagadka Złotego Motyla to jego jedyne zmartwienie. Tymczasem jego wrogowie atakują dziewczynę, dla której zaczęło bić jego serce. Postawiony pod ścianą Króliczy Lord wie, że nie może dłużej zwlekać. Pomimo surowego zakazu, przybywa do stolicy, by stanąć przed obliczem króla.

Spokojne dni Cerys coraz bardziej odchodzą w zapomnienie. Zostaje zmuszona, by stanąć oko w oko z prawdą o własnym pochodzeniu, uczuciami i tajemnicami swojego puchatego podopiecznego. Dla wspólnej przyszłości z ukochanym gotowa jest porzucić ludzkie życie. Jednak cena za to wcale nie jest mała.

II tom dylogii Złotego Motyla. Zanim zanurzysz się w „Lawendowej Więzi”, poznaj „Lawendową Woń”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 253

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Małgorzata Paszko, 2026 rokAll Rights ReservedRedakcja: Małgorzata Paszko, Kamil SiwiaszczykKorekta: Małgorzata Paszko, Kamil SiwiaszczykSkład i łamanie: Małgorzata PaszkoProjekt okładki: Małgorzata PaszkoWydanie IISBN: 978-83-981317-1-1Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Zabrania się kopiowania oraz udostępniania bez pisemnej zgody Autorki.Książka dostępna również w formie ebooka.

Instagram: @malgorzata_paszko

Kontakt: [email protected]

Tym, w których nikt nie wierzył.Ja w was wierzę.

Rozdział 1

Odór przestał mieć dla niego znaczenie. Ignorował nawet to, że powietrze wydawało się kleić i tworzyć drugą skórę. Ciało oblewał pot, gdy konsumował moc zmarłego. Przywołał Irsydę, stabilizując się za pomocą jej energii.

Powinien być skupiony, wyciszony, ale nie umiał wyprzeć niechcianych myśli. Słowa Xerosa, wspomnienia z nim związane, a także feralna tabliczka, której napis zdradzał prawdę, paliły jak ogień.

On naprawdę nie żył.

Jeden z najstarszych, najdziwniejszych duchów odszedł, pozostawiając dary. Oriel tego nie rozumiał. Nigdy nie uważał się za ulubieńca kruka. Czasami nawet sądził, że uczył go z racji sympatii do matki, i gdyby mógł, wrzuciłby go w miazmę, aby nauczyć pokory. Miał nawet wrażenie, że Anastas cieszył się jego większym uznaniem.

Jednocześnie…

Zmarł, bo odpowiedział na pytania Oriela. Moc, którą przebudził w sobie, która zachwycała innych, okazała się trucizną.

Lord splunął, a ziemię pokrył szkarłat. Nie po raz pierwszy. Proces naprawdę był męczący i przypominał noszenie ogromnego głazu. Siedział w miejscu, a czuł się palony i ograbiany z ostatnich sił. Niemoc kusiła, ale wraz z nią powitałoby go unicestwienie. Energia musiała zostać ułożona i dostosowana, bo inaczej zniszczyłaby ciało, a w odróżnieniu od Xerosa nie zamierzał umierać.

Wziął gwałtowny wdech, odchylając się do tyłu i opierając się rękami, gdy spojrzał na pokryty pajęczyną sufit. Całkowicie stracił poczucie czasu. Mięśnie pulsowały, a uszy podskakiwały, jakby był co najmniej spłoszony. Ubrania lepiły się do niego, a zmysły wydawały się wyostrzone.

Wyglądał gorzej niż kiedykolwiek, ale był też znacznie silniejszy. Energia Xerosa niemal całkowicie odrobiła straty, jakie poniósł w wyniku kary.

Oczy Oriela rozbłysły złowrogo. Miał się tułać i cierpieć, ale los ułożył się inaczej.

Złagodniał, czując ukłucie smutku, gdy spojrzał na bujany fotel, na którym nie tak dawno zasiadał Xeros. Sięgnął po laskę i obrócił ją w dłoniach, pozwalając, aby mgła wypełniła przestrzeń i przegoniła smród. Przesunął palcami po drewnie, zauważając wyryte słowa.

Zawsze pamiętaj.

– Nawet po śmierci nie odpuszczasz, co? – mruknął markotnie.

Podniósł się chwiejnie. Jeszcze chwila, a udusi się w tej chacie. Musiał się również umyć. Ciepła woda z olejkami i płatkami lawendy brzmiała cudownie.

Powietrze stało się zbawienne. Przeczesał włosy, wiedząc, że musi uporządkować wszystko, co powiedział Xeros. Odczuwał zmęczenie, nie jak człowiek, lecz jako byt, którego fundamenty uległy przeobrażeniu. Musiał usiąść i wyciszyć umysł. Marzył, aby jak najszybciej do niej wrócić.

Przyjrzał się okolicy, decydując się zostawić wszystko tak, jak było. Poza laską, którą zamierzał zabrać. Przekształcił ją mocą, wtapiając we własną energię, by łatwo ją przenosić. Tworzenie prostych przedmiotów i ich przechowywanie było możliwe, lecz każda z nich pochłaniała siły – tym bardziej, im potężniejszy miał być obiekt. Dodatkowo ich nadmiar wywoływał uczucie ciężaru. Dlatego możni i tak posiadali skrytki ze swoimi kolekcjami.

Z pomocą tokenu przeniósł się do starego domu Xerosa, gotowy odnaleźć łazienkę i się oczyścić. Nim zrobił dwa kroki, przed nim pojawił się spanikowany Carl.

– Lordzie! Złe wieści! – Padł na kolana, uderzając czołem o podłogę. – Panna Belletrose została zaatakowana!

Strach nie był Orielowi obcy, jednak w tej jednej chwili poczuł go w sposób dotąd nieznany. Nigdy nie chciał zstąpić w takie głębiny przerażenia.

Pierwotne, lepkie uczucie dusiło i wtapiało się w kości. Smród i dyskomfort były niczym. Śmierć Xerosa także odeszła na dalszy plan.

Dopadł do Carla i chwycił go za ramiona mocno.

– O czym ty mówisz?! – syknął.

Nie wiedział, jakie zagrożenie mogło uderzyć w dziewczynę. Samochód? Agresywny klient? Może coś na nią spadło?

– Co jest z Cerys?

Maska eleganckiego, choć nieznacznie ponurego i krnąbrnego arystokraty roztrzaskała się w drobny mak.

Carl spojrzał na mistrza nieśmiało, śpiesząc się z wyjaśnieniem.

– Ludzie urządzili sprzątanie okolicy, a panna Belletrose zapragnęła wziąć w tym udział. Pies rzucił się nagle na pannę i gdyby nie interwencja Silviusa…

Carl się jąkał. Chciał powiedzieć jak najwięcej, wyjaśnić, ale niezbyt dobrze radził sobie ze stresem pana. Wolałby widzieć zimną furię niż strach, bo właśnie on wybrzmiewał w brązowych oczach.

– Jesteśmy pewni, że jakiś duch sprowokował stworzenie, ale nie znaleźliśmy go. Przybyłem na miejsce zbyt późno, a Hugo dowiedział się z opóźnieniem. Silvius zabrał pannę Belletrose do ludzkich uzdrowicieli. Tylko… Wątpię, aby mogli jej pomóc. Sprawdziłem zranienia na krótko przed przybyciem tutaj – zapewniał, jakby chcąc pokazać, że zrobił wszystko, co mógł.

Oriel chłonął każdą informację, z trudem ukrywając sceptycyzm. Duch? Ktoś miał czelność sprowokować kundle, aby zaatakowały? Zacisnął usta, a brązowe oczy zdawały się czernieć. Włosy mu się rozwiały, a energia dookoła trzeszczała. Żar wściekłości zalał serce lorda, który miał ochotę własnoręcznie unicestwić winnego.

– Dlaczego nie będą mogli jej pomóc?

– Wykryłem duchową truciznę, która utrudnia gojenie się ran. Dojdzie do siebie, ale potrzeba będzie więcej czasu.

Oriel nagle puścił Carla, dotykając skroni. Ktoś zaplanował całość ze skrupulatnością. Od początku nie miał zamiaru zabić Cerys, ale pragnął pokazać, że mógł. Gdyby nie Silvius…

W jednej chwili Oriel zniknął w kłębach mgły, pozostawiając przejętego ducha samego sobie. Zjawił się w domu Belletrosów, dokładnie w pokoju ukochanej, szukając Hugo. Nie interesowało go, czy Nadine zauważy, czy nie. Zawsze mógł zmienić jej wspomnienia. Czekanie w tych warunkach byłoby agonią, której nie mógłby znieść.

Chciał ją zobaczyć.

Hugo, wyczuwając pana, od razu wyskoczył z kojca. Następnie przemienił się w człowieka i klęknął, opuszczając nisko głowę.

– Gdzie ona jest? Gdzie jest Cerys?

Każde słowo Olmeriego niosło po otoczeniu dziwny przepływ mocy, który mógłby zatrwożyć niejednego. Urocze dodatki pokoju i wspomnienia z czasu spędzonego wraz z Belletrose nie poprawiały lordowi humoru, a jeszcze bardziej go drażniły. I chociaż maska spokoju wróciła, to jego spojrzenie stało się lodowate.

– W szpitalu. Jej babcia niedawno się tam udała, panie. Silvius również czuwa w okolicy. Zaprowadzę cię, lordzie – zapewnił posłusznie Hugo.

Oriel machnął dłonią, a podmuch energii był jednoznacznym rozkazem. Musiał ją czym prędzej zobaczyć.

Rozdział 2

Pokój szpitalny był daleki od tego, co sobie Oriel wyobrażał. Biel była wszędzie i niemal doprowadzała do zawrotów głowy. Przez wysokie okno sączyło się światło, a na nocnej szafce stała butelka z wodą. Na jednym z trzech metalowych łóżek leżała nieprzytomna postać, którą pokrywała cienka, bladoniebieska kołdra. W prawą dłoń miała wbitą igłę kroplówki, której worek zawieszono na metalowej ramie. Cisza była gęsta, ale od czasu do czasu przerywały ją skrzypnięcia drzwi oraz mamrotanie zaglądającego do środka personelu. Szpital był stary, kamienny i mały, a w powietrzu duchy wyczuwały odór zgonu. Nadine pierwotnie chciała przewieźć wnuczkę do Cavaillon, ale zrezygnowała, świadoma, że nie będzie jej tam łatwo dojechać. Stąd padło na mniejszą placówkę w Gordes.

Cała czwórka duchów była obecna, ale kryła się przed wzrokiem ludzi z pomocą energii. Oriel stał przed nimi, niedaleko ściany i wpatrywał się w twarz Cerys, jakby chcąc wyryć jej oblicze w pamięci. Widział opatrunki w poranionych miejscach i zmarszczone brwi, mówiące o dyskomforcie. Pamiętał, co mówił człowiek w białym fartuchu. Przez leki mogła spać do następnego dnia i liczył, że tak będzie. Nie powinna być przytomna, zwłaszcza gdy cierpiała.

Zacisnął mocniej dłoń, przeczesując splątane włosy. Nie miał czasu odświeżyć się po sytuacji z Xerosem, więc wyglądał niemal jak obłąkany. Nikt nie wiedział, kiedy Oriel Olmeri wybuchnie.

Mijały godziny, a Nadine zdążyła przyjść i wstawić do wazonu na szafce pęk lawendy. Widok ukochanych przez Cerys kwiatów ścisnął serce, ale jednocześnie zrodził wdzięczność. Jakakolwiek nie byłaby kobieta, troszczyła się o wnuczkę. Może przez samotność, a może z innych powodów. Dla Oriela było to nieistotne.

Drgnął dopiero, gdy staruszka wyszła. Trójka sług odetchnęła w myślach z ulgą, widząc, że pan podchodzi do łóżka i czule przesuwa palcem po dłoni z kroplówką.

– Co wiecie? – spytał, przypatrując się bladej, ale wyraźnie spokojniejszej twarzy.

Silvius wystąpił z rzędu, zginając się wpół.

– Sprzedawca, który przekazał uszkodzony towar, zna się z panną Oswen – skomentował. – Widząc, kim jestem i domyślając się, dla kogo kupuję skarb, skontaktował się z nią, a ta nakazała mu dać podróbkę.

Szyba w oknie pokryła się delikatną siatką pęknięć, gdy widmo przeszłości nabrało realnego kształtu.

– To nie koniec – stwierdził, wyczuwając wahanie energii Silviusa. – Co jeszcze? Mów.

Kroki na korytarzu stały się nerwowe, a Oriel skierował ku nim całą uwagę. Złowroga energia wylewała się poza pokój, odganiając zainteresowanych.

– Ślady mocy na psach należą do sprzedawcy. Przypuszczam, że panna Oswen mogła mieć z tym związek.

Nie słyszał o córce markiza od lat. Zawsze ignorował najmniejszy szept dotyczący jej osoby, a teraz po prostu wpełzła na nowo do jego życia, będąc niczym uparty, nieustępliwy chwast. Musiał go wyplenić, póki była okazja, a co więcej, pokazać, że powinna trzymać się z daleka.

– Silvius, kup dwie ropuchy plamiste, najbardziej obrzydliwe, jakie znajdziesz, a następnie rzuć na nie z pomocą Hugo iluzje. Pakunek ma trafić do rąk panny Oswen do końca tego dnia – syknął.

To był tylko wstęp, a każdy wiedział, że Larissa nienawidziła płazów. Zwłaszcza ropuch plamistych, których ciała produkowały niewiarygodne ilości śluzu. Gruczoły na pysku istoty pękały, wylewając wydzielinę, której trudno było się pozbyć. Chociaż ohydna, przydawała się przy tworzeniu pigułek.

– Zostawcie mnie – nakazał, a trójka duchów natychmiast zniknęła.

Cisza nie przyniosła ukojenia. Wpatrywał się w pogrążoną we śnie Cerys i czuł ucisk w gardle. Nieistotne było, że włosy miała poplątane, a w niektórych miejscach widoczne zabrudzenia. Żyła i tylko to się liczyło. Podszedł bliżej, przywołał stojący obok taboret i usiadł, patrząc na blade policzki i mały nosek. Grzywkę miała całkowicie zmierzwioną.

Czuł się źle, a ciężar wiedzy, że została ranna, dusił. Na samym początku znajomości uznałby to za uderzające w honor, ale teraz? Duma i imię nie były tak ważne, jak jej bezpieczeństwo.

– Zrobię wszystko, abyś się obudziła – szepnął. – Sprawię, że ten, kto podniósł na ciebie rękę, będzie cierpieć po stokroć. Nawet jeśli ty sama okazałabyś mu miłosierdzie.

Nie potrafił być tak dobry jak ona. Cerys była Słońcem, a on czarną dziurą. I chociaż powinien ją pochłonąć, pragnął jedynie wygrzewać się w promieniach, którymi emanowała.

– Znaczysz dla mnie więcej niż ja sam – kontynuował. – Ani Słońce, ani księżyc nie mogą się równać twojemu pięknu, delikatności i urokowi. Jesteś moją tratwą, bez której spadnę w najgłębszy odmęt. Musisz wyzdrowieć.

Gdyby ktoś zapytał go, czy wolałby zostać wśród ludzi na wieczność, czy powrócić do Królestwa Duchów, ale nigdy nie móc opuścić jego granic, wybrałby pierwsze. Nawet jeśli śmiertelnicy żyli krótko, to każdy dzień z Cerys był cenniejszy od dziesięcioleci.

Miłość pędziła, nie pytając, czy chce się ją przyjąć. Było mu głupio, że początkowo patrzył na nią jak na narzędzie. Nie zasługiwała na to. Ze znanych mu istnień była najczystszą, najszczerszą osobą i powinno się ją chronić, a nie dokładać swojej cegiełki do grona tych, którzy czerpali garściami z jej poczciwego serca.

Przymknął oczy, przykładając dłoń ukochanej do czoła.

– Jestem żałosny – syknął. – Kocham człowieka, który nie zna mojej prawdziwej natury. A co więcej, gdybyś była przytomna, prawdopodobnie nie potrafiłbym tego przyznać.

Wiedział, że Cerys nie jest taka jak Larissa, ale strach, że gdy odda komuś serce, a ta osoba się nim zabawi, był bardzo żywy.

– Oriel… Oriel… Nie odchodź…

Zerwał się, cofając dłoń jak oparzony. Przyjrzał się poruszającej z niepokojem dziewczynie, mrugając.

Czy ona…?

– Orielu… Nie zostawiaj mnie…

Słuchał szeptów, niewyraźnych pomruków jak przepięknej pieśni. Myślała o nim.

O nim. Nie o babci. Nie o Nicolasie, a o nim.

– Nie kicaj tak daleko…

Powaga chwili została przerwana, a z ust ducha umknęło prychnięcie. Był taki głupi. Miała w głowie króliczka, ale to nadal cieszyło. Stał się dla niej ważny. W ciszy ucałował wierzch mniejszej dłoni.

– Nigdzie się nie wybieram – mruknął, pozwalając, aby energia powoli okryła kobietę.

Całun białej mgły był delikatny i lśnił niczym perły. Zdecydował się pozbyć trucizny z ran, a także przyspieszyć regenerację. Był rozsądny, świadomy, że nie mógł jej całkowicie uleczyć, chociaż tego pragnął. Zadanie nie należało do trudnych, ale był zmęczony po wcześniejszym wydarzeniu. Lecząc Cerys, znalazł moment, aby przeanalizować każdą z informacji.

Miał piątkę podejrzanych, z których mógł wykreślić osobistego sługę króla. Wahał się nad bratem, bo prowadził dochodzenie, a więc przed królem musiał dowieść niewinności. Pozostała trójka miała motywy i posiadała również zasoby, aby ukryć tak potężny artefakt. Co więcej, wielu z nich zajmowało się kolekcjonerstwem, a więc nie byłoby to nic podejrzanego. Jednocześnie hrabia Alric miał kończyć żywot; wątpliwe, aby w takiej sytuacji zależało mu na koronie. Mógł go ktoś wykorzystać. Artefakt skrywał ktoś mądry, silny i mający Orielowi coś za złe.

Z tego, co pamiętał, nigdy nie zaszkodził głównemu zarządcy. Mógł uznać, że jest podejrzanym drugiej kategorii.

W tym wszystkim nie mógł zignorować dziwnej aktywności Larissy. Mogła wykorzystać okazję, skoro spotkała go tragedia, ale dlaczego zaatakowała Cerys? Musiał przyjrzeć się subtelniej hrabiemu Alricowi, bo zgodnie ze słowami Xerosa sprawa była pośrednio z nim powiązana.

Poczynił ogromne postępy, chociaż miały one wysoką cenę.

– Mam nadzieję, że nie żałowałeś, nauczycielu.

Ostatnie słowo wypowiedział szeptem, chcąc oddać szacunek zmarłemu. Mogli się różnić, drażnić, ale mieli wspólną przeszłość i należało ją uszanować.

W jednej chwili Oriel odłożył dłoń Cerys i przyjął zwierzęcą postać, kładąc się tuż obok. Musiał odpocząć, ale nie byłby spokojny, dopóki nie czuł jej ciepła. Sądził, że nie traci czujności, ale nie minęło wiele czasu, a pogrążył się w głębokiej zadumie, w końcu dając sobie chwilę oddechu.

Rozdział 3

Pierwszą rzeczą, którą zarejestrował, był szmer. Drgnęło mu ucho, gdy zauważył, że przez szyby wdzierały się do pomieszczenia promienie świtu. Obok łóżka znajdował się nie kto inny jak Nadine Belletrose, która cicho westchnęła.

Dlaczego nic nie mówiła? Nie wyczuwał stresu bądź zagubienia. Zachowywała się tak, jakby wszystko było normalne.

– Musisz być ostrożniejszy, duchu.

Rozważał przemianę, ale zdecydował się poczekać.

– Od kiedy cię zobaczyłam, wyczuwałam w tobie to, co miał mój ukochany. – Parsknęła. – Nie wystarczyłam ja, więc pora na moją wnuczkę.

Brzmiała lodowato, a gdy nachyliła się nad królikiem, przypominała mrocznego demona. Chociaż z dwojga złego była bardziej bezbronna niż duch.

Wilk skrywał się w owczej skórze, a owca przybrała twarz drapieżnika.

– Nie wejdę ci w drogę, wiem, że to nic nie da, a nawet pogorszy sprawę. Moja biedna Cerys… – Nadine przymknęła oczy. – Nie mogłam jej zatrzymać, bo bez tego nie będzie szczęśliwa.

Słowa, które większość uznałaby za przejaw szaleństwa, Oriel traktował jak drogowskazy. Xeros odszedł, duchowa żyła była potężna, a Nadine najwyraźniej rozwinęła w sobie dar, który umożliwiał dostrzeganie tego, co może nadejść.

Skoczył, a ciało, które otoczyła srebrzysta mgła, gwałtownie przeobraziło się w męską postać. Elegancką, wyższą od Francuzki i pełną chłodu. Całun energii spoczął ochronnie na Cerys.

Nadine cofnęła się, zaciskając dłonie na rączce małej torebki.

– Nie oszalałam – uznała pod nosem. – Naprawdę jesteś taki jak mój ukochany. Tylko coś mi mówi, że nie zrobisz tego, co on.

Cokolwiek to było, na pewno sprawiło Belletrose ogromną przykrość. Olmeri milczał.

– Skąd pewność, że jej nie skrzywdzę? – spytał pochmurnie, nadal mając z tyłu głowy, że człowiek może po prostu czegoś chcieć.

– Spróbuj, a nie dostaniesz ani jednego croissanta więcej – uprzedziła surowo. – Chociaż… Powiedzmy sobie szczerze, duchu, ani ja, ani żaden człowiek nie mógłby cię powstrzymać, a wśród takich jak ty… Nie wiem, jak szukać. Wydajesz się silny, silniejszy od tego, który się pod ciebie podszywa.

Nieznacznie się zdziwił, że była tak wrażliwa na energię. Zaczynał pojmować, dlaczego Cerys zdarzyło się zobaczyć jego świat. Chodziło przede wszystko o pokrewieństwo z duchem.

– Chcę przy niej zostać.

Nie umiał powiedzieć niczego bardziej wyniosłego.

– I to zrobisz – skomentowała ponuro. – Na zawsze.

Gorycz rozlewała się jak bezkresny ocean. Oriel deklarował pragnienie zostania, gdy duch, z którym związała się Nadine, odszedł, zostawiając ją z dzieckiem. Potomstwo duchów i ludzi rozwijało się jak zwykły człowiek. Nie miało zwierzęcych cech ani drugiej formy. Dziedziczyło za to wrażliwość na energię i możliwości rozwoju, których zwykła osoba nie zdołałaby nigdy odblokować.

Przekleństwo zawsze było jednym z obliczy błogosławieństwa.

– Czego chcesz w zamian?

Coś musiało być przedmiotem układu. Nawet jeśli przeczucia szeptały, że nigdy nie zdoła go odsunąć, Oriel wolał być pewny wszystkiego. Dobijanie targu, choć go irytowało, wydawało się właściwe. Gniew brał się stąd, że Cerys nie była towarem na sprzedaż. Chciał prawa, aby móc być blisko, ale gdyby go odtrąciła... Strzegłby jej z daleka, utrzymując granice, które wyznaczyła.

– Szczęścia i bezpieczeństwa mojej wnuczki. – Brązowe oczy lśniły determinacją. – Możesz być blisko niej, o ile ostatecznie jej nie skrzywdzisz. Czuję, że nie, wiem, że powinnam wierzyć, ale wciąż jestem babcią.

Skinął głową.

– Ja, Oriel Olmeri, zobowiązuję się spełnić ten warunek – rzekł uroczystym tonem i pstryknął palcami, przemieniając się w królika, aby wylądować na łóżku. Ostatni raz chciał otrzeć się o palce Cerys, zapamiętać ciepło, jakim emanowała. Rozumiał, że będzie musiał odejść, by zapewnić jej prywatność.

Tylko było to tak trudne.

– Zabiorę cię do kawiarni. Przyjdź do niej o normalnej porze, jako człowiek. Ucieszy się.

Propozycja prędko spotkała się z aprobatą lorda, który wskoczył w ramiona Nadine. Mógłby wyjść jako człowiek, zmienić wspomnienia, ale musiał jeszcze moment odpocząć.

» ✧ «

Zachichotała, czując łaskotanie w prawej nodze, a echo poniosło się daleko. Wtedy nadszedł obraz, którego braku wcześniej nie spostrzegła. Unosiła się nad wielką, przestronną wyspą, widząc, że nad głową górują kolejne. Każdą łączył most, raz bardziej pochylony, innym razem mniej, ale widok był wspaniały. Wszystko wydawało się takie maleńkie.

Była wysoko. Nie czuła jednak zimna, a niebo przypominało czarny aksamit. Mimo to nie było ciemno. Co za ciekawe miejsce.

Zadrżała, gdy uwaga w końcu skierowała się na niżej położoną wyspę i dostrzegła miazmę, w której wydawały się tkwić ludzkie postacie. Poruszyła się, chcąc się tam dostać, ale perspektywa nie uległa zmianie, a ciało stało się cięższe i bardziej zrelaksowane. Impuls sprawił, że zapomniała o niepokojącym stanie rzeczy. Wszystko chciało, aby patrzyła na wypełnione dziwnymi istotami alejki. Mały cechy, przez które nie dało się ich uznać jednoznacznie za ludzi. Zachichotała ponownie, uznając, że kocie uszka są urocze. I czy tam był ktoś z ramionami, które pokrywały pióra? A tam… Tam…

Wytężyła wzrok, aby ujrzeć osobę z dziobem. Był też ktoś z rogiem i uszami kangura. Do tego sunąca po nawierzchni winorośl. Ciekawe, jak to możliwe, że się przemieszczała. Jakby tak móc posadzić coś takiego w domu? Oriel miałby interaktywnego towarzysza i…

Cerys krzyknęła, mając wrażenie, że spada. Szamotała się, zamykając oczy. Paraliżował ją strach przed zmiażdżeniem.

– Żywa… Żywa…

– Pochłoń żywą…

– Pochłoniemy…

Szepty nadchodziły ze wszystkich stron, brzmiąc ociężale. Próbowała unieść powieki i rozejrzeć się, aby określić, kto mówił, ale nic z tego nie wyszło.

W uszach rozbrzmiał mało przyjemny pisk. Uderzyła o coś, krztusząc się i obracając na brzuch. Wyczuwała pod sobą… piach. Na szczęście znowu mogła spokojnie widzieć. Strach zniknął w śnie jak za dotknięciem magicznej różdżki. Podniosła się, nie czując żadnego bólu. Otoczenie nie przykuwało takiej uwagi, a szumiący niedaleko strumień wydawał się zagłuszony. Kryształy zmieszane z piachem też nie umiały oderwać uwagi Cerys od budynku. Wyglądał staro, a jednak miał w sobie coś, co nie pozostawiało wątpliwości. Prawdopodobnie świat mógłby stanąć na skraju zniszczenia, a on nadal pozostałby na miejscu.

Powoli weszła na obszar tarasu, chcąc popchnąć drzwi i zajrzeć do środka. Coś przyciągało ją w stronę wnętrza, kusząc.

Musisz to zobaczyć.

Chodź.

Co się może stać?

Co się mogło stać… Nic… Prawda? Uniosła dłoń, kładąc ją na drewnianej powłoce, ale wtedy przeszedł ją chłodny prąd. Impuls przemknął przez każdą komórkę ciała, niosąc za sobą ostry, męski głos.

– Wróć.

» ✧ «

Gwałtownie nabrała powietrza, siadając na łóżku szpitalnym tak szybko, jakby ktoś ją poraził prądem. Mrowiło ją całe ciało, a serce ściskało się ze strachu. Widziała w śnie wiele nieoczekiwanych, pięknych rzeczy, ale też… Końcówka miała w sobie coś przerażającego.

Promienie wschodzącego słońca bez wahania otuliły twarz, gdy w jej głowie tkwiła tylko jedna myśl.

Zapowiada się piękny dzień.

Rozdział 4

Cerys lubiła odpoczywać. Czasami po długim i intensywnym dniu pracy potrafiła myśleć tylko o chwili, gdy wtuli się w miękki materac, ale teraz była tym znużona. Przyjrzała się opatrunkom. Dwa poważniejsze zranienia miała na dłoni oraz na barku, a poza tym nieco zadrapań i siniaków. Psa nie dało się złapać, a nikt nie przyznał się do bycia jego właścicielem. Dzięki temu, że kiedyś wyjeżdżała poza granicę Francji, miała szczepienia przeciwko wściekliźnie, więc czekały ją tylko dwie dawki, a nie pięć.

– Jutro powinnam stąd wyjść – wymamrotała pod nosem.

Nie mogła uwierzyć, że przespała cały dzień, chociaż cieszyła się, że nie pamiętała momentu wbijania igły. Przymknęła oczy i sięgnęła do szafki, aby odnaleźć telefon. Niestety, był rozładowany. Posmutniała, bo liczyła, że zdoła zadzwonić do babci i przeprosić. Tak bardzo martwiła się o dobro Nadine, a tymczasem sama skończyła w szpitalu i zostawiła Oriela samego.

Zamrugała kilkakrotnie, zastanawiając się, czy przeczucia krewnej dotyczyły incydentu.

Pokręciła prędko głową, chwytając za bransoletkę, którą przysunęła do piersi. Przeczesała splątane włosy i starała się poprawić grzywkę, co bez lusterka nie przynosiło efektów.

Bliskość metalu sprowadziła spokój. Nadine wiele rzeczy mówiła i równie sporo z nich się wiązało z rzeczywistością, ale nie mogła traktować babci jak wyroczni. Byłoby niesprawiedliwe zrzucać na jedną osobę odpowiedzialność za przykre wydarzenia.

Drzwi pokoju zaskrzypiały, wyrywając ją z odmętów myśli. Lekko drgnęła, a widząc elegancką postać ze związanymi platynowymi włosami, zarumieniła się, odruchowo naciągając kołdrę tak, aby zasłoniła ją niemal do szyi.

– Oriel? – wydukała, bo jeszcze w to nie do końca potrafiła uwierzyć.

On tutaj. Skąd? Jak?

Wszystko wokół straciło na znaczeniu, bo gdy patrzyła na poważnego, ziejącego chłodem mężczyznę, czuła motyle ekscytacji i wstydu z powodu swojego wyglądu.

Przyszedł ją odwiedzić, chociaż nie musiał. Tylko jak się dowiedział? Czy napisano o tym już w miejscowej gazecie? Wtedy… Jak przekonał pielęgniarki, aby go wpuściły? Znała kobietę z rejestracji, była kochana, ale bardzo restrykcyjna.

– Witaj – przywitał się spokojnie. – Mam przyjść później?

Wciąż nie ruszył się ze swojego miejsca, stojąc przy drzwiach. Prędko pokręciła głową.

– Nie, nie, siadaj, proszę. – Pokazała na taboret przy łóżku i na moment skryła policzki. – Skąd wiedziałeś, że tu jestem?

Kątem oka śledziła, jak w kilku krokach zmniejszył dzielącą ich odległość i usiadł we wskazanym miejscu.

Wtedy zauważyła, że coś ze sobą miał. Nie wydawało się jej, aby trzymał wcześniej czekoladę, ale może była jeszcze zbyt ospała? Albo to efekt leków? Jak inaczej wytłumaczyć, że dopiero teraz spostrzegła stojący obok dzban z lawendą?

– Twoja babcia mi powiedziała – odparł. – Przyprowadziła mnie i obecnie rozmawia z lekarzem.

Wszystkie wcześniejsze wątpliwości zniknęły. Miało to sens.

– Nie wyglądam najlepiej, prawda? – wypaliła, nim pomyślała.

W porównaniu z ucieleśnieniem elegancji była jak brzydkie kaczątko. Oczywiście, że chciała prezentować się jak najlepiej przed kimś, kogo lubiła.

– Ważniejsze, że jesteś cała – skomentował poważnie, odkładając drobny prezent na szafeczkę.

Zerknęła na niego i się uśmiechnęła. Radość w sercu stała się o wiele większa.

– Dziękuję.

Zacisnął usta, nadal siedząc wyprostowany. Dla Cerys pozycja wyglądała na bardzo niewygodną, a więc była pełna podziwu dla dyscypliny mężczyzny.

– Żałuję, że mnie tam nie było. Mógłbym cię ochronić.

Coś w wyrazie oczu mówiło, że wyznanie wiele go kosztowało. Cerys, nie myśląc, sięgnęła dłonią do ręki gościa i ścisnęła. Kołdra opadła, odsłaniając prostą, błękitną koszulkę, w którą przebrała się tuż po przebudzeniu.

– Mógłbyś zostać ranny – zauważyła. – I jak mówiłeś, ważniejsze, że jestem cała, prawda? Reszta nie powinna zaprzątać myśli.

Oriel był urzeczony i chociaż nadal wydawał się stoicki, to nie potrafił oderwać od niej oczu. Ile by dał, aby móc patrzeć na tę twarz przez wieki… Czy byłoby to możliwe?

Trzymali się za dłonie w ciszy. Moment czułości z każdą chwilą stawał się coraz bardziej intymny.

Wszystko prysło, gdy drzwi znowu skrzypnęły, a do pomieszczenia wkroczyła dodatkowa postać. Clarissa była zirytowana, a czerń jej włosów i ciężkie ubrania mocno kontrastowały z bielą sali. Cerys drgnęła, chcąc zabrać dłoń, ale Oriel odruchowo nieznacznie wzmocnił chwyt.

Czy naprawdę tylko z powodu tej kobiety mnie odrzucisz?

Przyglądał się, czekał, aż znowu spróbuje zabrać rękę, ale nie doszło do tego.

– Cerys? – zagadnęła Claire, a grymas został zastąpiony przez szok. Uniosła brew i nerwowo przeczesała rozpuszczone, falowane włosy. – Przedstawisz nas? – dopytała, poprawiając chwyt na reklamówce.

– Ach… Tak.

Cerys odchrząknęła, obserwując, jak Clarissa podchodzi do łóżka. Teraz była otoczona. Z jednej strony siedział Oriel, a z drugiej na materacu usadziła się znajoma. Oby żadna pielęgniarka tego nie zobaczyła.

– To Oriel, a to Clarissa Lefebvre, moja przyjaciółka. Poznajcie się – poprosiła i uświadomiła sobie, jak żałośnie brzmiała.

Nie potrafiła nazwać swojej relacji z mężczyzną. Było tyle pytań? Tyle wątpliwości, ale i radości. Nigdy tak nie miała!

– Oriel jaki? – ciągnęła Claire, mrużąc powieki.

Ten drobny gest wywołał u Belletrose dreszcz. Znała tę minę. Oznaczała, że kobieta planowała podryw! Cerys nie należała do osób zaborczych, chętnie dzieliła się wszystkim, co miała, ale tym razem poczuła złość. Mimowolnie zacisnęła palce i przesunęła dłoń Oriela tak, aby była lepiej widoczna.

Duch drgnął, skupiając uwagę na kobiecie, która lekko wydęła usta. Pierwszy raz w życiu widział u niej złość.

– Olmeri – skomentował krótko i skinął głową, przesuwając kciukiem po skórze Cerys.

Uśmiechy i urok na niego nie działały. Nie, jeśli należały do kogoś innego niż Belletrose.

– Jestem jej chłopakiem.

Nie tylko Clarissa zamrugała zaskoczona, bo Cerys gwałtownie się zarumieniła, jakby nie wierzyła, że to powiedział.

Claire zacisnęła dłoń na reklamówce. Coś zaszeleściło w środku, a przez szczelinę widać było, że miała ze owoce i sok.

– Cerys nic o tobie nie wspominała – spostrzegła.

Przez moment oczy zabłyszczały jej złowrogo, gdy gwałtownie sięgnęła po jeden z pakunków. Tym okazało się jabłko, które położyła pacjentce na kolanach.

– No? Więc długo jesteście ze sobą?

Wpatrywała się zarówno w Oriela, jak i Cerys natarczywie. Pacjentka lekko odwróciła głowę, chociaż bardziej emanowała zakłopotaniem niż stresem. Mężczyzna wciąż pozostawał głazem, gotowym na każde starcie.

– Nie sądzę, aby przesłuchanie było konieczne – skomentował. – Nie męczmy je.

Wyryj w swoim umyśle, że dla mnie jest jedyną.

Gdyby tylko było to możliwe, Clarissa zzieleniałaby z zazdrości. Musiała w środku siebie krzyczeć, pytać, dlaczego nie padło na nią.

– To świeża sprawa, dlatego ci nie powiedziałam – odezwała się Cerys i sięgnęła wolną dłonią do jabłka, uśmiechając się łagodnie.

Oriel zmrużył powieki, dostrzegając, że druga kobieta nie patrzy tyle na Belletrose, co na leżącą obok niej bransoletkę.

– Rozpieszczasz ją – zażartowała pracownica księgarni. – To bardzo droga błyskotka. Raczej dobrze ci się powodzi, co?

Nawet nie próbowała być słodka, uwodzicielska; była konkretna i uszczypliwa. Cerys sama nie wiedziała, czy woli przyjaciółkę w tym wydaniu, czy gdy robi maślane oczka. Oczywiście, że mogła podrywać innych, ale nie Oriela! Nie kogoś, kogo lubiła!

– Nie narzekam – odparł Olmeri, ostentacyjnie zerkając wprost na ukochaną.

Nie dało się ukryć, że atmosfera stała się ciężka.

Żaden z poprzednich partnerów Clarissy nie był tak szczodry i miły. Małomówność i powaga były do zniesienia, zwłaszcza gdy traktował towarzyszkę, jak księżniczkę. Byłaby gotowa na każde ustępstwo, aby upolować kogoś takiego. Czaiła się na takie osoby i zbliżenie do nich nie było proste. Tymczasem Belletrose udało się to bez problemu! Oczywiście, że była rozżalona i nie mogąc na to dłużej patrzeć, wstała, trzymając w dłoniach reklamówkę, którą wcześniej planowała zostawić.

– Zostawię was, gołąbeczki – mruknęła. – Do później. – Pośpiesznie opuściła pokój.

Cerys śledziła odchodzącą przyjaciółkę z ukłuciem smutku.

– Przepraszam za nią. Claire jest naprawdę fajna, ale musiała mieć zły humor.

Nie potrafił pojąć, dlaczego była tak ochronna wobec dziewczyny, która zachowywała się tak okropnie.

– To ja powinienem prosić o wybaczenie – zauważył, ale nim zdążył kontynuować, Cerys pokręciła głową.

– Nie, w porządku, naprawdę rozumiem. Nie przeszkadza mi to – podsumowała i nieśmiało przechyliła się w stronę jego ramienia. – Claire lubi flirtować, a to nie dla każdego jest komfortowe… no i… w tej sytuacji… to nie było za miłe…

Miał ochotę zapytać, dręczyć Cerys, ale miała wypadek. Niech będzie, że tym razem będzie łaskawy. Chociaż nigdy by tego nie przyznał, miał ochotę się uśmiechnąć. Słabo, ledwie zauważalnie, ale szczerze i bez swojej typowej złośliwości.

– Pójdziesz ze mną do kina za kilka dni? – zapytał.

Spacer był neutralny, ale kino wydawało się stosownym krokiem. Chociaż według niektórych opinii staromodnym. Jednocześnie Orielowi nie grało zabierać Cerys do innego miejsca albo proponować jej to, co polecano w internecie. Tak, poświęcił się i zakradł do jednego z ludzkich domów, aby uzyskać dostęp do sprzętu i czegoś poszukać. Dlaczego zrobił to u kogoś innego? Wolał w razie czego zniszczyć cudze rzeczy.

– Tak, oczywiście – ucieszyła się. – Zdradzisz mi na co? – Miała cichą nadzieję, że to nie będzie żaden horror.

– Nie, to niespodzianka. Datę i godzinę ustalimy, jak stąd wyjdziesz – postanowił.

Sam nie wiedział, co można obejrzeć. Sama idea kina była dla niego dziwna, bo wolał sztukę wystawioną na żywo przez artystów, a nie nagraną i uwiecznioną. Miał wrażenie, że coś takiego traci na wspaniałości, bo zawsze będzie identyczne. Masowa produkcja odbierała sztuce duszę. I chociaż nie był artystą, uważał, że niektóre kwestie ludzkiego postępu wcale nie były dobre. Zasadniczo człowiek był dziwnym gatunkiem. Z jednej strony podobnym do duchów, z drugiej tak odmiennym w postrzeganiu świata. Podobni mu starali się żyć w jakiejkolwiek symbiozie z prawami wysp, mieszkańcami i czającymi się tam drapieżnikami, wyznaczali granice, ale nie uważali się za panów całego świata. Z ludźmi wydawało się być inaczej. Próbowali zdominować i przejąć wszystko.

W tej samej chwili do środka wkroczył starszy mężczyzna z lekkimi zakolami, ubrany w szpitalny kitel.

Lekarz zmrużył powieki i szykował się, aby coś powiedzieć, ale niewidzialna energia otuliła go niczym wąż, prędko kojąc nerwy i nastawiając pozytywnie. Oriel pogładził dłoń kobiety i ostatecznie się odsunął.

Czuł, że stracił źródło światła, a ona, że właśnie zniknęła jej najtrwalsza podpora.

– Panno Belletrose, czy możemy zostać sami?

Pytanie doktora wybiło Cerys z rytmu. Czasami miała wrażenie, że cały świat oszalał bądź straciła rozum. Pan Marie zwykle był ponury i złośliwy. Babcia wspominała, że kilkakrotnie odrzuciła go w młodości. Lekarz ostatecznie pozostał starym kawalerem i należał do nielicznych mieszkańców Gordes, którzy nie lubili Recoin Enchanté. Tym śmieszniejsze, że gorąco ją krytykował, ale nigdy nie jadł serwowanych dań. Ponadto zachwycał się wypiekami z piekarni, gdy część z nich podawano również w przybytku.

– Oczywiście, doktorze – odparła, pochylając lekko głowę na znak szacunku i zerknęła kątem oka na Oriela.

Chwycił za jabłko oraz bransoletkę, aby odłożyć je na szafkę. Następnie się wyprostował i spojrzał z góry na niższego, nieco bardziej pulchnego człowieka.

– Zostawiam ją w pana rękach. Liczę, że szybko wróci do zdrowia – skomentował cicho lord, a jednak w słowach skrywał niewypowiedziane ostrzeżenie.

Nijak nie ufał ludziom i ich możliwościom, ale musiał udawać. Starszy odchrząknął, zapewniając, że wszystko będzie w porządku. Olmeri odszedł, chociaż im dalej się znajdował, tym większy dyskomfort czuł.

Przywiązanie czyniło istotę bezradną w obliczu tego, kogo ceniła, a jednocześnie dawało siłę, aby walczyć.