66,50 zł
Gotyckie romantasy, w którym ogrody kwiatowe są jak komnaty tortur, a książęce wesela łatwo zmieniają się w pogrzeby Madalina dorastała na radiksańskim dworze wraz ze swoją siostrą bliźniaczką, Inessą. Ponure miejsce, gdzie pleśń przenika ściany na równi ze zdradą, ukształtowało księżniczki z rodu Sinet. Madalina jednak wyraźnie różni się od swoich krewnych: uważana za słabą, marzy o innym życiu z dala od dworskich intryg, a spokój odnajduje tylko w ogrodzie, w którym dba o magiczne kwiaty. Złośliwi nazywają je grobowymi, bo doskonale nadają się do tortur i wywoływania zgonów. Kiedy Inessa, zaręczona z księciem Acus, Aerykiem, znika tuż przed ślubem, Madalina musi zająć jej miejsce i wypełnić tajną misję. Zostanie żoną Aeryka, a następnie go zabije, zgodnie z paktem zawartym z jego wujem. Któż mógłby lepiej się nadawać do tego zadania niż radiksańska księżniczka? Jeśli Madalina chce uwolnić siostrę i działać dla dobra własnego rodu, musi oprzeć się irytująco bystremu księciu – i własnemu sercu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 565
Rok wydania: 2026
Data ważności licencji: 11/21/2031
First published in the United States under the title GRAVE FLOWERS by Autumn Krause.
Text Copyright © 2025 by Autumn Krause.
Published by arrangement with Peachtree Publishing Company Inc. All rights reserved.
Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga
Copyright © 2026 for the Polish translation by Ewelina Grychtoł
(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Grafika na okładce: Nuria Velasco Sánchez
Projekt okładki: Lily Steele
Adaptacja okładki: Kinga Kosmalska
Zdjęcie autorki: Martin Martinez
Ilustracje w książce: Michelle Avery Konczyk
Redakcja: Julia Żmudka
Korekta: Beata Buko, Alicja Laskowska
ISBN: 978-83-68543-49-0
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.
ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice
tel. 32 782 64 77
e-mail:[email protected]
www.soniadraga.pl
E-wydanie 2026
Przyczynkiem do powstania tej opowieści były moja miłość do Hamleta i fascynacja rodziną Boleyn. Połączyłam patos i fabułę sztuki z rzeczywistą ambicją Boleynów, by stworzyć historię rozpiętą między biegunami miłości i zdrady, rodziny i jednostki, króla i kraju, dobra i zła. Kwiaty grobowe to fantastyka, ale potraktowałam moje przygotowanie historyczne bardzo poważnie.
W trakcie lektury tej powieści odwiedzisz królestwa inspirowane okresem panowania Tudorów, a zwłaszcza epoką elżbietańską, choć z pewnymi anachronizmami, mającymi na celu podkreślenie różnych aspektów kulturowych, stworzenie jedynego w swoim rodzaju świata przedstawionego i – ponieważ nie mogłam się powstrzymać – wprowadzenie odrobiny humoru i ekstrawagancji (znajdziesz tu na przykład wanny z kranami i odważne stroje przypominające bardziej aktualną modę). Studiowałam brytyjskie zasady dziedziczenia tronu, tytuły królewskie, prawo spadkowe, wpływ małżeństw na stosunki między dworami, powiązania między koroną a Kościołem, a także rolę szlachetnie urodzonych kobiet w patriarchalnych społeczeństwach. Wszystko to spotkasz na kartach tej powieści, z pewnymi zmianami wprowadzonymi ze względów fabularnych.
Jako autorka o mieszanym pochodzeniu rasowym piszę z perspektywy własnego dziedzictwa, co skłoniło mnie do zgłębienia realiów życia mniejszości pod tego rodzaju rządami. Stworzenie Madaliny, głównej bohaterki mieszanego pochodzenia, było szczególnie bliskie mojemu sercu, zwłaszcza że nawet jako księżniczka musi mierzyć się z unikalnym zestawem trudności. W przeciwieństwie do mnie, od dziecka zanurzonej w kulturze obu gałęzi mojej rodziny – japońskiej i meksykańskiej – Madalina nie ma kontaktu z częścią swojego dziedzictwa i musi odkryć ją sama.
Choć znajomość historii Tudorów oraz kanonu Szekspira nie jest konieczna, by cieszyć się tą książką, miłośnicy obu znajdą w niej wiele smaczków. Hamlet był moją główną inspiracją, ale czerpałam też z elementów innych ukochanych przeze mnie sztuk Szekspira, takich jak Makbet, Romeo i Julia, Ryszard III, Król Lear i Henryk IV.
Mam nadzieję, że spodoba ci się ta przewrotna opowieść o duchach i zemście. Moi bohaterowie tylko czekają, by podzielić się opowieścią o chwilach pięknych i bolesnych, o kwiatach i przeznaczeniu.
królowa panująca – królowa, która rządzi królestwem w swoim własnym imieniu, mająca tytuły, władzę i rangę równe królowi
królowa małżonka – żona panującego króla
królowa wdowa – była królowa małżonka, wdowa po zmarłym królu
męska primogenitura – zasada dziedziczenia powszechna w średniowiecznej Anglii, ustanowiona w celu utrzymania potęgi rodu poprzez przyznanie najstarszemu synowi prawa do dziedziczenia całego majątku rodziców
Dwoje niemowląt leżało na poplamionych krwią prześcieradłach jak przejrzałe śliwki na brudnej serwetce, z pomarszczoną, luźną skórą na brwiach, łokciach i kolanach. Gdyby król Rychard Sinet nie widział przed chwilą na własne oczy, jak jego żona je rodzi, mógłby zwątpić w to, czy te odrażające, małe stwory są w ogóle ludźmi. Teraz, gdy umilkły soczyste przekleństwa królowej Agathine, cisza była tak ciężka, że niemal słyszalna. Król Rychard przekrzywił głowę, jakby w ten sposób mógł oczyścić z niej uszy tak samo, jak wylewa się z nich wodę.
Nie powinno być cicho.
Powinno być słychać płacz noworodków.
– Żyje? – zapytała ochryple królowa Agathine, z wysiłkiem podnosząc się na łokciu. – Jest zdrowe? Chłopiec czy dziewczynka?
Od odpowiedzi na te trzy pytania zależało wszystko. Król Rychard, zaniepokojony estetycznymi niedostatkami bliźniąt, pochylił się, by je obejrzeć. Jedno było większe od drugiego. „To pewnie to silniejsze”, pomyślał. Powinien zająć się nim najpierw – klepnąć je w plecy, tak jak zrobiłby to medyk. Chwycił dziecko pod pachami i uniósł, mając nadzieję, że da jakiś znak życia – zakwili albo krzyknie.
Ale to on krzyknął.
– O co chodzi? Rychard! Co jest nie tak?
Niewiele rzeczy potrafiło zaskoczyć króla Rycharda. Inni monarchowie postępowali w określony sposób: ciężarne królowe udawały się w odosobnione miejsce, a potem, kiedy nadchodził czas rozwiązania, wpuszczały lekarzy, którzy mieli dopilnować, aby narodziny nowego dziedzica przebiegły pomyślnie. Towarzyszyli im monastykci i arystokraci, służący za świadków królewskiego porodu. Ale król Rychard musiał dopilnować, żeby wszystko poszło idealnie, więc w komnacie znajdowali się tylko on, królowa i noworodki, a także kwiaty grobowe, które wślizgnęły się do pomieszczenia nieproszone przez pęknięcia w ścianach.
Ale choć starał się przewidzieć wszystko, co mogłoby wydarzyć się w trakcie porodu, i z dumą mógł powiedzieć, że przygotował sobie plan na każdą ewentualność, w żaden sposób nie był w stanie przewidzieć tego. Kiedy podniósł silniejsze dziecko, drugie uniosło się razem z nim, jakby były ogniwami łańcucha zrobionego z marmurkowatej skóry noworodka i cienkich jak gałązki kości. Król niezgrabnie upuścił pierwsze dziecko z powrotem na łóżko.
– Zrośnięte. – Słowo zostawiło metaliczny smak w jego ustach, jak zardzewiała moneta, której nikt nie chce. – Dzieci są zrośnięte rączkami. To dwie dziewczynki o urodzie i wigorze zgniłego zęba.
Kropla wody skapnęła na czoło króla Rycharda. Wydał z siebie coś pomiędzy sykiem a westchnieniem. Kwiatami grobowymi, które wciskały się do komnaty, były wilgotnice – gatunek przeciekających roślin, z których zawsze sączył się różowoczerwony płyn. Zdawało się, że ich łzy są dodatkową zniewagą wobec dotkliwej krzywdy, której właśnie doznał: jego dzieci nie spełniały ani jednego z wymogów stawianych przyszłemu następcy tronu. Nie dość, że były brzydkie, słabe i niewłaściwej płci, to jeszcze okazało się, że są zrośnięte. Z ogromnym wysiłkiem zmusił się, by zachować spokój. Lepiej nie denerwować królowej Agathine po tym, co właśnie przeszła. Starł kroplę z czoła. Pojedynczy kontakt z sokiem wilgotnicy był nieszkodliwy, ale stała ekspozycja prowadziła do osłabienia kości i rozwodnienia krwi, przez co człowiek siniał i krwawił od najmniejszego otarcia.
– Czy mogę je zobaczyć? – zapytała królowa Agathine. Jej przesiąknięte potem czarne włosy lśniły jeszcze bardziej niż zwykle. Spojrzała ostrożnie na męża.
– Za chwilę.
Bliźniaczki nie wydawały żadnego dźwięku, choć bezładnie machały rączkami i nóżkami, szukając ścian łona, z którego wyszły. Śmierć czaiła się w pobliżu, czekając na jakąś tajemniczą zgodę, by porwać je obie. Ale śmierć nie poznała jeszcze króla Rycharda. Ktoś inny na jego miejscu mógłby uznać te dzieci za stracone i zacząć od początku, ale samo zajście w ciążę zajęło królowej za dużo czasu. Król Rychard słyszał plotki. Zawsze wyprzedzały go o krok, wślizgując się do uszu kolejnych osób, zanim zdążyłby stracić usta, które je szeptały.
W pewnym sensie to była jego wina, że obywatele wątpili w siłę władającego nimi rodu. Ku przerażeniu swojej rady król Rychard zdecydował się poślubić Felyskę. Felysi, jedyna mniejszość etniczna w Radiksie, płacili wyższe podatki i mieli mniej praw – do czasu, aż król Rychard poślubił królową Agathine. Jakby się nad tym zastanowić… „Nie”, pomyślał. „Nie jestem winny tej sytuacji”. To była wina rady królewskiej, która początkowo próbowała zmusić go do poślubienia córki niebezpiecznie potężnego barona. By udowodnić, że jej członkowie nie są w stanie go kontrolować, król Rychard wybrał najmniej prawdopodobną żonę ze wszystkich kandydatek, a teraz musiał się jej trzymać. Oczywiście problemy z poczęciem potomka zawsze były winą kobiety; rada spędziła ostatnie dziesięć lat, błagając go, by porzucił ją dla bardziej płodnej królowej. Ale te naciski tylko wzmacniały opór króla Rycharda, choć było to wyjątkowo frustrujące, bo sam cieszył się wyjątkową płodnością. Dowodziło tego istnienie licznych bękartów, które spłodził w domach uciech.
Tak czy owak, potrzebował dziedzica. Z nową determinacją podniósł niemowlęta. Jakie to było dziwne – trzymać te śliskie maleństwa i nie wiedzieć, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. Mocno klepnął je w plecy, tak jak pierwotnie zamierzał. Jego dłoń była na tyle duża, by jednocześnie trafić oba. Cisza. Uderzył je ponownie. Zdławiony, drżący płacz dwóch małych gardeł rozszedł się po komnacie.
Królowa Agathine uśmiechnęła się i wyciągnęła ręce, ale król Rychard jeszcze nie skończył. Przyjrzał się zrośniętym rączkom. Łączył je tylko cienki pas skóry. Nie było zrośniętych organów, mięśni, kości ani żył. Tylko skóra. „Wreszcie los się do mnie uśmiechnął”, pomyślał. Podał bliźniaczki królowej i ucałował ją w czoło. Dobrze się spisała, skrywając bóle porodowe do czasu, aż mogli się wymknąć do jednej z ukrytych komnat pałacu, by wydała tam dzieci na świat. Nazajutrz ogłosi, że królowa zaczęła rodzić zbyt nagle, by wezwać pomoc, ale dzięki Pradawnej Rodzinie wszystko przebiegło pomyślnie. Narodziły się bliźniaczki, tak zdrowe, jak to tylko możliwe.
– Zaraz wracam – powiedział do królowej Agathine.
***
W pałacu królewskim Radiksu było wiele tajnych przejść, ale król Rychard nie musiał z nich teraz korzystać. Do komnaty królewskiego medyka prowadziła prosta droga. Gdy przemierzał korytarze, światło księżyca odbijało się srebrzyście od śladów śluzu zostawionych przez ślimaki na ogromnych obrazach przedstawiających kwiaty grobowe. Dawało to wrażenie, jakby malowidła płakały. Przynajmniej to były zwykłe ślimaki, a nie te pijące krew, czarne, bezskorupowe, które często wciskały się między wilgotne kamienie pałacu.
Król Rychard zmarszczył brwi. Jeśli ktoś przyjrzał się uważniej, stawało się oczywiste, że w Radiksie nic nie jest takie, jak powinno być. Wszystko groziło pęknięciem, przegniciem lub zawaleniem. A jeśli ktoś przyjrzałby się jeszcze uważniej, mógłby dostrzec, że kilkaset lat temu pałac został odbudowany, a pierwotny kamień uzupełniały cegła, stiuk i drewno. Nikt nie wiedział dlaczego. Radiksańskie kroniki były nie tyle historią, co listami miłosnymi pisanymi przez dawnych monarchów do samych siebie, opisującymi niemożliwie imponujące zwycięstwa. Większość zaginęła w mrokach dziejów. Ale jedno było pewne – pałac został nieomal doszczętnie zniszczony, a król Rychard nie znosił faktu, że coś takiego się wydarzyło. Budziło to w nim nieokreślony niepokój, bo co, na wszystkich bogów, mogłoby spowodować takie zniszczenia?
Włożył rękę do kieszeni i pogładził gruby, pleciony sznur do zasłon. To była jego ulubiona broń. Poderżnięte gardła krwawiły, trucizny często powodowały wymioty, defenestracje zostawiały okropny bałagan na ziemi. A kwiaty grobowe… cóż, były tak nieobliczalne, że napastnik zapewne zginąłby razem z ofiarą. Uduszenie sznurem do zasłon stanowiło natomiast czyste i schludne rozwiązanie.
Uduszenie medyka po tym, jak rozdzieli bliźniaczki, nie powinno nastręczyć trudności. Był chudym jegomościem o woskowej skórze, który zawsze stawiał optymistyczne diagnozy, niezależnie od stanu pacjenta. Palce króla Rycharda zamrowiły niecierpliwym oczekiwaniem. Nic nie dawało mu równej rozkoszy, co uduszenie człowieka. Sama myśl o tym sprawiała, że jego krew gęstniała, a euforia pędziła przez żyły jak biała błyskawica. Lekarza będzie łatwo zanieść do ogrodu. Głodnice to jedyne kwiaty, dla których do tej pory udało mu się znaleźć zastosowanie. Były kolczastymi, mięsożernymi roślinami, wciągającymi swoje ofiary pod ziemię. Wnikały korzeniami w truchła i pożywiały się nimi przez całe tygodnie, choć zapewne będą rozczarowane, że medyk jest taki chudy.
Nie zajęło to wiele czasu.
Medyk, który prawie wyskoczył ze skóry ze strachu, gdy obudził go sam król, rozdzielił bliźnięta skalpelem. Wspomniał przy tym, że dzieci musiały być skierowane w łonie twarzą do siebie, bo ich ręce były złączone tak, jakby przybijały sobie piątkę. Z czułością zauważył, że będą miały identyczne blizny na tej samej ręce. Podczas gdy medyk zajmował się dziećmi, król Rychard mierzył go wzrokiem, bawiąc się trzymanym w kieszeni sznurem. Kiedy lekarz zrobi, co miał zrobić, nikt się nie dowie, że bliźnięta przyszły na świat zrośnięte. Król zrzuci winę za rany na dłoni na pękniętą ramę kołyski czy coś podobnego. Nikt nigdy nie podważał jego słów, by samemu nie skończyć z szyją owiniętą sznurem do zasłon.
***
Kiedy król Rychard wracał do tajemnej komnaty porodowej, nad Radiksem unosiła się ciężka mgła w kolorze brudnej wody po zmywaniu naczyń. Towarzyszył jej zapach kwiatów grobowych, które wraz z nadejściem świtu rozchylały płatki i roztaczały w powietrzu swój aromat.
– No cóż, myślę, że możemy podzielić imię – powiedział, spełniwszy swoje męczące zadanie. – Zamiast Inessy Madaliny Sinet możemy jedną nazwać Inessą, a drugą Madaliną. Co ty na to?
– Podoba mi się – odparła królowa Agathine, po czym pocałowała w nosek najpierw jedną, a potem drugą smacznie śpiącą, opitą mlekiem córkę.
Załatwiwszy kwestię imion, król Rychard wgramolił się do łóżka z jękiem wyczerpania. Za jakąś godzinę ogłosi narodziny bliźniąt, ale teraz zasłużył na odpoczynek.
– Nie, wszystko jest we krwi – zaprotestowała królowa Agathine.
Król Rychard spojrzał na żonę i córki. Dzieci miały takie same ciemne włosy jak ich matka. Podobało mu się, jak pasma układały się w drobne spirale wokół uszu, niczym muszle ślimaków.
– Nie przeszkadza mi odrobina krwi – powiedział, po czym cała czwórka zapadła w sen pośród poplamionych koców i prześcieradeł, przy dźwięku kapania wilgotnic.
Natura nihil frustra facit
Natura nie robi nic na próżno
Ja, król Llyr z rodu Sinet, przystępuję do wygłoszenia inwokacji naszych przodków do boskiego daru, jakim są kwiaty grobowe.
Moi rodzice panowali w strachu przed kwiatami grobowymi i nigdy nie próbowali wygłosić do nich inwokacji. Ja się nie boję, lecz jestem ciekawy. Mój lud wykazywał szczególną krnąbrność i niezadowolenie od czasu ostatniej klęski głodu i Wielkiej Zarazy, więc więzienia są przepełnione! Co oznacza, że mam wiele dusz, które mogę wykorzystać do moich eksperymentów. Nie mogłoby być lepiej. Tutaj będę zapisywać wyniki, aby moi potomkowie mogli władać kwiatami grobowymi, zamiast się ich obawiać. Przedstawiłem ten plan mojej radzie, żonie i synowi. Wszyscy powiedzieli, że to wspaniały pomysł. I wiem, że to prawda, wszystkie moje pomysły są bowiem wspaniałe.
Eksperymenty te będę przeprowadzał w królewskim planetarium, gdzie mapy gwiazd i malunki ciał niebieskich będą służyć za inspirację dla mojej własnej wyprawy w nieznane – ku naszym kwiatom grobowym. Wygłosiłem przemówienie do straży i więźniów, których wybrałem, by pomogli mi w moim przedsięwzięciu, i założyłem moją najbogatszą koronę.
Wygląd
Niebieskawe płatki, tak cienkie, że widać przez nie na wylot. Błyszczące srebrzyste liście działają jak maleńkie lustra, w których ślicznotki często się przeglądają.
Zachowanie bez inwokacji
Łakną uwagi. Kochają prawdziwe lustra i komplementy bardziej niż cokolwiek innego. Łatwo się denerwują i nie lubią, kiedy w pobliżu są inne ładne rzeczy. Wydaje się też, że mają wyjątkowo wysokie mniemanie o własnej urodzie, ponieważ uważają wszystkie inne kwiaty grobowe za estetycznie gorsze. A kiedy w pobliżu znajdzie się piękny klejnot lub barwny ptak, zwracają się ku sobie nawzajem i odmawiają odwrócenia z powrotem do zewnątrz, póki konkurencja nie zniknie. Zdają się uważać, że ich uroda jest błogosławieństwem i że karzą nas, chowając swe oblicza.
Inwokacja
O Pradawna Matko i Córko,
Użyczcie nam swej piękności,
Byśmy mogli wypełnić
Nasze boskie powinności.
Niech jednak nasze piękno
Nie oślepi nas zbytnio,
Bo zapatrzymy się w lustro
I stracimy umysłu gibkość.
Rezultat
Po wypowiedzeniu inwokacji ślicznotki oplotły się wokół ciała jednej z więźniarek i wspięły się po nim na twarz. Czule ją otuliły, rozkładając swoje delikatne płatki na jej czole, oczach, nosie i ustach. Więźniarka zaczęła krzyczeć. Płatki zabarwiły się na czerwono. Z początku sądziłem, że ślicznotki zmieniły kolor, ale to była krew więźniarki, którą kwiaty spijały. Kiedy płatki znów się uniosły, skóra kobiety oderwała się razem z nimi. Ślicznotki wyglądały po tym na bardzo bujne i odświeżone.
Komplikacje
Płatki przyczepiły się do ramienia botanika, który trzymał roślinę. Próbował je od siebie oderwać, ale one wpełzły mu na twarz z tym samym skutkiem.
Zastosowania
Mają najpiękniejszy zapach ze wszystkich kwiatów grobowych, więc można by nieźle się wzbogacić poprzez wytwarzanie z nich perfum i sprzedawanie ich w innych królestwach. Jednak wszystkie próby wydobycia ich esencji zakończyły się niepowodzeniem. Oczywiście świetnie nadają się do tortur, ale po wypowiedzeniu inwokacji stają się niemożliwe do opanowania. Zaatakowały botanika tak samo jak więźniarkę. Jakby się nad tym zastanowić, botanik też był przystojnym jegomościem. Nie wykazały jednak zainteresowania mną, co było oczywiście dobre, ale też… czy to znaczy, że uznały mój wygląd za nieatrakcyjny? Niemożliwe. Wiem, że jestem przystojny. Jestem najprzystojniejszym królem, jaki kiedykolwiek panował!
Nigdy nie chciałam tronu.
Ale wyglądało na to, że on chciał mnie.
Ta myśl ciążyła mi w głowie, gdy wchodziłam do naszego królewskiego ogrodu, omijając przeżarte rdzą tablice z ostrzeżeniami typu „NIEBEZPIECZNE KWIATY” i „UWAGA, ROŚLINY OBFICIE PYLĄ – ODWIEDZAJĄCY MOGĄ MIEĆ PROBLEMY Z ODDYCHANIEM”. Na moment zapomniałam o moim nieszczęściu. Coś tu się nie zgadzało. Kwiaty grobowe były rozeźlone, a przecież zazwyczaj uwielbiały takie dni, jak ten: chmurne, ponure i skąpane w ciężkim, wilgotnym półmroku, w którym trudno cokolwiek dostrzec, mimo że był środek dnia. Gęste kłęby mgły i kwiatowych oparów snuły się przy ziemi, zbyt ciężkie, by się podnieść. Taka pogoda była bardzo typowa dla Radiksu, naszego królestwa, i dlatego kwiaty grobowe rosły u nas najbujniej.
Ostrożnie weszłam na niskie, marmurowe obrzeże rabaty, jednej z nielicznych nieporośniętych kwiatami. Gdy kwiaty grobowe stawały się rozgniewane, lepiej było nie chodzić po ścieżkach, bo tam mogły łatwo dobrać się do kostek. Z gracją przebiegłam po obrzeżu. Lata niekończących się lekcji tańca sprawiły, że robienie piruetów, płynne poruszanie się i podskakiwanie było dla mnie tak naturalne, jak chodzenie – jeśli nie bardziej. Choć większość ludzi lubi rzeczy, w których jest dobra, ja nienawidziłam tańczenia z całego serca.
Dotarłszy do końca rabaty, skoczyłam na znajdującą się nieopodal fontannę. Fragment marmuru oberwał się pod moimi wysokimi, skórzanymi butami i uderzył o ziemię. Zignorowałam to i przemknęłam po zakrzywionym brzegu fontanny. Wilgotne, słone powietrze lepiło mi się do skóry i nosa tak bardzo, że prawie nie czułam zapachu kwiatów. Dotarłam do końca fontanny i zeskoczyłam. Naszła mnie instynktowna ochota, by dygnąć, jakbym zakończyła występ taneczny.
Skrzywiłam się, choć nie stała mi się żadna krzywda.
– Czy jesteśmy dziś nie tylko głodne, ale też złe? – zapytałam głodnice. Ich gałąź wystrzeliła w moją stronę, a ciernie zaczepiły mi się o suknię. Jej rąbek zdobiły czarne perełki układające się w rząd liter M – od mojego imienia, Madalina. Ciernie oderwały jedną z perełek. Ślicznotki spróbowały jej dosięgnąć, żeby ją zakopać – zawsze zazdrośnie zakopywały piękne rzeczy – ale nie potrafiły porządnie chwycić.
– Zobaczcie, co zrobiłyście!
Oczywiście głodnice ucieszyły się, że udało im się mnie zaskoczyć. Pokręciłam głową z dezaprobatą, a one zamruczały i zachrzęściły kolcami. Miały fioletowe kwiatki, ale te wyglądały na symboliczny dodatek do ich powyginanych czarnych cierni. Coś je wzburzyło. Ale co?
Zmarszczyłam brwi i potoczyłam wzrokiem po pozostałych kwiatach grobowych, rozrastających się poza marmurowe obrzeża rabat i dekoracyjne postumenty, na których początkowo je zasadzono. W różnych miejscach ogrodu stały lustra. Ojciec rozkazał rozmieścić je na całym terenie pałacu, by utrudnić zadanie temu, kto chciałby niepostrzeżenie zajść nas od tyłu, ale ich ozdobne złote ramy i tafle były poczerniałe od brudu. Mimo że trudno było w nich dojrzeć swoje rzeczywiste oblicze, ślicznotki namiętnie ich używały. Jednak nie dzisiaj. Cały ogród falował niespokojnie, z wyjątkiem aktywnych nocą lunustr, które spały, i jednego spłachetka jałowej ziemi. Miały tam rosnąć nieśmiertelniki, ale, jak na ironię, dawno zwiędły.
– Nie tylko wy jesteście nieszczęśliwe, moje kochane – westchnęłam. – Może już słyszałyście? Inessa zaręczyła się z księciem Aerykiem. To oznacza… – wciąż trudno było mi w to uwierzyć, nie wspominając o powiedzeniu tego na głos – że jestem następczynią mojego Ojca i pewnego dnia zostanę królową Radiksu.
To był szokujący obrót spraw, zwłaszcza że moja siostra bliźniaczka, Inessa, zawsze krwawiła królewskością bardziej niźli krwią. Dla porównania, gdyby rozciąć moją skórę, wylałoby się ze mnie poczucie niższości zmieszane z intensywnym pragnieniem, żeby wszyscy dali mi spokój. I, być może, żeby porządnie się wykąpać.
Oczywiście prawdziwym koszmarem była cena tych zaręczyn. Zgodnie z ich warunkami Radix miał się stać państwem wasalnym dużo potężniejszego (a także wywyższającego się i nieznośnego) królestwa Acus. Wszyscy zawsze zakładali, że Inessa i ja poślubimy arystokratów z Radiksu. Ostatecznie naszym mottem było „Sami sobie” – do tego stopnia, że w bajkach opowiadanych nam na dobranoc monarchowie obcych państw rozpuszczali się w nektar kwiatowy, jeśli na zbyt długo zawiesili wzrok na naszym tronie.
Zaręczenie Inessy z księciem Aerykiem przez Ojca nie było szczególnie zgodne z tą maksymą. Dwór wypełniło powszechne niezadowolenie, które rozumiałam. Nie mieliśmy zbyt wiele poza naszą niezależnością. Kiedy staniemy się państwem wasalnym, ta wolność będzie już tylko iluzją.
Spróbowałam otrząsnąć się z rozżalenia. Nie mogłam uspokoić radiksańskiego dworu ani siebie, ale mogłam uspokoić kwiaty grobowe. Obróciłam koło systemu nawadniania, a ono zaskrzypiało przeraźliwie, gdy wprawiłam je w ruch. Miedziane rury, które z czasem utleniły się na niebieskozielony kolor, zadrżały pod ziemią, gdy woda została uwolniona ze zbiornika. Strumienie trysnęły z otworów wywierconych w rurach na różnych wysokościach i pod różnymi kątami.
Nasze kwiaty grobowe piły słoną wodę – coś, co nasi goście uważali za szczególnie nienaturalne i niepokojące. Gdybyśmy im na to pozwolili, pewnie by się w niej utopiły. Były podlewane często, ale zawsze pragnęły więcej.
Doskonale znałam to uczucie.
Nie pragnęłam słonej wody jak kwiaty grobowe, ale moja dusza zawsze wydawała się sucha i swędząca. I podczas gdy pragnienie kwiatów grobowych dało się złagodzić, nie sądziłam, by istniało cokolwiek, co mogłoby ukoić moją duszę – zwłaszcza teraz, gdy okazało się, że pewnego dnia zostanę królową i obejmę tron jako głowa rodu. Jeden jedyny raz miałam szansę zrobić coś dla mojej rodziny i zawiodłam.
Matka zginęła.
– Skoro wasze kielichy nie są pełne nektaru – powiedziałam do nienawistków – przynajmniej możemy napełnić je słoną wodą.
Nienawistki były kwiatami o pojedynczej, wyrastającej wprost z ziemi łodydze, która na czubku rozgałęziała się na dwoje. Wieńczyły ją dwa czarno-niebieskie kwiaty, a każdy tworzył idealny, acz pusty kielich. Gdy tylko pojawiała się w nich choćby kropla nektaru, pozostałe kwiaty ją spijały.
– Nie, nie! Przestańcie!
Głodnice, którym obojętny był los pozostałych kwiatów, odepchnęły je na bok, by łapczywie pić z największego strumienia.
– Zachowujecie się bardzo brzydko! I to na oczach Córki!
Spojrzałam na stojący naprzeciwko posąg. Każde królestwo na naszym małym kontynencie Minimy czciło Pradawną Rodzinę, więc czymś powszechnym było stawianie pomników jej członków: Matki, Córki, Syna i Ojca. Radiksanie nie traktowali tej wiary zbyt poważnie. Wystarczyło spojrzeć na głębokie pęknięcia w gipsowej figurze i stertę uschniętych kwiatów grobowych u jej stóp, by stwierdzić, że nikt się nią nie opiekował. Brakowało jej nawet ręki po tym, jak ta została oderwana i poniesiona w dal podczas wyjątkowo hucznej dworskiej zabawy parę lat temu.
Gdyby nie to, że wywołałoby to powszechne oburzenie, Ojciec dawno roztrzaskałby ją w drobny mak. Nienawidził tego, że ma w ogrodzie posąg Córki i że boskim darem Radiksu są kwiaty grobowe – pradawna mitologia, która wciąż nam towarzyszyła, bez względu na to, jak wiele czasu upłynęło od tamtych wydarzeń. Zdecydowanie wolałby dar naszych wrogów od północy, królestwa Crus. Metalurgia. Wedle mitów mieli tworzyć w swoich kuźniach kielichy, czujniki i święte symbole, ale teraz przeszli do zaopatrywania swoich zbrojowni. To była typowa cecha boskich darów: większość z nich dawało się świetnie wykorzystać jako broń.
Ale żadne inne dary nie były tak… żywe. Nasze kwiaty grobowe miały zdolność poruszania się i własną wolę. Jak twierdziły legendy, w połączeniu z odpowiednimi inwokacjami, zapisanymi dawno temu w świętych księgach, kwiaty grobowe potrafiły być niezwykle potężne. Ale te zagubiono dawno temu, a nawet gdyby tak się nie stało, powszechnie uważano, że ich użycie zniszczyłoby i zaprowadziło do grobu każdego śmiałka, który by się na to poważył. Stąd ponura nazwa.
Zostawiłam za sobą włączony system nawadniający i podeszłam do ławki. Obok niej stał kosz z moimi narzędziami ogrodniczymi. Kochałam pracować w ogrodzie, zanurzać ręce głęboko w ziemi, aż pokrywała je niczym druga skóra. Ale dzisiaj nie sięgnęłam po kosz. Zamiast tego wyjęłam z kieszeni zaproszenie na ślub.
Dostałam je dopiero rano i było nieznośnie piękne. Jedna ze ślicznotek się zbliżyła. Spróbowałam schować zaproszenie, ale było już za późno. Ślicznotki natychmiast pochyliły się do siebie, drżąc z zazdrości.
– Och, no już, już – spróbowałam je udobruchać. – Nie jest aż tak ładne. – Znów na nie spojrzałam. – No dobrze, przyznaję, jest bardzo ładne.
Zaproszenie zaadresowano do mojego Ojca, ale on oddał je mnie. Było wyjątkowo ozdobne, ponieważ przeznaczono je dla nas, rodziny królewskiej. Wszystkie zawarte w nim informacje zostały nie wypisane, lecz misternie wyhaftowane na pergaminie, jakby to był miniaturowy gobelin. Boskim darem mieszkańców Acus były szaty. Mawiano, że ich piórami są igły, a atramentem – nici.
Patrząc na to zaproszenie, nikt by się nie domyślił, że ich władca, król Klaudiusz, zmarł ledwo miesiąc temu w swoim ogrodzie, a nie później niż tydzień po jego śmierci wdowa po nim wyszła za jego brata, księcia Lamberta. Radix kochał plotki bardziej niż cokolwiek innego i delektował się tą wieścią jak smakowitym kąskiem. A potem ogłoszono zaręczyny i plany wasalne, a pełne ekscytacji, frywolne plotki ucichły jak nożem uciął.
– Acus nie jest tak idealne, jak się wydaje. Tylko wy takie jesteście – zaszczebiotałam do ślicznotek, które w dalszym ciągu uparcie mnie ignorowały. – Ale nie martwcie się. Nie opuszczę was. Nigdy.
Ślubne zaproszenia z Acus często zawierały namalowane portrety, dodatkowo ozdobione ich tradycyjnymi haftami. Ale my, Radiksanie, byliśmy przesiąknięci wierzeniami i przesądami, które przestrzegały między innymi przed tworzeniem naszych podobizn. Dlatego na zaproszeniu widniały jedynie imiona.
Na samej górze wyhaftowano pełny tytuł pana młodego, który wkrótce miał zostać naszym władcą: „Jego Książęca Mość, Najwyższy Suweren Aeryk Capelian, Władca Panujący Acus”. Obok wiły się kręte litery tytułu Inessy. Wciąż nie potrafiłam w to uwierzyć. Jak Ojciec mógł zrzec się naszej wolności? A co jeszcze gorsze, od jakiegoś czasu chował się w ukrytych korytarzach pałacu, niedostępny dla kogokolwiek, kto mógłby chcieć zapytać go o powód tej decyzji. Lub też dla kogokolwiek, kto mógłby posunąć się do bardziej drastycznych sposobów zmuszenia go do zmiany zdania. Takich jak sztylet pod żebro.
Odwróciłam zaproszenie awersem do dołu, a ślicznotki pokiwały kwiatami z aprobatą. Pożałowałam, że nie mogę po prostu o tym wszystkim zapomnieć. Błądzić po ogrodzie, aż stanę się jednym z porośniętych pnączami posągów. Ale choć Sinetowie mieli w zwyczaju sięgać po to, czego zapragną, nie czułam się Sinetką na tyle, by tak uczynić. Nigdy nie zdobędę nic poza żalem po pragnieniach, których się wyrzekłam.
Gdzieś bliżej bramy ogrodu, za kępą krzewów, rozległy się kroki. Natychmiast podniosłam się z ławki. Moje damy dworu wiedziały, że wolę przebywać w ogrodzie samotnie, i jeśli już musiały mi przeszkodzić, to przynajmniej zawsze się zapowiadały. Albo wszystkie cztery nagle zaniedbały swoje obowiązki… albo ktoś niepostrzeżenie się tu zakradł.
Na palcu serdecznym lewej ręki nosiłam sygnet z herbem naszego rodu: wężami oplecionymi wokół żaroustnic, naszych maleńkich, ziejących ogniem kwiatów grobowych, otaczających słowa „Sami sobie”. Obrączkę odlano na kształt srebrnej łodygi z maleńkimi listkami. Podważyłam herb, by odsłonić cienką i ostrą igłę, błyszczącą srebrzyście jak pojedyncza nić pajęczyny. Pod nią znajdowała się komora wypełniona lustrugą – trucizną, która kapała z lunustr. Była wystarczająco silna, by zabić na miejscu dwoje ludzi. Ale, jak pouczano mnie, odkąd Ojciec dał mi ten sygnet na trzynaste urodziny, druga dawka była przeznaczona dla mnie – na wypadek, gdyby nie udało mi się powstrzymać napastnika pierwszą albo gdybym znalazła się w sytuacji, kiedy nie mogę pozwolić, by pojmano mnie żywcem. Taki sam sygnet dał też Inessie.
Szybko wycofałam się za jedno z dużych luster. To mógł być po prostu ogrodnik, który jakoś wyminął moje dwórki, albo ktoś o intencjach dużo poważniejszych niż zwykłe pielenie chwastów. Ktokolwiek to był, zobaczę go, zanim on zobaczy mnie.
Nasłuchiwałam, próbując stwierdzić, w którym miejscu ogrodu znajduje się intruz. Kroki zachrzęściły na morskich kamyczkach i pokruszonych muszlach ślimaków pokrywających alejki, ale klekotanie systemu nawadniającego utrudniało mi ustalenie kierunku.
– Madalino? – W ogrodzie rozległ się znajomy głos. – Jesteś tutaj?
Ostatnią osobą, którą spodziewałam się usłyszeć, była moja siostra. Wyszłam zza lustra.
– Inessa?
– Tu jesteś. – Inessa, która powinna być teraz w Acus i przygotowywać się do stanięcia na ołtarzu ze swoim księciem, jakby nigdy nic wyrosła naprzeciwko mnie. – Znów brudzisz ręce ziemią?
Powstrzymałam westchnienie ulgi. Sinetowie nigdy nie okazywali słabości, a zwłaszcza nie przed sobą nawzajem. Kwiaty grobowe omijały Inessę szerokim łukiem. Pamiętały ją. Kiedyś przyszłam do ogrodu i zobaczyłam, że skłoniła smocze języki i zagubione dusze do walki. Błagałam ją, żeby przestała, a ona odpowiedziała jedynie: „Nie widzisz? Nastawiam kwiaty grobowe przeciwko sobie i patrzę. Ojciec nastawia nas przeciw sobie i patrzy. Pradawna Rodzina nastawiła go przeciw innym monarchom i patrzy. To ściana oczu, a za każdym z nich jest więcej oczu”.
Nigdy nie wiedziałam, co jest bardziej niepokojące: Inessa mówiąca mi te dziwne rzeczy, które chodziły jej po głowie, czy niemówiąca i tylko patrząca na mnie tym nieobecnym wzrokiem.
Dyskretnie nasunęłam herb z powrotem na igłę i podeszłam do niej.
– Kwiaty grobowe były poddenerwowane, więc je uspokajałam – powiedziałam. – Dlaczego tu jesteś?
– Zapomniałam czegoś.
– Czego zapomniałaś? – zapytałam, nie potrafiąc ukryć zdziwienia. – Czy Acus nie jest ponad tydzień drogi stąd? Nikt mi nie wspominał, że przyjeżdżasz. Koronacja i ślub mają się odbyć za mniej niż miesiąc.
Nie widziałam jej od czasu, gdy wyjechała do Acus na ceremonię zaręczyn. Obrzuciłam wzrokiem moją sobowtórkę. Czasem dziwnie było mieć kogoś, kto chodzi po świecie z moją twarzą. Ale, oczywiście, ta twarz należała do niej tak samo, jak do mnie. To była nasza twarz, ta sama u każdej z nas. I miało to swoje zalety. Kiedy patrzyłam na siebie w lustrze, widziałam tylko sińce pod oczami, niesforny kosmyk nad czołem i skórę, która czerwieniła się po jednym łyku wina. Ale gdy patrzyłam na Inessę, widziałam podbródek o kształcie dolnej połowy serca, oczy tak ciemne, jakby wzięły barwę od naszej brunatnej ziemi, i jedwabistą grzywę czarnych włosów – prezent od Felysów, ludu, z którego pochodziła nasza Matka.
W sobie dostrzegałam nasze wady. W niej – nasze piękno. Patrząc na te dwa obrazy, mogłam z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że jesteśmy czymś pośrodku. Ludzie próbujący pochlebić naszej rodzinie często mówili, że jesteśmy słońcem, którego Radix nigdy nie widział, ale ja się z tym nie zgadzałam. Nie tylko dlatego, że nie byłyśmy blondynkami i nie miałyśmy promiennych charakterów, ale przede wszystkim dlatego, że było to po prostu absurdalne porównanie. Nie byłyśmy słońcem. Nie byłyśmy nawet gwiazdami. Byłyśmy gęstą pajęczyną nocy, próbującą odzyskać panowanie po tym, jak pierwsze światło rozbłysło pośród mroku.
– Na litość boską, uspokój się, Siostro. – Inessa podeszła do ławki, którą wcześniej opuściłam, i usiadła na niej. Spojrzała na swoje zaproszenie ślubne i odwróciła je znów awersem do góry, ku rozpaczy ślicznotek. Uśmiechnęła się, widząc swoje imię.
Teraz, gdy mój strach zelżał, dotarło do mnie, że Inessa nie ma prawie nic na sobie. Jej czerwona suknia była zwiewna i niespodziewana jak zaskoczone westchnienie. Materiał rozdzielał się na wysokości obojczyków i wspinał na ramiona, ale zaraz potem zwężał się do cienkiego paska, otaczał kark i tam się kończył, jakby zbyt przestraszony, by wypuścić się na otwartą przestrzeń pleców. Kręgosłup rysował się pod jej skórą, a jego wystające kręgi przypominały mi guzkowaty ogon skorpiona. Haftowane spirale, idealne kopie tych na zaproszeniu, rozgałęziały się i rozlewały po spódnicy, tworząc u dołu hipnotyzującą gęstwinę splotów.
– Co ty masz na sobie? – zapytałam zszokowana.
– To? Och, to najnowszy krzyk mody w Acus. To chyba przez słońce. Sprawia, że ludzie chcą nosić mniej ubrań. Byłam bardzo zaskoczona, kiedy tam przyjechałam. Otaczało mnie tyle części ciała! Ramiona, uda, nawet… żebra, bo w modzie są stroje, w których całkiem brakuje fragmentów materiału.
– To brzmi okropnie. – Pogładziłam moją grubą, radiksańską spódnicę. – Jak ukryć w czymś takim broń?
– To niemożliwe. Nie można nawet schować noża w bucie. – Na dowód prawdziwości swoich słów Inessa uniosła rąbek spódnicy, ukazując stopę obutą w cienki, satynowy pantofel. Wstążki owijały się wokół jej kostki i kończyły kokardą. – Nie ma na niego miejsca. A wiązanie wstążki jest tak skomplikowane, że zdjęcie jej i uduszenie nią kogoś zajęłoby wieki.
– Nie miałabyś szans – przyznałam. – Może mogłabyś wszyć ukrytą kieszeń?
Inessa z zastanowieniem powiodła palcem po spódnicy, po czym potrząsnęła głową.
– Nie. Jedwab jest za cienki.
– Czyli z tego też nici. Przynajmniej masz swój sygnet z trucizną.
– Tę błyskotkę? – Inessa uniosła dłoń. – Jest strasznie niewygodny. Ciągle z niego korzystam i muszę napełniać od nowa. Ostrza przynajmniej można wytrzeć i znów są gotowe do użycia.
– Czyli to przez ciebie zostało nam tak mało lustrugi – zażartowałam. Mieliśmy zapas butelkowanej trucizny, zgromadzonej całe pokolenia temu, co nakazywało sądzić, że kiedyś umieliśmy ją pozyskiwać. Dobrze by było, gdybyśmy na nowo odkryli tę sztukę, bo nasze zapasy już niemal się wyczerpały. – A… książę Aeryk? – zapytałam po chwili wahania. – Jaki jest?
– Jest księciem, jak można było się spodziewać. – Inessa strzepnęła kwestię swojego narzeczonego, jakby to był zabłąkany okruszek.
– Jakie to dziwne, że wciąż nazywają go księciem – powiedziałam z zastanowieniem. We wszystkich innych królestwach tytuł króla lub królowej był przekazywany w chwili śmierci poprzedniego władcy. W Radiksie od razu zaczęlibyśmy tytułować następcę królem lub królową. Ale w Acus posługiwano się określeniem „władca panujący”, tym samym, którego użyto na naszym zaproszeniu ślubnym. Książę Aeryk był władcą, ale nie królem – aż do koronacji. Żeby uprościć sprawę, ceremonia ślubna miała odbyć się zaraz po ceremonii koronacyjnej. Szczęśliwy będzie to dzień dla suwerena Acus, który za jednym zamachem zyska tytuł królewski i żonę – Inessę.
– To całkowicie niedorzeczne – zgodziła się Inessa. – Mówią, że to z powodów religijnych. Nowy monarcha musi oddać się nabożnym refleksjom i przygotować swoją duszę na święty rytuał koronacji. To wszystko brzmi świetnie, ale daje innym za dużo czasu na spiskowanie. Bycie królem w każdym aspekcie prócz tytułu to słabość. Gdybym była księciem Aerykiem, machnęłabym ręką na żałobę i zażądała mojej koronacji następnego dnia.
– Ludzie uznaliby to za okropnie obraźliwe – powiedziałam. – Zaniepokoiliby się, że jesteś żądna władzy i zdesperowana.
– To prawda. – Inessa się zastanowiła. – No cóż, zadbałabym o to, żeby podczas koronacji wyglądać na smutną i pokorną.
Skrzywiłam się. Jeśli ktokolwiek potrafił udawać, to ona. Inessa i ja byłyśmy sobie bliskie do czasu, aż Ojciec powiedział nam, że ta, którą uzna za lepszą, zostanie jego następczynią. Wtedy się zmieniła. Podczas gdy ja pragnęłam zaszyć się w ogrodzie, ona wypatrywała chwili, w której wreszcie zasiądzie na tronie. „Nie chcesz rządzić – mawiała – więc pomóż mi, a nie będziesz musiała. Nigdy nie mów o mnie złego słowa, nawet przy służbie. Kiedy powiem, że masz coś zrobić, rób to. Okazuj mi posłuszeństwo, żeby inni robili to samo. Naśladuj mój styl, ale bez żadnych osobistych akcentów ani wyobraźni, żeby wszyscy wiedzieli, że jesteś kopią, a nie oryginałem. Och, i zostaw ciemną zieleń dla mnie”. Stawała przed lustrem i przyglądała się sobie. Czasem ćwiczyła zalewanie się łzami, innym razem wydawanie rozkazów, a kiedy byłyśmy starsze, szeptanie kochankowi do ucha. Moim zadaniem było oceniać, czy jej próby wypadły autentycznie. „Patrz na mnie”, syczała i szczypała mnie mocno, gdy tylko moje spojrzenie gdzieś zbłądziło.
Inessa potrząsnęła głową, nieświadoma ponurych wspomnień, które we mnie obudziła.
– Jak się ma Ojciec? – zapytała.
– Nie mam pojęcia – odparłam. – Myślę, że zaszył się w ukrytych korytarzach jak mysz pod miotłą, by nikt nie mógł go dopaść i zmusić do zerwania zaręczyn. Czy ich warunki cię nie przeraziły? Zawsze przecież broniliśmy prawa do pozostania takimi, jakimi jesteśmy.
– Czyli do pozostania biednymi – parsknęła Inessa.
– Czyli do pozostania wolnymi – poprawiłam ją. – Jak mogliśmy pozwolić, żeby coś takiego wymknęło nam się z rąk? Bycie wasalem jest jeszcze gorsze niż bycie podbitym.
– To okropnie dramatyczne stwierdzenie, Siostro – odparła Inessa, wyraźnie niewzruszona. – Mam prośbę. Zastanawiałam się, czy mogłabym dzisiaj spać w twojej komnacie.
– Spać w mojej komnacie? – Byłabym mniej zdziwiona, gdyby zapytała, czy może pożyczyć moją głowę. – A ja gdzie miałabym spać?
– Ze mną, głuptasie. – W jej głosie zabrzmiała niecierpliwość. – Jak za starych, dobrych czasów.
Być może zbliżające się zamążpójście uczyniło ją sentymentalną. Słyszałam, że miłość potrafi odmienić ludzi. Jeśli chodziło o mnie, miłość była tylko jedną z ról w teatrze mojego życia. Odgrywałam ją, by zyskać lojalnych dworzan, wydobywać sekrety, zdobywać przychylność. Moje serce było szczelnie zamknięte w skarbcu. Dawno straciłam do niego klucz i czułam, jak zamek w drzwiach stopniowo przeżera rdza, niczym łańcuchy wokół naszej nieużywanej ogrodowej szopy. I dobrze. Od zawsze wiedziałam, że zostanę wydana za mąż za kogoś, kogo wybiorą mi inni. Mogłam tylko mieć nadzieję, że ten ktoś nie będzie miał nic przeciwko temu, że spędzam większość życia w ogrodzie.
– Od lat nie zjadłyśmy wspólnie posiłku, nie mówiąc o spaniu w jednej komnacie.
– Zrób mi tę przyjemność – nalegała Inessa. – W drodze powrotnej nie mogłam przestać myśleć o tym, jak spałyśmy razem, kiedy byłyśmy małe.
Mówiła prawdę. Jakże głupie były z nas wówczas stworzenia. Miałyśmy łoża z baldachimem wielkie jak karoce, ale w jakiś sposób zawsze kończyłyśmy w jednym – ja szłam do niej albo ona do mnie. Tam nasze szepty i chichoty tkały nowy świat wokół nas, tak rzeczywisty jak pościel, pod którą się chowałyśmy. Leżałyśmy przytulone, jakbyśmy próbowały odtworzyć bliskość, jaka towarzyszyła nam w łonie Matki. To było stare wspomnienie, którego dawno nie odgrzebywałam, i gdy teraz wróciło, nie wiedziałam, co z nim zrobić. Upływ lat je skorodował, nadając mu ostre krawędzie, a te mogły mnie zranić przez to, kim się stałyśmy. Ostrożnie podeszłam i usiadłam obok Inessy.
– Masz na sobie zieleń. – Zmierzyła wzrokiem moją suknię.
– Nie możesz mi już tego zabraniać, skoro cię tu nie ma.
– To prawda. – Podniosła wzrok na moją twarz, po czym z powrotem go spuściła. Jej usta były zaciśnięte w długą, wąską linię. Zawsze, kiedy coś ją irytowało, krzywiła się, jakby kłuło ją w boku. Zaraz jednak ta mina zniknęła, zastąpiona przez radosny uśmiech od ucha do ucha. – Dopilnuję, żebyś miała cudowną suknię na mój ślub, uszytą przez najlepsze acusańskie mistrzynie krawieckie. Są niesamowite. Przygotowują się do swojej roli przez całe życie, więc są sędziwe i otaczane szacunkiem, prawie tak, jak monastykci. Przygotują dla ciebie olśniewającą kreację.
– Och, nie trzeba – odparłam, wciąż uważnie ją obserwując. Musiała czegoś ode mnie chcieć. Należało wystawić ją na próbę. Była tak próżna, jak ślicznotki, więc wymyślenie odpowiedniego podstępu przyszło mi z łatwością. – Nie powinnam, nie w dniu twojego ślubu. Choć raz pozwolę ci być tą ładniejszą bliźniaczką.
Obelga zostawiła gorzki posmak w moich ustach. Nigdy nie lubiłam sprawiać innym przykrości, ale Inessa tylko się zaśmiała – dźwięk równie złowróżbny co zawodzenie lunustr niesione nocnym wiatrem. Był czas, dawno, dawno temu, kiedy mogłam się z nią droczyć lub nawet rzucić żartobliwy przytyk, ale nie po tym, jak Ojciec nastawił nas przeciw sobie. Od tamtej pory za każdym razem, kiedy to robiłam, marszczyła brwi i analizowała nawet najniewinniejszy żart w poszukiwaniu zagrożenia. Nasza siostrzana więź nie miała znaczenia w porównaniu z tym, kim byłam: sobą, tą słabą Sinetką. Inessa postrzegała mnie jako miękki punkt w zaprawie naszej rodziny, miejsce, przez które wszystko może runąć, gdy to ugnie się w nieodpowiednim momencie. Ale przypisywała mi tymi obawami o wiele większą sprawczość niż ta, którą naprawdę mogłam się cieszyć.
– Nie chcę o tym słyszeć – odparła Inessa lekkim tonem, co tylko wzmogło moje podejrzenia. – Każę cię ubrać w najpiękniejszą kreację, jaką kiedykolwiek widziałaś na oczy. Żadnych ponurych czerni i ciemnych zieleni. Będziesz olśniewająco piękna w czerwieni i złocie: barwach Acus. Tak czy owak, chciałam ci o czymś powiedzieć.
Podniosła się, a jej dłoń na moment znalazła się blisko mojej. Nasze blizny były tak samo identyczne jak nasze twarze – dwa zgrubienia biegnące od małych palców do podstawy prawego nadgarstka. Jakie to dziwne, że kiedyś byłyśmy ze sobą złączone, że trzymałyśmy się za ręce w łonie Matki i po prostu nie chciałyśmy się puścić, aż skóra obrosła nasze kości, jak mech obrasta kamienie. Jakże szybko przeszłyśmy od tego do strachu przed nożem w plecach, kierowanym tą samą ręką, którą niegdyś ściskałyśmy.
To Matka powiedziała nam, że byłyśmy złączone dłońmi. Wyszeptała nam to na ucho, kiedy miałyśmy po osiem lat, dodając, że chciała, byśmy wiedziały o czymś prawdziwym, czymś rzeczywistym, i że nigdy, przenigdy nie możemy wspomnieć o tym Ojcu.
– Urodziłyśmy się do tego życia pośród cieni i sekretów – mówiła powoli Inessa, jakby ważyła każde słowo, zanim to opuściło jej usta, by upewnić się, że osiągnie zamierzony efekt. – Odziedziczyłyśmy to, a nie wybrałyśmy. Znalazłszy się z dala stąd, u progu nowego życia, nie mogłam przestać myśleć, że chciałabym, żeby było między nami inaczej. Ojciec stoi ponad nami, a wszyscy inni są pod nami, podgryzają nam pięty, próbują pociągnąć nas w dół, by sami mogli wspiąć się w górę. Ale jesteśmy sobie równe. Ramię w ramię, w życiu tak samo jak w łonie.
– W jaki sposób miałoby być inaczej? – zapytałam, wbrew woli łaknąc ciepła w jej głosie.
– No cóż, na początek chciałabym, żebyśmy były przyjaciółkami.
– Przyjaciółkami. – Wpatrywałam się w nią intensywnie, żałując, że nie mogę zajrzeć pod zwierciadła jej oczu i dowiedzieć się, co naprawdę myśli. – Dla ciebie nie ma czegoś takiego jak przyjaźń.
– Rozumiem, jeśli mi nie ufasz, ale proszę, czy mogłabyś przynajmniej dać mi szansę? Odchodzę, Mads. Na zawsze. Jeśli teraz niczego nie zmienimy, porwą nas nurty naszych żyć i staniemy się sobie obce. Chcę tylko, żebyśmy były blisko, byś raz czy dwa razy w roku przyjeżdżała w odwiedziny. Mogłabyś nawet studiować acusańską florę. Jest bardzo różna od naszej: uprawiana, wymuskana, rozpieszczona i pozbawiona życia jak skały. Wyobrażam sobie, że ogrodnictwo byłoby tam o wiele łatwiejsze i mogłoby ci się spodobać.
Moje kolana odnalazły drogę do piersi. Otoczyłam je ramionami, tuląc do siebie kończyny na twardej krawędzi ławki. Siostrzeństwo. Kwiaty – i to nie takie, które robią ci krzywdę. Wbiłam paznokcie w ręce przy łokciach. Dziesięć ostrych krawędzi ukłuło moją skórę, rzeczywiste i uspokajające. Przypominające, że nic nigdy nie jest takie, jak się wydaje, prócz bólu. Musiałam się skupić. Czego ona mogła chcieć? Co mogłaby zyskać na tej nagłej deklaracji przyjaźni?
Powoli zmierzyłam ją wzrokiem, próbując znaleźć jakąś wskazówkę. Moje spojrzenie znów padło na jej dłoń. Zazwyczaj nasze blizny były po prostu białymi zgrubieniami, grzbietem tkanki wystającym ponad płaszczyznę skóry. Ale teraz jej blizna zdawała się… bardziej wypukła. Uniesiona, jakby coś pod nią próbowało wydostać się na zewnątrz.
– Twoja blizna. Co się z nią stało? – zapytałam.
Inessa gwałtownie cofnęła rękę, ale ja byłam szybsza. Chwyciłam ją za nadgarstek. Szarpnęła się, próbując się uwolnić; jej ręka miotała się w moim uścisku jak dzikie zwierzę.
– Powiedz mi.
Okazała się silniejsza ode mnie. Zawsze tak było. Wolną ręką popchnęła mnie mocno w ramię i się wyrwała. Nasze dłonie na moment znalazły się w takiej samej pozycji jak w łonie Matki i nasze blizny się zetknęły. Spadłam z ławki. Ostry żwir przyjął moje plecy, a zęby zadzwoniły o siebie. Moja blizna się obudziła. Nigdy wcześniej się tak nie czułam. To zawsze było dla mnie coś odrębnego, kawałek martwej skóry, coś, co jest na mnie, ale nie jest mną. Nagle jednak tysiące maleńkich nerwów zbudziło się w mojej skórze, a tkanka się rozśpiewała.
„Ból”, uświadomiłam sobie. Blizna rozgorzała bólem tak przeszywającym i intensywnym, jakby to była świeża rana. Wlał się w moją rękę jak płynny ogień zbliżony do suchej podpałki. Co Inessa ze mną zrobiła? Z jękiem podniosłam się na nogi, żeby stanąć naprzeciw niej.
Nie byłam przygotowana na to, co zobaczyłam przed sobą.
Inessa skręcała się na ławce; jej kości wyginały się w stawach pod bladą powłoką skóry. Z ust sączyła się lepka, ciemna substancja, zbyt gęsta i powolna, by mogła być krwią. Spływała po sukni, pośród haftowanych róż. Kwiaty grobowe wokół nas dygotały, ich pąki otwierały się i zamykały gorączkowo, liście drżały. Strumienie wody z systemu nawadniania nagle wystrzeliły znacznie wyżej niż kiedykolwiek – wszystkie w tym samym kierunku, ku Inessie – zaczęły gęstnieć i czernieć, aż przypominały bardziej błoto.
„Pomóż jej”.
Ta myśl sprawiła, że mimo strachu nachyliłam się ku siostrze. Rzuciła się na mnie, zbyt szybko, bym mogła zrobić unik. Zimne, kościste gałązki otoczyły moje ramię. Dopiero po sekundzie uświadomiłam sobie, że to jej palce. Przyciągnęła mnie do siebie. Nagle znalazłyśmy się tak blisko, że widziałam tylko jej oczy. Wpatrywały się we mnie, szkliste i błyszczące jak kryształy.
– Teraz pamiętam, Siostro – wykrztusiła Inessa. Jej głos był zdławiony i bulgoczący jak zapchana fontanna. – Dziś rano zostałam otruta w Acus. Mads, jestem uwięziona w Limen i tylko ty możesz mi pomóc! Proszę, pomścij mnie i uwolnij z tej męki.
Zamazana sylwetka przemknęła przez jedno z luster bezpośrednio za Inessą. Obróciłam się gwałtownie, pewna, że to kolejny duch.
– Proszę o wybaczenie, Wasza Wysokość. Zapowiedziałam swoje przybycie, ale zdawałaś się mnie nie słyszeć. – Jedna z moich dwórek stała niedaleko bramy ogrodu. – Musimy przygotować Waszą Wysokość na przyjęcie. Już jesteśmy spóźnione.
Zamrugałam. Helena należała do świata, jaki znałam, tego bez duchów, martwych sióstr i…
Rozejrzałam się, oszołomiona. Kwiaty grobowe wróciły do swoich normalnych zajęć. Syczały, gderały i dokuczały sobie nawzajem, jak każdego innego dnia. System nawadniający wypluwał wodę w nieregularnych fontannach. Ławka była pusta.
Inessa zniknęła.
Spróbowałam się opanować, ale wciąż widziałam ją przed sobą, kości wyginające się pod skórą, błagalne spojrzenie. Czy to był koszmar? Czy też może popadłam w szaleństwo? Istniała tylko jedna dopuszczalna odpowiedź: koszmar, ponieważ szaleństwo w rodzinie królewskiej stanowiło niedopuszczalną słabość. Gdyby wyszło na jaw, stałabym się problemem, który należy rozwiązać – albo łaskawie, poprzez umieszczenie mnie w zamkniętym zakonie, albo brutalnie, aranżując śmiertelny wypadek.
– Wasza Wysokość? – odezwała się ponaglająco Helena.
Cokolwiek właśnie się wydarzyło, musiałam udawać niewzruszoną. Służba była oczami i uszami pałacowych kątów i dziurek od klucza, a każde z nich donosiło mojemu Ojcu. Wzięłam głęboki oddech, a potem drugi, biorąc się w garść.
– Oczywiście. Chodźmy.
***
Przyjęcie było jednym wielkim gorączkowym delirium. Twarze mijały mnie w pędzie niczym planety orbitujące z oszałamiającą prędkością. Zazwyczaj stanowiłam część tego ruchu. Królestwem mojego serca był ogród, ale tym oficjalnym – sala balowa, gdzie na polecenie Ojca nadzorowałam żądnych władzy dworzan. Lub raczej tak to wyglądało w czasach, gdy wszyscy zakładali, że to Inessa odziedziczy tron, a ja jestem tylko drugą córką, która pewnego dnia zostanie wydana za lojalnego szlachcica. Na ostatnim przyjęciu przed ogłoszeniem zaręczyn Inessy byłam wszędzie i nigdzie, wyciągałam plotki i sekrety od przymilnych dworzan tak, jak pszczoła wysysa nektar z kwiatu, by zanieść go do ula. Wiedziałam, kim jestem i jaka przyszłość mnie czeka. Każdy to wiedział.
Ale tego wieczoru wszystko się zmieniło. Po raz pierwszy na przyjęciu zjawili się starsi arystokraci, wyraźnie niezadowoleni z zaręczyn i chcący ocenić sytuację… oraz mnie. Prawie wszyscy przywdziali narodowe barwy Radiksu – zieleń i złoto. Muzycy zaczęli występ od tradycyjnej pieśni ludowej, tak starej jak samo nasze królestwo. Przekaz był jasny: nikogo nie cieszyło, że Acus wkrótce zacznie wtrącać się w nasze sprawy. I sądząc po licznych nieufnych spojrzeniach, jakie na sobie czułam, wszyscy wątpili w to, że ja, ta słabsza z rodzeństwa Sinetek, będę w stanie skutecznie bronić naszych interesów, kiedy zostanę królową.
To wszystko zaczęło mnie przytłaczać. Moje myśli wciąż krążyły wokół Inessy. Jej twarz zdawała się zawieszona między mną a dworzanami, jakby to ona, wytwór mojego umysłu, znajdowała się tu naprawdę, a wszyscy inni byli zjawami utkanymi z pochmurnej, gniewnej pajęczyny.
Przepchnęłam się na skraj tłumu. Sala balowa była przystrojona girlandami z czarnych i zielonych morskich pereł rozwieszonymi w pętlach nad naszymi głowami. Żyrandole, naśladujące kształtem bukiety kwiatów, wyginały swoje łodygi. Sufit ozdabiał ogromny fresk przedstawiający dzierżących miecze rycerzy w zbrojach, pożeranych przez drapieżne kwiaty, z których część przeradzała się w smoki. Malunek był wyblakły i zakurzony; jego nasycone zielenie i tajemnicze czernie wypłowiały do mdłych pasteli. Był stary i spękany po jakichś niszczycielskich wydarzeniach dawno temu. Cierpienie na twarzach rycerzy odzwierciedlało moją własną wewnętrzną udrękę. Idąc, musiałam wymijać stosy drewna, worki gipsu i bele siana. W zeszłym roku Ojciec powziął zamiar generalnego remontu pałacu, ale w trakcie skończyły nam się pieniądze – i miejsce na przechowywanie materiałów.
Otwarto okno, by zrównoważyć ciepło tylu ciał zgromadzonych w jednym miejscu. Ruszyłam w jego stronę. Tego wieczoru powietrze było wyjątkowo ciężkie od wilgoci i soli, a ja potrzebowałam poczuć na twarzy jego orzeźwiający dotyk. Mijane ciała podążały za mną jak zwielokrotniony cień, przesłodzone głosy zalewały moje uszy, a pochlebne uśmiechy, przyklejone pod pełnymi gniewu oczami, otaczały mnie ze wszystkich stron.
Część z tego stanowiła ta sama bezsensowna paplanina co zawsze:
– Tafta, księżniczko Madalino? Myślałam, że nie lubisz tafty, więc podarłam moje taftowe suknie. Lubisz taftę? Zamierzasz teraz często ją nosić?
– Tęsknię za tobą! Wasza Wysokość, wiem, że mówiłem to samo o twojej siostrze, ale jej zaręczyny sprawiły, że zrozumiałem, że tak naprawdę kocham ciebie.
Z tymi pochlebstwami mieszały się też bardziej złowrogie wypowiedzi:
– Czyżby król zaniemógł? Nie? Jakie to dziwne. Pomyślałem, że może zapadł na podagrę, poty lub jakąś inną dolegliwość, skoro nie zjawił się na spotkaniu swojej rady od czasu ogłoszenia zaręczyn. Ani razu.
– Mistrz skarbu mówi, że w skarbcu nie ma już ani grosza. Wszystko wydano na materiały budowlane, wszędzie stoją skrzynie z gwoździami, a nie położono nawet jednej nowej dachówki. Czy króla Sineta obchodzą już tylko pieniądze z Acus, dzięki którym będzie mógł uczynić swój pałac wspanialszym?
– Właśnie opowiadałam mojej córce bajkę na dobranoc… Och, jak to było? Tę o władcach obcych krain, którzy zamieniają się w kwiatowy nektar, jeśli tylko spojrzą na nasz tron. Z tego, co pamiętam, istnieje pewna mniej znana wersja tej bajki, w niej radiksański król z własnej woli zdecydował się zrzec naszej wolności w zamian za żywność podczas Drugiej Wielkiej Zarazy. W efekcie sam zamienił się w nektar kwiatowy. Ciekawy zwrot akcji, prawda? Jest też ta o utraconej kwiatowej koronie, wzywającej duchy starożytnych radiksańskich monarchów, by obalili każdego króla, który nie kieruje się w swoim postępowaniu dobrem Radiksu. Nie myślałam o tym wcześniej, ale może to samo tyczy się następców? Zwłaszcza jeśli nie robią nic, by powstrzymać zagrożenie?
Próbowałam uciec przed tymi pytaniami, ale one ścigały mnie przez całą salę balową. Nie będąc w stanie przecisnąć się do okna, zamiast tego sięgnęłam po wino. Trzej służący doskoczyli do mnie jednocześnie; każdy z nich pragnął być tym, który mi je poda. Chwyciłam najbliższy kielich – ciężki, z cyny i szkła, wypełniony naszym tradycyjnym radiksańskim winem, cierpkim i kwaśnym, z nutą ciemnego, kwiatowego piżma.
Uderzył we mnie ból.
Rozgrzana do białości agonia wypełniła moją dłoń. Jej źródło było jasne: blizna. Rozległ się szczęk metalu uderzającego o posadzkę, a delikatne odłamki szkła rozprysnęły się u moich stóp. Złocista fontanna wina rozbryznęła się po marmurze.
– Wasza Wysokość! Wszystko w porządku?
– Krew! Skaleczyła się!
– Szybko, niech ktoś powiadomi króla, że jego nowa następczyni jest ranna!
Odwróciłam się i uniosłam podbródek, przybierając bezwzględną, sinetowską minę. Mój wzrok równie dobrze mógłby być pochodnią. Ci, którzy stali najbliżej, cofnęli się w popłochu, jakby mogli się sparzyć. Zdążyłam dostrzec błysk strachu w ich oczach, nim spuścili je na czubki butów i rąbki sukien. Nie wiedzieli, że ja też się boję. Boję się ich niezadowolenia i tego, że mogę tracić zmysły. Ukryłam dłoń w fałdach spódnicy.
– Kto mnie popchnął?
Cisza wdarła się do sali balowej i wypełniła ją niczym zaraza powietrze. Ci najbliżej mnie jako pierwsi wciągnęli ją do płuc. Rozeszła się pośród tłumu, niesiona szturchnięciami i znaczącymi spojrzeniami. Wpadła na parkiet, sprawiając, że goście zatrzymali się w pół kroku; tylko spódnice kobiet kołysały się, jakby wciąż pragnęły tańczyć. Wreszcie cisza dosięgła muzyków. Zabrzmiały zgrzytliwe dźwięki smyczków ześlizgujących się ze strun, a oddechy zaświszczały na ustnikach fletów, po czym wszystko ucichło. Sala była pełna ludzi, ale całkowicie pozbawiona dźwięku.
– Ktoś mnie popchnął i sprawił, że upuściłam wino – oświadczyłam, starając się zyskać dość czasu, by wybrać ofiarę. Potrzebowałam kogoś, kto nie był blisko związany z koroną, komu inni nie ufali, więc ucieszyliby się, widząc, jak popada w niełaskę. Wybór był prosty. Baron Breton deptał mi po piętach przez całą salę, szepcząc do ucha pogróżki ukryte w bajkach dla dzieci, by wyrazić swoje niezadowolenie. Szczęśliwym zrządzeniem Pradawnej Rodziny Ojciec wspomniał kilka miesięcy temu przy kolacji o absurdalnym pomyśle barona.
Wzięłam szybki oddech. Musiałam to robić za każdym razem, kiedy wchodziłam w rolę córy rodu Sinet – osoby, którą powinnam być cały czas.
– Wiem, kto to był – oświadczyłam. – Baronie Bretonie, wspominałeś, że opowiadasz swojej córce bajki na dobranoc, co byłoby bardzo urocze… gdyby nie to, że wedle mojej wiedzy to mamki zajmują się usypianiem dzieci, a nie baronowie. Muszę też dodać, że twój wybór bajek wydał mi się nadzwyczaj intrygujący. Sprawił, że mi też przyszła na myśl pewna bajka. Dawno, dawno temu był sobie mężczyzna, który zapytał swojego króla, czy może pobierać myto od podróżnych korzystających z pewnego mostu, bo ten częściowo dotyka jego ziemi. Och, ale właściwie to wcale nie jest bajka, prawda? To jest coś, o co prosiłeś mojego Ojca. Twierdzisz, że tak bardzo troszczysz się o niezależność Radiksu, ale jesteś gotów ograniczać wolność naszego ludu dla zysku, bo jedna podpora publicznego mostu znajduje się na obrzeżach twoich ziem.
Baron Breton poruszył się niespokojnie. Rozejrzał się dookoła. Nieprzychylne spojrzenia otaczały go jak mur.
– Nigdy nie zaproponowałbym czegoś takiego – powiedział z nerwowym uśmiechem. – Nie, kiedy wszyscy są uzależnieni od korzystania z publicznego mostu.
– Teraz zaprzeczasz moim słowom? – Nieważne, ile razy je rzucałam, oskarżenia nigdy nie spływały mi łatwo z języka. Zbyt często widziałam ich prawdziwą cenę, którą było w najlepszym wypadku więzienie, a w najgorszym marsz na szafot. – Lepiej pamiętaj, że przemawiam jako następczyni tronu, a także w imieniu mojego Ojca, króla Sineta.
– Nigdy nie śmiałbym zaprzeczyć słowom Waszej Wysokości, ale też nigdy bym nie zasugerował… To znaczy, owszem, Wasza Wysokość ma rację, przez moment miałem taki pomysł, ale… ale…
– Wyjdź. – Wskazałam drzwi sali balowej. Powietrze zaiskrzyło od nowego podniecenia, wypierającego grozę, która jeszcze chwilę temu tak ciężko wisiała nad salą. Zastąpiły ją ulga i złośliwa satysfakcja, gdy dwór rozkoszował się upokorzeniem barona Bretona. – Nie sądzę, by wielu z tu obecnych chciało widzieć cię na najbliższym przyjęciu. Ani na dowolnym kolejnym… z obawy, że spróbujesz pobierać od nich myto za przebywanie w twojej obecności.
Baron Breton otrząsnął się z szoku i ruszył w stronę drzwi. Widać było, że stara się iść tak dostojnie, jak to tylko możliwe, ale jego kroki były szybkie, a szyja purpurowa. Nikt nie zauważył mojej dłoni, ukrytej w jedwabnym kokonie spódnicy. Zaczęłam przepychać się przez tłum. Ludzie rozstępowali się przede mną, a muzycy podjęli grę, zaczynając każdy od innego momentu. Kakofonia otrząsnęła pomieszczenie z reszty napięcia. Moje dwórki pospieszyły za mną, ale podniosłam zdrową rękę, dając im znać, żeby się zatrzymały.
Znały mnie za dobrze, by zignorować polecenie.
Weszłam do jednego z przylegających do sali balowej saloników. Szybko zapaliłam świecę i umieściłam ją w miedzianym świeczniku, rozpaczliwie błagającym o wypolerowanie. W słabym, ciemnym kręgu światła spojrzałam na swoją rękę. Z ust wyrwał mi się przerażony okrzyk. Różowe smugi rozchodziły się od blizny jak poszarpane błyskawice. Skóra wokół nich była miękka i gąbczasta.
Koszmar. Szaleństwo. A może naprawdę spotkałam ducha?
Przemierzyłam resztę salonu i wyszłam na balkon. Gwałtowne podmuchy mokrego, przesyconego solą wiatru przeszywały nocne niebo, rozwiewając moje włosy i muskając twarz. Spojrzałam w dół, na ogród, szukając w nim ukojenia nawet z tej wysokości. Nocą był pełen magii. Lunustry unosiły swoje lśniące srebrzyście głowy ku niebu; ich duże dyski odbijały światło księżyca. Inne kwiaty grobowe mruczały gardłowo przez sen. Ich łodygi i płatki mieniły się w półmroku. Wiatr toczył kłęby mgły. W nocy wychodziło jeszcze więcej ślimaków, razem z nietoperzami o błyszczących oczach i kręcącymi głową sowami. Dla większości był to widok dezorientujący, a nawet przerażająco chaotyczny, ale ja go kochałam.
Ta scena niemal wystarczyła, żeby mnie ukoić. Niemal.
Bo jeśli Inessa ukazała mi się jako duch, a nie wyjątkowo realistyczny koszmar, to znaczy, że była martwa.
Ta myśl wstrząsnęła mną do głębi. Zacisnęłam pięść, zamieniając dłoń w wystające grzbiety kostek i ciasno zwinięte palce. Ściskałam ją z taką siłą, jakby leżało w niej całe moje dotychczasowe życie i mogłabym do niego wrócić, jeśli tylko będę je trzymać dostatecznie mocno.
Dopadły mnie myśli o Limen. Radiksańskim dzieciom od małego opowiadano o tym, jak duchy wygnane z dworu Pradawnej Rodziny zarzuciły sieć między naszym światem a następnym, by więzić ludzkie dusze, które zostawiły na Ziemi niedokończone sprawy. Mówiono nawet, że wabiły dusze do swoich sieci słodkimi pieśniami i migoczącymi światłami. Ale kiedy już się tam trafiło, znajdowało się pośród jednostajnego szumu, w przestrzeni bez światła, ale też bez ciemności. Choćbym nie wiem jak próbowała, nie byłam w stanie wyobrazić sobie Inessy w takim miejscu. Była dla mnie tak żywa, tak niepowstrzymana, że nawet widok jej ducha nie potrafił do końca mnie przekonać.
Przez chór kwiatów grobowych przebił się odległy stukot, dochodzący z brukowanej drogi prowadzącej do pałacu. Jak zawsze przyjezdnego było słychać na długo przed tym, jak wyłonił się zza zakrętu: brzęk uprzęży, skrzypienie kół i stukot kopyt przetykane niewyraźnymi okrzykami. Nadjeżdżał posłaniec.
Śliski pot pokrył moje zaciśnięte na balustradzie dłonie. Poselstwo dotarło na szczyt wzgórza, dobrze oświetlone przez przymocowane do wozu latarnie i niesione przez straże pochodnie. Migotliwe języki ognia tańczyły na czerwono-złotej acusańskiej fladze.
Poselstwo przybywające o tak późnej porze mogło oznaczać tylko złe wieści. Inessa musiała naprawdę nie żyć. Ta myśl paliła moje gardło, sprawiając, że czułam się, jakbym napiła się trucizny i nie była w stanie jej przełknąć.
Zaraz wszystko znowu miało się zmienić.
Musiałam pomóc Inessie. Powiedziała, że tylko ja mogę tego dokonać, a ona była moją siostrą, moją bliźniaczką. Przez wzgląd na tamte dziewczynki, którymi byłyśmy, te biegające po pałacu z brudnymi buziami i potarganymi włosami, przemykające razem przez ukryte korytarze, zrobię, co w mojej mocy, by ją uwolnić. Ale jak? Spróbowałam się skupić. Muszę dopilnować, żeby Ojciec uznał jej śmierć za zabójstwo i przeprowadził należyte śledztwo, aby można było wymierzyć sprawiedliwość i aby Inessa zaznała spokoju, którego nigdy nie miała na tym nędznym świecie.
Ale mimo determinacji oddech już słabnął mi w płucach. Nigdy wcześniej nie zbliżyłam się do Ojca z własnej woli, nigdy. Ale zrobię to dla Inessy. Zawiodłam Matkę w chwili jej śmierci. Nie zawiodę mojej rodziny po raz kolejny.
Los Inessy zależał ode mnie i zamierzałam ją uratować.
Wygląd
Najwyższe z kwiatów grobowych, o czarnych łodygach i kolcach; niektóre wysokie na siedem lub osiem stóp. Ich kwiaty o fioletowej barwie wydają się nieistotne w porównaniu z dramatycznymi cierniami. Są one długie i zakrzywione na czubkach, występują w rzędach po cztery lub pięć, podobne niemal do ludzkich dłoni. Łodygi są pokryte niewielkimi rozcięciami, które przypominają maleńkie usta, ale pozostają zawsze zamknięte.
Zachowanie bez inwokacji
Nienasycone bestyjki. Wszystkie kwiaty grobowe często bywają spragnione, ale głodnice są też głodne. Zjedzą prawie wszystko, jednakże pragną tylko jednego: mięsa. Nieważne, czy ofiara jest człowiekiem, czy zwierzęciem – z radością zabiją ją za pomocą swoich cierni. Po zabiciu ofiary zakopują ją. Mają rozbudowany system korzeniowy, który wraz z upływem czasu pożera szczątki. Wydaje się, że się nimi delektują. Często wydają tego rodzaju niski, burczący dźwięk, niczym pusty żołądek.
Inwokacja
O Pradawna Rodzino,
Rodzimy się w głodzie,
Żyjemy w głodzie,
Umrzemy w głodzie.
Proszę, daj nam pożywienie, żebyśmy mogli się nasycić
Do czasu, aż znów zgłodniejemy.
Rezultat
Po wypowiedzeniu inwokacji przerwy w łodygach głodnic otworzyły się, odsłaniając dziwną strukturę przypominającą układ mięśniowy i komorę przywodzącą na myśl żołądek. Zaczęły chwytać kolejne truchła swoimi cierniami i wciskać je w szczeliny. Te się rozciągały, a łodygi zaciskały, gdy połykały jedno po drugim, nie zadając sobie trudu, by je pogryźć. Założyłem, że to sposób, żeby przetransportować pożywienie prosto do korzeni poprzez łodygę.
Komplikacje
Zaczęły pożerać wszystko w swoim zasięgu. Krzesła, obrazy, więźniów, strażników – wciągnęły nawet łańcuchy. Szczęśliwym zrządzeniem Pradawnej Rodziny działanie inwokacji nie trwało długo; głodnice opuściła zajadłość, a szczeliny się zamknęły. Musieliśmy pracować długo i ciężko, żeby rozciąć łodygi. Niestety, pożarci więźniowie i strażnicy byli martwi. Udało nam się wydobyć krzesło w nienaruszonym stanie, choć będzie wymagało porządnego czyszczenia.
Zastosowania
Chciałbym zobaczyć, jak pustoszą w ten sposób Acus! Cóż to by był za widok. Ale, tak samo jak ślicznotki, nie reagują na rozkazy. Poleciłem im zjadać tylko więźniów, jednak mimo moich kilkukrotnie powtórzonych rozkazów pożerały wszystkich i wszystko bez wyjątku. Pożarłyby też mnie, gdybym nie obserwował tej sceny ze szczytu wieży wznoszącej się ponad dziedzińcem. Miałem przeczucie, że mogą być niebezpieczne, więc dopilnowałem, żeby być poza ich zasięgiem. Ale na litość Pradawnej Rodziny! To było jedno z moich ulubionych krzeseł, a teraz jest pokryte obrzydliwym śluzem.
