Kryminał z pazurem. Krwawa kąpiel nad Krutynią - Marta Matyszczak - ebook

Kryminał z pazurem. Krwawa kąpiel nad Krutynią ebook

Marta Matyszczak

4,2

Opis

Rozalia Ginter wybiera się z bliskimi na spływ Krutynią. Nie zdąży na dobre odbić od brzegu, gdy dziób kajaka trafia w przeszkodę. Jak się okazuje, to unoszące się na rzece ciało młodej dziewczyny. Wycieczka zostaje przerwana, a śledztwo w sprawie morderstwa przejmuje mąż Rozalii – Paweł Ginter. Trop prowadzi do położonej za kołem podbiegunowym tajemniczej Osady, do której w celach zarobkowych wyemigrowało wielu mieszkańców Mazur. Czy dramatyczne wydarzenia znad jeziora Torneträsk mają związek z zabójstwem nad Krutynią? Tymczasem Rozalia prowadzi własną nieczystą grę. Na jej celownik trafia – ku swej zgryzocie – wielebny Konopniak. Prywatne porachunki, policyjne dochodzenie, a na dokładkę dręczona literacką weną para kotów: Burbur i jej synalek Pedro.

Wakacje pełne relaksu? Nie dla Ginterów!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 332

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (101 ocen)
50
28
17
4
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
DANUSIA1212

Nie oderwiesz się od lektury

Super polecam
00
ahywka

Dobrze spędzony czas

Za oknem śnieg, a dzięki Krwawej kąpieli nad Krutynią mogłam spędzić kilka chwil na kajaku w krainie pięknych jezior w samym środku lata! Rozalia Ginter postanowiła zaciągnąć swoje córki i męża na wakacje pod namiotem na spływie kajakowym. Ma w tym jakiś swój ukryty cel, w którego realizacji pomaga jej pewna "bezimienna" prawniczka ze Śląska oraz..... Dwa koty! Taaaaaak.... Rozalia zabrała dwa koty na kajak 😅 w kapoczkach, a jakże! A jakby kłopotów z dwiema nastolatkami, dwoma kotami i tajemniczymi planami Rozalii było mało, to jeszcze w czasie spływu trafiają na trupa! Paweł, mąż Rozalii który jest komendantem policji w Mikołajkach, przejmuje dowodzenie nad śledztwem z powodu braków kadrowych w miejscowym komisariacie i podejmuje się znalezienia sprawcy. Bardzo lubię serię pod psem z Guciem w roli detektywa, pisaną przez tą samą autorkę, dlatego stwierdziłam że jako kociara tym bardziej polubię kociego detektywa z serii z pazurem. Ale coś nie zażarło. Nie lubię Burbury.... Wkurza m...
00
Niziiix

Dobrze spędzony czas

Rozalia Ginter wyruszyła wraz z rodziną i ukochanymi kotami na urlop. Nie spodziewali się, że z dala od ich ukochanym Mikołajek, zbrodnie ich znów dotknął. A jednak... jeden spływ kajakiem i trup. Paweł Ginter zostaje odmeldowany do przeprowadzenia śledztwa, zaś jego żona próbuje wyrównać porachunki z pewnym księdzem, z pomocą przychodzi znana prawniczka, a na dodatek wychodzą na wierzch kolejne fakty dotyczące wypadku syna Ginterów Huberta. Czy w końcu poznamy prawdę? Autorka zabiera nas już trzeci raz w świat rodziny Ginterów, gdzie nie ma spokoju, gdzie wszystko tak naprawdę pędzi. A na dodatek, otrzymujemy historię dodatkową, którą Paweł Ginter musi rozwiązać. Od początku mamy świetny humor i zbrodnie. Bohaterowie dzięki swoim mocnym charakterom powodują, że pałamy do nich coraz większą sympatią. Dodatkowo Burbur i Pedro są w szczytowej formie. Jak w poprzednich tomach "kocie rozdziały" mnie irytowały, tak teraz uważam, że są świetnym dopełnieniem historii. Jeśli jeszcze nie czy...
00
Hellina

Dobrze spędzony czas

Dobra zabawa i ktyminalna zagadka w znajomych okolicach i z cudownymi kotami
00
Dominika2909

Nie oderwiesz się od lektury

świetna, jak wszystkie przygody Burburki!
00

Popularność




Za­pra­szamy na www.pu­bli­cat.pl
Pro­jekt okładkiNA­TA­LIA TWARDY
Pro­jekt se­riiSTU­DIO & VI­SUAL/WWW.AN­DVI­SUAL.PL
Ko­or­dy­na­cja pro­jektuNA­TA­LIA STECKA-KU­BA­NEK
Re­dak­cjaUR­SZULA ŚMIE­TANA
Ko­rektaBO­GU­SŁAWA OTFI­NOW­SKA
Re­dak­cja tech­nicznaLO­REM IP­SUM – RA­DO­SŁAW FIE­DO­SI­CHIN
Po­lish edi­tion © Pu­bli­cat S.A., Marta Ma­tysz­czak MMXXIII (wy­da­nie elek­tro­niczne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgodne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­tora, w tym nie­le­galne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nione.
All ri­ghts re­se­rved.
ISBN 978-83-271-6450-6
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fice@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wy­daw­nic­two­dol­no­sla­skie@pu­bli­cat.pl

Ewie Ka­mień­skiej,mo­jej ulu­bio­nej mło­dej czy­tel­niczce

Uprzej­mie do­no­szę, że na szlaku ka­ja­ko­wym Kru­tyni wpraw­dzie na­tknie­cie się na miej­sco­wość o na­zwie Zgon, jed­nak na ja­kie­go­kol­wiek trupa już ra­czej nie. Sama spraw­dzi­łam! Taki spływ to wspa­niała przy­goda i szansa na ob­co­wa­nie z dziką na­turą. Zwłasz­cza po se­zo­nie!

Po­nadto za­pew­niam, że po­sta­cie wy­stę­pu­jące w po­wie­ści są fik­cyjne, po­dob­nie jak szwedzka Osada. Praw­dziwe są je­dy­nie koty: Bur­bur i Pe­dro, które w rze­czy­wi­sto­ści dzień w dzień także pi­szą swoje pa­mięt­niczki – na mo­jej ka­na­pie.

Au­torka

Oh, I wish I had a ri­ver

I co­uld skate away on

I wish I had a ri­ver so long

I wo­uld te­ach my feet to fly

Joni Mit­chell, Ri­ver

Każda znie­waga krwi wy­maga.

Bur­bur

.

DRA­MA­TIS PER­SO­NAE

Ro­za­lia Gin­ter – le­karka we­te­ry­na­rii, wła­ści­cielka przy­chodni Po­daj Łapę

Pa­weł Gin­ter – mąż Ro­za­lii, ko­men­dant po­li­cji

Bur­bur – kotka o mę­skim imie­niu i dia­bel­skim cha­rak­te­rze, znana au­torka pa­mięt­ni­ków

Pe­dro – sy­na­lek Bur­bury, idzie w ślady matki

Hanna i He­lena Gin­te­równy – córki Ro­za­lii i Pawła, bliź­niaczki, utra­pie­nie

Hu­bert Gin­ter – syn Ro­za­lii i Pawła; co też mu się przy­tra­fiło?

Ja­dwiga Gin­ter – matka Pawła, już nie żyje, ale i tak nie po­wie­działa jesz­cze ostat­niego słowa

Ilona Ba­biś – była re­cep­cjo­nistka w przy­chodni we­te­ry­na­ryj­nej, we­dle wszel­kich da­nych spo­czywa na dnie je­ziora Tałty

Ro­bert Osip­czuk – gang­ster z za­sa­dami

Ra­fał Osip­czuk – syn Ro­berta, nowy re­cep­cjo­ni­sta w przy­chodni we­te­ry­na­ryj­nej Po­daj Łapę

Emil Kaź­mier­czak – la­lu­sio­waty pod­ko­mi­sarz z Mrą­gowa, tym ra­zem się nie wtrąca, bo ma swoje pięć­dzie­siąt dwa śledz­twa na ba­rach

Jan So­bot­tka – wła­ści­ciel ho­telu Na Wo­dzie, znany jako Król Sie­law, szef wszyst­kich sze­fów

Wu­jek Sta­siu – żul spod sklepu i baru U Ani, spo­ty­kamy go na go­ścin­nych wy­stę­pach

Po­to­mek-Cho­jar­ska – bez­czelna praw­niczka na ob­ca­sach, nikt nie wie, jak ta cho­lera ma na imię

Wie­lebny Ko­nop­niak – pro­boszcz pa­ra­fii w Mi­ko­łaj­kach, który bę­dzie mu­siał od­dać, co nie jego

Ni­kola Wój­cik – młoda dziew­czyna, za­li­czyła krwawą ką­piel w Kru­tyni

Ma­te­usz Orzeł – chło­pak Ni­koli, prze­padł bez wie­ści

Fi­lip Orzeł – oj­ciec Ma­te­usza, nie­szczę­sny karcz­marz

Va­nessa Wój­cik – star­sza sio­stra Ni­koli, nie­szczę­sna kel­nerka

Olof Mo­lin – Szwed, ma­rzy o tym, by się upić w Kra­ko­wie

Do­bro­mir Żu­kow­ski – biz­nes­men, z wy­glądu przy­po­mina Be­atlesa, nie wia­domo tylko któ­rego

Ewa Ja­mioł – wścib­ska są­siadka Gin­te­rów

Ko­men­dant po­ste­runku w Piec­kach – prze­bywa wła­śnie na wcza­sach w Chor­wa­cji i pro­szę mu nie prze­szka­dzać!

Li­dzia – se­kre­tarka ko­men­danta w Piec­kach – też je­dzie do Chor­wa­cji, tylko na inny tur­nus

Ku­charz w sto­sow­nej czapce – za­miast ryby o mało nie ugo­to­wał kota

Hans Eriks­son – wła­ści­ciel szwedz­kiego lasu współ­pra­cu­jący z prze­my­słem me­blar­skim

Bo­guś – dzien­ni­karz pol­skiego po­cho­dze­nia pra­cu­jący w szwedz­kiej ga­ze­cie, za­fra­so­wany po­zio­mem za­le­sie­nia

To­mek – drwal, zo­staje zmu­szony do pod­nie­sie­nia głosu

Wi­tek – za­ska­ku­jąco żwawy jak na wiej­skiego dziada; trudni się prze­wo­że­niem ka­ja­ków na prze­no­sce przy mły­nie – za drobną opłatą oczy­wi­ście

Olek Szpon – żur­na­li­styczna hiena pra­cu­jąca dla bru­kowca „Bez Ściemy”

Po­ste­run­kowy, jak mu tam – po­wi­nien po­ma­gać w pro­wa­dze­niu śledz­twa, ale chce mu się spać

Mał­go­nia i Sta­szek – wcza­so­wi­cze eks­cy­tu­jący się do­nie­sie­niami pra­so­wymi nad ogni­skiem, które się nie chce roz­pa­lić

Ko­bieta z kur­wi­kami w oczach i jej mąż-nie­wy­da­rzony ka­ja­karz – także za­po­znają się z fe­ral­nym ar­ty­ku­łem

Pio­trek i ko­le­dzy – na­sto­letni uczest­nicy spływu, ko­ne­se­rzy wina mszal­nego

Stary pier­dziel i jego druga żona – istna po­chwała in­sty­tu­cji mał­żeń­stwa

Wój­cik i Wój­ci­kowa – mó­wią nie­wiele, ale prze­cież im smutno

Kry­stian – wy­soki i chudy jak ze­schnięta tyczka sło­necz­nika no­ta­riusz, nie lubi się od­zy­wać (ko­lejny!)

Lena – wa­leczna go­spo­sia

An­toni So­bot­tka – bra­ta­nek Jana, ob­rał nieco od­mienną niż wu­ja­szek drogę za­wo­dową

Le­karz – o gład­kich dło­niach i z in­te­re­su­jącą pro­po­zy­cją dla Gin­te­rów

Kon­fi­dent z wy­po­ży­czalni ka­ja­ków w Kru­tyni – niech no tylko wpad­nie w pa­zury Bur­bur

Asia i Krzy­siu – har­ley­owcy z Po­zna­nia, zna­leźli się we wła­ści­wym miej­scu o od­po­wied­nim cza­sie

Wal­de­mar K. i jam­nik Pa­rówa – znaj­dują zwłoki, choć wo­le­liby nie

Dwóch funk­cjo­na­riu­szy po­li­cji wod­nej – je­den ma słaby żo­łą­dek, a drugi głowę

Grupa wście­kłych szwedz­kich eko­lo­gów – ro­bią awan­turę

CZĘŚĆ 1

W któ­rej ro­dzina Gin­te­rów je­dzie na wa­ka­cje, a Ro­za­lia z miej­sca wpada na trupa. We­te­ry­narka do­staje in­te­re­su­jący pre­zent. Pe­dro za­biera głos. Po raz pierw­szy prze­no­simy się do Osady. Po­zna­jemy so­bo­wtóra Be­atlesa (tylko trudno jed­no­znacz­nie stwier­dzić któ­rego).

Te­raz, Kru­tyń

By­stry nurt Kru­tyni za­bar­wił się na kar­mi­nowo. Gę­sta plama roz­le­wała się co­raz szer­szymi za­ko­lami i od­no­gami. Im była da­lej od swo­jego źró­dła, tym bar­dziej roz­rze­dzała się i bla­dła. Tra­fiała na prze­szkody z po­ra­sta­ją­cej dno i prze­bi­ja­ją­cej się przez ta­flę wody osoki alo­eso­wa­tej. W ra­do­śnie zie­lone źdźbła ro­śliny wplą­ty­wały się dłu­gie pa­sma ciem­nych fa­lu­ją­cych wło­sów, ota­cza­ją­cych ru­chomą au­re­olą bladą twarz. Twarz na­le­żała do dziew­czyny, jesz­cze przed chwilą pięk­nej i mło­dej. Te­raz już po­zba­wio­nej ży­cia i na­dziei. Że ko­bieta jest mar­twa, ro­zu­miało się po jed­nym spoj­rze­niu w jej nie­ru­chome, zma­to­wiałe, błę­kitne oczy, wpa­tru­jące się ślepo w ma­zur­skie niebo o nie­mal iden­tycz­nym jak one ko­lo­rze. Do­tąd nikt jed­nak nie stwier­dził zgonu, po­nie­waż ciało dziew­czyny nie zo­stało jesz­cze od­kryte.

Co już za mo­ment miało się zmie­nić.

Dzień był po­godny, słońce na do­bre roz­go­ściło się na fir­ma­men­cie. Na ra­zie da­wało tylko na za­po­wie­dzi tego, co szy­ko­wało na na­stępne go­dziny dla spra­gnio­nych kon­taktu z na­turą tu­ry­stów i umę­czo­nych se­zo­nem wa­ka­cyj­nym lo­kal­sów. Choć na­stał do­piero po­ra­nek, Ro­za­lia Gin­ter już zdą­żyła się spo­cić w swo­jej niby to prze­zna­czo­nej do spor­to­wych wy­czy­nów ko­szulce i szor­tach od­sła­nia­ją­cych jej zgrabne, opa­lone, po­ką­sane przez ko­mary i po­dra­pane przez kota nogi, na co dzień uzbro­jone w szpilki, a tym ra­zem w prze­zro­czy­ste gu­mowe buty do pły­wa­nia.

Ro­za­lia za­cho­dziła w głowę, jak do tego do­szło, że zna­la­zła się wła­śnie tu. Czyli w ist­nym pie­kle na tej spra­gnio­nej desz­czu ziemi! W za­sa­dzie sama była so­bie winna tego, że sprawy po­to­czyły się z nur­tem naj­po­pu­lar­niej­szej wśród ka­ja­ka­rzy rzeki w Pol­sce, ale w tej chwili zde­cy­do­wa­nie ła­twiej było jej szu­kać ko­zła ofiar­nego wśród in­nych. Do­sko­nale nada­wał się na ta­ko­wego jej mąż, Pa­weł Gin­ter.

To prawda, że to ona wy­my­śliła (i miała ku temu ukryte, by­naj­mniej nie spor­towe po­wody!), by całą ro­dziną udać się na spływ Kru­ty­nią. To także ona prze­ko­nała (no do­brze, prze­ku­piła) do tej idei córki, choć bliź­niaczki pew­nie wo­la­łyby już na­wet prze­sie­dzieć te dwa ty­go­dnie w cuch­ną­cej ple­śnią piw­nicy. Wszystko to było zgodne ze sta­nem fak­tycz­nym, jed­nak ni­g­dzie nikt prze­cież nie mó­wił o spa­niu w na­mio­cie!

Czter­dzie­sto­let­nia z okła­dem Ro­za­lia Gin­ter do­prawdy była prze­ko­nana, że już ni­gdy w ży­ciu nie bę­dzie zmu­szona no­co­wać pod ja­kąś płachtą bre­zentu, od­gnia­ta­jąc ko­ści na ka­ri­ma­cie, mar­z­nąc w śpi­wo­rze i tło­cząc się na po­wierzchni sze­ściu me­trów kwa­dra­to­wych z mę­żem i dwiema na­sto­lat­kami. Oraz ko­tami.

Także sztuk dwie!

Nie miała jed­nak in­nego wyj­ścia. De­cy­zja o wy­jeź­dzie za­pa­dła, a po­tem się za­raz oka­zało, że wszel­kie sen­sowne miej­sca noc­le­gowe są już dawno za­jęte. Nad Kru­tyń każ­dego lata zjeż­dżały hordy! A już zwłasz­cza w ostat­nim cza­sie rzeka stała się nie­zwy­kle po­pu­larna i każdy naj­wy­raź­niej przyj­mo­wał so­bie za punkt ho­noru choć raz w ży­ciu spły­nąć po niej ka­ja­kiem. Do tego to nie było tak, że oko­lica mo­gła się po­szczy­cić sze­re­giem wie­lo­gwiazd­ko­wych ho­teli na­sta­wio­nych na wy­ma­ga­jącą klientkę, za jaką Gin­te­rowa się uwa­żała. Nic z tych rze­czy! Li­czyć można było ra­czej na kwa­tery pry­watne i sta­nice wodne z po­dej­rza­nej pro­we­nien­cji dom­kami kem­pin­go­wymi z pa­pen­de­kla i – na nie­szczę­ście Ro­za­lii – po­lami na­mio­to­wymi.

– Bę­dzie faj­nie, zo­ba­czysz! – za­pew­niał ją Pa­weł, naj­wy­raź­niej wie­rząc w ten stek bzdur.

Ro­za­lia dała się prze­ko­nać, za co pew­nie od­po­wie­dzialne były też jej wy­rzuty su­mie­nia. Miała wszak swoje za uszami. Pa­weł rów­nież. Jed­nak była prze­ko­nana, że gdyby mąż po­znał jej ta­jem­nicę, cały ich mały ro­dzinny wszech­świat ob­ró­ciłby się wni­wecz. A do tego Ro­za­lia Gin­ter nie za­mie­rzała do­pu­ścić. Obo­jęt­nie, jak wy­soką cenę przy­szłoby jej za­pła­cić. Za­tem spa­nie pod na­mio­tem nie wy­da­wało się aż tak wiel­kim po­świę­ce­niem z jej strony. Tak so­bie my­ślała, gdy jesz­cze w Mi­ko­łaj­kach pa­ko­wała ba­gaże do swo­jego SUV-a. Te­raz, po ty­go­dniu spę­dzo­nym na prze­mian na wo­dzie i na twar­dej ma­zur­skiej ziemi, była zgoła od­mien­nego zda­nia.

– Daj mi tego cho­ler­nego kota! – zwró­ciła się do Hani, która już umo­ściła się na tyl­nym sie­dze­niu ka­jaka.

Teo­ria ko­rzy­sta­nia z tego wod­nego sprzętu, jaką pierw­szego dnia spływu wy­ło­żył im rów­nie umię­śniony, co znu­dzony in­struk­tor, gło­siła, że de­li­kwent o więk­szej ma­sie ciała po­wi­nien w dwu­oso­bo­wym ka­jaku za­siąść z tyłu, lżej­szy zaś z przodu. Tylko wtedy można było li­czyć na to, że po­jazd bę­dzie skrę­cał tam, do­kąd się go po­kie­ruje. Ist­niała też szansa, że obę­dzie się bez wy­wrotki. Fakt był taki, że fi­li­gra­nową Ro­za­lię córki już dawno prze­ro­sły i z pew­no­ścią każda z nich wa­żyła wię­cej niż matka. Po­cząt­kowo Ha­nia, która zo­stała przy­dzie­lona do tan­demu z Ro­za­lią, strze­liła fo­cha i za nic nie chciała przy­jąć do wia­do­mo­ści praw fi­zyki. Wresz­cie jed­nak po­zwo­liła się prze­ko­nać (tak, znów prze­ku­pić) do tego je­dy­nie słusz­nego roz­wią­za­nia. Głów­nie dla­tego, jak przy­pusz­czała Gin­te­rowa, że nie­wi­dziana za ple­cami matki mo­gła mar­ko­wać wio­sło­wa­nie.

No i z tan­demu zro­bił się też trój­kąt, bo prze­cież mieli na po­kła­dzie jesz­cze koty!

– Bez nich nie je­dziemy! – ob­wie­ściły zgod­nie, jak nie one, dziew­czynki, gdy usły­szały o pro­po­zy­cji ro­dzin­nego wy­padu. – U tej sta­rej ro­pu­chy nie po­zwo­limy ich zo­sta­wić! Ona go­towa prze­ro­bić Pe­dra i Bur­burkę na obiad! – upie­rały się.

Ro­za­lia da­łaby so­bie blond włosy prze­far­bo­wać na zie­lono, że nie cho­dziło tu o żadną mi­łość do zwie­rząt, tylko o sprytny plan, który miał na celu re­zy­gna­cję ze wspól­nego urlopu na ło­nie na­tury. Choć je­śli cho­dzi o opi­nię na te­mat ich są­siadki Ewy Ja­mioł, która nad wy­raz ocho­czo zgo­dziła się za­opie­ko­wać ko­tami, pew­nie są­dząc, że dzięki temu bę­dzie miała moż­li­wość po­mysz­ko­wać w oka­za­łej willi Gin­te­rów przy ulicy Kajki, pani we­te­ry­narz ją po­dzie­lała. W każ­dym ra­zie, chciał nie chciał, za­pa­ko­wała do te­re­nówki też sy­czącą wście­kle Bur­burę i po­pa­tru­ją­cego na nią z dez­apro­batą Pe­dra.

A te­raz mu­siała się uże­rać z prze­klętą kotką, która tylko cu­dem dała się za­kuć w dyby w po­staci sze­lek z przy­piętą doń smy­czą i ulo­ko­wać w ka­jaku pod no­gami wła­ści­cielki. Ro­za­lia wo­lała mieć zwie­rzę na oku. Bur­bura go­towa była wy­dra­pać w ka­jaku dziurę, wy­mor­do­wać wszyst­kie mi­jane kaczki i na do­kładkę do­pro­wa­dzić do ka­ta­strofy wod­nej, przy któ­rej afera z Ti­ta­ni­kiem mo­gła się scho­wać.

Kotka, o dziwo, po ja­kimś cza­sie się uspo­ko­iła. Za­szyła w głębi ka­ja­ko­wego dziobu i w za­sa­dzie rzadko kiedy de­cy­do­wała się wy­chy­nąć na po­wierzch­nię. Być może była w szoku po tym, gdy do ca­łego osprzętu Ro­za­lia do­ło­żyła jej ka­pok. Głę­bo­kie bruzdy na łyd­kach Gin­te­ro­wej były wła­śnie efek­tem wci­ska­nia kotki w po­ma­rań­czowe, flu­ore­scen­cyjne wdzianko. We­te­ry­narka wo­lała jed­nak nie spraw­dzać, czy Bur­bura na pewno po­trafi pły­wać.

Co in­nego Pe­dro. Sy­na­lek Bur­bury, młody, wścib­ski i nie­po­skro­miony, był ży­wot­nie za­in­te­re­so­wany wszystkim. Z nim jed­nak mu­sieli so­bie ra­dzić Pa­weł i He­lenka, któ­rzy zaj­mo­wali drugi wy­na­jęty przez Gin­te­rów ka­jak. Ko­cu­rek po­zwo­liłby bez pro­te­stów, gdyby tylko przy­szło im to do głowy, ubrać się nie tylko w ka­pok, ale i strój Świę­tego Mi­ko­łaja. Pod wzglę­dem braku spo­le­gli­wo­ści zde­cy­do­wa­nie nie wdał się w matkę.

Te­raz mąż i druga córka znaj­do­wali się jesz­cze w tyle. Ro­za­lia i Ha­nia już zdą­żyły prze­trans­por­to­wać swój ka­jak lą­dem przy mły­nie wod­nym w Zie­lo­nym La­sku, przy któ­rym mie­ściła się nie­wielka elek­trow­nia. Po­szło im spraw­nie, bo Gin­te­rowa po pro­stu za­pła­ciła star­szemu panu, który cze­kał przy brzegu z wóz­kiem na kół­kach, na który za­ła­do­wał sprzęt i go przy­cią­gnął na miej­sce. One mo­gły spo­koj­nie przejść obok śluzy. Fa­ce­towi wpraw­dzie to­wa­rzy­szył ku­dłaty, roz­czo­chrany pies, który z miej­sca wy­czuł obec­ność ga­tun­kowo wro­giej osob­niczki i pró­bo­wał wdać się z nią w py­skówkę, jed­nak jedno mach­nię­cie (i to tylko w po­wie­trzu) Bur­bu­ro­wego pa­zura zdu­siło kłót­nię w za­rodku.

– Tata pew­nie ża­łuje tej dy­chy i sam dźwiga – za­wy­ro­ko­wała Ha­nia. – Zej­dzie im jesz­cze.

Ro­za­lia wes­tchnęła. Usia­dła na swoim miej­scu, spraw­dziła, czy kot oraz za­pa­ko­wany w pla­sti­kowy wo­rek na śmieci ple­cak są od­po­wied­nio ulo­ko­wani, i ode­pchnęła się wio­słem od dna.

– Przy­łóż się – po­uczyła córkę, bo ta znowu się obi­jała. – Nie je­stem twoją tak­sów­karką.

Z mo­zo­łem od­biły się od brzegu, tylko tro­chę te­le­piąc ka­ja­kiem na boki. Choć z Kru­tyni wy­pły­nęli do­piero przed go­dziną, Ro­za­lia już miała do­syć. Była wy­spor­to­wana. Co­dzien­nie rano bie­gała wzdłuż Je­ziora Mi­ko­łaj­skiego. Jed­nak ty­dzień walki z pa­ga­jami zde­cy­do­wa­nie nad­wy­rę­żył mię­śnie jej ra­mion i krę­go­słup zmu­szony do sztyw­nego tkwie­nia w ka­jaku. Czuła się jak ja­kiś Pu­dzian. Bi­cepsy pa­liły ży­wym ogniem i wbrew obiet­ni­com Pawła z każ­dym dniem nie było le­piej, tylko bar­dziej kosz­mar­nie. No i na­miot do­kła­dał swoją por­cję tor­tur.

Ro­za­lia zer­k­nęła w stronę wzno­szą­cego się po­nad po­zio­mem wody dzie­więt­na­sto­wiecz­nego, ce­gla­nego, po­kry­tego mu­rem pru­skim bu­dynku młyna. We­dle prze­wod­nika na­le­żało mu się bli­żej przyj­rzeć i po­kon­tem­plo­wać piękno so­lid­nej, za­byt­ko­wej już bu­dowli. Pani we­te­ry­narz nie ma­rzyła jed­nak o ni­czym bar­dziej, niż wresz­cie do­bić do Ukty i móc zjeść obiad. A przed nimi było jesz­cze sporo drogi. Spe­cjal­nie wy­pły­nęli bla­dym świ­tem, bo już około dzie­wią­tej rano ro­bił się na szlaku istny ko­cio­kwik. Chcieli więc zdą­żyć przed tłu­mem.

– Równo! – wark­nęła na córkę, która wty­kała wio­sło do wody bez ładu i składu. Jesz­cze go­towa je obie wpa­ko­wać do rzeki. – Prawa! Lewa! Prawa! – wy­da­wała ko­mendy.

Od­da­liły się wresz­cie od młyna i zna­la­zły na za­krę­cie pro­wa­dzą­cym w nurt cią­gnący się po­śród gę­stego i ciem­nego lasu. Rzadko kiedy słońcu uda­wało się tu prze­bić przez roz­ło­ży­ste ko­rony drzew. Ro­za­lia od­wró­ciła się przez ra­mię, żeby skon­tro­lo­wać ru­chy córki, która znowu prze­stała wio­sło­wać. Ha­nia oparła wio­sło o ka­jak i wpa­try­wała się in­ten­syw­nie w ja­kiś punkt po­nad ra­mie­niem Ro­za­lii.

– Za­mknij usta, bo ci ko­mary na­lecą do buzi! – po­uczyła ją matka. – I weź się wresz­cie do robo... – Nie do­koń­czyła zda­nia.

W tym mo­men­cie ka­ja­kiem szarp­nęło i ob­ró­ciło go o dzie­więć­dzie­siąt stopni. Mu­siały w coś przy­dzwo­nić. Pew­nie znowu w ja­kiś po­wa­lony na wodę pień.

– Co jest, do cho... – Ro­za­lia po­now­nie urwała w pół zda­nia.

Sie­działa już przo­dem do kie­runku spływu i sama wga­piała się z onie­mie­niem w to samo co córka. W pierw­szej chwili nie ro­zu­miała, na co wła­ści­wie pa­trzy. Mózg jed­nak szybko pod­po­wie­dział jej je­dyne moż­liwe wy­ja­śnie­nie tego abs­trak­cyj­nego, zda­wać by się mo­gło, ob­razu. Tuż obok nich, obi­ja­jąc się o burtę ka­jaka, na wo­dzie ko­ły­sało się ciało mar­twej dziew­czyny, z roz­rzu­co­nymi na boki rę­kami i spły­wa­ją­cymi ka­ska­dami, dłu­gimi jak u nimfy wod­nej wło­sami.

Wcze­śniej

Drogi pa­mięt­niczku,

nie mo­głam się po­zbie­rać po tym bar­ba­rzyń­stwie, ja­kiemu tej wio­sny mnie pod­dali Ro­za­lia i Pa­weł Gin­te­ro­wie. Otóż uni­ce­stwili moją ko­lejną ta­jemną skrytkę – sank­tu­arium li­te­rac­kie, w któ­rym od­da­wa­łam się dzia­łal­no­ści epi­sto­lar­nej. Mie­ściło się ono w ku­chen­nej szafce, do któ­rej nikt nor­malny (oprócz mnie) nie za­glą­dał, po­nie­waż po­uty­kano tam sterty pla­sti­ko­wych sia­tek, które w za­my­śle do­mow­ni­ków miały się kie­dyś przy­dać, ale ja­koś ko­niec koń­ców były tylko psu na budę. Każde otwar­cie szafki gro­ziło więc la­winą wo­recz­ków, nikt za­tem nie ry­zy­ko­wał wy­wo­ła­nia ka­ta­strofy.

I co to komu szko­dziło, że so­bie na owych drzwicz­kach za­pi­sy­wa­łam swoje złote my­śli? Mo­głaby Ro­za­lia Gin­ter się z nimi za­po­znać, może po­sze­rzy­łaby swoje wą­skie ho­ry­zonty in­te­lek­tu­alne. Ale nie. Ta naj­pierw ude­rzyła w la­ment, a po­tem da­waj, wy­mie­niać me­ble.

Anal­fa­betka.

Przy­znaję, że ta ak­cja zbu­rzyła mój spo­kój psy­chiczny na długo. Do­cho­dzić do sie­bie za­czę­łam gdzieś około czerwca. A gdy już, już za­czę­łam się za­sta­na­wiać nad wy­bo­rem no­wej, na­da­ją­cej się do mo­ich za­pi­sków, na­wierzchni, ta lu­na­tyczka na ob­ca­sach oznaj­miła, że je­dziemy na wa­ka­cje. Ona, mój uko­chany, a jej mąż Pa­we­łek, dwa iry­tu­jące pa­ty­czaki, ich córki, które wy­glą­dały iden­tycz­nie i na­wet miały ta­kie same (w mo­jej per­cep­cji) imiona. Oraz ja i mój sy­na­lek Pe­dro.

I że­by­śmy jesz­cze uda­wali się na tur­nus all in­c­lu­sive do ho­telu osiem­na­sto­gwiazd­ko­wego na ja­kich Ma­le­di­wach czy in­nych Ha­wa­jach, przy piasz­czy­stej plaży, na któ­rej mo­gła­bym so­bie dziab­nąć pa­zu­rem pro­sto z oce­anu ho­mara na brunch, to ja­koś bym znio­sła udrękę po­dróży. O na­iw­no­ści! Ta obłą­kana psy­cho­patka pla­no­wała nas wy­wieźć na spływ ka­ja­kowy Kru­ty­nią! Spływ ka­ja­kowy Kru­ty­nią – każdy człon tego wy­ra­że­nia jest dla mnie ob­raź­liwy!

No bo spływ? Czy ja komu wy­glą­dam na za­faj­da­nego śle­dzia, że­bym się miała ba­wić w pły­wa­nie?

Ka­ja­kowy? Może jesz­cze drew­nianą tra­twą? Jak już mnie wy­pra­wiać na sze­roki prze­stwór oce­anu, to tylko jach­tem ze służbą i pry­wat­nym lą­do­wi­skiem dla he­li­kop­te­rów!

No i ta Kru­ty­nia... Ja was pro­szę! Rze­czona rzeka, jak się do­wie­dzia­łam, jest na Ma­zu­rach. A gdzie ja miesz­kam na co dzień, jak nie w kra­inie ty­siąca je­zior? I to jesz­cze w Mi­ko­łaj­kach – sto­licy ca­łego tego po­lo­dow­co­wego cyrku, a nie w ja­kiejś pi­pi­dó­wie, która na­wet nie ma do­stępu do po­rząd­nego je­ziora, tylko do ob­smar­ka­nej rzeczki!

Nic się tu nie zga­dzało! Ob­ra­zi­łam się więc na Ro­za­lię i w ge­ście pro­te­stu za każ­dym ra­zem, gdy pró­bo­wała mnie po­gła­skać, wbi­ja­łam jej pa­zur w wierzch dłoni. Kiedy się za­brała do mnie spo­so­bem i ob­cięła mi ma­ni­kiur (nie py­taj­cie...), to ją urą­ba­łam zę­bi­skami! Żadne jed­nak moje dzia­ła­nia bo­jowe, jak się miało oka­zać, nie uchro­niły mnie przed spły­wem ka­ja­ko­wym, do psiuja, Kru­ty­nią! No ŻODNE!

Tuż przed na­szym wy­jaz­dem Ro­za­lia – co za­uwa­ży­łam, śle­dząc każdy jej krok tak w domu, jak i w pro­wa­dzo­nej przez nią i po­ło­żo­nej ściana w ścianę z moją willą przy­chodni we­te­ry­na­ryj­nej Po­daj Łapę – za­częła się dziw­nie za­cho­wy­wać. Za­my­kała się przede mną w ła­zience i za­bie­rała ze sobą smart­fon! Pró­bo­wa­łam ska­kać na klamkę, ale ten idiota ar­chi­tekt za­pro­jek­to­wał ją zbyt wy­soko, mie­rząc od po­ziomu pod­łogi, nie­wiele więc wskó­ra­łam. Wkła­da­nie łapy w te okrą­głe otworki u dołu skrzy­dła drzwio­wego też na nie­wiele się zdało. Pod­słu­chać nic nie mo­głam, bo Gin­te­rowa pusz­czała gło­śno wodę w kra­nie i pro­ku­ro­wała za­głu­sze­nia.

Tego dnia jed­nak mi się po­szczę­ściło. Wy­star­czyła chwila nie­uwagi pani we­te­ry­narz i już ją mia­łam w sza­chu! Wy­cho­dziła wła­śnie z przy­chodni, w któ­rej prze­cież i ja ha­ro­wa­łam jako ten wół na re­cep­cji, wa­ląc po ła­pach każ­dego, kto je kładł na mój kon­tuar, i rzu­ca­jąc się z (przy­cię­tymi, bo przy­cię­tymi, ale jed­nak) pa­zu­rami na tych, któ­rych gęby mi nie przy­pa­dły do gu­stu (naj­czę­ściej była to ta wścib­ska baba, Ewa Ja­mioł).

– Do ju­tra! – rzu­cił za Ro­za­lią Ra­fał Osip­czuk, syn na­szego sta­rego zna­jomka, Ro­berta.

Chło­pa­czyna pra­co­wał u nas od nie­dawna i zo­stał za­trud­niony dzięki ko­nek­sjom i ne­po­ty­zmowi. Zna­czy ta­tuś wła­do­wał go na po­zy­cję re­cep­cjo­ni­sty na tak zwa­nego chama, po­dobno po to, by śle­dził na miej­scu po­czy­na­nia Ro­za­lii. Ro­bert zro­bił to na zle­ce­nie nie­ja­kiego Jana So­bot­tki, szefa wszyst­kich sze­fów w na­szym ma­zur­skim światku prze­stęp­czym. Ro­za­lia kie­dyś mu pod­pa­dła, a on miał na nią haka. To tak w skró­cie. O szcze­gó­łach prze­czy­taj­cie so­bie w po­przed­nich czę­ściach mo­ich przy­gód. Wcale Ro­za­lii nie ża­łuję! Ale temu So­bot­tce to­bym po­wie­działa, gdy­bym go spo­tkała, że ani nie jest spe­cjal­nie by­stry, ani nie po­trafi sza­no­wać swo­ich fi­nan­sów. Gdyby ru­szył cze­re­pem, toby za­trud­nił mnie, a nie Ra­fała! Ja i tak by­łam na miej­scu, a tro­pie­niem Ro­za­lii zaj­mo­wa­łam się w za­sa­dzie za­wo­dowo. Za­tem za od­po­wied­nie wy­na­gro­dze­nie wy­pła­cane w pusz­kach kre­we­tek w tuń­czyku zdra­dzi­ła­bym mu co nieco.

On jed­nak uparł się na tego szczy­piora, który iry­to­wał nie tylko Ro­za­lię, ale i mnie. Ja tam swoje po­rządki na re­cep­cji już dawno za­pro­wa­dzi­łam, a tu się taki nie­opie­rzony grzdyl na­gle za­czął mi wtry­niać przed or­kie­strę. Obu­rza­jące! Tyle mo­jego, że już mu nie raz i nie dwa zje­cha­łam pa­zu­rami tak ręce, jak i fa­cjatę.

W każ­dym ra­zie Gin­te­rowa nic nie od­po­wie­działa bub­kowi na te uprzejme po­zdro­wie­nia i po­gnała do za­par­ko­wa­nego przed przy­chod­nią sa­mo­chodu. Zna­czy, że nie wy­bie­rała się do domu! W ta­kim ra­zie ja mu­sia­łam się do­wie­dzieć, do­kąd zmie­rzała ta po­wsi­noga! Zro­bi­łam hyc-kic, łup-siup i ani się zołza nie obej­rzała, a już za­sia­dłam na gu­mo­wym dy­wa­niku za jej fo­te­lem. Ro­za­lia wla­zła na tych swo­ich szczu­dłach od pro­jek­tanta za kie­row­nicę, zdjęła je i rzu­ciła na tylne sie­dze­nie, mało mnie nie tra­fia­jąc w ma­kówkę, i ru­szyła z pi­skiem opon. Aż mną za­rzu­ciło! Le­piej, żeby uwa­żała, bo go­towa jej je­stem za­pa­sku­dzić wnę­trze tego du­po­wozu, który – je­stem w sta­nie się o to za­ło­żyć – zo­stał nie­dawno pod­mie­niony na nowy, ale z wy­glądu był iden­tyczny z po­przed­nim! Ro­za­lia ni­komu się do tych mo­to­ry­za­cyj­nych ma­chloi nie przy­znała, ale ja swój nos mam i nic się przede mną nie ukryje.

A Gin­te­rowa chciała po pro­stu za­trzeć ślady wy­padku, który ja­kiś czas temu spo­wo­do­wała. No do­bra, to już wam po­wiem. W jego wy­niku tru­pem pa­dła jej te­ściowa, nie­jaka Gin­ter Ja­dwiga. Nie że­bym pła­kała za tą starą wi­chrzy­cielką, ale Ro­za­lia za­cho­wała się ni­czym praw­dziwa kry­mi­na­listka. Zwiała z miej­sca zda­rze­nia z cia­łem na pace i jesz­cze je za­to­piła w je­zio­rze. Od tam­tej pory miała na­dzieję, że jej po­stę­pek się nie wyda (mimo że to­pie­licę już wy­ło­wiono), ale chyba każdy wie, czyją na­dzieja jest matką. Na pewno nie moją! Ja (tak jak i Ro­bert Osip­czuk, ale to inna hi­sto­ria) wiem wszystko. Pech jed­nak chce, że do­syć czę­sto do­pa­dają mnie ataki skle­rozy i wtedy za­po­mi­nam na­wet, jak się na­zy­wam. W tej jed­nak chwili nie mam ta­kich pro­ble­mów i mogę was za­pew­nić, że na chrzcie dano mi Bur­bur Gin­ter!

Tym­cza­sem Ro­za­lia po­skrę­cała to w prawo, to w lewo. Do­kąd mnie wy­wo­ziła, trudno mi było stwier­dzić, po­nie­waż z mo­jej przy­po­dło­go­wej po­zy­cji wi­dzia­łam tak zwane łajno. Wresz­cie się jed­nak za­trzy­mała i za­nim zdo­łała się wy­gra­mo­lić z wozu i wło­żyć buty, ja już sie­dzia­łam pod sa­mo­cho­dem i cze­ka­łam na dal­szy roz­wój wy­pad­ków. Od razu sku­ma­łam, że je­ste­śmy w le­sie! Boże, Boże, czyli znowu będę mu­siała wziąć udział w ja­kichś gang­ster­skich po­ra­chun­kach. A tych, wbrew po­zo­rom, w na­szym niby to spo­koj­nym, ku­ra­cyj­nym mia­steczku by­wało bez liku. W tych ban­dyc­kich wy­bry­kach przo­do­wał wspo­mniany Jan So­bot­tka – ban­dzior, który całe dnie spę­dzał w swoim luk­su­so­wym ho­telu Na Wo­dzie, a w wol­nych chwi­lach han­dlo­wał nar­ko­ty­kami i na­ka­zy­wał pod­le­głym mu chłop­ta­siom dać w mordę to temu, to tam­temu. Ni­gdy sam nie bru­dził rą­czek. Miał od tego lu­dzi (na przy­kład Ro­berta Osip­czuka). A ci lu­dzie czę­sto oka­zy­wali się ła­ma­gami. I po­tem Ro­za­lia mu­siała im skła­dać po­ła­mane koń­czyny czy opa­try­wać rany po­strza­łowe. Nie żeby się do tego rwała z wła­snej woli. Mu­siała. Bo ta stara pier­doła ją szan­ta­żo­wała.

Ro­zej­rza­łam się uważ­nie za tym ga­mo­niem So­bot­tką. Je­dyne jed­nak, co uj­rza­łam, to dwie pary szpi­lek o czer­wo­nych po­de­szwach! O mi­ko­łaj­skim zbi­rze można po­wie­dzieć wiele, ale na pewno nie to, że gu­sto­wał w ta­kim obu­wiu. Od razu było wi­dać, że się nie zna na mo­dzie. Jedne pan­to­fle ewi­dent­nie na­le­żały do Ro­za­lii – po­zna­łam po nad­gry­zio­nym ob­ca­sie (tego upięk­sze­nia do­ko­na­łam sama, o czym nad­mie­niam z po­czu­ciem do­brze wy­ko­na­nego obo­wiązku). Dru­gich zaś nie zna­łam, lecz za­mie­rza­łam zmie­nić ten stan rze­czy.

Ostroż­nie wy­czoł­ga­łam się spod SUV-a. Zba­da­łam sy­tu­ację. Za­tem po pierw­sze, tkwi­ły­śmy po prze­ciw­nej stro­nie Je­ziora Mi­ko­łaj­skiego, da­leko jesz­cze za ho­te­lem Na Wo­dzie, w tych knie­jach, które na co dzień wi­dzę z mo­jej willi sto­ją­cej na dru­gim brzegu. Po dru­gie zaś, nie­opo­dal w krza­kach par­ko­wała wiel­gachna czarna be­em­wica. Wy­cho­dziło jed­nak na to, że wcale nie na­le­żała do ja­kie­goś karka, tylko do chu­dej, wy­so­kiej blon­dyny, wła­ści­cielki bliź­nia­czo po­dob­nego do Ro­za­lio­wego obu­wia.

– Wszystko go­towe? – za­py­tała nie­zna­joma i wsparła się na czymś, co do­była z ba­gaż­nika swo­jej fury, a czego z po­czątku nie po­tra­fi­łam zi­den­ty­fi­ko­wać.

Gin­ter po­ki­wała na to głową.

– Je­steś pewna, że on tam bę­dzie? – za­py­tała we­te­ry­narz.

– Ja, moja droga, się nie mylę – od­parła ja­sno­włosa. – Tu masz ogło­sze­nie z wszyst­kimi szcze­gó­łami. Ofi­cjalne! – Po­dała Ro­za­lii ja­kiś świ­stek, który ta przej­rzała, zmięła i scho­wała do kie­szeni.

I coś w gło­sie ko­biety, po­sta­wie ciała i ostrym spoj­rze­niu ka­zało mi jej wie­rzyć. Co nie zmie­niało faktu, że nie mia­łam zie­lo­nego po­ję­cia, o czym te dwie dy­wa­gują. Jedno za to wie­dzia­łam – ich spo­tka­nie było z gruntu po­dej­rzane! Gdyby nie było, mo­głyby się spik­nąć w lo­dziarni na pro­me­na­dzie i tam przy lu­dziach, a nad pu­char­kiem ga­łek pi­sta­cjo­wych z bitą śmie­taną wy­mie­nić uprzej­mo­ści. A te cza­iły się po la­sach jak ja­kie par­ty­zantki. Coś więc tu cuch­nęło jak psiu­jowi spod ogona!

– My­ślisz, że się uda? – Ro­za­lia miała wąt­pli­wo­ści.

– Ja to wiem! – Do­prawdy za­ro­zu­miała była ta baba.

Ja­koś nie za­pa­ła­łam do niej mi­ło­ścią od pierw­szego wej­rze­nia (inna sprawa, że ja ko­cham tylko Pa­wełka, reszta świata mo­gła, jak dla mnie, ski­snąć). A że je­stem istotą eks­pre­syjną i je­śli mi się co nie po­doba, to daję temu wy­raz, to i te­raz za­mie­rza­łam za­cho­wać się zgod­nie ze swo­imi za­sa­dami mo­ral­nymi.

– A to co? – Gin­te­rowa wska­zała na to coś, o co opie­rała się ko­bieta.

Wy­ba­łu­szy­łam swoje żółte z na­tury oczy, żeby le­piej wi­dzieć. A mo­głam so­bie da­ro­wać, bo gdy tylko się zo­rien­to­wa­łam, co ma w ręku ta ani chybi wa­riatka, o mało się nie prze­krę­ci­łam z prze­ra­że­nia! Toż to był kij bejs­bo­lowy! Czyżby za­mie­rzała wlać Ro­za­lii? W ta­kim wy­padku – chciał nie chciał – będę mu­siała sta­nąć w obro­nie mo­jej nie­wol­nicy. Bo jak ta ją tu ubije, to kto mi poda śnia­da­nie dnia na­stęp­nego? No kto? Już zje­ży­łam fu­terko i przy­szy­ko­wa­łam się do skoku, ale w porę się po­wstrzy­ma­łam.

– Pała. Dla cie­bie. Na wszelki wy­pa­dek – po­wie­działa nie­zna­joma i wrę­czyła Ro­za­lii bejs­bola.

– Ale co ja mam z tym...? – Gin­te­rowa była skon­ster­no­wana.

– Bierz! – na­ka­zała wła­ści­cielka be­emy. – Jesz­cze mi po­dzię­ku­jesz. Skła­dana jest. Wiele miej­sca nie zaj­mie. To się sły­szymy – rzu­ciła.

Wsia­dła do auta i tyle ją wi­dzia­ły­śmy. Ro­za­lia jesz­cze przez chwilę stała bez ru­chu i wga­piała się w pre­zent. Wresz­cie ją od­blo­ko­wało. Za­wró­ciła w stronę swo­jej ka­rocy.

Tym ra­zem nie­stety re­fleks mnie za­wiódł. Nie zdą­ży­łam w porę się scho­wać.

– Bur­bur! – wy­darła się na mój wi­dok. – Co tu ro­bisz?!

„Kręcę nowy od­ci­nek Psiego pa­trolu”, chcia­łoby się rzec, ale cza­sem warto zmil­czeć. W końcu ra­czyła była mi otwo­rzyć drzwi, że­bym mo­gła ni­czym po­wa­żana ko­cica wsiąść do sa­mo­chodu i za­jąć miej­sce pa­sa­żerki, a nie po­nie­wie­rać się gdzieś po pod­ło­dze. Co się mu­sia­łam na­słu­chać w dro­dze po­wrot­nej do domu, to moje. Aż mi z tego wszyst­kiego uszy na­pu­chły. I żeby po­tem nie było pre­ten­sji, że trzeba wy­dać sto­sowną sumę na ope­ra­cję pla­styczną dla kota, bo już wstyd się z nim na mie­ście po­ka­zać, gdy ma ra­dary jak jaki były już, bo umarły, na­czelny ty­go­dnika „Nie”! Tak tylko ostrze­gam, gdyż li­sta za­bie­gów upięk­sza­ją­cych, któ­rym będę zmu­szona się pod­dać, stale się wy­dłuża!

Za­je­cha­ły­śmy pod willę na chwilę przed Pa­weł­kiem. Ro­za­lia le­d­wie zdą­żyła po­skła­dać i scho­wać swój bejs­bol. A ja mia­łam nową za­gadkę do roz­wią­za­nia. Mu­sia­łam się mia­no­wi­cie do­wie­dzieć, po co jej ta pała.

Siema, ko­le­żanki i ko­le­dzy,

to ja, Pe­dru­szek. Za­uwa­ży­łem, że mój ma­moń wy­pi­suje w ka­jaku ja­kieś dyr­dy­mały, więc po­sta­no­wi­łem nie być gor­szy. A po­nie­waż Bur­bur nie umie czy­tać, to się na­wet nie zo­rien­tuje, że jej tu coś do­da­łem od sie­bie. Roz­pi­sy­wał się nie będę. Chcia­łem tylko nad­mie­nić, że nie je­stem ta­kim ga­mo­niem, jak się mnie tu pró­buje przed­sta­wić.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki