Ktoś jest w twoim domu - Stephanie Perkins - ebook
NOWOŚĆ

Ktoś jest w twoim domu ebook

Stephanie Perkins

3,4

41 osób interesuje się tą książką

Opis

Minął prawie rok, odkąd Makani Young zamieszkała w domu babci w samym środku kukurydzianej Nebraski, lecz dziewczyna wciąż jeszcze przyzwyczaja się do nowych śródlądowych warunków. I ciągle prześladuje ją przeszłość z czasów życia na Hawajach…

Nagle wokół niej zaczynają ginąć uczniowie z jej liceum, Osborne High – jedno po drugim, w serii okrutnych morderstw, z których każde ma coraz bardziej makabryczny charakter od poprzedniego. Do tego nieuchwytny zabójca wydaje się wiedzieć o ofiarach znacznie więcej, niż reszta mieszkańców. Przerażenie w miasteczku rośnie, a polowanie na mordercę nie odnosi zamierzonego skutku – wręcz przeciwnie, zwiększa jego pewność siebie.

Natomiast Makani musi stawić czoło własnym mrocznym sekretom…

Horror jest bliżej niż sądzisz...

„Najlepszy thriller sezonu…. Fani gatunku poczują się jak w domu dzięki tej książce, w której można poczuć atmosferę współczesnych filmowych slasherów, takich jak: Krzyk czy Koszmar minionego lata i w której znajdziemy charyzmatyczne postaci i emocje typowe dla współczesnych Young Adults ”.

MASHABLE

Ktoś jest w twoim domu to wstrząsająca i niesamowicie wciągająca lektura z wybitną galerią postaci, cudownie przerażającą scenerią i absolutnie bezlitosną liczbą trupów. Ten slasher znakomicie napisany przez jedną z najlepszych współczesnych amerykańskich pisarek z gatunku Young Adults najlepiej czytać w nocy z dużą miską popcornu na kolanach”.

COURTNEY SUMMERS, autorka bestsellera Sadie

„Perkins uspokaja czytelników żyjących w fałszywym poczuciu bezpieczeństwa, a potem wbija i przekręca nóż. A gdy trup ściele się gęsto, czytelnik zaczyna się zastanawiać nad motywami zabójcy i zadaje sobie pytanie, gdzie to wszystko się skończy”.

PUBLISHERS WEEKLY

„Zanim zaczniecie czytać tę jeżącą włos na głowie opowieść, włączcie w domu wszystkie światła!”.

SEVENTEEN

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 334

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Stephanie Perkins Ktoś jest w twoim domu Tytuł oryginału There’s Someone Inside Your House ISBN Copyright © 2017 by Stephanie PerkinsAll rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2020 Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Redakcja Adriana Staniszewska Projekt graficzny okładki Mariusz Banachowicz Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla Jarroda, najlepszego przyjaciela i prawdziwej miłości

Ludzie przeżywają taki ból tylko raz;Ktoś jest w twoim domu ból pojawia się ponownie, ale trafia w twardszą ścianę. WILLA CATHERPieśń skowronka

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kiedy wróciła do domu, ujrzała na wycieraczce minutnik w kształcie jajka.

Haley Whitehall spojrzała przez ramię, jakby spodziewała się, że kogoś za sobą zobaczy. W oddali czerwony kombajn przetaczał się przez pola kukurydzy. To jej ojciec. Był czas zbiorów. Matka też jeszcze nie wróciła z pracy — była zatrudniona jako technik dentystyczny u jedynego stomatologa w mieście. Które z nich zostawiło tu minutnik? Gdy Haley go podnosiła, pod ciężarem jej ciała próchniejące deski ganku ugięły się i lekko rozsunęły. Przedmiot zagrzechotał w jej dłoni. Dzień był zimny, lecz plastikowa obudowa — ciepła. Dość ciepła.

Zadzwonił jej telefon. To oczywiście była Brooke.

— Jak tam krew? — zapytała ją Haley.

Jej przyjaciółka jęknęła.

— Koszmar.

Haley weszła do środka, a siatkowe drzwi się za nią zatrzasnęły.

— Jakaś szansa, że pani Colfax odpuści?

Wmaszerowała prosto do kuchni i rzuciła plecak na czarno-białą podłogę przypominającą szachownicę. „Strawa duchowa!” Dziś po południu próba była szczególnie wyczerpująca.

— Nigdy. — Brooke prychnęła. — Nigdy nam nie odpuści. Komu potrzebny jest zdrowy rozsądek, skoro ma ambicje?

Haley odstawiła minutnik na blat — tam, gdzie było jego miejsce — i otworzyła lodówkę.

— Normalnie opowiadałabym się za ambicjami. Ale, ale. Naprawdę nie mogę się doczekać sceny, w której będę tonęła w syropie kukurydzianym.

— Gdybym miała pieniądze, sama kupiłabym profesjonalne rekwizyty. Sprzątanie widowni będzie koszmarem, nawet mimo tych wszystkich wodoodpornych plandek, brezentów i folii.

W większości przedstawień teatralnych musicalu Sweeney Todd używano przynajmniej pewnej ilości sztucznej krwi: przy brzytwach znajdowały się ukryte gumowe gruszki do ściskania, w ustach aktorów — żelowe kapsułki z krwią, wierzchnia odzież skrywała zakrwawione ubrania pod spodem. Dodatkowy zamęt mogły powodować czerwone zasłony, czerwone światła lub szaleńcze crescendo skrzypiec.

Niestety, nauczycielka muzyki w ich liceum, pani Colfax, miała wielkie zamiłowanie do dramatyzmu, jakkolwiek by go definiować. Zeszłoroczne przedstawienie Piotruś Pan, do którego aż z Nowego Jorku ściągnęła prawdziwe uprzęże do latania, skończyło się złamaniem kości zarówno u Wendy, jak i u Michaela Darlinga. W tym roku pani Colfax nie tylko chciała, by demoniczny fryzjer podrzynał gardła swoim klientom, ale także zapragnęła zalać ich krwią pierwsze trzy rzędy. Tę część widowni nazywała „strefą krwi”.

Brooke była inspicjentką. Traktowała to zadanie jako zaszczyt, lecz mimo podejmowanych prób nie była w stanie zapanować nad szalonymi pomysłami pani Colfax.

A w każdym razie nieszczególnie jej się to udawało.

Haley przyciskała ramieniem telefon do ucha, równocześnie chwytając w ręce paczki z serem provolone i krojoną szynką z indyka, a także torebkę ze wstępnie umytą sałatą i słoik z sosem majonezowym.

— Shayna musi się zmagać z jej szaleństwem.

— Shayna przede wszystkim zmaga się z własnym szaleństwem — odparła Brooke.

Shayna była temperamentną — i nierzadko wybuchową — projektantką kostiumów. Trudno było o przyzwoite kostiumy w prowincjonalnej Nebrasce, i to z zerowym budżetem, a teraz na dodatek dziewczyna musiała się zajmować usuwaniem plam krwi ze strojów.

— Biedna Shayna. — Haley rzuciła wiktuały na blat kuchenny. Wzięła leżący najbliżej bochenek chleba, pszenny z jakimiś ziołami, który jej matka upiekła ubiegłej nocy. Piekła, by się odprężyć. Używała wprawdzie wypiekacza do chleba, lecz mimo to... Cóż, miło z jej strony.

— Biedna Brooke! — odrzekła jej przyjaciółka.

— Biedna Brooke — zgodziła się z nią Haley.

— A jak dzisiaj poszło Jonathanowi? Trochę lepiej?

Haley się zawahała.

— Nie słyszałaś go?!

— Przeprowadzałam na parkingu testy przeciwbryzgowe.

Haley grała w sztuce panią Lovett, a chłopak Shayny, Jonathan, odtwarzał postać Sweeneya; były to główne role, żeńska i męska. Haley, chociaż była dopiero w przedostatniej klasie, od dwóch lat grywała w kółku teatralnym główne role, dostawała również solówki w chórze szkolnym. Zarówno jako aktorka, jak i wokalistka (miała mocny kontralt) była po prostu lepsza od rówieśników. Naturalna. I nie sposób było jej na scenie przeoczyć.

Jonathan natomiast był... nieco powyżej średniej. Miał charyzmę, co wzmacniało jego osobowość sceniczną. Niestety, ten musical znacznie przekraczał jego możliwości. Od tygodni chłopak zmagał się z Epiphany, swoją najtrudniejszą piosenką solową. Piosenki, które wykonywał, wypadały fatalnie, jakby ciągle był czymś przerażony, ale prawdziwą zgrozą były jego duety.

Brooke wyraźnie czuła, że Haley nie ma ochoty plotkować.

— Oj, przestań — dorzuciła. — Jeśli sama nic nie powiesz, a to wypłynie, będziesz wiedziała, że to ja wygadałam.

— To jest po prostu... — Haley posmarowała kawałek chleba sosem majonezowym, po czym wrzuciła do zlewu brudny nóż. Umyje go później. — Próbę od początku do końca poświęciliśmy wyłącznie A Little Priest. I to nie na całą piosenkę, lecz na kilka taktów, które powtarzaliśmy w kółko. Przez dwie cholerne godziny.

— Jezu.

— Pamiętasz ten fragment, w którym śpiewamy jednocześnie różne linie melodyczne? A nasze głosy powinny... hmm... wibrować z podniecenia?

— Kiedy Sweeney w końcu się zorientował, że pani Lovett chce się pozbyć jego ofiar, robiąc z nich... paszteciki? — mówiąc to, Brooke bez wątpienia szelmowsko się uśmiechała.

— To była katastrofa. — Haley zaniosła swój talerz do salonu, ale nie usiadła. Krążyła po pokoju. — Nie sądzę, żeby Jonathan potrafił to zrobić. Naprawdę uważam, że nie jest w stanie. Śpiewa unisono, dotrzymuje kroku...

— W pewnym sensie.

— W pewnym sensie — przyznała Haley. — Ale jeśli ktoś śpiewa inne słowa niż on, co jakiś czas przerywa i zaczyna na nowo. Mam wrażenie, jakby walczył z tętniakiem.

Brooke się roześmiała.

— Właśnie dlatego wcześniej wyszłam. Czułam się jak suka, ale, mój Boże, nie mogłam dłużej tego znieść.

— Nikt nie nazwałby cię suką.

Haley przełknęła spory kawałek szynki z indyka. Starała się zachować równowagę — utrzymać i telefon, i talerz, jedząc kanapkę i krążąc po pokoju — ale nawet tego nie zauważała. Była zmartwiona.

— Jonathan tak by mnie nazwał.

— Jonathan nie powinien był dostać tej roli.

— Uważasz, że powinnam do niego zadzwonić i przeprosić?

— Nie. Nie! Za co?

— Za to, że byłam tak oschła wobec niego.

— To nie twoja wina, że facet nie radzi sobie z Sondheimem1.

To była prawda, ale Haley wciąż wstydziła się swojej frustracji. I tego, że wyszła z próby. Opadła teraz ciężko na starą, obitą sztruksem kanapę, jeden z wielu reliktów z czasów, gdy dom należał do jej dziadków. Westchnęła. Brooke powiedziała coś jeszcze w ramach solidarności z przyjaciółką, lecz telefon Haley akurat w tym momencie wykonał swój głupi numer.

— Co powiedziałaś? Co chwila tracę zasięg.

— Więc zadzwoń do mnie ze stacjonarnego.

Haley zerknęła na telefon bezprzewodowy, który stał na niskim stoliku, zaledwie kilka kroków od niej. Uznała jednak, że to zbyt duży wysiłek.

— Już dobrze — skłamała.

Brooke powoli relacjonowała jej swoje trudności w pracy inspicjentki, a Haley zaczęła myśleć o czymś innym. I tak słyszała tylko jedną trzecią z opowieści przyjaciółki. Resztę stanowiły zakłócenia.

Zapatrzyła się w okno i dokończyła kanapkę. Słońce wisiało nisko na horyzoncie. Świeciło ponad polami kukurydzy, przez co kruche łodygi wyglądały na miękkie i zmatowiałe. Jej ojciec nadal tam był. Gdzieś tam. O tej porze roku każdy słoneczny dzień spędzał na polu. Świat wydawał się opuszczony. Stanowił zupełne przeciwieństwo głośnej, barwnej, entuzjastycznej grupy ludzi, których Haley zostawiła w szkole. Powinna wytrzymać do końca próby. Nienawidziła ciszy i poczucia izolacji, które przenikały jej dom. Na swój sposób ją to męczyło.

Zamruczała do telefonu ze współczuciem, chociaż nie miała pojęcia, z jakiego powodu miałaby współczuć, a potem wstała. Odniosła talerz do kuchni, spłukała okruchy i otworzyła zmywarkę.

Jedyną rzeczą w środku był brudny nóż do masła.

Spojrzała na zlew, który był pusty. Zmarszczyła brwi. Włożyła talerz do zmywarki i potrząsnęła głową.

— Nawet jeśli uda nam się sprawić, że rozpylacz zadziała — mówiła Brooke, a jej słowa nagle zaczęły docierać wyraźnie — nie jestem pewna, czy wystarczająco dużo osób zechce usiąść w pierwszych trzech rzędach. No wiesz, kto idzie do teatru, by założyć poncho i dać się obryzgać krwią?

Haley wyczuła, że jej przyjaciółka potrzebuje kilku słów wsparcia.

— W ten weekend jest Halloween. Ludzie kupią bilety. Pomyślą, że to dobra zabawa.

Zrobiła krok w stronę schodów — ku sypialni — i nadepnęła trampkiem na mały, twardy przedmiot. Ten przeleciał po płytkach podłogowych, ślizgając się i grzechocząc, pobrzękując i podzwaniając, aż uderzył o próg przed spiżarnią.

Tym przedmiotem był... minutnik w kształcie jajka.

Haley przestało bić serce. Tylko na moment.

Poczuła na plecach nieprzyjemne ciarki, gdy szła w stronę drzwi do spiżarni, które jedno z jej rodziców zostawiło uchylone. Zamknęła je, popychając je palcami, a potem powoli podniosła minutnik. Wydawał się ciężki. Mogłaby jednak przysiąc, że postawiła go na blacie, ale może upuściła go na podłogę wraz z plecakiem.

— ...nadal słuchasz?

Głos ledwo do niej docierał.

— Co takiego?

— Pytałam, czy nadal mnie słuchasz.

— Wybacz — powiedziała. Zagapiła się na minutnik. — Pewnie jestem bardziej zmęczona, niż sądziłam. Chyba się zdrzemnę, zanim mama wróci do domu.

Rozłączyły się, a Haley wcisnęła telefon do prawej przedniej kieszeni dżinsów. Ponownie umieściła minutnik na kuchennym blacie. Był gładki i biały. Nieszkodliwy. Nie umiała wskazać powodów, ale ten cholerny przedmiot po prostu ją niepokoił.

Poszła na górę i od razu się położyła, opadając ze zmęczenia, a później skopując z nóg trampki, zbyt wyczerpana, by rozwiązać sznurowadła. Telefon dźgał ją w biodro. Wyciągnęła go z kieszeni i rzuciła na stolik nocny. Światło zachodzącego słońca wpadało przez okno pod idealnym, irytującym kątem, aż się skrzywiła i przewróciła na drugi bok.

Natychmiast zasnęła.

* * *

Obudziła się przestraszona. Serce waliło jej jak młotem, a w domu panowały ciemności.

Wypuściła powietrze z płuc; to był długi, rozluźniający, sięgający przepony wydech. I wtedy uświadomiła sobie dźwięk. Dźwięk, który ją obudził.

„Tykanie!”

Dziewczyna poczuła, jak ścina jej się w żyłach krew. Przeturlała się w stronę stolika nocnego. Telefon zniknął, a na jego miejscu, dokładnie na wysokości jej oczu, stał minutnik w kształcie jajka.

Który właśnie przestał tykać.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1 Stephen Sondheim — autor musicalu Sweeney Todd (przyp. tłum.).

ROZDZIAŁ DRUGI

Następnego ranka w całej szkole huczało z powodu dwóch zdarzeń: brutalnego zabójstwa dokonanego na Haley Whitehall i pofarbowanych na nowy, różowy kolor włosów Olliego Larssona.

— Można by pomyśleć, że mniej się będą przejmowali włosami — zauważyła Makani.

— To Osborne w stanie Nebraska. — Jej przyjaciel, Darby, spijał ostatnie krople mrożonej kawy zakupionej na stacji benzynowej. — Populacja: dwa tysiące sześćset osób. Wierz mi, chłopak z różowymi włosami to dla wszystkich równie wielki szok co śmierć powszechnie uwielbianej uczennicy.

Patrzyli przez przednią szybę auta Darby’ego na drugi koniec parkingu, gdzie Ollie opierał się o ceglaną ścianę biura dyrektora. Czytał książkę w miękkiej oprawie i ostentacyjnie ignorował szepty — i głośniejsze uwagi — kolegów ze szkoły.

— Słyszałam, że poderżnięto jej gardło w trzech miejscach. — Makani przerwała. Okna samochodu były opuszczone, więc ściszyła głos. — Przecięcia wyglądały jak uśmiechnięty emotikon.

Darby’emu aż wypadła słomka z ust.

— To o-krop-ne! Kto ci o tym powiedział?

Wzruszyła ramionami, czując się niezręcznie.

— Po prostu słyszałam.

— O Boże! A dzień się nawet dobrze nie zaczął.

Nagle przy oknie od strony pasażera pojawiła się pociągła twarz z podkreślonymi czarną kredką oczami.

— Cóż, a ja słyszałam...

Makani aż podskoczyła.

— Jezu, Alex!

— ...że zrobił to Ollie. A potem użył jej krwi do pofarbowania włosów.

Makani i Darby gapili się na nią z szeroko otwartymi ustami.

— Żartuję. Oczywiście. — Otworzyła tylne drzwi, wrzuciła futerał z trąbką i wślizgnęła się do środka. Samochód był ulubionym miejscem ich porannych spotkań. — Ale ktoś tu coś takiego powie.

W jej dowcipie było zbyt wiele prawdy. Makani się skrzywiła.

Alex dla podkreślenia kopnęła oparcie jej siedzenia granatowym glanem.

— No nie, nie wierzę w to. Nadal coś do niego czujesz, zgadza się?

Niestety, taka była prawda.

Oczywiście, nadal coś czuła do Olliego.

Od chwili przyjazdu do Nebraski Makani Young nie mogła oderwać oczu od Olivera Larssona. Był bez wątpienia najdziwniej wyglądającym facetem w całym liceum Osborne High. Ale też dzięki temu najbardziej interesującym! Był chudy, jego kości biodrowe były tak wystające, że wydawało jej się to seksowne, a kości policzkowe miał tak wydatne, że kojarzyły się z pozbawioną skóry czaszką; wrażenie to potęgowały jego jasne, niemal niewidoczne brwi. Zawsze nosił ciemne dżinsy i gładkie czarne koszulki z krótkim rękawem. Jedyną jego ozdobą był srebrny kolczyk — cienkie kółko pośrodku dolnej wargi. Właściwie chłopak wyglądał jak szkielet.

Przechyliła głowę. Może jednak mniej przypominał go teraz, gdy jego jasnoblond włosy zyskały kolor jaskrawego różu.

— Pamiętam, jak sama się w nim durzyłaś — wytknął Alex Darby.

— Tak, chyba jakoś w ósmej klasie. Dopóki nie zdałam sobie sprawy, że facet jest totalnym samotnikiem. Że nie zamierza umawiać się z nikim, kto chodzi do naszej szkoły. — Co było u niej rzadkie, zastanowiła się i powiedziała skrępowana: — Przykro mi, Makani.

Makani i Ollie spotykali się zeszłego lata. W pewnym sensie... Na szczęście jedyne osoby, które o tym wiedziały, siedziały tutaj, w samochodzie Darby’ego.

— Nie ma sprawy — odrzekła Makani, ponieważ łatwiej jej było to powiedzieć, niż stwierdzić, że jest inaczej.

Na temat Olliego krążyło wiele plotek: że sypiał tylko ze starszymi od siebie kobietami, że sypiał tylko ze starszymi mężczyznami, że sprzedawał opioidy skradzione z posterunku policji, gdzie pracował jego brat, że kiedyś omal nie utonął w płytkiej części rzeki. Że gdy go uratowano, był kompletnie pijany i goły jak święty turecki.

Z drugiej strony, ich szkoła była mała. O każdym krążyły tu różne plotki.

Makani doskonale wiedziała, że nie powinna wierzyć w żadną z nich. Plotki, nawet prawdziwe, nigdy nie opowiadają całej historii. Właśnie z powodu plotek sama unikała większości koleżanek z grupy. To był instynkt samozachowawczy. Widząc w niej równie ponurą bratnią duszę, Darby i Alex przyjęli ją do swojej paczki, kiedy musiała się przeprowadzić z Hawajów w połowie roku szkolnego, będąc w przedostatniej klasie. Jej rodzice się rozwodzili i postanowili wysłać ją na jakiś czas, by miała choć trochę normalności, do babci.

Normalność! Z babcią! Na jakimś zadupiu!

Tak przynajmniej tłumaczyła swoją sytuację przyjaciołom. Ale podobnie jak w plotkach, było w tym wyjaśnieniu kukurydziane ziarno prawdy. Po prostu brakowało pozostałej części kolby kukurydzy.

Jej rodzice nigdy, nawet w najlepszych czasach, nie zwracali na nią zbytniej uwagi, a do tego niedawno się rozstali, gdy doszło do incydentu na plaży. Po incydencie natomiast... nie mogli już na nią patrzeć. Ona zresztą też nie lubiła patrzeć na siebie.

Tak, zasłużyła sobie na to wygnanie.

Teraz była połowa października i Makani przebywała w Osborne od prawie roku. Chodziła do ostatniej klasy, tak samo jak Darby i Alex. Cała trójka tylko odliczała dni do ukończenia szkoły. Makani nie bardzo wiedziała, gdzie dalej pójdzie, ale na pewno nie zostanie tutaj!

— Możemy wrócić do tego, co w tej chwili najważniejsze? — zapytał Darby. — Haley nie ży-je! I nikt nie wie, kto ją zabił, a to mnie strasznie wkurza.

— Myślałam, że nie lubisz Haley — zadumała się Alex, układając pofarbowane na czarno włosy w skomplikowaną fryzurę, która wymagała dużej liczby plastikowych spinek. Szukając w szkole przedstawicieli subkultury gotyckiej, ją pierwszą można by wskazać. Jeśli nie liczyć Olliego.

Makani go nie liczyła.

Oboje ubierali się na czarno, oboje byli też tak chudzi, że sterczały im kości. Jednak Alex była twarda i agresywna. Żądała uwagi. Ollie natomiast był łagodny i cichy jak nocne niebo.

— Nie miałem nic do Haley. — Darby wsunął sobie kciuki pod szelki, które nosił na co dzień do koszuli w kratę i praktycznych spodni. Był niski i przysadzisty, a ubierał się jak elegancki starszy pan.

Darby po urodzeniu został zarejestrowany jako dziecko płci żeńskiej i choć jego imię i nazwisko nadal brzmiało Justine Darby, od pierwszego roku liceum podawał się za chłopca. Jeśli w ich szkole dziwnie patrzono na chłopaka z różowymi włosami, to Makani mogła sobie tylko wyobrazić, ile czasu zajęłoby im przyzwyczajenie się do „dziewczyny”, która tak naprawdę czuje się chłopakiem. Przeważnie miał spokój, ale czasami rzucano mu podejrzliwe spojrzenia. Niektórzy przy tym mrużyli oczy lub zaciskali usta.

— Nie znałem jej — kontynuował. — Wydawała się dość miła.

Alex strzeliła spinką z wizerunkiem złośliwie wyszczerzonej Hello Kitty.

— Czy to nie dziwne, że gdy ktoś umiera, wszyscy od razu okazują się jego przyjaciółmi?

Darby się skrzywił.

— Nie powiedziałem tego. Jezu.

Makani pozwoliła im się przez chwilę sprzeczać, zanim wkroczyła między nich. Zawsze tak robiła.

— Myślicie, że zrobiło to jedno z jej rodziców? Słyszałam, że w takich przypadkach morderstwa dopuszcza się zwykle członek rodziny.

— Albo chłopak — powiedział Darby. — Czy Haley umawiała się z kimś?

Makani i Alex wzruszyły ramionami.

Wszyscy troje wpatrywali się w przechodzących kolegów z roku, a towarzyszyła im niecodzienna cisza.

— To smutne — podsumował w końcu Darby. — I po prostu... straszne.

Makani i Alex kiwnęły głowami. Tak właśnie było.

— Chcę powiedzieć, że... Jaki człowiek dopuszcza się czegoś takiego?! — zapytał.

Makani poczuła nagle przyprawiającą o mdłości falę wstydu.

„To nie to samo — upomniała się w myślach. — Nie jestem tego typu osobą”.

Ale kiedy zadzwonił dzwonek — a dokładniej trzy dzwonki ostrzegawcze — wyskoczyła z samochodu tak szybko, jakby naprawdę coś im groziło. Darby i Alex jęknęli i również wysiedli, zbyt pogrążeni we własnym posępnym nastroju, by zauważyć jej osobliwe zachowanie.

Makani sapnęła i poprawiła na sobie ubranie, upewniając się, że w miarę dobrze wygląda. W przeciwieństwie do przyjaciół, tu i ówdzie miała krągłości.

— Może to był seryjny zabójca — stwierdziła Alex, kierując się w stronę klas. — Kierowca ciężarówki, który podczas długiej trasy akurat przejeżdżał przez miasto! Dziś seryjnymi zabójcami są zawsze tirowcy.

Makani poczuła powrót sceptycyzmu.

— Kto tak mówi?

— FBI.

— Mój tato jeździ ciężarówką — wtrącił się Darby.

Alex wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

— Przestań się uśmiechać. — Darby spojrzał na nią spode łba. — Albo ludzie pomyślą, że ty to zrobiłaś!

* * *

Zanim nastała pora lunchu, niesmaczny żart Alex o potencjalnym źródle farby do włosów Olliego niestety się rozszedł. Makani co najmniej parę razy słyszała, jak któryś z uczniów szepcze o możliwej winie Larssona. Strasznie ją to rozzłościło. Ollie był dziwaczny, owszem. Ale nie mógł być zabójcą — nie z takiego powodu. Co więcej, nigdy nie widziała, żeby rozmawiał z Haley Whitehall czy choćby na nią patrzył.

A często mu się przyglądała.

Zdenerwowała się tym, chociaż wiedziała, czym są takie plotki — to wymysły tworzone w celu odwrócenia uwagi od nieznanego. Od tego, co przerażające. Przypadkiem usłyszała też, jak paru uczniów plotkuje o Zacharym Loupie, szkolnym ćpunie. Jej zdaniem Zachary także nie był winny, ale przynajmniej wydawał się lepszym podejrzanym. A do tego był dupkiem. Nie potrafił być miły nawet dla swoich przyjaciół.

Większość uczniów zgodnie jednak przyznawała, że najbardziej podejrzana jest rodzina Haley. Może też jej chłopak. Nikt wprawdzie nic nie wiedział o żadnym jej chłopaku, ale być może spotykała się z kimś potajemnie.

Dziewczyny często mają swoje tajemnice.

Myśl ta wciąż dręczyła Makani. Podczas gdy Darby i Alex dyskutowali o tej sprawie, ona odsunęła od siebie torebkę z frytkami i rozejrzała się.

Prawie wszyscy z trzystu czterdzieściorga dwojga uczniów byli tutaj, w środku kampusu, na dziedzińcu z każdej strony otoczonym budynkami z brązowej cegły. Dziedziniec był dość zwyczajny, nieco przygnębiający. Nie było tam żadnych stołów czy ławek, tylko tu i ówdzie rosło jakieś karłowate drzewo, dzięki czemu uczniowie nie musieli siedzieć na betonie. Gdyby otoczyć to miejsce drutem kolczastym, można by je uznać za więzienny spacerniak, chociaż nawet więźniowie mieli do dyspozycji stoły i ławki. Pośrodku placu, niczym mauzoleum, stała wyschnięta, pełna suchych liści fontanna — trudno byłoby sobie przypomnieć, jak z paszczy kamiennego lwa płynie strumień wody.

O tej porze roku pogoda była nieprzewidywalna. Niektóre dni były ciepłe, ale większość raczej chłodna. Dzisiaj było dość ciepło, więc na dziedzińcu panował tłok, a stołówka świeciła pustkami. Makani zadrżała i zapięła bluzę z kapturem. Gdy chodziła do szkoły w Kailua-Kona, zawsze było ciepło. Powietrze pachniało tam kwiatami, kawą i owocami, czuć było nawet, że ma słony posmak jak woda Pacyfiku, który połyskiwał nad parkingami i boiskami do futbolu.

W Osborne unosił się zapach oleju napędowego, powietrze smakowało rozpaczą, a zewsząd miasteczko otaczał ocean kukurydzy. Głupia kukurydza. Tyle kukurydzy.

Alex złapała garść niedojedzonych frytek Makani.

— A może zrobił to ktoś z chóru szkolnego? Albo z kółka teatralnego?

Darby zadrwił:

— Kto, na przykład dublerka Haley?

— Czy nie taką osobę podczas dochodzenia przesłuchaliby detektywi z Masterpiece Mystery? — zapytał Alex.

— Czyli kto?

— Sherlock, Morse, Poirot, Wallander, Tennison.

— Znam tylko jedno z tych nazwisk. — Darby zanurzył swój kawałek pizzy w odrobinie sosu czosnkowego. — Dlaczego nie oglądasz normalnej telewizji?

— Mówię tylko, że nikogo nie powinniśmy wykluczać.

Makani wciąż się wpatrywała w fontannę.

— Mam nadzieję, że to nikt z uczniów.

— Na pewno nie — rzucił Darby.

— No proszę cię — powiedziała Alex. — Gniewni nastolatkowie cały czas robią takie rzeczy.

— Tak — upierał się — ale pojawiają się w szkole z całym arsenałem broni palnej. Nie napadają ludzi w ich domach! Nie z nożami!

Makani zakryła sobie dłońmi uszy.

— W porządku, wystarczy. Przestańcie.

Speszony Darby zwiesił głowę. Nic nie powiedział, lecz nic nie musiał mówić. Strzelaniny w szkołach naprawdę miały miejsce. Byli prawdziwi zabójcy i prawdziwe ofiary. Śmierć Haley wydawała się nierzeczywista, ponieważ nie sądzili, że może im się coś takiego przytrafić. Morderstwo było dokonane zbyt precyzyjnie. Na pewno ktoś miał ku temu powód. Makabryczny i niezrozumiały, mimo wszystko jakiś powód.

Makani odwróciła się i popatrzyła na nich, spuszczając z tonu i próbując wytłumaczyć własną reakcję.

— No cóż... Jessica tego nie zrobiła.

Alex uniosła brwi.

— Jessica?

— Jessica Boyd. Dublerka. — Makani przewróciła oczami, kiedy Alex złośliwie się uśmiechnęła. — Wiem tylko, że jest dublerką Haley, słyszałam, jak ktoś o tym mówił. Czy jednak potraficie sobie wyobrazić, jak ona kogoś zabija?

— Masz rację — zgodziła się Alex. — Wydaje się to mało prawdopodobne. — Jessica Boyd była delikatną, wrażliwą dziewczyną. Trudno by było sobie nawet wyobrazić, jak spuszcza w toalecie martwą złotą rybkę. — Ale czy zauważyliście, że przyjaciółka Haley nie przyszła dziś do szkoły?

— Brooke jest w żałobie — powiedział Darby poirytowany. — Ja też bym był, gdyby to się stało jednej z was!

Alex pochyliła się i podjęła konspiracyjnym tonem:

— Pomyślcie. Haley była jedną z najzdolniejszych uczennic w szkole. Wszyscy wiedzieli, że zostawi nas dla jakiegoś innego, większego i lepszego miejsca... Broadwayu, Hollywood i tak dalej. Ktoś taki zwykle jest strasznie zarozumiały, ale nie ona. Ludzie ją lubili. Co zawsze oznacza, że ktoś jej jednak nie lubił! Że ktoś żywił do niej urazę.

Makani zmarszczyła nos.

— I myślisz, że to była jej przyjaciółka?

— Właściwie to prawie nikt nie znał Haley — wytknął im Darby — chyba że był z kółka teatralnego albo z Vocalmotion.

Vocalmotion to nazwa, którą, niestety, wybrali sami członkowie chóru szkolnego. W liceum Osborne High były tylko trzy porządne instytucje: kółko teatralne i chór — w których występowały niemal te same osoby — oraz drużyna futbolu amerykańskiego.

Ich szkoła oczywiście bardzo poważnie traktowała futbol. Mieszkali przecież w stanie Nebraska.

— Dokładnie to wam mówię — upierała się Alex. — Nikt inny jej nie znał. Czy ma więc sens teoria, że dopuściło się tego jedno z jej przyjaciół? Z zazdrości?

— Czy powinniśmy się martwić? Planujesz nas pozabijać? — zapytała Makani.

— Ech — obruszył się Darby.

Alex westchnęła.

— Wcale nie jesteście zabawni.

— Zdaje mi się, że dziś rano cię ostrzegałem — wytknął jej Darby. — Nie ekscytuj się tak.

Wiatr się wzmógł i szarpnął banerem zawieszonym po drugiej stronie dziedzińca. Była to zapowiedź spektaklu Sweeney Todd. Każda litera ociekała krzykliwymi, ręcznie namalowanymi kroplami krwi, a z przeciwległych rogów — niczym teatralne kotary — opadały dwa długie pasy ciemnoczerwonego tiulu. Kolejny podmuch uniósł je w powietrze, gdzie tańczyły i się skręcały. Makani poczuła na plecach zimny dreszcz. Jej imię oznaczało po hawajsku właśnie „wiatr”, lecz nie była przesądna. Poza sytuacjami, w których była. Powinni przestać rozmawiać o Haley.

— To nietaktowne — oświadczyła, ponieważ nie mogła się powstrzymać. Skinęła głową w kierunku banera. — „Strefa krwi”. Myślicie, że odwołają spektakl?

Alex przełknęła ostatnią tłustą frytkę.

— Wolałabym nie. To pierwsze szkolne wydarzenie, w którym postanowiłam wziąć udział. Z własnej woli — dodała. Była członkiem marszowej orkiestry dętej, co znaczyło, że musiała uczestniczyć w meczach futbolowych.

Darby patrzył na nią tak długo, aż udało mu się w końcu złapać jej wzrok.

— Co? Wydawało mi się to zabawne — mruknęła. — Bycie skąpanym w sztucznej krwi.

Makani prychnęła.

— Znowu to słowo. „Zabawne”!

Na twarzy Darby’ego pojawiła się udawana melancholia.

— Pamiętam czasy, gdy zbierałaś plastikowe koniki i karty Pokémon, a twoim celem życiowym była praca dla Pixara.

— Przymknij się, dupku. — Alex się uśmiechnęła.

Zaczęli nawzajem drwić ze swoich dziecięcych hobby i dziwactw, a Makani, jak to się często zdarzało, poczuła się wykluczona. Straciła zainteresowanie, a jej wzrok powędrował w stronę placu. Już prawie czas. W każdej chwili teraz i...

Jest!

Serce gwałtownie jej zabiło, gdy Ollie wyłonił się z szatni i wyrzucił pustą plastikową reklamówkę ze sklepu spożywczego. To była jego codzienna rutyna. Zawsze jadł drugie śniadanie we wnęce za starymi szafkami, po czym znikał w głównym budynku. Spędzi tę godzinę w bibliotece.

Makani poczuła znajome ukłucie smutku. Ollie był taki samotny.

Pod banerem Sweeneya stało kilku futbolistów, blokując mu wejście do budynku. Makani napięła mięśnie, gdy Matt Butler — złoty chłopak Osborne, najlepszy w mieście na pozycji biegacza — powiedział coś, kiedy Ollie się zbliżył. Cokolwiek to było, Larsson nie zareagował. Matt powiedział coś jeszcze. Ollie nadal nie reagował. Matt dotknął palcami włosów tamtego. Przyjaciele Matta się roześmiali, Ollie jednak wciąż ignorował zaczepki. Ten widok przyprawiał ją o ból.

Muskularny facet o absurdalnym imieniu — coś jak Buddy albo Bubba — podskoczył nagle i chwycił szybko tiul, a wtedy prawa część banera oddarła się i spadła na ziemię. Ollie musiał się uchylić, co jeszcze bardziej rozbawiło mięśniaka, ale jego śmiech trwał krótko.

Matt ze złością wskazał na rozerwany baner.

— Hej, koleś! Okaż trochę szacunku.

Jego wybuch niósł się przez chwilę po dziedzińcu. Buddy’emu czy Bubbie kilka dobrych chwil zajęło dostrzeżenie związku między zniszczonym banerem a Haley, ale gdy na jego twarzy zmieszanie przerodziło się w upokorzenie, chłopak stanął przed wyborem: przyznać się do wykroczenia albo się postawić. Postawił się. Szturchając ramieniem bark Matta, wywołał gwałtowną reakcję, czyli kolejne przepychanki, aż w końcu futboliści przestali blokować wejście.

Cała ta akcja przyciągnęła powszechną uwagę. Tylko Makani patrzyła gdzie indziej. Ollie nadal się nie poruszał. Jakoś się trzymał, lecz było jasne, że futboliści wytrącili go z równowagi. Makani zerwała się na równe nogi.

— Nie — powiedział Darby. — Makani. Nie!

Alex potrząsnęła głową, a jej spinki zastukały o siebie.

— Ollie nie zasługuje na twoją pomoc. Ani na współczucie. Ani na cokolwiek, co teraz czujesz.

Makani wygładziła przód bluzy z kapturem. Już odchodziła.

— Nigdy nas nie słuchasz — zawołał Darby. — Dlaczego nigdy nas nie słuchasz?

Alex westchnęła.

— Powodzenia, cukiereczku.

Te emocje — ten nieznośny ciężar i presja — które gotowały się w Makani od miesięcy, teraz miały wybuchnąć. Ollie może nie zasłużył na jej wsparcie, ale i tak czuła, że powinna spróbować. Może z powodu żalu, że w poprzedniej szkole nikt jej nie pomógł. Albo może z powodu Haley i tej przerażającej sytuacji, w której nikt już nie mógł nic zrobić. Ponownie zerknęła na przyjaciół i wzruszyła ramionami.

Kiedy się odwróciła i znów spojrzała przed siebie, zobaczyła, że Ollie się w nią wpatruje. Nie wyglądał na zdenerwowanego czy rozgniewanego, nawet nie na zaciekawionego.

W jego wzroku była jedynie ostrożność.

Odważnie podeszła do niego zamaszystym krokiem. Zawsze wyróżniała się wśród rówieśników. Ich karnacja była o kilka odcieni jaśniejsza od jej brązowej skóry, a zawartość jej szafy — ubrania inspirowane surfingiem — o kilka odcieni jaśniejsza niż moda typowa dla Środkowego Zachodu. Włosy — gęste, naturalnie kręcone — nosiła rozpuszczone i poruszała się pewnie, kołysząc biodrami. Emanowała pewnością siebie, którą wypracowała sobie po to, by ludzie nie zadawali pytań.

Ollie po raz ostatni zerknął na sportowców, wciąż przekrzykujących się i udających ważniaków, po czym odsunął zwisający tiul i wszedł do budynku. Makani zmarszczyła brwi. Ale kiedy otworzyła drzwi, czekał na nią po drugiej stronie.

Zaskoczył ją.

— Och.

— Tak? — spytał.

— Ja... Chciałam tylko powiedzieć, że to idioci.

— Twoi przyjaciele? — spytał ze śmiertelną powagą.

Uprzytomniła sobie, że ciągle trzyma otwarte drzwi, a on przez przezroczysty splot tiulu widzi Darby’ego i Alex, obserwujących ich z drugiej strony dziedzińca. Puściła drzwi. Zatrzasnęły się.

— Nie — odparła, usiłując się uśmiechnąć. — Wszyscy inni.

— Tak. Wiem. — Jego twarz pozostała bez wyrazu. Pełna rezerwy.

Jej uśmiech zniknął. Zaczęli mierzyć się wzrokiem, aż skrzyżowała w końcu ramiona w obronnym geście. Ich oczy były niemal na tym samym poziomie, gdyż Ollie był od niej ledwie trzy, cztery centymetry wyższy. Stał tak blisko, że mogła dokładnie przyjrzeć się jego nowym włosom. Skórę głowy miał zabarwioną na jaskrawy róż. Upłynie pewnie trochę czasu, zanim farba się z niej zmyje. W Olliem było dziś coś tak bezbronnego, że poczuła, jak uginają jej się nogi. Nienawidziła siebie za tę słabość.

Nienawidziła siebie za tak wiele rzeczy.

Za to, że uległa urokowi Olliego, chociaż ostrzegano ją przed nim. I za to, że później sobie wmówiła, że on ją nic nie obchodzi, gdy tymczasem prawda była inna. Nienawidziła też tego, jak to się wszystko między nimi skończyło. Nagle. Bez słowa. To była ich pierwsza rozmowa od końca lata.

„Może gdybyśmy od początku więcej ze sobą rozmawiali...”

Bo o to właśnie chodziło, czyż nie? Nigdy dużo nie mówili. W owym czasie była nawet za to wdzięczna.

Jego jasne oczy wciąż były w niej utkwione, ale już nie nieruchome. Przeszukiwały jej twarz. W odpowiedzi zaczęły jej pulsować żyły. Dlaczego nagle czuła się tak, jakby znowu znajdowali się na tyłach sklepu spożywczego i przygotowywali się do zrobienia tego, co robili w te gorące letnie popołudnia?

— Dlaczego tu jesteś? — zapytał. — Nie rozmawiałaś ze mną przez cały semestr.

Rozzłościło ją to. Gwałtownie.

— O tobie mogłabym powiedzieć to samo. A teraz powiedziałam dokładnie to, co chciałam ci powiedzieć. O naszych kolegach z klasy. Że są idiotami i tak dalej.

— Tak. — Zesztywniał. — Dokładnie to powiedziałaś.

Zaśmiała się, jakby dając mu do zrozumienia, że jego słowa do niej nie docierają, chociaż oboje wiedzieli, jak jest.

— Świetnie. Zapomnij o tym. Chciałam tylko okazać ci wsparcie.

Nic nie odrzekł.

— Ollie, wszyscy potrzebują przyjaciół.

Zmarszczył lekko brwi.

— Ale to oczywiście niemożliwe. — Jednym gwałtownym pchnięciem otworzyła drzwi na zewnątrz. — Fajnie się z tobą gadało. Do zobaczenia na lekcjach.

Wpadła prosto w tiulową zasłonę. Zaklęła, usiłując ją odsunąć, coraz bardziej plącząc się w ciemnoczerwonej siatce. Na dziedzińcu rozległ się ogłuszający ryk — dzikie wiwaty tłumu podekscytowanych widzów.

W końcu wybuchła prawdziwa bijatyka.

Makani przestała się szamotać. Wpadła w pułapkę, a na dodatek była uwięziona w tym nieszczęsnym mieście, gdzie nienawidziła wszystkiego i wszystkich. Zwłaszcza samej siebie.

Usłyszała jakiś cichy ruch i z zaskoczeniem odkryła, że Ollie wciąż za nią stoi. Ostrożnie wyciągnął rękę i delikatnie wyplątał ją z tiulu. Materiał opadł z powrotem, a oni oboje przez mgiełkę w kolorze krwi w milczeniu obserwowali szkolnych kolegów.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

ROZDZIAŁ TRZECI

— Znałaś tę dziewczynę? Tę Haley? — zawołała z kanapy babcia Young.

Makani pomachała na pożegnanie odjeżdżającemu Darby’emu. W odpowiedzi dwukrotnie zatrąbił. Dom jej babci znajdował się w odległości krótkiego spaceru od szkoły, ale przyjaciel i tak zawsze ją odwoził i po nią podjeżdżał. Makani mieszkała w najstarszej dzielnicy Osborne, Darby — w najnowszej, Alex zaś — niedaleko Troy, sąsiedniego miasta, na błotnistych terenach, gdzie hodowano bydło, głównie cielęta przeznaczone na sprzedaż. Popołudniami Alex ćwiczyła w orkiestrze i jeździła z dziewczyną, która grała w niej na saksofonie tenorowym. Wszyscy już potrafili prowadzić, ale tylko Darby miał swój samochód.

Ollie z kolei mieszkał... gdzieś na wsi, Makani nie była pewna gdzie. Gdy futboliści przestali się bić, poszedł do biblioteki, a ona wróciła do przyjaciół. Później na lekcji hiszpańskiego przez chwilę poczuła na sobie jego wzrok — co ją podekscytowało, nawet jeśli tego nie chciała — ale tak naprawdę nic się między nimi nie zmieniło. Miała wrażenie, że tak już zostanie.

Serce jej zamarło, gdy zamknęła frontowe drzwi, odgradzając się od zewnętrznego świata.

— Tak, znałam Haley. Trochę. Niezbyt dobrze.

Zrzuciła trampki, zdjęła skarpetki i umieściła je razem na najniższym stopniu schodów; później zaniesie je do swojej sypialni. Buty były jeszcze jednym elementem, którego Makani nie lubiła na Środkowym Zachodzie. Poza okresem letnim było tutaj za zimno na noszenie klapek, a w trampkach i innych butach chodziło jej się ciężko. Długo trwało, zanim podeszwy jej stóp stwardniały na tyle, że buty już jej nie obcierały, a na piętach przestały jej się robić pęcherze.

„Japonki — poprawiła się. — Nie klapki”.

Wciąż używała regionalizmów i popełniała błędy. „Japonki” nie stanowiły wielkiej pomyłki. Ale wciąż się wzdrygała, słysząc, jak tutejsi ludzie mówili na napoje gazowane.

Babcia siedziała przed telewizorem, oglądając na Netfliksie serial Skandal i układając nowe puzzle. Makani opadła na ulubiony głęboki fotel, który kiedyś należał do jej dziadka. Wsunęła stopy pod uda, dzięki czemu było jej ciepło i wygodnie, a później obejrzała wieko pudełka. Puzzle przypominały stylem sztukę ludową i przedstawiały pole dyń, wiejską uliczkę oraz przebrane dzieci zbierające cukierki w Halloween. Babcia Young najbardziej lubiła układanki sezonowe.

— Czekam na lokalne wiadomości — wyjaśniła.

Makani odłożyła wieko na niski stolik i zerknęła na swój telefon.

— Zostało ci jeszcze półtorej godziny.

— Chcę usłyszeć, co powie o tym wszystkim Creston. — Creston Howard był czarnoskórym przystojniakiem, jednym z dwóch prowadzących program informacyjny o siedemnastej, a babcia Young wierzyła w każde jego słowo. — Cała ta sprawa jest po prostu okropna! Mam nadzieję, że złapią tego, kto to zrobił.

— Złapią — zapewniła ją Makani.

— Była taka młoda, taka utalentowana. Tak jak ty.

To ostatnie stwierdzenie nie było zgodne z prawdą, ale Makani dobrze wiedziała, że babci nie należy poprawiać. Już sobie wyobraziła ich kolejną kłótnię: Makani będzie próbowała wyprowadzić staruszkę z błędu, a ta zarzuci jej negatywne myślenie, Makani odpowie, że jest po prostu szczera, babcia będzie się upierała i wtedy Makani wybuchnie, wykrzykując coś w rodzaju: „Nie jesteś moją matką! A moja własna matka nawet nie zachowuje się jak matka! Nie rozmawiajmy o tym, okej?”.

Nie zareagowała więc i w milczeniu przejrzała swój telefon. Nie miała już nadziei na esemesy, wiadomości czy e-maile od Jasmine, która była kiedyś jej przyjaciółką. Nie miała też nadziei, że w jakiś cudowny i nieprawdopodobny sposób tamta sytuacja się odwróci. Nadzieje te umarły w niej dawno temu. Nie potrafiłaby wskazać dokładnego momentu, choć może nastąpiło to wtedy, gdy podpisała oficjalny dokument, zmieniając swoje nazwisko z Kanekalau na Young.

Nie przyjęła panieńskiego nazwiska matki z powodu mającego nastąpić wkrótce rozwodu rodziców. Przyjęła nowe nazwisko, bo nie było już bezpiecznie nazywać się Makani Kanekalau, o której sporo można było znaleźć w Google, a poza tym chciała w Nebrasce zacząć wszystko od nowa.

Jednak... sprawdziła telefon.

Jak zwykle z domu nie było żadnych wieści. Przynajmniej od dawna nie docierał do niej żaden hejt. Nikt jej nie szukał, a incydentem — tym wieczornym incydentem na plaży, dzięki któremu dowiedziała się czegoś nowego o sobie — nadal przejmowały się tylko takie osoby jak Jasmine. Jedyne osoby, które się dla niej liczyły. Makani nawet nie podejrzewała, że milczenie dawnych przyjaciół stanie się dla niej o wiele bardziej bolesne niż opluwanie jej tygodniami przez tysiące niedoinformowanych, nienawistnych nieznajomych. Tak, milczenie bliskich bolało bardziej.

Mimo iż nie zaczęły się znów kłócić, babcia Young powiedziała do niej z wyraźną dezaprobatą w głosie:

— Dziś rano znowu zostawiłaś otwarte szafki kuchenne.

Makani nie odrywała wzroku od telefonu.

— Nie ja zostawiłam je otwarte.

— Nie mam jeszcze kłopotów z pamięcią, kochanie. Kiedy wstałam z łóżka, ty już wyszłaś do szkoły. Sprzątanie po sobie należy do dobrych manier. Nie proszę o wiele.

— Dziś rano nawet nie jadłam śniadania! — Makani nie potrafiła ukryć narastającej frustracji. — Dzwoniłaś do swojego lekarza? Tak jak prosiłam?

— Jak dobrze wiesz, od prawie roku nie miałam epizodu.

Makani podniosła wzrok, a babcia natychmiast spuściła oczy. Babci Young trudno było mówić o własnych słabościach i zawsze denerwowała się, kiedy ktoś kwestionował jej słowa. Była to zresztą ich cecha wspólna. Babcia pewnym ruchem połączyła dwa elementy układanki, sugerując koniec dyskusji, lecz Makani wciąż się w nią wpatrywała, chcąc kontynuować rozmowę, choć zdawała sobie sprawę ze swojej hipokryzji.

Babcia była wyższa niż większość kobiet z jej pokolenia. Miała krótkie włosy, którym pozwoliła posiwieć, były więc przetykane białymi pasmami. Wyglądała dzięki nim pięknie, jak negatyw sowy śnieżnej. Dla kontrastu babcia Kanekalau ze strony ojca, mieszkanka Hawajów, nadal farbowała włosy na czarno. Używała tego samego koloru i marki farb co Alex.

Babcia Young nie była właściwie osobą surową. Miała delikatną ciemnobrązową skórę, krągłą figurę i łagodny głos, ale potrafiła mówić stanowczo, z mocą autorytetu. Kiedyś uczyła w liceum historii Stanów Zjednoczonych. Przeszła na emeryturę pięć lat temu i choć Makani była wdzięczna losowi, że nigdy nie będzie chodziła na prowadzone przez nią lekcje, to przypuszczała, że babcia była dobrą nauczycielką.

Babcia i dziadek Young zawsze byli mili, stanowiąc w tym względzie przeciwieństwo pozostałych członków rodziny Makani. Zadawali pytania. Byli uważni. Rodzice, zanim jeszcze zaczęło się postępowanie rozwodowe, skupiali się wyłącznie na sobie. Jako dziecko Makani pragnęła mieć rodzeństwo — kogoś, kto dotrzymywałby jej towarzystwa, uwielbiałby ją i się o nią troszczył, ale może i dobrze, że rodzice nie spłodzili kolejnego dziecka. Jego czy ją również by ignorowali.

Jednak powodem wygnania Makani do Osborne nie był tylko jej własny straszliwy błąd. Babcia Young również zrobiła coś złego. W ostatnie Święto Dziękczynienia, kiedy sąsiad zauważył, że lunatykując, zaczęła o trzeciej nad ranem przycinać gałęzie jego orzecha, i chciał ją obudzić, ona odcięła mu sekatorem czubeczek nosa. Lunatykowanie zaczęło się u niej po niespodziewanej śmierci jej męża poprzedniego lata. Lekarzom udało się przyszyć mięsisty fragment nosa, a sąsiad babci nie pozwał jej do sądu, lecz wydarzenia te sprawiły, że matka Makani przekonała jej ojca, że najlepszym rozwiązaniem — na wszystkie ich problemy — będzie wysłanie córki do Nebraski, by pilnowała babci Young.

Rodzice Makani w żadnej sprawie nie byli w stanie osiągnąć porozumienia, na to jednak oboje przystali. Prawdopodobnie sądzili, że obcięcie nosa nastąpiło przypadkiem.

Makani jednak uważała, że babcia nie potrzebuje opiekunki. Od jej przyjazdu tutaj babci nie przytrafiło się nic niebezpiecznego. Dopiero w ostatnich miesiącach miało miejsce kilka zwyczajnych, mało istotnych zdarzeń — pootwierane szafki, niewłaściwie rozmieszczone przybory, niezamknięte na klucz drzwi — i Makani zrozumiała, że naprawdę jest babci potrzebna.

Zwykle dobrze się z tym czuła.

Raz tylko jej pomoc odniosła skutek odwrotny do zamierzonego.

* * *

Była potrzebna w lipcu. Upał tego popołudnia był wręcz nieznośny, a towarzyszyła mu jeszcze uciążliwa wilgotność, do której idealnie pasowały koszulki bez rękawów, szorty i... niewłaściwe decyzje.

Makani miała już za sobą wszystkie te trzy sprawy.

Była akurat pierwsza rocznica śmierci dziadka Younga i babcia chciała spędzić ten dzień sama. Była to też środa, dzień kuponów z podwójnymi zniżkami, więc Makani zaproponowała, że ją wyręczy i zrobi cotygodniowe zakupy. Sklep Greeley’s Foods znajdował się niecałe cztery kilometry dalej, przy Main Street. Budynek był równie zwyczajny jak ten, w którym mieściło się liceum, z niskimi sufitami i ciasnymi alejkami między półkami.

Makani nie mogła zrozumieć, dlaczego nie zostały rozbudowane. Wokół było przecież wystarczająco dużo miejsca. W przeciwieństwie do nadmorskich Hawajów, rolniczy stan Nebraska nie mógł narzekać na brak ziemi. Nie miał w zasadzie niczego poza ziemią! Tu był zupełnie inny świat.

Weszła do sklepu z ręcznie sporządzoną listą zakupów i starą kopertą wypełnioną kuponami zniżkowymi. Od razu się dostrzegli. On w zielonym fartuchu Greeley’s uzupełniał zapas małych podłużnych pomidorków. Tylko Ollie Larsson mógł się w takim fartuchu prezentować seksownie.

Makani chciała coś powiedzieć. Po spojrzeniu Olliego wiedziała, że on również chce to zrobić. Ale żadne z nich się nie odezwało.

Pchnęła rozklekotany wózek i napełniła go zdrowymi produktami. Jej dziadek zmarł na atak serca, więc babcia ostatnio stale czytała o substancjach odżywczych. Gdy Makani zawzięcie szukała pudełek z płatkami owsianymi i torebek suszonej fasoli, poczuła dreszcz, widząc, że Ollie kręci się po sklepie. Że przeszedł od pomidorów do kabaczków. A później przebiegł do alejki piątej, gdzie zabrał się do sprzątania rozbitego słoika z jakimś słodkim sosem. Następnie wrócił do działu z warzywami.

W szkole nigdy wcześniej nie rozmawiali. Chodzili razem na kilka lekcji, ale trzymał się na uboczu. Przed tym popołudniem Makani nawet nie była pewna, czy zdawał sobie sprawę z jej istnienia. Teraz, ruszając w stronę kas, miała nadzieję, że chłopak za którąś z nich usiądzie, ale Ollie zniknął na zapleczu.

Nic nie mogła na to poradzić. Czuła się rozczarowana.

Ładowała właśnie siatki z zakupami spożywczymi do należącego do babci złotego taurusa kombi z początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy usłyszała śmiech — krótki i drwiący. Zamknęła gniewnie bagażnik, wiedząc już, że ów śmiech ma z nią coś wspólnego.

Ollie wpatrywał się w nią z uliczki obok sklepu. Przysiadł na plastikowej skrzynce po mleku i można by pomyśleć, że zrobił sobie przerwę na papierosa, tyle że zamiast niego trzymał w dłoniach książkę.

— Myślisz, że samochód mojej babci jest zabawny? — zapytała.

Na jego ustach pojawił się dziwny uśmieszek. Ollie trwał tak przez kilka długich sekund i dopiero wtedy się odezwał.

— Nie wiem, czemu miałbym się śmiać z twojego, skoro mój wygląda tak. — Wskazał na biały pojazd zaparkowany po drugiej stronie parkingu.

Był to stary policyjny radiowóz. Miał zdrapane napisy i pozbawiony był świateł na dachu, ale Makani rozpoznała go spod szkoły. Wszyscy wiedzieli, że Ollie jeździ wozem policyjnym — stanowiącym prawdopodobnie prezent od starszego brata, gliniarza — ale część uczniów okropnie mu z tego powodu dokuczała. Makani podejrzewała, że Ollie jeździł nim ciągle tylko dlatego, żeby pokazać, że nic sobie z ich drwin nie robi.

— Więc dlaczego się ze mnie śmiałeś? — zapytała.

Ollie potarł kark.

— Nie z ciebie. Z siebie.

Nie wiedziała, czy to letni upał, czy kulminacja siedmiomiesięcznej nieubłaganej nudy, ale poczuła... coś! Powoli do niego podeszła. Jej gołe nogi lśniły.

— A dlaczego się z siebie śmiałeś, Ollie?

Patrzył, jak się zbliżała, ponieważ było dla niego jasne, że ona chce, żeby on patrzył. Zwlekał z odpowiedzią. Kiedy Makani się przed nim zatrzymała, przechylił głowę i osłonił oczy przed słońcem.

— Ponieważ chciałem z tobą porozmawiać wcześniej, ale byłem zbyt zdenerwowany. Makani!

Więc wiedział, kim ona jest.

Uśmiechnęła się.

Ollie wstał ze skrzynki po mleku, a jego srebrny kolczyk w wardze błysnął w słońcu. Pomyślała, jak by to było wsunąć sobie ten jego kolczyk w usta. Minęło już sporo czasu, odkąd się z kimś całowała. Odkąd ktoś chciał ją całować.

„Weź się w garść”. Zrobiła krok do tyłu, ponieważ nie mogli rozmawiać, stojąc tak blisko siebie. Pierś w pierś. A on ją tak bardzo intrygował.

Kiwnęła głową, wskazując na książkę w miękkiej oprawie.

— Nigdy cię bez nich nie widuję.

Podniósł tom, pokazując jej okładkę: grupka mężczyzn wiszących w drzwiach i oknach jadącego pociągu. Nie rozpoznała jej, więc wyjaśnił:

— To o Amerykaninie, który podróżuje pociągiem z Londynu do Azji Południowo-Wschodniej.

— Prawdziwa historia?

Potwierdził skinieniem głowy.

— Czytasz wiele prawdziwych opowieści?

— Czytam wiele dzienników podróży. Lubię czytać o innych miejscach.

— Rozumiem. — Jej uśmiech powrócił. — Ja lubię o innych miejscach myśleć.

Stremowany, patrzył przez chwilę na jej usta.

— Każde jest lepsze od tego — oznajmił w końcu. Zrozumiała jednak, że miał na myśli całe Osborne, a nie to konkretne miejsce obok Greeley’s Foods — miejsce, w którym znajdowali się oboje.

— Dokładnie tak — przyznała.

Oparł się o ceglany mur i wtopił w cień. Nie wiedziała, czy stara się udawać niezainteresowanego, czy jest po prostu nieśmiały.

— Jesteś z Hawajów, prawda? Wracasz tam po ukończeniu szkoły?

Serce zabiło jej mocniej. Z uwagą wpatrzyła się w jego oczy — w ten palący błękit — uznała jednak za mało prawdopodobne, żeby wiedział. Hawajskie media nie ujawniły jej imienia, choć nie powstrzymało to mediów społecznościowych. Dlatego musiała zmienić nazwisko.

— Nie jestem pewna — odparła ostrożnie. — A ty? Dokąd chcesz jechać?

Ollie wzruszył ramionami.

— Nieważne. W dowolne miejsce, byle nie zostawać tutaj.

— Co powstrzymuje cię przed wyjazdem teraz?

Była naprawdę ciekawa. Wielu jej znajomym nigdy nie udało się ukończyć szkoły.

— Mój brat. I pieniądze. — Wskazał na fartuch. — Pracuję tutaj od czternastego roku życia. W tym wieku wolno zacząć pakować zakupy spożywcze.

Nikt w jej wieku jeszcze nie powiedział, że pracuje od tak dawna.

— Jezu. To... trzy lata? Cztery?

— Zacząłbym wcześniej, gdyby mi pozwolili.

Zerknęła za siebie, na opuszczoną Main Street. Budynek Greeley’s Foods stał naprzeciw skromnego rzędu niedopasowanych markiz — solarium, biura nieruchomości, warsztatu tapicerskiego i sklepu z sukniami ślubnymi, na wystawie którego były również sukienki na studniówkę. Makani nigdy nie weszła do żadnego z tych lokali.

— Chciałabym znaleźć pracę.

— Nie — powiedział. — Ty nie.

Jego pewność go zirytowała. Chciała złożyć podanie do Feed ‘N’ Seed, gdzie pracowali Darby i Alex, ale nie dostała na to zgody.

— Chciałabym. Ale według rodziców moim zadaniem jest opieka nad babcią.

Ollie zmarszczył brwi.

— Potrzebuje pomocy? Zawsze wydawała mi się zdrowa.

Makani się zdumiała... dopóki nie pojęła, że Ollie na pewno widywał babcię Young tutaj, w sklepie. Babcia dostatecznie się wyróżniała; w Osborne nie mieszkało zbyt wielu czarnoskórych. A jego brata prawdopodobnie nawet uczyła.

— Nic jej nie jest — odpowiedziała, wiedząc, że znowu nie mówi całej prawdy. — Moi rodzice wykorzystali ją jako wymówkę.

— Do czego?

— Do wysłania mnie sześć i pół tysiąca kilometrów na północ. Wiesz? Rodzice to, cholera, koszmar. — Natychmiast pożałowała swoich słów. Mówienie czegoś takiego komuś, kto nie ma rodziców, było nietaktowne. Skrzywiła się. — Wybacz.

Ollie przez kilka chwil wpatrywał się w asfalt. Kiedy znów podniósł wzrok, twarz miał obojętną, ale Makani widziała ślady wewnętrznej walki, jaką ze sobą stoczył. Nietrudno jej było sobie wyobrazić, jak strasznie jest żyć w mieście, gdzie każdy, nawet nowa dziewczyna, wie, że gdy byłeś w gimnazjum, pijany kierowca zabił ci rodziców, a twój brat wrócił do domu z Omahy, żeby się tobą zająć.

Wzruszył ramionami.

— W porządku.

— Nie, naprawdę cię przepraszam. To był beznadziejny tekst.

— A mnie jest przykro, że twoi rodzice są tacy okropni.

Makani nie była pewna, jak na to odpowiedzieć — „Czy to był żart?” — więc kiedy usta Olliego rozciągnęły się w uśmiechu, serce zabiło jej nierówno, zająkując się niczym porysowana płyta winylowa. Nie chciała zepsuć tej chwili.

— W porządku, w porządku. Lepiej pojadę do domu. — Potrząsając głową, podeszła powoli do swojego samochodu. Ale kiedy otworzyła drzwi, zawołała: — Do zobaczenia w przyszłym tygodniu, Ollie.

Chłopak przygryzł wargę.

— Do zobaczenia, Makani.

Nie miała niczego innego do przemyślenia, więc przez następne sześć dni rozmyślała wyłącznie o Olliem. Myślała o jego wargach i o swoich, i o tym, jak mogłyby się do siebie przyciskać. Nie tylko usta zresztą. Popadła w stan rozgorączkowania. Od czasu przeprowadzki do Nebraski nie miała chłopaka. Poprosiła babcię o zgodę na cotygodniowe robienie zakupów spożywczych. Wypróbowała działanie takich słów, jak „odpowiedzialność” i „dojrzałość”, dołączyła też inne, na przykład „wartościowa”, „nauka” i „doświadczenie”. I wybłagała.

Kiedy kolejny raz wyszła na parking, Ollie siedział na tej samej skrzynce po mleku. Czytał książkę i jadł czerwone lody na patyku. Makani podeszła prosto do niego. Chłopak wstał. Wyraz jego twarzy niczego nie zdradzał, lecz ona czuła to w kościach: Ollie na nią czekał.

Zbliżyła się do niego.

Zagryzł dolną wargę nad srebrnym kolczykiem. A potem kolczyk wrócił na swoje miejsce.

Kiedy Ollie bez słowa podsunął jej lody, zamiast słodyczy wybrała jego usta, ponieważ dawno już — sześć dni temu — zdecydowała, że najlepszym sposobem na zbliżenie się do chłopaka takiego jak on jest po prostu odwaga. Ich pierwszy pocałunek był wilgotny. Zimny język i słodkie owoce. „Wiśnie” — pomyślała Makani. Kolczyk był ciepły od letniego słońca. Poczuła dotyk kółka ze stali chirurgicznej w swoich ustach. Wydało jej się to trochę ryzykowne.

Lody na patyku spadły na asfalt za nimi z cichym plaśnięciem.

Obściskiwali się tam, w tej alejce, w każdą środę przez następne trzy tygodnie. W czwartym tygodniu padało, przenieśli się więc na tylne siedzenie samochodu babci. Pokonanie tej bariery prywatności doprowadziło ich do kolejnego naturalnego etapu.

— Ręce — wyjaśniła później swoim znajomym. — Nie usta.

— Mogłabyś powiedzieć to bardziej dosadnie? — spytał Darby.

— Ale to ważne rozróżnienie — powiedziała Alex. — Obmacywali się, ale nadal mieli na sobie ubrania.

Słysząc to, Makani się skrzywiła.

— Nieważne. Nie jestem nawet pewna, dlaczego wam to powiedziałam.

W piątą środę — ostatnią przed rozpoczęciem szkoły — niebo było bezchmurne, mimo to Ollie wsiadł do samochodu i pojechał w bardziej odosobnione miejsce.

Czyli oczywiście na pole kukurydzy.

I oczywiście uprawiali seks.

— Czy w ogóle zamierzaliście ze sobą chodzić? Wiesz, tak naprawdę? — zapytał ją tamtego wieczoru Darby. — Czy to po prostu wyłącznie seks?

W następnym tygodniu wszystko się skończyło. Przed pierwszym dzwonkiem pierwszego dnia szkoły na kampusie każde z nich patrzyło w inną stronę. Ollie miał minę niemożliwą do odczytania. Totalna pustka. Uświadomienie sobie prawdy było dla Makani jak uderzenie w policzek. Nie, nigdy nie rozmawiali ze sobą o chodzeniu. Nie znała nawet numeru jego telefonu. To lato stało się ich tajemnicą, co oznaczało, że jedno z nich — lub oboje — się tego wstydziło.

Makani się nie wstydziła. Była zmieszana, tak. Ale nie zawstydzona.

Więc to Ollie.

Zmrużyła oczy. Ollie zmrużył swoje. Czy wiedział? Czy w jakiś sposób dowiedział się o tej nocy na plaży? Teraz będzie się zachowywał, jakby nigdy się nie znali. Dawny wstyd powrócił do Makani z całą siłą.

Tak jak upokorzenie. I wściekłość. Nie chciała już nawet na niego patrzeć i nigdy już nie pojechała do sklepu Greeley’s. Ubłagała babcię, żeby ponownie sama zajęła się zakupami, tłumacząc się, że szkoła zajmuje jej zbyt dużo czasu. Nie zajmowała. Makani została osądzona i pokazano jej miejsce w szeregu, ale nadal nudziła się jak diabli.

* * *

Gdy znów — daremnie — sprawdziła swój telefon, na ekranie którego dwie małe kreski oznaczały żałośnie słaby zasięg, zadała sobie pytanie, czy również nuda skłoniła ją do tego, by podejść do Olliego podczas lunchu. Czy naprawdę tak nisko upadła?

Prawdopodobnie. Cholera.

— Och, działaj — powiedziała babcia Young. Wirujący krąg wypełnił ekran telewizora, a Olivia Pope umilkła w połowie zdania. — Dzwoniłam w zeszłym tygodniu do kablówki, ale powiedzieli mi, że mamy wykupiony pakiet z łączem o największej przepustowości.

Makani przypomniała sobie swój parterowy dom przy plaży na Hawajach, gdzie Internet zrywał się tylko w trakcie najgorszych tropikalnych burz. Gdzie na jej telefonie zawsze były wszystkie kreski. Dlaczego w Osborne, mieście w głębi lądu, nie potrafili rozwiązać tego problemu? Dlaczego wszystko było tu tak cholernie trudne?!

Wyłączyły Netflix. Makani zabrała swoje buty i poszła na górę odrobić lekcje. Kiedy wróciła na dół o siedemnastej, Creston Howard nie powiedział niczego nowego. Jego słowa nie uspokoiły babci Young, za to Makani miała ochotę trzasnąć tego faceta w szczękę. Nie spodziewała się zresztą niczego więcej. Obie widziały już wcześniej ten materiał filmowy w Internecie: otoczony oznaczającą miejsce zbrodni taśmą policyjną dom na farmie Whitehallów, zdenerwowany i rozżalony ojciec Haley, udający się na przesłuchanie na posterunek policji, i sama Haley, latająca w zeszłym roku nad sceną jako Piotruś Pan.

— Tej nocy Osborne rozpacza po Haley Madison Whitehall — oznajmił Creston, kończąc ten odcinek wiadomości z uroczystą miną. — To smutny dzień dla całej smutnej społeczności.

Babcia Young pokiwała głową, Makani zaś wykrzywiła się z niesmakiem. Ani jej babcia, ani Creston najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy, że tym stwierdzeniem prezenter obraża całe miasto. Chociaż... nie mylił się. Określenie „smutny” dobrze opisywało Osborne.

Powstrzymała jednak swój krytycyzm, ponieważ dziewczyna nie żyła i to było naprawdę smutne.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki