Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
34 osoby interesują się tą książką
Ona nie jest romantyczką, która wyczekuje rycerza na białym koniu. Właściwie nie potrzebuje żadnych mężczyzn, bo jedyny, który ją interesuje, to Władca Piekieł – i to jemu pragnie zawsze służyć.
On z pewnością nie jest dżentelmenem ratującym damy z opresji. W istocie jest przyczyną kłopotów wielu z nich, a jedyne, co go obchodzi, to on sam.
Madi jest w niebezpieczeństwie. Rika i Zahar, Strażnicy Piekła, próbują dociec, gdzie znajduje się dziewczyna i kto stoi za jej zniknięciem. To, czego dowiedzą się przy okazji, na jakie trafią tropy i które sekrety ujawni Pan S., spowoduje w ich nieżyciu totalny chaos.
Tak naprawdę jednak prawdziwą destrukcję wprowadzi w ich rzeczywistość tlące się uczucie, duszone przez tysiące lat, mimo to wciąż podsycane żalem i niechęcią.
Ponoć w Piekle nie ma miejsca na uczucia, ale co, jeśli się okaże, że z grzechu może narodzić się miłość? I co, jeśli ta miłość zostanie wystawiona na próbę? Próbę na śmierć i… śmierć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 331
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
KTÓRYM GRZECHEM JESTEŚ
Laura Passer
Jakiekolwiek podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych (w zasadzie tylko zmarłych), wydarzeń czy miejsc jest całkowicie nieprzypadkowe i zamierzone.
Wszelkie wydarzenia, postacie i nazwy występujące w tej książce nie są żadnym wytworem wyobraźni autora ani fikcją literacką, a najprawdziwszą prawdą opartą na faktach, i to autentycznych. Serio, serio, sami zobaczycie. Po śmierci.
PS Czytasz na własny brak odpowiedzialności.
„Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży, szukając, kogo pożreć” (1 P 5, 8).
Moje drogie grzesznice… i drodzy grzesznicy.
Przed sobą macie jakże wyczekiwany, wymarzony, wybłagany, a wręcz wymuszony drugi tom Misterium Piekła. Tak, tak, trochę czasu upłynęło, ale jak sami wiecie… Grzesznicy czasu nie liczą, a w Piekle nie mamy zegarków… tak że ten tego.
Mam nadzieję, że przez ten okres nie próżnowaliście i nazbierało wam się na sumieniu sporo grzechów. W razie czego Pan S. czeka z otwartymi ramionami.
Na pewno też tęskniliście za Madi’ach. Jej marzeniem było, aby zostać Strażniczką Piekła. Aby tak się stało, musiała nakłonić naszego nieskazitelnego doktorka Davida do złamania najcięższego z grzechów. Niestety wszystko się posypało. Nie dość, że bidulka się w nim zakochała, to jeszcze przypadkiem spotkała na swojej drodze chorą na białaczkę dziewczynę, która okazała się jej siostrą. A to jeszcze nie koniec jej dramatów. Gdy jej duszą na dobre zawładnęła miłość do Davida, dowiedziała się, że to ona – jeszcze wtedy żywa – stoi za wypadkiem zmarłej żony doktora.
Madi postanowiła poświęcić duszę dla swojej chorej siostry, której dni były już policzone. Być może chciała tym odkupić swoje… grzechy popełnione za życia? Niestety tego nie wiemy, gdyż okazało się, że pracująca w szpitalu Alice jest kimś więcej niż tylko zwykłą pielęgniarką. Kimś, kto mógł mieć bardzo niecne zamiary wobec Madi.
Moda na sukces, co nie? Ale to nie wszystko. Wisienką na torcie było wyznanie Pana S., że Madi tak naprawdę jest… jego córką! Wyznanie w afekcie, kiedy to okazało się, że Madi’ach zniknęła. A kogo obwiniał o tę sytuację Pan S.? Oczywiście Boga.
Czy ma rację? Gdzie zniknęła Madi? I jak to możliwe, że Pan S. mógł mieć dzieci?
Dobrze, dobrze, już was nie zanudzam, nie przedłużam, wszystkiego się zaraz dowiecie.
Zapraszam z powrotem do Piekła…
Shaffer złapał kobietę za gardło i zdecydowanym ruchem skierował ją ku dołowi. Bez żadnych obiekcji padła na kolana i zaczęła powoli rozpinać jego rozporek. Uśmiechnęła się do niego, co uwidoczniło siatkę drobnych zmarszczek wokół jej oczu. Ewidentnie była od niego starsza. To dobrze.
– Umiesz sprawić, bym nic nie czuł? – wyszeptał nieco bełkotliwie. Był już po paru głębszych kieliszkach.
– Kotku, sprawię, że zaraz będziesz chodził po ścianach – odparła, według niej samej niezwykle uwodzicielsko, ale mężczyzna zacisnął zęby z irytacji. Właściwie chciał, by już sobie poszła, denerwował go jej piszczący głos i zbyt długie paznokcie.
No ale skoro była już na kolanach…
Nagle w domu rozległo się donośne pukanie w drzwi wejściowe. David spojrzał zdezorientowany na zegar przy łóżku, który wskazywał jedenastą w nocy. To nie była normalna pora na odwiedziny, coś musiało się stać.
– Zaraz wrócę – rzucił zdawkowo, zostawiając kobietę w sypialni.
Zdążył zapiąć spodnie z powrotem i zszedł na dół. Rozchełstana koszula nie do końca zakrywała jego klatkę piersiową, gdy otwierał drzwi.
– Tak? – Popatrzył ze zdziwieniem na mężczyznę stojącego tuż przed domem.
Wysoki, szczupły, ale dosyć barczysty. Miał na sobie czarną koszulę, idealnie przylegającą do jego postawnej sylwetki, oraz czarne spodnie, które również wyglądały na szyte na miarę. Zapewne od jakiegoś cholernie znanego projektanta, na czym on i tak się nie znał.
– David Shaffer? – odezwał się nieznajomy.
– Taaak, a o co chodzi?
Mężczyzna bez żadnego zaproszenia wszedł do środka i stanął w holu, rozpraszając tym osobliwym zachowaniem gospodarza.
– Musimy porozmawiać.
– Przepraszam, ale kim pan w ogóle jest?
– Sariel. – Wyciągnął ku niemu dłoń. – Ale wolę, jak mówią mi S.
Shaffer w jednej chwili się spiął i zmrużył złowrogo oczy.
– S.? – powtórzył po nim szorstko.
– Czyli już o mnie słyszałeś. – Bardziej stwierdził, niż zapytał.
David zmierzył go lekceważąco wzrokiem i przeszedł do kuchni, nawet nie zapraszając gościa.
– Szukasz swojej pracownicy? – rzucił kpiąco, kiedy usłyszał, że ten idzie za nim. Otworzył lodówkę i spojrzał na napoczętą butelkę stojącą na jej drzwiczkach. Będzie potrzebował alkoholu.
– Pracownicy? – Pan S. początkowo nie załapał. Jeszcze zanim zdążył zapytać, rozsiadł się wygodnie na krześle przy stole.
– S., szef Madi, czyż nie? – Shaffer nalał sobie whisky do szklanki i od razu wypił połowę. Po chwili dodał z fuknięciem: – Chociaż może i to było kłamstwem.
Pan S. w końcu połączył kropki.
– Tak, Madi pracuje w mojej firmie.
– I cóż cię do mnie sprowadza?
– Pomóż mi ją odnaleźć.
David prawie się opluł ze śmiechu.
– To jakiś żart? Przychodzisz do mnie w środku nocy i mówisz, że mam ci pomóc ją odszukać?
– Jest noc? – Pan S. wyjrzał skonfundowany za okno. – Wybacz, jeszcze mi się to myli.
– Tak, cóż… – kontynuował, ignorując dziwaczną niemożność odróżnienia pór dnia przez swojego gościa. – Niepotrzebnie się fatygowałeś, bo nie mam pojęcia, gdzie jest Madi’ach. Zresztą nic mnie to już nie obchodzi. – Odsunął sobie krzesło z drugiej strony stołu i usiadł wygodnie. Uśmiechnął się szyderczo półgębkiem. – A co, zdefraudowała pieniądze firmy?
– Zdefraudowała? – Pan S. zmarszczył brwi. – Czemu niby miałaby to zrobić?
– Bo jest pieprzoną kłamczuchą – syknął przez zęby.
– Nie chodzi o pieniądze, tylko o jej bezpieczeństwo. Wiem, że byliście ze sobą blisko…
– Wiesz? Niby skąd?
– Mówiła o tobie.
Shaffer się nie odezwał. Znowu wziął porządny łyk alkoholu, świdrując swojego towarzysza pełnym chłodu spojrzeniem. Pan S. widział, że w lekarzu coraz mocniej zaczynają buzować emocje.
– Potrzebuję twojej pomocy. Może wiesz, gdzie…
– Nawet gdybym chciał – przerwał mu ostentacyjnie – a nie chcę, to nie jestem w stanie jej odnaleźć. Uwierz mi, próbowałem. – Odłożył z łoskotem pustą szklankę.
– To znaczy?
– To znaczy, że wyrolowała każdego z nas. Byłem u niej w domu. – Przy ostatnim słowie zrobił w powietrzu cudzysłów palcami. – Przeszedłem wszystkie dziewięć mieszkań w kamienicy. W żadnym z nich nie mieszkała młoda dziewczyna o blond włosach, rozumiesz? Żaden lokator jej nie kojarzył. Żaden.
– Może…
– Zawoziłem ją tam wielokrotnie. Mówiła, że ma współlokatorkę, która nie znosi jej gości. – Kręcił głową w niedowierzeniu. – Pieprzenie.
Pan S. westchnął głęboko, lekko pocierając dłonią skroń. Właśnie się zorientował, że to będzie trudna rozmowa. Wskazał na puste szkło.
– Nalej mi też.
David obdarował go triumfującym uśmieszkiem. Wstał i rozlał teraz whisky do dwóch szklanek. Jedną podał tajemniczemu facetowi.
– Dane, które podała w szpitalu, to jakieś banialuki – kontynuował. – Powinniśmy to sprawdzić, ale cóż… Potrafiła wszystkich oczarować.
– Może miała ku temu jakiś powód. – Pan S. przechylił szklankę. Gorycz alkoholu wykrzywiła mu usta. Gardło zapiekło, a w żołądku chwilę później rozlało się przyjemne ciepło. Dodał jakby sam do siebie: – Naprawdę niezły macie tu alkohol.
Tu?
David jednak nie wciągnął się w dyskusję o trunkach.
– Pewnie, miała. By oskubać jak najwięcej naiwniaków na kasę. Lepiej sprawdź. – Pokiwał głową. – Może nawet nie wiesz, że okradła ci firmę.
– Nie sądzę, by zależało jej na pieniądzach – zaczął powściągliwie Pan S.
– Może też na zabawie. – David nie odpuszczał. – Znalazłem nawet jej eks faceta. Trzy razy odwiedzałem klub, w którym kiedyś go spotkaliśmy, i w końcu się pojawił. I wiesz co? Wyśmiał mnie. Powiedział, że tak właśnie działa Madi. Najpierw kupował jej drogie prezenty, potem zostawił dla niej żonę i dziecko, a następnie ona zostawiła jego.
Davidowi całkowicie rozplątał się język. Prawdopodobnie cała skumulowana złość z ostatniego miesiąca potrzebowała już ujścia. Gorycz i irytacja przepływały przez całe jego ciało.
– Świetnie. Myślisz, że będę czekać, aż skończysz pogawędkę ze swoim koleżką?
Obaj spojrzeli w kierunku schodów, z których bezszelestnie zeszła kobieta w obcisłej miniówce i z butami w rękach. David spojrzał na nią nieobecnym wzrokiem. Nawet nie chciało mu się udawać, że jest mu przykro.
– Wybacz. Stary przyjaciel z wojska. – Wskazał na Pana S., którego szczerze to rozbawiło.
– Spadam stąd! – fuknęła, kierując się do drzwi. – Nie kłopocz się odwiezieniem mnie, wezmę Ubera!
Pan S. otaksował ją wzrokiem.
– A taki był z ciebie ułożony chłopak – mruknął pod nosem, na co David zmierzył go pochmurnym spojrzeniem. – Tak mówiła Madi.
– Darujmy sobie te gadki. Powiedziałem ci, że nie mam pojęcia, gdzie może być, i nie zamierzam się tym dłużej zajmować. To naciągaczka, która po prostu stąd spieprzyła. Pewnie już mami następnego faceta.
– Zabrała ci jakieś pieniądze? Naciągała na drogie prezenty? – Pan S. postukał palcem w blat stołu.
– Tym razem jej się nie udało. Może myślała, że skoro jestem lekarzem, to śpię na forsie. No, niestety. Dlatego w porę się ulotniła.
Pan S. nie pomyślał, że będzie aż tak trudno. Zadra w sercu Davida Shaffera była naprawdę sporej wielkości. Przyglądał mu się z dużym zaciekawieniem. I na to wzburzenie, i na ogrom emocji, które siedziały w nim aż do teraz. Zupełnie nie przewidział tego, że doktor naprawdę zakocha się w… jego córce. Alkohol i dziewczyny na jedną noc sugerowały, że ktoś bardzo chciał zapomnieć. Cóż, on sam zbyt dużo wiedział na ten temat.
– Jeśli trzeba, zapłacę ci za poświęcenie. Spędziliście razem mnóstwo czasu. Na pewno zauważyłeś coś…
– Dlaczego tak bardzo ci zależy? – Shaffer zmrużył oczy, a potem się wyprostował. Jego twarz przeciął szyderczy uśmiech. – A może tobie też zawróciła w głowie? Była czymś więcej niż pracownicą? – podjudzał.
Nie zobaczył jednak reakcji jakiej mógłby się spodziewać.
Pan S. westchnął głęboko i rozpiął górny guzik koszuli.
– Madi zdecydowanie była kimś więcej niż pracownicą. Była moją córką. Jest, do cholery! – warknął na swoje przejęzyczenie.
– Córką? – wydukał zaskoczony.
– Dobrze słyszałeś.
– Czyli o tym też kłamała? Mówiła mi, że została adoptowana.
– Nie kłamała. – Pan S. przeczesał nerwowo włosy palcami, burząc tym swoją idealną fryzurę. – Jestem jej… – Zawahał się. – Biologicznym ojcem. O czym zresztą jeszcze nie wie.
David spojrzał na niego z dziwnym grymasem. Nie dałby facetowi więcej niż jakieś trzydzieści osiem lat, może czterdzieści.
– Bardzo młodym ojcem – skwitował.
– To prawda.
– Czegoś tu nie rozumiem. – Shaffer pokręcił głową. – Jak trafiła do twojej firmy?
– Ja ją znalazłem. Znalazłem i zatrudniłem u siebie.
Pan S. nigdy by nie pomyślał, że będzie musiał się zwierzać z tak delikatnych spraw obcemu, żywemu człowiekowi. Mocno ułatwiała mu to jednak ta gra słów i niedopowiedzeń. Prawda była znacznie mroczniejsza, niż sądził David. Nie potrafiłby jej mentalnie udźwignąć. Już ta wersja historii ledwo mieściła mu się w głowie.
– To jest chore! – wzburzył się doktor. – Oddałeś swoje dziecko, a teraz się nią bawisz? Zatrudniasz ją u siebie i pozwalasz jej myśleć, że jesteś tylko szefem? To. Jest. Chore.
W Panu S. wzburzyła się krew, opanowanie zniknęło. Walnął pięścią o stół.
– Nigdy bym jej nie zostawił! Nigdy! – podniósł głos. – Byłem cholernie młody, a oni mi ją zabrali. Rozumiesz? Nie dali żadnego wyboru.
David nie zapytał kto, tylko od razu założył, że chodzi o rodziców. Patrzył na rozjuszonego Sariela i – chcąc nie chcąc – widział w nim szczerość. Mógł mieć czternaście, może piętnaście lat, kiedy się urodziła. Sam był dzieckiem. Oczywiste, że dla niektórych rodziców byłby to prawdziwy skandal. Zapewne dlatego rodziny postanowiły oddać ją do adopcji.
– Mimo wszystko powinieneś jej powiedzieć. To jak igranie z ogniem.
– Czekałem na właściwy moment. Poza tym… to nie jest takie łatwe. – Znowu napił się alkoholu, próbując ułożyć w proste słowa to, co zamierzał powiedzieć. – Nie jestem zwykłym człowiekiem. Prowadzę działalności, które wykraczają poza… granice legalności – mówił powoli, dobierając słowa. – Mam wielu wrogów. Ludzi, którzy nie życzą mi dobrze. Gdyby się dowiedzieli, że mam córkę… Musiałem ją przed tym ochronić. Nie była gotowa, by nieść takie brzemię.
– Co ty, do cholery, chcesz mi powiedzieć? – David nachylił się nad stołem. – Zresztą nie kończ. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Zachowaj swoje opowieści o ciemnych interesach dla siebie.
– Obawiam się, że zniknięcie Madi’ach może mieć z tym wiele wspólnego. – Westchnął z rezygnacją.
Shaffer zbladł. Dotarł do niego sens słów Sariela i dosłownie go zmroziło. Na chwilę zapomniał, jak bardzo „nienawidzi” Madi i jak wielki ma do niej żal. Zapomniał, że czuł się przez ostatni miesiąc jak pieprzony idiota. Zapomniał, że miał nigdy więcej jej nie wspominać. Teraz, kiedy pomyślał, że może być w niebezpieczeństwie, coś szarpnęło gwałtownie jego żołądkiem. Jego złość i rozgoryczenie były niczym w porównaniu do uczucia strachu, które pojawiło się zupełnie naturalnie.
Potrzebował dłuższej chwili, by do głowy zaczęły napływać racjonalne myśli. Jak zawsze jego rozsądek próbował walczyć z gwałtownymi, niechcianymi emocjami.
– Nadinterpretujesz sytuację. Minął miesiąc. Gdyby twoi „nieprzyjaciele” mieli zamiar ją przeciw tobie wykorzystać, już miałbyś od nich jakieś informacje. Nie chcę burzyć ci wizji ukochanej córki, ale wszystko wskazuje na to, że po prostu wzięła nogi za pas. Madi była… – Zawahał się. Nie zauważył, w przeciwieństwie do Sariela, że jego głos stał się bardziej miękki. – Bardzo chwiejna. Niepewna. Jednego dnia zdystansowana, a drugiego zagubiona. Być może miało na to wpływ jej wyobcowanie. Czuła, że nie pasuje do swojej rodziny, na długo przed tym, jak dowiedziała się o adopcji. Może dlatego tak traktowała innych… W każdym razie wszystko wskazuje na to, że znowu się wywinęła.
Pan S. słuchał go z zaintrygowaniem, ale też i lekką zazdrością. Zaintrygowało go to, że ten mężczyzna naprawdę przejmował się Madi. Dbał o nią, o jej uczucia. Pod tym płaszczykiem złości i żalu czaiło się mnóstwo smutku i czułości. Być może naprawdę ją kochał?
I zazdrościł mu, bo wyglądało na to, że David wiedział o niej więcej niż on sam.
Powoli wstał od stołu. Stwierdził, że dalsza rozmowa nie ma już sensu. Mężczyzna najwyraźniej potrzebował czasu, by uporać się ze swoimi emocjami.
Wyciągnął kartonik z kieszeni.
– Tu masz mój numer telefonu, gdybyś zmienił zdanie. Jeśli nie odbiorę, zostaw wiadomość.
– Wątpię, żebym zmienił zdanie. Madi chyba niespecjalnie chciałaby być odnaleziona. A już na pewno nie przeze mnie. – Również wstał. – Może już nawet nie pamięta, jak mam na imię.
Kąciki ust Sariela uniosły się nieznacznie.
– Jesteś taki pewny? – Wyciągnął jeszcze z kieszeni złożoną na pół kartkę i położył na stole. – Zahar znalazł to w szpitalu, w koszu na śmieci… Dobranoc. Nie kłopocz się, sam trafię do wyjścia.
David odprowadził go wzrokiem do drzwi, po czym wziął do ręki zwitek papieru. Na wierzchu litery układały się w napis: „Dla Davida”. Zajrzał do środka.
Ja również czułam się całe życie winna. Teraz już wiem dlaczego i muszę to odpokutować. Wybacz.
Jego usta rozchyliły się bezwiednie w zdumieniu.
***
– Co wiemy? – Do gabinetu wparowała Rika i usiadła na sofie tuż obok Zahara.
– Wciąż niewiele – odpowiedział jej z marsową miną.
– Nie jestem pewien, czy Shaffer nam pomoże. – Pan S. krążył po pokoju. Mechanicznie pocierał palcami swoje srebrne sygenty, jak to miał w zwyczaju robić, gdy się nad czymś intensywnie zastanawiał. – Madi’ach chyba mocno zalazła mu za skórę.
– Twoja krew, czyż nie? – odparł Zahar nie bez drobnej złośliwości.
Pan S. nie skomentował, jedynie zmrużył oczy.
– Czy Niebo objęło już konkretne stanowisko? – zapytała ostrożnie Rika. Nie chciała drażnić szefa, a te rozprawy doprowadzały go do wściekłości.
– Nadal podtrzymują zdanie, że Bóg nie ma nic wspólnego z zaginięciem Madi. Biegły do spraw tożsamości duchowej utrzymuje nawet, iż Madi’ach nie jest moją córką i to tylko mój wymysł.
– Może mieć rację? – zasugerowała nieśmiało.
– Gówno, nie rację. – Zeźlił się, opadając na swój fotel. – Facet jest przekupiony, to oczywiste.
– I co dalej?
– Nic – fuknął. – Stwierdzili, że dalsze postępowanie nie ma sensu. Temat jest zamknięty. Aha, i oczywiście nie mamy wstępu na wysokie piętra aż do odwołania.
– A Bóg? Pojawił się w końcu? – dopytał Zahar.
– Naturalnie, że nie. Nie wyściubi nosa ze swojej nory. Jest przecież tak wielki i poważny – drwił Pan S. – Po cóż miałby tracić swój niezwykle cenny boski czas dla byle kogo? – Zrobił długą pauzę, wpatrując się przenikliwie w dębowe biurko. Nagle uderzył pięścią w blat. – Skurwiel!
Jęknął z bólu.
– Skrzydło? – Rika mechanicznie podniosła się z kanapy. Kiedy przytaknął, podeszła do drewnianej gabloty. Wyciągnęła z niej niewielkie pudełeczko, w którym znajdowała się maść. – Pokaż.
Pan S. rozpiął powoli koszulę, sycząc z bólu. Rana bardzo słabo się goiła. Nic zresztą dziwnego, skoro została wyrządzona przez samych Stróżów Nieba.
Skrzydła mechanicznie wysunęły się zza jego pleców, więc wstał i pozwolił, by Rika się nim zajęła. Ta złapała za prawe skrzydło u podstawy. Zaczęła powoli smarować dotkliwie zranione miejsce.
Zahar przyglądał się temu, kręcąc głową.
– Może nie powinniśmy we trójkę stawiać się całej Górze – skwitował.
– Gdyby trzeba było, stanąłbym tam nawet i sam. – Pan S. popatrzył na niego groźnie. Wciągnął powietrze z sykiem, kiedy Strażniczka ucisnęła ranę.
– Wyglądałbyś jeszcze gorzej. – Zahar podniósł czerwone jabłko, które leżało w koszyku na stoliku obok. Wpatrzył się w nie z zaciekawieniem, po czym wgryzł mocno. Nic nadzwyczajnego. Nie rozumiał zamiłowania szefa do ziemskiej rzeczywistości.
Rika skończyła wsmarowywać maź – swoją drogą również specyfik ziemski – jednak Pan S. musiał chwilę odczekać, by się wchłonęła. Rana powodowała, że nie mógł kontrolować skrzydeł tak, jak zawsze.
– Mogliśmy zwołać resztę Strażników. Z chęcią ruszyliby na Górę, dawno nie mieli okazji brać udziału w żadnej rozróbie. – Zahar uśmiechnął się łobuzersko.
– Nie było na to czasu. To po pierwsze. A po drugie… na razie nie muszą o niczym wiedzieć. To sprawa między mną a Bogiem.
No cóż, sprawa, która totalnie wymknęła się spod kontroli. Spontaniczne odwiedziny w Niebie nikogo tam nie ucieszyły. Jak rozwalili połowę biur, a dyżurni nie mogli poradzić sobie z niechcianymi gośćmi, wezwano Stróżów. A następnie samych Aniołów. Można więc powiedzieć, że walka była mocno nierówna. Żeby jednak nie nadszarpywać reputacji Nieba, pozostawiono ich w całości, jedynie nieco poturbowano. Potem zaś doszło do oficjalnej rozprawy, która miała „załagodzić ten nieprzyjemny incydent”, jak to się wyraził minister sprawiedliwości, Archanioł Mikael. Sariel powiedział swoje, a Niebo swoje. Nad wszystkim czuwali Niezrzeszeni, czyli wąskie grono, które od wieków egzystowało w Czyśćcu, więc zawsze w przypadkach sporów stanowili neutralne tło. Choć w tej kwestii Pan S. miał wrażenie, że wszyscy są przeciwko niemu.
Rika była mocno za tym, by uczestniczyć w sporze, ale Sariel z nieznanego im powodu wciąż nie chciał wtajemniczyć swoich Strażników w całą sytuację. Nie wiedzieli więc, co zostało powiedziane za drzwiami sali rozpraw. Nie mieli pojęcia, jakim cudem Madi była córką Władcy Piekieł i jak Bóg mógł przyczynić się do jej zniknięcia. To frustrowało ich coraz bardziej.
Oboje usiedli teraz naprzeciw swojego szefa i z pewną dozą niepewności wpatrywali się w jego nagi tors naznaczony mnóstwem tatuaży. Obrazów, których znaczenia również nie mogli odgadnąć.
– Myślę, że już czas na wyjaśnienia – odezwała się w końcu ruda.
– To nienajlepszy pomysł. – Pan S. pokręcił głową. Znowu ta sama śpiewka, którą raczył ich od miesiąca.
– Jak mamy ci pomóc, skoro nie chcesz nas wtajemniczyć? – Zahar w końcu zabrał głos, ale szef szybko zgromił go wzrokiem.
– Nie ufasz nam – odezwała się Rika z żalem. W istocie czuła się nieco odsunięta. Pan S. zawsze był skryty, ale przecież była jego prawą ręką. Miał wielu ludzi, wielu Strażników, ale to Rika i Zahar byli mu najwierniejsi.
– Nie ufam? – Przeniósł na nich wzrok. Wstał powoli i się wyprostował. Palcami prawej dłoni przejechał po dwóch linijkach tatuażu, który zdobił jego żebra, tuż pod piersią. Strażnicy dopiero teraz mogli się przypatrzeć małym literom.
– „Rika” i „Zahar” – przeczytała zdumiona. – Nasze imiona?
– Gdybym wam nie ufał, nie byłoby tu tego napisu – powiedział cierpko. – Nie byłoby waszych imion na moich cholernych żebrach, w miejscu, które sprawia najwięcej bólu podczas tatuowania.
– Nic już nie rozumiem. – Zahar z westchnieniem opadł na oparcie kanapy. Uniósł łobuzersko brew. – To jakieś wyznanie miłosne?
– Po co ci tatuaże? – spytała cicho Rika, nie zwracając uwagi na głupie teksty kolegi.
Napięcie w gabinecie Pana S. niebezpiecznie oscylowało w górę. Tu skumulowały się wszystkie niedopowiedzenia ostatniego czasu, czekając tylko, by wypłynąć, zapewne w najmniej odpowiednim momencie.
Cisza się przedłużała. Prawie stracili już nadzieję, że uda im się w końcu coś wycisnąć ze swojego szefa.
– Żeby nie zapomnieć – odpowiedział jeszcze ciszej. Jego twarz przypominała teraz zimną skałę. Bez emocji, choć tak bardzo jasne było, że jest ich tam mnóstwo. – Żeby nie zapomnieć o najważniejszym.
– Przecież tylko ludzie zapominają. – Rika zmarszczyła nos. – Tobie to nie grozi.
– Grozi, jeśli ktoś bardzo by tego chciał. – Spojrzał znacząco ku górze.
– To brzmi… – Zahar popatrzył na dziewczynę, ale Pan S. wychwycił to pobłażliwe zerknięcie. – Nieco paranoicznie.
– Nie obchodzi mnie, jak to brzmi. Niebo nie jest tak… niebieskie, jak się wam wydaje. Ma na swoim koncie wiele zamiecionych pod dywan grzechów. Wyczyszczenie pamięci niewygodnym świadkom byłoby świetnym sposobem na kontrolę.
– Nawet jeśli… to tobie by tego nie zrobili. Niby jak? Nie mają nad tobą władzy. Nie mają takiej mocy.
– Bóg jest zdolny do wszystkiego – powiedział enigmatycznie. – A to jest moje zabezpieczenie. „Madi’ach”. – Wskazał swoje ramię. – Jak moja córka. A także „Zahar” i „Rika”, jak moi najwierniejsi Strażnicy.
Chociaż w gabinecie nigdy nie dochodziło do wylewnych wyrazów sympatii, to w tym momencie Rika miała ochotę rzucić się pod nogi swojego szefa. Wiedziała, że Zahar uczyniłby to samo, tylko nie chciał dać po sobie poznać, że i na nim to wyznanie wywarło ogromne wrażenie.
– Wciąż wydaje się to absurdalne. I skąd to przekonanie, że to oni porwali Madi? Może Niebo naprawdę nic nie wie.
Pan S. wypuścił powietrze z płuc. Jego skrzydła w końcu się schowały, a on mógł włożyć z powrotem koszulę.
– Może dlatego, że cholerny Bóg mnie nienawidzi i zrobiłby wszystko, by uprzykrzyć mi życie?
– Taaak, znamy tę śpiewkę. Ale dlaczego?
Szef nabrał wody w usta. Zacisnął szczęki i zaczął krążyć po gabinecie. Strażnicy znowu wymienili spojrzenia, a Zahar pokręcił głową. Kolejny raz niczego się nie dowiedzą. Od jakiegoś ziemskiego miesiąca szukali Madi, tropiąc praktycznie na ślepo. Pan S. twierdził, że to wina Boga, że to On ukrył dziewczynę, ale już powodu, z jakiego niby miałby to uczynić, nie chciał im zdradzić.
– Już mówiłem. To sprawa między mną a Bogiem. I zostanie nią na kolejne wieki.
– Więc dalej mamy szukać po omacku jak idioci? – zapytał zniecierpliwiony Strażnik.
Pan S. odwrócił głowę i zmiażdżył go spojrzeniem. W tym momencie Zahar pożałował swojej zuchwałości. Może i szef nie kazał przed sobą klękać, całując pierścienie na dłoniach, ale wciąż był ich Panem i Władcą. Uległość i lojalność krążyła w ich ciemnobrunatnej krwi. Zahar spuścił wzrok i zamknął usta.
– Tak, macie jej dalej szukać. I ją znaleźć, do cholery!
– Jedynym naszym tropem była Sonia… – Rika zignorowała marudzenie kolegi. – Niepotrzebnie ją wtedy zostawiliśmy. Trzeba było zawołać któregoś ze Strażników, żeby jej pilnował.
– Wiemy coś o niej?
– Taaa. – Pan S. znowu upił łyk alkoholu, zapominając, że jeszcze chwilę temu mu nie smakował. – Nagle dostała ułaskawienie. Stwierdzono małą szkodliwość czynów i że jej przebywanie w Piekle nie ma podstawy prawnej.
– Bezczelni. – Zahar się zjeżył.
– Mogą zrobić wszystko. Tak naprawdę mogliby mi nawet napluć w twarz i postawić Madi’ach przed nosem, mówiąc, że jest ich własnością. Jedyne, co ich jeszcze powstrzymuje, to opinia publiczna.
– Ale dlaczego? – Rika rozłożyła ręce. – Po co im Madi? Po co ta cała szopka?
– Sam chciałbym to wiedzieć. – Pan S. potarł zmęczoną twarz. Rozejrzał się po gabinecie nieobecnym wzrokiem. – Idźcie już. Mam jeszcze mnóstwo spraw na głowie. Pomówimy później.
Kiedy tylko jego Strażnicy opuścili komnatę, Sariel udał się do swojej sypialni. Wisiało mu nad głową mnóstwo spraw, ale nie miał najmniejszej ochoty, by je teraz załatwić. Jeszcze nie tak dawno o tej porze zaczynaliby kolejne przyjęcie. Zeszłoby się mnóstwo ludzi, grzeszników żądnych różnorakich uciech. Od alkoholu, przez muzykę, kończąc na orgiach. Ale tego dnia nie miał już na nic chęci. Na żadne towarzystwo, na żadne rozrywki.
Najpierw rozpiął koszulę. Guzik po guziku przesuwał palce po cienkim materiale.
Ściągnął też spodnie, a za nimi bieliznę. Ułożył je równo przy łóżku. Stanął w półmroku nagi przed lustrem. Nie patrzył jednak na swoje ciało, a na zdobiące je liczne tatuaże. Może miał paranoję. Może nikt nie zabrałby mu wspomnień. Odsłonił lewy nadgarstek. W rzędzie jedno pod drugim wypisane były słowa:
Bóg
Wierność
Zdrada
Cierpienie
Zemsta
Nadzieja
Nadzieja była najświeższa, jeszcze niezagojona. Tak jak jego relacja z Madi. Niepewna, niepotwierdzona, wisząca na włosku.
Był wściekły, ale wiedział, że zasługiwał na karę. Popełnił najcięższy z grzechów, i to miało swoje konsekwencje. Ale teraz, kiedy udało mu się znaleźć córkę, kiedy jego życie znowu pojaśniało, On znowu zadał mu cios w serce.
Podszedł do szafy i wyciągnął z niej lniane długie spodnie do spania. Były mu niepotrzebne, podobnie jak szafa, ale lubił udawać. Lubił tę iluzję. Westchnął i był to jedyny dźwięk, jaki usłyszał od momentu, kiedy Zahar i Rika wyszli z jego apartamentu.
Cholerna samotność. Cholerna cisza. Iluzja życia była jedyną wartością, jaką miał. Jedynym wytchnieniem. Nie trzeba było smażyć się w Piekle, by to piekło przeżywać. Przez całą wieczność.
Założył spodnie i usiadł na łóżku. Może nie zaznawał snu jak prawdziwy człowiek, ale pogrążając się w myślach, zapadał w spokojny letarg. Jego ukojenie. Mógł wtedy wracać do wspomnień. Dobrych wspomnień, które były jedynym pozytywnym punktem w całym jego jestestwie. Mógł też myśleć o Madi. Osobie, która potrafiła go rozbawić, choć drgający kącik ust to jedyne, co można było ujrzeć na jego twarzy. Krnąbrnej Madi, która potrafiła go również rozzłościć. I tej wrażliwej, bo nigdy nie pomyślałby, że zakocha się w śmiertelniku. W dobrym śmiertelniku.
Niedaleko pada jabłko od jabłoni – zahuczało mu w głowie. Uśmiechnął się.
Mógł zrobić przyjęcie. Kolejne z wielu. Zaprosić Strażników, zaprosić te ladacznice, pijaków. Byłoby głośno. Byłoby na pozór gwarno i wesoło. Szczęśliwie. Mógłby zabrać kilka dziewczyn do swojego pokoju. Używać ich jak zawsze. To wszystko dobrze zagłuszało irytującą ciszę.
Ale już nie chciał. Już miał dosyć.
© Laura Passer
© Wydawnictwo Black Rose, Zamość 2026
ISBN 978-83-68677-13-3
Wydanie pierwsze
Redakcja
Justyna Szymkiewicz
Korekta
Kinga Dąbrowicz
Danuta Perszewska
Magda Adamska
Skład i łamanie
Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl
Projekt okładki
Melody M. – Graphics Designer
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autorki i wydawcy.
