Książę - Magdalena Parys - ebook + książka

Książę ebook

Magdalena Parys

4,0

Opis

PORYWAJĄCA POWIEŚĆ O DEMONACH HISTORII, KTÓRE W NIEMCZECH ŻYJĄ DO DZIŚ.

W berlińskiej katedrze zostają odnalezione zwłoki ukrzyżowanego księdza. W niejasnych okolicznościach wybucha pożar na imigranckim osiedlu, a w poszczególnych landach rosną nastroje separatystyczne i odżywa toksyczny nacjonalizm. Komu są na rękę pozornie nie związane ze sobą sprawy? Bezwzględnemu Księciu, który pragnie przywrócić do życia Imperium Germanum? Działającemu poza demokratyczną kontrolą kontrwywiadowi? A może walczącym o najwyższą władzę członkom rządu? W meandrach afery będą musieli się odnaleźć znani z Magika prezydent berlińskiej policji Tschapieski, dziennikarka Dagmara Bosch i komisarz Kowalski, a stawką jest nie tylko przyszłość państwa, ale również ich poplątane życie osobiste.

Kontynuując trylogię berlińską Magdalena Parys brawurowo łączy historię powojennej armii cieni z napięciami pulsującymi w dzisiejszych Niemczech.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 408

Rok wydania: 2020

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (5 ocen)
0
5
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Redakcja: Paweł Sajewicz

Konsultacja rusycystyczna: Julia Popcowa

Korekta: Jacek Bławdziewicz, Teresa Kruszona

Projekt graficzny okładki: Rafał Kucharczuk

Fotoedycja: Rafał Szczepankowski

Opracowanie graficzne: Maciej Trzebiecki

Redaktor prowadzący: Katarzyna Kubicka

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

[email protected]

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright ©Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026

Copyright © Magdalena Parys, 2026

by arrangement with Syndykat Autorów – Agencja Literacka i Scenariuszowa

 

Wydanie trzecie

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-268-3370-0

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

*

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Epilog

Źródła cytatów

Źródła ilustracji

 
 

Dla Krysi

 
 
 

Fakty:

W archiwum Federalnej Służby Wywiadowczej odnaleziono dokumenty poświadczające, że cztery lata po drugiej wojnie światowej dwa tysiące niemieckich oficerów budowało w Niemczech armię złożoną z weteranów Wehrmachtu i Waffen-SS. Przygotowania do owego przedsięwzięcia podjęli bez mandatu od niemieckiego rządu, bez wiedzy parlamentu i z pominięciem alianckich państw okupacyjnych. W razie wojny armia miała się składać z czterdziestu tysięcy żołnierzy.

 
 
 

Im Westen nichts Neues

 

Erich Maria Remarque

Anton van Dyck (1599–1641), Ecce Homo, ok. 1620, olej na płótnie

 

Obraz należał do warszawskiego rzeźbiarza Stanisława Jackowskiego. W czasie drugiej wojny światowej prywatna kolekcja malarza uległa niemal całkowitemu zniszczeniu lub rozgrabieniu.

 
 
ROZDZIAŁ I

Kto bowiem nie jest przeciwko wam, ten jest z wami

 

Ewangelia według św. Łukasza 9, 50

– 14 maja, obrzeża Berlina –

Osiedle płonęło.

Max wiedział, że ogień szybko obejmie wszystkie domy. Przygotowywał się trzy miesiące i nie wybierał celów na oślep. Osiedle znajdowało się na przedmieściach niedaleko lasu i mieściło stu dziewięćdziesięciu czterech mieszkańców. Sześćdziesięciu czterech Turków, czterech Polaków, sześciu Libańczyków, dwunastu Rosjan, reszta Niemcy.

– Kto mieszka z zarazą, ten sam w końcu się nią staje – usłyszał za plecami jednego ze swoich ludzi.

Max spojrzał na zegarek.

– Godz. 3.05 –

Punktualnie o trzeciej pięć oblali benzyną śmietniki, trawniki i samochody, podłożyli ogień. Zanim dym, eksplozje i krzyki zdążą zaalarmować kogokolwiek, ludzie Maxa przymocują do butów płaskie płytki i znikną w lesie. Po dwudziestu minutach dotrą na zdewastowany tranzytowy parking jeszcze z czasów NRD. Najważniejszy jest plan. Szczegół. To, czego inni nie widzą.

– Godz. 3.25 –

Autokar całkiem zlał się z krzakami. Gdyby nie słabe światło latarki, w ogóle by go nie zauważyli. Niewysoki mężczyzna w mundurze generała wyskoczył z pojazdu.

– Ojciec byłby z pana dumny – powiedział, ściskając Maxowi dłoń.

W tym samym czasie dwudziestu ludzi w pośpiechu zrzucało kominiarki oraz czarne skafandry i zakładało mundury Bundeswehry. Od strony autostrady dochodziły ich odgłosy syren wozów strażackich i pogotowia. Po chwili zastąpił je warkot ciężarówek i jazgot wojskowego sprzętu. Z krzaków wyłonili się dwaj siwowłosi mężczyźni, Morton i Haver, najbliżsi współpracownicy Maxa.

– Mamy go, szefie! – powiedzieli równocześnie.

Max się uśmiechnął.

Coraz wyraźniej dochodziło ich dudnienie przewożonej artylerii, z ciemności wyłoniły się pierwsze samochody Bundeswehry. Generał stuknął oficerkami, dotknął palcami czarnego beretu i ruszył w stronę autokaru. Autostradą przetaczał się ciężki wojskowy sprzęt, za nim jechały autobusy podobne do tego stojącego wciąż na parkingu. Konwój zamykały kuloodporne ciężarówki z najnowocześniejszą bronią made in Germany. Max dał znak ręką – autokar z jego żołnierzami wyjechał z tranzytowego poenerdowskiego parkingu i jako ostatni zamknął kolumnę.

Ćwiczenia niemieckich wojsk w Drawsku Pomorskim nie dziwiły nikogo, jedne się zaczynały, inne dobiegały końca. Europie zawsze można wmówić, że grozi jej wojna z Rosją, a młodym członkom NATO – że są żołnierzami potrzebnymi ojczyźnie. Ludziom Maxa wystarczyło kilka szkoleń „Niemcy dla Niemców”. Treść była jasna, przesłanie proste, efekty szybkie, nie było trudno przekonać przekonanych.

– To jest twój czas – mówili niepozorni mężczyźni z rurkami w nosie i na wózkach inwalidzkich, byli obersturmbannführerzy SS, późniejsi generałowie Republiki Federalnej Niemiec. Dzisiaj już tylko strzępy ludzi o wielkich wpływach i majątkach. U kresu życia Max nadawał sens ich istnieniu, usuwał gorycz z serc. Przepojeni wdzięcznością do losu, że się pojawił, robili przelewy, zapisywali mu fortuny. Łączyli siły. Max, długo oczekiwany Wybawca.

Patrzył w niknące światła pojazdów. Prawdziwe wyzwania czekały gdzie indziej. Historia lubi zataczać koło, ale jak mawiał jego ojciec, to od ciebie zależy, czy weźmiesz z przeszłości popioły, czy ogień. Zastanawiał się, czy jego starszy brat już wie, że on, Max, wrócił. I czy się boi.

Morton i Haver nie spuszczali z niego wzroku. Czekali.

– Gdzie jest? – spytał Max.

Wskazali latarką na krzaki. Duży worek poruszył się nieznacznie.

– No to do roboty – powiedział Max.

Nagle w tle za workiem zamajaczyła czyjaś postać. Max rozpoznał Nożownika od razu. Morton i Haver wzdrygnęli się mimowolnie.

– 15 maja, Berlin, dzielnica Mitte, godz. 16.00 –

Berlin tonął.

Johan Wilhelm Karas, emerytowany kaznodzieja katedry berlińskiej, poczłapał do okna. Po dwudziestu czterech godzinach nieustannej ulewy znany mu świat stracił kontury i przestał istnieć.

W mieście pod wzbierającą wodą wybuchały studzienki, ludzie przemykali ze złamanymi parasolami, starając się ominąć płynącą ulicami rzekę. W okolicach Katedry Berlińskiej samochody utykały w najniższych partiach jezdni. Z wielkiej budowy, która za chwilę miała wydać na świat das Schloss, miejski zamek, wiatr zerwał plandekę, niszcząc rusztowania, powalając rzeźby, przewracając dopiero co zasadzone drzewa. Setki desek i metalowych rurek płynęły ulicami w sobie tylko znanym kierunku. System kanalizacyjny przestał funkcjonować, nie kursowały autobusy ani linie kolejki miejskiej. W Charlottenburgu, jednej z najstarszych dzielnic Berlina, zapadła się zabytkowa kamienica.

– Katastrofa! – krzyczał z telewizora blady, przemoczony burmistrz miasta. Coś dużego, rusztowanie, a może reklama, przewaliło się z łoskotem i runęło tuż obok niego. Ktoś zaczął krzyczeć. Obraz zniknął wraz z burmistrzem. Przez chwilę nic się nie działo, dopiero po kilku sekundach na ekranie pojawił się szef berlińskich strażaków Wilfried Graefling.

– Zostańcie w domu! – apelował do mieszkańców. – Nie wychodźcie!

Pastor próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widział takie sceny na żywo, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Znów spojrzał na Sprewę, wyglądała jak zmatowiały dywan podrywany rozwścieczonym gradem pocisków. Zegar wskazywał:

– Godz. 16.10 –

O tej porze Karas od lat modlił się w katedrze. Wczoraj z powodu deszczu po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie wyszedł z domu, ale dzisiaj nie zamierzał się poddać. Potrzebował świec, gładkich marmurów, śliskich posadzek, potrzebował Boga. Poczłapał w kierunku korytarza. Odszukał w szafie pelerynę przeciwdeszczową, kalosze, gdzieś tu był jeszcze parasol, tylko gdzie? Jest! Już chciał zamknąć drzwi, kiedy zorientował się, że zapomniał kluczy. Hedwiga Albertina Karas zawsze powtarzała: gdy się musisz zawrócić, usiądź, zmów pacierz. Pokajał się za te kaszubskie gusła, ale babcie wielką mają moc nad wnukami nawet po śmierci, nawet wśród kapłanów, więc westchnął, usiadł i przykładnie odmówił pacierz. Poczuł, jak coś strzyka mu w kolanie. Lata modlitwy, dowód wiernej, szczerej posługi. Babcia byłaby dumna. „Dziecinnieję”, pomyślał i wyszedł.

Natychmiast wpadł w jakieś zagłębienie i zanurzył się po kolana w wodzie. Wiatr podwiał poły peleryny, odchylił parasol, połamał druty. Płaszcz podrywany wiatrem zasłaniał mu widok, ostrożnie stąpał więc przed siebie, starając się wymacać podstępne dziury w płytach chodnika. Na szczęście nie miał daleko, kilkaset metrów. Droga, która w normalnych warunkach zajmowała mu dwie minuty, tym razem zajęła dziesięć. Wreszcie stanął pod Katedrą Berliner Dom i uniósł wzrok. Johan Wilhelm Karas, mały czarny punkt pod dziewiętnastowiecznym olbrzymem. W strugach deszczu niewiele był w stanie dojrzeć. Powoli wspinał się po schodach. Od kolumn w przejściu dzielił go zaledwie stopień, gdy nagle tuż pod wielką rzeźbą Anioła Prawdy w świetle migoczącej żarówki mignął mu jakiś cień. Przystanął, nasłuchując przez parę sekund, lecz nic się nie działo. Zazwyczaj o tej porze ochroniarze poganiali ostatnich turystów do wyjścia, ale dzisiaj w katedrze było pusto. Od paru dni stała zamknięta ze względu na prace renowacyjne.

Pastor skręcił w bok i zniknął w ciemnościach przejścia. Mniej więcej od tego momentu zaczynał celebrowanie obrządku; powoli przekręcał w zamku wielki klucz, z rozmysłem wstukiwał kod i wreszcie przekraczał próg świątyni, jedyne miejsce na ziemi, w którym czuł realną bliskość Boga. W środku panowała niczym niezmącona cisza. Mieszanka starego wapna, kurzu i wilgotnego drewna nawet teraz, podczas remontu, górowała nad wonią farb i roztworów. Renowatorzy ze względu na pogodę nie dotarli dzisiaj do pracy albo już wyszli. Bardzo dobrze, ucieszył się. Rzadko kiedy mógł przebywać tu sam. Poczłapał w kierunku ołtarza, zostawiając za sobą mokre ślady.

Od dawna wiedział, że marzenie jego życia się nie spełni i obniżone narożne wieże, podobnie jak kształt latarni oraz krzyża wieńczącego kopułę główną, nigdy nie odzyskają pierwostanu. Berliner Dom, czyli Katedrę Berlińską, wpisano na listę zabytków, co formalnie uniemożliwiało jej rekonstrukcję sprzed wojny. Od kilku lat pieniędzy starczało zaledwie na odnowienie tego, co odpadło, wyczyszczenie tego, co zabrudzone. Co prawda ze względu na budowę zamku, wielkiej budowli, która za chwilę miała stanąć po drugiej stronie ulicy, samorząd miasta wysupłał całkiem pokaźną sumę na bieżące remonty katedry, lecz Karas nie był zadowolony. W jego przekonaniu suma ta była kroplą w morzu. Zniewagą i jałmużną, właściwie bezczelnością. Nienawidził zamku, nie pojmował, jak można budować w pobliżu katedry coś, co mogłoby z nią konkurować, odjąć jej blasku. Nie pojmował, dlaczego całe Niemcy ekscytują się wskrzeszaniem czegoś, po czym nie ostała się nawet historyczna kupa gruzu. Rosjanie uznali zamek – znacznie już uszkodzony podczas wojny – za symbol „pruskiego imperializmu” i wysadzili go w 1949 roku. Osiemdziesiąt lat później odtwarzano go z archiwalnych obrazków. Karasowi nie mieściło się to w głowie.

Ukląkł w pierwszej ławce i spojrzał w stronę wysokiego witrażowego okna. Ze zdziwieniem zarejestrował, że przykrywa je wielka biała płachta. W pierwszej chwili pomyślał, że to optyczne złudzenie spowodowane nikłym światłem świec, ale gdy wstał, przekonał się, że płachta nadal wisi. Przedwczoraj jeszcze jej nie było. Nic z tego nie rozumiał. Nie słyszał dotąd o odnawianiu witraży.

Dopiero teraz uświadomił sobie, że świece palą się także przy schodach prowadzących do prezbiterium. To też wydało mu się dziwne, nigdy nie zostawiano ich zapalonych po nabożeństwie, a już tym bardziej teraz, kiedy w kościele trwała renowacja. Stary kapłan poczuł nieprzyjemne mrowienie na plecach. Podszedł do schodów, chwycił za świecznik i zadarł głowę. Mdły blask oświetlił na krótką chwilę misterne figury dwunastu apostołów w złotym szafkowym ołtarzu i wysokie, wzniesione na szczyt korynckich kolumn figury Marcina Lutra i Filipa Melanchtona. Stały jak zawsze surowe, martwym wzrokiem patrzyły przed siebie, sztywne i dalekie. Zegarek dyskretnie umieszczony pod ołtarzem wskazywał:

– Godz. 16.25 –

Karas wszedł na schody, minął ołtarz i zajrzał pod plandekę. Wydawało mu się, że coś z niej kapie.

Kap. Kap. Kap.

Czerwona ciecz sączyła się spod płótna wprost do złotego kielicha, tworząc wokół niewielką kałużę. Co to jest? Nachylił się. Krew?! Oparł się niezdarnie o ołtarz i uniósł świecznik, po czym nie namyślając się, szarpnął mocno za płótno. Opadło ciężko. Światło odbiło się tysiącem barw od witrażowego okna. Stary człowiek zmrużył oczy i krzyknął przerażony.

– Jezu Chryste!

– Berlin, dzielnica Prenzlauer Berg, godz. 17.20 –

Tschapieskiemu spodnie opadły do kostek, został w samej koszuli, od pasa w dół był nagi. Margeritha przyglądała mu się z niekłamanym podziwem. Pokaźne prezydenckie przyrodzenie wyzierało spod wielkiego brzucha gotowe do ataku. Uprawiała swój trudny zawód od lat, ale jeszcze nigdy nie spotkała drugiego klienta tak pełnego wigoru. Przychodził regularnie od dwóch dekad i wciąż drżał na widok jej ciała. Lubiła takich jurnych chłopów. W tym miesiącu odwiedzał ją piąty raz i nic nie zapowiadało, że ostatni. „Kochanek przyszedł”, śmiały się pozostałe dziewczyny, i coś w tym było.

– Podejdź bliżej, Buldożku – powiedziała ochrypłym głosem.

Tschapieski, starając się wyswobodzić z nogawek, zatoczył się i o mało nie upadł. W ostatniej chwili złapał jednak równowagę i ruszył w jej stronę.

– Stop – zatrzymała go nieoczekiwanie. – Dzisiaj zabawimy się inaczej! Alexa! – zawołała do tajemniczego urządzenia. – Fever!

Z małego głośnika dobiegł ich głos Peggy Lee. Margeritha wstała i poruszyła biodrami. Kołysała się w rytm bębna to w prawo, to w lewo. Ten taniec miała we krwi, jej matka pochodziła z Turcji, ojciec z ukraińskich stepów. Dzwoniły złote dzwoneczki, świeciły cekiny, opadła pierwsza chusta i druga.

– Nie mam czasu na zabawy – wycharczał Tschapieski, rzucając się na nią.

– Godz. 17.28 –

Blondyn uchylił drzwi i zajrzał do środka. Wielki biały tyłek Tschapieskiego poruszał się do rytmu piosenki, gdzieś pod nim jaśniały kolumniaste uda. Pośladki ruszały się coraz szybciej, prezydent charczał coraz głośniej, uda podskakiwały wyżej i wyżej, niemiłosiernie tłukąc o kant łóżka.

– Tschapieski! – krzyknął Blondyn.

Bez odbioru.

– Tschapieski!!!

Tyłek zastygł w górze, uda opadły. Dwie spłoszone twarze zwróciły się w stronę drzwi.

– Sprawa jest – zakomunikował Blondyn i uśmiechnął się do Margerithy. – Pani wybaczy.

Podniósł spodnie i cisnął nimi w Tschapieskiego.

Prezydent zamarł i dopiero po dłuższej chwili wydobył z siebie ryk zranionego bizona.

– Raz, dwa, trzy – popędził go Blondyn, spoglądając na zegarek.

– Godz. 17.31 –

Jakim cudem ten skurwiel znalazł go w burdelu, Tschapieski wolał nie wiedzieć. Gdyby nie to, że ktoś ważny przed laty nakazał mu współpracę z tym niemożliwym człowiekiem, prezydent berlińskiej policji nie ręczyłby za siebie. Od zawsze nazywał go w myślach Blondynem albo skurwielem, nie znał jego prawdziwego imienia. Blondyn nękał go i wykorzystywał od dawna, gdy Tschapieski był jeszcze szefem pionu śledczego, ale nigdy nie posunął się tak daleko. Musiało wydarzyć się coś absolutnie niewyobrażalnego.

– Prędzej! – ponaglał Blondyn, chociaż prezydent zbiegał po schodach najszybciej jak mógł.

W strugach deszczu przebiegli do samochodu czekającego przed drzwiami burdelu. Blondyn wepchnął Tschapieskiego do środka, przytrzaskując mu poły płaszcza, po czym zajął miejsce z przodu obok kierowcy. Ruszyli z piskiem opon. Zapierdolę chama, myślał udręczony prezydent, patrząc na swój drogocenny prochowiec majtający się na wietrze. Trwał w bezsilnej wściekłości, dopóki nie usłyszał dzwonka wydobywającego się z kieszeni płaszcza.

– Komórka! – zażądał Blondyn.

– Co?

– Telefon, już!

Ponieważ Tschapieski się nie poruszył, Blondyn sięgnął do tyłu i zwinnym ruchem wyszarpnął mu z kieszeni komórkę.

– Macie go? – wykrzyczał w słuchawkę.

Najwyraźniej odpowiedź nie usatysfakcjonowała Blondyna, bo rozłączył się i szybko wystukał jakiś numer.

– Macie go?! – powtórzył, po czym zaklął i schował telefon do kieszeni. Swojej.

Tschapieski najpierw siedział z otwartymi ustami, aż wreszcie odezwał się strasznym szeptem, który we wszystkich jego podwładnych wywoływał popłoch:

– Proszę oddać mi telefon.

Blondyn nie zareagował.

– W lewo! – rozkazał kierowcy.

Tschapieski walnął z bezsilności w szybę. W samochodzie zaległa złowroga cisza przerywana stukotem wycieraczek.

Dotarli na miejsce. Tschapieski spojrzał na gmach Katedry Berlińskiej, pocieszając się w duchu, że to ostatnia taka podróż w jego życiu. Dalej już Blondyn z nim nie zajedzie, za kilka miesięcy emerytura. Wysiadł więc z samochodu i spojrzał wyzywająco na swego prześladowcę, ale ten złapał go za łokieć i pchnął przed siebie.

– Łapy przy sobie! – Prezydent się szarpnął i dumnie wyprostował.

Wspinali się po szerokich schodach w milczeniu. Tuż przy korynckiej kolumnie z posągiem Anioła Prawdy pojawił się nieoczekiwanie komandos w kominiarce.

– Tędy – poprowadził ich do bocznych drzwi.

Znaleźli się w niewielkim ciemnym pomieszczeniu. Przeszli przez boczną nawę, doszli do ołtarza, gdzie powoli dopalały się świece.

– Tam – wskazał żołnierz.

Wszędzie stały wiadra, rusztowania i farby. Weszli na schody, minęli ołtarz i stanęli pod witrażowym oknem. Było tam coś – najprawdopodobniej jakieś rusztowanie zasłonięte płachtą. Pod ołtarzem, tuż obok witraży klęczał ksiądz z siwym rozwianym włosem, wznosił ręce do nieba i modlił się żarliwie. Obok niego warował rosły komandos z bronią zwieszoną ku ziemi. Był to widok tak odrealniony, że wyglądał jak kadr kostiumowego filmu. Tschapieski poczuł przeszywające go dreszcze.

Człowiek w kominiarce uniósł latarkę i odchylił płachtę.

W pierwszych sekundach Tschapieski pomyślał, że to, co widzi, to zwykły krzyż z niezwykłym Chrystusem. Lecz ciało na krzyżu nie było rzeźbą. Było ukrzyżowanym nieboszczykiem. Ciemne włosy sięgające ramion, korona cierniowa, twarz przesłonięta brodą. Coś się jednak w tym wizerunku nie zgadzało, jakiś obcy element burzył znany porządek. Martwy Jezus miał nienaturalnie wygięte żebra. Wyglądał jak ptak, który za chwilę poderwie się do lotu. Przeszkadzały mu w tym podtrzymujące go liny i gwoździe w dłoniach i stopach. Makabryczny obraz uzupełniał kielich w kałuży krwi.

Tschapieski przełknął głośno ślinę i zrobił krok do tyłu, gdy nagle dobiegł go przejmujący baryton modlącego się obok księdza:

– „Kiedy uporczywie wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: »Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba«. I przybył. Oto jest!”.

Nastała grobowa cisza.

– Dobra – powiedział Blondyn. – Pakujcie ten majdan – rzucił do komandosów w kominiarkach.

Prezydent ruszył za Blondynem z powrotem do wyjścia. Z wnętrza kościoła dochodził ich głos księdza:

– Objawił się Wam Pan! Radujcie się, niewierni!

Dyskretny zegar pod ołtarzem wskazywał:

– Godz. 18.00 –

Nie odezwali się, aż samochód nadjechał jak duch, ciemny i cichy. Znów siąpił deszcz. Uliczne latarnie nie działały. Jechali wolno przez wyludnione miasto, z trudem wymijając przeszkody niesione przez wodę. Tschapieski czuł w sercu czarną dziurę, pod powiekami wciąż widział nienaturalnie wywinięte żebra, poranione ciało, w uszach dudnił mu głos księdza. I nagle przypomniał sobie, że już raz tak z Blondynem jechał przez Berlin w deszczu. Było to w 2011 roku. W opuszczonej romskiej kamienicy w dzielnicy Neukölln odkryto wtedy zmasakrowane ciało niejakiego Franka Derbacha, pracownika Urzędu do spraw Materiałów Stasi. To właśnie wtedy zdał sobie sprawę, że jako szef z kryminalnej jest tylko biernym świadkiem wydarzeń, a Blondyn głównym rozgrywającym. Czuł, że jego awans na prezydenta berlińskiej policji miał być nagrodą za kolejne lata współpracy i milczenie w sprawie Derbacha. Teraz było mu to na rękę. Niczego już nie chciał, niczego nie oczekiwał. Wszystko, co miał osiągnąć, osiągnął. Kilka miesięcy przed emeryturą nie życzył sobie sprawy Jezusa ukrzyżowanego w berlińskiej katedrze. Najprawdopodobniej Blondyn znów chciał użyć go w charakterze przykrywki. Proszę bardzo, Tschapieski nie miał nic przeciwko temu! Jeszcze niedawno protestowałby, wściekał się, ale dzisiaj chciał mieć już tylko święty spokój. Rzucił okiem na cyfrowy zegar w samochodzie.

– Godz. 18.05 –

Stanęli na skrzyżowaniu, przepuszczając kilka wozów strażackich.

Znów zadzwonił telefon, jego telefon.

– Tak! – rzucił Blondyn do słuchawki, jego tschapieskiej słuchawki. – Szukajcie dalej, nie rozpłynął się przecież w powietrzu!

W migoczącym świetle reflektorów strażackich Tschapieski patrzył na palce Blondyna zaciskające się na jego starej wysłużonej komórce. Niewielka, niepozorna, ze startymi symbolami na przyciskach łączyła go ze światem od sześciu lat. Dbał o nią i regularnie oddawał do przeglądu. Wiele miesięcy upłynęło, zanim nauczył się wysyłać z niej SMS-y, odczytywać wiadomości i zapisywać nowe numery. Uczynnemu Turkowi, któremu powierzał jej renowację, udało się nawet jakiś czas temu powiększyć pamięć urządzenia. Niezaprzeczalnie komórka stanowiła ważny przedmiot w życiu prezydenta.

– To się panu przytrafiła sprawa! – odezwał się nieoczekiwanie Blondyn, chowając telefon do kieszeni.

Tschapieski drgnął.

– Proszę?

– Przejmuje pan to śledztwo od zaraz. To teraz pańska sprawa.

– Co takiego? – Tschapieski nie zrozumiał. – Jaka sprawa?

– Sprawa Jezusa w katedrze. – Blondyn spojrzał na niego wymownie.

Prezydent zaniemówił.

– Wysiadam – zakomunikował wreszcie, szukając w ciemnościach klamki.

Kierowca wcisnął guzik i zaryglował wszystkie drzwi. Tschapieski rzucił się na niego ponad siedzeniem, ale w tej samej chwili zobaczył wycelowaną w siebie lufę. Kierowca nawet się nie odwrócił, jedną ręką kierował, drugą mierzył w prezydenta.

– Wierzy pan w runy? – spytał nieoczekiwanie Blondyn.

– Co proszę?!

– W runy – powtórzył Blondyn.

– Jakie runy?! Pojebało was?

Blondyn coś do niego mówił, ale wściekły policjant ostentacyjnie zatkał uszy. Skręcili w lewo, potem znów w lewo. Jechali powoli, jedna z uliczek okazała się nieprzejezdna. Woda strzelająca ze studzienki sięgała już pierwszego piętra.

– Armagedon – mruknął kierowca, wycofując samochód.

Tschapieski stracił orientację. Całe swoje zawodowe życie spędził w zachodnich dzielnicach Berlina, po upadku muru rzadko zapuszczał się na wschód. Ale kiedy kierowca zatrzymał samochód przed szarą kamienicą, której okna były zabite deskami, natychmiast rozpoznał w niej dawną centralę podsłuchu Stasi.

– Jesteśmy – powiedział Blondyn.

Tschapieski dźwignął się ciężko, wystawił nogi za drzwi i poczuł, jak woda wlewa mu się do butów. Momentalnie wyrósł przed nim kierowca, wskazał na bramę, po czym odchylił marynarkę, pokazując lśniącego Walthera PP. Tschapieski próbował sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek wcześniej widział tego człowieka w pobliżu Blondyna, ale uświadomił sobie, że dotąd zwykle widywał Blondyna samego, tylko podczas ich pierwszego spotkania towarzyszyła mu kilkuosobowa świta.

– Idziemy! – Usłyszał.

Brodząc w wielkiej kałuży, podążał zrezygnowany za swoim prześladowcą – najpierw do bramy, potem przez ciemną klatkę schodową, aż do piwnicy. Szli długim korytarzem, dopóki Blondyn nie otworzył ciężkich metalowych drzwi. Natychmiast zapaliło się ostre światło. Oczom Tschapieskiego ukazało się niewielkie pomieszczenie obite białym tworzywem. Pośrodku stał stół, na nim popielniczka, dwa krzesła, umywalka i muszla klozetowa. Nic więcej.

– Proszę – powiedział Blondyn, rzucając na stół skórzaną teczkę. Wyciągnął z przemoczonej marynarki papierosy, nie poczęstował prezydenta. Wiedział, że nie pali. Wiedział o nim wszystko. Odczekał, aż prezydent wciśnie się w krzesło, po czym wyciągnął z teczki dwa zdjęcia i położył je na stole. Tschapieski włożył okulary i przez dłuższą chwilę patrzył na ukrzyżowane ciała z nienaturalnie wywiniętymi żebrami.

– Wyglądają jak... – szukał odpowiedniego sformułowania.

– Skrzydła? – podsunął Blondyn.

– Jak skrzydła.

– To są skrzydła. Fachowo: krwawy orzeł. A konkretnie: krwawy orzeł na krzyżu w berlińskiej katedrze. Ofiarą jest ksiądz. – Blondyn usiadł naprzeciw Tschapieskiego. – Mamy szczęście. – Uśmiechnął się sarkastycznie. – Dziennikarze zajęci są teraz powodzią, więc zdążymy wysprzątać katedrę, zanim cokolwiek zwęszą. Na razie wiemy o nim tylko my.

– Ja nie chcę o nim nic wiedzieć!

Tschapieski odsunął od siebie zdjęcie. Przez chwilę miał jednak ochotę zapytać, kim jest ten drugi. Zdjęcia były dwa i ukrzyżowane ciała były dwa. Prezydent, chociaż wcale sobie tego teraz nie życzył, myślał już jak policjant. Natychmiast zauważył, że miejsca zbrodni różnią się tłem, za jednym z ukrzyżowanych Chrystusów nie było okna, za drugim owszem. Poza tym skoro nie żyli, jakim cudem spływała z nich krew? Z zastygłych trupów nic nie spływa.

– Tschapieski, niech pan słucha. Mamy problem. To już drugi ukrzyżowany ksiądz w tym mieście.

– Może pan ma problem. Ja nie mam żadnych problemów. Żadnych! – Prezydent się uśmiechnął. – Przechodzę na emeryturę!

– Na jaką emeryturę? – zdziwił się Blondyn, zapalając papierosa. – Nie ma mowy o żadnej emeryturze!

Tschapieski zbladł, po czym uniósł się wraz z przyklejonym do pośladków krzesłem.

– Jeśli nie zrobi pan tego, co mówię, jutro o krwawym orle będą huczały całe Niemcy. – Blondyn nie groził, mówił to obojętnym, zmęczonym głosem. – Ściągnie pan na siebie śledztwo, prasę i całą resztę. Oficjalne śledztwo. – Ostatnie dwa słowa wypowiedział powoli i wyraźnie. – W tej chwili może pan jeszcze nad tym zapanować. Daję panu jedyną w swoim rodzaju szansę: przejęcie sprawy w odpowiednim momencie. Wciąż można ją prowadzić bez świadków, bez udziału prasy... Nieoficjalnie. – Blondyn nadal mówił spokojnie, ale z uwagą śledził reakcję Tschapieskiego.

– Do kurwy nędzy! – przerwał mu prezydent, wyswobadzając się z krzesła. – To twoja pierdolona sprawa, nie moja! – Z nerwów przeszedł z Blondynem na ty.

– Miło mi – ukłonił się jego rozmówca – nazywam się Paul. Zazwyczaj awanturowałeś się, gdy odbierałem ci śledztwo, a teraz, gdy chcę ci je przekazać, to też ci nie odpowiada. Trudno ci dogodzić.

– Nie będę prowadził tego śledztwa.

– Będziesz.

Tschapieski się odwrócił, zrobił dwa kroki i otworzył drzwi, ale na tle ciemnego korytarza ujrzał wysokiego kierowcę, który popukał w wypchaną kieszeń marynarki.

– No cóż – kontynuował Paul, wyciągając z kieszeni komórkę – nie spodziewałem się takiej reakcji, ale przygotowałem oczywiście wariant awaryjny.

– I Bogu dzięki! – Tschapieski odstąpił od drzwi. – Zaraz... Co ty robisz?

– Dzwonię na komisariat zgłosić morderstwo.

– Z mojej komórki?!

– A z czyjej?

– Zaczekaj.

Tschapieski wrócił do stołu i wcisnął się na powrót w krzesło.

– Też uważam, że lepiej załatwić tę sprawę o po cichu – powiedział nieco bardziej ugodowo Blondyn i odłożył telefon. – Mój człowiek przesłał mi wiadomość, że dzisiaj w Berliner Dom znajdziemy kolejną ofiarę. Dwa dni temu powiadomił nas, że czternastego maja o trzeciej w nocy gdzieś na przedmieściach Berlina wybuchnie pożar.

Tschapieski poruszył się niespokojnie, od wczoraj uczestniczył w konferencjach prasowych dotyczących tej sprawy i znał wszystkie szczegóły: ponad trzydzieści ofiar, w tym czworo dzieci. Gdyby nie nagły deszcz, spłonęłoby jeszcze więcej ludzi. Wszystko wskazywało na tragiczny zbieg okoliczności.

– To był wypadek – powiedział.

– Akurat. – Paul zaśmiał się cicho i dodał poważnym tonem: – Naszemu informatorowi udało się wejść w struktury paramilitarnej organizacji odpowiedzialnej za podpalenie osiedla i za te morderstwa, raz znał miejsce, innym razem znał czas. Od wczoraj nie daje znaku życia. Zniknął. Szukamy go, ale bez skutku. Wiemy, że organizacji przewodzi jeden człowiek, ale nie wiemy, jaki ma motyw, dla kogo pracuje. – Paul wyciągnął z teczki kolejne zdjęcie. – Nazywają go Księciem.

– Nie powinien mi pan mówić takich rzeczy. To sprawa pańskiego wywiadu.

– Przeszliśmy na ty – przypomniał mu Paul i zapalił kolejnego papierosa. – Rekrutują swoich bojówkarzy w wojsku i policji.

– W policji?! – przerwał mu prezydent, pochylając się nad zdjęciem ukazującym żołnierzy w mundurach Bundeswehry. – Niemożliwe!

– Rekrutują swoich bojówkarzy w wojsku i w policji – powtórzył Paul. – Od miesięcy wiedzieliśmy o ich planach. Niestety, mój człowiek powiadamiał nas o wszystkim na krótko przed każdą z akcji. Dlatego nigdy nie mogliśmy niczemu zapobiec i zawsze trafialiśmy na ofiary kilkadziesiąt sekund za późno. Tak jak dzisiaj... Podobnie było w przypadku pożaru. Podejrzewam, że informator wpadł, nie zgłasza się do nas od kilku godzin, a dotychczas zawsze to robił. Albo nie żyje, albo... – Paul zgasił papierosa. – Jeśli go mają, nie muszę ci mówić, co to oznacza.

– Będzie sypał?

Paul nie odpowiedział. Wyjął z teczki kolejne zdjęcie.

Dochodziła:

– Godz. 18.20 –

Prezydent skierował wzrok na podobiznę jasnowłosej kobiety.

– Nieznani sprawcy uprowadzili ją dzisiaj z domu na oczach dzieci. Mąż pobiegł na policję. Wszystkie portale już o tym piszą – kontynuował Paul. – To żona polityka.

– Nic nie wiem. Jakiego polityka? Z Berlina?

– Nie, nie z Berlina. Lokalnego. Ale na tyle znanego, że zrobi się z tego afera.

Tschapieski milczał zdezorientowany.

– To nie wszystko. – Paul wyciągnął z teczki akta. – Sprawozdanie z dachowania limuzyny ministra obrony. Nic mu się nie stało. Poza mną i moim ludźmi nikt nie wie, że ktoś grzebał w samochodzie. Za porwanie kobiety i wypadek odpowiada ta sama organizacja, która powiesiła księży.

Prezydent popatrzył na swego rozmówcę. W ostrym świetle jarzeniówki dopiero teraz dostrzegł lekki zarost na przystojnej twarzy, głębokie cienie pod oczami, a w jasnych włosach jakby zarys siwizny. Blondyn zawsze wyglądał nienagannie, był opanowany i trzymał emocje na wodzy, nie inaczej teraz, poza jednym szczegółem: żyła na jego szyi pulsowała tak szybko, że dało się niemal słyszeć, jak przetacza się przez nią krew, jak płynie do mózgu. Ile mógł mieć lat? Trzydzieści osiem? Czterdzieści? Jakich strasznych spustoszeń musiała już dokonać w nim ta praca?

– Dlaczego sam się tym nie zajmiesz? – rzucił Tschapieski z rezygnacją w głosie. – Takich spraw nie oddaje się dobrowolnie.

Blondyn nie odpowiedział. Może i scedował tę sprawę na niego, ale Tschapieski nie był głupi; tak naprawdę wcale jej nie oddał.

Paul spojrzał na zegarek.

– Godz. 18.26 –

– Skoro wam nie udało się tego rozwiązać, to jak mnie miałoby się udać? – spytał ponuro prezydent. – To sprawa na lata.

– Masz tydzień – uciął Paul. – Książę zaplanował jakąś dużą akcję. Lepiej, żebyś się pospieszył. Musisz go ubiec. – Paul pakował dokumenty do teczki. – Skontaktuj się koniecznie z Dagmarą Bosch, ona dużo wie o tej sprawie. Być może więcej niż ja – rzucił jakby mimochodem.

– Z kim? – Prezydent był przekonany, że się przesłyszał.

– Z Dagmarą Bosch. Dziennikarką.

Tschapieski milczał.

– Będziesz z nią współpracował – powiedział z naciskiem Paul, przeszywając Tschapieskiego zimnym wzrokiem.

– Nie ma mowy! – Tschapieskim aż zatrzęsło z wściekłości. Po tym, co przeżył podczas afery Derbacha, przysiągł sobie, że już nigdy więcej nie wciągnie cywila do śledztwa. A już na pewno nie Dagmarę! – Nie ma mowy! – powtórzył z przekonaniem.

– Wyjeżdżam – usłyszał w odpowiedzi spokojny głos Blondyna. – Muszę na jakiś czas zniknąć. Będę się z wami kontaktował, nie wiem jeszcze jak, ale będę – powiedziawszy to, rzucił komórką Tschapieskiego o podłogę i zgniótł ją ciężkim butem. Następnie nachylił się, by wyłowić z jej metalowych szczątków kartę pamięci. – Pierwsza zasada – poinformował zszokowanego prezydenta – to nie pozostawiać po sobie żadnych śladów.

Zgarnął kartę i pety z popielniczki, owinął je w chusteczkę higieniczną i spuścił w toalecie.

– Nazywam się Paul Chagall – powiedział, stojąc już przy drzwiach. – Pracuję w wywiadzie, ale nawet nie wiem, czy ten wywiad jeszcze istnieje. – Zrobił pauzę i po chwili zakończył: – Do roboty, Tschapieski!

– Godz. 18.30 –

Tschapieski powoli osunął się po ścianie i przez kilka minut patrzył w martwy punkt przed sobą. Nie wyjdzie stąd, nie jest w stanie, zostanie tu do usranej śmierci. Nagle zrozumiał, dlaczego Paul chciał rozmawiać z nim akurat w tym miejscu. Niepozorne piwniczne ściany obite solidnymi enerdowskimi płytami wchłaniały wszystkie odgłosy i sygnały. Tutaj nawet najnowocześniejsze systemy nie były w stanie przechwycić niczego. Na przykład ważnych rozmów, przesłuchań ani szaleńczych krzyków, które Tschapieski teraz z siebie wydawał. Kiedyś technik policyjny, Garbaty, próbował mu wytłumaczyć, na czym polegał fenomen enerdowskich płytek wyprzedzających swoją epokę, ale prezydent nic z tego nie zapamiętał.

Z przyzwyczajenia sięgnął po komórkę, chciał sprawdzić, która godzina.

– Kurwa mać! – zaklął, w tej samej chwili jego wzrok spoczął na teczce. Czyżby Paul jej zapomniał?

– Nie zapomniał – odpowiedział sam sobie. – Ten skurwiel nigdy niczego nie robi przypadkiem.

Teczka z dokumentami leżała na stole i czekała na Tschapieskiego.

Jacob Jordaens (1593–1678), Scena mitologiczna z młodym Bachusem, ok. 1640, olej na płótnie

 

Dzieło wchodziło w skład łódzkiego Muzeum Historii Sztuki im. J.K. Bartoszewiczów. Zaginęło w latach 1939–1945.

 
 
ROZDZIAŁ II

Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie, kołaczcie, a otworzą wam

 

Ewangelia według św. Mateusza 7, 7

– Trzy miesiące wcześniej –

Dagmara nasunęła czapkę z daszkiem na głowę i weszła do środka. Drzwi zamknęły się za nią z hukiem. W głównym budynku uniwersytetu było cicho i pusto. Spojrzała na szerokie schody i umieszczone w marmurze złocone litery:

 

Die Philosophen haben die Welt nur verschieden interpretiert,

es kommt drauf an, sie zu verändern.

Karl Marx

 

Padały mury, zmieniały się ustroje, a tu wciąż wszystko wyglądało tak samo. Wybrała inne schody. Po minucie była już na drugim piętrze, przebiegła korytarz i stanęła przed szarymi drzwiami. Włożyła klucz w zamek, niemiłosiernie zgrzytnął. Przeszła przez wąski pokój i odsunęła kotarę. Jej oczom ukazała się kabina, stały tu projektory, metalowa szafa, stół montażowy i kilka kinowych krzeseł. Skierowała się ku metalowej klapie w ścianie, przez którą kiedyś wyświetlano filmy, i przesunęła zasuwkę.

Zobaczyła morze głów. Znów się spóźniła. Sala Audimax była wypełniona po brzegi. Jej informator nigdy nie potrafił podać dokładnej godziny. Członkowie organizacji Zbuntowanych porozumiewali się między sobą pocztą pantoflową, a on nie należał już do ich grupy. Na wąskiej scenie stał niepozorny mężczyzna z mikrofonem przytwierdzonym do ucha i wymachiwał długim wskaźnikiem. Policzyła rzędy krzeseł, spojrzała w kierunku wysokich okien, na parapetach też siedzieli ludzie. W sumie około pięciuset osób. Więcej niż w zeszłym tygodniu.

– Lojalność to najprostszy sposób na zebranie punktów – mówił mężczyzna, wskazując na olbrzymi ekran. Rysunek przedstawiał kilkanaście kółek połączonych strzałkami. – Dajesz, to dostajesz! Nie dajesz, nie dostajesz!

Na sali panowała absolutna cisza, słuchacze notowali. Wiedziała, że nie mogli wnosić ze sobą komórek, robić zdjęć ani nagrywać wykładów. Przed wejściem na wykład ochrona skrupulatnie jeździła po ich ciałach metalową gałką przypominającą wykrywacz metalu. W promieniu kilkudziesięciu metrów nie było zasięgu.

– Wszyscy otrzymują dzisiaj dodatkowy bonus za punktualność! – padło ze sceny.

Grom oklasków wstrząsnął salą. Mężczyzna uniósł rękę, zapadła cisza. Rozstawił szeroko nogi i przyłożył zaciśniętą pięść do serca. Słuchacze wstali i zrobili to samo. Odwrócili się w kierunku okien i z kilkuset piersi wyrwał się okrzyk, który brzmiał jak gardłowe „Hu”. Na podium pojawiło się dwóch facetów w długich płaszczach przypominających sutanny. Unieśli kolorowe flagi i uderzyli cztery razy drzewcami w podłogę. Ten symboliczny akt oznaczał koniec spotkania. Słuchacze wstali, salę wypełnił zwykły gwar.

Dagmara wyciągnęła z plecaka aparat, starając się maksymalnie przybliżyć obraz zoomem: rysunek na ekranie, ludzi wstających z krzeseł, wykładowcę, ochroniarzy, facetów w płaszczach, sztandar, kolorowe opaski na ramieniu. Wszyscy znów ubrani byli na czarno. Skupiła wzrok na ich fladze: czerwono-żółto-niebieska, pośrodku dwa czarne orły.

*

Idąc w kierunku schodów, niemal wpadła na siwego, a w zasadzie niemal białowłosego mężczyznę, który przeczesywał korytarze. Tuż za nim szło dwóch drabów i... znów ten białowłosy! Czyżby zdołał przebiec naokoło cały uniwersytet w ciągu paru sekund? Pomyślała, że ze strachu dwoi jej się w oczach. Wcisnęła się między kolumny. Białowłosy ruszył schodami na górę, a dwóch osiłków przebiegło tuż obok niej. Głośno przełknęła ślinę, modląc się, aby się nie odwrócili. Kogo szukali? Co się działo? Odczekała minutę i na palcach przemknęła korytarzem w kierunku tylnych schodów. Na zewnątrz padał deszcz, było już ciemno. Ukryta za drzewami czekała, licząc, że jeszcze kogoś zobaczy, coś podsłucha, ale wyglądało na to, że wszyscy się rozpłynęli. Szła tuż przy krzakach, starając się unikać oświetlonego terenu. Minęła bramę i wyszła na Dorotheenstrasse. Przyłączyła się do grupki japońskich turystów i podążyła w kierunku swojego Volvo zaparkowanego niedaleko Wyspy Muzeów. Nagle kątem oka dostrzegła wykładowcę wsiadającego do czarnego SUV-a. W smugach deszczu dostrzegła rejestrację zaczynającą się od „M”. Chyba „M”, bo równie dobrze mogło to być „N”. Całość przesłoniły deszcz i plecy turystów. Dobiegła do Volvo i ruszyła z piskiem opon, ale SUV minął światła i zdążył już skręcić w prawo. Dagmara utknęła na czerwonym, przed nią i za nią stały samochody, ryknęła wściekle i wjechała na chodnik, prawie potrącając jakiegoś przechodnia. Jechała powoli, rozglądając się na wszystkie strony. Uliczka była pusta.

– Fuck, fuck, fuck!

Waliła pięściami w kierownicę, aż rozbolały ją nadgarstki.

Przejechała całą Unter den Linden do Bramy Brandenburskiej i z powrotem pod Berliner Dom, i znów na Dorotheenstrasse. Nigdzie ani śladu SUV-a. Zrezygnowana zawróciła i po dwudziestu minutach stanęła pod domem. Ściągnęła okulary i czapkę z daszkiem, jasne włosy rozsypały się po plecach. Wysiadła. Ciepły deszcz smagał jej twarz, w powietrzu unosił się zapach kwitnących drzew, od kilku dni temperatura nie spadła poniżej piętnastu stopni. Pchnęła furtkę, czujnik rozświetlił drogę, kot sąsiadów wybiegł jej na spotkanie i otarł się przymilnie o jej nogi. Nie mogła zrozumieć, z czego się tak cieszy, przecież go nie lubiła. Nie protestowała jednak, gdy wślizgnął się do środka przez szparę w drzwiach. Powiesiła kurtkę na haku, spadła, rzuciła klucze na szafkę, nie trafiła. To nie jest jej dzień. Weszła do kuchni i wyciągnęła z szafki puszkę. Kot patrzył na nią wiernymi oczami.

– Co z ciebie za dziwne stworzenie. – Pochyliła się nad nim i podrapała go za uchem.

Ruszyła do łazienki, rozbierając się po drodze. Odkręciła wodę. Przymknęła oczy i oparła łokcie o kafelki. Gorąca woda zmywała z niej pechowy dzień i przedwczesną wiosnę. Patrzyła na wir w kratce odpływowej, po raz setny zastanawiała się nad wszystkim, co usłyszała od byłego członka Zbuntowanych.

– Zrobiłem paellę! – dobiegł ją głos z kuchni. Dagmara aż podskoczyła.

– Boże! – wyszeptała, łapiąc się za serce.

Drzwi łazienki się otworzyły, a właściciel głosu, ściągając T-shirt i spodnie, wemknął się pod prysznic.

*

– Smakowało ci?

– Jesteś najlepszym kucharzem na świecie! – powiedziała, przełykając łakomie ostatni kęs. Widać było, że te słowa sprawiają mu przyjemność.

– Jadłaś coś w ogóle, gdy mnie nie było?

– Nie przesadzaj. – Dagmara przewróciła oczami. – I co na to powiesz?

– Na co? – Spojrzał na nią z tym swoim uśmieszkiem. Dobrze wiedziała, że wspólny prysznic po trzech dniach nieobecności nie był w stanie go zaspokoić.

– Nie mogą używać komórek, czarne koszule, chorągwie i to wszystko w największej sali uniwersytetu. A były członek Zbuntowanych, który mi o nich opowiedział, ucieka z kraju, bo się boi.

– Może to jakaś sekta? – zauważył, wstając. Zebrał talerze i włożył je do zmywarki. Najwyraźniej słuchał tylko jednym uchem.

– No przecież mówię ci, że nie sekta, tylko polityczna organizacja! – odparła ze zniecierpliwieniem. Zawsze interesował się jej pracą, a tym razem, gdy naprawdę trafiła na coś ciekawego, w ogóle jej nie słucha. – Są radykalni. Nie wiadomo, kto za nimi stoi, jakie mają cele. – Po chwili zamyślenia dodała: – Muszę pojechać w parę miejsc.

– Gdzie? – Wyczuła niepokój w jego głosie.

Wzruszyła ramionami.

– A ty gdzie byłeś? Miałeś wrócić dopiero jutro – zmieniła temat.

Patrzyła na niego. Był lekko opalony, wypłowiałe od słońca włosy falowały mu nad czołem.

– W pracy – odparł i dodał łagodnie: – Myślałem o tobie.

– Gdzie byłeś, Paul? – powtórzyła, upijając łyk wina.

– Kochanie, nie zaczynajmy od początku.

Wyjął jej kieliszek z dłoni i popatrzył pożądliwie w oczy.

*

Dochodziła czwarta nad ranem. Dagmara stała przy panoramicznym oknie w bibliotece i spoglądała, jak Paul przemyka przez ogród sąsiada. Gdyby nie lampy z czujnikiem ruchu, które zainstalował na płocie i na ścianach willi, nie zauważyłaby go w tych ciemnościach. Dlaczego szedł tą wąską ścieżką zarośniętą przez chaszcze, zamiast wyjść od przodu? Gdzie był przez te wszystkie dni? Dlaczego wciąż coś przed nią ukrywał?

Kiedy się poznali i Dagmara powiedziała Paulowi, że nie chce mieszkać w willi po rodzicach i że wolałaby wrócić do swojego mieszkania, Paul poprosił ją, żeby dała mu dwa miesiące i dopiero potem podjęła decyzję. Zaczął od biblioteki. Wymienił okna na olbrzymie przeszklone ściany i zamontował przesuwne drzwi, wyrzucił zabytkowe story i żyrandole. Obniżył sufit i zainstalował halogenowe lampy. Zakurzoną sofę wymienił na nowoczesne fotele i kanapę. Usunął krzesła, dywany, wycyklinował podłogę i odnowił regały. Tygodniami przeglądał i segregował książki. Nietknięty pozostał tylko wielki dębowy stół. Dagmara przez cały ten czas miała zakaz wstępu do biblioteki. Kiedy wreszcie pozwolił jej wejść, zaniemówiła.

– Podoba ci się? – spytał. Jego oczy były jak zwykle nieprzeniknione, ale mięsień w policzku drgał. Wiedziała, co to znaczy.

– Bardzo – wreszcie wydobyła z siebie głos. – Jest tak... tak... – szukała odpowiedniego słowa.

– Inaczej – podsunął Paul, nie spuszczając z niej wzroku. Przycisnął jakiś guzik w pilocie i z sufitu zjechało coś wielkiego i płaskiego, przypominającego telewizor.

Nie wszystkie regały były wypełnione książkami, na jednym leżało drewno do kominka, jeszcze inne pozostawały puste, jak gdyby czekały na nowy pomysł. Na kominku stały zdjęcia mamy i ojczyma Dagmary, Gerharda, ukochanej gosposi Renate, cioci Wiesi z Wrocławia i w końcu jej samej, Dagmary nastolatki i Dagmary dorosłej. Pomyślała o matce Gerharda, która powtarzała jej bez przerwy, gdy Dagmara była dzieckiem, kto jest prawowitym właścicielem tego domu. Stara musiała się teraz przewracać w grobie. Dagmara spojrzała na boczną ścianę i zobaczyła olbrzymi obraz. Widziała go jakiś czas temu na wystawie w modnej berlińskiej galerii. Plątanina kolorów, połączenie klasyki z nowoczesnością, coś, w czym dopiero po dłuższej chwili odkryć można było kamienice, latarnie, przechodniów, pełne życia miasto. Marzyła o tym obrazie, ale okazał się stanowczo za drogi. Skąd Paul wiedział, że go chciała, i skąd wziął na to wszystko pieniądze?

– Zostaniesz tutaj? – spytał, całując ją w szyję.

– Dlaczego tak się uparłeś na ten dom?

– Lubię tę dzielnicę.

Rozejrzała się jeszcze raz po pokoju, do którego nigdy nie miała serca. Paul zrobił to, na co ona by się nie odważyła. Połowę rzeczy po prostu wyrzucił. Szukał najprostszych rozwiązań i kiedy już podjął decyzję, stawał się niezwykle konsekwentny.

Teraz Dagmara zapaliła lampkę na kominku i podeszła do stołu. Paul wyjeżdżał, tęsknił, wracał. Było jak zawsze, odkąd się spotkali. Spojrzała na stosy papierów i na książki. Otworzyła zeszyt byłego członka Zbuntowanych na chybił trafił, ale nie potrafiła się skupić. Przecież nie poszedł o czwartej nad ranem biegać! Znów przestraszyła się własnych myśli, osaczyła ją sieć utkana z tysięcy pytań. Dokąd Paul wyjeżdżał? Dokąd teraz szedł?

– Dosyć – powiedziała i poszła do kuchni zaparzyć mocną chińską herbatę. Miała co robić.

*

Paul siedział w cieniu z nogami rozłożonymi na stole i patrzył, jak szybkie palce ciemnowłosego mężczyzny przeliczają banknoty.

– Jestem pewien, że była na spotkaniu. – Facet schował pieniądze i spojrzał w mrok na swego zleceniodawcę.

– Jak to jesteś pewien? Widziałeś ją czy nie?

– Musiałem przerwać obserwację i pójść na wykład. Oni nie tolerują spóźnień. – Mężczyzna łyknął piwa z półlitrowego kufla. Siedzieli w czynnym całą dobę pubie na Neuköllnie.

– No to skąd wiesz, że tam była?

– Bo po wszystkim śledziła jednego z organizatorów. Jechała za nim.

– I co, dogoniła go? – Paul zaśmiał się cicho.

– Nie.

– A ty?

– Tak!

Zapadło milczenie.

– Dobra robota – odezwał się w końcu Paul.

– Czyli to koniec? – Na twarzy mężczyzny odmalowała się ulga.

– Na razie tak – odparł Paul i dodał po chwili: – A co to właściwie za sekta?

– To nie sekta, to organizacja polityczna. Wprowadzają jakiś nowy system do Europy. Świry z wojska, urzędasy i tym podobni, zbierają punkty i wierzą w jakieś runy. Pojeby. Pną się w ten sposób w hierarchii. Pojechałem nawet na ich spotkanie do Drezna. Tam już siedzą grubsze ryby. Jeszcze chwila i zapisaliby mnie do grupy bojówkarzy, chyba się im spodobałem.

– Grubsze ryby? – podchwycił Paul. – Kto?

– Politycy z CSU.

– W Dreźnie? CSU?

– Tak, u nich wszystko jest na opak. – Ciemnowłosy mężczyzna instynktownie ściszył głos: – Byli tam tajniacy z ministerstwa.

– Z jakiego ministerstwa?

– Obrony, od Emdego.

Tym razem cisza trwała dłużej. Paul zdjął nogi z ławy i wstał. Ciemnowłosy przyglądał mu się ukradkiem, ale jak zwykle niewiele zobaczył. Jego zleceniodawca nosił okulary przesłaniające pół twarzy i czarny kaptur.

– Zostaniesz w tej organizacji – powiedział dziwnie zmienionym głosem Paul. – Zapiszesz się do bojówkarzy i o wszystkim będziesz mnie informował. – Rzucił na stolik jeszcze jeden plik banknotów. – Za tydzień dostaniesz dwa razy tyle.

– A co z tą dziennikarką?

– Nic. Zostań bojówkarzem.

*

Dagmara łyknęła tabletkę od bólu głowy i spojrzała w monitor: czarne tło, biały napis ZBUNTOWANI, pod spodem informacja „strona w przebudowie”. Nie spodziewała się, że Zbuntowani będą jakoś szczególnie aktywni w internecie, ale że niczego nie znajdzie?

Komórka zawibrowała.

– Nie mogę wkraść się na serwer, którego nie ma – usłyszała głos informatyka.

– Może są gdzie indziej?

– Jeśli chodzi ci o darknet, to tam też ich nie ma. Jest miliard zbuntowanych, ale to na pewno nie ci, których szukasz.

– Musi coś być!

– Nic nie ma! Nie pomyliłaś czegoś?

– Jak mogłam pomylić? Przecież przesłałam ci zdjęcia, sam widziałeś.

– W takim razie to absolutna amatorszczyzna albo...

– Albo?

– Albo dobrze zorganizowana grupa.

– A tych opasek i flag też nie można nigdzie kupić?

– Nie, nie można. Ta organizacja zwyczajnie nie istnieje w sieci. W żadnej sieci – zaakcentował wyraźnie ostatnie słowa.

– Dobra, dzięki – rzuciła, nie kryjąc rozczarowania, i rozłączyła się. – Cholera!

Przeniosła wzrok na notatki i książki. Wszystko wskazywało na to, że będzie musiała łazić po bibliotekach i jeździć po całych Niemczech, rozmawiać z ludźmi i grzebać w archiwach. A może lepiej zapisać się do Zbuntowanych? Pomyślała o swoim informatorze, uczęszczał na spotkania prawie rok i udało mu się wspiąć dość wysoko. Nie sądziła jednak, że zapisując się do organizacji, będzie w stanie dowiedzieć się więcej niż on przez ten cały czas. Informacje dla początkujących były bardzo ogólnikowe. Dopiero po osiągnięciu iluś tam punktów przechodziło się do kolejnej grupy. Wiązało się to z podpisaniem licznych zobowiązań i podłączeniem telefonu do ich systemu. Totalna inwigilacja. Nie zamierzała aż tak się poświęcać, a bez punktów nie miała szans zajść zbyt daleko.

Spojrzała na zdjęcia. Wywołała je przed dwiema godzinami i dla lepszego oglądu powiesiła na sznurkach w poprzek pokoju. Było ich w sumie czterdzieści. Wstała i kolejny raz przemierzyła pokój, uważnie się w nie wpatrując. Jej ojczym Gerhard zawsze powtarzał, że na oryginalnych zdjęciach zobaczy znacznie więcej niż w komputerze – całą panoramę. Szła powoli jak oficer lustrujący swoich żołnierzy, wypatrywała niepokojących detali. Przy jednym ze zdjęć zatrzymała się na dłużej. Podeszła do kolejnych i znów przy jednym stanęła. To niemożliwe, pomyślała. Wróciła do poprzedniego. Wreszcie podeszła do komputera i odszukała zdjęcie. Powiększyła je maksymalnie. Z wrażenia aż zasłoniła ręką usta.

W przedpokoju trzasnęły drzwi. Paul wrócił z popołudniowego treningu. Kilka razy w tygodniu przebiegał dookoła całe jezioro. Już dawno przestała mu towarzyszyć. Jej wystarczały trzy kilometry, jemu ledwo dwadzieścia.

– No i co tam nowego? – spytał, ściągając mokrą koszulkę. Biegał w lutym prawie goły. To nie był normalny człowiek.

– Chodź i sam zobacz!

– Pogrzeb – stwierdził, przyglądając się czarnej masie ludzi.

– Spójrz na tego faceta – wskazała palcem na niewysokiego człowieka i podeszła do kolejnego zdjęcia.

– A teraz zobacz to – podeszła do komputera i powiększyła twarz mężczyzny.

Paul nie patrzył w ekran, stanął za nią i objął ją w pasie. Kochała jego zapach, jego dotyk, ale teraz nie miała do tego głowy.

– Popatrz! – obwieściła triumfalnie. – Znam tego człowieka, pracuje dla Tschapieskiego! Doktor Krenz, lekarz medycyny sądowej!

– A kim jest ten Tschapieski? – spytał Paul.

– No jak to kim?! Prezydentem policji berlińskiej! – Dagmara wzniosła oczy do nieba.

Paul puścił ją i pochylił się, żeby pogłaskać kota.

– No i co, dalej uważasz, że to sekta?

Nie odpowiedział.

– Muszę się upewnić, czy to na pewno Krenz – mówiła podekscytowana Dagmara. – Nie chce mi się wierzyć!

Paul wziął kota na ręce i podszedł do okna.

– Wolałbym, żebyś nie zajmowała się tą sprawą – w jego głosie pojawiło coś nowego, coś, czego nie znała.

W ciszy, która zapadła, słychać było tylko mruczenie szczęśliwego kocura.

– E tam... – Machnęła ręką lekceważąco.

– Nie chcę, żebyś się tym zajmowała – głos Paula był twardy, stanowczy. Odwrócił się, poczuła jego przeszywający wzrok na sobie. Jego oczy były zimne jak stal.

 

[...]