Królestwo marionetek - Kolosa Emilia - ebook

Królestwo marionetek ebook

Kolosa Emilia

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

To nie smok odebrał jej wolność. On tylko pokazał, że nigdy nie miała władzy nad swoim życiem.

Roxandria, córka króla Tenebris, zostaje uprowadzona do miejsca, z którego nikt nie powrócił. Mroczna twierdza skrywa sekrety starsze niż samo królestwo, lecz największą zagadką pozostaje jej władca – smok w ludzkiej skórze, mistrz iluzji i pan cieni.

Zmuszona do złożenia przysięgi, Roxandria staje się jednocześnie jego więźniem i wybranką. W świecie utkanym z alchemii, kłamstw i niewidzialnych nici manipulacji księżniczka zaczyna dostrzegać, że granica między dobrem a złem jest niebezpiecznie cienka, a uczucia potrafią być równie zniewalające jak magia.

Królestwo Marionetek to mroczna baśń o namiętności rodzącej się w cieniu władzy, gdzie miłość staje się zarówno wybawieniem, jak i przekleństwem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 459

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Królestwo marionetek ® Emilia Kolosa

Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środowiskach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody twórcy.

Wydawca wyraża zgodę na nieodpłatne wykorzystywanie wizerunku okładki niniejszej publikacji w celach informacyjnych i promocyjnych (w szczególności przez biblioteki, księgarnie oraz instytucje kultury), w tym na jej prezentację w mediach społecznościowych oraz na stronach internetowych.

Wydanie pierwsze

Wojkowice 2026

ISBN E-BOOK: 978-83-68915-04-4

Redakcj: Anna Kucharska

Korekta: Aleksandra Baranowska

Okładka: Angelika Karaś

Ilustracje i grafiki: Emilia Kolosa

Skład: Marcin Halski

WYDAWNICTWO HM…

E-mail: [email protected]

Telefon: 518833244

Adres: ul. Sobieskiego 225/9 42-580 Wojkowice

Werjsa papierowa dostępna na:

WWW.WYDAWNICTWOHM.PL

Ostrzeżenie

Niniejsza książka zawiera brutalne sceny morderstw i przemocy, w tym te o charakterze seksualnym.

Niektóre opisy są szczegółowe i bardzo sugestywne, przez co mogą być trudne w odbiorze i wywoływać silne emocje.

Osobom szczególnie wrażliwym zaleca się ostrożność oraz świadome podejście do lektury.

Dla tych, którzy wciąż szukają siebie.

Nie musisz odgrywać narzuconej Ci przez życie roli.

Masz prawo zejść ze sceny, zrzucić cudze kostiumy

i napisać własny scenariusz.

Prolog

Sala audiencyjna pałacu Tenebris znowu przekształciła się w teatr. Królewska maskarada zawsze była niesamowitym widowiskiem, ale końcowy występ lalkarzy stanowił zwieńczenie tej niezwykłej ceremonii.

Na scenie występowali nie ludzie, lecz ich wydrążone odbicia – misternie wyrzeźbione marionetki ze sztucznymi twarzami. Złoto na ich ubraniach zdawało się płonąć w świetle świec, które licznie rozstawiono w sali. Tańczący książęta, upadłe damy i młodzieńcy w zbrojach. Jedna z lalek miała koronę – niemal identyczną jak ta, która spoczywała na głowie Cordela Marinet, króla Tenebris i ukochanego władcy swojego ludu. Śledził występ z fascynacją, jakiej nikt nigdy nie widział u niego nawet podczas planowania bitew. Uwielbiał teatr. Władza, manipulacja, cichy tryumf nad bezwolnym ciałem… To wszystko wpisywało się w jego estetykę.

Nitki przytwierdzone do ramion poddanych były przedłużeniem ręki króla. Dzięki absolutnej władzy w Tenebris jednym tylko skinieniem sprawiał, że każdy poddawał się woli monarchy. Cordel to najlepszy reżyser. Jego życie było spektaklem, a on – jego nieomylnym autorem.

Rozdział 1

Czarny las

Ze starych kronik królestwa Tenebris:

Podobno nikt nie wychodzi cało ze spotkania ze smokiem – ale kto spisał te opowieści, jeśli nie ten, kto przeżył?

Roxandria

Śniłam o miękkiej poświacie, która sączyła się przez okna sali balowej i miękko opadała na parkiet. Wirowałam na nim w takt muzyki jak zagubiona perła z rozerwanej błyskotki. Moje stopy sunęły lekko po drewnie, a ciężka, bogato zdobiona suknia falowała jak setki rozłożonych wachlarzy.

Uśmiechy wokół mnie zdawały się nie posiadać twarzy, lecz nie budziły strachu. Pośród tego tłumu jednakowych kukieł wyróżniał się jedynie rycerz w platynowej zbroi, który odważył się podać mi czerwoną różę. Wzięłam ją z lekkim dygnięciem, jednak gdy tylko opuszka palca dotknęła rośliny, ta rozpadła się na tysiące świecących płatków, które otuliły mnie jak miękkie poduszki.

Jeszcze przez chwilę trwałam w tamtym bezpiecznym bezczasie – gdzie nic nie istniało prócz błogości mary – zanim ten cudowny świat rozbił się niczym szkło.

Brutalne i gwałtowne szarpnięcie wybudziło mnie ze snu. Nim zdołałam wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, czyjaś dłoń o zapachu świeżo rozkopanej ziemi zakryła mi usta, przez co mój krzyk został stłumiony do niemrawego jęku. Ciężar wielkiego cielska przygniótł mnie do pościeli. Szarpałam się, kopałam splątanymi kołdrą nogami, ale oprawca nie był sam. Drugi mężczyzna wyłonił się z mroku i z całej siły uderzył mnie w policzek otwartą dłonią, tak że głowa odskoczyła mi w bok i poczułam smak krwi. Nim zdołałam dojść do siebie, wcisnął mi do ust starą, przesiąkniętą smrodem stęchlizny szmatę. Zacisnął mi szczękę, jakby bał się, że ją wypluję, i zaplątał mi wokół głowy chustę, bym nie mogła wypluć knebla. Dopiero wtedy dałam radę złapać oddech przez nos.

Brutalnie postawili mnie na nogi. Chłód z kamiennej posadzki wspiął się po moim ciele, ale nie zdążyłam nawet zadrżeć, bo prędko pchnęli mnie ku jednej ze ścian. W lekkiej poświacie dopalającego się w kominku ognia spostrzegłam, że jeden z mężczyzn przesunął dłonią po wystających kamieniach przy drzwiach. Pchnął jeden z nich – ten najmniejszy – a ja usłyszałam cichy jęk jakiegoś zawiasu. Po chwili moim oczom ukazało się przejście, którego nie znałam.

Nim zdążyłam otrząsnąć się z szoku, mężczyzna zmusił mnie, bym weszła w wąską gardziel, gdzie na jednej ze ścian tajemnego przejścia spostrzegłam wiszącą pochodnię. Oprawca chwycił ją w wolną rękę i szarpnął mną, bym weszła na znajdujące się tam schody.

Nie rozumiałam, co się dzieje. Miałam wrażenie, że to sen. Żyłam w tej komnacie przez tyle lat i nigdy nie podejrzewałam, że kryje sekret tuż pod moim nosem. Tunel okazał się ciasny, zaledwie na szerokość ramion barczystego mężczyzny. Prowadzili mnie na dół krętymi, śliskimi schodami, które nie wiedziałam, dokąd wiodą.

Przez cały ten czas szarpałam się, licząc, że jeśli zdołam czmychnąć z ich plugawych łap, ujdę cało, ale los nie ofiarował mi takiej szansy. Jeden z oprawców chwycił mnie w końcu pod ramiona, jakbym była workiem zboża, i zarzucił sobie na ramię. Krew napłynęła mi do głowy, świat zawirował, a dochodzące zewsząd dźwięki zaczęły dudnić w uszach. Szczęki bolały, kiedy zaciskałam je na szmacie, a oczy paliły od łez wściekłości, które pozwoliłam sobie uronić.

Na zewnątrz uderzyło mnie zimne powietrze. W oddali słyszałam rżenie koni, ale zagłuszało je bicie mojego serca, które zdawało się krzyczeć za mnie. Dopiero po chwili zorientowałam się, że wyszliśmy niepilnowaną bramą od strony opustoszałych wzgórz.

Teraz rozumiałam, dlaczego wcześniej słyszałam wierzchowce. Czekały tam dwa ciemne ogiery o napiętych karkach i ślepiach błyszczących jak wypolerowane onyksy. Parskały nerwowo, tworząc chmury pary wokół swoich chrap. W mroku wyglądało to, jakby dusze zmarłych unosiły się nad zwierzętami i zapowiadały moją zgubę. Byłam przerażona.

Jeden z mężczyzn, ten, na którego ramieniu wisiałam, przerzucił mnie przez grzbiet jednego z koni. Brzuch uderzył o skórzane siodło, a twarz zawisła tuż obok strzemienia razem z moimi zmierzwionymi włosami, które przysłoniły mi widok. Przez materiał w ustach nie mogłam nawet krzyknąć z bólu, który rozlał się po żebrach.

Oprawca wskoczył za mnie i chwycił wodze. Drugi też dosiadł wierzchowca i obaj pognali w kierunku lasu. Czułam każdy rytmiczny skok, zmianę tempa czy wstrząsy, które sprawiały, że traciłam dech, a w głowie dudniło od krwi, która napłynęła do skroni.

Podróż zdawała się nie mieć końca. Przez gęste korony drzew nie było nawet widać księżyca, którego światło znikało w listowiu jak zaklęte przez jakąś czarną magię. Czas stracił znaczenie; chłód przesiąkł do kości, sprawiał, że drżałam i powoli opadałam z sił.

W pewnej chwili, kiedy koń przeskakiwał przez powalony pień, a ja wyczułam dla siebie moment – krótszy niż oddech – nie mogłam przepuścić okazji. Odepchnęłam się, napięłam mięśnie i wykrzywiłam ciało, dzięki czemu ześlizgnęłam się z grzbietu wierzchowca.

Plecy uderzyły o twardą, zlodowaciałą ściółkę. Powietrze uciekło z płuc ze świstem, a pod powiekami spostrzegłam migoczące iskry. Przez chwilę nie mogłam się ruszyć. Wszystko mnie bolało. Czułam smak krwi w ustach – tam, gdzie szmata ocierała dziąsła.

Przekręciłam się na bok i prędko uniosłam na drżących nogach. Każdy mięsień pulsował bólem, lecz w tej chwili instynkt ucieczki skutecznie go zagłuszał. Wyplątałam się z rozluźnionych po upadku węzłów i wyciągnęłam knebel z ust.

Rzuciłam się do biegu, nie mogąc złapać tchu. W mojej głowie nie było miejsca na myśli, działał wyłącznie czysty, nieoszlifowany instynkt przetrwania; kazał mi gnać przed siebie, ile tylko miałam sił w nogach. Gałęzie drzew bezlitośnie smagały moje ramiona i twarz. Czułam, jak rozrywają halkę i szarpią skórę. Pozostawiały za sobą piekące, płytkie rany. Serce tłukło mi się w piersi niczym młot, który próbuje przebić się przez żebra. Krew szumiała w uszach, ale mimo to słyszałam za plecami goniących mnie prześladowców. Pieszo nie miałam żadnych szans, choć instynkt kazał mi biec przed siebie, ile tylko byłam w stanie. Mój koniec zdawał się zbliżać nieuchronnie, gdy mając pod nogami zdradliwe podłoże – korzenie, liście i mokry mech – potknęłam się o wystający pień i poleciałam w dół zbocza, które pojawiło się przede mną nieoczekiwanie. Upadek okazał się brutalny. Przeturlałam się po mokrej ziemi, uderzając o kamienie i wystające korzenie połamanych drzew. Czułam, jak skóra na biodrze pękła pod naporem gałęzi, a niewysokie zarośla rwały mi włosy z głowy.

W końcu zatrzymałam się na samym dole kotliny, w mokrej trawie, leżąc na plecach rozciągnięta jak kukła, bezwładna, z oczyma wlepionymi w ciemne, zasłonięte koronami drzew niebo. Próbowałam złapać oddech, ale powietrze nie chciało wypełnić płuc. Miałam wrażenie, że za moment stracę przytomność.

Pragnęłam pozwolić sobie na chwilę odpoczynku, ale wtedy doszło mnie rżenie koni. Nie było już czasu na regenerację sił.

Zanim jednak zdołałam choćby wstać, wierzchowce znalazły się tuż obok i okrążyły mnie, przechodząc z galopu w kłus, a potem stęp. Zerwałam się na nogi, ale wtedy ciemna sylwetka wyrosła tuż przede mną, a sekundę później przygwoździła mnie do ziemi swoim ciężkim, spoconym cielskiem. Poczułam, jak kolano napastnika wbija się brutalnie w mój brzuch, odebrało mi resztki tchu. Wierzgałam z całych sił, szamotałam się, gryzłam, aż w końcu, kiedy się przesunęłam, udało mi się kopnąć napastnika w krocze. Pisnął jak dziewka, ale nie pozwolił, by moja noga raz jeszcze sięgnęła jego jąder. Wymierzył mi cios w twarz, przez który rozcięłam wewnętrzną stronę policzka o zęby. W odpowiedzi moje paznokcie wbiły się w jego skronie, a on zareagował piskiem zarzynanego prosięcia, ale zaraz docisnął mnie jeszcze mocniej do ziemi, unieruchamiając ręce.

– Suka. – Splunął w bok. – Myślałaś, że ci odpuszczę?

Wyjął kozik zza paska i rozciął resztki podartej koszuli na moich piersiach.

– Zawiśniesz, jeśli mnie tkniesz – wycedziłam. – Mój ojciec…

Uderzył mnie z otwartej dłoni, a ja poczułam, jak krew zbiera mi się w ustach. Przekręciłam głowę i tym razem to ja splunęłam, ale nie na bok, a jemu prosto w twarz.

Zastygł na ułamek sekundy, a drugi z oprychów, który stał obok, zaśmiał się ochryple:

– Ma charakterek!

Przykucnął przy mnie, jego brudne łapy sięgnęły do paska i wyciągnęły nóż. Przełknęłam ślinę, lecz nie okazałam strachu.

– Pożałujecie tego – syknęłam. – Zdajecie sobie sprawę, że napaść na córkę króla to…

– No co, księżniczko? – zakpił. – Myślisz, że kogokolwiek obejdzie twoje zniknięcie?

Ostrze błysnęło tuż przy mojej piersi. Poczułam chłód metalu muskającego skórę, by po chwili sztych noża dźgnął lekko sutek.

– Jesteś niczego sobie, by cię wychędożyć – dodał.

Zacisnęłam zęby i nie odpowiedziałam. Nie dlatego, że się poddałam, ale zdawałam sobie sprawę, iż każde słowo tylko da im pretekst do tego, by dalej mnie bić.

Wtedy ten pierwszy znowu się pochylił. Poczułam jego oddech przy szyi. Dotknął skóry ustami, a ja zadrżałam z odrazy. On chyba zinterpretował to inaczej.

– Drżysz – wymruczał z obrzydliwą satysfakcją. – Może jednak ci się spodoba…

– Pożałujesz tego – rzuciłam z furią.

Mężczyzna, który siedział na mnie okrakiem, ugryzł mocno mój odsłonięty sutek, przez co krzyknęłam z bólu.

– Jesteś tylko zwykłą kurwą – wychrypiał i obrócił mnie na brzuch. – Dość gadania!

Mój zraniony policzek opadł na mokrą ściółkę, poczułam piekący ból od wcześniej zadanej gałęzią rany. Mężczyzna podniósł halkę i zmusił mnie, bym wypięła biodra. Zaczął nerwowo rozpinać pasek od spodni, podczas gdy drugi ukląkł przede mną. Uniósł moją twarz, a wtedy zobaczyłam jego nagą męskość tuż przed swoim nosem.

– No już! – warknął, starając się otworzyć mi usta.

Kiedy mu na to nie pozwoliłam, znów mnie uderzył. Przez ból straciłam siły i rozluźniłam szczęki, a on brutalnie wepchnął przyrodzenie aż po same moje gardło. Zakrztusiłam się własnymi wymiocinami i straciłam dech. Kiedy jednak poczułam, że drugi z nich próbuje wcisnąć się między moje pośladki, wpadłam w furię. Niewiele myśląc, zacisnęłam zęby tak mocno, że aż poczułam piekący ból w żuchwie. Krew rozlała się w moich ustach i by pogłębić obrażenia, szarpnęłam głową, odrywając kawałek przyrodzenia napastnika, który został mi w ustach. Jego wrzask był żałosny i rozkoszny jednocześnie. Sprawił, że ten drugi odskoczył ode mnie jak rażony, nie rozumiejąc, co się właściwie stało.

Kiedy tylko dostrzegłam dla siebie szansę, odwróciłam się i uderzyłam pięścią w nos tego za mną – nie do końca celnie, ale wystarczająco, by jęknął i zatoczył się z krwią tryskającą z dziurek.

Korzystając z zamieszania, poderwałam się i pognałam przez las. Liczyłam, że ujdę cało z tego impasu. Biegłam niemal całkiem naga, bo moje ciało przykrywały tylko strzępy porwanej halki. Nie miało to jednak znaczenia, bo zdawałam sobie sprawę, że tym, co zrobiłam, wydałam na siebie wyrok – o ile mnie złapią.

Wpadając z powrotem w gąszcz, zupełnie straciłam poczucie kierunku. Nie miałam pojęcia, dokąd biegnę. Noc wokół mnie wydawała się ciemna jak rozlany atrament, z rzadka przecinana srebrnym światłem księżyca przebijającym się przez gęste korony drzew i zachmurzone niebo. Oddech rwał się w gardle, tym bardziej że wciąż czułam na języku ten obrzydliwy smak krwi.

Zatrzymałam się w końcu, bo zaczęło brakować mi tchu. Wsłuchiwałam się w ciszę – taką, która nigdy nie wróży niczego dobrego. Usiadłam w ściółce, by nie hałasować. Splunęłam resztą tego, co zostało mi w ustach. Żałowałam, że nie ukradłam noża, ale chęć ucieczki była tak wielka, że zupełnie nie miałam głowy, by o tym pomyśleć.

Starałam się wyrównać oddech, kiedy usłyszałam jakiś pomruk – początkowo dość cichy, ale głęboki, rezonujący gdzieś między drzewami, jakby sama ziemia miała coś do powiedzenia. Dźwięk ten nie przypominał takiego, jaki mógłby wydać człowiek czy zwierzę. To było coś… innego, nienależącego do mojego świata. Włosy na karku stanęły mi dęba.

Poderwałam się z miejsca, ale nie zaczęłam uciekać. Nie miało to sensu, by gnać na oślep, szczególnie że nie potrafiłam zlokalizować źródła dźwięku. Prawie niczego nie widziałam, poza pojedynczym słupem światła księżyca, który wdzierał się do ściółki przez przestrzeń w koronach drzew. To właśnie tam spostrzegłam, że las wokół wygląda inaczej. Drzewa zdawały się bardziej okazałe i wyższe, jakby chcące dotknąć nieboskłonu.

Po chwili znowu doszedł mnie pomruk, tym razem głośniejszy, a za nim kolejny i kolejny, a ja poczułam się obserwowana.

Nie miałam broni ani nawet godności przez prawie całkowity brak ubrania. Miałam jednak głos, którym mogłam się bronić, choć w rzeczywistości byłam przerażona.

Wyprostowałam się dumnie i zadarłam brodę.

– Jestem Roxandria… – zaczęłam, a te słowa rozbrzmiały w martwej ciszy niepokojąco czysto. – Córka króla Cordela, władcy królestwa Tenebris. Dziedziczka złotej korony i ostatniego prawa krwi.

Zamilkłam, aby pozwolić tym słowom opaść na ściółkę niczym miecz wbity w ziemię między dwoma armiami. Chwytałam się każdej opcji, by wyjść cało.

– Jeśli mi pomożesz, otrzymasz zapłatę. Złoto, rubiny, co tylko zechcesz. A ci, którzy mnie skrzywdzili, zawisną u bram cytadeli dla postrachu.

– Królewna? A cóż to królewna robi sama w lesie? – Przejmujący i złowrogi śmiech wyłonił się z głębi cienia. – Do tego kompletnie naga i zraniona.

– To nie jest moja krew. – Otarłam usta i dekolt z obrzydzeniem, po czym ukryłam piersi pod otwartymi dłońmi.

– A czyja?

– Kogoś, kto na pewno gorzko żałuje tego, co zrobił – fuknęłam. – Zostałam porwana. Wywleczono mnie z łoża i…

– Królewna z Tenebris… – powtórzył powoli głos, przerywając moją wypowiedź. – Mówisz o skarbcu, złocie, rubinach… Obiecujesz zapłatę jak karczmarka, co zgubiła drogę z burdelu. Wydaje mi się, że jesteś tylko tyle warta.

– Mylisz się…

– Doprawdy? – ciągnął głos, który ewidentnie przysuwał się w moim kierunku. – Pachniesz krwią i strachem. Żaden drogocenny sygnet nie błyszczy na twoim palcu. Skąd mogę wiedzieć, że nie blefujesz?

– Pomóż mi, a przekonasz się, że mówię prawdę. Albo zapytaj mnie o coś, co może wiedzieć jedynie królewna z Tenebris.

Chyba go zaskoczyłam, bo przez dłuższy czas nic nie odpowiedział, co bardzo mnie frustrowało. Wciąż nie wiedziałam, co się ze mną stanie.

– Dobrze, Roxandrio. Pobawmy się chwilę w twoją królewską opowieść. Może jeszcze się okaże, że jesteś ciekawsza, niż początkowo zakładałem.

– Więc co chcesz wiedzieć? – zapytałam, nie wiedząc, czy właśnie uratowałam swoje życie, czy wdepnęłam w coś znacznie gorszego.

– Wszystko.

Zadrżałam. Głos, który się do mnie zwracał, był głęboki, niepokojąco spokojny i… zdawał się należeć do kogoś bardzo inteligentnego. Każde jego słowo cięło niczym klinga z oszlifowaną precyzją, która nie zostawiała miejsca na przypadek.

– Na południowym dziedzińcu zamku rośnie czarna wierzba. Od dawna nie zdobi jej już listowie, wydaje się jedynie suchą skorupą, ale na polecenie mojego ojca obwieszono ją setkami marionetek. Nikt nie ma wstępu do ogrodu, ale szczyt drzewa widać z głównej bramy. Mój brat, Aerian, którego już nie ma na tym świecie, zawiesił tam niegdyś medalion naszej matki, a w środku ukrył pukiel jej włosów, bo wierzył, że ona też stała się lalką.

– Ciekawostka – mruknął. – I cóż stało się z Aerianem?

– Zniknął – odpowiedziałam szczerze. – Pewnego dnia po prostu… nie wrócił z polowania. Ojciec kazał przeszukać każdy zakątek królestwa, ale znaleziono jedynie siodło… I to spalone.

– A wasz brat? Wiem, że król miał dwóch synów.

– Veyn? – Zadrżałam, wypowiadając to imię. – Odszedł kilka miesięcy później. Powiedział, że idzie szukać Aeriana, i nigdy nie wrócił.

Cisza, która nastała, była nie do zniesienia. Odnosiłam wrażenie, że ten, kto ze mną rozmawia, nie oddycha, ale za to analizuje każde moje westchnienie czy uderzenie serca.

– Dwóch braci – powiedział w końcu. – I żadnych świadków, ciał czy choćby wyjaśnień.

– To prawda – przytaknęłam. – Królestwo wciąż pogrążone jest w żałobie, ale…

– Ale zniknęli. Podobnie jak ty… – dokończył głos, lecz tym razem wydawał się niemal czuły, czym drwił z mojego losu. – Ty też przecież zniknęłaś, prawda? Pod osłoną nocy, spod nosa setek strażników. Może nawet już płoną świece w twojej komnacie, a posłańcy zostali wysłani do sąsiednich królestw z wieścią o twej śmierci.

– To nieprawda – syknęłam. – Przecież żyję i wrócę do domu!

– Chcesz wrócić tam, gdzie cię nie chciano? Gdzie twój ojciec przestał szukać synów, a teraz przymknął oczy na to, że ktoś porwał jego córkę? Powiedz mi, Roxandrio, czy naprawdę myślisz, że warta jesteś ratunku?

Milczałam. Słowa nieznajomego wbijały się we mnie boleśniej niż palce tych, którzy mnie porwali.

– Dlaczego tak mówisz? – zapytałam z wyrzutem po chwili. – Gdybyś naprawdę uważał, że nic nie znaczę, nie zawracałbyś sobie mną głowy. A jednak pytasz i mnie słuchasz.

Głos nie odpowiedział od razu. Przez jakiś czas dochodził do mnie tylko szum liści nad naszymi głowami.

– Bo rzadko trafiają się tacy, którzy mimo strachu… – odezwał się w końcu – …nie próbują kłamać.

Zbliżył się. Najpierw dostrzegłam tylko kontur, który uformował się w kształt mężczyzny. Szum liści ucichł, kiedy nieznajomy przysunął się bliżej i wszedł w smugę pojedynczej wyrwy w koronach drzew, przez którą wpadało księżycowe światło. Oniemiałam. Nie tego się spodziewałam. Przede mną stał ktoś wyciągnięty z koszmaru balu maskowego, w którym nie wiesz, czy tańczysz z księciem, czy z grabarzem.

Nieznajomy wydał mi się bardzo wysoki, o sylwetce szczupłej, ale mocnej. Na ramionach miał ciemny płaszcz, a na nim spoczywały czarne długie włosy, błyszczące srebrzyście w świetle miesiąca. Twarz miała w sobie coś niepokojąco idealnego. Była jak rzeźba z białego marmuru – piękna, ale lodowata w swoim wyrazie. Złote, wpatrzone we mnie oceniająco oczy kalkulowały, czy jestem warta ratunku, czy raczej zasłużyłam, żeby zostawić mnie tu na pożarcie dzikim zwierzętom.

– Co za ulga – wyrwało mi się, zanim zdążyłam się powstrzymać. Osunęłam się na ściółkę. – Naprawdę myślałam, że jesteś jakimś potworem…

– Oczy często mylą – odparł chłodno. – Gdybym miał tylko im zawierzyć, wciąż brałbym cię za dziewkę z zamtuza, nie księżniczkę.

Nieznajomy zawiesił na mnie spojrzenie, ale nie odzywał się więcej. Zamiast tego ściągnął z ramion płaszcz, przez co odsłonił czarny dublet godny księcia. Podszedł do mnie i okrył nim moje ramiona, a ja lekko się skuliłam.

– To miłe, że nie próbujesz mnie zabić – odparłam z wdzięcznością.

– Jeszcze to rozważam.

Zimny ton sprawił, że poprawiłam płaszcz, by się nim lepiej osłonić. Materiał pachniał dymem i palonym drewnem, jakby przed chwilą wisiał nad ogniskiem.

Nie odezwałam się, straciwszy rezon, ale i mężczyzna nie wydawał się skory do pogawędek. Po prostu się odsunął, a jego sylwetka zaczęła się zmieniać. Z porcelanowej, idealnej skóry wyrosły czarne, połyskujące łuski. Ramiona wydłużyły się, palce zamieniły w potężne szpony. Nogi ugięły się pod jego masywnym cielskiem, zmieniając się w potężne kończyny bestii. Wydawał mi się przerażający, o ślepiach jak jeziora wulkanicznej lawy i paszczy pełnej ostrych jak brzytwy zębów. Nozdrza parowały ciemnym dymem, a oddech pachniał rozżarzonym węglem. Z każdym jego ruchem ziemia drżała pod moimi stopami.

W pierwszym odruchu z przerażenia zapomniałam, jak się oddycha, ale zaraz potem instynkt kazał mi uciekać. Rzuciłam się do biegu, a nogi plątały mi się o podartą halkę i materiał płaszcza. Zdążyłam przebiec może kilka kroków, zanim wiatr zawył nad moją głową, a ogromne szpony zagarnęły mnie w uścisku.

Krzyknęłam, choć nie miałam szans na ratunek. Ziemia uciekła mi spod nóg, a ja z przerażeniem obserwowałam, jak znika pode mną las, zmieniając się w czarną plamę.

– Postaw mnie! – wrzasnęłam, choć dźwięk mojego głosu został zagłuszony przez ryk wiatru i łopot skrzydeł. – Słyszałeś?! Natychmiast mnie puść!

– Jesteś tego pewna, księżniczko? – zachrypiał głos z wnętrza potężnego cielska.

Spojrzałam w dół i odruchowo mocniej chwyciłam się jednego ze szponów. Gdybym spadła, z całą pewnością nie przeżyłabym zderzenia z ziemią.

Już po mnie, pomyślałam. Z trudem uniosłam głowę, mając wrażenie, że za chwilę wnętrzności wyjdą mi przez gardło. W oddali, gdzieś daleko, widziałam znikający zarys cytadeli – mojego domu. Każde uderzenie wielkich skrzydeł niosło mnie dalej w nieznane. Może to i lepiej? Nikt mnie nie potrzebował, a teraz stałam się trofeum smoka – albo jego kolacją, bo chyba jeszcze nie zdecydował. Pomyślałam, że jeśli postanowi mnie zjeść, to liczę, że stanę mu w poprzek gardła.

Podziękowania

Od zawsze fascynowały mnie legendy i baśnie, które choć kierowane zazwyczaj do dzieci, kryły w swoich wersach mrożące krew w żyłach przesłania. To właśnie one znalazły odzwierciedlenie w tej książce, która jest chyba najbardziej magiczną i przerażającą opowieścią, jaka kiedykolwiek wyszła spod mojej ręki.

Cieszę się, że możecie ją poznać, dlatego dziękuję całemu zespołowi Wydawnictwa HM za okazane wsparcie, zaufanie i ogrom pracy włożonej w to, by ta opowieść mogła trafić na sklepowe półki! Wasze doświadczenie, troska o każdy szczegół i zaangażowanie sprawiły, że tekst nabrał ostatecznego kształtu, z którego jestem bardzo dumna.

Szczególne podziękowania kieruję do moich betaczytelniczek: Roksany, Oliwki, Kasi, Magdy, Klaudii, Ani i Żanety. Dziękuję Wam za szczerość, cenne uwagi i czas, który poświęciłyście na lekturę. Wasze spostrzeżenia pozwoliły mi spojrzeć na tę historię świeżym okiem i sprawić, by stała się jeszcze lepsza!

Dziękuję również mojej rodzinie i mężowi za wsparcie, cierpliwość i wyrozumiałość. Jestem ogromnie wdzięczna, że byliście obok, nawet gdy podczas pisania znikałam na długie godziny w innym świecie!

Na koniec dziękuję Wam, drodzy czytelnicy. Każda chwila spędzona z tą historią i dobre słowo są dla mnie niezwykle ważne. Mam nadzieję, że ta opowieść zostanie z Wami na dłużej i że jeszcze nieraz spotkamy się na kartach kolejnych historii.

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Podziękowania

Punkty orientacyjne

Okładka