Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
60 osób interesuje się tą książką
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 218
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Queen of Swords
Copyright © Any Puzzle Media Ltd 2026 Puzzles and text by Sara Sehdev and Gareth Moore First published in Great Britain in 2026 by Michael O’Mara Books Limited
Copyright © for the Polish translation by Iga Wiśniewska, 2026 Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktorka inicjująca: Joanna Jeziorna-Kramarz
Redaktorka prowadząca: Joanna Pawłowska
Marketing i promocja: Natalia Angier
Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak
Korekta: Anna Nowak, Magdalena Kawka
Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl
Oryginalny projekt okładki: © Natasha Le Coultre
Ilustracje na okładce: © Sofia Miller
Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68692-52-5
CZWARTA STRONA Grupa Wydawnictwa Poznańskiego Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Podobno na drugim brzegu rzeki, za Dalmorganem, istniała magia.
Przez większą część roku nikt nie odwiedzał tego małego miasteczka. Jego mieszkańcy żyli w odosobnieniu. Służyli sobie nawzajem pomocą i byli samowystarczalni. Mogło się to wydawać staromodne, ale po co chcieć więcej, skoro to, co się ma, wystarcza?
Dalmorgańczycy byli szczęśliwą społecznością. Zaliczali się do nich rolnicy i rzemieślnicy, kowale i stolarze, którzy wypełniali mały rynek swoimi towarami oraz rękodziełem. Na straganach sprzedawano mięso, cydr i świeże produkty uprawiane w ogrodach. Wszystko, czego brakowało, sprowadzano raz w miesiącu z sąsiednich wsi.
Granicę miasteczka wyznaczała szeroka rzeka. Płynęła wzdłuż jego obrzeży, wyraźnie oddzielając jeden świat od drugiego. A ponieważ Dalmorgan był najdalej położonym punktem zamieszkanym przez śmiertelników, oprócz jego mieszkańców nikt nie miał tak naprawdę potrzeby, aby zatrzymywać się tam na dłużej. W każdym razie dopóki nie nadchodził czas Drugiego Zachodu Słońca.
Szepty rozchodziły się po Północnych Polach jak ogień w porze suchej, gdy opowiadano o widokach, które miały pojawić się tej wyjątkowej nocy. Twierdzono, że tylko wtedy ludzkie oczy mogły dostrzec stworzenia z Wyldes żyjące po drugiej stronie rzeki, za Dalmorganem. Oszałamiająca łąka na drugim brzegu zazwyczaj była pusta, pomimo bujnej trawy i opalizujących kwiatów, które mieniły się na delikatnym wietrze. Ale – jak mówiono – w tę rzadką noc można było również dostrzec mityczne stworzenia.
Słychać było szepty elfów i wodnych duchów. Podobno widziano syreny kąpiące się w chłodnej wodzie. Krążyły nawet opowieści o centaurach z ludzkimi torsami i ciałami potężnych ogierów. Były to istoty rodem z fantazji, widoczne dla śmiertelników tylko przez kilka godzin.
Drugi Zachód Słońca zdarzał się rzadko, ale kiedy już nastawał, zmierzch zapadał nie raz, lecz dwa razy, a dodatkowy ognisty dysk słońca pojawiał się nisko na niebie tuż po zachodzie pierwszego i powtarzał ten sam proces. Na kilka dni przed jego nadejściem plotki ponownie rozchodziły się po królestwie, a w Dalmorganie panował niezwykły ruch dzięki przybywającym podróżnym. Zazwyczaj ciche kamienne uliczki wypełniały się hałasem powozów i butów, a senne miasteczko ożywało, tętniło emocjami i romansami przez kilka dni, po czym powracało do swojego zwykłego, codziennego, spokojnego stanu.
Penryn Trickett po raz pierwszy była odpowiedzialna za dekoracje podczas Drugiego Zachodu Słońca. Przez wiele lat zadanie to należało do jej matki, a Marianne Trickett zawsze miała rozmach. Żadna gałąź, żaden krzew, żaden słup nie pozostawały bez ozdoby. Pen planowała dopilnować, by teraz, gdy ten obowiązek spadł na nią, tradycje jej matki kontynuowano. Nie było to coś, co przyszło jej bez wysiłku; Marianne zawsze powtarzała, że organizowanie tej imprezy to zaszczyt dla ich domu, więc Penryn obiecała, że się tym zajmie, i... cóż, oto ona, pokryta farbą i błyszczącą kredą. I błotem.
Uroczystość zawsze była hałaśliwa, zarówno dla mieszkańców, jak i przybyszów. Była jednak również piękna, dzięki srebrzystym brzozom rosnącym wzdłuż brzegu rzeki i ozdobnemu słupowi na otwartej zielonej przestrzeni, przybranemu kolorowymi plecionymi wstążkami i papierowymi serpentynami. Dzieci z miasta tygodniami robiły szklane ozdoby, które następnie nawlekały na sznurek i wieszały wysoko, a potem czekały na złoty blask niezwykle długiego zachodu słońca, który opromieniał je i rzucał tańczące kręgi światła na ziemię.
Reszta mieszkańców wsi pracowała od wielu godzin i teraz udała się na spoczynek, obiecawszy, że wróci o świcie. Pen jednak nie była zadowolona z postępów. W wykonaniu jej matki wszystko zawsze wydawało się łatwe, jakby przygotowania były czymś w rodzaju zaplanowanego, niewymagającego wysiłku rytuału, w którym miała zaszczyt uczestniczyć, ale Pen tak bardzo skupiała się na tym, by osiągnąć choćby ułamek tej perfekcji, że nie nauczyła się jeszcze czerpać z nich takiej beztroskiej radości, jaką zawsze okazywała matka.
Być może potrzebowała przerwy. A może po prostu musiała przestać wywierać na sobie tak wielką presję, aby móc spróbować dostroić się do aury Marianne i nauczyć się ucieleśniać ducha tego wydarzenia.
Zatrzymała się na chwilę, zeszła nad brzeg strumienia i usiadła na mchu. Zdjęła buty i zanurzyła bose palce w źdźbłach, próbując poczuć jakąś więź z zadaniem, które jej powierzono. Po chwili jej wzrok powędrował na drugą stronę brzegu, jakby miała nadzieję dostrzec tam choćby cień życia... ale nic z tego. Widziała jedynie niemal idealnie wypielęgnowaną otwartą łąkę – jakimś cudem zawsze nieskazitelną – i lasek za nią, przechodzący w gęsty bór, który otaczał ją z trzech pozostałych stron. To naprawdę było arcydzieło, miejsce, które artyści pragnęliby namalować, ale jakoś nikomu nie udawało się uchwycić magii Wyldes. Być może było tak dziewicze z powodu Granicy. Prawie niewidoczna, od niepamiętnych czasów stanowiła nieprzebytą barierę między dwoma brzegami rzeki i nawet teraz, w gasnącym wieczornym słońcu, Pen mogła dostrzec jej migotanie i pulsowanie, które zdawało się z niej drwić. A może to było ostrzeżenie? Nie żeby Penryn chciała się przez nią przedzierać – zwłaszcza po tym, jak była świadkiem nieudanej próby przekroczenia wody przez swoją siostrę Talię. Biedna Talia kulała przez kilka tygodni, odrzucona przez barierę z taką siłą, że przez parę dni ledwo mogła oddychać. Uderzyło ją coś w rodzaju pioruna, więc Pen uznała to za bez wątpienia bolesne – a słyszała wiele opowieści innych, równie lekkomyślnych mieszkańców miasta, którzy próbowali przejść na drugą stronę. Z natury ostrożna Pen z radością zrezygnowała z tego pomysłu.
Oczywiście jakaś jej malutka część zawsze była ciekawa. To zupełnie naturalne, czyż nie? Nikt tak naprawdę nie wiedział, co kryło się w Wyldes: jak daleko ciągnęły się te ziemie, kto lub co tam żyło, jak funkcjonowało ich społeczeństwo (jeśli w ogóle istniało) ani nawet co tam rosło. Od zawsze krążyły różne opowieści – mama uwielbiała je powtarzać, w kółko: o królach i królowych, królestwach i fantastycznych krainach – ale były to tylko bajki, których prawdziwości nie dało się zweryfikować ani udowodnić.
Penryn wyrwała się z zadumy i spojrzała na zaskakująco dużą ilość brudu na swoich rękach. Potarła dłonie o siebie, próbując go usunąć. Nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów, więc przesunęła się o kilka kroków w dół brzegu, by zanurzyć ręce w wodzie. Zmoczyła skórę, aby oczyścić ją najlepiej, jak potrafiła. Prawdopodobnie mijało się to z celem, pomyślała, ponieważ jutro, kiedy skończą przygotowania do uroczystości, będzie równie brudna. Pochyliła się nieco bardziej, by nabrać wody w dłonie, i spryskała nią twarz. Krople spływały po jej szczęce i szyi, gdy oddychała głęboko, czerpiąc ulgę z chłodu – ale kiedy zamknęła oczy, aby rozkoszować się tą chwilą spokoju, usłyszała coś. Kroki, ale nie ludzkie. Były ciężkie, pełne siły i mocy. Otworzyła szeroko oczy i spojrzała w stronę Wyldes, gdzie zauważyła poruszenie w krzakach.
Ktoś tam był. Albo coś, ale nie mogła dostrzec, co dokładnie.
– Halo?
Wstała, wycierając ręce o spódnicę, i obróciła się w miejscu, aby sprawdzić, skąd dochodził dźwięk. Nikogo nie zobaczyła. Ponownie spojrzała na wodę, ale teraz panował tam bezruch. Niepokojący bezruch. Czy to było tylko zwierzę? Może jeleń. A może... mieszkaniec Wyldes? To byłoby coś, gdyby mogła opowiedzieć reszcie ekipy od dekoracji, że zobaczyła już jedno z tych stworzeń. Ale kiedy nadal wpatrywała się krzaki w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak życia, ogarnęły ją wątpliwości. Było tak cicho, tak spokojnie. Czy naprawdę coś widziała?
Musiała sobie coś wyobrazić. Zmęczony umysł płatał jej figle, uznała, kręcąc głową i kierując się z powrotem w stronę zielonego pola. Najwyraźniej powinna wziąć przykład z reszty, iść spać i wrócić rano wypoczęta – i z mniej bujną wyobraźnią.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
