Kryminał pod psem. Trup w sanatorium - Marta Matyszczak - ebook

45 osób właśnie czyta

Opis

W świnoujskim sanatorium zostaje popełnione morderstwo. Traf chce, że w uzdrowisku zjawia się Szymon Solański, prywatny detektyw. Wraz z dziennikarką Różą Kwiatkowską wybrali się właśnie na pierwsze wspólne wakacje. Nie będzie im jednak dane wypocząć. Solański przyjmuje zlecenie odnalezienia zabójcy, a w śledczej pracy towarzyszy mu kundelek Gucio. Sprawa śmierci kuracjuszki zatacza coraz szersze kręgi, by w końcu sięgnąć dramatycznych wydarzeń gorącego lata 1977 roku. Bohaterowie będą musieli zmierzyć się ze światem donosicieli, festiwalowej bohemy i z osobistymi porachunkami, które przyniosą krwawe skutki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 376

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zapraszamy na www.publicat.pl
Projekt okładki ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ
Koordynacja projektuNATALIA STECKA
RedakcjaANNA JACKOWSKA
KorektaBOGUSŁAWA OTFINOWSKA
Redakcja technicznaKRZYSZTOF CHODOROWSKI
Polish edition © Publicat S.A., Maciej Liziniewicz MMXIX (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved.
ISBN 978-83-271-5960-1
Konwersja: eLitera s.c.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: [email protected]

Cioci Eli

Donoszę uprzejmie, że powieść ta jest wytworem mojej wyobraźni, a wszystkie występujące w niej postacie zostały wymyślone. Nie znajdziecie też na mapie Świnoujścia sanatorium Krecik, bo w tym miejscu tak naprawdę stoi Energetyk. Jedynie akta sprawy inwigilacyjnej o kryptonimie KABARETON odpowiadają w dużej mierze tym rzeczywistym, z którymi można się zapoznać w archiwach IPN-u. Zachowałam między innymi ich specyficzny styl i pisownię. Reszta jest kwestią fantazji.

Kochasz mnie jak nikt przed tobą, czemu więc uciekasz ode mnie?

Maanam, Blues Kory

PROLOG

Pożegnalny haust powietrza czuć było chlorem i spalenizną. Głowa zanurzała się pod powierzchnią wody. Wielka szkoda z tym śniadaniem: za długo smażone, a przez to gorzkie jajka i pokryte kożuchem kakao. Dość marna ostatnia wieczerza.

To absurd myśleć w takiej chwili o jedzeniu.

No bo to już koniec. Zdała sobie z tego sprawę w jednym, przerażającym do szpiku kości momencie. Strach zmroził jej serce.

Miała przecież jeszcze tyle planów! Emerytura to nie epilog życia. Raczej nowy początek. Można wreszcie do woli podróżować. Czytać w łóżku do południa. Wyskakiwać w dresie do sklepu po bułki i nie przejmować się wyglądem. Chodzić na kawę z przyjaciółkami w środku dnia, a w autobusie z miną triumfatorki zajmować miejsce siedzące.

Te przyjemności miały ją jednak ominąć. A to dlatego, że właśnie dusiła się w basenie solankowym, który powinien jej przynieść zdrowie, a podarował śmierć. I zawierz tu Narodowemu Funduszowi Zdrowia.

Wytrzeszczone oczy szczypały. Nacisk na szyję narastał. Liche promienie słońca próbowały się przedrzeć przez brudną szybę w piwnicznym okienku i zmąconą taflę solanki. Na próżno.

Robiło się coraz chłodniej. I ciemniej. Słabła. W ostatnim wolnościowym zrywie poderwała się jeszcze. Wyszło niemrawo.

Łabędzi śpiew.

Poddała się. Tak było prościej.

Rozdział 1

DO POCIĄGU BYLE JAKIEGO[1]

– Minęło południe! Zapraszamy na serwis informacyjny radia Nawijka.FM! Przy mikrofonie Olek Szpon, witam państwa! Zaczynamy od głośnej masakry na wybrzeżu! W sanatorium Krecik w Świnoujściu, w basenie do kąpieli solankowych, sprzątaczka odkryła ciało sześćdziesięciopięcioletniej Elżbiety Wnuk. Kobieta najprawdopodobniej utonęła. Jak podaje nasze pragnące pozostać anonimowe źródło, policja podejrzewa, że doszło do morderstwa. Czy seniorzy nie są już bezpieczni w znanym polskim kurorcie? Będziemy państwa na bieżąco informować o postępach w śledztwie. Tymczasem, choć wakacje powoli dobiegają końca, pogoda wciąż dopisuje. Dzisiaj w całym kraju niewielkie zachmurzenie, a temperatury utrzymają się na poziomie dwudziestu pięciu stopni Celsjusza na północy i dwudziestu dziewięciu na południu. Już za chwilę w radiu Nawijka.FM najlepsza muza dla każdego. Zostańcie z nami. A teraz zapraszamy na reklamy.

– Obsranioks! To nowy suplement diety pomagający w prawidłowym wypróżnianiu. Weź Obsranioks, a twoje jelita ci podziękują. Obsranioks! To jedyny słuszny wybór i kupa kłopotów z głowy!

– Wyłącz to! – wydarła się Róża Kwiatkowska i przywaliła z piąchy w samochodowy odbiornik.

Roztarła ręce. Panel sterujący się przekrzywił. W skodzie fabii nastała cisza.

– Tego to nawet Koterski nie przewidział – zrzędziła dziennikarka. – A ta szuja Szpon, widzę, karierę robi. Już nie tylko ściemnia w tej swojej gazetce, ale i na antenie. Świat schodzi na psy! O, przepraszam cię, Guciu. – Obróciła się i zerknęła na tylne siedzenie, gdzie niewysoki czarny kundelek z podpalanym pyskiem i białą krawatką próbował sprawiać wrażenie niewidzialnego.

Szymon Solański zatrzymał auto w cieniu starej gruszy na parkingu przy chorzowskiej przychodni weterynaryjnej Psia Kostka. Przekręcił kluczyk w stacyjce.

– Nie będę na to patrzyła! – zastrzegła Kwiatkowska i skrzyżowała ramiona na piersiach. – Mnie w to nie mieszaj! Pamiętaj, Guciu – zwróciła się znów do psa – że ja z tym nie mam nic wspólnego!

– Idziemy! – zaordynował Solański.

Wyszedł z samochodu na ulicę Żołnierzy Września. Rozprostował długie, chude nogi. Strzelił kostkami palców. Wystawił czworonoga na zewnątrz. Schylił się, by sięgnąć po smycz.

I dostał przejrzałą gruszką prosto w głowę.

Flora stanęła w obronie fauny. Kiedy żółciutka klapsa spadła z gałęzi i grzmotnęła mojego pana w czerep, uznałem to za kwintesencję porozumienia międzygatunkowego. Tyle mojego, że Szymonek macał guza i nie wyglądał na zadowolonego, gdy przekraczaliśmy próg, za którym urzędował konował.

Poczekalnia Psiej Kostki świeciła pustkami. Najwyraźniej gros szanujących się śląskich psów wciąż bawiło na urlopach. Nie było nawet recepcjonistki. W mym jestestwie zakiełkowała nadzieja, że skoro tak, to może i doktor Dłutko dał sobie dzisiaj spokój z dręczeniem braci mniejszych i opala się na leżaku w położonym na tyłach tej dawnej kotłowni ogródku.

– Halo! – zawołał Solański.

Nie odpowiedziało mu nawet echo.

Zrobiłem w tył zwrot i naparłem mokrym nochalem na przeszklone drzwi. Bez skutku. Wrota były za ciężkie jak na gościa o koguciej wadze. Nie chciałem się narzucać, skoro niemile mnie tu widziano. Swój honor mam. Prywatny detektyw był jednak takiej cechy charakteru pozbawiony. Zaczął zaglądać w zakamarki tego miejsca kaźni zakamuflowanego w nowoczesnych wnętrzach.

Nagle stanął jak wryty. Po chwili także do mnie dobiegły dziwaczne odgłosy zza drzwi usytuowanych po lewej stronie, tuż przy poczekalni dla kocimoczy. Niech mnie ręka boska broni, żebym postawił łapę na tym skażonym terenie! Choć Szymon ciągnął za smycz, zaparłem się. Przywarłem do podłogi i warknąłem, jak mi się zdawało, całkiem groźnie. Detektyw podszedł więc do drzwi sam i przystawił do nich ucho. Wciąż mnie więził na rozwiniętej lince, więc nie mogłem dać dyla. Monitorowałem jednak sytuację niezwykle uważnie, gotowy w każdej chwili skorzystać z nadarzającej się okazji, by odzyskać wolność oraz godność naszą i waszą.

Czy jakoś tak.

Solański najwyraźniej za mocno przyciskał narząd słuchu do skrzydła, bo nagle zawiasy jęknęły i przy framudze powstała niewielka szpara. Szymon wetknął w nią twarz i podglądał. Pozazdrościłem mu. Przemogłem się i przydyrdałem w okolice jego łydki. Włożyłem kichol w lukę.

Co zobaczyłem, tego odzobaczyć już nie mogłem.

Na metalowym stole, na którym z pewnością pokrojono już żywcem niejednego biedaka, siedział doktor Dłutko. Podwinął sobie koszulkę. Do płaskiego jak stolnica brzucha przyłożył jakiś wihajster podpięty do weterynaryjnej aparatury. I, wydając pełne aprobaty pomruki, wgapiał się w monitor, na którego czarnym tle migały jaśniejsze kształty.

Skupienie nie pozwoliło mu nas zauważyć.

– Wątróbka jak nowa – mówił, przejeżdżając bolcem po posmarowanej przezroczystą mazią skórze. – Trzustka niczym u noworodka. Śledzionka pierwsza klasa!

– Yyy – wyrwało się Solańskiemu.

Weterynarz się poderwał. Strzelił sprzętem w kąt, przywrócił do porządku garderobę, stanął na baczność i tylko lekko zaczerwieniony na twarzy zwrócił się w naszą stronę.

– No co tam, co tam? Guciowi coś dolega?

My jednak nie byliśmy w stanie prowadzić względnie zrównoważonej wymiany zdań po tym, czego się przed chwilą naoglądaliśmy. Tkwiliśmy więc w przeciągu jak te kołki i z pewnością nie wyglądaliśmy na tak inteligentnych, jakimi byliśmy w rzeczywistości.

W każdym razie mówię za siebie, bo z Solańskim różnie bywa.

– Oj, no już dobra. – Psi lekarz skapitulował. – Próbował się pan ostatnio dostać do specjalisty? – zapytał Szymona. – Pan jesteś młody człowiek. Jeszcze panu wiele nie dolega. Ale jak zacznie, to już się pan bój – przestrzegł. – Właściwie to od razu powinieneś się pan zapisać na wizytę. Będzie jak znalazł, gdy zajdzie realna potrzeba.

– Yyy – powtórzył Solański, potwierdzając moje wcześniejsze wątpliwości co do jego członkostwa w klubie bystrzaków.

– Więc skoro tu stoi sprzęt, to pomyślałem... Zresztą nieistotne. Z czym przychodzicie?

– Aviomarin – zdołał wydusić z siebie właściciel agencji detektywistycznej Solan. – Czy można dać psu aviomarin? Bo będziemy jechali pociągiem. Całą noc. Więc nigdy nie wiadomo. Czy mu się spodoba. – Poklepał mnie po łebku, na co ja otrząsnąłem się z odrazą.

Gdybym umiał nawijać w jego narzeczu, tobym mu powiedział: „Tata, weź”.

– A daj pan spokój temu małemu, ślicznemu kundelkowi. – Dłutko zganił nadgorliwca. – Przecież już nie takie podróże odstawialiście. Z tego co pamiętam. Mam rację?

Solański pokiwał głową, pewnie przypominając sobie nasz rajd Polska – Irlandia, w którym wzięliśmy udział – Szymon, ja i fabia – nie tak dawno.

– No właśnie. – Weterynarz się ucieszył. – Mam rację. Ja zawsze mam rację. Tylko nie powtarzaj pan tego mojej żonie. A teraz idźcie już, bo jeszcze nereczki mi zostały do sprawdzenia.

No i poszliśmy. Poczułem tak wielką ulgę, że w drodze do samochodu aż zapomniałem o braku lewej tylnej łapy i konieczności kuśtykania. W tamtej chwili byłem jak młody Bóg! Jak Tommy Lee Jones w Ściganym. Jak drużyna polskich siatkarzy!

Nie wiedziałem jeszcze, że już niedługo ta energia przyda mi się do rozwiązywania iście kryminalnej zagadki.

Wagony Tanich Linii Kolejowych z świdrującym najgłębsze zakamarki mózgu piskiem zatrzymały się na drugim peronie katowickiego dworca.

– Pociąg osobowy relacji Przemyśl Główny – Świnoujście wjechał na tor trzeci przy peronie drugim. – Kluskowaty głos z megafonu nawet nie starał się przebić przez wszechogarniający harmider: terkot maszynerii, pokrzykiwania podróżnych i pijackie przyśpiewki kiboli gieksy, którzy wracali pewnie z jakiejś ustawki i stawili się tłumnie na sąsiednim peronie. – Przesyłki konduktorskie są przyjmowane w wagonie drugim. Przedział rowerowy znajduje się na końcu składu pociągu. Prosimy podróżnych o zachowanie ostrożności przy wsiadaniu. Życzymy miłej podróży.

– To się zobaczy. – Róża była urodzoną sceptyczką.

Jeszcze nie zdążyli na dobre wyruszyć, a ona już się śmiertelnie zmęczyła. Sama nie wiedziała, jakim cudem udało jej się dotelepać z Chorzowa do Katowic, taszcząc plecak wielkości średniej trumny. A do tego rower! Kwiatkowska była zwolenniczką walizek na kółkach i odkąd takowe pojawiły się w sklepach, żadnej innej formy przewozu rzeczy osobistych nie uznawała. Teraz jednak musiała odpuścić, ponieważ nijak nie dało się połączyć tak wygodnego bagażu z jazdą na jednośladzie. Aby nie mieć wyrzutów sumienia, że coś zaniedbała, sprawdziła nawet wspomnianą opcję. W tajemnicy przed Solańskim udała się na tyły ich familoka przy ulicy 11 Listopada na chorzowskiej Cwajce, wsiadła na kobzę i próbowała sterować pojazdem jedną ręką, drugą zaś ciągnąć za sobą torbę. Rezultat jej działań stanowiły obtarte kolana i przekrzywiona kierownica.

Była więc skazana na plecak. Ciężki jak skurczybyk. Bo też i Róża, nie wiedząc, co spakować na pierwsze wspólne z Szymonem prawdziwe wakacje, załadowała do środka niemal całą zawartość swojej szafy. Ledwie to wszystko zmieściła, a gdy tylko założyła tobół na plecy, zaraz się na nie przewróciła. Machając w powietrzu kończynami, niczym potrącony żuczek, przeklinała detektywa w głos. Nie rozumiała, dlaczego nie mogą jechać autem na all-inclusive do Grecji albo Chorwacji. Z Guciem. Jak normalni ludzie. A potem pławić się w luksusie przez dwa tygodnie. Moczyć zadki w basenie, żreć i pić na potęgę. No i od biedy zobaczyć jakiś zabytek.

Ale ten się uparł i nie było zmiłuj. Aktywny wypoczynek! Większej bzdury Kwiatkowska nie słyszała od czasu, kiedy były chłopak kazał jej zaiwaniać na rowerze po beskidzkich pagórkach. Przecież to miał być relaks! A tymczasem ona po półgodzinie spędzonej w tramwaju ze swoim ekwipunkiem miała ochotę położyć się na torach i poczekać, aż ją to całe PKP przejedzie. Zrobiłoby jej przysługę.

Solański za to podrygiwał z zadowolenia. Jego plecak wyglądał co prawda na znacznie mniejszy, ale prócz bagażu i dwóch kółek Szymon musiał jeszcze pilnować psa oraz przymocowanego do roweru specjalnego wózka, w którym zamierzał wozić Gucia. Detektyw plótł jakieś androny o bogactwie rowerowych ścieżek w krainie czterdziestu czterech świnoujskich wysp, które pragnął wszystkie zaliczyć. Róża nie dociekała, czy chodzi mu o ścieżki, czy o wyspy. Ona wolałaby, żeby zaliczył ją. To był jednak temat na zupełnie inne rozważania. W każdym razie w duchu życzyła Solańskiemu powodzenia. Sama zamierzała co najwyżej pofatygować się na tym złomie do najbliższego sklepu po piwo. I omijać dalekie trasy szerokim łukiem. Nie podzieliła się jednak z Szymonem swoją wizją urlopu, bo jeszcze gotów byłby zrezygnować. Róża postanowiła zrobić wszystko, by znaleźć się nad morzem. A każdy głupi przecież wie, co tam się robi. Nad morzem mianowicie leży się na plaży.

Taki był jej plan i należało się go trzymać.

Dochodziła godzina dwudziesta pierwsza. Szarówka z wolna przejmowała we władanie katowickie niebo. Kwiatkowskiej chciało się spać. Wątpiła jednak, by dane jej było zaznać takich zbytków w tym bydłowozie, którym mieli się tłuc niemal jedenaście godzin na północ Polski. Liczyła, że dostaną miejsca w wagonie bezprzedziałowym. Jednak w tym, co wtoczyło się właśnie na trzeci tor, zabrakło wymysłów zachodnioeuropejskiego kolejnictwa. Ba! Toto nie zostałoby wpuszczone w granice żadnego z państw cywilizowanych. Może w Indiach cieszyłoby się powodzeniem.

Choć też niekoniecznie.

W dodatku wagonów było raptem pięć, a chętnych na przewóz, tak na oko, z dziesięć razy więcej niż przewidzianych miejsc.

Nic nowego. Turyści znów zaskoczyli PKP. Latem chcieli nad morze. Doprawdy dziwactwo.

Pociąg był brudny. Siwordzawy osad na stałe przywarł do zielono-beżowych niegdyś wagonów, a przez zasyfione okna było widać bezkształtne mazy.

Solański zaczął się przeciskać przez tłum, który nie przyjmował do wiadomości, że automatycznie przydzielane przez system miejscówki zwalniają go z konieczności taranowania współbliźnich.

Kwiatkowska podążyła za Szymonem.

– Jak twoim zdaniem wygląda przedział rowerowy? – zaciekawiła się, lustrując ośmioosobowe klitki. W jednej z nich najwyraźniej przyjdzie im spędzić najbliższą noc. – Bo chyba nie tak. Czy może się mylę?

Solański nic nie mówił. Z uniesionymi brwiami gapił się tylko na wykwit myśli technologicznej zeszłego stulecia. Gucio wiercił się nerwowo u jego stóp i koniecznie chciał zajrzeć pod podwozie pojazdu.

– Proszę pana! – Róża szturchnęła w ramię przechodzącego obok konduktora. – Gdzie jest przedział rowerowy?

Kwiatkowska niby zgadzała się z powiedzeniem o mundurach, pannach i sznurach, jednak była skłonna przyznać, że istnieją wyjątki potwierdzające tę regułę. Jeden właśnie stał przed nią, pocił się obficie, mlaskał, rozsiewając wokół czosnkowy oddech astmatyka, i popatrywał w punkt ulokowany gdzieś za ramieniem dziennikarki. Róża aż się obróciła, żeby sprawdzić, co tam jest takiego ciekawego.

Okazało się, że nic.

– Miał być? – Kolejarz się zdziwił.

– A jak pan sądzisz? – zaciekawiła się. – Zapłaciliśmy wam nawet specjalny haracz za przewóz tych gratów. To co pan myślisz, że ja sobie to teraz nasadzę na kolana? I tak będę dymać aż do samego Bałtyku? Tak pan twierdzisz?!

– Ja nic nie twierdzę! – bronił się mężczyzna. – Państwo to dadzą na korytarz.

– A jak nam je... – Róża w porę ugryzła się w język.

W sumie to nie byłaby jakaś wielka tragedia, gdyby im ktoś zaiwanił ten złom. Sprawę wakacyjnego fitnessu miałaby z głowy. Niegłupim pomysłem byłoby nawet wstać w środku nocy, gdy Szymon zacznie już pochrapywać z twarzą przyciśniętą do brązowej firanki w firmowy wzorek, i na przykład gdzieś koło Poznania własnoręcznie wypchnąć rowery poza pokład. A rano udawać zdziwienie oraz święte oburzenie na cholernych złodziei.

– Niech będzie – zgodziła się więc i podetknęła Solańskiemu swój pojazd, by zajął się ulokowaniem go w pociągu.

Łatwo nie było. Przeciętny pasażer z trudem wspina się po trzech wąskich i stromych ażurowych schodkach. A co tu mówić o dodatkowych rowerach, wózku czy Guciu, który złapany przez Solańskiego pod boki, odwinął się i próbował ugryźć...

Wreszcie spoceni nie gorzej od konduktora, brudni i podenerwowani znaleźli się w przybytku Polskich Kolei Państwowych, jakkolwiek pompatycznie nie brzmiałaby ta nazwa w odniesieniu do siermiężnej rzeczywistości. Za nimi nie wszedł już nikt, ponieważ swoimi pojazdami upchniętymi jeden na drugim przy toalecie na dobre zabarykadowali drzwi.

– Mamy miejsca... – Róża błądziła palcem po zmaltretowanym wydruku – ...dziewięćdziesiąt sześć i siedem – odczytała.

Wcisnęła się do klaustrofobicznego korytarzyka biegnącego wzdłuż szeregu wejść do poszczególnych przedziałów. Na plakietce przywieszonej w rogu pierwszego widniały numery: od osiemdziesięciu ośmiu do dziewięćdziesięciu pięciu. Róża porównała je z tym, co miała na bilecie, i jeszcze nie przewidując kłopotów, przesunęła się o przedział dalej. Okazało się jednak, że tam numery, zamiast rosnąć, maleją.

– Osiemdziesiąt do osiemdziesiąt siedem – poinformowała Solańskiego, który kroczył tuż za nią.

Przeszła jeszcze kawałek, co wcale nie było takie proste, ponieważ do pociągu przeciwległym wejściem wdarł się tabun ludzi, dla których zabrakło miejscówek, dlatego musieli kwitnąć na korytarzu. Kwiatkowska utknęła między walizą matki dzieciom (przylepionym zresztą do nogi rodzicielki) a krzesełkiem wystającym ze ściany rozłożonym na amen w przejściu.

– Nie ma naszych miejsc – wywnioskowała.

– Niemożliwe. – Szymon zerknął na bilet przez jej ramię.

– Państwo idą czy państwo stoją? – chciała wiedzieć ta od torby giganta.

Kwiatkowska zatrzymała na kobiecie wzrok bazyliszka.

Zadziałało.

Z peronu dobiegł ich przeciągły gwizd. Szarpnęło. Pociąg ruszył.

– A ten pies nie powinien nosić kagańca? – Matka Polka chciała mieć ostatnie słowo.

– Słuchaj no. – Róża znowu wykonała obrót, trącając plecakiem nachylonego nad nią Solańskiego.

Nie zdążyła jednak babie nagadać tak, by jej poszło w tęskniące za pumeksem, wystające z za ciasnych sandałków pięty, ponieważ w polu jej widzenia, na końcu korytarza, pojawił się znajomy konduktor.

– Stop! – wydarła się i nie zważając na to, że zamienia się w żywy taran, ruszyła przed siebie.

– Uważaj, jak leziesz! – mówili.

– Gdzie mnie tu? – pytali.

– Moja stopa, ty lebiego! – zgłaszali pretensje.

Kwiatkowska miała to wszystko w poważaniu, gdyż właśnie zaobserwowała, że kolejarz zaczął umykać w przeciwnym kierunku. Nie było mowy o przypadku.

– Stój, tchórzu! – zażądała.

Mężczyzna przyśpieszył. Nie z Różą jednak takie numery. W obliczu trudności dziennikarka się nigdy nie poddawała. Wręcz przeciwnie: ruszała do boju! Przewalcowując kolejnych podróżnych, dopadła uciekiniera właśnie wtedy, gdy stawiał stopę na ruchomej i trzeszczącej podłodze w przejściu między wagonami.

– Jakieś problemy ze słuchem? – zmartwiła się, wczepiając pazury w rękaw konduktorskiej marynarki.

– Co?

– A to, że nie ma naszych miejsc! – Kwiatkowska podetknęła mundurowemu bilet pod nos. – To znaczy na świstku są, ale w realu ni dudu.

– Aaa. – Facet podrapał się w czapkę. – Bo miał być inny rodzaj wagonów, ale ich jednak nie ma. I się numeracja nie zgadza. Państwo się cieszą, że w ogóle jedziemy. Że pociąg się nie zdefektował! Proszę za mną. – Mężczyzna poprowadził marudzącą parę i ich dziwnie łypiącego psa przez kolejne zakorkowane pasażerami wagony.

Wyglądało to tak, jakby cała populacja południowej Polski uparła się w jednym czasie wyruszyć na wybrzeże. Tym właśnie wyjątkowo krótkim pociągiem.

Róża przypuszczała, że jeszcze chwila i rozwarstwi się jej kręgosłup przez ten diabelski plecak. Solański szedł za nią, z Guciem na rękach. Zrzędził coś o pozostawionych w tyle rowerach. Kwiatkowska miała nadzieję, że teraz, bez nadzoru, to już bankowo ktoś je świśnie.

Trzy wagony, pięćset kuksańców i trzysta kopniaków w piszczel dalej kolejarz otworzył zaryglowany przedział.

– Konduktorski – oznajmił.

I bez dodatkowych wyjaśnień się wycofał.

Kwiatkowska, Solański i Gucio rozlokowali się na dwóch puściutkich kanapach i popatrzyli na siebie z niedowierzaniem.

– Zasuń kotarę! – zarządziła Róża. – Żeby nam tu nie wleźli.

Wyglądało na to, że podróż, wbrew początkowym obawom, minie im całkiem przyjemnie. Taka myśl przebiegła dziennikarce przez głowę.

Nawet nie wiedziała, jak bardzo się myli.

Solański pluł sobie w brodę. Co za idiotyczny pomysł, żeby jechać pociągiem! Wydawało mu się, że skoro chcą wziąć rowery, to tak będzie po prostu wygodniej. Okazało się jednak, że dawno nie korzystał z usług polskich kolei. Stracił rozeznanie. Z przedziałem służbowym im się poszczęściło, zgoda, jednak cały czas bał się o rowery. Wprawdzie przymocował je specjalnym zatrzaskiem do poręczy, ale przecież to żadna przeszkoda dla ewentualnego złodzieja. Musiał po prostu co jakiś czas przejść się tam i sprawdzić, czy wszystko gra.

Starał się zgrywać luzaka, ale się denerwował. To były jego pierwsze wakacje z Różą, takie z prawdziwego zdarzenia. Tym razem nie czekało na nich żadne śledztwo. Tylko oni, morze i Gucio.

Pies zajął połowę kanapy, na której siedział Szymon. Na przeciwległej Kwiatkowska rozciągnęła się na całej długości. Poinformowała go też, że w razie gdyby ktoś tu wszedł i spytał, czy są wolne miejsca, ona zamierza udawać, że śpi. A jeśli będzie trzeba, to nawet że smaży się już w diabelskim kotle (była realistką, na żadne aniołki nie liczyła).

Solański oparł stopy na grzejącym jak w środku grudnia kaloryferze ulokowanym pod siedzeniem. Miał nadzieję na wypoczynek. Po burzliwych miesiącach wreszcie udało mu się dogadać z Różą. Dała mu szansę. Nie chciał więc tego zepsuć. Teraz mieli już żyć długo i szczęśliwie.

Wybrał Świnoujście. W dzieciństwie jeździł tam z rodzicami na wczasy pracownicze. Huta, w której zatrudniony był jego wujek, miała w kurorcie swój ośrodek wczasowy, więc rodzina Solańskich korzystała z przywilejów ludu robotniczego. A i w latach studenckich zdarzyło mu się wybrać do przygranicznego miasta na pijackie wakacje z kumplami. Świnoujście miało swój niepowtarzalny urok. Najszersze nad polskim Bałtykiem plaże. Stylową dzielnicę nadmorską. No i na pewno nie narzekało się tam na nudę. Bo w końcu ile można leżeć plackiem? Dobrze, że zabrali rowery. Róża będzie zachwycona wycieczkami, które dla nich zaplanował.

Z rozmyślań wyrwał go pisk hamulców. Jakiś kwadrans po godzinie dwudziestej drugiej pociąg wjechał na stację Opole Główne. Na peronie czekały kłopoty w postaci – lekko szacując – przynajmniej połowy mieszkańców województwa.

– Wyrok zapadł. – Solański zacytował klasyka, przyciskając nos do szyby.

– Kładź się! – nakazała Kwiatkowska. – I udawaj, że śpisz!

Nic jednak te podstępy nie dały. Gdy dwie minuty później opuszczali stolicę polskiej piosenki, w ich przedziale tkwiło już łącznie osiem osób.

Plus pies.

Róża włączyła Internet w komórce i dowiedziała się, że do Poznania pociąg przyjedzie dokładnie o drugiej dwadzieścia osiem w nocy. Pora idealna do zbrodniczych czynów! Cały pojazd będzie pogrążony we śnie, więc tym łatwiej uda jej się pozbyć rowerów. Miejsce też pasowało. Na dworcu, mimo tak nieludzkiej godziny, z pewnością znajdą się tłumy. Nikt więc tak szybko nie zwróci uwagi na porzucone na peronie jednoślady. I wózek.

Kwiatkowska siedziała między oknem a Solańskim. Przed nią na rozchybotanym składanym stoliku leżała nowa powieść Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Nie czytała, bo było za ciemno. Solański mógł się podśmiewać, że lubi romanse, ale zawsze to lepsze niż te jego flaki, trupy i zwyrodnialce, o których rozpisywali się obdarzeni chorą wyobraźnią autorzy kryminałów.

Na Szymonie, ułożony najwygodniej ze wszystkich, spał Gucio. Monotonny turkot pociągu zdawał się działać usypiająco. Choć mogła to być też kwestia duchoty panującej w pomieszczeniu. Otwieranie okna nie pomagało, ponieważ mechanizm był uszkodzony – skrzydło automatycznie podjeżdżało w górę. Fetorek, na który składały się woń potu, latami porastającego pociąg brudu, nieświeżych oddechów, podkładów węglowych i obowiązkowych kabanosów, umilał atmosferę.

Jedna z trzech wyposażonych w parciane siaty kumoszek, które dosiadły się w Opolu – nawet nie pytając, czy tu wolne – tuż przed północą zarządziła zgaszenie światła. Solański, ponieważ był najwyższy, wstał i przekręcił czarną korbę nad drzwiami. Wcześniej, też bez szemrania, wykonał polecenie: „Pomoże mi pan z walizeczką!” i ulokował na półce torbiszcze, które – sądząc po napiętych mięśniach i wyraźnym wysiłku odmalowującym się na twarzy detektywa – musiało ważyć tyle, co on sam. Róża czekała tylko, kiedy konstrukcja zwali im się na głowy.

Spojrzała na zegarek. Dochodziła druga. Czas najwyższy na działanie! Starając się nikogo nie zbudzić, rozpoczęła chocholi taniec między nogami współpasażerów. W mozole podróży i nienaturalnym ścisku przestało już komukolwiek przeszkadzać, że ociera się o zadki zupełnie obcych ludzi i splata własne kończyny z cudzymi, niczym tancerze podczas tanga.

Róża z westchnieniem ulgi wydostała się na korytarz. Przydeptując śpiących pokotem na podłodze urlopowiczów drugiego sortu, dotarła na sam koniec pociągu.

Rowery stały, jak je zostawili.

Najwyraźniej nikt nie okazał się aż tak głupi, by się na nie połasić. Kwiatkowska sprawdziła zapięcie. Draństwo wyglądało na solidne. Wyjęła z kieszeni przygotowany zawczasu scyzoryk i przymierzyła się do ślusarskiej roboty.

Ci cholerni – jak widać, niesłusznie pomawiani o tandeciarstwo – Chińczycy musieli wyprodukować tę blokadę co najmniej z tytanu, ponieważ po kilku próbach przedziabania jej nożykiem Róża uzyskała jedynie trzy zadraśnięcia na dłoniach. Scyzoryk zaś zupełnie się rozklekotał.

– O, jednak stoją! – usłyszała za plecami Szymona i o mało nie dostała zawału. – Trzeba było mnie obudzić, to sam bym poszedł sprawdzić.

Solański tkwił za Różą i uśmiechał się półgębkiem. Kwiatkowska niepostrzeżenie wsunęła nóż do kieszeni i odwzajemniła uśmiech. Miała nadzieję, że wystarczająco szczerze.

– Słuchaj – zaczął detektyw, rozglądając się po zagraconym ekwipunkiem sportowym korytarzyku. – Skoro tu nikogo nie ma – podszedł do Róży bliżej – to może byśmy tak skorzystali z odosobnienia? – Przywarł do niej chudym cielskiem i pocałował ją w szyję.

– Szymon... – zaczęła, ale nie dane jej było dokończyć.

Solański się rozkręcał. Wpił się w jej usta, aż Kwiatkowska na chwilę straciła poczucie rzeczywistości. Cały czas miała wrażenie, że to się nie dzieje naprawdę. Marzenia się przecież nie spełniają. Tego nauczyło ją życie. Tymczasem stała w tym śmierdzącym kolejową toaletą korytarzyku wtulona w Szymona Solańskiego. I się z nim obściskiwała!

Był tylko jeden mały problem.

– Szymon! – Znów spróbowała poinformować o nim Solańskiego.

Do detektywa jednak nic nie docierało. I właśnie w momencie, gdy zabrał się do rozpinania jej stanika, firma – której nazwę złośliwe społeczeństwo nierzadko rozwijało jako „Pytam, Kurwa, Po co” – wtrąciła się w tę jakże intymną scenę.

W dwójnasób, można by rzec.

Po pierwsze, pociąg zatrzymał się ze zgrzytem na stacji Poznań Główny. Solański zachwiał się, odwrócił i dostrzegł drugą przeszkodę na drodze do kilku chwil przyjemności. Stanowił ją konduktor, o którego obecności Kwiatkowska starała się powiadomić chłopaka wcześniej. Koleś sterczał przy przeszklonych drzwiach oddzielających kiblowy przedsionek od rzędu przedziałów i gapił się na obściskujących wzrokiem świadczącym o nim jak najgorzej.

– Zboczeniec! – zbeształa go Róża.

Facet się ocknął. I zwiał do wyjścia po drugiej stronie wagonu.

Solański i Kwiatkowska ruszyli za nim. Wprawdzie Gucio pilnował ich miejsc, ale sterczące na dworcu, zgodnie z przewidywaniami dziennikarki, tłumy nie wróżyły niczego dobrego.

Mówią, że bieda w kraju popiskuje. Tymczasem całe, zdaje się, trzydzieści osiem milionów Polaków miało zamiar spędzać urlop nad morzem. I to nie byle jakim. Nie nad jakimś tam Adriatykiem czy Śródziemnym.

Lachy ciągnęły nad Bałtyk.

A przecież w cenie świnoujskiego weekendu byłby tydzień w Chorwacji. Kwestii pogody nie ma nawet co poruszać... Być może tak wygląda współczesny patriotyzm.

Snułem takie narodowościowe rozważania, czekając, aż wreszcie Solański z Kwiatkowską wrócą do przedziału. Zostawili mnie na pastwę losu, sześciorga obcych współpasażerów i tysiąca potencjalnych nowych, którzy już łypali pożądliwie z peronu na zajmowane przeze mnie miejsca.

One, w ich mniemaniu, były wolne. No bo przecież pies może leżeć na podłodze. Po co mu kanapa! Tak czy nie?

Obiecałem sobie, że niech mnie tylko który spróbuje wysiudać z legowiska, już ja mu pokażę kły (a przynajmniej to, co z nich zostało po trudach mej dziesięcioletniej egzystencji). Na szczęście zanim wtargnęła szarańcza bez miejscówek, moi szanowni państwo zdążyli się już pojawić w progu. Uznałem, że będę musiał ich zagazować wyziewami z paszczoszczęki, żeby się już więcej nigdzie beze mnie nie szlajali. A ze mną to tylko szybkie wypady na siuru na torowisko podczas dłuższych postojów.

Zasiedliśmy jeden obok drugiego jako te przysłowiowe sardynki. Część współtowarzyszy niedoli pochrapywała, nieświadoma nadciągającego armagedonu. Nagle drzwi odsunęły się z trzaskiem, a w progu stanął konduktor.

Jakiś nowy.

Zapalił światło, oślepiając zebranych. Wybałuszył na nas gały. I ryknął:

– Kto was tu wpuścił?!

Konsternacja.

To było to słowo, którego szukały w zaspanych umysłach otaczające mnie człowieki.

– To przedział służbowy. Wychodzić!

Mundurowy głuchy był na tłumaczenia Solańskiego, że jego kolega po fachu nas tu skierował, że nie ma naszych miejsc, że zły wagon dostawili.

– Jak wam się wydaje, gdzie ja będę spał? – zapytał kolejarz.

I naprawdę czekał na odpowiedź.

Jeśli o mnie chodzi, to pan wielmożny mógłby sobie kimać nawet i w wychodku. Byleby tylko wreszcie zagasił tę jarzeniówę dającą mi po oczach.

Na szczęście do dyskusji wtrąciła się Róża. Szczegółów przytaczał nie będę, bo jest to jednak opowieść skierowana do ludzi kulturalnych. Dość powiedzieć, że tak wyszczekany jak Kwiatkowska nie jestem nawet ja. A już na pewno nie pan pociągowy.

Poszedł jak zmyty, a my mieliśmy spokój do rana.

– Ten wagon będzie odłączany i pojedzie do Kołobrzegu – poinformował nas obrażony konduktor, gdy już słońce stało wysoko na firmamencie.

I nawet nie przyniósł nam śniadania. Nie pogardziłbym jajeczniczką na boczku. Nie był to jednak Orient Express. Tu nie uświadczyliśmy nie tylko Warsu, ale nawet chłopa z wózkiem sprzedającego herbatę z termosu.

Na wpół żywi wygramoliliśmy się wraz z bambetlami na korytarz i doczłapaliśmy do naszych rowerów. Wciąż tam stały.

Naprawdę nie wiem, dlaczego Solański sądził, że dam się wsadzić do tej parcianej budki na kółkach. Zakupił ją, przytroczył do głównego pojazdu, by tachać mnie na jakieś piekielne przejażdżki. Czułem jednak przez futro, że po stronie ruchu oporu mam Różę. Żywiłem więc nadzieję, że wspólnie damy radę stawić czoła temu niewątpliwemu cyklistycznemu szaleństwu.

Z tą myślą zapadłem w drzemkę na rękach Szymona. Pełen umiarkowanego optymizmu obudziłem się dokładnie za pięć ósma, gdy pociąg wjechał na stację kolejową Świnoujście.

Świnoujście, rok 1977, koniec turnusu szóstego

Wieczorem miałam wracać do Wrocławia. Spakowana walizka czekała koło łóżka. Ledwie ją dopięłam.

To były wyjątkowo długie trzy miesiące. Zaczęłam tu przyjeżdżać jako kulturalno-oświatowa przed dwoma laty. Sądziłam, że to będzie miła, odprężająca praca po codziennym zgiełku wielkiego miasta.

I była.

Aż do tego sezonu. Nigdy bym nie przypuszczała, że sprawy tak się potoczą. Wciąż nie mogłam otrząsnąć się z szoku. Zastanawiałam się, czy będę miała odwagę zjawić się tu znów za rok.

Wszystko przez to, że zginęła ta biedna dziewczyna. Nie poznałam jej zbyt dobrze. Nie zdążyłam. Była piękną kobietą. Wciąż nie mogę uwierzyć, że nie żyje.

Zrzuciłam swoją szałową spódnicę, własnoręcznie zafarbowaną na granatowo. Tetra, z której ją sobie uszyłam, nie chroniła przed wiatrem. Włożyłam dzwony. Koniec sierpnia bywał już chłodnawy. Psiknęłam się jeszcze yardleyem, zamknęłam za sobą drzwi i poszłam na ostatni spacer po plaży.

Przebiegłam przez park zdrojowy i wejściem za muszlą koncertową – tym gdzie nie ustawiono kasy do pobierania opłat za wstęp – dostałam się na plażę. Znalazłam wolny kosz i usadowiłam się w nim. Zapatrzyłam się na horyzont. Będzie mi brakowało tego widoku. Tej przestrzeni. Gdzieś tam daleko była Szwecja.

I Ela.

Spienione bałwany uderzały wściekle o brzeg. Nisko nad ziemią w poszukiwaniu resztek jedzenia krążyły mewy. Wiatr wzbijał tumany piachu i sypał nim prosto w oczy, jeśli nie było się wystarczająco uważnym.

– Sam generał wyszedł z wody, aby kupić u mnie lody! – usłyszałam znajomy męski głos.

Wychyliłam się i dostrzegłam lodziarza brnącego pod wiatr ze skrzynią pełną zmrożonych przysmaków. Wprawdzie byłam niemal doszczętnie spłukana, ale w końcu to ostatni dzień.

– Śmietankowo-owocowego w czekoladzie poproszę – złożyłam zamówienie.

Sprzedawca podał mi loda na patyku, przyjął należność, skłonił się niemal w pas i ruszył w dalszą drogę.

– Kiedy zjesz Calypso lody, zaraz znikną wszystkie wrzody! – dobiegło mnie, gdy z powrotem schowałam się w koszu.

Mimowolnie pomyślałam o Lesiu Joanny Chmielewskiej, którego przeczytałam jakieś cztery lata temu, zaraz po premierze. Tam też były lody Calypso i też chodziło o otrucie.

– Pani uważa z tym jedzeniem. – Z zamyślenia wyrwał mnie kolejny głos. – Już nie wiadomo, czym się tu można bezpiecznie żywić.

– O, kapitan Nocoń! – zawołałam.

– Mogę? – Przysiadł obok.

Nienawidziłam milicji. Jak każdy przyzwoity człowiek. Choć akurat Nocoń wydawał się porządnym facetem. Prowadził sprawę śmierci tej młodej kobiety. Musiał jednak skapitulować. A może nigdy tego nie zrobi?

– Proszę mi mówić po imieniu – zaproponował nieoczekiwanie. – W końcu zdążyliśmy się poznać całkiem nieźle. Władek jestem. – Wyciągnął dłoń o długich, zgrabnych palcach.

Mógł mieć około trzydziestki. Całkiem przystojny. Czarny, rasowa uroda.

– Alicja. – Uścisnęłam mu rękę.

Żadna tam śnięta ryba. Solidny chwyt. Może nawet zbyt mocny.

– Więc to koniec. Otrucie – zagaił, a ja straciłam ochotę na swój zimny deser.

– Mam nadzieję, że pani Irenka jakoś się pozbiera – powiedziałam.

Jej stołówka to była kapitalna sprawa. Gospodyni karmiła mnie i wczasowiczów jak własna babcia. Domowe obiadki. Schabowy, kompot i szarlotka na dobre trawienie. „Musiało dojść do jakiejś pomyłki” – pomyślałam. I powtórzyłam to na głos.

– Pewnie tak. – Nocoń przyznał mi rację. Władek. – Choć mam wątpliwości. Czemu tylko jej zaszkodziło? – zastanawiał się.

Nie pierwszy raz o tym myślałam. I znów nie doszłam do żadnych konkretnych wniosków. Przełożeni Noconia przeciwnie. Uznali sprawę za oczywistą. Zamknęli śledztwo, gdy tylko padło podejrzenie o zatruciu obiadem. Być może to wina tych dwóch kucharek, które zniknęły zaraz po tragedii. Milicjanci byli bezradni. Co jeszcze mogli zrobić? Mieli o wiele ważniejsze sprawy na głowie.

– Muszę już lecieć. – Wstałam, starając się trzymać rękę z okapującym lodem z daleka od spodni. Chciałam w nich jechać.

– Do zobaczenia za rok. – Kapitan Nocoń też się podniósł.

– Być może.

Przeszłam parę kroków w stronę wydm. Wyrzuciłam loda do śmietnika. Odwróciłam się przez ramię.

Milicjant wciąż stał przy wiklinowym koszu i patrzył na mnie. A w jego wzroku nawet z tej odległości można było wyczytać pewien żal.

Ja też nie lubię, gdy coś się kończy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRZYPISY

[1] Fragment piosenki Remedium Maryli Rodowicz.