Łapiduch - Hiron Ennes - ebook

Łapiduch ebook

Hiron Ennes

5,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Poznajcie lek na ludzką zarazę

W odizolowanej od świata posiadłości, najdalej na północy, jak to tylko możliwe, umarł lekarz barona. Jego zastępca musi rozwiązać zagadkę: odkryć, jak to się stało, że Instytut stracił z oczu jedno ze swoich licznych ciał.

Przez setki lat Międzyprowincjonalny Instytut Medyczny rósł w siłę, zapuszczając korzenie w młodych umysłach i przekształcając je w lekarzy, którzy zastąpili wszystkich ludzkich medyków. Instytut chce pomagać ludzkości, leczyć i kroić, tulić i chronić cały gatunek przed apokaliptycznym koszmarem rozpętanym przez przodków.

Na skutej lodem północy należące do Instytutu ciało odkryje rywala, który chce zająć najwyższy szczebel ewolucyjnej drabiny. Pasożyta, który rozplenił się w zamku barona, mrocznym przybytku pełnym sekretów, kłamstw, przemocy i strachu. Ta dwójka stoczy wojnę, a polem bitwy stanie się ludzkie ciało. Ktokolwiek wygra, ludzkość czeka kolejna klęska.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 408

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:

Popularność




Rozdział I

I

Widok tego sta­rego wagonu kole­jo­wego napawa mnie smut­kiem, cho­ciaż nie potra­fię powie­dzieć dla­czego. W grze­cho­cie pustych drew­nia­nych sie­dzeń, podob­nych do ławek w opusz­czo­nym kościele, jest coś nie­wy­po­wie­dzia­nego, co wywo­łuje we mnie poczu­cie samot­no­ści. Nie­ty­powe uczu­cie, zwa­żyw­szy na to, że zawsze mam towa­rzy­stwo.

Poszar­pane gór­skie grzbiety wzno­szą się i opa­dają za oknem, upstrzone bia­łymi drze­wami i nie­licz­nymi schro­ni­skami, które dawno temu wydano na pastwę natury. Minęła godzina i czter­dzie­ści dwie minuty, odkąd ostatni okryty śnie­giem ślad cywi­li­za­cji poja­wił się na hory­zon­cie, i miną trzy kwa­dranse, zanim pojawi się kolejny. Zakła­da­jąc, że nie doj­dzie do opóź­nień, wypad­ków, awa­rii, lawin czy wyko­le­jeń wywo­ła­nych przez ruchy sej­smiczne.

W wago­nie oprócz mnie sie­dzi tylko chło­piec, tak grubo oku­tany, że bar­dziej przy­po­mina kulę. Jest sam, ponie­waż nie udało mu się wysiąść razem z matką na przed­ostat­niej sta­cji, ale nie spra­wia wra­że­nia zmar­twio­nego. Kon­duk­tor obie­cał, że wysa­dzi go na wła­ści­wym dworcu pod­czas podróży powrot­nej na połu­dnie, a malec w odpo­wie­dzi tylko wzru­szył ramio­nami, nie­śmiało gry­ząc palec solid­nie prze­żu­tej ręka­wiczki.

Pociąg dwu­krot­nie się zatrzy­muje, by robot­nicy mogli usu­nąć śnieg z torów, co, według mojego cza­so­mie­rza, wydłuża podróż o czter­dzie­ści jeden minut. Zima nie jest jesz­cze tak sroga, by takie opóź­nie­nie oka­zało się zabój­cze, jed­nak dotrę do celu nie­bez­piecz­nie bli­sko zmierz­chu. Być może tak będzie lepiej. Męż­czy­zna, z któ­rym zamie­rzam się spo­tkać na dworcu, raczej nie będzie tam o cza­sie, zwłasz­cza że się mnie nie spo­dziewa. Moż­liwe, że nawet nie wie o śmierci, która spro­wa­dza mnie na pół­noc.

Obsy­pane śnie­giem jodły skła­niają głowy i sypią dro­bin­kami świa­tła, gdy słońce prze­śli­zguje się mię­dzy dwoma szczy­tami na zacho­dzie. Chło­piec wygląda przez okno i mru­żąc oczy, rysuje szcze­gó­łowe zarysy gór na zapa­ro­wa­nej szy­bie, po czym rów­nie entu­zja­stycz­nie je ściera. Przy­glą­dam się tej zaba­wie, zwra­ca­jąc uwagę na jego ruchy i zacho­wa­nie, zaczer­wie­nione policzki oraz rany od opryszczki w kąciku ust. Cóż za uro­cze stwo­rze­nie.

Krzy­żuje ze mną spoj­rze­nie, oblewa się rumień­cem i zaci­ska prawą piąstkę w czte­ro­pal­cza­stej ręka­wiczce. Spo­dzie­wam się, że wie­czo­rem w pociągu zrobi się zim­niej, więc zdej­muję swoje ręka­wiczki i pro­po­nuję mu wymianę. Bez słowa porów­nuje je do wła­snej pary. Wsuwa dłoń do środka, a kiedy oka­zuje się, że mniej wię­cej na niego pasują, przyj­muje ofertę. Gdy pociąg znów rusza z gło­śnym rykiem, chło­piec uśmie­cha się z zado­wo­le­niem, a ja zauwa­żam ciemne luki po bra­ku­ją­cych zębach. Przez resztę drogi na zmianę zdej­muje ręka­wiczki, wiąże i roz­plą­tuje supły na pal­cach, wywraca je na lewą stronę i ponow­nie wkłada. Kiedy za oknem poja­wia się cel mojej podróży, malec już żuje jeden ze skó­rza­nych pal­ców.

Pociąg zatrzy­muje się z jękiem. Żegnam się z dziec­kiem i nagle ogar­nia mnie pra­gnie­nie, by zamie­nić się z nim miej­scami rów­nie łatwo jak ręka­wicz­kami. Chcę zamiast niego poje­chać na połu­dnie, zaznać jego bez­tro­ski, wnik­nąć do kapry­śnego mózgu, który roz­wija się w jego czaszce. Być może pew­nego dnia to zro­bię.

Ale na razie muszę zająć się wła­snym umy­słem. Podą­żyć za zawi­ro­wa­niami ciem­no­ści, które zakłó­ciły bieg moich myśli i otwo­rzyły dziurę, która połknęła część mojej pamięci. Pozo­stał tylko trup, ciało, które powinno umrzeć, lecz zamiast ago­nii doświad­czyło jedy­nie nie­ja­snego, peł­nego napię­cia roz­chwia­nia.

Zbie­ram myśli i wysia­dam z pociągu. Robot­nicy cią­gną przez śnieg kil­ka­dzie­siąt skrzyń z zapa­sami, a ja podą­żam ich śla­dem do budy o trzech ścia­nach, która pełni rolę dworca. Nie zapew­nia zbyt­niej ochrony przed zim­nem, więc dygo­czę mię­dzy skrzy­niami i pojem­ni­kami, masu­jąc zdrę­twiały palec wska­zu­jący i pod­wi­ja­jąc zmro­żone palce u stóp w nie­wy­god­nych butach. Pociąg zawraca, wyplu­wa­jąc kłęby czar­nego dymu, i ponow­nie znika w labi­ryn­cie gór. Wraz ze zmierz­chem zapada cisza, a nad­cią­ga­jące cie­nie bar­wią śnieg na bez­kre­sny, mono­tonny błę­kit.

Baker zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami się spóź­nia. Jak zawsze jest ską­pany w spa­li­nach swo­jego gąsie­ni­co­wego pojazdu, sie­dzi bokiem na podar­tym pian­ko­wym sie­dzisku, a sosnowa gałązka – kiep­ski zamien­nik cyga­re­tek, które poprzy­siągł rzu­cić – ster­czy krzywo z jego oszro­nio­nej brody. Za nim poskrzy­pują wła­sno­ręcz­nie wyko­nane sanie z drewna i metalu, na któ­rych wozi zapasy mię­dzy dwor­cem a mia­stecz­kiem.

Powstrzy­mu­jąc nie­spo­dzie­wane ukłu­cie nie­po­koju, patrzę, jak z grze­cho­tem pod­jeż­dża do budy. Drżąca rura wyde­chowa maszyny rzęzi i pluje dymem. Pod­no­szę dłoń w powi­tal­nym geście.

Baker ześli­zguje się z sie­dze­nia. Roz­gląda się w obie strony, jakby miał nadzieję, że doj­rzy kogoś, kto wyja­śni mu moją obec­ność. Oczy­wi­ście mnie nie roz­po­znaje.

– Pew­nie z Insty­tutu? – odzywa się.

Kiwam głową.

– Pie­kiel­nie szybko. Ledwo dwa dni temu wysłali list z posia­dło­ści. – Poro­zu­miewa się suro­wym dia­lek­tem romań­skim, a ja znam tę mowę, cho­ciaż mój młody język nie przy­wykł do jej fone­mów. – Nie myśla­łem… zresztą nie­ważne. Jestem Baker.

Udaję, że jesz­cze tego nie wiem. Wyciąga rękę, a ja ją przyj­muję.

– Bra­kuje palca – zauważa. – Mogę kupić ręka­wiczki w mia­steczku. To nie­da­leko. Jakiś bagaż?

– Nie.

Unosi krza­cza­stą brew.

– No to pro­szę sia­dać do tyłu. Jutro wrócę po rze­czy. Dzi­kie zwie­rzęta nie roz­kradną nowej por­ce­lany barona. – Kle­pie skrzy­nię futrzaną ręka­wicą i zachęca mnie do wej­ścia na roz­sy­pu­jące się sanie. Kiedy bez­piecz­nie na nich sie­dzę, wydmu­chuje dwie smugi pary z noz­drzy i uru­cha­mia sil­nik.

Mru­żąc oczy, patrzę na zardze­wiałą gąsie­nicę, która wyrzuca za sie­bie popla­miony sma­rem śnieg. Żło­bie­nia lśnią jak noże, a ja pró­buję sobie nie wyobra­żać, jak wyglą­da­łoby wcią­gnięte pod nią ciało, roze­rwane, zma­sa­kro­wane i nie­roz­po­zna­walne. Wiem, że nie warto przy­wo­ły­wać takich myśli, ale fobie, podob­nie jak odpor­ność, roz­wi­jają się wcze­śnie i trudno je wyma­zać. Pomimo logicz­nych impul­sów świa­do­mego umy­słu ciało i tak się boi.

Podróż jest nie­przy­jemna, ale nie­zbyt długa. Po kilku minu­tach za wierz­choł­kami drzew poja­wia się las komi­nów, które wzno­szą się pośród pochy­łych bla­sza­nych dachów gór­ni­czych domów. Sosny się roz­stę­pują i wpusz­czają nas do tunelu z krzy­wych kamien­nych budyn­ków sku­tych lodem. Pędzimy zaśnie­żo­nymi uli­cami, mija­jąc na wpół zasy­pane maga­zyny, plu­jące dymem kominy i pom­pu­jące tur­biny, które nie znają snu nawet w środku zimy, a następ­nie wspi­namy się na zbo­cze wyso­kiego wzgó­rza. Na jego szczy­cie zatrzy­mu­jemy się przed bramą z kutego żelaza. Dwaj męż­czyźni wyła­niają się z pod­upa­dłej stró­żówki; jeden trzyma w dło­niach łopatę, a drugi kara­bin. Zamie­niają kilka słów, zer­ka­jąc na mnie, a następ­nie z wysił­kiem otwie­rają bramę wiszącą na zmro­żo­nych zawia­sach. Wyż­szy z męż­czyzn, któ­remu broń zwisa z ramie­nia jak zła­mana koń­czyna, gestem zapra­sza nas do środka i z ter­ko­ta­niem sil­nika wjeż­dżamy na zanie­dbany, skuty lodem teren Château de Ver­dira.

Z setki okien tylko kil­ka­na­ście jest roz­świe­tlo­nych. Posia­dłość, zapewne podobna do innych luk­su­so­wych hoteli, któ­rymi te góry nie­gdyś były usiane, nie­mal cał­ko­wi­cie pogrą­żyła się w ciem­no­ści, a jej zewnętrzne skrzy­dła oddano na pastwę żywio­łów bądź zmie­niono w zimowe schro­nie­nia dla zwie­rząt. Dziś wie­czo­rem nie śpi jedy­nie krzywa środ­kowa wieża. Pochyla się nad nami, jakby chciała lepiej się przyj­rzeć zbli­ża­ją­cym się gościom, wytrzesz­cza­jąc naj­wy­żej poło­żone okno, oczy­wi­ście nale­żące do kom­naty barona. W sła­bym świe­tle biją­cym od gma­chu Baker pro­wa­dzi mnie po ośnie­żo­nych stop­niach do dębo­wych drzwi, a następ­nie trzy­krot­nie puka. Jego kapota z futer świ­sta­ków bły­ska­wicz­nie prze­myka mi przed oczami, gdy męż­czy­zna wyco­fuje się do swo­jego pojazdu. Sil­nik ryczy, biegi zgrzy­tają i maszyna znika w ciem­no­ści.

Pukam jesz­cze dwu­krot­nie, po czym poko­jówka otwiera drzwi. Mruży oczy, widząc mój cie­pły płaszcz i nie­zna­jomą twarz, po czym bez słowa zapra­sza mnie do środka. Ma na imię Sylvie, ale przed­stawi mi się póź­niej, kiedy już zdo­będę jej zaufa­nie. Na razie zacho­wuje uśmie­chy i uprzej­mo­ści dla sie­bie i każe mi zacze­kać pod jade­itową kopułą holu. Zdej­muję kape­lusz i dla zabi­cia czasu liczę pęk­nię­cia na kamie­niach, ale docie­ram zale­d­wie do dzie­więć­dzie­się­ciu trzech, zanim wraca razem z Didie­rem, jedy­nym synem barona Ver­diry.

Didier pra­wie sie­bie nie przy­po­mina. Jego przy­stojna twarz zmar­niała pod­czas mojej krót­kiej nie­obec­no­ści, a oczy kry­jące się za popę­ka­nymi szkłami bino­kli są zaczer­wie­nione ze zmę­cze­nia.

– Zapewne przy­był pan jako zastęp­stwo – odzywa się. – Nie spo­dzie­wa­łem się pana jesz­cze przez co naj­mniej kilka dni. A co dopiero o tak póź­nej porze… Do dia­bła, mam nadzieję, że nie szedł pan pie­szo od dworca.

– Baker był na tyle uprzejmy, że mnie przy­wiózł – odpo­wia­dam.

– Gdy­bym wie­dział, że pan tak szybko przy­je­dzie, posłał­bym kogoś. Z pew­no­ścią jesz­cze przed zmierz­chem. – Boha­ter­sko pró­buje się uśmiech­nąć. – Na pewno jest pan wyczer­pany. Zaraz przy­rzą­dzimy coś cie­płego. Pro­szę spo­cząć w salo­nie, a ja naleję panu drinka.

Zdej­muję ręka­wiczki oraz płaszcz i kładę je na wycią­gnię­tych rękach Sylvie.

– Naj­pierw wolę zoba­czyć ciało.

– To z pew­no­ścią może zacze­kać.

– Oba­wiam się, że nie, mon­sieur.

Didier zerka mi w oczy, pró­bu­jąc odgad­nąć powód mojego pośpie­chu, ale nie mam dla niego żad­nej odpo­wie­dzi. Tak się składa, że wiem jesz­cze mniej niż on.

– Jeśli tego pan sobie życzy. Uło­ży­li­śmy go w chło­dzie, żeby… no cóż, z pew­no­ścią nie jest panu obcy… pro­ces roz­kładu.

– Zga­dza się.

Didier bie­rze lampę oliwną ze świecz­nika i rusza przo­dem, nie wie­dząc, że znam te kory­ta­rze od lat. Pro­wa­dzi mnie odsieb­nymi żyłami posia­dło­ści, przez ciem­ność gęstą od paję­czyn i kurzu. Scho­dzimy krę­tymi scho­dami, mijamy rzędy pomiesz­czeń, w któ­rych od wie­ków nikt nie miesz­kał, i docie­ramy do wyso­kich meta­lo­wych drzwi bez zdo­bień.

– Słu­żący przy­nie­sie jego dawne narzę­dzia, jeśli chce go pan… otwo­rzyć. – Didier przez chwilę mocuje się z zam­kiem. – Ale bio­rąc pod uwagę jego ranę, nie­trudno odgad­nąć, jak umarł.

Nie pamię­tam żad­nej rany.

– W każ­dym razie chęt­nie sko­rzy­stam z narzę­dzi.

Kiwa głową i otwiera drzwi pośród fali lodo­wa­tego powie­trza. Wcho­dzimy do pomiesz­cze­nia, które kie­dyś mogło być czę­ścią kuchni, ale obec­nie służy jako skła­dzik na mięso. Zwie­rzęce udźce i kor­pusy oraz napo­częte pasy dzi­czy­zny i wie­przo­winy wiszą na hakach. Sta­lowe pręty cią­gną się wzdłuż popę­ka­nych frag­men­tów ścian, bro­niąc dostępu mię­so­żer­com, wli­cza­jąc w to głod­nych miesz­kań­ców mia­steczka. Na żela­znym rzeź­nic­kim stole leży zna­jome ciało, bez­władne i sine.

Kiedy widzę jego zapad­niętą twarz i ciemną ranę kłutą na szyi, w moim umy­śle odbi­jają się echem liczne głosy, nie­które zmar­twione, inne spo­kojne, ale wszyst­kie racjo­nalne. Setka ust szep­cze dwu­krot­nie wię­cej pytań i przez chwilę – nie pierw­szy raz w życiu, cho­ciaż to rzad­kość – czuję cał­ko­wite zagu­bie­nie.

– Kto jest za to odpo­wie­dzialny? – pytam.

– Nie mam poję­cia – odpo­wiada Didier. Stoi przy drzwiach, ale na mnie nie patrzy. – Nikt nie miał do niego żad­nych zastrze­żeń, może poza moim ojcem. Ale on ma zastrze­że­nia do każ­dego, a zresztą z tru­dem wstaje z łóżka, żeby coś zjeść, więc nie byłby w sta­nie wbić komuś skal­pela w szyję. Nabie­ram podej­rzeń… – Didier na chwilę milk­nie. – Że sam sobie to zro­bił.

Nic nie mówię. Nie mogę potwier­dzić jego teo­rii ani jej zaprze­czyć, ponie­waż nie pamię­tam tego wyda­rze­nia. Nie było mnie tutaj i wła­śnie to mnie prze­raża.

– Za chwilę wrócę – mówi Didier i znika.

Biorę głę­boki wdech, uci­sza­jąc wszyst­kie głosy, i przy­glą­dam się zwło­kom. Reje­struję każdy detal w swoim archi­wum zgo­nów. Patrzę na poczer­niałe palce u stóp, zmar­niałe geni­ta­lia, bra­ku­jące paznok­cie i zęby trzo­nowe – typowe ślady wyjąt­ko­wego scho­rze­nia, które dotknęło to ciało za życia. Tylko dwie rze­czy odbie­gają od normy: równa rana kłuta w przed­nio-bocz­nej czę­ści szyi oraz cien­kie czarne ślady roz­cho­dzące się od obu powiek. Pierw­sza nie­wąt­pli­wie sta­nowi bez­po­śred­nią przy­czynę śmierci, ale te dru­gie mogą być jej praw­dzi­wym powo­dem.

Zasta­na­wiam się nad poten­cjal­nym zna­cze­niem odbar­wio­nych naczyń krwio­no­śnych, gdy Didier wraca w towa­rzy­stwie mło­dego sługi. Mil­czący chło­piec wrę­cza mi moją torbę i z napię­ciem patrzy, jak wkła­dam ręka­wiczki i maseczkę. Mam ochotę zadać mu kilka pytań, ponie­waż wiem z doświad­cze­nia, że słu­żący czę­sto wie­dzą o życiu swo­ich panów wię­cej niż sami pano­wie, ale wiem, że nie może mi odpo­wie­dzieć.

– Pro­szę mi zre­la­cjo­no­wać, co się stało – zwra­cam się do Didiera.

Wzdryga się, kiedy odchy­lam jedną z powiek, by obej­rzeć poczer­niałą spo­jówkę.

– No cóż, zacho­ro­wał mniej wię­cej tydzień temu, może wcze­śniej… Nie­wy­klu­czone, że to była grypa. Nie przy­wią­zy­wa­li­śmy do tego wiel­kiej wagi.

Podob­nie jak ja.

– Dziwne – mru­czę pod nosem.

Źre­nice trupa mają nie­po­ko­jącą barwę, ale nie wiem, czy to sku­tek urazu, czy reak­cji che­micz­nej. Jeden z gło­sów suge­ruje zwy­kłe pośmiertne zmęt­nie­nie rogówki, pod­czas gdy inny podej­rzewa infek­cję. Poja­wiają się przede mną wizje moich ksią­żek, otwar­tych na odpo­wied­nich stro­nach, ale w tej chwili nie potra­fię sku­pić się na sło­wach. Moje oczy są zajęte.

– Mnie to rów­nież zdzi­wiło – cią­gnie Didier. – Był ostat­nią osobą, u któ­rej spo­dzie­wał­bym się cho­roby, ale nie­dawno zaczęły mu doku­czać dole­gli­wo­ści zwią­zane z wie­kiem. Spę­dził kilka dni w łóżku…

– Ile?

– Hmm… chyba trzy. U mojego ojca to trwało tyle samo.

Się­gam po wspo­mnie­nia z ostat­niego tygo­dnia. Napły­wają do mnie nie­ostre wizje wie­czor­nej nie­mocy typo­wej dla sezo­no­wego zaka­że­nia wiru­so­wego. To zna­jome i nie­zbyt nie­po­ko­jące objawy. Cho­roba nie jest mi obca. Żadne ludz­kie ciało nie jest odporne na inwa­zję.

– Czas zgonu? – pytam.

– Nie… nie jestem pewien. Émile… ten chło­piec… zna­lazł go przed­wczo­raj rano około szó­stej. Ciało wciąż było cie­płe.

Oglą­dam się na sługę. Wpa­truje się w trupa ciem­nymi oczami, które, choć wytrzesz­czone, pozo­stają suche. Krzy­żuje ręce na piersi, a o jego ner­wo­wo­ści świad­czy jedy­nie fakt, że zaci­ska jedną z sza­rych dłoni w pięść.

– Co pan wie o tych śla­dach? – pytam.

Didier spusz­cza wzrok na zapad­nięte policzki trupa i sam też bled­nie.

– Nic o nich nie wiem. Miał takie cie­nie pod oczami od… chyba dwóch tygo­dni. Nie przy­glą­da­łem się im. Podej­rze­wa­łem, że jest zmę­czony. Za każ­dym razem, gdy poja­wiał się w pokoju mojego ojca, wyglą­dał coraz gorzej.

Przy wtó­rze odgłosu, który przy­pra­wiłby o mdło­ści nawet czło­wieka o naj­sil­niej­szym żołądku, wyłu­puję lewe oko trupa. Sta­wia opór, a gdy wyry­wam je z mię­śni zewną­trz­gał­ko­wych, kilka stru­żek ciem­nego płynu ska­puje z odbar­wio­nej twar­dówki. Jakaś czarna, przy­po­mi­na­jąca włosy sub­stan­cja, któ­rej nie roz­po­znaję, przy­warła do zerwa­nego nerwu wzro­ko­wego. Oplą­tała cały oczo­dół i nie ustę­puje, gdy cią­gnę ją szczyp­cami. Mój umysł wypeł­niają teo­rie i wspo­mnie­nia – doty­czące sku­pisk mar­twej tkanki, gle­ja­ków albo kłę­bów wło­sów, jakie cza­sami wycią­gam z żołąd­ków dzieci – ale każda z tych myśli natych­miast się roz­wiewa.

Za moimi ple­cami Didier wierci się nie­spo­koj­nie. Wiem, że nie lubi takich wido­ków. Nawet kiedy wspina się na wieżę do pokoju ojca, żeby pomóc w oczysz­cze­niu rurek i wymia­nie fil­trów, nie potrafi ukryć odrazy. Ale zostaje, żeby odpo­wie­dzieć na moje pyta­nia, cho­ciaż drży z zimna i dys­kom­fortu.

– Zauwa­żył pan jakieś nie­ty­powe zacho­wa­nia? – pytam, dźga­jąc tajem­ni­czą sub­stan­cję.

– Zacho­wy­wał się, jakby bolała go głowa, i mocno dygo­tał. Pod koniec nie był w pełni… obecny. Mówił do sie­bie… Ale czę­sto to robił.

– To by się zga­dzało. – Zmę­cze­nie, ból mię­śni, nie­ostre widze­nie, zabu­rze­nia pro­ce­sów myślo­wych i komu­ni­ka­cji to typowe objawy dzia­ła­nia tysiąca nie­śmier­cio­no­śnych pato­ge­nów. Naiw­no­ścią byłoby nie brać pod uwagę jakiejś bar­dziej zło­śli­wej infek­cji.

Zba­daw­szy kanał wzro­kowy, chwy­tam narośl koń­ców­kami szczy­piec. Począt­kowo sta­wia opór, ale obra­cam szczypce i wyry­wam malut­kie kosmyki z tkanki łącz­nej. Spora część masy oddziela się, a wtedy czarne wło­ski roz­sze­rzają się i wycią­gają w stronę cze­goś, co musi być cia­łem jakie­goś orga­ni­zmu. Roz­lega się cichy trzask, kiedy odcią­gam narośl od kości i przez oczo­dół wycią­gam ją na zimne powie­trze.

Z krtani Didiera wydo­bywa się zdu­szone wes­tchnie­nie, a po chwili sły­szę podobny, ale cich­szy odgłos ze strony Émile’a.

– Popro­szę o pojem­nik – mówię, gdy czarne kosmyki drżą na końcu szczy­piec.

Sługa wydo­bywa z mojej torby cienką fiolkę i przy­trzy­muje ją, gdy umiesz­czam w środku istotę. Kiedy zamy­kam pojem­nik i zdej­muję ręka­wiczki, stwo­rze­nie już nie żyje.

Głosy naka­zują ostroż­ność, ale zara­zem pod­sy­cają cie­ka­wość. Nie­które suge­rują, że mam do czy­nie­nia z grzy­bo­wymi strzęp­kami, inne skła­niają się ku wiciom, jesz­cze inne nie są pewne i prze­rzu­cają strony tysiąca bio­lo­gicz­nych tek­stów, pene­tru­jąc głę­bię mojej wie­dzy. Ale wszyst­kie zmie­rzają ku podob­nej, prze­ra­ża­ją­cej kon­klu­zji.

Wygląda na to, że mam kon­ku­ren­cję.

Rozdział II

II

Trzy­sta trzy­dzie­ści mil na połu­dnie od Ver­diry – mniej wię­cej, bio­rąc pod uwagę nie­prze­wi­dy­walne, a cza­sem kata­stro­falne wstrząsy, które marsz­czą bądź roz­pro­sto­wują kra­jo­braz niczym obrus na stole – leży pozba­wione śniegu mia­sto, gdzie czer­wie­nie i brązy ziemi lśnią jak rzeki. To sieć spie­czo­nych słoń­cem cegieł i rubi­no­wych bru­kow­ców, oży­wiana przez pach­nący oliwą wiatr i nie­ustanny szum elek­trycz­no­ści. To skar­biec, w któ­rym prze­cho­wy­wana jest oca­lała wie­dza zna­nego świata, oś łącząca szpry­chy linii kole­jo­wych oraz ołtarz, na któ­rym gor­liwi poeci skła­dają swoje serca. Potrafi bez trudu odzwier­cie­dlać ich uczu­cia. W Inul­tu­sie został mój mózg.

Oto­czona skle­pioną czaszką z mar­muru i jade­itu, moja biblio­teka jest labi­ryn­tem nad­gry­zio­nych zębem czasu tomów, wie­ko­wych dzien­ni­ków i licz­nych oka­zów, skład­nicą wszyst­kich medycz­nych i bio­lo­gicz­nych fak­tów zna­nych ludz­ko­ści. Jeśli ist­nieje jakiś opis czar­nego orga­ni­zmu, który lubi gnieź­dzić się w kanale wzro­ko­wym, jeśli jakiś dawno nie­ży­jący eks­pert kie­dyś nakre­ślił ilu­stra­cję istoty małej jak palec dziecka o dzie­siąt­kach koń­czyn zwę­ża­ją­cych się w cien­kie jak włos włókna, to z pew­no­ścią znajdę je na tych pół­kach.

Pod­czas gdy stoję jak ska­mie­niały w chłodni Château de Ver­dira, wpa­tru­jąc się w nie­ru­chomą zawar­tość fiolki w dło­niach sługi, biblio­teka roz­brzmiewa hała­sem. Buty stu­kają na mar­mu­rze zala­nym bla­skiem księ­życa, grzbiety nie­otwie­ra­nych od wie­ków tomów skrzy­pią bole­śnie, raz jesz­cze ujaw­nia­jąc swoje stro­nice, gwar setek gło­sów wyla­tuje przez okna na cie­płe powie­trze. W suchym, elek­trycz­nym pul­sie mia­sta można wyczuć paniczny wstrząs, który nie­sie się od Mię­dzy­pro­win­cjo­nal­nego Insty­tutu Medycz­nego, ponad kry­tymi dachówką budyn­kami, mię­dzy wyso­kimi wykwi­tami czer­wo­na­wych liści i wzdłuż tras grze­cho­czą­cych tram­wa­jów, które wyją jak koty w nocy. Zasko­cze­nie roz­prze­strze­nia się po mie­ście, w ciągu ułamka sekundy docie­ra­jąc do każ­dego leka­rza w Inul­tu­sie.

Cichy szok dys­kret­nie roz­nosi się po więk­szej czę­ści mia­sta – tu i ówdzie jakiś dok­tor nagle poważ­nieje, a pacjent myl­nie uznaje jego minę za zwia­stun nie­ko­rzyst­nej pro­gnozy, albo chi­rurg waha się przez chwilę przed ide­al­nym cię­ciem, nic wię­cej. Cho­ciaż więk­szość serca pode­szła mi do gar­dła, moje ste­to­skopy nie odsu­wają się od kla­tek pier­sio­wych, a oczy nie odry­wają się od ksią­żek.

Tylko jedno ciało, wyczer­pane po całym dniu pracy w labo­ra­to­rium aero­nau­tycz­nym bur­mi­strza Inul­tusa, pod­daje się cię­ża­rowi mojego zasko­cze­nia. W zamglo­nym czer­wo­nym świe­tle fabryki ste­row­ców zata­czam się, a rączki noszy wyśli­zgują mi się z rąk. Mój pacjent krzy­czy, gdy ude­rza o pod­łogę z sze­roko roz­po­star­tymi koń­czy­nami, któ­rych stawy, według wszyst­kich pod­ręcz­ni­ków na Ziemi, znaj­dują się w miej­scach, w któ­rych nie powinny. Prze­ta­cza się, stę­ka­jąc tak dono­śnie, że nie­po­koi stadko szpa­ków gnież­dżą­cych się w prze­wo­dach wen­ty­la­cyj­nych.

– Co pan wypra­wia? – Drugi czło­wiek trzy­ma­jący nosze, surowy inży­nier, pochyla się, żeby pomóc swo­jemu upa­dłemu towa­rzy­szowi. – Dzie­sięć minut temu dźwi­gnął pan połowę sil­nika, która przy­gnia­tała tego czło­wieka, a teraz nie może go pan utrzy­mać?

Patrzę na obłok pta­ków, które wyle­wają się ze ścian labo­ra­to­rium i okrą­żają olbrzy­mią, na wpół zło­żoną kopułę ste­rowca. Waham się, szu­ka­jąc wytłu­ma­cze­nia, ale żadne nie przy­cho­dzi mi do głowy, więc po pro­stu wpy­cham ran­nego tech­nika z powro­tem na nosze i dźwi­gam je z ziemi.

– Pro­szę wyba­czyć – mówię. – Pro­szę wyba­czyć. – W małej chłodni Château de Ver­dira mój głos jest bez­barwny i stłu­miony. – Émile’u, będziesz musiał przez chwilę potrzy­mać tę fiolkę.

Mło­dzie­niec kiwa głową i ostroż­nie bie­rze naczy­nie do ręki, jakby jego zawar­tość mogła w każ­dej chwili wró­cić do życia. Mocno ściąga wąskie usta i wpraw­nie odzy­skuje spo­kój, jak przy­stało na sługę.

Chyba nie zauważa, że trzy­mane przeze mnie szczypce drżą, gdy odkła­dam je na stół. To tylko lek­kie drga­nie skąd­inąd pew­nych pal­ców, ale cie­szę się, że powie­rzy­łem mu deli­katne zada­nie trzy­ma­nia fiolki. Żadna z moich dłoni nie trzę­sła się tak od co naj­mniej pół wieku.

***

Pewien pacjent powie­dział mi kie­dyś, że ist­nieje tyle rodza­jów śmierci, co kro­pli w morzu kwasu. Nie zga­dzam się. Cho­ciaż morze jest ogromne, z pew­no­ścią ma kres.

Łatwo jest przy­pi­sać zgon jakie­muś scho­rze­niu, księ­ży­co­wej gorączce, czar­nym roba­kom, sep­sie, nie­do­krwie­niu, mor­der­stwu, samo­bój­stwu. Tak naprawdę za każdą śmier­cią stoi cały zbiór bez­po­śred­nich i osta­tecz­nych czyn­ni­ków, nagłych i stop­nio­wych, przy­pad­ko­wych i celo­wych. Kiedy jedno z moich ciał koń­czy życie, zawsze jestem w sta­nie odkryć przy­czynę, czę­sto nawet na pozio­mie komór­ko­wym. Od czasu do czasu samo­dziel­nie ini­cjuję ten pro­ces, jeśli żywi­ciel jest bez­pow­rot­nie uszko­dzony albo upo­śle­dzony za sprawą wieku. Ale kiedy nisz­czę ciało, robię to od środka, mini­ma­li­zu­jąc ból i roz­lew krwi. Robię to z taką samą nie­chę­cią, z jaką osoba z gan­greną odcina sobie palec. Nikt nie robi cze­goś takiego, dopóki nie wyczer­pie innych moż­li­wo­ści, a ja nie jestem wyjąt­kiem.

Ta śmierć nie była moim dzie­łem. Wyklu­czone są także wypa­dek, napaść albo próba ucieczki przed bólem zaka­że­nia przez uszko­dzoną korę mózgową. Wiem, że nie mogę kie­ro­wać wszyst­kich podej­rzeń ku cze­muś tak pro­stemu jak zakrwa­wiony skal­pel. Dzia­łam w tej branży zbyt długo, by pomy­lić mecha­nizm z przy­czyną.

Oczy­wi­ście trzy­mam orga­nizm w zamknię­ciu. Szklana fiolka jest bez­pieczna w dło­niach Émile’a, gdzie jak latar­nia odbija migo­czące świa­tła świecz­ni­ków. Mło­dzie­niec na nią nie patrzy, tylko trzyma wysoko głowę, jakby wie­rzył w stare porze­ka­dło, które Sylvie zawsze powta­rza przed snem bliź­nia­czym cór­kom Didiera: dopóki nie patrzymy potwo­rowi w oczy, nie może nam zagro­zić. Dobrze go znam, więc dostrze­gam strach kry­jący się pod maską sta­now­czo­ści. W obec­no­ści nowego gościa chce zacho­wać nie­na­ganne maniery. Z cza­sem się do mnie prze­kona, ale na razie dopusz­czam takie for­mal­no­ści. Jak mawia baron, dobrego sługę cha­rak­te­ry­zuje umie­jęt­ność god­nego zno­sze­nia tru­dów swej pracy.

Émile pro­wa­dzi mnie do moich daw­nych kom­nat, umiej­sco­wio­nych w sercu posia­dło­ści. To skromne lokum, ale nie mam dużych wyma­gań. Jeden pokój do miesz­ka­nia i spa­nia, jeden do mycia, jeden na moje książki, mikro­skop i inne nie­zbędne przy­bory. Wszyst­kie trzy są pod­łą­czone do kapry­śnej sieci elek­trycz­nej i, mam nadzieję, zostały dokład­nie wyczysz­czone ze śla­dów krwi.

Émile wpusz­cza mnie do roz­świe­tlo­nych pło­mie­niami kom­nat i sta­wia fiolkę z orga­ni­zmem na półce, obok rzę­dów zna­jo­mych narzę­dzi i leków. Cofa się do wyj­ścia, jakby nie chciał odwró­cić się do niej ple­cami. Po dro­dze mi się kła­nia, a ja mówię mu, by nie kło­po­tał się przy­no­sze­niem kola­cji. Cho­ciaż ten żołą­dek potrafi hała­so­wać tak, że drżą kamienne ściany, teraz jest dziw­nie spo­kojny. Uci­szyły go wyczer­pa­nie i tro­ski.

W roz­świe­tlo­nym bla­skiem księ­życa Inul­tu­sie liczne mózgi nie­stru­dze­nie pra­cują. Nie­które zachę­cają mnie do natych­mia­sto­wej sek­cji orga­ni­zmu i prze­sła­nia próbki do mia­sta. Inne upie­rają się, że naj­lep­szym wyj­ściem jest kwa­ran­tanna. Jesz­cze inne prze­sy­łają mi prze­bły­ski i frag­menty słów oraz wykre­sów, wybla­kłych stron wie­ko­wych tek­stów. Moje myśli są bez­ładne i roz­myte za sprawą odle­gło­ści, jaka dzieli obiekt bada­nia od moich ksiąg, ale nie wpa­dam w panikę.

Mózg, który mi tutaj towa­rzy­szy, jest ana­li­tyczny i docie­kliwy. Pra­cuje spraw­nie i ele­gancko. Zacho­wuje uży­teczne infor­ma­cje i odrzuca zbędną wie­dzę, kon­se­kwent­nie i pre­cy­zyj­nie. Dło­nie są pewne, wzrok jest ostry, ciało silne. To jeden z moich naj­lep­szych żywi­cieli.

Ale z pew­no­ścią czuję zmę­cze­nie. Choć gdzie indziej nie śpię, choć ślę­czę nad księ­gami, choć opie­kuję się pecho­wym tech­ni­kiem, który spadł z noszy w fabryce ste­row­ców, tutaj wśli­zguję się do łóżka. Zwi­jam się w kłę­bek pod pościelą, jak cie­pły i bez­władny obo­lały mię­sień, zamy­kam oczy i patrzę, jak blask księ­życa prze­nika witraże w oknach mojej biblio­teki. Sły­szę sie­dem­na­ście ude­rzeń zegara w Ver­di­rze, zanim pach­nące pal­mami powie­trze utula to ciało do głę­bo­kiego snu.

Rozdział III

III

– Ludzie umie­rają – mówi baron. – Przy­je­chał pan po to, by zastą­pić mojego leka­rza, a nie go opła­ki­wać.

Sta­ru­szek rzęzi i popra­wia się na podusz­kach, ską­pany w deli­kat­nych opa­rach. Chór maszyn szumi i ter­ko­cze wokół niego, pom­pu­jąc płyny przez pry­mi­tywne rurki prze­pla­ta­jące jego skórę. Kiedy odsuwa zapla­mioną chustkę od nie­bie­ska­wych ust, wydo­bywa się z nich paskudny smród.

– Wrzuć­cie go do pieca i gotowe.

Didier towa­rzy­szy mi przy łóżku swo­jego ojca, być może po to, by bro­nić mnie przed jego wer­bal­nymi ata­kami. Nie wie, że znam barona. To już drugi raz, gdy mam wąt­pliwą przy­jem­ność mu się przed­sta­wić.

– Mon­sieur, za pozwo­le­niem, wolę zacho­wać zwłoki w chłodni i prze­pro­wa­dzić szcze­gó­łową sek­cję – odpo­wia­dam.

– Co tam jest jesz­cze do oglą­da­nia? Dra­niowi znu­dziło się opróż­nia­nie base­nów, więc się stąd zabrał. – Baron milk­nie, żeby zaka­słać, a może zaśmiać się w chustkę. – Bez trudu mógł się dźgnąć w tę… żyłę, która pro­wa­dzi do mózgu.

Dźgnię­cie nie było tak pre­cy­zyjne, jak można by się spo­dzie­wać po akcie samo­bój­czym, ale drżąca dłoń cza­sem nie tra­fia w cel.

Didier odchrzą­kuje.

– Wciąż nie jest jasne, czy on… sam sobie to zro­bił.

– A kto inny miałby za tym stać? Émile? Bliź­niaczki? Ja?

– Oczy­wi­ście, że nie – odpo­wia­dam. Jeśli cho­dzi o zle­ca­nie egze­ku­cji, baron jest rów­nie kre­atywny, jak płodny, ale nawet on nie­chęt­nie naraża się Insty­tu­towi. Przy­naj­mniej posta­rałby się o nowego leka­rza przed pozby­ciem się sta­rego.

– Dziwi mnie, że nie skoń­czył ze sobą wcze­śniej. – Baron ociera smużkę śluzu z nosa. – Ale po pięt­na­stu zimach w końcu się zała­mał.

– Pèren, pro­szę – syczy Didier. – Są powody, by dokład­niej zba­dać tę sprawę. Wygląda na to, że coś… coś rosło wewnątrz… – Zatrzy­muje się przed tym kon­wer­sa­cyj­nym urwi­skiem i prosi mnie wzro­kiem o pomoc.

– To jakaś narośl w tyl­nej czę­ści oczo­dołu – tłu­ma­czę. – Być może nowo­twór albo paso­żyt. – Pomimo całej nocy spę­dzo­nej na prze­szu­ki­wa­niu biblio­teki wciąż nie znam szcze­gó­łów. Nawet w tej chwili setka pal­ców prze­suwa się po linij­kach tek­stów, ale nikomu nie udało się posta­wić zado­wa­la­ją­cej dia­gnozy. To nie­znana mi cho­roba, nie­wy­klu­czone, że zaraź­liwa.

– Na kogo się prze­nio­sła? – Baron spluwa w chustkę i rzuca ją na pod­łogę, skąd zbiera ją Émile, szybki i cichy jak ulotna myśl.

– Wygląda na to, że na nikogo – odpo­wia­dam. – Wszy­scy, któ­rzy mieli kon­takt ze zwło­kami, wydają się zdrowi. A skoro nikt inny w posia­dło­ści nie zgło­sił żad­nych obja­wów, do zaka­że­nia praw­do­po­dob­nie doszło na zewnątrz. Być może poza Ver­dirą…

– Zna­ko­mi­cie, a zatem niech zima to zabije – stwier­dza baron. – Tylko sza­le­niec włó­czyłby się poza mia­stem o tej porze roku.

– Z całym sza­cun­kiem, sza­leńcy rów­nież znaj­dują się pod moją opieką – ripo­stuję.

Baron naj­wy­raź­niej mnie nie sły­szy.

– Powin­ni­śmy byli to prze­wi­dzieć. On ni­gdy nie żył zbyt zdrowo, czyż nie? Stale gdzieś się włó­czył, zbyt bli­sko zmierz­chu, zawsze z odkrytą twa­rzą. Nie był w naj­lep­szej for­mie. Kiedy był tutaj ostat­nim razem, zosta­wił pazno­kieć w mojej nerce. – Wska­zuje sękatą dło­nią jakąś okrą­głą, fur­ko­czącą maszynę. – Pie­przony nie­udacz­nik.

Oczy­wi­ście ni­gdy nie dopusz­czam się takich nie­dba­ło­ści, ale nie sprze­ci­wiam się baro­nowi. Ze wszyst­kich swo­ich bogactw naj­bar­dziej ceni sobie prawo do narze­ka­nia.

– Jeśli źle się pan czuje, mon­sieur…

– Nic mi nie jest. Cie­szę się dosko­na­łym zdro­wiem, choć nie dzięki pań­skiemu poprzed­ni­kowi. – Przez chwilę dokład­nie mi się przy­gląda zamglo­nymi oczami, które kie­dyś były nie­ska­zi­tel­nie nie­bie­skie, a dziś zbla­kły do mato­wej żół­ta­wej sza­ro­ści. – A pan spra­wia wra­że­nie naj­wy­żej w poło­wie tak kom­pe­tent­nego jak on. Psia­krew, co Insty­tut sobie myślał, kiedy tu pana posy­łał? Wygląda pan, jakby dopiero tydzień temu wypluł maminy cycek.

– Pèren… – zaczyna Didier.

– Spod jakiego kamie­nia Insty­tut was wyciąga?

– Muszę nale­gać…

– Zamknij się, Didier. Zada­łem pyta­nie. Spod jakiego kamie­nia?

Nie pierw­szy raz sły­szę takie pyta­nia. Tysiąc star­szych patriar­chów kie­ro­wało je do mnie, pró­bu­jąc zyskać prze­wagę, roz­gryźć mnie i zro­zu­mieć dzi­waczną naturę leka­rzy z Mię­dzy­pro­win­cjo­nal­nego Insty­tutu Medycz­nego. Cza­sami sku­piają się na aspek­tach mojego wyglądu, odcie­niu mojej skóry, płci, zmarszcz­kach na twa­rzy albo nie­odmien­nie nie­wiel­kim wzro­ście. Nie wiem, czy cokol­wiek z tego ma zna­cze­nie dla barona. Już wcze­śniej zadał mi to pyta­nie, iden­tycz­nie je for­mu­łu­jąc. Wygląda na to, że jest jedną z głów­nych broni w jego arse­nale pół­obelg.

Chcę zoba­czyć, jak unosi brwi, a wskaź­niki przy jego maszy­nach drgają, więc odpo­wia­dam iden­tycz­nie jak pod­czas naszego pierw­szego spo­tka­nia.

– Spod takiego, który naj­ła­twiej obró­cić.

Baron trzę­sie się pod wpły­wem cze­goś, co przy­po­mina śmiech.

– Rów­nie nie­zno­śny jak jego poprzed­nicy – kwi­tuje, po czym milk­nie, żeby zła­pać oddech, a spod jego odchy­lo­nych warg wyła­niają się szare zęby. – Spo­dzie­wam się, że wkrótce skoń­czy pan tak samo.

Nie­mal sły­szę trzask sta­wów Didiera, który napina wszyst­kie mię­śnie, od szyi po kostki.

– Pèren, nie godzi się tak mówić do swo­jego leka­rza…

– Dam panu pół dnia na pokro­je­nie trupa – wtrąca się baron. – Potem niech się pan go pozbę­dzie. W tym domu jest już wystar­cza­jąco dużo bez­u­ży­tecz­nych ciał.

– Mon­sieur, pół dnia to za mało – zaczy­nam. – Naj­pierw muszę…

– Pro­szę mi oszczę­dzić wymó­wek. Niech pan zaj­mie się tą kata­strofą i wię­cej o niej nie wspo­mina w mojej obec­no­ści. Mam już dosyć kło­po­tów z zarzą­dza­niem tą całą bła­ze­nadą. – Wyciąga sinawą dłoń i potrząsa nią, cze­ka­jąc, aż Émile poda mu czy­stą chustkę. – A teraz, jeśli łaska, pro­szę wyjść. Słu­żący także. Cuch­niesz jak pies.

Wszy­scy kła­niamy się baro­nowi i wyco­fu­jemy się, omi­ja­jąc sku­pi­ska rurek i wibru­ją­cych maszyn. Wycho­dzimy na spi­ralne schody i zaczy­namy scho­dzić z wieży, a kiedy znaj­du­jemy się poza zasię­giem wciąż wyostrzo­nego słu­chu barona, Didier gło­śno wzdy­cha.

– Pro­szę mu wyba­czyć. Jest zgorzk­niały, ponie­waż bar­dzo cierpi… Nie chcę o tym myśleć, ale sądzę, że zostało mu już bar­dzo mało czasu.

Didier, tak jak reszta miesz­kań­ców domo­stwa, z pew­no­ścią nie ma opo­rów, by o tym myśleć, cho­ciaż śmierć barona jest jedy­nie odle­głą per­spek­tywą. Ostroż­nie sza­cu­jąc, daję mu jesz­cze czter­dzie­ści lat. Nie zasko­czy­łoby mnie, gdyby prze­żył Didiera, kar­miąc się jedy­nie nie­ustę­pliwą zło­śli­wo­ścią. Takie rze­czy już się zda­rzały i doty­czyły ludzi bar­dziej scho­ro­wa­nych od barona.

Mam sporą kolek­cję podob­nych pacjen­tów, któ­rzy fur­ko­czą i rzężą na całym zamiesz­ka­nym świe­cie, od Misu­lah po wybrzeże, i choć stoją po kolana w gro­bie, nie mają zamiaru zapaść się głę­biej. Szczo­drze płacą za moż­li­wość prze­dłu­że­nia swo­jego cier­pie­nia, a ja się im nie sprze­ci­wiam. Muszę utrzy­mać dzie­siątki kli­nik i wykar­mić setki gąb.

– Każdy umiera ina­czej – mówię. – Nie­któ­rzy bar­dziej god­nie od innych.

– A ten tydzień nie wpły­nął naj­le­piej na jego nastrój. – Didier kręci głową. – Chciał­bym szybko się upo­rać z tym… incy­den­tem. Zależy mi na spraw­nym i bez­bo­le­snym przej­ściu, zapewne tak samo jak panu. Jeśli więc cze­goś pan ode mnie potrze­buje, cze­go­kol­wiek, pro­szę śmiało zwra­cać się do Émile’a.

– Tak zro­bię. Dzię­kuję, mon­sieur.

– On zawsze potrafi mnie zna­leźć. Jest dobrze wycho­wany i bar­dzo kom­pe­tentny. Cho­ciaż mam nadzieję, że nie prze­szka­dza panu futro. O pro­szę… – Słu­żący lekko się krzywi, gdy Didier zdej­muje szary kła­czek z rękawa. – Pomaga sprzą­tać psie budy.

– Rozu­miem.

– Może go pan wysłać do mia­sta po wszystko, czego pan potrze­buje. Nie musi pan sam opusz­czać posia­dło­ści. W samym środku zimy lepiej nie utknąć za murami. Szkoda byłoby stra­cić dwóch leka­rzy w ciągu tygo­dnia.

W pew­nej małej kli­nice na pre­rii mózg o para­no­icz­nych skłon­no­ściach pró­buje wyczy­tać w tych sło­wach groźbę, pod­czas gdy inny wyśmiewa taką myśl. Didier mi nie grozi, a przy­naj­mniej nie tak spraw­nie jak jego ojciec.

– Nie stra­ci­cie mnie – odpo­wia­dam szcze­rze. Żywi­ciel może ulec mroź­nym burzom i upo­śle­dza­ją­cym cho­ro­bom, jakie przy­nosi zima, ale mnie to nie grozi.

***

Émile się nie odzywa, być może nie potrafi mówić. Ale to nie prze­szka­dza mu w byciu zna­ko­mi­tym roz­mówcą. Jasno prze­ka­zuje swoje myśli, marsz­cząc czoło i kiwa­jąc głową, poru­sza­jąc brwiami, wygi­na­jąc łok­cie i nad­garstki. Jest mistrzem wyku­wa­nia żar­tów i ukła­da­nia trud­nych pytań, a także nie­zwy­kle wpraw­nie się uśmie­cha, choć nie robi tego czę­sto.

Z łatwo­ścią ponow­nie wcho­dzi w rolę asy­stenta leka­rza. Poma­gał mi już wiele razy, przy­trzy­my­wał bliź­niaczki pod­czas szcze­pień, regu­lo­wał dźwi­gnie i wskaź­niki w maszy­ne­rii barona, ści­skał drżącą dłoń żony Didiera pod­czas jej nie­szczę­snego porodu. Sam Émile być może nie zdaje sobie sprawy, w jak zna­jo­mej sytu­acji się zna­lazł, ale jego dło­nie to czują.

Towa­rzy­szy mi, gdy roz­bie­ram swoje ciało na czę­ści. Jego dło­nie w ręka­wicz­kach stu­kają w chrząstki, mie­rzą prze­kroje, prze­krzy­wiają lan­cet, by spy­tać za pomocą nie­bie­ska­wych bły­sków, gdzie i kiedy wyko­nać cię­cia. Dobrze maskuje obrzy­dze­nie, ale znam go wystar­cza­jąco długo, by dostrze­gać, jak deli­kat­nie marsz­czy brew i ner­wowo zaci­ska usta, by sku­bać zębami wewnętrzną część wargi. Jego ciemne oczy zer­kają na zapad­niętą twarz trupa, na cien­kie ucięte koń­czyny paso­żyta, które kur­czowo trzy­mają się pustego oczo­dołu. Przy­wykł do widoku tej twa­rzy w ruchu, do jej uśmiech­nię­tych ust i reflek­syj­nie zmarsz­czo­nego czoła.

Mnie rów­nież smuci, że muszę roz­ło­żyć na czyn­niki pierw­sze swo­jego daw­nego żywi­ciela, roze­brać tę maszy­ne­rię na czę­ści, wyma­zać to, co czy­niło ją wyjąt­kową. Jak każde ciało, rów­nież to doznało wielu ura­zów, uni­ka­to­wych jak linie papi­larne. Znam każdą bli­znę, każde pęk­nię­cie, opa­rze­nie czy roz­cię­cie, każdy ślad roz­kładu, który wywo­łała moja obec­ność. To ciało dobrze mi słu­żyło i mogłoby prze­trwać jesz­cze wiele dni, gdyby nie kapry­śny skal­pel.

Nie widzę śla­dów walki, a kąt, pod któ­rym ostrze wnik­nęło w ciało, wska­zuje na samo­oka­le­cze­nie. Ludzka ana­to­mia jest głę­boko zako­rze­niona w moim mózgu, więc moja ręka z pew­no­ścią instynk­tow­nie tra­fi­łaby w tęt­nicę szyjną. To zupeł­nie nie w moim stylu ucie­kać się do takich metod eli­mi­na­cji ciała, ale nie mogę zaprze­czyć dowo­dom, które mam przed oczami. Nie mam poję­cia, kto miałby mnie zabić i z jakiego powodu, więc muszę zakła­dać, że to moje dzieło, choć uczy­nione nie­świa­do­mie.

Po pobra­niu pró­bek i dokład­nym zba­da­niu pokro­jo­nych zwłok okry­wam je cien­kim mate­ria­łem. Kiwam głową do Émile’a i zdej­mu­jemy far­tu­chy oraz maseczki. Wszystko, czego nie da się wyste­ry­li­zo­wać, ma spło­nąć razem z cia­łem.

Sługa pomaga mi zanieść okazy do mojej kwa­tery. Bar­wimy tkanki i ukła­damy je na szkieł­kach w nie­spo­koj­nej ciszy, a olejne lampy płoną wokół ołta­rzyka poświę­co­nego mojemu mosięż­nemu mikro­sko­powi. To wie­kowa i roz­re­gu­lo­wana maszy­ne­ria, zwy­kła zabawka w porów­na­niu ze sprzę­tami, któ­rymi dys­po­nuję w domu, ale zawsze sta­ram się mieć takie urzą­dze­nie pod ręką. Warto jest mieć wgląd w samego sie­bie.

Jeśli natnie­cie ciało mojego żywi­ciela, roz­sma­ru­je­cie jego krew i powięk­szy­cie cienką próbkę tkanki w wystar­cza­jąco moc­nym świe­tle, przez krótką chwilę, zanim roz­pocz­nie się pro­ces roz­kładu, zoba­czy­cie ide­al­nie kuli­ste białe dro­binki. Jeśli każe­cie im się uśmiech­nąć, kąciki ust żywi­ciela posłusz­nie się uniosą. Sta­nie się tak dla­tego, że w głębi nie­zli­czo­nych rdzeni swo­jej istoty lubię spra­wiać innym przy­jem­ność.

Kiedy patrzę w oku­lar mikro­skopu, zgod­nie z ocze­ki­wa­niami zauwa­żam skur­czone frag­menty moich komó­rek. Nie dostrze­gam śla­dów intruza, żad­nych czar­nych kre­sek ani pozwi­ja­nych wici. Skóra, śluz, tkanka płucna, tkanka żołąd­kowo-jeli­towa – kładę kolejne próbki pod badaw­czymi soczew­kami, ale nie zauwa­żam żad­nych oznak pato­lo­gii. Mój nowy kon­ku­rent naj­wy­raź­niej potrafi zacie­rać ślady.

W mojej biblio­tece dło­nie o dłu­gich pal­cach tań­czą po kla­wi­szach maszyny do pisa­nia, zapi­su­jąc słowa, które wypo­wia­dają moje usta, gdy wpa­truję się w mikro­skop. Nie­wiele mogę prze­ka­zać, ponie­waż ogra­ni­czają mnie dostępne sub­stan­cje che­miczne wyko­rzy­sty­wane do bar­wie­nia, roz­pusz­cza­nia i kon­ser­wo­wa­nia pró­bek oraz mój sprzęt. Twór ma 2,5 cm dłu­go­ści i waży 17 gra­mów, piszę. Pod mikro­sko­pem na pierw­szy rzut oka przy­po­mina wici, ale w więk­szym powięk­sze­niu uka­zuje się bar­dziej zło­żona prąż­ko­wana budowa. Nie potra­fię przy­po­rząd­ko­wać próbki do żad­nej kate­go­rii tak­so­no­micz­nej. Nie­które cechy wska­zują na tkankę grzy­bi­czą, inne na zwie­rzęcą. Nie dys­po­nuję danymi doty­czą­cymi zwy­cza­jów roz­rod­czych ani spo­sobu prze­no­sze­nia. Na razie… – moje palce nie­ru­cho­mieją, gdy roz­wa­żam różne moż­li­wo­ści – …mogę orzec jedy­nie, że tkanka naj­wy­raź­niej łączy w sobie cechy kilku róż­nych kró­lestw orga­ni­zmów. Być może nawet tego, do któ­rego ja należę.

– Czym­kol­wiek ono jest – mru­czę pod nosem. Pozo­sta­ło­ści nie­gdyś roz­le­głej świa­to­wej bazy danych jak dotąd nie przy­nio­sły odpo­wie­dzi na to pyta­nie, pomimo moich nie­usta­ją­cych poszu­ki­wań. – Myślę, że mogę prze­słać próbkę tej istoty do Inul­tusa. Baker może zespa­wać odpo­wiedni pojem­nik.

Kilka par ust entu­zja­stycz­nie się zga­dza, ale więk­szość ostrzega mnie, że ode­sła­nie do mia­sta poten­cjal­nie zaraź­li­wego pato­genu, o któ­rym niczego nie wiem, to głu­pota. Muszę przy­znać sobie rację.

Roz­sma­ro­wa­nie frag­mentu tkanki pobra­nego z jed­nego z odsieb­nych przy­dat­ków ujaw­nia frag­menty włók­ni­stej struk­tury, która przy­po­mina włókna mię­śniowe. Być może jest nie­zbędna dla ruchu lub służy jako mecha­nizm umoż­li­wia­jący wnik­nię­cie do orga­ni­zmu żywi­ciela. W pobra­nej próbce ludz­kiej tkanki nie odno­to­wano obec­no­ści biczy­ków, spor, larw ani innych roz­po­zna­wal­nych zakaź­nych komó­rek. Jedyną pato­lo­giczną nie­pra­wi­dło­wo­ścią jest sam makro­sko­pijny orga­nizm.

Sto sie­dem­dzie­siąt dwie mile na połu­dniowy zachód od Ver­diry wycią­gam tasiemca dłu­giego jak moja ręka z gar­dła syna kara­wa­nia­rza.

– Być może nie ma w tym niczego wię­cej ponad to, co widzę – mówię do sie­bie spoza jało­wej pre­rii. Mój pacjent, biedne dziecko, roz­wiera pię­ści i pró­buje się uśmiech­nąć z tasiem­cem w ustach. Nie wie, że nie mówię o paso­ży­cie, któ­rego więk­sza część zapewne wciąż wije się w jego wnętrz­no­ściach. – Nawet tasie­miec takich roz­mia­rów począt­kowo ma postać poje­dyn­czej komórki, która unosi się na powierzchni sto­ją­cej wody. Ale wielu z jego kuzy­nów nie pod­lega tak dra­stycz­nej prze­mia­nie.

– No i po co pan mu to mówi? – pyta matka pacjenta, ści­ska­jąc jego ramiona dłońmi w skó­rza­nych ręka­wicz­kach. – Pro­szę po pro­stu cią­gnąć.

Dostrze­gam sens w swo­ich sło­wach. Może to kłę­bo­wi­sko czar­nych odnóży zawsze tak wyglą­dało? Może wyda­wało mi się, że to tylko kła­czek wypluty przez jed­nego ze stale krztu­szą­cych się kotów miesz­ka­ją­cych w posia­dło­ści.

– Ale cze­goś takiego nie da się zapo­mnieć – wyrzu­cają z sie­bie moje usta w Ver­di­rze, a Émile zerka na mnie z zacie­ka­wie­niem.

Wijące się wici wni­ka­jące w jed­nego z moich żywi­cieli przez otwór w ciele z pew­no­ścią zwró­ci­łyby moją uwagę. Taki widok zapi­sałby się w mojej pamięci, podob­nie jak dozna­nia towa­rzy­szące wchło­nię­ciu obcego orga­ni­zmu i jego zagnież­dża­niu się pod skórą. Chyba że ta malutka istota wydrą­żyła dziury w moim mózgu i spo­wo­do­wała luki w pamięci, dosłow­nie i w prze­no­śni.

To absurd, że coś takiego nie­zau­wa­że­nie żyło we mnie przez całe dnie – a może nawet tygo­dnie – roz­ry­wa­jąc sta­ran­nie budo­wane obwody ner­wowe. Mam za sobą pół wieku tań­cze­nia wzdłuż tych żył, patrze­nia tymi oczami, uno­sze­nia się na falach emo­cji i logiki w cudow­nych sie­ciach akso­nów. To ciało było dla mnie domem, tak jak dla miliar­dów innych miesz­kań­ców, dla kró­lestw i spo­łecz­no­ści deli­kat­nych biczy­ków i sztyw­nych prę­ci­ków, dla pla­có­wek dro­bi­nek i pro­ti­stów, które han­dlo­wały ze sobą, roz­ma­wiały i toczyły bitwy. Ale teraz mam wra­że­nie, że wszyst­kie pomiesz­cze­nia i klatki scho­dowe w tym zna­jo­mym budynku poza­mie­niały się miej­scami pod moją nie­obec­ność.

Moje wes­tchnie­nie, tak cięż­kie, że odbija się echem od Ver­diry aż po zale­wi­ska na połu­dniu, naj­wy­raź­niej wystra­szyło mło­dego sługę. Staje na bacz­ność z pin­cetą w jed­nej dłoni i miską pełną środka odka­ża­ją­cego w dru­giej.

– Émile’u – odzy­wam się. – Domy­ślam się, że po raz pierw­szy masz do czy­nie­nia z taką istotą? – Nie muszę wska­zy­wać fiolki.

Kiwa głową.

– To… coś nowego. – Więk­szość moich ust pod­po­wiada kolejne okre­śle­nia, nie­które roz­sądne, inne nie bar­dzo, a ja uświa­da­miam sobie, że okaz powi­nien otrzy­mać nazwę. Sto gło­sów narzuca się ze swo­imi pro­po­zy­cjami: Macro­spo­ri­dia, Pseu­do­my­cota, Odkry­cie 814-Verd, Do-Póź­niej­szego-Usta­le­nia #290… nie, #289, w zeszłym tygo­dniu skla­sy­fi­ko­wano sło­no­wod­nego minoga. – Cokol­wiek to jest… – mówię, czę­ściowo do sie­bie, a czę­ściowo do słu­żą­cego, który stoi obok mojego żywi­ciela w Ver­di­rze – …z pew­no­ścią nie bra­kuje temu inte­li­gen­cji, skoro potrafi wędro­wać przez ciało, nie pozo­sta­wia­jąc śla­dów.

– Być może są jakieś ślady, któ­rych jesz­cze nie dostrze­gam – zapew­niam sie­bie z jed­nej z kli­nik na zala­nym ropą wybrzeżu.

Odwra­cam się do Émile’a.

– Dasz mi znać, jeśli natra­fisz w domu na coś nie­ty­po­wego? – Mło­dzie­niec unosi brew. – Bar­dziej nie­ty­po­wego niż zwy­kle.

To wywo­łuje na jego twa­rzy gry­mas lek­kiego roz­ba­wie­nia. Kiwa głową.

– Myślę, że powi­nie­nem cię teraz odpra­wić. – Zer­kam na swój cza­so­mierz, a po chwili robię to ponow­nie, jakby jego nie­stru­dzona tar­cza mogła mi powie­dzieć, gdzie się podziało pięć godzin i dwa­na­ście minut. – To było dłu­gie popo­łu­dnie. Potrze­bu­jesz tro­chę czasu dla sie­bie.

Odwraca się w stronę wyj­ścia, nie­wąt­pli­wie zamie­rza­jąc skie­ro­wać się do psich bud, gdzie będzie bez­gło­śnie pogrą­żał się w smutku wraz ze swo­imi nie­mymi przy­ja­ciółmi. Ale zatrzy­muje się w drzwiach i nie­śmiało zgina palce dłoni, jakby chciał coś wyra­zić, ale nie wie­dział jak.

– Masz jakieś pyta­nie?

Przy­gryza wargi.

– O co cho­dzi?

Patrzy na swoje stopy, potem na ścianę, a jego palce nie­ru­cho­mieją.

– Cho­dzi o to, jak umarł mój poprzed­nik?

Unosi dłoń do szyi.

– Ja też tak uwa­żam. Ale jeśli wiesz coś wię­cej, zachę­cam, żebyś się tym ze mną podzie­lił.

Kręci głową.

– W takim razie dzię­kuję za twoją pomoc, Émile’u. Powia­dom mnie, jeśli odkry­jesz coś cie­ka­wego. Albo jeśli zacho­ru­jesz.

Mruga pota­ku­jąco, ale dobrze wiemy, że nie pojawi się u mnie w sta­nie podob­nym do mojego daw­nego ciała, z zapad­nię­tymi, poczer­nia­łymi oczami i otę­piałą miną. Ten chło­pak ni­gdy w życiu nie cho­ro­wał.

Jego nie­ska­zi­telne zdro­wie jest jed­nym z wielu powo­dów, dla któ­rych kie­dyś miał wró­cić ze mną do mia­sta. Ale Didier sta­now­czo odmó­wił, pomimo moich szczo­drych ofert. Podał tylko jedną przy­czynę, która wciąż wydaje mi się bez­sen­sowna. Zmarsz­czył czoło, wytarł oku­lary połą koszuli i powie­dział:

– Ci, któ­rzy się tutaj uro­dzili, także tutaj umie­rają, dok­to­rze. Tak już jest.

Kiedy Émile znika w ciem­nym kory­ta­rzu, zasta­na­wiam się, czy to nie była stra­cona oka­zja. Chło­pak ma bystre oczy i umysł, a jeśli jego nie­mota ma pod­łoże neu­ro­lo­giczne lub psy­cho­ge­niczne, a nie fizjo­lo­giczne, zapewne da się ją wyle­czyć. Ale teraz jest już za duży, a ja mam dostęp do wielu inte­li­gent­nych i uta­len­to­wa­nych istot ludz­kich. Nie potrze­buję Émile’a, a lubię go na tyle, że nie chcę go uni­ce­stwić.

Rozdział IV

IV

Kola­cję – praw­dziwą kola­cję – w posia­dło­ści Ver­dira podaje się raz w tygo­dniu. Przez pozo­stałe sześć dni duży dębowy stół w jadalni jest zasta­wiony, ale nikt przy nim nie sie­dzi. Od wcze­snego wie­czoru do pół­nocy we wszyst­kich zamiesz­ka­nych krań­cach posia­dło­ści roz­brzmie­wają dzwonki, słu­żący prze­my­kają z kuchni do sypialni z nakry­tymi tacami, a ja posi­lam się w bło­giej ciszy wła­snych kom­nat. Ale ostat­niego dnia każ­dego tygo­dnia barona czy­ści się ze stru­pów i pły­nów, okrywa naj­lep­szymi kocami i sadza na fotelu na kół­kach, a spo­ceni słu­dzy zno­szą go ze szczytu wieży. Worki z moczem i suro­wicą koły­szą się jak waha­dła pod pod­ło­kiet­ni­kami, gdy prze­mie­rza kręte kory­ta­rze posia­dło­ści i w końcu dociera do szczytu stołu. W ramach przy­go­to­wań bliź­niaczki poma­gają sobie nawza­jem wci­snąć się w aksa­mitne suk­nie i pró­bują roz­cze­sać ciemne loki, ich matka oblewa się per­fu­mami, które czuję aż w Inul­tu­sie, a Didier spo­żywa co naj­mniej trzy czwarte butelki ginu.

Dzi­siaj zapro­sił mnie do salonu na apéritif. Zapro­sze­nie, które dociera do mnie na godzinę przed kola­cją w wycią­gnię­tej dłoni Sylvie, zawiera prze­pro­siny doty­czące moich nie­for­tun­nych pierw­szych dni w posia­dło­ści oraz obiet­nicę, że próbka szla­chet­nych trun­ków pomoże mi się zaakli­ma­ty­zo­wać w domu i zacie­śnić więzy z zamiesz­ku­jącą go rodziną. Spę­dzone tutaj pięt­na­ście lat prze­ko­nało mnie jed­nak, że Didier, pomimo czter­dzie­stu lat doświad­cze­nia, wciąż nie pojął, że żadna ilość alko­holu nie jest w sta­nie uczy­nić jego rodziny przy­jemną.

Kiedy zapi­nam kami­zelkę i wiążę apaszkę, zer­kam na małą fiolkę, która lśni obok mojego mikro­skopu. Znaj­du­jący się w niej orga­nizm wygląda tak samo jak tuż po wycią­gnię­ciu z roz­kła­da­ją­cej się tkanki. Nie­ru­chomy i zamknięty w her­me­tycz­nym wię­zie­niu, spra­wia wra­że­nie cał­ko­wi­cie nie­groź­nego, ale nie cie­szy mnie myśl, że zosta­nie tutaj nie­strze­żony i nie­ob­ser­wo­wany. Nie potra­fię się powstrzy­mać, więc się­gam po pojem­nik i obra­cam go w bla­sku świecy, wypa­tru­jąc pęk­nięć, a następ­nie wsu­wam go do kie­szeni.

W tej samej chwili w labo­ra­to­rium aero­sta­tycz­nym w Inul­tu­sie rurka pełna tok­sycz­nych wyzie­wów pęcz­nieje i pęka. Jeden z męż­czyzn wrzesz­czy, inny śpie­szy mu z pomocą, a żół­tawy obłok kłębi się z taką zaja­dło­ścią, że czuje go nie­mal każde z moich ciał. Zanim docie­ram do salonu, żrące kłęby zabi­jają trzech mecha­ni­ków, ludzie wzy­wają guber­na­tora, a moje ciało w Ver­di­rze lekko się poci.

Didier, który do połowy zapadł się w mięk­kim sie­dze­niu, usi­łuje mnie przy­wi­tać. Wypił już kilka drin­ków i teraz z tru­dem wygrze­buje się spo­mię­dzy poduch, wycią­ga­jąc do mnie rękę. Ści­skam ją, choć nie wiem, czy chce oddać mi cześć, czy może prosi o pomoc w sta­nię­ciu na nogi.

– Czego się pan napije? – pyta. – Any­żówki, ginu, sherry?

– Wody – odpo­wia­dam.

– Zupeł­nie jak pana poprzed­nik. – Uśmie­cha się. – Czy Insty­tut wymaga trzeź­wo­ści?

– Tak sądzę. – Nie lubię się odu­rzać, zwłasz­cza gdy to dozna­nie zaczyna roz­prze­strze­niać się pomię­dzy mózgami.

– Co się, kurwa, stało?! – woła bry­ga­dzi­sta. Klę­czę i ban­da­żuję popa­rzone ramię mecha­nika. Dzwoni mi w uszach.

Didier sięga po mosiężny dzwo­nek.

– Zaraz popro­szę, żeby ktoś przy­niósł szklankę.

– Nie trzeba. – Udaję, że roz­glą­dam się po salo­nie, i pod­cho­dzę po popę­ka­nym mar­mu­rze do wie­ko­wego regału, który, jak podej­rze­wam, od kilku wie­ków nie widział ani jed­nej książki. Ver­dira nie ma piśmien­ni­czych tra­dy­cji. Rzą­dziły tutaj ustne prze­kazy, przy­naj­mniej do czasu, gdy w ogro­dach posia­dło­ści nie zaszlach­to­wano ostat­nich mon­tyj­skich gawę­dzia­rzy.

– No tak, krysz­tały stoją po lewej stro­nie. – Didier wska­zuje. – Wła­śnie tam. A butelki… no cóż, wygląda na to, że pan dobrze wie, co robi.

– Byłem w wielu takich salo­nach – odpo­wia­dam.

– Nie wąt­pię. – Pochmur­nieje. – Muszę prze­pro­sić w imie­niu naszej skrom­nej posia­dło­ści. Wiele zmie­niło się na lep­sze od czasu, gdy moja rodzina ją odkryła, ale oba­wiam się, że wciąż daleko jej do dosko­na­ło­ści.

– Mimo wszystko nie bra­kuje w niej luk­su­sów. – Piję wodę, a kojący chłód dociera od moich ust do popa­rzo­nej opa­rami krtani w Inul­tu­sie. – Ni­gdzie nie ma śwież­szej wody.

– Och, z pew­no­ścią. Wkrótce znów popły­nie rurami, a nasz mecha­nik jesz­cze bar­dziej roz­bu­do­wuje sieć… zoba­czy pan. Jeśli plony dopi­szą, za jakieś pięć lat posia­dłość wróci do daw­nej świet­no­ści. Jej kory­ta­rzami znów będą mogli się prze­cha­dzać naj­sław­niejsi ludzie.

Posy­łam mu uśmiech popar­cia. Didier od dzie­się­cio­leci marzy o tym, by za pięć lat posia­dłość zaro­iła się od sza­cow­nych gości, arty­stów, poli­ty­ków i magna­tów. Odbu­do­wana, jasno roz­świe­tlona, wolna od daw­nych masakr i duchów. Cho­ciaż mam do dys­po­zy­cji kil­ka­set mózgów, i tak nie potra­fię sobie tego wyobra­zić.

– Wła­śnie zawie­si­li­śmy nowy żyran­dol w jadalni – mówi z uśmie­chem. – Poza tym odda­łem do odno­wie­nia gobe­liny z jaski­nio­wej trawy. Podej­rze­wam, że ni­gdy nie miał pan do czy­nie­nia z dawną mon­tyj­ską sztuką?

– Nie pozwól, żeby ten czło­wiek zabrał cię na kolejny obchód jego zbio­rów – ostrze­gam sie­bie z wnę­trza ryczą­cego tro­lej­busu.

– Ow­szem, kilka razy – odpo­wia­dam.

– Eks­po­naty są w kiep­skim sta­nie, ale po wyczysz­cze­niu będą się pre­zen­to­wały wspa­niale. To praw­dziwe arcy­dzieła. Nie­po­dobne do wyro­bów cera­micz­nych i rzeźb w Inul­tu­sie… Sły­sza­łem, że na połu­dniu nie doce­nia się sztuki tkac­kiej. Tam­tejsi ludzie nie rozu­mieją piękna uży­tecz­no­ści i vice versa.

Pęk­nię­cie prze­cina tar­czę mier­nika ciśnie­nia. Gorące powie­trze ryczy wewnątrz rury naprze­ciwko mnie.

– Widzę, że pana nudzę – zauważa ze śmie­chem Didier.

– Ależ skąd, mon­sieur. – Sia­dam przed nim.

– Jak panu idzie docho­dze­nie? Sylvie mówiła, że spę­dzał pan dużo czasu w chłodni. Badał pan… – Milk­nie. Być może nie chce zga­dy­wać, co robię ze zwło­kami.

– Musia­łem mu się przyj­rzeć, ow­szem. Nie­stety nie odkry­łem niczego waż­nego.

– W kwe­stii rany?

– Oraz zaka­że­nia. Nie potra­fię wska­zać jego źró­dła.

Didier stuka kciu­kiem w swój szcze­ci­nia­sty pod­bró­dek.

– Może on przy­wlekł to z Inul­tusa, gdy przy­był tu po raz pierw­szy.

– W takim wypadku zaka­że­nie musia­łoby się roz­wi­jać przez pięt­na­ście lat – odpo­wia­dam. Przez tak długi czas bez trudu mogę zlo­ka­li­zo­wać i usu­nąć każ­dego paso­żyta, nie­za­leż­nie od jego roz­miaru. Nie mam zabor­czych skłon­no­ści, ale pew­nych znie­wag nie tole­ruję. – To nie­wy­klu­czone, lecz wąt­pliwe.

– Dziwne, że objawy nie wystą­piły u nikogo innego – zauważa Didier. – Może naba­wił się cho­roby, robiąc coś, czego nie robili pozo­stali. Albo udał się do jakie­goś miej­sca, w któ­rym my nie byli­śmy.

Wypi­jam łyk wody, a moje myśli wśli­zgują się do mrocz­nej jaskini. Moje pole widze­nia zwęża się do tunelu oko­lo­nego kamien­nymi wypu­kło­ściami, które przy­po­mi­nają żebra jakie­goś ogrom­nego ska­mie­nia­łego zwie­rzę­cia. Nikt poza mną ni­gdy nie był w tym miej­scu i nie chcę ni­gdy wię­cej tam wra­cać.

– Zamie­rza­łem popy­tać w posia­dło­ści, czy ktoś już kie­dyś widział podobny orga­nizm.

– Na mar­twych bogów, mam nadzieję, że nie. Ja na pewno niczego podob­nego nie widzia­łem.

Dwie pora­ża­jące wonie docie­rają do moich noz­drzy, naj­pierw obłok che­micz­nego dymu z labo­ra­to­rium aero­sta­tycz­nego, a następ­nie chmura per­fum napły­wa­jąca od strony drzwi salonu. Pierw­szej towa­rzy­szy wezwa­nie do ewa­ku­acji, a dru­giej poja­wie­nie się żony Didiera z wysoko upię­tymi wło­sami i okrą­głym brzu­chem, który okrywa ciemny jedwab.

– Znów pijesz beze mnie, kochany? – pyta.

– Hélène. – Uśmiech Didiera jest kru­chy i pozba­wiony rado­ści. – Nie widzisz, że roz­ma­wiam z dok­to­rem?

– Oczy­wi­ście, że nie – odpo­wiada, pod­cho­dząc do półki z butel­kami i tak­su­jąc ją zmru­żo­nymi brą­zo­wymi oczami. – Widzę dwie osoby, które sie­dzą naprze­ciwko sie­bie, i myśl, że mogłyby ze sobą roz­ma­wiać, nie przy­szła mi do głowy.

– No cóż, wła­śnie mie­li­śmy oma­wiać paskudne szcze­góły doty­czące sek­cji zwłok, nie­praw­daż? – Zerka na mnie, szu­ka­jąc pomocy. – Taki temat z pew­no­ścią cię nie inte­re­suje.

– A cie­bie tak? – Hélène się śmieje. – Zemdlał­byś po usły­sze­niu zale­d­wie kilku „paskud­nych szcze­gó­łów”, nie­za­leż­nie od tematu. – Sięga po karafkę z jakimś trun­kiem i nalewa solidną por­cję do wie­lo­ścien­nej szklanki.

– Naprawdę musisz…?

– Szu­ka­łam pana, dok­to­rze. – Kobieta wcho­dzi mu w słowo, sia­da­jąc na kana­pie i uno­sząc szklankę do ust. – Ale nie mogłam pana zna­leźć w całym tym cha­osie po śmierci naszego dro­giego leka­rza. Słu­żący zacho­wują się, jakby to były pierw­sze zwłoki zna­le­zione w tym żało­snym sta­rym domu.

– Hélène, nie powin­naś pić – mówi Didier.

– Mam pro­blem skórny, który może pana zacie­ka­wić – cią­gnie Hélène. – To wrzód, o tutaj. – Pod­nosi rękę i pod­wija luźny rękaw aż do ramie­nia. – Niech go pan dotknie. Mogła­bym przy­siąc, że coś zaczęło się z niego sączyć.

– Hélène! – syczy Didier. – Bła­gam cię, moja droga, ze względu na zasady przy­zwo­ito­ści…

– Bar­dzo pro­szę, jest tutaj… Och, jakie pan ma deli­katne dło­nie, pro­sto z koły­ski. A te palce! Jak miło zoba­czyć świeżą gałązkę pośród tych wszyst­kich zmro­żo­nych drzew.

– Już jesteś pijana? – Didier chwyta się za czoło. – Nie powin­naś… zwłasz­cza w twoim sta­nie.

– Och, daj spo­kój. Dosko­nale wiesz, że kiedy nosi­łam bliź­niaczki, nie żało­wa­łam sobie piwa.

– Nie mów o takich rze­czach w obec­no­ści…

– Naszego leka­rza? – prze­rywa mu ze śmie­chem. – Jedy­nej osoby, która może inte­re­so­wać się moim zdro­wiem? Na bogów, ty nudzia­rzu. Poje­dyn­czy łyczek od czasu do czasu pomaga mi to prze­trwać.

Deli­katny podmuch wpada przez okna mojej biblio­teki, poru­sza­jąc stro­nami tysiąca wie­ko­wych dzien­ni­ków, a ja, pomimo ich zawar­to­ści, nie mogę się z nią spie­rać. Podej­mo­wane przez Hélène próby wyda­nia na świat rodzeń­stwa dla bliź­nia­czek zakoń­czyły się klę­ską bar­dziej spek­ta­ku­larną niż wszyst­kie przy­padki opi­sy­wane w daw­nej lite­ra­tu­rze. Jej poro­nie­nia są zło­żone i fascy­nu­jące, wyjąt­kowo kata­stro­falne na pozio­mie komór­ko­wym. Prze­cho­wuję kilka tych nie­szczę­snych istot w swo­jej kolek­cji oka­zów i przy­naj­mniej jeden z moich mózgów stale o nich roz­my­śla. Prze­cho­dząc obok nich, trudno nie przy­sta­nąć w zachwy­cie.

– Niech go pan dotknie – cią­gnie Hélène, wska­zu­jąc rze­komy wrzód. – Jest tutaj.

– Prze­stań – rzuca jej mąż.

Nachy­lam się, żeby przyj­rzeć się jej gład­kiej, zaczer­wie­nio­nej skó­rze.

– Niczego nie widzę.

– Nie pyta­łam, czy pan coś widzi. Pro­si­łam, żeby go pan dotknął.

Kładę dłoń na jej pasze i żebrach, ale nie znaj­duję niczego god­nego uwagi, a tym bar­dziej cze­goś, co mogłoby wydzie­lać jaki­kol­wiek płyn.

– Nie wie­rzę – jęczy Didier. – Odejdź, natych­miast. Roz­ka­zuję ci odejść.

Hélène się uśmie­cha.

– Kochany, nie widzisz, że jestem zajęta?

– Oba­wiam się, że pani skóra wygląda na cał­ko­wi­cie zdrową – infor­muję.

– To przez te prze­klęte psy – odpo­wiada. – Nie mogę prze­by­wać z nimi pod jed­nym dachem, to ruj­nuje moją cerę. To wybryk natury. Podob­nie jak ten ziąb. Powta­rzam Didie­rowi, że to wszystko mi szko­dzi, ale on nie słu­cha… Pro­szę naci­snąć moc­niej, on tam jest.

– Przy­kro mi, ale niczego nie czuję – odpo­wia­dam.

– W takim razie jest pan rów­nie bez­u­ży­teczny jak pana poprzed­nik. – Opusz­cza rękę, roz­wija rękaw i znów bie­rze drinka do ręki. – Niech jego biedna dusza ogrzeje się w pie­kle. Odkrył już pan, kto go zabił?

– Nie, madame…

– Według mnie to żadna tajem­nica… ale warto mieć oko na słu­żą­cego.

– Któ­rego, madame?

– Dobrze pan wie. Tam­tego Mon­tyj­czyka.

Myśl o tym, że Émile mógłby prze­bić mi gar­dło skal­pe­lem, jest tak absur­dalna, że aż prze­ra­ża­jąca.

– Jestem pewien, że nie miał z tym nic wspól­nego.

– Zawsze był taki cichy – stęka jedna z pacjen­tek na Wyspach Whe­slera, gdy zszy­wam ranę, którą jej słodki, nie­śmiały sio­strze­niec zadał nożem. W Inul­tu­sie jeden z inży­nie­rów wyja­śnia guber­na­to­rowi mecha­nikę nara­sta­nia ciśnie­nia.

– Oczy­wi­ście, że to nie był on – wtrąca się Didier. – Ni­gdy by tego nie zro­bił. Nie jest do tego zdolny.

– Jest zło­dzie­jem – rzuca Hélène. – Snuje się jak pies… nie zasko­czy­łoby mnie, gdyby nauczył się także gryźć. – Milk­nie na chwilę, żeby się napić, a krysz­ta­łowa szkla­neczka roz­bija jej uśmiech na kawałki. – O ile się nie mylę, Émile spę­dzał sporo czasu z naszym dro­gim leka­rzem przed jego śmier­cią, czyż nie? Zbyt dużo czasu. Może to była kłót­nia kochan­ków… Nie byłby to pierw­szy taki przy­pa­dek w tym domo­stwie, który zakoń­czył się roz­le­wem krwi, prawda?

Jej prze­ra­żony mąż czer­wie­nieje na twa­rzy.

– Jak śmiesz…

– Nie było żad­nego kon­fliktu – odpo­wia­dam, żeby uspo­koić napiętą sytu­ację. Lubię Émile’a, tak jak wielu innych, ale nie zamie­rzam robić z nim cze­goś takiego, nawet gdyby to było moż­liwe. – Podej­rze­wam, że mamy do czy­nie­nia z samo­bój­stwem.

– Czyżby? – Hélène z roz­ko­szą unosi sta­ran­nie wysku­bane brwi. – No cóż, chyba nie można go winić. Niech pan spali jego ciało i o nim zapo­mni. Pana następca zrobi to samo, kiedy to miej­sce dopro­wa­dzi pana do samo­bój­stwa.

– Do dia­bła, fayme – szep­cze Didier i bez­rad­nie opada na krze­sło.

– Madame, mia­łem nadzieję… – Milknę i pocie­ram pal­cem pojem­nik w kie­szeni. – Cie­kawi mnie, czy roz­po­znaje pani…

Bez niczy­jej pomocy butelka trunku zla­tuje z półki i roz­trza­skuje się na kawałki na pod­ło­dze. Pyta­nie gaśnie na moim języku.

– Ojej. – Didier z tru­dem prze­łyka ślinę, patrząc na kawałki szkła wiru­jące na uszko­dzo­nym mar­mu­rze. – Jak im się to udało?

– Wredne dzie­wu­chy – wzdy­cha Hélène. – Wie­dzą, że nie wolno im wcho­dzić do salonu.

Elek­tryczne lampy przy­ga­sają, pło­mie­nie świec migo­czą pod wpły­wem podmu­chu nie­wia­do­mego pocho­dze­nia i pomiesz­cze­nie na chwilę pogrąża się w ciem­no­ści. Drzwi powoli otwie­rają się ze skrzy­pie­niem. Do środka wsuwa się kłę­bo­wi­sko ciem­nych wło­sów, z któ­rego niczym łodygi wyra­stają dwa drobne ciała.

Bliź­niaczki nie są zro­śnięte gło­wami, ale trudno zauwa­żyć róż­nicę. Od chwili, gdy wyśli­zgnęły się z ciała matki, jedna poślad­kami, a druga głową do przodu, obie obda­rzone bujną czu­pryną, ich czaszki znaj­dują liczne spo­soby, by się połą­czyć. Cza­sami godzi­nami roz­dzie­lam ich loki, gdy moje usługi nie są potrzebne gdzieś indziej. To dłu­go­trwały, ale zabawny pro­ces. Choć mam bogate doświad­cze­nie w roz­dzie­la­niu bliź­niąt, nie znam dru­giego tak wido­wi­sko­wego przy­padku.

– Dziew­częta – odzywa się Didier, pró­bu­jąc wydo­być się z mięk­kiej otchłani swo­jego fotela. – Ile razy wam powta­rza­łem, żeby­ście dały sobie spo­kój z tymi pso­tami?

– Wie­cie, jak bar­dzo to dener­wuje waszego tatę – dodaje Hélène. – Poza tym… do dia­bła, jak to moż­liwe, że znów się splą­ta­ły­ście?

– Nękały nas duchy – tłu­ma­czy jedna z bliź­nia­czek.

– Goniły nas po scho­dach – mówi druga. Obie brzmią rów­nie szcze­rze, ale na ich twa­rzach gości taki sam łobu­zer­ski uśmiech. Przy­po­mina mi to mój przy­pa­dek, gdy uśmie­cham się wie­loma ustami jed­no­cze­śnie.

– Ska­le­czy­ły­śmy się. – Pierw­sza dziew­czynka pod­nosi ręce i z dumą poka­zuje drobne czer­wone ślady, wyraź­nie odzna­cza­jące się na jej skó­rze w kolo­rze kości sło­nio­wej.

– Mam ten sam wzór, ale odwrot­nie.

– Na tru­chła bogów, to oczy­wi­ste, że same się pokłu­ły­ście – mówi Hélène. – Obmyj­cie się, zanim dzia­dek tu dotrze. Przy­naj­mniej opuść­cie rękawy. Pomogę wam… daję słowo, beze mnie byście pogi­nęły. – Wypro­wa­dza bliź­niaczki z salonu na kory­tarz. Pło­mie­nie mija­nych świec i lamp migo­czą, po czym ponow­nie się uspo­ka­jają.

– Te dziew­częta mają taką żywą wyobraź­nię – mówi Didier, a następ­nie wychyla pozo­sta­łość trunku ze swo­jej szkla­neczki i sięga po naczy­nie żony. – Ale cza­sami się o nie mar­twię. Zawsze bie­gają jak w amoku, goniąc upiory i widma.

– Dzieci czę­sto wie­rzą w takie rze­czy – zapew­niam go. – Duchy, potwory i nie­wi­dzial­nych przy­ja­ciół. – Nie dodaję, że bliź­niaczki już dawno prze­kro­czyły wiek, w któ­rym takie wizje powinny znik­nąć. Tym­cza­sem poja­wiają się w mojej kom­na­cie z naj­dziw­niej­szymi obja­wami, jak nagła chwi­lowa śle­pota, utrata pamięci, ostre napady kako­smii czy nie­wy­ja­śnione ślady po ugry­zie­niach. Ich duchy są nie­mal nama­calne i krążą po kory­ta­rzach, polu­jąc na miesz­kań­ców.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki