Krew Pogromców - Edyta M. Matejko - ebook

Krew Pogromców ebook

Edyta M. Matejko

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

On nie pamięta, kim był

Ona nie wie, kim się stanie

Asa, młoda dziennikarka, przez przypadek odkrywa mroczny świat wampirów. Nie wie jeszcze, że jej krew ma niezwykłą moc. Tajemniczy Cień, z którym złączył ją los, okazuje się śledczym zakonu, pilnującego porządku wśród nieśmiertelnych. Został przysłany na Dolny Śląsk, by wyjaśnić sprawę tajemniczej księgi i zawartych w niej przepowiedni o wybrańcu. Do jakich poświęceń będzie zdolna Asa, by go ocalić? Czy ich uczucie przetrwa? To powieść o rozdarciu pomiędzy obowiązkiem a wyborem, o poznawaniu siebie i o uniwersalnym znaczeniu miłości. Akcja powieści toczy się w malowniczym Wrocławiu, w Pradze i w szwajcarskim Sankt Gallen.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 456

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Edyta M. Matejko Krew Pogromców ISBN Copyright © by Edyta M. Matejko, 2025All rights reserved Redaktorzy prowadzący Jan Grzegorczyk i Tadeusz Zysk Redakcja językowa Agnieszka Czapczyk Projekt okładki Tobiasz Zysk Projekt typograficzny i łamanie Barbara i Przemysław Kida Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób i zdarzeń jest przypadkowe. Postaci powieściowe noszące nazwiska osób historycznych są wytworem wyobraźni autorki, a ich sylwetki nie zostały oparte na faktach. Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

1. Cień

Istnieję po to, by służyć i bronić. Od wielu stuleci. Pomyślicie zapewne, że to dużo. Że wiele widziałem i wiele przeżyłem. Ale nie będzie to prawdą. Od czasów renesansu moje życie jest monotonne, związane regułą zakonu, do którego należę, pozbawione osobistych przeżyć. Jestem żołnierzem, sługą, cieniem zakonu, a tłumacząc to na współczesny język — śledczym w militarnym ugrupowaniu pilnującym porządku świata. Chronię panów. Nie wybrałem sobie takiego życia, o nie. Zostało mi dane, narzucone. Mrok, głód, pożądanie — tym karmię się na co dzień.

Nigdy nie będę władcą, nie będę należał do panów, gdyż mam złe urodzenie. Nie pamiętam, kim byłem jako człowiek. Mój stwórca, wampir, był poślednim stworzeniem, służącym. Ja także nim jestem. W ludzkich czasach dożyłem trzydziestu lat. Moja twarz naznaczona jest wiekiem, nieśmiertelność nie zmyła ze mnie tego piętna.

Zakon, do którego należę, odpowiada za prawidłowe funkcjonowanie nieśmiertelnych stworzeń mojego gatunku. Jestem po to, by ukrywać nasze działania przed ludźmi. Sprzątam po tych, którzy mają lepszą krew. Pilnuję, by inni, ci wysoko urodzeni, przestrzegali zasad. Wymuszam to. Jestem strażnikiem…

* * *

Spotkałem ją w jednym z krajów środkowej Europy. Przywiały mnie tam problemy mojego gatunku, a właściwie pewnego wampira, który zatracił się we krwi. Tak, to jest czasami problem starych stworzeń. Krew potrafi śpiewać i wzywać. Łatwo się zagubić, wpaść w szał. Było zimno i ciemno. Wiał wiatr. Wprawdzie nie pamiętam już słońca, a właściwie pełnego słońca, bo mogę poruszać się w półmroku, ale wychowałem się pod niebem, w słońcu i błękicie. Staram się o tym nie myśleć, ale to rzecz, której naprawdę mi brakuje. Nie kontaktu z innymi stworzeniami, nie uczuć, nie rodziny, nie smaków potraw i napojów, ale właśnie słońca.

Przyszła w miejsce, które chciałem zbadać. Była młoda, niedoświadczona i taka niepewna. Właśnie to ją zdradziło. Stała, starając się nie przeszkadzać, nie potrafiła zadawać pytań, jakby przepraszała za to, że żyje. Przeciętnie ubrana, raczej jak młody chłopak niż jak kobieta. Spowita w czerń i szarość. Włosy miała przycięte po męsku, bardzo krótko. Tylko jej oczy były niezwykłe. Długo przebywałem w zakonie, gdzie dominującymi kolorami oczu są brązowy i szary. A jej oczy były zielone. Zielone, duże i błyszczące, i przeraźliwe smutne, jakby spojrzała w mrok i nie potrafiła się z niego już uwolnić.

Zerknęła na mnie przelotnie. Zapewne wzięła mnie za jednego z policjantów. Nie wyróżniam się wśród ludzi. Wojskowe buty, czarne spodnie, czarna koszulka z długim rękawem — to znak rozpoznawczy mojego zakonu. Mam krótko przycięte, ciemne włosy.

Moda zmienia się z biegiem lat. Obserwuję, jak wyglądają obecnie ludzie, ale też pamiętam, jak wyglądali wcześniej. Teraz wszystko stało się prostsze, łatwiejsze. Gdybym miał taki przywilej, nosiłbym się inaczej. Ale nie mam, jestem żołnierzem. Czasami muszę udawać kogoś innego, wcielać się w różne postacie. Wtedy mam prawo zmienić strój. Włosy zawsze symbolizowały siłę. Zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet. Ich utrata była dla kobiet równoznaczna z hańbą. Dla mężczyzn — z niemocą, niewolą. To dlatego nie wolno nam, służebnym, nosić długich włosów, to przywilej panów. Wampirom włosy rosną bardzo szybko. Codzienną koniecznością jest ich ścinanie. Tak każe nasz obyczaj. Ale dlaczego ona?

Na środku placu, pod pomnikiem, leżały zwłoki. Już przykryte szarą płachtą. To one przygnały ją tutaj. Chyba nie szukała jednak sensacji, stała i patrzyła. Ja siedziałem na schodach obok. Obserwowałem i wciągałem powietrze w płuca. Chciałem złapać jak najwięcej zapachów, chciałem zrozumieć, co takiego właściwie się stało.

Wszystko, co wiecie o stworzeniach nocy, to prawda. I zarazem nic nie jest do końca prawdą. Mam doskonały słuch, węch, wzrok. Jestem szybki, bardzo szybki. Nie starzeję się, moje serce nie bije, prawie nie można mnie zabić… można mnie spalić, kołek w serce czasami skutkuje, podobnie jak krucyfiks i czosnek. A czasami nie, zależy od wampira, jego wieku, umiejętności, przesądów, którymi się karmił za życia… Nie śpię w trumnie, nie noszę czarnej peleryny, nie mam wystających zębów. Ale niektórzy z rasy panów — i owszem. Nie zmieniam się w nietoperza, nie umiem latać. Nie wiem, czy potrafią to inne wampiry. Nie zostałem wtajemniczony. Jest wiele kręgów wtajemniczeń wśród wampirów, także w moim zakonie. Nie dostąpiłem jeszcze wszystkich z nich. Słońce jest dla mnie szkodliwe. to, czego pragnę najbardziej, mogłoby mnie zabić. Odczuwam ciągły głód, słyszę krew płynącą w ludzkich żyłach. Czuję ich ciepło, zapach. Przyzywają mnie. Ale ja potrafię się doskonale kontrolować, tak zostałem nauczony, wytresowany. Jestem żołnierzem, strażnikiem, nie mam prawa do zatracenia się we krwi. Dla nas, pośrednich stworzeń, jest krew syntetyczna, czasami — zwierzęca. Ta ludzka jest zarezerwowana dla panów. To jest zgodne z naszym obyczajem. Podobnie jak polowania na ludzi i wszelkie inne rozrywki. Rozrywki, na które dostają zezwolenie.

Na to jednak, co stało się tutaj z tą młodą kobietą, nikt nie dostał zezwolenia. A jednak się wydarzyło. Świadczył o tym zapach, zapach krwi, bardzo specyficzny, przyzywający. Każdy wampir to czuł. Niektóre inne nocne stworzenia też, zarówno nieśmiertelne, jak i śmiertelne. Oprócz ludzi. Ludzie nie mają tego daru, a może przekleństwa, nie czują krwi. Musiałem dociec, co się stało. I musiałem posprzątać. Zatrzeć ślady tak, aby ludzie się nie zorientowali. Przecież i tak podejrzewali nasze istnienie.

W tłumie zauważyłem jednego z panów. A właściwie nie zauważyłem, wyczułem go. Całym swoim jestestwem. Poczułem szum w uszach, suchość w ustach. Stał i przyglądał się sytuacji. On także mnie zauważył. I wezwał do siebie. Podchodziłem ostrożnie, tak jak nakazywały nasze zwyczaje. Był wysoko urodzony, nosił długie włosy i wykwintny garnitur.

— Wezwaliśmy cię, żołnierzu, żebyś pomógł nam posprzątać ten bałagan — rzucił z cierpkim uśmiechem, który nie obejmował jego oczu. Sprawiał natomiast, że pan wyglądał jeszcze bardziej drapieżnie. Zatoczył jasną, wypielęgnowaną dłonią krąg i ciągnął dalej: — Nasza kongregacja nie wie nic na temat nowego przybysza. Nikt z nieśmiertelnych Dolnego Śląska nie przyznaje się do tego czynu. Przepytaliśmy też służebnych. Wezwaliśmy cię, cieniu, żebyś zbadał sprawę. Odpowiadasz przede mną.

Wyglądał bardzo młodo, był jednak stary, dość stary, by pamiętać kilka stuleci. Nie tak stary jednak jak ja. Mówił wolno, żebym zrozumiał. Wampiry to dziwne stworzenia. Naszym językiem wspólnym jest łacina. Wcześniej był to hetycki, ale przyszła nowoczesność. Teraz zmierzamy w kierunku francuskiego i angielskiego. Większość panów już je opanowała. Ale, z jakiegoś nieznanego mi powodu, ten wysoko urodzony rozmawiał ze mną po łacinie. Nas, żołnierzy, uczy się języków krajów, w których wypełniamy misję. Nie miałem problemów ze zrozumieniem tego szumiącego, słowiańskiego języka, którym posługiwali się śmiertelni wokół mnie. On zapewne też nie.

— Jestem Angelus Silesius — powiedział, podając mi swoją wizytówkę. Widniał na niej tylko numer telefonu. — Odpowiadasz przede mną, masz się meldować codziennie. Zatrzymasz się w swoim zgromadzeniu, nie będziesz z nikim rozmawiał o tej sprawie, żołnierzu.

Z nikim — czyli z żadnym wampirem z mojego zakonu i z żadnym śmiertelnym. Miał prawo tego wymagać, a ja nie miałem prawa się sprzeciwić. Tak jak on miał prawo mieć nazwisko, a ja nie. Byłem tylko żołnierzem, cieniem zakonu. Moje imię z czasów przed przemianą zaginęło w mroku dziejów, nie pamiętałem go. Było bez znaczenia. Sam myślałem o sobie: Cień, używając określenia funkcji w zakonie, jakby było imieniem. Byłem Cieniem.

— Który stopień? — zapytał.

Wyciągnąłem spod koszulki mój nieśmiertelnik. Nasze identyfikatory są zrobione z tytanu. Srebro nam szkodzi, złoto jest zbyt delikatne. Zakonne nieśmiertelniki wyglądają jak nieśmiertelniki amerykańskich żołnierzy. W każdym razie bardzo podobnie. Tylko nosimy je dużo, dużo dłużej. Na moim jest wygrawerowana czwórka. Pokazałem mu go.

Silesius wykrzywił twarz z cierpkim uśmiechu.

— Myślałem, że przyślą nam bardziej doświadczonego żołnierza — powiedział cicho.

— Tak, panie.

Nie mogłem mu się sprzeciwić, zaprzeczyć. Nie miałem takiego prawa. Nawet gdybym chciał mu powiedzieć, że tylko nieliczni dostąpili zaszczytu wejścia na Dziewiąty Poziom. Ci najlepsi, najdoskonalsi żołnierze i nauczyciele. Poziom Dziesiąty — ten osiągnął tylko wielki mistrz, jedyny wampir, który wie wszystko o zakonie. Byłem doświadczonym i lojalnym żołnierzem. Nie mogłem zrobić nic innego, więc opuściłem głowę.

— Mów — ponaglił.

— Dzisiaj w nocy przyjdę porozmawiać z wysoko urodzonymi tego miasta. Proszę, panie, by wszyscy byli obecni.

Stałem naprzeciw niego i nie patrzyłem mu w oczy. Taki był zwyczaj. Wzrostem mi dorównywał, był tylko drobniejszej postury. Nie miał za sobą wieków ćwiczeń i walki, miał za sobą wieki uczt, balów, oper i przyjemności. Co nie znaczy, że był mniej niebezpieczny ode mnie. Nie był.

— Potrzebujesz współczesnej broni?

— Mój zakon się tym zajmie, panie. Nie lubię współczesnej broni, wolę miecze i noże.

— Niech będzie. Czekam na ciebie o północy. Rozejrzyj się na miejscu, nie muszę ci przypominać o dyskrecji.

— Nie, panie, mój zakon ma dla mnie wcielenie, wszystko jest zgodne z procedurami.

Rozmówca nie zaszczycił mnie więcej nawet spojrzeniem, odszedł tak szybko, jakby rozpłynął się w powietrzu. A może tak było naprawdę? Ja tego nie potrafiłem.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

2. Asa

Stałam tam i patrzyłam na zwłoki. Nie przerażały mnie tak, jak nieuchronność rozmowy z policjantami, konieczność wypytywania ich, wyciągania z nich informacji. Bardzo pragnęłam być dziennikarką. Zrobiłam wszystko, by nią zostać. Nie było to łatwe, nie dysponowałam świetnym wykształceniem, nie pochodziłam z bogatego domu, nie miałam znajomości. Ale miałam marzenia i upór. A teraz bałam się podejść i wykonywać swoją pracę. Czułam wstyd, wstyd i niestosowność tego, co robię… I nie wiedziałam dlaczego.

Na schodach pod pomnikiem siedział policjant. Zwróciłam na niego uwagę, bo był bardzo przystojny, przystojny w tak niestandardowy, nieoczywisty sposób. Wyprostowany jak struna, szczupły, wysoki, wyglądał jak żołnierz. Miał bardzo jasną cerę i błyszczące brązowe oczy. Te oczy obserwowały wszystko z zimną kalkulacją. Wciągał powietrze, jakby delikatnie węszył. Czasami przesuwał ręką po krótkich włosach, zbyt krótkich, jak na mój gust. Gdy zatrzymał wzrok na mnie, przeszył mnie dreszcz. Było w nim coś drapieżnego, coś dziwnego. Nie potrafiłam jednak określić, co to takiego… Chciałam do niego podejść, ale zniknął w tłumie. Rozmawiał z mężczyzną w garniturze. Spuścił głowę, niewiele mówił. Jego jasna twarz pozostawała bez wyrazu. Ten w tłumie, jego rozmówca, wydał mi się znajomy. Dziennikarz, nie… policjant… może prokurator. Gdzieś już go widziałam. Jego długie włosy wydawały mi się aż nadto charakterystyczne. I ten elegancki garnitur. Będę musiała poszukać w archiwum, może znajdę coś w internecie.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

3. Cień

Siedziba naszego zakonu mieściła się na Ostrowie Tumskim, przy placu Kościelnym, w pobliżu kolegiaty Świętego Krzyża i Świętego Bartłomieja, przy pomniku Świętego Jana Nepomucena w pomarańczowo-białej, uroczej kamieniczce. Dalej, idąc wybrukowaną ulicą, dochodziło się do katedry. To było magiczne miejsce. Ciche, spokojne, oświetlone latarniami gazowymi. Pełne historii, kościołów, zabytków i rzeźb. W siedzibie zakonu mieszkał na stałe jeden żołnierz. Dwóch innych przebywało przejazdem. I byłem ja, na trochę dłużej.

W szczelnie zasłoniętym pokoju mieściły się cztery wojskowe prycze, niewielki stolik i cztery krzesła. Nic poza tym. Do łazienki prowadził mały, wąski korytarz. Byliśmy zakonnikami, żołnierzami. To musiało nam wystarczyć.

— Mam wszystko, czego potrzebujesz do wypełnienia misji. Rozmawiałem z twoim prowadzącym. — Zakonnik z Wrocławia przyglądał mi się z ciekawością. Był niskim, barczystym mężczyzną. W czasie przemiany nie mógł mieć więcej niż czterdzieści lat. Na jego piersi lśnił nieśmiertelnik z szóstką. Znajdował się wyżej ode mnie w hierarchii, byłem winien mu posłuszeństwo. — Na pryczy znajdziesz dokumenty, informacje oraz potrzebną ci odzież. Pamiętaj, to tylko rola. Skóra, którą musisz narzucić, by wykonać zadanie. Znajdziesz też nóż, ale to ostateczność.

— Zgodnie z obyczajem — przytaknąłem, zbyt wolno spuszczając głowę.

Żołnierz spojrzał mi w oczy. Miał jasne, niebieskie źrenice.

— Twój przydział jest w skrzyni pod pryczą. Nie zapomnij się.

Przełknąłem ślinę. Jego oczy świdrowały mnie aż do wnętrza.

— Buntownik, co? — bardziej stwierdził, niż spytał.

— Nie, bracie — odpowiedziałem zgodnie z zasadą.

Już nie — dodałem w myślach. Tak, kiedyś buntowałem się przeciw losowi, kiedyś przeklinałem moje złe ponowne narodzenie, moją służebną rolę, którą musiałem pełnić przez wieki, przeklinałem głód, ból, samotność. Przestałem jakieś sto temu. Teraz wolałem pustkę i rezygnację. Czysty instynkt przetrwania. I nie szukałem sensu.

Na łóżku znalazłem dokumenty, legitymację prasową i odzież. Lubiłem garnitury i koszule. Mogłem poczuć się jak ktoś inny. Ale czas przemiany w człowieka jeszcze nie nadszedł, musiałem przygotować się do spotkania wysoko urodzonych wampirów tego miasta. Miałem z nimi porozmawiać, ustalić fakty i szczegóły. Doświadczenie uczyło mnie, że trupa ze śladami zębów na szyi mógł zostawić ktoś miejscowy, któryś z nieśmiertelnych panów.

Budynek, w którym odbywają się zebrania nieśmiertelnych panów, to gmach uniwersytetu. W nocy wygląda niesamowicie, zwłaszcza oświetlony. Podszedłem tam od strony Odry i przez chwilę podziwiałem księżyc odbijający się w rzece. Drzwi były zamknięte, ale po chwili otworzyły się z cichym łoskotem. Nieśmiertelni zazwyczaj wyczuwają innych nieśmiertelnych. Wszedłem. Prowadził mnie sługa. Nic nie mówił. Nie musiał. Zebranie odbywało się na piętrze, w sali zwanej Aulą Leopoldina. Niezwykłe malowidła i drewniane ławy stwarzały niepowtarzalny nastrój. Pochodziły z osiemnastego wieku, podobnie jak kilka znajdujących się tu wampirów. Inni panowie byli dużo starsi. Wszyscy obecni, a było ich siedmioro, sprawiali wrażenie niezwykle eleganckich, spokojnych i opanowanych. Ale to były tylko pozory. Oprócz znanego mi już Angelusa Silesiusa w spotkaniu uczestniczyło jeszcze trzech mężczyzn i trzy kobiety. Dwaj mężczyźni mieli na sobie stroje z początku dziewiętnastego wieku. Jeden ubrany był współcześnie, w smoking. Natomiast kobiety tworzyły istną mieszankę stylów i epok. Wszystkie jednak założyły suknie balowe w kolorze czerwonego wina. Ukłoniłem się.

— A więc to jest ten żołnierz — powiedziała jedna z kobiet.

Musiała być bardzo młoda, gdy została wampirem. Na jej twarzy nie było żadnej zmarszczki czy niedoskonałości. Długie włosy wiły się i opadały na plecy. Podeszła do mnie i dotknęła mej twarzy. Uśmiechnęła się prowokująco. Drgnąłem. Postąpiła wbrew zasadom. Nam, żołnierzom, nie wolno dotykać wysoko urodzonych, zwłaszcza pań, a one powinny unikać kontaktu z nami.

Silesius chrząknął i wampirzyca odsunęła się ode mnie.

— Jesteśmy wszyscy, jak prosiłeś — powiedział pewnie. — Najważniejsi panowie zamieszkujący moją marchię. Poza miastem jest jeszcze kilkoro, ale ostatnio nikt tu nie przebywał. Wiedziałbym o tym.

Wciągnąłem powietrze. Wszyscy pachnieli mieszanką krwi, rozmarynu i kwiatów hoi. Czyli — jak wampiry. Każdy z nich miał jednak także specyficzny zapach. Niewiele mi to jednak dawało, ponieważ na miejscu zbrodni, pod pomnikiem Aleksandra Fredry, poczułem tylko lekką woń wampira. Nie widziałem też ugryzienia, musiałem wierzyć na słowo Silesiusowi. Tylko — czy mogłem?

— Rób, co musisz — powiedział mężczyzna w smokingu.

— Wiesz, panie, co muszę zrobić — odpowiedziałem.

Mężczyzna podszedł do mnie, ugryzł się w nadgarstek i podstawił pod moje usta. Jeden mały łyk… Ta konieczność kontroli była nie do zniesienia, moja krew szalała, ale nie mogłem stracić panowania nad sobą. Poczułem go. Był starszy, niż myślałem. Żył od kilku stuleci. Ukłoniłem mu się, gdy zabierał rękę. Zapamiętałem jego smak i zapach, swoisty kod, który pozwoli mi odkryć jego ślady nawet długo po jego obecności w danym miejscu. Potem on ugryzł mnie w szyję. On nie musiał się kontrolować, poznając mnie, a jednak to zrobił. Byłem mu wdzięczny. Czasami taka wymiana informacji kończyła się źle dla żołnierza. Panowie niekiedy się zapominają.

Podobnie postąpili pozostali mężczyźni, a potem kobiety. Na końcu — Silesius. Poznałem ich, a oni poznali mnie. Nie potrafiłem powiedzieć, czy to ich zapach znajdował się pod pomnikiem. Wszyscy byli wobec mnie w miarę łagodni, oprócz przywódcy. Jemu samokontrola przychodziła najtrudniej, w końcu jednak oderwał się od mojej szyi. Miał drapieżny wyraz twarzy.

— A więc to ty, cieniu zakonu — powiedział powoli i z groźbą w głosie. Nie wiem, co poczuł w mojej krwi. Wszyscy przyglądali mi się ostrożnie.

— Będę musiał obejrzeć ugryzienie — powiedziałem ostrożnie.

Jeden z mężczyzn podał mi zdjęcia. Na jednym była dziewczyna. Na drugim — zbliżenie na jej szyję. Z wyraźnym znakiem wampira.

— A zapach? — zapytałem cicho. — Muszę jeszcze raz poczuć zapach, by móc coś ustalić.

— Idź na miejsce porzucenia ciała i do redakcji. Do kostnicy nie mamy dostępu. Najbliżej z dziennikarzy była przy niej reporterka „Wieczoru”, na pewno ustalisz która. Spróbuj zdjąć z niej zapach.

— Tak, panie.

Panowie odwrócili się ode mnie, a ja wyszedłem pośpiesznie. Audiencja skończona.

Byłem osłabiony i bolała mnie szyja. Pod pryczą znalazłem woreczek z syntetyczną krwią. Wynalezienie sztucznej krwi było marzeniem ludzi od dziesięcioleci. Niestety, nie potrafili tego zrobić. Jeszcze nie. Co innego my, nieśmiertelni. Nas nie ograniczała jednak ani moralność, ani kodeksy etyczne. Pod Dreznem produkowaliśmy syntetyczną krew, klonując ludzkie kości. Niewielu wampirów o tym wiedziało. Ja, jako śledczy, czyli cień zakonu, miałem ten przywilej. Wziąłem kilka łyków. Ciepło rozeszło się po moim ciele, poczułem się trochę lepiej. Tylko trochę lepiej. Przejmujący głód nie zniknął, ale potrafiłem nad nim panować. Spojrzałem jeszcze raz na zdjęcia dziewczyny. Na jej szyi widniał siny ślad, jak po duszeniu. I tak zapewne zostanie to zakwalifikowane przez organy ścigania. Jedynie wprawne oko nieśmiertelnego może dostrzec, że to nie tylko siniak i zadrapania. W ten sposób mój gatunek od wieków chronił się przed zdemaskowaniem. Widoczne ugryzienie to mit. To znaczy, jest ono możliwe. Ale rzadkie. Tak żerują na przykład wampiry na wampirach. Tak ugryzł mnie mężczyzna w smokingu i pozostali członkowie kongregacji. Zwłaszcza Silesius. Na wspomnienie potarłem dużą ranę na szyi. Goiła się dobrze, jutro nie będzie już po niej śladu. Natomiast istnieje drugi sposób ugryzienia. Wygląda jak zadrapania i siniaki. I to właśnie zobaczyłem na zdjęciach.

Świtało. Postanowiłem się przespać. A właściwie nie przespać, raczej być martwym. Choć to i tak nie oddaje istoty tego, co się ze mną działo w ciągu dnia.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

1. Cień

2. Asa

3. Cień