Księgi krwi - Emma Törzs - ebook
NOWOŚĆ

Księgi krwi ebook

Emma Törzs

3,8

Opis

Nominacje w plebiscycie Goodreads Choice Awards 2023 w kategoriach BEST DEBUT NOVEL i BEST FANTASY

Księgi pisane krwią. Lustra, przez które prześladowcy obserwują każdy krok. I sekretna biblioteka pełna tajemnic.

Joanna Kalotay mieszka samotnie w lasach Vermont. Od pokoleń jej rodzina gromadzi i strzeże kolekcji rzadkich ksiąg pisanych krwią przez tajemniczych Skrybów. Ksiąg, dzięki którym działa magia. Od nagłej śmierci ojca Joanna jest ich jedyną strażniczką.

Ersther, przyrodnia starsza siostra, opuściła dom dawno temu. Ciągle zmienia miejsce. Nigdzie nie zostaje dłużej niż rok. Tylko w ten sposób może uniknąć śmiercionośnej magii, która zabiła jej matkę. Obecnie pracuje na stacji badawczej na Antarktydzie, gdzie znalazła miłość. Kiedy jednak spostrzega na lustrach ślady krwi, wie, że ktoś jej zagraża, a Joanna i rodzinna kolekcja są w niebezpieczeństwie.

By przeżyć i zachować rodzinne zbiory, Esther i Joanna muszą do siebie wrócić i zgłębić tajemnice magicznych ksiąg ukrywane przed nimi przez rodziców.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 524

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (11 ocen)
5
2
2
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
emciaczyta

Całkiem niezła

Rozczarowała was ostatnio jakaś fantastyczna książka? Jeśli chodzi o fantastykę, to nie jestem wybredna. Najczęściej to, co przeczytam, bardzo mi się podoba i oceniam bardzo pozytywnie. Jednak w przypadku książki, o której wam dziś opowiem, było trochę inaczej. Współpraca recenzencka wydawnictwo youandya i wydawnictwo muza Mamy tutaj historię dwóch sióstr Joanne i Ersther. Są od siebie mocno inne a zarazem podobne. Joanne po śmierci ojca zamknęła się w domu, strzeże zbioru ksiąg, które mocno mogą doprowadzić do szaleństwa, nie wpuszcza tam nikogo. Druga zaś ucieka, jak najdalej od domu, by chronić rodzinę. I pomimo wszystko te bohaterki są fajnie wykreowane i mają ciekawą perspektywę, jednak na przestrzeni książki nie wybrzmiewa to aż tak dobrze. Przede wszystkim książka jest strasznie nudna, do ponad połowy nie dzieje się nic, aż tak ważnego, aby ta akcja była dynamiczna, a zapowiadało się super. Na przestrzeni historii poznajemy też Nicholas i jego magie krwi. Piszę on książki wł...
10
paacynka
(edytowany)

Dobrze spędzony czas

Czy fantastyka z domieszką thrillera nie brzmi świetnie? Dla mnie zdecydowanie, bo kocham jedno i drugie. 

Przyznam, że troszkę się obawiałam tej pozycji, mimo że zarówno motywy, jak i opis mocno mnie zaciekawiły. Dlaczego się tak stało, nie wiem 🤷🏼‍♀️ Całe obawy wyparowały, jak się tylko zabrałam za ten tytuł.

 W największym skrócie jest to książka o innych książkach, ale wcale nie takich zwykłych. Książki tutaj są magiczne i… krwawe! Każda taka magiczna księga potrzebuje do jej napisania i aktywowania krwi. Niezależnie od tego, czy zamienia ona dywan w latający, czy zapewnia nieśmiertelność. I jak możecie się domyślić, pojawi się tutaj dużo mroku, bo taka magia zawsze coś skrywa. 

Pojawia się tutaj dark academia vibe. Mamy tajemną bibliotekę, która jest największym zbiorem magicznych książek na całym świecie. O jej istnieniu widzą nieliczni i tylko oni mogą zamówić własną magiczną książkę. Od pokoleń zajmuje się nią rodzina Nicolasa, który jest skrybą (osobą, która potrafi pi...
00
asiaD8

Dobrze spędzony czas

Ciekawy pomysł, oryginalni bohaterowie. Zaleta tej książki jest przedstawienie historii w 1 tomie, co niestety zdarza się coraz rzadziej. Świat mógłby być bardziej szczegółowo opisany. Styl jest poprawny, ale nie porywający.
00

Popularność




Tytuł oryginału: Ink Blood Sister Scribe

Projekt okładki: Jim Tierney

Redakcja: Dorota Kielczyk

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Barbara Milanowska (Lingventa), Lilianna Mieszczańska

Fotografia wykorzystana na okładce

© Magazines and books Marcus Harrison – botanicals/Alamy Stock Photo

© 2023 by Emma Törzs. All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2024

© for the Polish translation by Ewa Skórska

ISBN 978-83-287-2798-4

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2024

–fragment–

Jesse, mojej magicznej siostrze

***

Abe Kalotay zmarł na własnym podwórku pod koniec lutego. Niebo było chorobliwie blade. W nieruchomym powietrzu czuło się szczypiącą wilgoć śniegu. Kartki otwartej książki u jego boku zdążyły zawilgotnieć, zanim Joanna wróciła do domu i znalazła ojca na trawie przy ich długim gruntowym podjeździe.

Abe leżał na plecach. Lekko przymknięte oczy patrzyły w jasnoszare niebo, z uchylonych ust wystawał siny język. Jedna dłoń z obgryzionymi paznokciami spoczywała na brzuchu, druga trzymała książkę – kciuk wciąż przywierał do strony, jakby zaznaczał jakiś fragment. Ostatnia smuga żywej czerwieni powoli wsiąkała w papier, a nienaturalnie białe policzki zmarłego wydawały się dziwnie pomarszczone. Joanna zobaczyła to wszystko i wiedziała: już zawsze będzie walczyła, aby ten obraz nie wyparł dwudziestu czterech lat żywych wspomnień, które w ciągu ostatnich kilku sekund stały się najcenniejsze na świecie. Nie wydając z siebie żadnego dźwięku, roztrzęsiona dziewczyna osunęła się na kolana.

Później pomyśli, że ojciec prawdopodobnie wyszedł na zewnątrz, bo zrozumiał, co robi książka, i próbował dotrzeć do drogi, zanim się wykrwawił. Chciał zatrzymać przejeżdżającego kierowcę, wezwać karetkę, oszczędzić córce dźwigania jego ciała, wciągania na pakę samochodu, wywożenia poza granice ich posiadłości. Ale wtedy nie zastanawiała się nad tym, czemu leżał na podjeździe.

Zdumiewało ją tylko, dlaczego zabrał ze sobą książkę.

Nie docierało do niej, że to właśnie książka go zabiła; wiedziała tylko, że obecność tomu łamie jedną z kardynalnych zasad Abego, której ona sama nie ośmieliłaby się złamać – choć w końcu to zrobi. Ale jeszcze bardziej niepojęty niż to, że ojciec wypuścił książkę poza bezpieczny teren domu, był fakt, że Joanna książki nie znała. Przez całe swoje życie zajmowała się domową kolekcją i znała każdą książkę tak, jak zna się członków rodziny. A ta leżąca obok ojca była zupełnie obca, zarówno z brzmienia, jak i z wyglądu. Inne pozycje brzęczały niczym letnie pszczoły, ta dudniła jak niewygasły grzmot. Gdy dziewczyna otworzyła okładkę, odręcznie napisane słowa rozpływały się przed jej oczami, zmieniając układ za każdym razem, gdy jakaś litera stawała się niemal wyraźna. Treść dopiero powstawała, teraz nieczytelna.

Jednak notatka, którą Abe wcisnął pomiędzy strony, dała się odczytać, choć napisał ją drżącą lewą ręką – prawa została unieruchomiona, gdy książka piła.

Joanno, tak mi przykro. Nie wpuszczaj matki. Trzymaj tę książkę w niedostępnym miejscu, z dala od swojej krwi. Kocham Cię przeogromnie. Powiedz Esther

Na tym zapisek się kończył. Ostatnie zdanie nie miało kropki i Joanna nie wiedziała, czy ojciec chciał napisać coś więcej, czy tylko przekazać ostatnie wyznanie miłości drugiej córce, niewidzianej od lat. Klęcząc na zimnej ziemi, z książką w rękach, dziewczyna nie miała siły się nad tym zastanawiać.

Wpatrywała się w ciało Abego, usiłowała oddychać i szykowała się na kolejne kroki.

1

Esther nie mogła się napatrzeć na niebieskość rozświetlonego nieba.

Kolor nie tylko intensywny, ale i niejednorodny, wy­dawał się prawie biały na styku ze śnieżnym horyzontem, a nasycał się barwą, gdy wzrok Esther podążał w górę: od turkusu skorupki jajka rudzika, poprzez modrość, do spokojnego, świetlistego lazuru. Lód Antarktyki w dole stawał się oślepiająco jasny, a rozrzucone budynki gospodarcze, które Esther widziała z wąskiego okna małej sypialni, rysowały pasy indygo na białych koleinach drogi. Wszystko się jarzyło. O ósmej wieczorem było prawie tak jasno jak o ósmej rano.

– Przepraszam. – Pearl odsunęła Esther biodrem, chciała wstawić w okno specjalnie przycięty karton.

Esther położyła się na swoim niepościelonym łóżku i podparta na łokciach patrzyła, jak Pearl pochyla się nad małym zastawionym biurkiem, próbując dosięgnąć szyby.

– Gdybyś dwa tygodnie temu powiedziała, że zasłonię słońce, jak tylko wzejdzie, wyśmiałabym cię na całą stację – stwierdziła Esther.

Pearl oderwała taśmę zębami.

– Dwa tygodnie temu spałaś całą noc. Nigdy nie mów, że nie masz za co podziękować ciemności. – Przykleiła ostatni pasek i dodała: – Albo mnie.

– Dziękuję ci, o, ciemności. Dziękuję, Pearl.

Esther rzeczywiście źle spała, odkąd słońce wróciło po sześciu miesiącach zimy. Kiedy jednak światło i odległe góry znikały za kartonem, pojawiało się przygnębienie. Pokój przypominał celę: łóżko z pomiętą fioletową pościelą, oświetloną przez jasną gołą żarówkę; porysowana terakota; biurko ze sklejki zawalone stosami papierów, głównie notatek o meksykańskiej powieści, którą Esther tłumaczyła dla przyjemności. Sama powieść leżała bezpieczna na komodzie, poza zasięgiem szklanek z wodą zostawiających mokre kółka na papierze.

Pearl usiadła naprzeciwko Esther w nogach łóżka.

– To jak: gotowa stawić czoła niemytym masom? – spytała.

Esther zasłoniła oczy ramieniem i jęknęła.

Obie spędziły ostatnią zimę na małej stacji bieguna południowego, utrzymywanej przez ich trzydziestoosobowy zespół. Ale listopad zapoczątkował sezon letni i w ciągu ostatnich kilku dni nieduże warczące samoloty wyrzuciły tu prawie setkę nowych ludzi. Naukowcy i astronomowie wypełnili sypialnie, kambuz, siłownię i pokoje robocze na górze. Wyjadali nocą ciasteczka, wybudzali z długiego snu komputery i ciągle zadawali podszyte niepokojem pytania, o której włącza się internet satelitarny.

Esther wyobrażała sobie, że będzie szczęśliwa, kiedy zobaczy te wszystkie nowe twarze. Urodzona ekstrawertyczka nie należała do typowych kandydatów izolacji w zaspach ośrodka badawczego wielkości wiejskiego liceum. Zanim przyjechała na Antarktykę, dziewczyna mieszkała rok w Minneapolis – wiadomość, że ma być elektrykiem na biegunie, w dodatku zimą, znajomi przyjęli ze szczerym przerażeniem. Każdy znał kogoś, kto znał kogoś, kto spróbował, spękał i przed wygaśnięciem kontraktu wrócił do domu, aby uciec od miażdżącej izolacji. Jednak Esther wcale się nie martwiła.

Antarktyka nie mogła być dużo gorsza niż odizolowane, ekstremalne warunki, w których dorastała. Zarobi dobre pieniądze, przeżyje przygodę – a przede wszystkim będzie zupełnie niedostępna dla większości ludzi na tej planecie.

Jednak podczas tej długiej zimy ekstrawersja Esther zaczęła zanikać, a z nią kruszała maska dobrego humoru, którą dziewczyna nakładała co rano razem ze strojem roboczym. Teraz zapatrzyła się w sufit – równie biały jak industrialnie białe ściany, korytarze oraz industrialnie biali współpracownicy – i spytała:

– Czy cały czas byłam introwertyczką? Czy przez te wszystkie lata oszukiwałam samą siebie? Prawdziwi ekstrawertycy są teraz tam, niezła jazda, świeże mięso, non stop party, Bangtown Stanów Zjednoczonych!

– Bangtown Międzynarodowego Terytorium Układu Antarktycznego – poprawiła Pearl, Australijka z podwójnym obywatelstwem.

– Jasne. O, to to.

Pearl na czworakach przemieściła się w stronę Esther.

– Wyobrażam sobie – powiedziała – że sześć miesięcy niechcianego celibatu plus mnóstwo nowych twarzy z każdego zrobiłoby ekstrawertyka.

– Aha. Czyli stałam się introwertyczką dzięki samej mocy…

– Mojego niesamowitego ciała? Tak, to właśnie miałam na myśli – wymruczała Pearl, muskając ustami ucho Esther.

Dziewczyna wyciągnęła dłoń i ścisnęła garść jasnych włosów Pearl, jakimś cudem zawsze ze słonecznymi refleksami, nawet przy kompletnym braku słońca. Australijczycy. Niezmordowani, niezmiennie chętni, naładowani plażą. Wplotła palce w splątane kosmyki i przyciągnęła Pearl do pocałunku, już czując uśmiech na jej ustach.

Przez ostatnią dekadę, odkąd skończyła osiemnaście lat, Esther przeprowadzała się co listopad, zmieniając miasta, stany i kraje. Błyskawicznie zdobywała przyjaciół i kochanków. Wybierała ich tak, jak inni wybierają je­dzenie na wynos. Równie szybko z nimi kończyła. Powszechnie lubiana obawiała się – podobnie jak wiele powszechnie lubianych osób – że jeśli ludzie naprawdę ją poznają, jeśli przenikną tę lśniącą tarczę lubialności, od razu stracą do niej sympatię. Dlatego przenosiła się z miejsca na miejsce.

I jeszcze dla czegoś, znacznie ważniejszego: żeby nie dać się znaleźć.

Esther wsunęła dłoń pod sweter przyjaciółki, palce odnalazły gładkie wcięcie talii. Ale chociaż Pearl wcisnęła długą nogę między uda Esther, a ta odruchowo poruszyła biodrami, i tak słyszała w głowie słowa ojca. Podświadomość chlusnęła jej w twarz szklanką zimnej wody.

„Drugiego listopada do dwudziestej trzeciej czasu wschodniego”, powiedział Abe, gdy widzieli się po raz ostatni, dziesięć lat temu w ich domu w Vermont. „Gdziekolwiek jesteś, musisz wyjechać drugiego listopada i przemieszczać się przez dwadzieścia cztery godziny. W przeciwnym razie ludzie, którzy zabili twoją matkę, przyjdą także po ciebie”.

Sezon letni oficjalnie rozpoczął się parę dni wcześniej, piątego listopada. Trzy dni po tym, jak Esther, zgodnie z nakazem ojca, powinna była wyjechać.

Nie wyjechała. Nadal siedziała w stacji.

Abe zmarł przed dwoma laty, a ona, po raz pierwszy, odkąd zaczęła uciekać dekadę temu, miała powód, aby zostać. Powód, który był ciepły i materialny, i właśnie pocałował ją w szyję.

Tak właściwie poznała Pearl na lotnisku w Christchurch.

Obie stały w grupie pracowników czekających na lot na Antarktykę i obie miały na sobie kilka warstw ubrań wymaganych przed wejściem do samolotu. Wełniana czapka, wielka pomarańczowa kurtka, rękawiczki, ciepłe buty i wciśnięte na głowę ciemne gogle – Esther tylko przelotnie dostrzegła błyszczące oczy, usłyszała głęboki gardłowy śmiech, zanim grupę wprowadzono na pokład, zanim ją i Pearl posadzono w przeciwległych końcach luku bagażowego.

Różne obowiązki i różne harmonogramy sprawiły, że ich ścieżki skrzyżowały się dopiero pod koniec pierwszego miesiąca, kiedy to Esther wywiesiła w siłowni ogłoszenie, że szuka kogoś chętnego do sparingów. Boks, muy thai, BJJ, MMA, krav maga – chodźcie na fajty! :) :) :) Smajlikami chciała podkreślić pozytywność fajtów, ale szybko tego pożałowała, kiedy inny elektryk, wielki biały gość z Waszyngtonu, który upierał się, żeby nazywać go J-Dog, zobaczył ogłoszenie i zaczął z niej żartować.

„Pogromca smajlów!”, wołał, gdy wchodziła na spo­tkanie zmianowe. Jeśli wpadali na siebie w kambuzie na lunchu, udawał, że się kuli. „Przywalisz mi w łeb jakimś uśmiechem?” Ale kroplą, która przepełniła czarę, były jego przechwałki o czarnym pasie w karate i o tym, jak bardzo chciałby znaleźć kogoś, kto naprawdę poważnie podchodzi do tego sportu.

Serio, nie dał jej wyboru. Po tygodniu ględzenia zastąpił jej drogę w kambuzie, żeby nie mogła dosięgnąć pizzy. Szczerzył się przy tym tak, że widziała jego trzonowce.

– Co ty robisz? – spytała.

– Walczymy!

– Nie. – Esther odłożyła tacę. – Teraz walczymy.

Dwie minuty później J-Dog leżał na podłodze: jedną ręką blokowała drabowi głowę, drugą wykręciła mu ramię. Wolną dłonią próbował sięgnąć do jej twarzy, dziko wierzgał i kopał w podłogę, a widzowie zagrzewali ich do walki.

– Puszczę cię, dopiero jak się uśmiechniesz – powiedziała.

Jęknął i spróbował rozciągnąć usta w wymuszonym uśmiechu.

Kiedy go puściła, zerwał się od razu, otrzepał i rzucił wściekle:

– To nie było fajne, stara! Wcale niefajne!

Esther odwróciła się do odstawionej tacy, powstrzymując własny naturalny uśmiech, i znalazła się twarzą w twarz z Pearl. Uwolniona z grubych ubrań Pearl okazała się wysoka i mocna, z szopą włosów z jaśniejszymi pasemkami – niepewny węzeł wyglądał, jakby zaraz miał się zsunąć z jej głowy. Brązowe oczy błyszczały tak samo, jak wtedy na lotnisku, a nawet bardziej, bo patrzyły prosto na Esther.

– Nigdy w życiu nie widziałam czegoś tak magicznego – przemówiła Pearl i położyła smukłą dłoń na ramieniu Esther. – Nie dajesz lekcji?

Pearl była beznadziejna w samoobronie. Pozbawiona instynktu zabójcy, wygaszała ciosy, odpuszczała kopnięcia, a w chwytach przeciwniczki śmiała się do rozpuku. Po trzech zajęciach sesje treningowe przemieniły się w sesje całowania i przeniosły z siłowni do sypialni. Gdy dziewczyny znalazły się ze sobą w łóżku pierwszy raz i Esther zaczęła zsuwać z Pearl dżinsy, ta uniosła biodra i spytała:

– Spałaś już z kobietą?

Esther popatrzyła na nią urażona.

– Oczywiście, niejedną! Czemu pytasz?

– Spokojnie, Don Juanie! – roześmiała się Pearl. – Nie kwestionuję twojej techniki. Po prostu wydajesz się trochę spięta.

Wtedy Esther zdała sobie sprawę, że może mieć kłopoty. Bo nie tylko faktycznie była spięta i czuła motyle w brzuchu – co jej się nie zdarzyło od lat – ale w dodatku Pearl to zauważyła. Wyczytała to z wyćwiczonej twarzy albo wyćwiczonego ciała Esther, a ona nie przywykła, żeby ludzie dostrzegali jej sekrety. To, jak ta dziewczyna na nią patrzyła, jak ją widziała, rodziło niepokój. Esther posłała Pearl swój najbardziej pewny siebie, najbardziej uspoka­jający uśmiech i bardzo delikatnie skubnęła zębami wewnętrzną stronę uda kochanki – na tym rozmowa się zakończyła. Ale nawet wtedy, już na początku, Esther przeczuwała, że będzie jej trudno zostawić Pearl.

Teraz, cały sezon później, sama myśl o tym – o odejściu, pozostaniu, ostrzeżeniu ojca – wybiła ją z nastroju. Obróciła Pearl na bok i powoli kończyła pocałunek. Opadła na poduszki, Pearl położyła głowę na jej ra­mieniu.

– Ale się upiję dzisiaj wieczorem – zakomunikowała.

– Przed tym czy po tym, jak zagramy?

– Przed, po i w trakcie.

– Ja też – zdecydowała Esther.

Ich zespół, wykonujący covery Pat Benatar, miał grać na imprezie dzisiaj wieczorem. Przez całą długą zimę ćwiczyły i koncertowały dla tych samych trzydziestu pięciu osób, co przypominało grę na flecie przed rodzicami, bardziej pękającymi z dumy niż zmęczonymi słuchaniem Hot Cross Buns po raz enty. Występowanie dla nowych uszu i oczu było równie stresujące, jak wejście na scenę Madison Square Garden.

– To w ramach przygotowań napijmy się wody – zarządziła Pearl. – Bo inaczej będziemy rzygać dalej, niż widzieć.

Przyniosła im dwie szklanki, Esther oparła się na łokciu, żeby się nie zalać. W bazie, gdzie było nieprawdopodobnie sucho, bo nawet odrobinę wilgoci w powietrzu ścinało w lód, człowiek mógł się łatwo odwodnić.

– Myślisz, że naukowcy tyle piją, bo nadrabiają wszystkie te lata spędzone na badaniach? – zainteresowała się Esther.

– Nie – odparła bez wahania Pearl, która pracowała ze stolarzami. – Nerdom zawsze odwala na imprezach. Chodziłam na przyjęcia w Sydney, gdzie byli sami chirurdzy, inżynierowie, ortodonci. Wiesz, że ludzie, którzy lubią BDSM, mają zauważalnie wyższy iloraz inteligencji niż ci od zwykłego seksu?

– Nie przypuszczam, żeby dało się tego dowieść.

Pearl się uśmiechnęła. Miała ostre kły i pulchne usta – kombinacja, która zwykle kręciła Esther.

– Wyobrażasz sobie te zmienne?

– Wyobrażę sobie, ale nie teraz. Musimy wstawać.

Pearl spojrzała na zegarek i podskoczyła.

– Cholera! Faktycznie.

Siedziały tutaj od kolacji parę godzin temu. Esther wstała, przeciągnęła się.

– Boże, tak się cieszę, że jednak zostałaś – wyznała Pearl. – Nie chciałabym się z tym mierzyć bez ciebie.

Esther miała jej odpowiedzieć, ale odkryła, że nawet trudno jej patrzeć na stojącą przed nią kobietę. Od bardzo dawna nikogo aż tak nie lubiła. Od razu poczuła ucisk w piersi – nie pożądanie, ale coś innego, równie znajomego, co towarzyszyło jej od początku. Tęsknota za Pearl, nawet gdy dziewczyna stoi tuż obok. Przewidywanie tęsknoty, jakby emocje nie oswoiły się jeszcze z myślą, że tym razem jest inaczej, że zostaje.

Paranoja ojca znów zaczęła sączyć się jej do ucha, kazała odejść, mówiła, że popełnia karygodny błąd, że egoistycznie naraża Pearl na niebezpieczeństwo. A Pearl wciąż patrzyła otwarcie i z czułością, która właśnie zaczęła znikać na skutek braku odpowiedzi.

– I ja się cieszę – zapewniła więc szybko Esther. Miała już wprawę, wiedziała, jak obchodzić się z przyjaciółką. Ukryła melancholię pod uśmiechem, Pearl się odprężyła. – Przyjdź po mnie, jak się ubierzesz – dodała. – Wzmocnimy się szotem.

Australijka uniosła dłoń, w długich palcach ściskając na niby kieliszek.

– Za tłum. Niech nas pokochają.

Pokochali. Członkowie zespołu, cała czwórka, traktowali próby bardzo poważnie. Stworzyli nawet kreacje sceniczne w stylu lat osiemdziesiątych: czarne dżinsy i skórzane kurtki. Esther i Pearl natapirowały włosy – trochę brakowało lakieru, którego nikt w bazie nie miał. Dobrze grali i dobrze wyglądali, a dodatkowo sprzyjały im okoliczności: zanim jeszcze podłączyli wzmacniacze i zaczęli grać, widzowie byli na dobrej drodze do zalania się w pestkę i nie szczędzili zachęty.

Esther – basistkę i drugą wokalistkę – bolały już i gardło, i palce przy Hell Is for Children, którym kończyli występ. Imprezowali w kambuzie. Za dnia przypominał licealną stołówkę. Teraz długie stoły z szarego plastiku były przysunięte do ścian, dzięki czemu zrobiło się miejsce na parkiecie. Nawet bez fluorescencyjnych świateł i czerwono-fioletowych migaczy panował klimat liceum: Esther czuła się młoda i niedojrzała w przyjemnie beztroski sposób. Zespół grał w przedniej części sali pod pajęczyną białych świateł; po skończonym występie z nowych głośników – Esther osobiście je montowała w rogach kilka miesięcy temu – popłynęła muzyka pop.

Sporo ludzi, obcych zarówno dla siebie, jak i dla Esther, stało i rozmawiało, jeszcze więcej siedziało na krzesłach ustawionych za ladą z przekąskami i odcinających bar od kuchni, gdzie mrok skrywał stalowe wyposażenie. Letni przybysze, nowa ekipa bazy, wyglądali na rumianych i opalonych w porównaniu do swoich białych jak Antarktyka kolegów. Pojawiły się nowe, różnorodne zapachy. Kiedy mieszka się z tymi samymi ludźmi, je te same potrawy, oddycha tym samym recyklingowanym powietrzem, wszystko zaczyna pachnieć tak samo, nawet dla wrażliwego węchu Esther. Ci ludzie byli – dosłownie – powiewem świeżości.

I czegoś jeszcze.

Rozmawiała właśnie z nowym stolarzem z Kolorado (miał na imię Trev, a Pearl uznała go za chętnego do rozrywki), kiedy nagle podniosła głowę i zaczęła węszyć jak pies myśliwski.

– Woda kolońska? – zapytała. Wyczuła coś pod plastikiem i alkoholem imprezy. Coś, co kazało jej pomyśleć o domu.

– Nie. – Trev uśmiechnął się z rozbawieniem, gdy nachyliła się bezwstydnie i powąchała jego szyję.

– Hmm…

– Może dezodorant? – podsunął. – Cedrowy?

– Ładnie pachnie – przyznała. – Ale to nie to, myślałam… Nieważne.

Kiedy znaleźli się bliżej siebie, w przyjaznym spojrzeniu Treva błysnęła ochota na flirt: wyraźnie odebrał tę sytuację jako sygnał świadczący o zainteresowaniu. Esther cofnęła się o krok. Nawet gdyby nie była zajęta, wyglądał jej na mężczyznę, który miał dużo sprzętu do spędzania czasu pod gołym niebem i pewnie chciałby ją nauczyć, jak z niego korzystać. Podobało jej się jednak to, jak panował nad swoim ciałem; zupełnie jak trenerzy sztuk walki na kursach, na które chodziła od lat.

Już zamierzała powiedzieć coś zalotnego – bo w sumie dlaczego nie – gdy jej wrażliwy nos wychwycił ten inny zapach, ten, który pojawił się przed chwilą. Boże, co to jest? Przeniosła się do kuchni z czasów dzieciństwa. Zobaczyła pękatą, zieloną, niewydajną lodówkę, wgniecenia i zadrapania drewnianych szafek, poczuła pod stopami wypaczone linoleum. To coś pachniało jak warzywo. Nie, bardziej jak przyprawa, jakieś zioło? W dodatku świeże, a nie cierpieli tutaj na nadmiar świeżych produktów. Rozmaryn? Chryzantema? Kapusta?

Krwawnik.

Odpowiedź przyszła do niej nagle, słowa wpadły do gardła, po czym zostały na czubku języka. Krwawnik, czyli tysiąclist, złocień, żeniszek.

– Przepraszam – powiedziała i odwróciła się od zdumionego stolarza.

Przepchnęła się obok grupki ludzi porównujących tatuaże przy kąciku z musli, zanurkowała pod niebieskimi serpentynami, które ktoś na chybił trafił przymocował do sufitu. Wciągała powietrze nosem i szukała tego charakterystycznego ziołowego zapachu z dzieciństwa, ale choć starała się, jak mogła, wszystko na nic. Aromat – wyparty przez ciężkie wonie pizzy, piwa i ludzkich ciał – stał się tylko wspomnieniem.

Tkwiła pośrodku sali, otoczona muzyką i gwarem rozmów nieznajomych, i czuła się oszołomiona tym, jak mocno ten zapach przeniknął do jej serca. Ktoś używał go jako perfum? W takim razie chciałaby objąć tę osobę i wtulić twarz w jej skórę. Zwykle Esther nie dopuszczała do siebie poczucia straty. Nie myślała o tych wszystkich ludziach, których porzucała przez lata. Nie myślała o żadnym z miejsc, które nazywała domem. Nie myślała o rodzinie, jeśli nie liczyć pocztówek wysyłanych siostrze i macosze raz w miesiącu. To było ciągłe, uporczywe niemyślenie, męczące jak utrzymywanie mięśni w napięciu i gotowości. Teraz krwawnik rozluźnił te obolałe mięśnie, a z rozluźnieniem zjawił się kuzyn tamtego smutku, który ogarnął ją wcześniej, przy Pearl.

Australijka znajdowała się po drugiej stronie sali. Z zarumienioną twarzą i potarganymi włosami wyglądała tak, jakby właśnie zsiadła z czyjegoś motocykla lub wyszła z łóżka. Usta pomalowała na ciemnofioletowo, przez co oczy wydawały się świetliście jagodowe. Rozmawiała z kobietą, która była prawie tak wysoka jak ona. Esther ruszyła w ich stronę, chciała jak najszybciej wyrwać się z tej nagłej nostalgii.

– Tequila – powiedziała do przyjaciółki.

– To Esther – przedstawiła ją Pearl. – Elektryczka. Esther, to Abby z obsługi technicznej. W zeszłym roku mieszkała w Australii!

Abby i Pearl chichotały do siebie, radośnie pijane. Pearl nalała wszystkim kolejnego szota, a gdy Esther od razu wychyliła swojego, nalała znowu. Dziewczyna poczuła się lepiej, otrząsnęła się z tamtego nastroju, który chwycił ją za gardło. Była stworzona do życia tu i teraz, nie w przeszłości. I lepiej, żeby o tym nie zapominała.

Przyjęcie zrobiło swoje, zmywało ochronny izolacjonizm zimy. Wkrótce pojawiły się tańce, polało się więcej alkoholu, ktoś zainicjował dziwną grę, w której krzyczało się nazwy ptaków, jeszcze więcej alkoholu. Jak było do przewidzenia, wszyscy mocno się wstawili. Pearl i Abby rozmawiały głośno i wesoło o kimś, kogo znały z Sydney i kto miał naprawdę złego psa. A potem Pearl zaciągnęła Esther na parkiet i owinęła swoje długie, zgrabne ciało wokół niższej Esther. Wciągnęła je mocna, pulsująca muzyka i już wkrótce tańczyły jak w prawdziwym klubie, a nie w małym ogrzewanym pudełku na białej połaci lodu, wiele tysięcy kilometrów od tego, co można by nazwać cywilizacją.

Esther odgarnęła Pearl włosy ze spoconej twarzy, usiłując nie myśleć o swojej rodzinie, ostrzeżeniach ojca ani dniach, które minęły od drugiego listopada. Skupiła się na teraźniejszości, na dudnieniu basu i ciele Pearl. Chciałabym, żeby to trwało wiecznie, pomyślała.

Ale ludzkich ciał wieczność nie dotyczy, Esther w końcu musiała pójść się wysikać.

Po głośnym zgiełku imprezy w łazience na końcu korytarza panowała niemal upiorna cisza. Dziewczyna z impetem pchnęła drzwi kabiny i zsunęła dżinsy, mocny strumień moczu uderzył w misę ze stali nierdzewnej. Esther słyszała własny pijacki oddech, była zdyszana od tańca, ochrypła od krzyku. Spuszczona woda spłynęła z hukiem.

Przy umywalce spojrzała w lustro. Wygładziła ciemną brew, zatrzepotała rzęsami, nawinęła na palec kilka loków, żeby je podkręcić. Potem zmrużyła oczy. Znieruchomiała.

Na obwodzie lustra widniały niewielkie plamki, brązowo-czerwone smugi na szkle. Symetryczne, lecz nie jednakowe, po jednej w każdym rogu. Wyglądały jak naniesione pędzlem albo kciukiem. Nachyliła się, zmoczyła papierowy ręcznik, chciała je zetrzeć. Nic to nie dało, nawet z mydłem. Serce podeszło jej do gardła. Próbowała zdrapać te ślady. Pozostały.

Cofnęła się tak szybko, że prawie upadła.

Pamiętała ten widok zaschniętej krwi, ten wzór, którego nie da się usunąć. Wiedziała, co te brunatne ślady mogą oznaczać. Wrócił zapach krwawnika, choć nie była pewna, czy tylko w jej głowie, czy faktycznie w łazience.

Krew. Zioła.

Ktoś tutaj miał księgę.

Ktoś tutaj uprawiał magię.

– Nie – powiedziała na głos. Uznała, że po prostu jest pijana i dostała ataku paranoi. Przesiedziała pół roku zamknięta w cementowym pudełku i teraz ma zwidy.

Odsuwała się coraz dalej, wpatrzona w swoją przerażoną twarz. Bała się odwrócić od lustra. Kiedy uderzyła plecami w drzwi, obróciła się, wyskoczyła z łazienki, trzasnęła nimi i pobiegła wąskim korytarzem do siłowni.

Sala cardio była tak jasna, że niemal tą jasnością bzyczała, sprzęt stał rzędami na szarej podłodze, na tle zielonych ścian wszystko wydawało się przeraźliwie blade. Na ławce do ćwiczeń obściskiwała się jakaś parka, krzyknęli zaskoczeni. Esther przebiegła obok nich i wpadła do białej pojedynczej łazienki.

Na lustrze zobaczyła identyczne brunatne ślady. Ten sam wzór.

Na lustrze w łazience przy pomieszczeniu rekreacyjnym też były. I w laboratorium, i w kuchni. Esther wbiegła do swojego pokoju z sercem w gardle, ale dzięki Bogu jej lustro pozostało nietknięte. Widocznie oznaczono tylko te publiczne. Słaba pociecha. Jeśli zacznie rozbijać kolejne lustra na stacji, ściągnie na siebie uwagę i kłopoty.

Zamknęła za sobą drzwi i stanęła przed lustrem. Oparła dłonie na blacie niskiej komody, spróbowała zebrać myśli. To musiał być jakiś rodzaj lustrzanej magii, ale Esther była zbyt przerażona i pijana, aby przypomnieć sobie, co mógł oznaczać. Jedna z rodzinnych książek potrafiła przemienić lustro w pierścień nastroju: szkło odbijało prawdziwe emocje danej osoby przez mniej więcej godzinę. Było jeszcze to lustro w Królewnie Śnieżce, to, które powiedziało złej królowej o najpiękniejszej w krainie… Czy taka magia mogła istnieć naprawdę, czy była jedynie baśniowym kitem?

Musiała wytrzeźwieć i rozumować jasno. Zwiesiła głowę i uspokoiła oddech. Na komodzie, między jej dłońmi, leżała powieść, którą tłumaczyła z hiszpańskiego na angielski. Esther patrzyła na znajomą zieloną okładkę, ozdobne obramowanie i stylizowany rysunek ciemnych drzwi poniżej tytułu. La Ruta Nos Aportó Otro Paso Natural Alejandry Gil, wydana w 1937 roku. Z tego, co Esther udało się ustalić, powieść była jedyną publikacją Gil – a także jedyną rzeczą, którą Esther miała po Isabel, swojej matce.

Na wewnętrznej stronie okładki, starannie nakreślone perfekcyjnym pochyłym pismem mamy, widniało tłumaczenie tytułu. „Pamiętaj”, dopisała Isabel do siebie po angielsku: „każdy kolejny krok na ścieżce przychodzi naturalnie”.

Cecily, macocha, podarowała Esther tę powieść, gdy dziewczyna kończyła osiemnaście lat, a następnego dnia miała opuścić dom na zawsze. Wtedy jeszcze Esther potrzebowała tłumaczenia. Hiszpański powinien stać się jej językiem, lecz Isabel zmarła, kiedy Esther była bardzo mała, więc pozostał językiem jej matki. Kilka miesięcy później wytatuowała sobie ten hiszpański tytuł nad obojczykami: la ruta nos aportó po prawej, otro paso natural po lewej. Palindrom czytelny w lustrze.

Miała wrażenie, że wyszła z imprezy kilka godzin temu, a jednak pot na skórze jeszcze nie zdążył wyschnąć. Rozebrała się do czarnej podkoszulki i zadrżała. W lustrze widziała słowa tatuażu przy ramiączkach. Kiedy po raz pierwszy wprowadziła tusz pod swoją skórę, właśnie uciekła z domu i od rodziny, czuła się samotna i przerażona w świecie, w którym nagle zabrakło jakiejkolwiek struktury. Wtedy sama sugestia istnienia ścieżki, a zwłaszcza następnego kroku, który przychodzi naturalnie, brzmiała jak ukojenie. Teraz, gdy zbliżała się do trzydziestki, gdy płynnie mówiła po hiszpańsku i przeczytała tę powieść, wiedziała, że tytuł Gil nie miał w sobie nic z ukojenia. Mówił raczej o ruchu narzuconym z góry, ścieżce stanowiącej konstrukt społeczny, który zmusza ludzi, szczególnie kobiety, do zrobienia konkretnych kroków z fałszywą wiarą, że oto właśnie sami wybrali to, czego chcieli.

W dzisiejszych czasach słowa te brzmiały jak okrzyk bojowy: nie podążaj ścieżką, zejdź z niej! Właśnie to zdanie pomogło jej zignorować dawny nakaz ojca i podjąć decyzję, aby zostać na Antarktyce dłużej, na lato.

Decyzję, której nie chciałaby żałować.

„Wyjeżdżaj co roku drugiego listopada”, mówił ojciec. „Albo ludzie, którzy zabili twoją matkę, przyjdą także po ciebie. I nie tylko po ciebie, Esther. Przyjdą po twoją siostrę”.

Przez ostatnie dziesięć lat była posłuszna. Każdego roku pakowała się pierwszego listopada i wyjeżdżała drugiego. Podróżowała cały dzień i całą noc kolejnymi autobusami, samolotami, pociągami, bez snu. Z Vancouver do Meksyku. Z Paryża do Berlina. Z Minneapolis na Antarktykę. Punktualnie jak w zegarku, z wyjątkiem tego listopada. W tym roku zignorowała ostrzeżenie. Została.

A teraz przyszedł już piąty listopada, stację wypełniali obcy ludzie i któryś z nich przywiózł ze sobą książkę.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz