Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 26.05.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
NAJNOWSZA POWIEŚĆ LAUREATKI EUROPEJSKIEJ NAGRODY LITERACKIEJ
Kiedy uwielbiana przez obywateli kanclerz Niemiec postanawia przejść na zasłużoną emeryturę, wydaje się, że wymarzonym następcą będzie jej protegowany. Do kanclerz docierają jednak informacje o kompromitującej przeszłości rodzinnej kandydata. Na scenę wkraczają dziennikarka Dagmara Bosch, były szef berlińskiej policji Tschapieski oraz komisarz Kowalski, którzy przedzierając się przez gąszcz fake newsów, dezinformacji i tajnych akt, próbują ocalić dobre imię kanclerz, a być może też przyszłość Europy.
Rozpoczyna się trzymająca w napięciu opowieść political fiction, w której Magdalena Parys kreśli losy rozdartego sporami i wewnętrznym zagrożeniem kontynentu. Odradzające się autorytarne tendencje i dojście do głosu skrajnej części sceny politycznej zostają tu wplecione w filmową wręcz historię poszukiwań, które w przededniu wybuchu II wojny światowej naziści prowadzili na Półwyspie Arabskim. Prawda miesza się z fikcją, wielka sztuka ze sztuczną inteligencją, a fabuła pędzi na złamanie karku, przeskakując pomiędzy krajami, stuleciami i wielkimi porywami serca.
Floren to finałowa część berlińskiej trylogii, jednej z najważniejszych serii powieściowych w polskiej literaturze XXI wieku. Za pierwszy tom Magdalena Parys została uhonorowana Europejską Nagrodą Literacką i doczekał się on przekładów m.in. na: francuski, niemiecki, hiszpański, chorwacki i włoski.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 376
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja: Paweł Sajewicz
Korekta: Teresa Kruszona, Agata Nastula
Projekt graficzny okładki: Rafał Kucharczuk
Fotoedycja: Rafał Szczepankowski
Zdjęcia (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): BE&W s. 12, 54, 72, 98, 124, 174; domena publiczna s. 22, 26, 208, 226, 242, 268, 300, 328, 354; archiwum Benny’ego Levensona s. 421
Opracowanie graficzne: Maciej Trzebiecki
Redaktor prowadzący: Katarzyna Kubicka
Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
www.wydawnictwoagora.pl
Copyright © Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026
Copyright © Magdalena Parys, 2026
by arrangement with Syndykat Autorów – Agencja Literacka i Scenariuszowa
Wydanie pierwsze
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2026
ISBN: 978-83-8380-387-6
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
PROLOG
Lata trzydzieste
Blisko sto lat później
CZĘŚĆ PIERWSZA
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
Rozdział VII
Rozdział VIII
CZĘŚĆ DRUGA
Rozdział IX
Rozdział X
Rozdział XI
Rozdział XII
Rozdział XIII
EPILOG
LIST
OD AUTORKI
PRZYPISY
Dla Avivy
Fakty:
30 listopada i 8 grudnia 1941 roku w lesie Rumbula pod Rygą Niemcy, wspierani przez łotewskich kolaborantów, zamordowali około 26 tysięcy Żydów, mężczyzn, kobiet i dzieci z getta ryskiego. Wśród nich była trzyletnia Aviva, zastrzelona wraz z matką.
Tę książkę poświęcam małej dziewczynce, która jak wiele innych nie zdążyła dorosnąć. Jednej z sześciu milionów ofiar Zagłady.
Fakty:
Szacuje się, że każdego dnia ludzkość wytwarza ponad 400 milionów terabajtów danych: tekstów, obrazów, nagrań i rozmów. To więcej niż suma słów, obrazów i dźwięków zapisanych przez całe pokolenia ludzkości. Większość tych danych trafia do systemów, które na ich podstawie uczą się naszych zachowań, reakcji i myśli. Badania prowadzone m.in. na Ruhr-Universität Bochum pokazują, że ludzie coraz częściej nie potrafią odróżnić obrazów wygenerowanych przez sztuczną inteligencję od tych prawdziwych. Podobny problem mają same algorytmy, zdarza im się tworzyć dane, które wyglądają na tyle wiarygodnie, że same w nie wierzą. Badacze nazywają to halucynacją algorytmu. W ten sposób systemy generują źródła, raporty, cytaty, a nawet całe biografie, które powstają z połączenia prawdy i prawdopodobieństwa. Systemy nie kłamią, po prostu nie widzą różnicy między faktem a jego symulacją. I przekazują je nam, użytkownikom.
Nikt nie potrafi dziś jednoznacznie określić, ile z informacji krążących w sieci nigdy nie było prawdą. Według prognoz do końca lat czterdziestych większość danych na świecie będzie istnieć już wyłącznie w formie cyfrowej.
Fakty:
Po zdobyciu Jerozolimy w roku 70 n.e. rzymskie legiony wywiozły do Rzymu tysiące żydowskich jeńców oraz bogactwa zrabowane ze Świątyni Jerozolimskiej: złoto, srebro oraz naczynia i sprzęty z brązu. Część z nich zaprezentowano publicznie podczas uroczystego pochodu Tytusa, mającego uświetnić zwycięstwo jego legionów. Ceremonię wraz z niesioną menorą, srebrnymi trąbami oraz tablicą opisującą prawo świątynne utrwalono na reliefie Łuku Tytusa. Większość jeńców sprzedano jako niewolników. Liczne źródła wskazują, że trafili do prac przy budowie Koloseum, amfiteatru Flawiuszów. Według rzymskich kronikarzy złoto i srebro zrabowane w Jerozolimie stały się jednym z najważniejszych źródeł finansowania wielkich projektów budowlanych Rzymu w I wieku.
Łuk Tytusa można oglądać do dziś. Zachował się niemal w całości; stoi w Rzymie w bezpośrednim sąsiedztwie Koloseum.
Jeśliś po ojcu dostał moc i serce dzielne,
Którym słowa i czyny siał on nieśmiertelne,
Tedy podróż ta dla cię nie będzie daremną (...).
Homer, Odyseja
w przekładzie Jana Parandowskiego
Wiara z cyklu Cnoty – Piero del Pollaiuolo
1. Prawdziwe, bez kłamstwa, pewne i najprawdziwsze.
Tablica Szmaragdowa przypisywana Hermesowi Trismegistosowi[1]
Najpierw Hannibal zobaczył we śnie ognistą kulę, a nad ranem piorun uderzył w drzewo. Spłonęło. To była zła wróżba na niebie. Potem w osadzie jakiś włóczęga przysiadł się do nich przy ognisku.
– Świątyni już nie ma! – powiedział dziwacznym językiem, trochę arabskim, trochę angielskim.
To była zła wróżba na ziemi.
– Trzeba poszukać czarownika! – Hannibal zwrócił się do hrabiego szeptem.
– Czarownika? – Wilhelm van Dam nie odrywał oczu od starej mapy i notatnika. Studiował je nieustannie od początku podróży.
– Musimy się chronić! Jesteśmy na obcej ziemi!
– Tylko znów nie zaczynaj – przerwał mu hrabia. W tej samej chwili w ognisku zgasł płomień i Hannibal zamilkł.
Już pierwszego dnia na pustyni towarzyszący im beduini wpadli w panikę. Jeden z nich przysięgał, że widział potwora tak wielkiego jak wielbłąd.
– Czy miał jedno oko? – spytał Hannibal.
– Tak!
– Ptasi dziób?
– Dwa dzioby!
– Kopyta?
– Taak! – Stary beduin złapał się za głowę, a potem zaczął obsypywać ją piaskiem.
A więc jednak ghule. To one! Podstępne stwory przeważnie przybierały postacie zwierząt lub kobiet, jednak nie zawsze zdążyły się przekształcić i wtedy były sobą, wielkie i jednookie! Nawoływały wędrowców, naśladując głosy ich matek i sióstr. Teraz, gdy znaleźli się daleko od domu, amulety Hannibala straciły moc, byli więc zdani tylko na siebie. Stąd te sny! Tyle razy przemierzał trasy jeszcze dalsze, trudniejsze, ale nigdy nie bał się tak jak teraz.
Wszystko przez kobiety! A było tak: do osady dotarli pod wieczór. Hannibal kończył właśnie parzenie herbaty, kiedy wydało mu się, że słyszy głosy. Czyżby wśród nich był jeden kobiecy? Odruchowo przyłożył dłoń do amuletu i wyjrzał na zewnątrz. Zobaczył van Dama i uwieszoną na jego ramieniu miss Livi. Hrabia poznał ją rok temu i odtąd regularnie się z nią spotykał. Początkowo Hannibal się tym nie przejmował, wokół jego pana zawsze było pełno kobiet. Gdyby ktoś go zapytał, co hrabia ceni w życiu najbardziej, bez wahania odpowiedziałby, że kobiety. Lecz nigdy żadna nie towarzyszyła mu podczas wypraw. Po co miss Livi tu przyjechała?
Obudziło go wycie kojota. W ognisku tlił się słaby płomień. Naprzeciw niego siedział włóczęga i patrzył mu prosto w oczy.
– Świątyni już nie ma! – zaskrzeczał.
Hannibal wrzasnął przerażony, wstał i pobiegł przed siebie, potykając się w ciemnościach. Biegł długo, aż zahaczył o pień i upadł. Zwinął się w kłębek i dopiero po chwili odważył się otworzyć oczy. Przed nim rozciągało się niebo bez gwiazd. I nagle poczuł to całym sobą, wiedział z całą pewnością: wydarzy się coś złego.
Następnego dnia miss Livi odjechała i jego pan był rozdrażniony. Hannibala wciąż nurtowała myśl: w jakim celu się u nich zjawiła? A może to nie była ona? Może to ghul, który wpełzł w jej ciało? A teraz jest w ciele jego pana? Z niepokojem spojrzał na hrabiego. Wyglądał jak zawsze, ale kto go tam wie.
– Jeden z pątników mówił mi o fugara, który... – zaczął, ale van Dam spojrzał na niego tak, że Hannibal natychmiast umilkł.
Skalisty teren nie różnił się niczym od tego, który przemierzali od kilku dni, za to droga wydeptana przez osiołki pielgrzymów była o wiele lepsza i stary sługa pomyślał, że dzień jest zawsze lepszy niż noc. Słońce stało wysoko, a lekki wiatr ze wschodu łagodził żar. Zza pleców dochodził monotonny śpiew jednego z beduinów, Hannibal przymknął oczy. Nie zauważył, że wraz z van Damem oddalają się od reszty grupy. Nagle koń zarżał i stanął. Hannibal poczuł uderzenie, które o mały włos nie wyrzuciło go z siodła. Dotknął obolałego czoła. Znów zasnął?! Zobaczył nisko zwieszoną gałąź, która wciąż jeszcze się chybotała. Jak nic zły dżin nieustannie obsypuje piaskiem jego zmysły. Rozejrzał się i dopiero po chwili dostrzegł w cieniu drzew swego pana.
– Co się dzieje? Gdzie jesteśmy? – wymamrotał, przecierając oczy.
– Chodź! – Van Dam przyłożył palec do ust.
Hannibal zsiadł z konia. Van Dam odsunął gęsty krzak. Oczom sługi ukazała się polana. Wszędzie widać było czerwone chorągwie i czarne znaki, które widział już kilka lat wcześniej podczas swojej jedynej podróży do Berlina. Pomiędzy nimi uwijali się żołnierze ubrani w lekkie polowe mundury. Jedni kopali wielki dół, inni zabezpieczali teren linami. Hannibal dostrzegł też długie stoły, skrzynie, namioty i automobile. Uczestniczył w wielu wykopaliskach, ale takiego przedsięwzięcia jeszcze nie widział. Van Dam stał z lunetą wpatrzony w jeden punkt.
– Wracamy! – zarządził wreszcie i ruszył w stronę koni.
Przez jakiś czas jechali w milczeniu.
– Livi przyjechała, aby mnie ostrzec. – Głos hrabiego wydawał się nieco zmieniony, a twarz była nienaturalnie blada. – Myślałem, że przesadza, ale sam widziałeś... Gdybym nie zobaczył tego na własne oczy, nie uwierzyłbym. Wykopaliska prowadzi Magnus.
– Kto taki? – Hannibalowi nic to nazwisko nie mówiło.
– Kiedyś, dawno temu, studiowaliśmy razem – ciągnął van Dam pochłonięty własnymi myślami. – Szuka tego samego co ja. Przynajmniej tak uważa Livi. Na szczęście szuka w niewłaściwym miejscu.
Van Dam od miesięcy zbierał ludzi, skupował sprzęt, wyjeżdżał w różnych sprawach i gdyby nie brak dobrych wielbłądów, a potem koni, wyruszyliby już parę tygodni wcześniej. Nie było w tym nic dziwnego, van Dam to niespokojny duch, wciąż gdzieś znikał, coś szykował, czegoś poszukiwał. Jego posiadłość wypełniały drogocenne ceramiki, obrazy, rzeźby, ale tak naprawdę fascynowały go tylko wykopaliska. Nie pierwszy raz z kimś konkurował, chciał kogoś wyprzedzić, ale jeszcze nigdy nie rywalizował z armią.
– To, co należy do mnie, nie może się dostać w ręce Magnusa – rzucił.
– Ale co to jest?
– Nie mogę ci powiedzieć.
– Dlaczego?
– Bo sam nie wiem.
– Pan jest... Pan jest ... – Sługa szukał słowa, ale nie znalazł. Sapnął więc zniecierpliwiony i pokłusował przed siebie.
W tle słyszał śmiech van Dama.
Około południa dołączyli do reszty grupy i natychmiast ruszyli w dalszą drogę. Teren stawał się coraz bardziej piaszczysty. Tu nie było już pielgrzymów, okolica wyglądała na opustoszałą, zapomnianą. Hrabia nie rozstawał się z mapą i wciąż miotał przekleństwa, zarządzał coraz krótsze odpoczynki. Powoli kończyły im się prowiant i woda. Wydawało się, że kręcą się w kółko. Kamienie, skały i ten piach, wieczny piach, ciemniejszy niż w rodzinnych stronach Hannibala. I wtedy stary sługa po raz pierwszy od tygodnia zaczął się bać czegoś innego niż ghuli. Był już niemal pewien, że są zgubieni, kiedy zobaczył w oddali osadę i ludzi. Rozpoznał wśród nich robotników i miss Livi. Zrozumiał, że z przeznaczeniem nie wygra. Czarownik mógł odpędzić wróżbę, zanim wbiją pierwszy kołek pod obozowisko, ale na pewno nie teraz, gdy ono już stało i zarządzała nim kobieta. Żaden czarownik tu nie pomoże.
Zaczynali pracę o świcie, zanim skwar i palące słońce uniemożliwiały dalsze wykopaliska, kończyli wieczorem, nim nadciągnął wiatr, który plątał zmysły. Wiadomo, że gdy zły pustynny duch przybywał, wtedy nawet hrabia przerywał prace. Ale już nazajutrz wstawał pierwszy i odgruzowywał z robotnikami jaskinię, podczas gdy pozostali kopali nieprzerwanie w wyznaczonym miejscu oddalonym o kilkadziesiąt metrów od szatry. Hannibal jeszcze nigdy nie widział hrabiego tak zapracowanego. Nie widział też nigdy takiej kobiety jak Livi. Siedziała pod parasolem owinięta w chusty i bez przerwy pisała albo przesuwała koraliki liczydła. Przerywała pracę rzadziej niż hrabia, i to tylko na skromny posiłek, a potem znów pisała, wciąż pisała, mierzyła i sprawdzała coś na mapach, by następnie ograniczać lub poszerzać teren wykopalisk. Z upływem dni okazywało się to coraz trudniejsze, trzeba było wznosić kolejne murki chroniące obóz przed nawiewanym piaskiem. Wilhelm van Dam był wszędzie. Kopał, robił za tragarza, wieczorem przeglądał wydobyte skorupy, które w innych okolicznościach osobiście by opisywał, segregował. Zazwyczaj każdy najmniejszy detal przyciągał jego uwagę, ale teraz wyczekiwał czegoś innego i Hannibal nie był w stanie przeniknąć jego myśli. Wieczorem znikał z Livi w namiocie i dalej pracowali. Siedzieli nad mapami, książkami i wciąż dyskutowali. Hannibal nie rozumiał, o czym mówią – a rozmawiali po niemiecku – ale musiało to być coś ważnego, skoro hrabia chował na noc notatki i mapy w skrzyni, którą zamykał na kłódkę, a Livi nie rozstawała się ze swoim sakwojażem.
Tak. I jeszcze jedno mocno trapiło Hannibala: hrabia traktował miss Livi inaczej niż inne kobiety. On ją szanował. Gdyby nie znał go lepiej, pomyślałby, że van Dam stracił dla niej głowę.
– Nie gniewaj się – powiedział któregoś dnia pan do starego sługi, gdy ten markotny siedział w cieniu z fajką. – Opowiedziałbym ci wszystko, ale nie mogę. – Zamilkł. – Będę się żenił – zakończył i biednemu Hannibalowi fajka wypadła z ręki.
Tego dnia hrabia kazał zrobić kilka wspólnych zdjęć miss Livi i sobie. Dotąd fotografował tylko swoje zdobycze archeologiczne.
Wilhelm van Dam otworzył oczy.
Mimo napięcia, jakie towarzyszyło mu od tygodnia, czuł się nadspodziewanie wypoczęty. Jeszcze wczoraj myślał, że z podniecenia nie zaśnie. Tymczasem ledwo się położył, natychmiast zapadł w sen. Livi się nie myliła. Wszystko dobrze przygotowała i obliczyła. Była naprawdę niesamowita. Odnaleźli to! Odnaleźli to, czego szukał przez całe życie. Odnaleźli to dzięki Livi. A teraz był zmuszony powierzyć to jej. Przekonała go, że tak będzie lepiej. Tak bardzo pragnął mieć to wyłącznie dla siebie, ale gdy tylko ujął to w ręce, pożądanie minęło. Zrozumiał, co Livi miała na myśli, gdy mówiła, że nie trzeba wszystkiego rozumieć. Wczoraj, kiedy Hannibal wrócił z informacją, że Livi bezpiecznie wsiadła na statek i nic jej nie zagraża, hrabia poczuł ulgę. Nic już nie musiał. Ogarnął go głęboki spokój. Przez kolejny rok nie będzie utrzymywał z nią kontaktu. Spotkają się po wszystkim, kiedy Livi uzna, że już można. Zmusił nawet biednego Hannibala, aby przekazał jej swoje amulety.
Rozejrzał się. Zazwyczaj o tej porze sługa kręcił się już z herbatą, ale teraz Wilhelm był w namiocie sam. Wygrzebał się ze stosu skór i koców. Spojrzał na jedwabną chustę, którą Livi zostawiła z pośpiechu, i się uśmiechnął. Zarzucił pled, włożył oficerki i wyszedł na zewnątrz.
Zastanowiła go cisza panująca wokół. Żadnych pokrzykiwań, żadnych odgłosów. Dziwna cisza. Zwykle o tej porze wiał już wiatr, suchy, przeszywający na wskroś, zatapiający namioty wciąż od nowa w piaszczystej ziemi. Ale dzisiaj nie było zbyt wietrznie. Warunki idealne do podróży. Kilka skrzyń – nielicznych, bo wszystko, co wartościowe, łącznie z aparatem i notatkami, zabrała już Livi – piętrzyło się na wozie. Van Dam się rozejrzał. Gdzie są konie? Nie dostrzegł też robotników.
– A oto i nasz drogi Willy! – usłyszał głos, który dobrze znał. – Nie chcieliśmy przeszkadzać! – Frank Magnus stał na tle nieba i uważnie przyglądał się Wilhelmowi. – Widzę, że pustynne powietrze ci służy. Dobrze wyglądasz! – stwierdził i wszedł do namiotu. Za nim podążyło kilku żołnierzy, którzy natychmiast zaczęli przeszukiwać wnętrze.
– Uciąłem sobie pogawędkę z twoim służącym – mówił Magnus, rozglądając się po kątach. – Ponoć odprowadzał kogoś do portu. Hannibal odprowadzał kogoś do portu – powtórzył. – Swoją drogą, dobre! Tyś go tak nazwał? Jak widać, uwielbiasz imiona wielkich wodzów! To dobrze, bardzo dobrze! – Magnus nagle spoważniał. – Niestety, Hannibal nie pamiętał, na który statek odwiózł tę... osobę. Nie wiedział też, dokąd statek popłynął. Tak, Hannibal ma słabą pamięć. No cóż, nie dowiemy się już tego, jak bardzo słabą. – Zgarnął chustę z łóżka i wyszedł na zewnątrz.
Jeden z towarzyszących Magnusowi żołnierzy pchnął hrabiego, drugi odsłonił wejście przeciwległego namiotu. Van Dam uniósł wzrok i zobaczył przed sobą zakrwawione ciało przywiązane do krzesła. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak genialny był plan Livi. Oprócz niej nikt nie wiedział, gdzie ostatecznie ukryje skarb. „Skarb” – po raz pierwszy nazwał to w myślach „skarbem”. Ustalili, że Livi sama podejmie decyzję. Im mniej będziesz wiedział, tym lepiej, zdecydowała.
Kilku żołnierzy siłowało się ze skrzynią na wozie, ta w końcu spadła z niego z łoskotem.
– Ostrożnie, kretyni! – krzyknął Magnus, po czym wyciągnął pistolet i wycelował w jednego z nich. – A więc dokąd popłynęła statkiem nasza droga miss Livi? – Przeniósł broń na skroń hrabiego.
– Nie wiem – odparł szczerze van Dam, patrząc mu prosto w oczy.
Nadzieja – Hendrik Goltzius
2. To, co jest niżej, jest jak to, co jest wyżej, a to,
co jest wyżej, jest jak to, co jest niżej,
dla przeniknięcia cudów jedynej rzeczy.
Tablica Szmaragdowa przypisywana Hermesowi Trismegistosowi
Wielkie panoramiczne okno przepuszczało popołudniowe słońce rzucające światło na rzeźbione schody, które prowadziły na galerię. W powietrzu unosił się zapach kurzu, starych woluminów i jeszcze tego czegoś, co znała z rodzinnego domu, typowa woń domostw pełnych tajemniczych schowków i zakamarków. Rozejrzała się. Kominek, rzeźby, rozrzucone po podłodze atlasy. Jej wzrok przyciągnęło jednak co innego – olbrzymia, wysoka na co najmniej cztery metry ściana. Wyglądała, jakby zamieszczono na niej zawartość wszystkich staroświeckich albumów z okolicy. Podeszła bliżej. Katedry, pustynie, górzyste tereny, znów pustynie. Wszystkie zdjęcia przedstawiały wykopaliska i tę samą drobną kobietę. Przeważnie czymś zajętą. Kobieta coś układała, nachylała się, kopała lub trzymała w rękach mapę, jakieś skorupy. Olbrzymią ścianę od podłogi po sufit wypełniało chronologicznie opowiedziane życie. Obok stały dwie wysokie drabiny.
– Mój dziadek pasjonował się fotografią. – Profesor Kreber nalał herbaty do filiżanek i wskazał na kanapę pod oknem. – O! Przepraszam! – Podszedł i zdjął z siedziska klasery. – A na zdjęciach to moja babka. – Głos profesora Krebera przepełniała mimowolna duma. – Archeolożka!
Usiedli.
– Dziadek też był archeologiem? – spytała Dagmara Bosch.
– Też – odparł krótko profesor i wytarł ręce o spodnie. Nie ukrywał podniecenia. – Cieszę się, że mi pani zaufała! Przyznaję, jestem bardzo ciekawy. – Uśmiechnął się i popatrzył zachłannie na aktówkę Dagmary. – Czy ma pani to ze sobą?
– Najpierw pan. – Dagmara odwzajemniła uśmiech.
Profesor po krótkiej chwili wahania wstał.
– Dobrze. Proszę zaczekać. – I wyszedł z salonu.
Dagmara czekała, nie odrywając wzroku od zdjęć.
Alegoria siły – Sandro Botticelli
3. I tak jak wszystkie rzeczy powstały z jednego, z myśli jednego,
tak wszystkie rzeczy zostały zrodzone z tej jednej rzeczy,
przez przystosowanie.
Tablica Szmaragdowa przypisywana Hermesowi Trismegistosowi
Kowalski przypatrywał się Waldemarowi Tschapieskiemu manewrującemu wózkiem. Za każdym razem zastanawiał się, jak on to robi. Stary piernik pokonywał wąskie przejścia między kuchennym regałem a kuchenką w tę i we w tę stronę niczym cyrkowiec. A to szukał czegoś w szafkach, a to podrzucał na patelni wielkiego naleśnika, a to odgrzewał wczorajszą zupę.
– Thomas, do cholery! – dobiegł Kowalskiego z oddali głos Garbatego.
– Co?
– Szach-mat!
– Co? Jak to?
– A idź, z tobą nie da się grać – jęknął Garbaty i spojrzał łakomie na górę naleśników układaną na talerzu przez Tschapieskiego.
– Dla was nic nie mam, obiboki! – Stary podchwycił jego wzrok i przejechał szmatą po stole, wychylając się tak, że wózek, na którym siedział, zaskrzypiał przeraźliwie. Wyglądało to tak, jakby Tschapieski opierał się na stopach. „Jak on to robi?”, przeleciało przez myśl Kowalskiemu. „Przecież nie chodzi”.
– Idźcie mi stąd, nie mam gdzie rozłożyć talerzy! – rozkazał Tschapieski i zawołał w głąb mieszkania: – Dzieci! Dzieci!
W kuchni pojawiło się natychmiast dwóch dorodnych chłopców, bliźniaków, trzynastoletnich synów Garbatego. Wbiegli do kuchni, wnosząc do środka błoto i młodzieńczą woń potu. Kowalski przez chwilę wyobraził sobie reakcję Starego, gdyby to on tak tu wpadł w zabłoconych traktorach.
– Siadajcie! – Tschapieski uśmiechnął się do chłopców. – Zupka czy naleśniczki?
– Wszystko! – odparli chórem bliźniacy.
Garbaty posłał ostatnie czułe spojrzenie naleśnikom, po czym uniósł szachownicę i skierował się w stronę wyjścia. Szedł powoli, uważając, aby figury się nie przesunęły. Nie daj Boże, jeszcze Kowalski by na tym zyskał. W tej samej chwili do kuchni wbiegła kolejna trójka dzieci: Jagoda, córka Kowalskiego, za nią jasnowłosa dziewczynka, młodsza córka Garbatego Ema, ścigana przez kogoś brudnego. Ktoś miało tak brudną twarz, że nie sposób było odgadnąć, jakiej jest płci i czyje to dziecko. Całej trójce udało się zgrabnie wyminąć Garbatego i pobiec dalej, ale tuż za nimi pojawił się niespodziewanie pies Platon, duże, ciężkie bydlę. Pochodził ze schroniska i najwyraźniej miewał zaniki pamięci, co przejawiało się tym, że po wielekroć witał już wcześniej witanych gości. Teraz skoczył radośnie na Garbatego i powalił go na podłogę. Szachownica poszybowała ku sufitowi, po czym opadła z trzaskiem na ziemię, pękła, a figury rozleciały się we wszystkie strony.
Oszołomiony Garbaty krzyknął, a Platon polizał go po twarzy i pomknął dalej witać bliźniaków.
– Kurwa! – zaklął Kowalski, ponieważ wdepnął bosą stopą w drewnianą figurkę gońca.
– Bardzo nieładnie! – zareagowała na te słowa z oburzeniem Jagoda.
– Bardzo brzydko! – zawtórowała jej Ema.
– Bzitko – powtórzyło Ktoś niczym echo.
– Dlaczego tarzacie się po podłodze!? I czemu wyrażacie się przy dzieciach? – obruszył się Tschapieski, następnie przeniósł pytający wzrok na towarzyszące dziewczynkom ubrudzone dziecko. – A ty kim jesteś? – spytał życzliwie.
– To moja dziewczyna! – wyjaśniła Ema.
– I moja! – dodała Jagoda.
– Rozumiem – odparł Tschapieski, wyciągając dodatkowy talerz. – To może rączki i buźki byście umyły? Chłopcy, wy też!
– Zbierać to! – huknął słabo i z lekkim opóźnieniem Garbaty, lecz jego słowa zagłuszył zwarty szereg przemieszczający się w kierunku łazienki. Obaj z Kowalskim przywarli do ściany.
– Ja pierwsza! – słychać było już po chwili.
– Nie! Bo ja!
– Ja zjadłoby zupę – oznajmiła cienkim głosikiem dziewczyna Emy i Jagody. Była chuda, blada i miała wielkie, błyszczące oczy.
– Starczy dla wszystkich – uspokoił ją Tschapieski i wyciągnął z zupy kość dla Platona. Następnie z zadowoleniem powiódł wzrokiem po dobrze odżywionych, rumianych dzieciach Garbatego i córce Kowalskiego i skupił się raz jeszcze na tym jednym obcym i wychudzonym. Wyczuwał dla siebie nowe zadanie. Jego armia powiększyła się o kolejną żołnierkę, obecnie liczyło się tylko to, że jest głodna i trzeba ją nakarmić.
Deszcz spadł niespodziewanie chłodny i rzęsisty. Nadkomisarz Kowalski i technik policyjny Norbert, zwany Garbatym, patrzyli na to zjawisko zafascynowani. Trwająca od tygodni susza odzwyczaiła ich od widoku mokrych chodników. Gdzieś w oddali zagrzmiało. Kowalski przypomniał sobie, że kilka dni temu powiesił na balkonie pranie i o ile wiatr go nie porwał, być może wciąż tam jeszcze wisi.
– W pobliżu otworzyli bawarską restaurację – zauważył Garbaty, stawiając kołnierz wymiętolonej koszuli.
– Byłem! Strasznie droga – odparł smętnie nadkomisarz.
– A, to nie! To chodź na hamburgera!
Dwadzieścia minut później nadkomisarz przemoczony do suchej nitki i w bardzo kiepskim humorze przełykał z obrzydzeniem żylaste mięso i czerstwą bułkę. Zapijał to piwem, ale przykry smak nie ustępował.
– Dlaczego on nam nigdy nie daje jeść? – spytał w zamyśleniu Garbaty, przeżuwając powoli swoją porcję. Kowalski doskonale wiedział, że nie zostawi ani okruszka. Zje wszystko, choćby potem miał zwymiotować.
– Może dlatego, że przywozisz mu swoje i obce dzieci i nigdy nie robisz zakupów. – Uznał, że czas postawić jasno sprawę, która siedziała w nim od miesięcy.
– Jakie obce dzieci? – zdziwił się Garbaty. – O co ci chodzi?
– A o to, że chociaż raz mógłbyś zrobić zakupy, do cholery! – Kowalski podniósł głos, nieliczni goście w lokalu odwrócili z zaciekawieniem głowy. Czuł uzasadniony żal. Przez Garbatego nie załapał się na naleśniki. Gdyby Buldog Tschapieski poczęstował nadkomisarza, musiałby poczęstować też Norberta. To jednak nie wchodziło w rachubę, Stary miał zasady. Nie dajesz, nie dostajesz. A Garbaty rzadko coś dawał. Tymczasem układ między Kowalskim a Tschapieskim wyglądał tak, że Stary gotował, a Kowalski robił zakupy. Wychodzi więc na to, że dzisiejsze naleśniki zafundował wszystkim Kowalski, ale przez cholernego Garbatego nie zjadł ani jednego. Spojrzał z niechęcią na przyjaciela, który wylizywał z talerza resztki majonezu.
– No co? – Garbaty przerwał w końcu wylizywanie i spojrzał na nadkomisarza.
– Przyłazisz co tydzień, żresz, pijesz i do łba ci nie przyjdzie, że to kosztuje.
Garbaty wzruszył ramionami.
– Nie no, kurwa! – Kowalskiemu powoli puszczały nerwy, ale w tej samej chwili do stolika podeszła kelnerka.
– Płacą panowie razem czy osobno? – spytała. – Bo kończę zmianę.
– Razem! – wycharczał Kowalski.
– Dwadzieścia dwa euro. Kartą czy gotówką?
Kowalski wbił wzrok w przyjaciela.
– Co? – spytał poirytowany Norbert.
– Kartą czy gotówką? – warknął nadkomisarz.
– Ja pła...?
– A kto?! – przerwał mu Kowalski, po czym położył na małym talerzyku napiwek i skierował się do wyjścia. Nie miał zamiaru patrzeć, jak Garbaty wylicza centy.
Norbert dogonił go na ulicy. Przestało padać, znów było duszno i gorąco.
– Nie wiem, o co się wściekasz – rzucił Garbaty. – Pieniędzy mi nie starczyło. Obiecałem, że resztę doniosę jutro. A może ty byś doniósł?
– Boże! – jęknął Kowalski i przyspieszył kroku.
– Słuchaj, czy mógłbym przenocować u ciebie? – zmienił temat Garbaty. Obok przejechała z łoskotem ciężarówka, więc Norbert pomyślał, że przyjaciel nie usłyszał pytania.
– Czy mógłbym...
Kowalski przystanął i spojrzał na niego z dziwnym wyrazem twarzy.
– Znowu? – zapytał tylko.
– Jakie znowu? W zeszłym tygodniu nie pytałem.
– Czy ty nie masz swojego domu?
– Dzieciaki śpią u Buldoga, to pomyślałem, że co będę wracał taki kawał?
– Ciągle u niego śpią, a ty ciągle śpisz u mnie!
– I ty to mówisz? Jagoda u Tschapieskiego już prawie mieszka.
– To co innego. Poza tym, co tobie do tego?
– A tobie co do tego, gdzie śpią moje dzieci?
– Ja pierdolę – jęknął Kowalski, rozglądając się bezradnie.
– Wykorzystujesz Starego! Już dawno chciałem ci to powiedzieć! – stwierdził Garbaty, ale nadkomisarz skręcił niespodziewanie w wąską ścieżkę obrośniętą krzakami i demonstracyjnie zatkał sobie uszy.
Kowalski pruł do przodu w takim tempie, że podążającemu za nim Garbatemu mokre chaszcze strzelały po twarzy. Dróżka była nierówna, spadzista, kończyła się nieoczekiwanie i przechodziła w brzozowy lasek. Za nim znajdowały się szerokie, sypiące się ze starości schody. Kiedyś prowadziły do kolonii działek, gdzieniegdzie rosły jeszcze stare drzewa owocowe. W dole za łąką było osiedle ceglanych domków. W tej chwili unosiła się nad nimi wielobarwna tęcza. Widok był tak nieoczekiwany, że Garbaty przystanął i zagwizdał.
– Pięknie, co? – powiedział do Kowalskiego.
W pierwszym, nieco wysuniętym do przodu domku ktoś otworzył okno. Gdzieś tam na facjatce uwiła sobie gniazdko Jagoda. Gdyby kilka lat temu ktoś powiedział Kowalskiemu, że będzie wychowywał córkę wspólnie ze swoim byłym przełożonym, padłby na miejscu trupem. Jakieś zielska zapachniały całkiem znośnie, wciągnął więc głęboko powietrze i nagle zatęsknił za zwykłym, najnormalniejszym urlopem. Gdyby tak wyjechać gdzieś tylko z Jagodą. Wspólne wakacje ojca i córki.
Garbaty wyprzedził przyjaciela. Wyglądał, jakby go olśniło.
– Co myślisz, żebyśmy razem pojechali na wakacje? – Spojrzał radośnie na Thomasa. – W góry! Ty lubisz góry, Jagoda lubi, prawda? Ja i dzieciaki też lubimy!
Tschapieski siedział ukryty w cieniu i zerkał przez okno. Deszcz ustał, burza przeszła bokiem, nad polaną zawisła tęcza i cała dolina utonęła w złocie. Uśmiechnął się mimowolnie, lubił tę popołudniową porę. Jego była sekretarka, Barbarossa, kiedy kilka lat temu przyszli tu po raz pierwszy, nazwała ten widok „platynowym”. Zazwyczaj surowa i wstrzemięźliwa rzadko okazywała entuzjazm, dlatego w jej ustach słowo „platynowy” wiele znaczyło. Kiedyś, jeszcze jako dziecko, Tschapieski spędzał wakacje w podobnym miejscu. Jedno z nielicznych dobrych wspomnień z dzieciństwa pojawiło się po sześćdziesięciu latach i już wiedział, że nie chce oglądać żadnych innych domów.
– Kupuję! – oznajmił zaskoczonej Barbarossie.
– Co?
– Ten dom!
– Ale jak to? Tak od razu?
– Tak!
Tschapieski nie lubił zmian, ale po wypadku nie mógł już mieszkać na piętrze bez windy. Kilka tygodni później kazał przetransportować meble salonowe, kuchenne i sypialniane ze starego mieszkania do nowego domu i ustawić w identycznym szyku. Dokładnie tak, jak umeblowała je jego żona w latach siedemdziesiątych. Nie pozwolił wyrzucić ani jednej próchniejącej szafki, wyszczerbionego kubka, wyblakłe obrazy z widokami górskimi zawisły na identycznych wysokościach na łudząco podobnych do starych wnętrz ścianach, tak samo niemodne zasłony. W arabskim sklepie odnalazł tapety przypominające poprzednie. Barbarossa wznosiła oczy do nieba, ale dyrygowała ukraińskimi robotnikami, jak niegdyś urzędnikami i policjantami w prezydenckim biurze Buldoga, i niebawem można było się wprowadzać. Nawet Kowalski, któremu sprawy wystroju wnętrz zwykle umykały, poczuł się nieswojo. Dom wyglądał w środku identycznie jak poprzednie mieszkanie Tschapieskiego i gdyby nie łąka za oknem, nadkomisarz przysiągłby, że znajduje się kilka przecznic dalej, w starej kamienicy.
Tęcza znikła i Tschapieski dopiero teraz zobaczył dwie postaci na polanie. Jedna brnęła przed siebie zamaszystym krokiem i wymachiwała rękoma, druga podążała za nią i wznosiła ręce do nieba. Pierwsza przystanęła i zaczęła jeszcze gwałtowniej wymachiwać, druga robiła to samo. Znowu się kłócą, pomyślał Tschapieski. Wszyscy potrzebujemy urlopu, westchnął ciężko. Już dawno postanowił, że pojedzie z Jagodą na wakacje do Szkocji. Córka Kowalskiego oglądała serial, którego akcja rozgrywała się w Edynburgu, i Buldog obiecał jej, że w nagrodę za dobre świadectwo pojadą tam na wakacje. Jagoda nie lubiła szkoły i uczyła się średnio, ale w ostatnim półroczu bardzo się starała. Postanowił, że zabiorą ze sobą jeszcze Emę, miłe dziecko, choć trudno było w to uwierzyć, skoro jej ojcem jest Garbaty. Tschapieski zasunął firankę i poturkotał do kuchni sprawdzić, czy ciasto już wystygło. Pokroił je na równe kawałki i ułożył na talerzu.
Chłopcy oglądali na górze serial, a dziewczynki z nową przyjaciółką grały w salonie w gry komputerowe. Jedna mała i dwie większe główki na tle ryczącego potwora rozczuliły Tschapieskiego.
– Zabić go! Zabić! – zaryczał cienki, piskliwy głosik. – Zadźgać! – Większe główki zarechotały. Ekran pokazywał zakrwawiony tors pozbawiony głowy.
Zasłużyły na relaks. Cały tydzień tak ciężko harują, pomyślał Tschapieski, po czym zebrał ze stolika puste puszki po Coca-Coli i postawił talerz z ciastem.
W tej samej chwili zaskrzypiały drzwi wejściowe.
– Nie to nie! – Usłyszał Garbatego, który właśnie wchodził do przedpokoju. – Jeszcze pożałujesz!
Tschapieski pomknął do kuchni w nadziei, że zdąży schować resztę ciasta.
– Jak ładnie pachnie – powtórzył swój ulubiony slogan Norbert, podążając pospiesznie za Tschapieskim.
– Buciory! – Stary nagle zajechał mu drogę.
Kiedy Kowalski wszedł do kuchni przykładnie w kapciach, synowie Garbatego nakładali sobie na talerze olbrzymie kawałki ciasta drożdżowego, a ich ojciec wycierał szmatą zabłoconą podłogę. Obok stały jego trapery. Tschapieski zamaszyście wertował katalogi biur turystycznych.
Początkowo lekarze nie dawali Tschapieskiemu większych szans. Rozpędzony samochód porywacza uderzył w Starego ze straszliwą siłą. Buldog poszybował kilka metrów nad ziemią i upadł na stertę odpadów budowlanych. Ostry metal rozharatał mu policzek, przekłuł bok i spowodował poważną kontuzję kręgosłupa. Tschapieski miał połamane nogi i żebra.
– Normalny człowiek nie przeżyłby takiego wypadku – powiedział po pierwszej operacji ordynator renomowanej berlińskiej kliniki.
– To nie jest normalny człowiek – stwierdził Kowalski.
Tschapieski przeszedł w sumie trzy operacje, potem długo był w śpiączce. Gdy po wszystkim poinformowano go, co się stało, patrzył tylko w sufit.
– Po takim wstrząsie to zrozumiałe – tłumaczył lekarz.
W pierwszych dniach po wypadku ogólnokrajowe media pełne były prawdziwych i zmyślonych informacji o stanie zdrowia szefa berlińskiej policji i Beaty Panke, byłej partnerki nadkomisarza Kowalskiego. Były wśród nich opowieści o Tschapieskim, który wykazał się niebywałą odwagą i osobiście zapobiegł uprowadzeniu Beaty przez terrorystę zwanego Księciem. Przed szpitalem warowali dziennikarze, a w środku detektywi. Pokojów policjanta i Beaty pilnowali uzbrojeni funkcjonariusze. Służby uznały, że Beata Panke i Tschapieski wciąż nie są w pełni bezpieczni. Książę miał przecież tysiące zwolenników w całym kraju.
Gdyby Garbaty i Tschapieski nie ruszyli za porywaczem w pościg, Beata najprawdopodobniej już by nie żyła. Ściana, w którą uderzył samochód Księcia, zawaliła się po stronie kierowcy, grzebiąc go żywcem. Beata w ostatniej chwili wyskoczyła z auta. Oprócz zatrucia narkotykowego i kilku stłuczeń właściwie nie dolegało jej nic poważnego, a jednak tamten koszmar całkowicie ją odmienił. Pierwsze miesiące po wypadku trwała w jakimś dziwnym otępieniu. Kowalski odwiedzał ją z Jagodą niemal codziennie. Potem szedł do Tschapieskiego i czekał na Jagodę w budynku naprzeciw. Patrzył z balkonu na kobietę siedzącą nieruchomo przy oknie i na swoje dziecko skaczące radośnie wokół matki. Wolał już spędzać czas z marudnym Tschapieskim, niż przyglądać się temu z bliska. Było w Beacie coś takiego, coś... co go niepokoiło, ale nie potrafił o tym teraz myśleć, musiał z rozwagą rozkładać siły.
– To jest wyjątkowe dziecko, żebyś ty jej tylko nie zmarnował – powiedział któregoś dnia Tschapieski. – Jak to możliwe, że masz tak promienną córkę? – dziwił się i Kowalski też zaczął się nad tym zastanawiać.
Tymczasem mijały tygodnie, a Stary mimo rehabilitacji nie odzyskiwał władzy w nogach. Lekarze przekonywali, że trzeba cierpliwości i dalszych ćwiczeń, ale Tschapieski wyczerpał już cały zapas cierpliwości.
– Nigdy nie ćwiczyłem tyle co teraz! Trzy miesiące!
Ćwiczył i jęczał, jęczał i ćwiczył, ale postępów nie było.
Chudł i pod każdym względem przestawał przypominać siebie. Któregoś dnia Kowalski zobaczył na szpitalnym korytarzu brodatego mężczyznę obok starego człowieka na wózku inwalidzkim. Rozmawiali. Dopiero po chwili doszło do niego, że inwalida na wózku to Tschapieski. Brodacz odszedł przygnębiony i ze spuszczonym wzrokiem. Kowalski nie mógł sobie przypomnieć, czy widział go kiedykolwiek wcześniej. Wtedy zdał sobie sprawę, jak niewiele wie o Tschapieskim. Poza tym, że jest wdowcem i lubi dziwki, nie wiedział o nim nic! Starego odwiedzali nieliczni koledzy z pracy, jego sekretarka Barbarossa i dziennikarka Dagmara Bosch, którą Stary traktował jak córkę. Dagmara... dawna miłość Kowalskiego. Nadkomisarz mijał ją na szpitalnym korytarzu często, ale nie rozmawiali. Krótko przed porwaniem Beaty Dagmara powiedziała mu coś, co sprawiło, że uczucia, jakie do niej żywił, zniknęły, przynajmniej tak mu się wydawało. Łączyło ich kiedyś zbyt wiele, aby mógł jej wybaczyć tamto. A potem... Potem Dagmara przestała odwiedzać Tschapieskiego. Może to i lepiej.
Za to Beata powoli wracała do zdrowia. Nie potrafiła odwzajemnić jeszcze czułości córki, nieporadnie składała zdania, ale bardzo się starała być znów mamą.
– Co zrobisz, jak moja mamusia wyjdzie z kliniki? – spytała któregoś dnia Jagoda Tschapieskiego. – Kto będzie cię odwiedzał?
Twarz Buldoga przybrała wyraz, którego Kowalski nigdy wcześniej u niego nie widział. Co to było? Lęk? Smutek?
– Jak będziesz więcej jadł, to może będę przychodzić do ciebie po szkole. I razem będziemy jedli obiadki. A ty umiesz gotować? – zaniepokoiła się Jagoda. – Bo ja lubię dobre jedzonko. Najbardziej lubię zupki babci.
– Nauczę się – zapewnił skwapliwie Tschapieski.
Następnego dnia Kowalski nie zastał Buldoga w pokoju. Okazało się, że jego były szef podjął przerwaną rehabilitację. W dniach, kiedy miał wychodne i kiedy Jagoda nie przychodziła, przyjeżdżała po niego Barbarossa i razem gotowali. Codziennie wysyłał Kowalskiemu na komórkę zdjęcie, a na nim pusty talerz świadczący o zjedzonym obiedzie. Pod zdjęciem widniał komentarz: „pokazać Jagodzie”. W szpitalnym sklepiku kupował dla Jagody owoce i słodycze, Kowalskiego nie częstował. W ich wzajemnych stosunkach niewiele się zmieniło. Kowalski kiedyś dla niego pracował i był mu pomocny. Teraz był ojcem Jagody i przywoził ją do niego, nic więcej.
Miał Tschapieski nowe zadanie w życiu. Inwestować w kolejne pokolenia. Przysłużyć się społeczeństwu. Pomóc wychować Jagodę na normalnego człowieka. Postanowił więc, że wyzdrowieje.
Tymczasem lekarz zasugerował dalsze leczenie Beaty w specjalistycznej klinice w Bawarii. Jagoda bardzo przeżyła rozstanie z mamą. Kowalski dwoił się i troił, chodził z nią na terapię, spełniał każde jej życzenie, ale Jagody nic nie cieszyło. I wtedy nieoczekiwanie stery przejął Tschapieski. Pojechał z Jagodą do schroniska, gdzie wybrała brzydkiego, zalęknionego psa, który siedział w kącie i nie reagował na nic. Poza tym miał być całkiem zdrowy i miał już nie rosnąć.
– To szczeniak! – oznajmił zaprzyjaźniony weterynarz, kiedy przyjechali do niego z psem dzień później. – Musiał przejść straszną traumę. – Wskazał na bliznę pod sierścią. – Jest po wypadku albo ktoś uderzył go czymś tępym.
Kowalski czuł, że nie polubi tego psa. Kiedyś miał sukę, Babsi, towarzyszyła mu przez wiele lat i nie było zwierzęcia na świecie, które mogłoby Babsi w czymkolwiek dorównać. A już na pewno nie Platon. Biedny pies wyczuwał tę niechęć i był tak znerwicowany, że gdy tylko zostawał sam w domu, natychmiast robił pod siebie. W domu czy na dworze – wciąż miał sraczkę. Oczywiście nie było mowy o jakimkolwiek wychowaniu, bo Jagoda ciągle go rozpieszczała. Platon wylegiwał się więc w łóżku Kowalskiego, żarł i rósł.
– Psy wyczuwają, kiedy nie są kochane. Poza tym nie każdy pies musi być jak Babsi – stwierdził sucho weterynarz, do którego Kowalski przychodził jeszcze ze swoją starą suką.
Platon wyrósł na olbrzymie przyjazne bydlę, lecz poza tym, że nauczył się załatwiać na łące i w ogrodzie Tschapieskiego, nie nauczył się niczego innego. Na ulicy, widząc swoich lub obcych, witał ich radośnie, zrywał się ze smyczy i rzucał w pogoń za samochodem, kotem, wiewiórką lub szyszką. Ale Jagoda go uwielbiała i tylko to się dla Thomasa Kowalskiego liczyło.
Za namową Tschapieskiego Kowalski zapisał Jagodę do szkoły znajdującej się zaledwie dwie ulice od jego nowego domu. Buldog zorganizował dla Jagody niezapomnianą imprezę z okazji rozpoczęcia roku szkolnego. Zaprosił babcię Jagody, która po wypadku Beaty bardzo podupadła na zdrowiu, i dziadka Pankego, którego Kowalski szczerze nienawidził. Obok nich postawił zdjęcie Beaty; matka jego dziecka wciąż jeszcze nie mogła opuścić kliniki. Jagoda rozmawiała ze zdjęciem, jakby jej mama rzeczywiście siedziała obok. Tschapieski częstował widmową Beatę tortem, rozmawiał z nią, opowiadał jej nawet jakieś dowcipy. Kowalski odniósł wrażenie, że te metody nie przypadłyby do gustu psycholożce, do której chodził z Jagodą, ale Tschapieski wyśmiewał psychologów i psychiatrów. Twierdził, że wie lepiej, czego potrzeba dziecku.
– Kiedy moja żona zachorowała, nasz syn zachowywał się tak samo – powiedział Tschapieski.
– Jaki syn?
– Mój.
Kowalskiego zatkało. Tschapieski miał syna?!
Zanim się obejrzał, większość zabawek i ubrań Jagody znalazła się w domu Buldoga, w małym pokoju na facjatce, jedynym pomieszczeniu, które nie przypominało wystrojem czasów zimnej wojny. Tschapieski odbierał Jagodę ze szkoły, gotował dla niej ulubione zupki, czytał jej bajki. Gdyby nie Buldog, Kowalski musiałby pracować na pół etatu, być może w administracji. Bez jego pomocy na pewno by sobie nie poradził. Nie miał rodziny. Wydawało mu się, że jest zupełnie sam.
Kowalski obserwował, jak Norbert łazi po ogródku w tę i z powrotem z komórką przy uchu.
– Tam coś się dzieje! – zawyrokował Tschapieski, popijając spory łyk piwa.
– Gdzie?
– U Garbatego. Myślę, że ma kłopoty w domu. Dlatego bez przerwy śpi u ciebie. – Tschapieski dolał piwa do litrowego kufla.
– Mam go dosyć – wyznał szczerze Kowalski i zerknął na komórkę, którą wyciszył i która teraz wibrowała po stole. – Chrapie, rzęzi i gada przez sen.
Tschapieski upewnił się, że Garbaty wciąż jest w ogrodzie, i podał nadkomisarzowi puszkę piwa.
– Nie, dziękuję, wracam rowerem do domu.
Po ostatniej wpadce, kiedy koledzy z posterunku zatrzymali go śpiewającego i jadącego chwiejnie na rowerze, Kowalski postanowił na jakiś czas odstawić trunki.
– Tylko nie częstuj tego darmozjada – powiedział szybko Buldog, widząc, że Garbaty zmierza w kierunku drzwi kuchennych.
– Czy mógłbym się przespać dzisiaj u pana? – spytał Norbert, wchodząc do kuchni boso, nie patrzył jednak na Kowalskiego i Buldoga, tylko gdzieś w bok.
– A co, ja hotel jestem? – odparł Tschapieski nieco mniej jadowicie niż zazwyczaj, bo Garbaty wyglądał jak siedem nieszczęść. – Śpij u niego! – Wskazał na Kowalskiego.
Nadkomisarz rzucił Staremu nienawistne spojrzenie. Kolejny raz przypomniał sobie, że w sprawach innych niż opieka nad córką absolutnie nie należy ufać Buldogowi, gnidzie jednej.
– U pana są wolne pokoje i świeże posiłki! Niech tutaj śpi! – odparł atak.
– Obejdzie się – odrzekł Norbert wyniośle.
Nadkomisarz chciał jeszcze coś powiedzieć, ale wibrująca komórka spadła ze stołu.
– Halo? – warknął zniecierpliwiony Kowalski i nagle wyraz jego twarzy zmienił się na wysoce skoncentrowany. – Tak jest! – zakończył rozmowę.
W tej samej chwili rozdzwoniła się komórka Norberta.
– Odbierz – rzucił krótko nadkomisarz.
Rozżalony Garbaty nie zareagował.
– Odbierz! – powtórzył Kowalski.
Norbert niechętnie przystawił telefon do ucha. Teraz on słuchał uważnie, unosząc ze zdziwienia brwi, widać było, jak powoli z przejęcia występują mu na szyi czerwone plamy. Zakończył identycznie jak Kowalski: – Tak jest! – i przeniósł niepewne spojrzenie na przyjaciela.
– Trzeba powiadomić Krenza – powiedział niewyraźnie.
Szczęki nadkomisarza zacisnęły się nerwowo i Garbaty zamilkł.
– Powiedzieli – Garbaty niepewnie wskazał na telefon – żeby go powiadomić...
– Ciebie nikt nie pyta o zdanie. – Kowalski zsiniał z wściekłości. Uczestniczył wielokrotnie w zadaniach Zero Cztery i on był tu od zarządzania, a nie Garbaty.
– Co jest? – zapytał Tschapieski, który uważnie obserwował ich twarze, przenosząc wzrok z jednej na drugą, jakby śledził piłeczkę pingpongową.
– Zero Cztery! – odpowiedział krótko zaaferowany technik policyjny i pognał do ogrodu szukać butów. Od tego momentu wydarzenia nabrały tempa jak w przyspieszonej sekwencji przedwojennego filmu. Platon latał jak oparzony po całym domu, tratując wszystko, co stanęło mu na drodze. Tschapieski ganiał za nim na wózku, próbując go uspokoić. Kowalski wpadł do salonu, z którego dobiegała mroczna pogrzebowa muzyka. Nie skomentował ani słowem, że Jagoda gra w grę, w którą zabronił jej grać, nawet tego nie zauważył, myślami był już gdzie indziej. Jagoda spojrzała na niego mądrymi oczami, które mówiły, że wszystko rozumie i że nie szkodzi, że kolejny weekend spędzi z dziećmi wujka Garbatego, Platonem i Tschapieskim. Norbert wyliczał zadania, które dzieci mają wykonać pod jego nieobecność.
– Taaa... Jeszcze może przekopać ogród – mruknął Tschapieski.
– Bye! – padało w odpowiedzi z góry i z dołu i było w tym jednym słowie wiele ulgi i radości. Weekend bez ojców oznaczał święty spokój. Nie będzie odrabiania lekcji, zrzędzenia, sprawdzania zeszytów i obligatoryjnego niedzielnego spaceru. Będzie za to obżeranie się i wylegiwanie bez końca.
– Pamiętajcie, co mówiłem! – krzyknął Norbert w progu i po chwili siedział już w samochodzie, szczęśliwy, że zabrał ze sobą walizkę ze sprzętem, a w niej nowy strój technika, nad którym pracował przez ostatnie miesiące. Podniecony zacierał ręce z przejęcia, po chwili naciskał na klakson, ponaglając Kowalskiego, który wrócił do domu po plecak.
– Na cholerę mu plecak – burknął pod nosem i wykorzystując jego nieobecność, wykręcił szybko numer do Krenza.
– Czego nie odbierasz? – fuknął zaraz na wstępie. – Sprawa jest! To dobrze, że wiesz! Jak to skąd ja wiem? Powiadomiono mnie, że ciebie też powiadomiono. – Kątem oka zobaczył nadbiegającego nadkomisarza, więc ściszył głos i zapuścił silnik. – Co z tego, że na urlopie! To Zero Cztery, stary! Dobra tam! Spiesz się! Muszę kończyć, bo idzie Kowalski. Jakby co, to nie gadaliśmy.
Jagoda wdrapała się na taboret w łazience pod niewielkim lufcikiem i stanęła na palcach. Machała intensywnie ojcu, który biegł za samochodem, bo Garbaty odjechał już kawałek, zostawiając go w tyle.
– On wrócić? – zapytała sceptycznie Ktoś, dziewczynka o smutnych oczach, która oburącz przytrzymywała taboret, gdy ten odchylał się niebezpiecznie.
Tschapieski ze swojego skrzypiącego wehikułu przyglądał się w zadumie tej konstrukcji.
– Wrócić! – powiedział, po czym poprawił się szybko: – Pewnie, że wróci, co ma nie wracać? Jagoda, złaź już! – I zwrócił się do nieznajomej dziewczynki: – A twoi rodzicie nie martwią się o ciebie, a?
– Mój tata nie wrócić – odpowiedziała mała gdzieś w przestrzeń.
Tschapieski patrzył na nią przez dłuższą chwilę w skupieniu, po czym zmienił temat.
– Truskaweczki w śmietanie? – Uśmiechnął się przyjaźnie.
Wielkie smutne oczy dziewczynki rozbłysły i zareagowała tak entuzjastycznie, że Jagoda zachwiała się i spadła prosto na nią. Przeturlały się po łazienkowym dywaniku aż pod wózek Tschapieskiego. Stary zamarł ze zgrozy, ale one tylko wybuchnęły śmiechem.
– Zawału kiedyś dostanę! – Buldog złapał się za serce.
Jagoda rozmasowała czerwone kolano, wstała i wciąż jeszcze się śmiejąc, przytuliła go z całej siły.
– Kocham cię, Czapciu! – powiedziała.
Zgłoszenie Zero Cztery oznaczało priorytetową robotę, od której nie można się wymigać. Niepisana zasada brzmiała: wsiądź w samochód, gdziekolwiek jesteś, i jedź, dokąd ci każą. Wybór świadczył o zaufaniu i wysokich kompetencjach wytypowanego. Zlecającemu robotę zależało na tym, aby śledztwem zajęła się właśnie ta, a nie inna osoba. Zdarzało się, że misja była tylko przykrywką działań służb specjalnych, wybierano wtedy pionki, by za ich plecami robić swoje. Kowalski wiele już przeżył, jednak tym razem wyczuwał, że o przykrywce nie mogło być mowy. Dostał niespodziewanego adrenalinowego kopa, dotychczasowe zmęczenie i zniechęcenie zniknęły. Garbaty też w niczym nie przypominał już smutnego faceta żebrzącego o nocleg. Pruł na sygnale, nie zważając na nikogo i na nic. Wyjechał z osiedla domków jednorodzinnych pod prąd, w następną uliczkę wbił się również pod prąd i wpadł na zakorkowany Tempelhofer Damm. Kowalski lubił szybką jazdę, ale widząc umykającą przed nimi staruszkę z chodzikiem, zamknął oczy i tylko mocniej ścisnął uchwyt nad drzwiami. Po chwili byli już na autostradzie i pędząc dwieście na godzinę, po niespełna trzech minutach zjeżdżali w kierunku Hohenzollerndamm. Zwolnili dopiero przy Roseneck. Po krótkich komendach policyjnej nawigacji – „skręć w lewo”, „skręć w prawo”, „jedź prosto” – już bez sygnału, nie wzbudzając niczyich podejrzeń, dotarli do willowej uliczki Pilatussteg. Dom, w którym mieli przeprowadzić „natychmiastowe czynności”, znajdował się w bezpośrednim sąsiedztwie Muzeum Sztuki. Nadkomisarzowi coś zamajaczyło w pamięci, chyba był tu przed wielu laty z wycieczką klasową. Spojrzał na zegarek, droga zajęła im niecałe dziewięć minut.
– Zostajesz tutaj i czekasz na mnie – rzucił i otworzył drzwi, zanim Garbaty zdążył zaparkować. – Dam ci znak! – Po czym ruszył pędem w stronę uchylonej furtki, by już po chwili dotrzeć do drzwi wejściowych, które również były tylko przymknięte. Kątem oka zarejestrował odrapaną skrzynkę pocztową z zatartym, ledwo widocznym nazwiskiem „Familie Kreber”.
Penetrował kolejno hol, kuchnię, gabinet. Dom był duży, pełen zakamarków, śmierdziało w nim stęchlizną i wilgocią. Na ścianach wisiały maski, obrazy w ciężkich ramach, w kątach stały rzeźby obrośnięte pajęczynami. Ciężkie story były zakurzone, w niektórych oknach zamiast szyb dojrzał deski. Gdyby nie kuweta ze świeżym piaskiem w łazience oraz to, że w gabinecie stała niedopita herbata, można by odnieść wrażenie, że dom jest opuszczony. Nagle zamarł, kątem oka dostrzegł jakąś białą postać. Po plecach przebiegł mu przykry dreszcz. Dopiero po chwili domyślił się, że to musi być Garbaty, który na twarzy miał dziwaczną białą maskę. Wyglądał jak Hannibal Lecter, poruszał się powoli i niezgrabnie w dziwacznym, jakby nadmuchanym skafandrze, z którego właśnie wyciągał pistolet.
– Ja pierdolę! – jęknął Kowalski. – Co ty wyprawiasz?
– Jak to co? Pracuję! – odparł niewyraźnie technik kryminalistyki.
– Miałeś siedzieć na dupie – szepnął nerwowo nadkomisarz.
– Nie tylko ty masz tu robotę. – Teraz dla odmiany podskakiwał naprzód niczym Neil Armstrong i wywijał pistoletem we wszystkie strony.
Kowalski machnął ręką. Dyskusja z Norbertem nie miała sensu, po raz pierwszy brał udział w Zero Cztery i było jasne, że chce się wykazać.
– Posłuchaj – zwrócił się do niego szeptem – sprawdzaj po prostu każde pomieszczenie po mnie...
– Już to przecież robię! – przerwał mu as berlińskiej kryminalistyki. – To samo powiedział mi głos przez telefon.
– Po mnie sprawdzaj, nie przede mną – syknął nadkomisarz. Doskonale wiedział, co powiedział głos.
Wyminął Norberta i dużego rudego kota, który śledził uważnie każdy ruch postaci w szeleszczącym skafandrze, po czym wszedł do biblioteki. Ujrzał charakterystyczną wysoką na kilka metrów ścianę obwieszoną od podłogi po sufit zdjęciami i poczuł woń jak po wypadku: zakrwawiony kapeć, za nim ciało; stopy w kolorowych skarpetkach, czarne spodnie, zrolowana koszula obnażająca brzuch i rozpostarte ramiona. Było dokładnie tak, jak opisał to ktoś w słuchawce. Wszystko się zgadzało. Poza jednym. Głos nie wspomniał, że ofiara nie miała twarzy.
– No i jesteś, orle – powiedział nadkomisarz trochę melancholijnie, trochę z rezygnacją.
W dzieciństwie Kowalski często bawił się z kolegami w orły. Rzucali się na zaspy i wymachiwali szeroko rozpostartymi nogami i ramionami. Ale trup w domu „Familie Kreber” w nic się nie bawił. Kowalski pochylił się nad ciałem, starając się dostrzec jakieś rysy. Nie ulegało wątpliwości, że kiedyś była to twarz, ale teraz? Nadkomisarz ujął zakrwawiony nadgarstek, chociaż wiedział, że nie wyczuje w nim pulsu. Jak zawsze w podobnych okolicznościach pomyślał, że gdyby się pospieszył, gdyby natychmiast odebrał telefon, gdyby... Moc myśli, które towarzyszyły mu od lat i o których psycholog policyjny mówił, że dobrze, że są. Dzisiaj ten tok rozumowania był całkiem bez sensu. Mężczyzna był martwy, jeszcze zanim człowiek pod drugiej stronie słuchawki wybrał numer Kowalskiego.
Nadkomisarz spojrzał w kierunku okna. Musiało dawać w dzień dużo światła, nawet teraz, po południu, wciąż było tu bardzo jasno, jednak uwagę Kowalskiego przykuło co innego: szyba i trzy średniej wielkości ślady po kuli. Ale głowa profesora wyglądała, jakby ktoś roztrzaskał ją kijem bejsbolowym. Może najpierw strzelano, potem bito? Albo na odwrót? Przydałby się Krenz, pomyślał nadkomisarz odruchowo, ale natychmiast zarzucił tę myśl. Trzeba będzie się rozejrzeć za innym patologiem, i to szybko. Niestety, zlecający zadanie wyraźnie wymienił nazwiska członków grupy: Kowalski, Krenz i Garbaty. No cóż, on z Krenzem więcej pracować nie będzie. Nie i już.
Spojrzał znów na ślady po kuli. Przypominały kunsztownie wyrzeźbione w szkle rozłożyste, równoramienne kwiaty. Przeniósł wzrok na okno. Tuż za nim w promieniu jakichś trzystu metrów stała olbrzymia rzeźba, za nią kilka bardzo podobnych nieco mniejszych, wszystkie znajdowały się na terenie muzeum. Pierwsza, największa i usytuowana najbliżej okna, przedstawiała ogromną, półokrągłą maskę wykutą z poczerniałego żelastwa. Pośrodku ziały otwory na oczy i usta. Idealne miejsce na schronienie dla mordercy, pomyślał.
Podszedł do ściany i przez chwilę przypatrywał się drobnej kobiecie na zdjęciach. Obok były dwie wysokie drabiny ze śladami stóp na zakurzonych stopniach. Na stoliku tuż obok zwłok stały szklanki z niedopitą herbatą i dzbanek, ale wnętrze i tak wydało się opuszczone, niezamieszkane.
Wzrok Kowalskiego powędrował ku ceglanemu kominkowi oraz rozrzuconym na podłodze klaserom i albumom. Podszedł do kręconych schodów i wspiął się na galerię. Miał nadzieję znaleźć tam przejście prowadzące do pozostałych pomieszczeń. Rzeczywiście, pomiędzy regałami wypełnionymi książkami znajdowały się drzwi, które prowadziły do niewielkiego korytarza. Uderzył głową w smętnie zwisającą z sufitu żarówkę, dostrzegł piętrzące się kartony, porozrzucane czasopisma, stare graty i krzywe regały. W zapyziałej łazience ptaki uwiły sobie gniazda.
Jedno było pewne, w tym domu oprócz zwłok i kota nikogo już nie było.
Wrócił na galerię i zszedł po krętych schodach na parter. Podszedł do okna. Obejrzał przedmioty i ściany na wysokości śladów od kul, zatrzymał wzrok na kominku i podszedł do niego. W samym środku ozdobnego gzymsu znajdowało się spore wgłębienie, na podłodze leżały kawałki odpryśniętej cegły. Wyjął komórkę i pstryknął kilka zdjęć. Wiedział, że Garbaty zaraz tu wpadnie i zrobi swoje, ale Kowalski wolał mieć własną dokumentację. Jak mawiał jego dziadek: „dubeltowe mocniej trzyma”. Znów podszedł do okna, trzeci ślad po kuli był znacznie niżej i wzrok Kowalskiego natychmiast powędrował w kierunku przedmiotów znajdujących się na tej wysokości. Spojrzał na kanapę, była przestrzelona. Obszedł ją uważnie, szukając łusek, i wtedy dostrzegł wciśniętą w szparę damską aktówkę. Skórzaną, czarną i elegancką, ze złoconym firmowym napisem. Nie zauważył jej wcześniej, przesłaniał ją stolik zastawiony porcelaną. Z boku aktówki zwisała tasiemka zakończona imienną plakietką. Wyciągnął z plecaka rękawiczki, nachylił się nad nią i przeczytał.
Cofnął się zaskoczony.
Wszystkiego mógł się tu spodziewać, ale tego? Przejechał ręką po włosach. Tysiące myśli przebiegało mu przez głowę. Co ona ma z tym wspólnego? Czyżby była zamieszana w to zabójstwo? Czy to możliwe? Rozejrzał się niepewnie, jakby oprócz niego i zwłok był tu ktoś jeszcze. Po chwili, nie zastanawiając się nad tym, co robi, chwycił aktówkę Dagmary Bosch i wepchnął ją do plecaka. Rozejrzał się, czy nie przeoczył jeszcze czegoś, nachylił się i zerknął pod kanapę, pod stół. Zdawał sobie sprawę, że zaciera ślady, ale nie mógł inaczej.
– Co za ścierwo! – dobiegł go głos Norberta z korytarza i po sekundzie zobaczył w drzwiach białą postać szarpiącą się z kotem. Zwierzę wczepiło się pazurami w biały skafander. Norbert kręcił się, skakał, jedną ręką próbował złapać kota za ogon, drugą – strącić go walizką. – Paszoł won! – krzyczał. Ujrzawszy nadkomisarza, wysapał: – Znalazłem telefon, tam. – Wskazał na przedpokój, po czym dodał zniecierpliwiony: – Pomóż mi, no!
Kowalski nie słuchał. Otrzepał spodnie, starając się nie patrzeć na przyjaciela. Obawiał się, że wyraz twarzy go zdradzi. Niepotrzebnie się martwił, bo zupełnie co innego zaprzątało uwagę Norberta.
– Ooo! – wykrzyknął technik, gdy zobaczył zwłoki. Jego oczy rozbłysły w zachwycie.
Kowalski wiedział, że od tej chwili wszystko inne przestanie się liczyć. Garbaty ze zniecierpliwieniem szarpnął za suwak, biała płachta skafandra opadła, a wraz z nią oszołomiony kot.
– Ciągnij! – rozkazał Kowalskiemu, siłując się z maską.
Kowalski z obrzydzeniem złapał przyjaciela za głowę i oswobodził go z kasku. Norbert przygładził włosy i nie zwracając już na nic uwagi, przebrał się w pośpiechu w zwykły, jednorazowy strój technika kryminalistyki. Kowalski nieraz już widział, jak zdawałoby się nieokrzesany, gapowaty Norbert na miejscu zbrodni zmienia się w poważnego, odpowiedzialnego fachowca.
Garbaty chwycił za walizeczkę i sprężystym krokiem podszedł do ciała.
– Bardzo ładna twarzyczka... – mruczał, strzelając gumowymi rękawiczkami. Potem przeniósł wzrok na okno, na kominek, na kanapę, na galerię, na ścianę ze zdjęciami.
Kapeć, układ zwłok, rzeźba za oknem wystarczyły, aby ułożył w głowie odpowiedni obraz. Kowalski był niemal pewien, że za chwilę opowie mu, co tu zaszło. Norbert podszedł tymczasem do szyby i przyglądał się każdemu ze śladów.
– Hm... Bardzo ładnie pomyślane, kwiaty, tak, kwiaty, prawdziwa sztuka, tak, tak... – Wrócił do zwłok i pochylił się nad nimi. – A więc najpierw kilka strzałów, potem froterka twarzy bejsbolem lub czymś takim. – Wzrok Norberta spoczął na pogrzebaczu przy kominku. – Jaka szkoda, że nie ma tu Krenza, zaraz by mi podpowiedział... Tak, podejrzewam, że jeden strzał dosięgnął twarzy, kolejne klatki piersiowej, o proszę, tu! – kontynuował. – Ale czwarty, gdzie jest czwarty? – Garbaty podskakiwał wokół zwłok jak baletnica pilnie obserwowany przez nadkomisarza i kota.
– Czwarty? – Kowalski myślał już tylko o Dagmarze. Może jest ranna? A jeśli nie żyje? Poczuł bolesny ucisk w dołku.
– Mam nadzieję, że niczego nie dotykałeś? – zapytał profesjonalnym tonem Garbaty.
– Nie. Jasne, że nie.
– Jakoś dziwnie wyglądasz.
– Nie, nic. – Kowalski szybko zmienił temat: – Widziałeś te ślady po kuli? Wyglądają jak kwiaty.
– Widziałem – odparł powoli Garbaty, przenosząc badawczy wzrok na okno.
Następnie zgrabnym ruchem wyciągnął szkło powiększające, szczypce, nożyczki i inne przybory. Robił zdjęcia, mierzył, macał, oglądał, zbierał paprochy, nitki. W normalnych warunkach Kowalski przyglądałby się temu w skupieniu, rzucając uwagi i notując każdy szczegół, ale teraz nie był w stanie. Musiał usiąść, skupić się. Pomyśleć.
– Tylko mi się tu nie rozkładaj – fuknął Norbert, obserwując go kątem oka. – Nie drepcz po ogrodzie i nie zbliżaj się do rzeźby.
W normalnej sytuacji Kowalski by go nie posłuchał, bo miał w zwyczaju robić tylko to, co sam uważał za słuszne. Ale teraz zacisnął jedynie rękę na plecaku i wyszedł przed dom. Obszedł ogród i upewniwszy się, że nikogo już tu nie ma, oparł się o drzwi. Wieczór był jak każdy poprzedni tego lata – bezwietrzny i lepki. W zapuszczonym ogrodzie nie poruszał się ani jeden listek.
Kowalski nabrał głęboko powietrza i otworzył plecak. Wyciągnął nie bez trudu upchaną tam aktówkę i spojrzał na plakietkę. Głos w słuchawce nie wspominał o Dagmarze Bosch. Twierdził tylko, że przy ulicy Pilatussteg nieznany sprawca zastrzelił profesora Krebera.
– Co ty tu robiłaś? – zapytał cicho. – I co masz z tym wspólnego?
W tej samej chwili dobiegły go odgłosy syren i tupot nóg na kamienistej ścieżce. Rozglądał się gorączkowo, gdzie by tu schować aktówkę, spojrzał na zadaszenie nad drzwiami wejściowymi. Zdążył dosłownie w ostatniej minucie. Tuż przed nim wyrosło kilku policjantów.
– Stać! – krzyknęli złowrogo, mierząc do Kowalskiego.
Z cienia wynurzyła się powoli niewysoka postać w wytartym płaszczu, staromodnym meloniku i butach z białymi noskami jak u stepujących tancerzy. Kto o tej porze roku chodzi w płaszczu, przemknęło przez myśl Kowalskiemu. I nagle go olśniło. Nawet nie musiał unosić wzroku, aby się upewnić, że stoi przed nim jego były asystent Flatow.
Wysoka, śniada kobieta ukryta za grubym dębem odłożyła broń i pogładziła ją tak, jak gładzi się ukochanego psa. Przez chwilę przyglądała się scenie przed domem. Nie interesowało jej, o czym rozmawiali ci ludzie. To nie były jej sprawy. Przybyła tu we własnych interesach. Z mężczyzną przed domem i technikiem w środku poradziłaby sobie bez problemu, ale sześć wozów policyjnych to za dużo nawet jak na nią. Zostawiłaby za sobą ślady, a ona nie zostawia śladów. Jej nie ma. Nie istnieje. Odeszła więc lekkim krokiem, cicha i ciemna niczym widmo. Rudy kot przypatrywał się jej z uwagą, miaucząc smutno. Wydawało się, że ma ochotę pobiec za nią.
