Krew i flaki w szkole średniej - Opracowanie zbiorowe - ebook

Krew i flaki w szkole średniej ebook

Opracowanie zbiorowe

4,0

Opis

Mroczna, niepokojąca metafikcja, okrzyknięta niegdyś literackim odpowiednikiem punk rocka: kazirodztwo, aborcja, gangi uliczne, nowojorskie slumsy i halucynacyjna podróż przez Afrykę Północną. Nielinearna, chaotyczna, kolażowa antynarracja, przeplatana obscenicznymi rysunkami oraz fragmentami dramatycznymi i poetyckimi. Brutalny, transgresyjny surrealizm spod znaku Bataille’a, Burroughsa i Geneta – ten ostatni pojawia się zresztą na kartach książki we własnej osobie.

Kathy Acker (1947-1997) – amerykańska powieściopisarka postmodernistyczna, debiutowała jako reprezentantka eksperymentalnego nowojorskiego podziemia literackiego połowy lat 70., jednocześnie zarabiając na życie tańcem erotycznym. Na początku lat 80. mieszkała w Londynie, gdzie napisała kilka swoich najbardziej cenionych przez krytykę utworów. Po powrocie do USA pod koniec lat 80. przez około sześć lat pracowała jako adiunkt w San Francisco Art Institute. Oprócz kilkunastu powieści pozostawiła po sobie kilka zbiorów poezji, scenariusze filmowe, liczne eseje i teksty z teorii literatury oraz jedno libretto operowe. Zmarła na raka piersi w klinice medycyny alternatywnej w Tijuanie. W Polsce opublikowano dotąd tylko jedną jej powieść, „Kicia, król piratów” w przekładzie Katarzyny Karłowskiej (Zysk i S-ka, 2002). Fragmenty „Blood and Guts…” w przekładzie Piotra Siemiona ukazały się w 1990 roku na łamach „brulionu”.

Andrzej Wojtasik - urodzony w 1970 roku w Szczecinie. Od dwudziestu siedmiu lat tłumaczy książki. Do jego dorobku należą m.in.: „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” H. Zinna, „Please kill me. Punkowa historia punka” L. McNeila i G. McCain, a także "Galaktyka Gutenberga" M. McLuhana.

 

[BLURBY]

Poszarpany styl, gdzie estetyka „śmieci”, artystycznego odpadu i proto-punk zderzają się ze światem wyrafinowanej literatury i literackich tradycji, jak również szokująca opowieść o 14-letniej dziewczynce doświadczającej wszelkich transgresji, dawały piorunującą mieszankę i stanowiły początki literackiego postmodernizmu. Tutaj sama forma świadczy o rozpadzie: rozkładzie systemu społecznego Ameryki, w której zorganizowana przestępczość stała się alternatywną ekonomią. I choć trudno udowodnić bezpośredni wpływ powieści Acker na portrety młodzieży w kinie i telewizji ostatnich trzech, czterech dekad, to w pewnym sensie, współczesna produkcja jest nieodrodnym dzieckiem Acker, gdzie transgresje i eklektyzm są obowiązkowe. Nihilistyczne lustro, które przystawia Acker, wciąż przyprawia o potężny niepokój.

Agata Pyzik

 

W 1984 ukazały się dwie ważne powieści. „Neuromancer” Williama Gibsona kusiła spekulatywną poezją przyszłości, ale bezwiednie utwardzała neoliberalne struktury władzy, płci i techniki. „Krew i flaki” Kathy Acker je podważa i burzy na każdym poziomie, włącznie z najbardziej podstawowymi zasadami narracji. Acker granicom się nie kłaniała i nigdzie nie widać tego wyraźniej niż w tym tomie.

Paweł Frelik

 

Krew i flaki w szkole średniej to powieść jednocześnie i bolesna, i podnosząca na duchu, w przewrotny sposób i seksualna, i odpychająca, w swoim okrucieństwie surrealna i oniryczna, gdzie fragmenty dziennika autorki, zapiski snów czy tłumaczenia wspomnień kochanki Georgesa Bataille’a, Colette Peignot, mieszają się z pornograficznymi rysunkami, cytatami z Barthesa i Shakespeare’a, fikcyjnymi tłumaczeniami z łaciny i perskiego czy opisami aborcji, tortur, przemocy, slumsów i więzień. Pod tymi wieloma warstwami złożonymi z zabaw gatunkowych, autocytatów i plagiaryzmu Acker zdaje się przekazywać starą i niezbyt postmodernistyczną prawdę, że jedynym uwolnieniem od cierpień miłosnych – jest śmierć.

 

Jacek Żebrowski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 179

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (4 oceny)
1
2
1
0
0
Sortuj według:
TonRzuan

Nie oderwiesz się od lektury

git majonez
00

Popularność




Ka­thy Ac­ker, Krew i flaki w szkole śred­niej, prze­ło­żył An­drzej Woj­ta­sik
Co­py­ri­ght © 1978 by Ka­thy Ac­ker
Co­py­ri­ght © 2022, for the trans­la­tion by An­drzej Woj­ta­sik Co­py­ri­ght © 2022, for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Ha!art
Re­dak­tor pro­wa­dzący · Piotr Ma­recki
Re­dak­cja · Ja­cek Że­brow­ski
Ko­rekta · Ze­spół
Pro­jekt okładki · Mi­cha­lina Mo­su­rek
Pro­jekt ty­po­gra­ficzny · Mar­cin Her­nas
Skład i ła­ma­nie · By Mo­use | www.by­mo­use.pl
Wy­da­nie I
ISBN 978-83-66571-87-7
511. pu­bli­ka­cja wy­daw­nic­twa
Wy­daw­nic­two Ha!art ul. Ko­nar­skiego 35/8, 30-049 Kra­ków tel. 795 124 207wy­daw­nic­[email protected]
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

SE­RIA PRZE­KŁA­DÓW pro­wa­dzona przez Alek­san­drę Ma­łecką i Pio­tra Ma­rec­kiego

· Na­pitki & li­te­ra­tura. An­to­lo­gia opo­wia­dań ho­len­der­skich i fla­mandz­kich, pod re­dak­cją Bar­bary Kalli i Bo­żeny Czar­nec­kiej, prze­ło­żyły z ję­zyka ni­der­landz­kiego Bar­bara Kalla, Bo­żena Czar­necka i Ewa Dy­na­ro­wicz

· Am­brose Bierce, Dia­bli dyk­cjo­narz, prze­ło­żył Ma­te­usz Ko­pacz

· An­thony Jo­seph, Afry­kań­skie ko­rze­nie UFO, prze­ło­żyła Te­resa Ty­szo­wiecka Blask!

· Ro­bert Bur­ton, Ana­to­mia me­lan­cho­lii, wy­brał i prze­ło­żył Mi­chał Ta­ba­czyń­ski

· Jean Ray, Mal­per­tuis, prze­ło­żył Ja­kub Po­lasz­czyk

· Niña We­ijers, Kon­se­kwen­cje, prze­ło­żyła Ja­dwiga Ję­dryas

· Ish­mael Reed, Mambo dżambo, prze­ło­żyła prze­ło­żyła Te­resa Ty­szo­wiecka blasK!

· Ka­ta­rína Kuc­be­lová, Cze­piec, prze­ło­żyła Ka­ta­rzyna Du­dzic-Gra­biń­ska

· Pe­ter Mar­kus, Bob albo męż­czy­zna na ło­dzi, prze­ło­żył Piotr Si­wecki

· Da­niel Maj­ling, Ru­ska kla­syka, prze­ło­żyła We­ro­nika Go­gola

· Ka­thy Ac­ker, Krew i flaki w szkole śred­niej, prze­ło­żył An­drzej Woj­ta­sik

KO­LEJNE KSIĄŻKI W SE­RII

· Ju­dith Scha­lan­sky, Szyja ży­rafy, prze­ło­żył Ka­mil Idzi­kow­ski

· Leś Be­lej, Plan na­prawy Ukra­iny, prze­ło­żył Zie­mo­wit Szcze­rek

· Ice­berg Slim, Al­fons. Hi­sto­ria mo­jego ży­cia, prze­ło­żyła Te­resa Ty­szo­wiecka Blask!

· Bar­bora Hrínová, Jed­no­rożce, prze­ło­żyła Olga Sta­wiń­ska

· Ger­trude Stein, Kru­che przy­ci­ski, prze­ło­żyła Te­resa Ty­szo­wiecka Blask!

· Alena Sa­bu­chová, Szep­tu­chy, prze­ło­żyła Olga Sta­wiń­ska

· Ni­col Ho­ch­hol­cze­rová, Tego po­koju nie da się zjeść, prze­ło­żył Ra­fał Bu­ko­wicz

We­wnątrz szkoły śred­niej

Ro­dzice cuchną

Nie po­znaw­szy ni­gdy matki – jej matka zmarła, gdy Ja­ney miała rok – po­le­gała na ojcu we wszyst­kim i uwa­żała go za swo­jego chło­paka, brata, sio­strę, pie­nią­dze, roz­rywkę i ojca.

Ja­ney Smith miała dzie­sięć lat i miesz­kała z oj­cem w Me­ri­dzie, głów­nym mie­ście Ju­ka­tanu. Ona sama i pan Smith pla­no­wali dla Ja­ney wiel­kie wa­ka­cje w No­wym Jorku w Ame­ryce Pół­noc­nej. Wła­ści­wie pan Smith chciał się po­zbyć Ja­ney, żeby móc spę­dzać cały czas z Sally, dwu­dzie­sto­jed­no­let­nią gwiazdką, która wciąż nie chciała się z nim pier­do­lić.

Pew­nego wie­czora pan Smith wy­szedł z Sally i Ja­ney wie­działa, że jej oj­ciec i ta ko­bieta będą się pier­do­lić. Ja­ney była bar­dzo ładna, ale jedno oko miała umiesz­czone tro­chę asy­me­trycz­nie, co nada­wało jej nieco dziwny wy­gląd.

Ja­ney roz­wa­liła łóżko ojca i ze­pchnęła de­ski pod drzwi wej­ściowe. Kiedy pan Smith wró­cił do domu, za­py­tał Ja­ney, czemu tak się za­cho­wuje.

Ja­ney: Chcesz mnie zo­sta­wić. (Sama nie wie, czemu to mówi)

Oj­ciec: (za­sko­czony, ale nie za­prze­cza) Wła­śnie po raz pierw­szy prze­spa­łem się z Sally. Jak miał­bym co­kol­wiek wie­dzieć?

Ja­ney: (zdu­miona. Sama nie wie­rzyła w to, co mó­wiła. Kie­ro­wało nią tylko roz­draż­nie­nie) CHCESZ mnie zo­sta­wić. O nie. Nie. Tak nie może być.

Oj­ciec: (rów­nież zdu­miony) Ni­gdy nie my­śla­łem o tym, żeby cię zo­sta­wić. Tylko się pier­do­li­łem.

Ja­ney: (sły­sząc jego słowa w ogóle się nie uspo­kaja. Oj­ciec za­pewne pro­wo­kuje tę sy­tu­ację, bo wie, że Ja­ney gwał­tow­nie się na­kręca, kiedy się boi) Nie mo­żesz mnie zo­sta­wić. Nie mo­żesz. (Te­raz wpada w cał­ko­witą hi­ste­rię) Ja... (Zdaje so­bie sprawę, że może do­stać szału i po­gor­szyć sy­tu­ację. Przez chwilę chce słu­chać jego wy­my­słów. Drży ze stra­chu, kiedy o to pyta) Je­steś w niej aż tak mocno za­ko­chany?

Oj­ciec: (my­śli. Za­czyna się dez­orien­ta­cja) Nie wiem.

Ja­ney: Nie zwa­rio­wa­łam. (Uświa­da­mia so­bie, że oj­ciec jest do sza­leń­stwa za­ko­chany w tam­tej ko­bie­cie) Nie chcę się tak za­cho­wy­wać. (Co­raz bar­dziej uświa­da­mia so­bie, jak mocno oj­ciec ko­cha inną. Wy­rzuca to z sie­bie) Przez ostatni mie­siąc spę­dza­łeś z nią każdą wolną chwilę. To dla­tego prze­sta­łeś ze mną ja­dać po­siłki. To dla­tego nie po­ma­gasz mi tak, jak to zwy­kle ro­bi­łeś, gdy źle się czuję. Je­steś w niej za­ko­chany aż do sza­leń­stwa, prawda?

Oj­ciec: (nie­świa­domy tego wiel­kiego za­mie­sza­nia) Dziś wie­czo­rem prze­spa­li­śmy się po raz pierw­szy.

Ja­ney: Po­wie­dzia­łeś mi, że je­ste­ście tylko przy­ja­ciółmi, jak ja i Pe­ter (wy­pchany ba­ra­nek Ja­ney) i nie za­mier­za­cie ze sobą spać. Ja prze­cież nie sy­piam z tymi wszyst­kimi bu­ha­jami ze świata sztuki: kiedy sy­piasz ze swoją naj­lep­szą przy­ja­ciółką, to już jest na­prawdę grubo.

Oj­ciec: Wiem, Ja­ney.

Ja­ney: (nie wy­grała tej rundy; rzu­ciła mu zdradą w twarz, ale on nie od­ciął się od tego) Czy za­mie­rzasz za­miesz­kać z Sally? (Wy­biera naj­gor­szą moż­li­wość)

Oj­ciec: (mówi wciąż w tym sa­mym smut­nym to­nem, z wa­ha­niem, ale w grun­cie rze­czy szczę­śliwy) Nie wiem.

Ja­ney: (nie może w to uwie­rzyć. Za każ­dym ra­zem, gdy mówi naj­gor­sze, oka­zuje się, że to prawda) Kiedy bę­dziesz wie­dział? Mu­szę coś za­pla­no­wać.

Oj­ciec: Spa­li­śmy ze sobą tylko raz. Dla­czego po pro­stu nie po­zwo­lisz, Ja­ney, żeby to wszystko się ja­koś uło­żyło? Czemu mnie tak ci­śniesz?

Ja­ney: Mó­wisz mi, że ko­chasz inną, że mnie wy­wa­lisz, że nie po­win­nam wy­wie­rać na to­bie pre­sji. Za kogo ty mnie masz, Johnny? Ko­cham cię.

Oj­ciec: Niech bę­dzie jak ma być i wszystko się ułoży. Ro­bisz z tego więk­szą aferę, niż trzeba.

Ja­ney: (wszystko się wy­lewa) Ko­cham cię. Uwiel­biam cię. Kiedy pierw­szy raz cię spo­tka­łam, po­czu­łam jakby za­pa­liło się we mnie świa­tło. Je­steś pierw­szym, kim się za­chwy­ci­łam. Nie ro­zu­miesz tego?

Oj­ciec: (mil­czy)

Ja­ney: Nie mogę po pro­stu znieść, że mnie zo­sta­wiasz: to jak lanca roz­ci­na­jąca mój mózg na pół, naj­więk­szy ból, ja­kiego kie­dy­kol­wiek do­zna­łam. Nie ob­cho­dzi mnie, z kim się pier­do­lisz. Wiesz o tym prze­cież. Ni­gdy wcze­śniej się tak nie za­cho­wy­wa­łam.

Oj­ciec: Wiem.

Ja­ney: Po pro­stu boję się, że mnie zo­sta­wisz. Wiem, że za­cho­wy­wa­łam się wo­bec cie­bie chu­jowo. Za dużo się opier­da­la­łam; nie przed­sta­wi­łam cię moim przy­ja­ciół­kom.

Oj­ciec: Po pro­stu mam ro­mans, Ja­ney. I chcę go mieć.

Ja­ney: (te­raz jest ra­cjo­nalna) Ale mógł­byś mnie zo­sta­wić.

Oj­ciec: (mil­czy)

Ja­ney: W po­rządku. (Opa­no­wuje się w środku to­tal­nej ka­ta­strofy i za­ci­ska zęby) Mu­szę po­cze­kać, aż zo­ba­czę, jak się ułoży mię­dzy tobą a Sally i wtedy będę wie­działa, czy mam z tobą miesz­kać, czy nie. Czy tak to wy­gląda?

Oj­ciec: Nie wiem.

Ja­ney: Nie wiesz?! A skąd ja mam to wie­dzieć?

Tej nocy, po raz pierw­szy od mie­sięcy, Ja­ney i jej oj­ciec śpią ra­zem, po­nie­waż Ja­ney nie może za­snąć w inny spo­sób. Do­tyk jej ojca jest chłodny; oj­ciec nie chce jej do­ty­kać, głów­nie dla­tego, że jest zdez­o­rien­to­wany. Ja­ney pier­doli się z nim, cho­ciaż boli ją jak cho­lera z po­wodu za­pa­le­nia przy­dat­ków.

Po­niż­szy wiersz na­pi­sał pe­ru­wiań­ski po­eta César Val­lejo, który uro­dził się 18 marca 1892 roku (Ja­ney uro­dziła się 18 kwiet­nia 1964 roku), miesz­kał przez pięt­na­ście lat w Pa­ryżu i tam zmarł w wieku 46 lat:

Wrze­sień

Ucie­kłaś tej nocy wrze­śnio­wej

Tak do­bra dla mnie... aż po ból i smu­tek!

Sam sie­bie nie znam nie znam już ni­czego

Ale ty, TY do­bra być nie mu­sisz.

Tej nocy sa­mot­nie w wię­zie­niu bez krat

Ta­jemny i ty­rań­ski, w pa­nice i chory

Sam sie­bie nie znam, nie znam już ni­czego

Sam sie­bie nie znam, w żalu po­grą­żony.

Tylko ta noc do­bra, TY

Co w kurwę za­mie­niasz mnie

Żad­nych uczuć, dy­stans od Boga dany:

I twoja nie­na­wistna sło­dycz, do któ­rej lgnę.

Wrze­śniowy wie­czór, gdy za­siane

W ży­wych wę­glach, z auta

W ka­łuże – nie znane.

Ja­ney: (gdy oj­ciec wy­cho­dził z domu) Wró­cisz dziś na noc? Nie py­tam, żeby cię wku­rzyć. (Już nie chce się sta­wiać) Je­stem tylko cie­kawa.

Oj­ciec: Oczy­wi­ście, że wrócę.

Gdy tylko oj­ciec wy­szedł z domu, Ja­ney rzu­ciła się do te­le­fonu i za­dzwo­niła do swo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela, Billa Rus­sie. Bill kie­dyś pier­do­lił się z Ja­ney, ale jego chuj był za duży. Ja­ney wie­działa, że po­wie jej, co się dzieje z John­nym, czy Johnny osza­lał, czy nie, i czy Johnny na­prawdę chce ze­rwać z Ja­ney. Przed Bil­lem Ja­ney nie mu­siała ni­czego uda­wać.

Ja­ney: Wła­śnie te­raz znaj­du­jemy się na skraju no­wej ery, w któ­rej z róż­nych po­wo­dów lu­dzie będą mu­sieli bo­ry­kać się wszel­kiego ro­dzaju trud­nymi pro­ble­mami, co nie po­zo­sta­wia nam czasu na luk­sus ar­ty­stycz­nego wy­ra­ża­nia sie­bie. Czy Johnny jest do sza­leń­stwa za­ko­chany w Sally?

Bill: Nie.

Ja­ney: Nie? (Cał­ko­wite zdu­mie­nie i na­dzieja)

Bill: Jest mię­dzy nimi coś bar­dzo głę­bo­kiego, ale nie zo­stawi cię dla Sally.

Ja­ney: (z jesz­cze więk­szą na­dzieją) To dla­czego się tak za­cho­wuje? Zna­czy, dla­czego mówi, że mnie zo­stawi?

Bill: Po­wiedz mi do­kład­nie, co się dzieje, Ja­ney. Chcę to wie­dzieć z po­wo­dów oso­bi­stych. To bar­dzo ważne. Johnny nie trak­tuje mnie jak przy­ja­ciela. Nie chce już ze mną roz­ma­wiać.

Ja­ney: Nie chce? Czuje, że je­steś jego naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. (Po­dej­muje de­cy­zję) Po­wiem ci wszystko. Wiesz, że by­łam bar­dzo chora.

Bill: Nie wie­dzia­łem. Prze­pra­szam, nie będę cię wię­cej nę­kać.

Ja­ney: By­łam na­prawdę chora. Za­zwy­czaj Johnny po­maga mi, kiedy cho­ruję, ale tym ra­zem nie po­mógł. Ja­kiś mie­siąc temu po­wie­dział mi, że spo­tyka się z An­dreą i Sally. Po­wie­dzia­łam: „Och, to świet­nie”, bo to świet­nie, gdy ma no­wych przy­ja­ciół. Był na­prawdę sa­motny, po­wie­dzia­łam mu, że to świet­nie. Przy­znał, że ma ob­se­sję na punk­cie Sally, za­du­rzył się, ale to nie ma nic wspól­nego z sek­sem. Nie ob­cho­dziło mnie to. Ale on za­cho­wy­wał się wo­bec mnie bar­dzo dziw­nie. Ni­gdy nie wi­dzia­łam, żeby się tak za­cho­wy­wał. Przez ostat­nie dwa mie­siące trak­to­wał mnie tak, jakby mnie nie­na­wi­dził. Ni­gdy nie są­dzi­łam, że mnie zo­stawi. A te­raz chce mnie zo­sta­wić.

Bill: (wcina się) Ja­ney. Mo­żesz mi po­wie­dzieć, co do­kład­nie stało się ze­szłej nocy? Mu­szę wie­dzieć wszystko. (Ja­ney mówi mu) Jak my­ślisz, co się dzieje?

Ja­ney: Jedno z dwojga... Je­stem Johnny. (My­śli) Jedno z dwojga. (Mówi bar­dzo po­woli i wy­raź­nie) Pierw­sza rzecz: Je­stem Johnny. Za­czy­nam cie­szyć się czymś na kształt suk­cesu, ko­biety chcą się ze mną pier­do­lić. Ni­gdy wcze­śniej ko­biety mnie nie chciały. Chcę wszyst­kiego. Chcę iść w świat tak da­leko, jak tylko się da. Ro­zu­miesz, o czym mó­wię?

Bill: Tak. Mów da­lej.

Ja­ney: Są dwa po­ziomy. Nie cho­dzi o to, że uwa­żam, że je­den jest lep­szy od dru­giego, ro­zu­miesz? Cho­ciaż my­ślę, że je­den jest bar­dziej doj­rzały niż drugi. Drugi po­ziom to jak za­an­ga­żo­wa­nie. Wiesz, czego chcesz, ale nie po­dą­żasz za każ­dym szcze­gó­łem, sta­rasz się to prze­pra­co­wać z drugą osobą. Mu­sia­łam się tego na­uczyć w ostat­nim roku. Je­stem chętna do pracy z John­nym.

Bill: Te­raz ro­zu­miem, co się dzieje. Johnny jest w ta­kim punk­cie ży­cia, w któ­rym musi spró­bo­wać wszyst­kiego.

Ja­ney: Pierw­szy po­ziom. Zga­dzam się.

Bill: Zdo­mi­no­wa­łaś jego ży­cie od śmierci matki, więc te­raz cię nie­na­wi­dzi. Musi cię nie­na­wi­dzić, bo musi cię od­rzu­cić. Musi się do­wie­dzieć kim jest.

Ja­ney: To by szło w pa­rze z kry­zy­sem, który miał w tym roku w pracy.

Bill: To kry­zys toż­sa­mo­ści.

Ja­ney: To ma sens... Co po­win­nam zro­bić?

Bill: Na pewno nie po­win­naś świ­ro­wać i fun­do­wać mu cięż­kiej jazdy.

Ja­ney: Już to zro­bi­łam. (Gdyby mo­gła chi­cho­tać, zro­bi­łaby to)

Bill: Mu­sisz zdać so­bie sprawę, że je­steś je­dyną osobą, któ­rej on nie­na­wi­dzi, je­steś tym wszyst­kim, czego pró­buje się po­zbyć. Mu­sisz dać mu wspar­cie. Je­śli bę­dziesz świ­ro­wać, to dzwoń do mnie, ale nie oka­zuj mu żad­nych emo­cji. Żad­nych emo­cji, za które znie­na­wi­dzi cię jesz­cze bar­dziej.

Ja­ney: Boże. Wiesz, jaka je­stem. Jak ro­ze­dr­gany świr.

Bill: Bądź bar­dzo spo­kojna. On prze­cho­dzi trudny okres, jest bar­dzo zdez­o­rien­to­wany i po­trze­buje two­jego wspar­cia. Po­roz­ma­wiam z nim i do­wiem się wię­cej, co się dzieje. I tak mu­szę z nim po­roz­ma­wiać, bo chcę się do­wie­dzieć, dla­czego nie jest już dla mnie taki przy­ja­zny.

Póź­nym po­po­łu­dniem pan Smith wró­cił do domu z pracy.

Ja­ney: Prze­pra­szam, że zde­ner­wo­wa­łam się wczo­raj z po­wodu Sally. To się już nie po­wtó­rzy. My­ślę, że to wspa­niałe, że masz dziew­czynę, na któ­rej na­prawdę ci za­leży.

Oj­ciec: Ni­gdy do ni­kogo nie czu­łem cze­goś ta­kiego. Do­brze, że mogę prze­ży­wać tak silne uczu­cia.

Ja­ney: Tak. (Za­cho­wu­jąc spo­kój) Chcia­łam tylko, że­byś wie­dział, że – je­śli jest coś, co mogę dla cie­bie zro­bić – chcia­ła­bym być twoją przy­ja­ciółką. (Trzę­sąc się tro­chę)

Oj­ciec: Och, Ja­ney. Wiesz, że bar­dzo mi na to­bie za­leży. (To wy­wo­łuje sku­tek, o który mu cho­dziło: Ja­ney wy­bu­cha pła­czem) Je­stem te­raz po pro­stu zdez­o­rien­to­wany. Chcę być sobą.

Ja­ney: Chcesz mnie zo­sta­wić.

Oj­ciec:. Niech po pro­stu dzieje się to, co ma się dziać. Mu­szę już iść. (Oczy­wi­ście chce jak naj­szyb­ciej wyjść z po­koju)

Ja­ney: Po­cze­kaj chwilę. (Stara się ukryć swoje emo­cje) Nie to mia­łam na my­śli. Chcia­łam być spo­kojna i wspie­ra­jąca, tak jak po­wie­dział Bill.

Oj­ciec: A co po­wie­dział Bill? (Ja­ney po­wta­rza roz­mowę. Wy­le­wają się z niej po­toki słów. Ja­ney nie po­trafi ich po­wstrzy­mać) Przez ostat­nie dzie­więć lat cał­ko­wi­cie do­mi­no­wa­łaś w moim ży­ciu, Ja­ney, i nie wiem już, kto jest tobą, a kto mną. Mu­szę być sam. Ty też by­łaś sama przez ja­kiś czas, więc wiesz jak to jest. Mu­szę się do­wie­dzieć, kim je­stem.

Ja­ney: (jej łzy schną) Te­raz już ro­zu­miem. My­ślę, że to wspa­niałe, co ro­bisz. Przez cały rok py­ta­łam cię czego chcesz, ale nie wie­dzia­łeś. To za­wsze by­łam ja, mój głos, czu­łam się jak to­talna zrzęda. Chcę, że­byś był męż­czy­zną. Nie mogę po­dej­mo­wać wszyst­kich de­cy­zji. Wy­jeż­dżam na dłuż­szy czas do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, więc bę­dziesz mógł być sam.

Oj­ciec: (zdu­miony, że tak szybko i cał­ko­wi­cie prze­szła od hi­ste­rii do ra­do­ści) Twar­dzielka z cie­bie, wiesz?

Ja­ney: Hi­ste­ry­zuję, kiedy cze­goś nie ro­zu­miem. Te­raz wszystko jest w po­rządku. Ro­zu­miem.

Oj­ciec: Mu­szę już się zbie­rać, przy­ję­cie jest na przed­mie­ściach. Wrócę póź­nym wie­czo­rem.

Ja­ney: Nie mu­sisz wra­cać.

Oj­ciec: Obu­dzę cię, ko­cha­nie, jak wrócę. Do­brze?

Ja­ney: Wtedy będę mo­gła wczoł­gać się do łóżka i spać z tobą?

Oj­ciec: Tak.

Ma­leń­kie mek­sy­kań­skie, a wła­ści­wie ma­jań­skie wio­ski, nie­wia­ry­god­nie czy­ste, okrą­głe chatki kryte strze­chą, kaczki, in­dyki, psy, ko­no­pie, ku­ku­ry­dza; Ma­jo­wie są pełni re­zerwy, szczu­pli – piękni. Je­den ze star­ców mówi: „Mek­sy­ka­nie uwa­żają, że pie­nią­dze są waż­niej­sze od urody; Ma­jo­wie po­wia­dają, że uroda jest waż­niej­sza od pie­nię­dzy; je­ste­ście prze­piękni”. Je­dzą kolby pra­żo­nej ku­ku­ry­dzy po­sma­ro­wane chili, solą i li­monką oraz dużo, głów­nie in­dy­czego, mięsa.

W Me­ri­dzie i wszę­dzie w oko­licz­nych wsiach są ma­leń­kie budki z na­po­jami owo­co­wymi: ju­gos de fru­tas robi się z roz­gnia­ta­nych słod­kich, świe­żych owo­ców, cu­kru i wody. Co drugi bu­dy­nek w Me­ri­dzie to re­stau­ra­cja, od naj­tań­szych ka­fe­jek na świe­żym po­wie­trzu, gdzie je­dze­nie czę­sto sma­kuje naj­le­piej, po dro­gie lo­kale typu eu­ro­pej­skiego, prze­zna­czone dla bo­ga­czy. Cen­trum Me­ridy zbu­do­wano na pie­nią­dzach plan­ta­to­rów ko­nopi, na­leży do nich je­den bul­war z bo­ga­tymi re­zy­den­cjami oraz ich wła­sne miej­sca, do któ­rych mogą się udać. Całą reszta mia­sta jest biedna. Ale jest ono czy­ste, duże, ko­smo­po­li­tyczne, nie­mek­sy­kań­skie, jak mó­wią Mek­sy­ka­nie. Mek­syk jest po­dzie­lony na czę­ści, a każda z nich ma swoją spe­cjal­ność: Vera Cruz ma sztukę. Me­rida ma ko­no­pie, ko­sze, ha­maki.

Uxmal: ma­jań­skie ru­iny, ogromne świą­ty­nie, wszyst­kie bu­dowle są ogromne, prze­ra­ża­jące, wznie­sione wy­soko. W cen­trum grunt jest ob­ni­żony. Wszystko bar­dzo od­da­lone od sie­bie. Spra­wia, że za­po­mi­nasz o swo­ich ce­chach cha­rak­teru. Wiatr targa dłu­gimi źdźbłami trawy, wu­uuch! wu­uuch! Dżun­gla, nie ama­zoń­skie ba­gno, ale gę­sta, gę­sta zie­lona ro­ślin­ność – prze­piękne oto­cze­nie. Sły­chać wszystko. Nikt nie wie, do czego uży­wano tych po­tęż­nych pro­sto­kąt­nych bu­dowli. Te­raz ptaki skrze­czą w ich ma­łych po­miesz­cze­niach, po czym od­la­tują, a dłu­gie le­gwany bie­gają wśród skał. Drobne ja­skrawe jasz­czurki, zie­lone i czer­wone, bie­gają po ścież­kach obok nie­du­żego po­sągu w ob­ni­że­niu te­renu. Na ma­łym be­to­no­wym bloku, dwie śmieszne małpki o ohyd­nych py­skach i ła­pach psów czy ja­gu­arów, zwró­cone do sie­bie grzbie­tami. Ja­nus? Słońce?

Mała ma­jań­ska wio­ska w ru­inach sta­rej ka­mien­nej ha­cjendy; ko­ściół, fa­bryka, cały kom­bi­nat. Spo­mię­dzy ka­mieni wy­ra­stają ogromne zie­lone ro­śliny; do­okoła bie­gają kur­czaki, mnó­stwo ciem­no­brą­zo­wych upie­rzo­nych in­dy­ków, trzy świ­nie, w tym jedna ró­żowa; lu­dzie, chu­dzi i mali, miesz­kają w ru­inach, w któ­rych jesz­cze da się żyć.

A na dal­szym od­cinku tej po­lnej drogi, ko­lejna wio­ska. W nie­dzielę męż­czyźni, na co dzień ła­godni i pełni god­no­ści, upi­jają się. Męż­czy­zna, który pro­wa­dzi dużą żółtą cię­ża­rówkę jest sze­fem. Wszy­scy męż­czyźni z wio­ski do­ty­kają jego dłoni. Oka­zują mu mi­łość. Mówi się, że do­sta­nie pierw­szą nowo na­ro­dzoną dziew­czynkę. W za­mian, jak mówi, da im świ­nię. Ciała wszyst­kich męż­czyzn fa­lują w przód i w tył. Ko­biety pa­trzą.

Kiedy ze­gar wy­bił piątą (rano), Ja­ney nie mo­gła już wy­trzy­mać, więc mimo wy­so­kiej go­rączki wy­szła na ulicę. Do­kąd mo­gła uciec? Gdzie był spo­kój (ktoś, kto ją ko­chał)? Nikt nie chciał jej przy­jąć. Pa­dał lekki deszcz. Deszcz miał spo­wo­do­wać na­si­le­nie jej in­fek­cji. Sta­nęła przed do­mem Sally. Po­tem zmu­siła się do odej­ścia.

We­szła z po­wro­tem do miesz­ka­nia, które zaj­mo­wała ra­zem z oj­cem. Nie­na­wi­dziła tego miesz­ka­nia. Nie wie­działa, co zro­bić ze swoim nie­na­wist­nym, udrę­czo­nym umy­słem.

O 7.30 obu­dziła się we wła­snym łóżku. Idąc do to­a­lety, mi­nęła łóżko ojca i na jego wi­dok spon­ta­nicz­nie za­py­tała: „Mu­sia­łeś późno wró­cić do domu. Jak było na przy­ję­ciu?”

Oj­ciec: Nie po­sze­dłem na przy­ję­cie.

Ja­ney: Nie po­sze­dłeś na przy­ję­cie!? (Uświa­da­mia­jąc so­bie prawdę. Gło­sem ma­łej dziew­czynki) Och.

Oj­ciec: (się­ga­jąc po nią) Chodź tu­taj. (To zna­czy: w moje ra­miona)

Ja­ney: Nie. (Od­ska­kuje) Nie chcę cię do­ty­kać. (Uświa­da­mia so­bie swój błąd. Jest bar­dzo nie­spo­kojna) Po pro­stu idź spać. Wszystko w po­rządku. Do­bra­noc.

Oj­ciec: (roz­ka­zu­jąco) Ja­ney, chodź tu­taj.

Ja­ney: (od­suwa się, jakby był nie­bez­piecz­nym zwie­rzę­ciem, ale pra­gnie go) Nie chcę.

Oj­ciec: Chcę cię tylko przy­tu­lić.

Ja­ney: Dla­czego mnie okła­ma­łeś?

Oj­ciec: Zro­biło się późno i nie mia­łem ochoty iść na przy­ję­cie.

Ja­ney: O któ­rej wró­ci­łeś do domu?

Oj­ciec: Około siód­mej.

Ja­ney: Och. (Gło­sem ma­lut­kiej dziew­czynki) By­łeś z Sally?

Oj­ciec: Chodź tu, Ja­ney. (Chce się z nią ko­chać, Ja­ney to wie)

Ja­ney: (ucie­ka­jąc) Idź spać, Johnny, zo­ba­czymy się rano.

Ja­ney: (pół go­dziny póź­niej) Nie po­tra­fię spać sama, Johnny. Mogę się wczoł­gać do two­jego łóżka?

Oj­ciec: (zrzę­dząc) W ogóle dzi­siaj nie po­śpię... Wska­kuj. (Ja­ney robi mu loda. Johnny tak na­prawdę nie ma ochoty na seks z Ja­ney, ale zo­staje fi­zycz­nie za­spo­ko­jony)

Trzy go­dziny póź­niej Johnny obu­dził się i za­py­tał Ja­ney, czy przed swoim wy­jaz­dem chcia­łaby wie­czo­rem zjeść z nim ich po­że­gnalną ko­la­cję. Ja­ney przez sen po­wie­działa „nie”, bo po­czuła się zra­niona.

Za­raz po prze­bu­dze­niu zroz­pa­czona Ja­ney za­dzwo­niła do Billa.

– Jest co­raz go­rzej, Bill – po­wie­działa. – Johnny pró­buje mnie skrzyw­dzić tak bar­dzo, jak tylko może.

W jaki spo­sób? Po­wie­dział jej, że spę­dzi z nią noc, ale spę­dził ją z Sally. Po­tem po­wie­dział jej, że czuje do Sally coś, czego ni­gdy nie czuł do żad­nej in­nej dziew­czyny.

Bill mówi Ja­ney, że Johnny nie ko­cha Sally tylko wy­ko­rzy­stuje ją, by zra­nić Ja­ney tak bar­dzo, jak to moż­liwe. Johnny’emu kom­plet­nie od­biło i dla Ja­ney by­łoby le­piej trzy­mać się od niego z da­leka.

Ja­ney: My­ślisz, że on znowu bę­dzie mnie chciał?

Bill: Mię­dzy wami za­wsze ist­niała na­prawdę silna więź. By­li­ście ra­zem przez lata.

Na rynku w Me­ri­dzie można ku­pić żuki. Mają od cala do dwóch cali dłu­go­ści, peł­zają w pu­dle, a ich grzbiety po­kry­wają czer­wone, nie­bie­skie lub białe dżety.

Przed ko­ścio­łem ja­kaś ko­bieta sprze­daje wszel­kiego ro­dzaju ma­lut­kie, ta­nie, srebrne świe­ci­dełka. Lu­dzie ku­pują od­po­wied­nie (świe­ci­dełko w kształ­cie ręki to zła­mana ręka, w kształ­cie dziecka – pro­blemy z dziec­kiem, może być nerka, mały ro­bot­nik...) i za­bie­rają do du­żego ko­ścioła, aby ofia­ro­wać je Dzie­wicy.

Mo­nu­men­talne ru­iny.

Za­gu­bić się w tra­wie. Ogromne bu­dynki, które są scho­dami; schody pro­wa­dzą na wy­so­ko­ści, mają stop­nie rów­nej wiel­ko­ści, tak wy­so­kie, że idąc z tru­dem mogą się po nich wspiąć. Nie­które bu­dynki są czwo­ro­ścienne, setki stopni. Na szczy­cie nie ma ni­czego, poza ma­łym ka­mien­nym pro­sto­ką­tem z dziurą po­środku. Co ja­kiś czas wy­tyka z niej głowę ogromny po­twór – grze­chot­nik. Głazy roz­pa­dają się. Naj­star­sze bu­dynki tak bar­dzo po­pa­dły w ru­inę, że pra­wie ich nie wi­dać.

Na­stępna masa bu­dyn­ków. Ar­chi­tek­tura jest czy­sta, sens ja­sny: funk­cja miesz­kalna. Przez każdą po­ziomą war­stwę bu­dynku miesz­kal­nego bie­gną tu­nele kry­jó­wek. Skala jest bar­dziej ludzka. Są też stud­nie. Nie ma żad­nych ob­ra­zów ani przed­sta­wień re­li­gij­nych. Czy­ści lu­dzie, któ­rzy nie obi­jali się w ży­ciu, któ­rzy wie­dzieli, że żyją tylko raz, lu­dzie któ­rzy znik­nęli.

W na­stęp­nej czę­ści znaj­dują się naj­więk­sze bu­dynki, ogromne i prze­ra­ża­jące. Ty­siące nie­skoń­cze­nie sze­ro­kich scho­dów ze wszyst­kich stron wie­dzie do ma­leń­kiego po­miesz­cze­nia, orły i grze­chot­niki, na ze­wnątrz, w środku? We­wnątrz tej bu­dowli, schody, wą­skie, strome i mo­kre, w głębi bu­dowli mały ja­guar o śnież­no­bia­łych zę­bach, któ­rego do­siada le­żący czło­wiek. Ze­wnętrzne stop­nie są tak małe, pa­lące białe słońce nie­skoń­cze­nie wy­so­kie. Wspi­naczka. Ła­two jest spaść.

Wszyst­kie inne bu­dowle są ta­kie same. Ob­fi­cie zdo­bione i bu­do­wane w skali – która tak bar­dzo wy­kra­cza poza ludzką – że aż na­pa­wają trwogą. Bo­iska do gry w piłkę, które bu­dzą strach. Po co po­wstały? Dla­czego Roc­ke­fel­ler tak bar­dzo po­trze­buje wię­cej pie­nię­dzy, że za­bija ży­cie w wo­dach wo­kół Pu­erto Rico? Dla­czego ktoś po­dąża za swo­imi ka­pry­sami po­wo­du­jąc szkodę (wiel­kie cier­pie­nie) ko­goś, kogo rze­komo ko­cha?

W pew­nej bro­szu­rze na­pi­sano: „Nikt tak na­prawdę nie wie nic o tych ru­inach”, a jed­nak po­bu­dzają one ludzką ener­gię bar­dziej niż co­kol­wiek in­nego.

Nie mów tego gło­śno. Długa ściana cza­szek obok bo­iska do gry w piłkę po­wta­rza ich śmierć.

ZA­WIA­DO­MIE­NIE. Johnny za­trzy­mał się w swoim miesz­ka­niu tylko na chwilę, żeby zmie­nić ubra­nie. Ja­ney po­wie­działa, że chcia­łaby z nim pójść na ko­la­cję. Johnny od­po­wie­dział, że nie są­dzi by tego chciała. Ja­ney przy­znała, że była za­zdro­sna, ale nie chciała tego. Obie­cała, że nie bę­dzie za­zdro­sna, o ile bę­dzie wie­dzieć, czego może się spo­dzie­wać. Ostrzegł ją, żeby uwa­żała na swoją za­zdrość. O za­zdro­ści wie­dział wszystko. Wła­śnie spę­dził na da­chu noc z dziew­czyną, która mó­wiła mu, że do sza­leń­stwa ko­cha się w Da­vi­dzie Bo­wiem. Ja­ney za­częła pro­te­sto­wać w my­ślach, że nie o to cho­dzi. Za­mknęła się w so­bie i spo­koj­nie za­py­tała, kiedy i gdzie zje­dzą ko­la­cję, i czy przed jej wy­jaz­dem mo­gliby po­uda­wać, że są za­ko­chani. To by­łyby bar­dzo ro­man­tyczne dwa dni, a po­tem już nic. Le­piej ra­dziła so­bie z fan­ta­zją niż z rze­czy­wi­sto­ścią.

Johnny wy­szedł z domu, żeby móc zo­ba­czyć się z Sally.

W ulu­bio­nej re­stau­ra­cji Ja­ney, Ve­su­vio, je­dy­nej pół­noc­no­wło­skiej re­stau­ra­cji w Me­ri­dzie.

Ja­ney: (szu­ka­jąc te­matu do roz­mowy, który nie do­tyka ich roz­sta­nia) Jaka jest Sally?

Oj­ciec: Nie wiem. (Jakby mó­wił o kimś, z kim jest tak bli­sko, że nie wi­dzi cech cha­rak­te­ry­stycz­nych) Je­ste­śmy na­prawdę bar­dzo zgodni. Lu­bimy te same rze­czy. Jest bar­dzo po­ważna, wła­śnie taka. Jest in­te­lek­tu­alistką.

Ja­ney: (nie oka­zu­jąc żad­nych emo­cji) Och. A czym się zaj­muje?

Oj­ciec: Jesz­cze nie pod­jęła de­cy­zji. Po pro­stu pró­buje się od­na­leźć. Zaj­muje się mu­zyką, pi­sze, robi wszystko po tro­chu.

Ja­ney: (stara się być po­mocna) To za­wsze zaj­muje tro­chę czasu.

Oj­ciec: Pró­buje wszystko po­znać. Jej obec­ność jest dla mnie do­bra, bo ona bywa wszę­dzie i wie o wszyst­kim, co się wo­kół dzieje. Dużo wie i ma świeże spoj­rze­nie.

Ja­ney: (do sie­bie) Świeże mięso, młode dziew­czyny. Mimo, że je­stem młod­sza, to je­stem twardą, zgniłą, ze­psutą wo­ło­winą. Moja pizda czer­wona fuj. Jest szczu­pła i piękna; wi­dzia­łam ją. Jak mo­delka. Do­kład­nie tak, jak za­wsze chcia­łam wy­glą­dać i jak ni­gdy wy­glą­dać nie będę. Z tym nie mogę kon­ku­ro­wać. (Na głos) To musi być dla cie­bie cu­downe (sta­ra­jąc się, aby jej głos był tak nie­winny, jak to tylko moż­liwe) mieć ko­goś, z kim mo­żesz dzie­lić wszystko. Tak długo by­łeś sa­motny. (Ja­ney pró­buje zmie­nić się w ni­cość)

Oj­ciec: Po­roz­ma­wiajmy o czymś in­nym.

Ja­ney: (bar­dzo ner­wowa za każ­dym ra­zem, gdy coś nie idzie po jej my­śli) Co się stało? Czy coś źle po­wie­dzia­łam? (Pauza) Prze­pra­szam.

WY­CIEM­NIE­NIE. Roz­mowa cich­nie.

Oj­ciec: Sally za­wsze za­sta­na­wia się, co jest do­bre, a co złe. Za­sta­na­wia się, czy po­stę­puje słusz­nie. Jest bar­dzo młoda.

Ja­ney: (prze­pra­sza­jąc za Sally) Do­piero, co skoń­czyła stu­dia.

Oj­ciec: Jest córką pa­stora z Ver­mont.

Ja­ney: (wie ze swo­ich źró­deł, że Sally to bo­gata młoda suka, która bę­dzie pier­do­lić się z każ­dym, do­póki nie po­jawi się ktoś bar­dziej znany, jak to zwy­kle ro­bią młode, białe an­glo­sa­skie suki) Cóż, za­wsze lu­bi­łeś białe an­glo­sa­skie dziew­czyny. (Nie może nie wtrą­cić swo­ich dwóch gro­szy) One ni­czego od cie­bie nie chcą. (Do sie­bie: Jak ty, ko­cha­nie)

Oj­ciec: Przy­po­mina mi moją pierw­szą dziew­czynę, Anne.

Ja­ney: Pa­mię­tam Anne. (Anne to wy­soka blon­dynka, która te­raz gra w ope­rach my­dla­nych)

Roz­mowa za­marła.

Ja­ney: (do sie­bie) Sally