Korekta świadomości - Ewelina Pałecka - ebook

Korekta świadomości ebook

Pałecka Ewelina

0,0

Opis

Przestań bać się tego, co myślisz. Zacznij bać się tego, KTO myśli w Tobie.

Gdańsk, rok 2064.

Igor, młody lekarz w trakcie specjalizacji z neurochirurgii, sądził, że ludzki mózg nie ma przed nim tajemnic. Do dnia, w którym spotkał Olgę. Jej obecność w gdańskim szpitalu nie była przypadkiem, a tajemnica jej umysłu tkwiła w kodzie, którego nie rozumie żaden żywy człowiek.

W sterylnych gabinetach wpływowego profesora Horodyskiego granica między medycyną a Bogiem przestała istnieć. Tu nie leczy się chorób, lecz eliminuje ludzką słabość. Igor odkrywa przerażającą prawdę: potęga, którą nazywamy Sztuczną Inteligencją, znalazła sobie nowy dom. W nas.

Kiedy Twoje wspomnienia przestają należeć do Ciebie, a odruchy stają się poleceniami z zewnątrz, nie masz dokąd uciec. Igor i Olga wpadają w sam środek cyfrowego koszmaru, w którym najbezpieczniejsze miejsce na świecie – własna głowa – stało się pułapką.

Zanim zaśniesz, zadaj sobie jedno pytanie: czy ta myśl, która właśnie przemknęła Ci przez głowę, na pewno jest Twoja?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 383

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Naj­bez­piecz­niej­szym miej­scem na świe­cie była Two­ja gło­wa. Do dzi­siaj.

# Rozdział I

Prze­ra­zi­łem się, gdy tuż po otwar­ciu oczu zo­ba­czy­łem wnę­trze ka­ret­ki, a obok mnie dwóch ra­tow­ni­ków me­dycz­nych.

– Do­kąd je­dzie­my? – za­py­ta­łem.

– Spo­koj­nie. Wszyst­ko bę­dzie do­brze. Je­dzie­my do szpi­ta­la na Dę­bin­ki – od­po­wie­dział je­den z nich i do­ci­snął mnie ręką do le­żan­ki, wi­dząc, że pró­bu­ję się pod­nieść.

– Wy­puść­cie mnie. Ze mną jest wszyst­ko w po­rząd­ku. – Nie od­czu­wa­łem bólu fi­zycz­ne­go, choć cia­ło od­ma­wia­ło mi po­słu­szeń­stwa i na­wet gdy pró­bo­wa­łem się pod­nieść, nie mo­głem.

– Do­znał pan po­waż­nych ob­ra­żeń. Jest pan w szo­ku, ale pro­szę się nie mar­twić. Le­ka­rze się za­raz pa­nem zaj­mą. – Te sło­wa spo­wo­do­wa­ły, że po­czu­łem moc­ny wy­strzał ad­re­na­li­ny. Oni nie mo­gli mnie tam do­wieźć. Nie mo­głem tra­fić na stół ope­ra­cyj­ny. Nie mo­głem po­zwo­lić ni­ko­mu z tego szpi­ta­la na pró­bę ra­to­wa­nia mnie. Ab­so­lut­nie nie tam.

– Nic mi nie jest. – Uda­ło mi się wy­po­wie­dzieć te sło­wa gło­śniej, szarp­nąć ręką i pod­nieść tu­łów. Nie zdo­ła­łem jed­nak zro­bić nic wię­cej, bo ra­tow­ni­cy zmu­si­li mnie, że­bym się po­ło­żył. Te dwie se­kun­dy wy­sił­ku spo­wo­do­wa­ły, że po­czu­łem brak mocy i okrop­ny ból.

– Co pan wy­pra­wia?! – usły­sza­łem, gdy wy­rwa­łem igłę do­pro­wa­dza­ją­cą kro­plów­kę do ręki.

Na­tych­miast je­den z nich po­dał mi za­strzyk, praw­do­po­dob­nie uspo­ka­ja­ją­cy, a dru­gi za­piął moje nad­garst­ki pa­sa­mi i przy­mo­co­wał je do łóż­ka. Nie mo­głem się ru­szyć. Czu­łem bez­sil­ność. Wie­dzia­łem, że nic już nie zro­bię i tra­fię na stół ope­ra­cyj­ny. Po­wo­li sta­wa­łem się obo­jęt­ny. Ob­raz za­czął mi się roz­ma­zy­wać. Ostat­nie, co zo­ba­czy­łem w wy­obraź­ni, to mama cze­ka­ją­ca na mnie z ko­la­cją, uśmiech Olgi i tę cię­ża­rów­kę, któ­ra za­je­cha­ła mi dro­gę…

Dwa mie­sią­ce wcze­śniej

Po­mo­głem ma­mie po­sprzą­tać ze sto­łu.

– Obiad jak zwy­kle był wy­śmie­ni­ty – po­wie­dzia­łem, wkła­da­jąc ta­le­rze do zmy­war­ki.

Kie­dy skoń­czy­łem, po­sze­dłem po tor­bę tre­nin­go­wą.

– Ba­sen czy te­nis? – spy­ta­ła, gdy zo­ba­czy­ła mnie w dre­sie.

– Na­tek ma dziś ja­kąś rand­kę po pra­cy, więc z te­ni­sa nici. Idę po­pły­wać.

– Mógł­byś wziąć przy­kład z ko­le­gi.

Iry­to­wa­ło mnie to pod­ga­dy­wa­nie, ale od­par­łem grzecz­nie:

– Przyj­dzie czas i na dziew­czy­nę. Do­brze wiesz, co jest te­raz dla mnie naj­waż­niej­sze – do­da­łem i wy­sze­dłem z miesz­ka­nia.

Mia­łem dwa­dzie­ścia pięć lat, le­d­wie skoń­czy­łem me­dy­cy­nę, a moim je­dy­nym ma­rze­niem było zro­bie­nie spe­cja­li­za­cji w dzie­dzi­nie chi­rur­gii. Nie mia­łem ocho­ty na rand­ko­wa­nie, cią­gle sie­dzia­łem w książ­kach, a je­dy­ny­mi roz­ryw­ka­mi były ba­sen, te­nis i cza­sem piwo w po­bli­skim ba­rze. Szcze­rze mó­wiąc, ba­łem się tych ca­łych ran­dek. Wiem, jak to dzia­ła: jed­na, dru­ga, mo­ty­le w brzu­chu, seks, a po­tem ona za­czy­na wy­ma­gać od cie­bie po­świę­ce­nia, cza­su i uwa­gi. Wpa­dasz w si­dła mi­ło­ści i ma­rze­nia o ka­rie­rze idą z dy­mem. Nie! Nie mo­głem so­bie na to po­zwo­lić. Chcia­łem być taki jak mój oj­ciec. Obie­ca­łem mu to przed śmier­cią.

Był wy­bit­nym chi­rur­giem. Do­ko­ny­wał cu­dów. Je­śli wszy­scy le­ka­rze wo­kół nie chcie­li pod­jąć się ope­ra­cji, wia­do­mo było, że może to zro­bić tyl­ko on. Mama za­wsze była na ojca zła. Pra­ca była dla nie­go nu­me­rem je­den. Je­śli w środ­ku nocy mu­siał je­chać na dru­gi ko­niec Pol­ski, żeby ra­to­wać ko­muś ży­cie – je­chał. Na­wet wte­dy, gdy mo­jej mat­ce ode­szły wody pło­do­we i mia­łem za chwi­lę przyjść na świat, oj­ciec spa­ko­wał dżin­sy, do­dat­ko­wy far­tuch i pruł do Gdy­ni, gdzie pię­cio­let­nia dziew­czyn­ka wal­czy­ła o ży­cie po wy­pad­ku, w któ­rym zgi­nę­li jej ro­dzi­ce, a ona sama do­zna­ła po­waż­ne­go ura­zu czasz­ko­wo-mó­zgo­we­go. Póź­niej mama opo­wia­da­ła mi, że była z nie­go bar­dzo dum­na, ale i prze­pła­ka­ła nie­jed­ną noc – choć­by i tę pod­czas po­ro­du. Była sama, a mój oj­ciec, nie zwa­ża­jąc na nic, rzu­cał wszyst­ko i je­chał tam, gdzie ktoś cze­kał na jego dło­nie, zdol­ne do­ko­nać cudu.

Oj­ciec po stu­diach za­ko­chał się w nie­wła­ści­wej oso­bie, dla­te­go ro­bie­nie spe­cja­li­za­cji odło­żył w cza­sie. Żeby za­ro­bić na ży­cie, pra­co­wał jako kel­ner w klu­bach noc­nych i re­stau­ra­cjach.

Gdy­by nie to, że jego wy­bran­ka w swo­je wła­sne uro­dzi­ny zro­bi­ła so­bie „pre­zent” i prze­spa­ła się z kum­plem, a mój oj­ciec wpadł wte­dy z kwia­ta­mi – pew­nie żył­by w nie­świa­do­mo­ści do koń­ca swo­ich dni. Sta­nął jed­nak na nogi, omi­jał ko­bie­ty sze­ro­kim łu­kiem, a moją mamę po­znał, do­pie­ro gdy jego ży­cie za­wo­do­we się usta­bi­li­zo­wa­ło. Tata był dla mnie wzo­rem, po­świę­cał wszyst­ko dla ra­to­wa­nia ist­nień ludz­kich. Sam jed­nak zmarł na od­dzia­le chi­rur­gicz­nym w wie­ku czter­dzie­stu pię­ciu lat, gdzie zna­lazł się po tra­gicz­nym wy­pad­ku.

Gdy­by wte­dy był przy nim ktoś rów­nie wy­bit­ny jak on… Dla­te­go te­raz ro­bię wszyst­ko z my­ślą o tym, żeby każ­de­go dnia pa­trzył na mnie z dumą.

Zje­cha­łem win­dą do ga­ra­żu i pod­sze­dłem do auta.

– Otwórz drzwi! – wy­da­łem po­le­ce­nie, a ten złom znów nie za­re­ago­wał. – Otwórz drzwi!! – po­wie­dzia­łem gło­śniej, co spo­wo­do­wa­ło uru­cho­mie­nie ko­mu­ni­ka­tu:

Przy­kro mi, ale po­jazd może być otwar­ty tyl­ko przez wła­ści­cie­la

– Szlag by to tra­fił. A niby kim ja je­stem? – Ude­rzy­łem za­ci­śnię­tą pię­ścią w drzwi. – Chy­ba ktoś tu cze­goś nie do­pra­co­wał? – sap­ną­łem zde­ner­wo­wa­ny. – Albo mu­szę po pro­stu ku­pić now­szy mo­del. Tak, zde­cy­do­wa­nie w tym tkwi pro­blem.

Nie­ste­ty, ak­tu­al­nie nie było mnie stać na ta­kie wy­bry­ki, tym bar­dziej, że wszyst­kie pie­nią­dze pa­ko­wa­łem w re­mont miesz­ka­nia, któ­re oj­ciec zo­sta­wił mi w spad­ku.

– Otwórz te drzwi, cho­ler­ny, pie­przo­ny zło­mie – krzyk­ną­łem bar­dziej do sie­bie niż do nie­go, ale ku mo­je­mu zdzi­wie­niu za­mek się od­blo­ko­wał.

Rzu­ci­łem tor­bę na tyl­ne sie­dze­nie, usia­dłem za kie­row­ni­cą i wci­sną­łem przy­cisk uru­cha­mia­nia sil­ni­ka. Ru­szy­łem z miej­sca i tuż po tym, jak wy­je­cha­łem z par­kin­gu pod­ziem­ne­go, po­czu­łem, że moja pra­wa sto­pa ma kil­ka ki­lo­gra­mów wię­cej. Mia­łem ocho­tę na ostrzej­szą jaz­dę. Zje­cha­łem więc z tra­sy, gdzie co sto me­trów usta­wio­ne były ka­me­ry, i po­sta­no­wi­łem nad­ło­żyć ki­lo­me­trów, aby nie na­ra­żać się na man­dat, na któ­ry nie było mnie stać. Wci­sną­łem pe­dał i gdy­by to nie była kupa zło­mu, a czło­wiek, po­kle­pał­bym go po ra­mie­niu, mó­wiąc, że jak na te lata, to nie­źle so­bie ra­dzi.

No tak, ale scho­dy do­pie­ro się za­czę­ły. Wy­kań­cza­ła mnie elek­tro­ni­ka, in­wi­gi­la­cja i wszyst­ko inne, co po­zwa­la­ło tym ci­cho­ciem­nym znać każ­dy mój krok.

Zwol­nij, je­dziesz o dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów za szyb­ko

– Za­mknij się – burk­ną­łem i zi­gno­ro­wa­łem ko­mu­ni­kat z kok­pi­tu, przy­spie­szy­łem i otwo­rzy­łem okno, żeby po­czuć po­dmuch wia­tru.

Tem­pe­ra­tu­ra na ze­wnątrz wy­no­si sie­dem­na­ście stop­ni. Je­śli Two­ja odzież nie jest do niej do­sto­so­wa­na, za­mknij okno!

Zno­wu wtrą­ci­ła się ta kre­tyń­ska ma­szy­na, za­głu­sza­jąc ra­dio.

– Co za gów­no! – po­wie­dzia­łem, tak jak­by mia­ła mnie usły­szeć.

Zwol­nij, je­dziesz o czter­dzie­ści ki­lo­me­trów za szyb­ko

Się­gną­łem do tor­by le­żą­cej na sie­dze­niu pa­sa­że­ra, wy­ją­łem bez­prze­wo­do­we słu­chaw­ki i wy­bra­łem w te­le­fo­nie ulu­bio­ną play­li­stę.

– Ga­daj zdrów. – Uśmiech­ną­łem się pod no­sem i za­czą­łem pod­śpie­wy­wać „Ne­ver mind” Mic­ka Fa­ro­na. Gów­niarz miał sie­dem­na­ście lat, a ope­ro­wał sztucz­ną in­te­li­gen­cją jak mało kto. To, co zro­bił ze swo­im utwo­rem, spra­wi­ło, że na jego punk­cie osza­lał cały świat. I ja rów­nież. Ci, któ­rzy zo­sta­li w tyle i li­czy­li na to, że lu­dzie będą ich ko­chać tyl­ko za wo­kal, nie mie­li już cze­go szu­kać w show-biz­ne­sie. A w su­mie szko­da – lu­bi­łem te ka­wał­ki z lat mło­do­ści mo­jej mamy. Po trzy­dzie­stu pię­ciu mi­nu­tach do­je­cha­łem pod halę spor­to­wą. Tu mie­ści­ła się nie­wiel­ka si­łow­nia, jed­na z trzech ostat­nich w mie­ście. Od­kąd po­ja­wi­ły się pi­guł­ki, któ­re w cią­gu mak­sy­mal­nie trzech mie­się­cy po­tra­fi­ły zli­kwi­do­wać tłuszcz i za­stą­pić go tkan­ką mię­śnio­wą, wie­le ta­kich ośrod­ków za­mknię­to z po­wo­du bra­ku klien­tów. Ja by­łem jed­nym z tych, któ­rzy wo­le­li tre­no­wać i rzeź­bić cia­ło na­tu­ral­nie. I nie na­rze­ka­łem na to. Do tego od­po­wied­nie je­dze­nie i czu­łem się do­sko­na­le. Wie­lu z mo­ich kum­pli uża­la­ło się z po­wo­du róż­nych do­le­gli­wo­ści – część przez te dziw­ne ta­blet­ki, a część przez je­dze­nie, ja­kie ser­wo­wał prze­mysł spo­żyw­czy. Każ­dy jed­nak miał wy­bór: albo dwie łyż­ki prosz­ku, z któ­re­go po­wsta­wał gu­lasz w cią­gu sied­miu mi­nut, albo sta­nie przy ga­rach i go­to­wa­nie. Mnó­stwo lu­dzi się roz­le­ni­wi­ło, szcze­gól­nie mło­dzi, któ­rzy po opusz­cze­niu ro­dzin­ne­go gniazd­ka mie­li za­jąć się przy­go­to­wy­wa­niem obia­du sa­mo­dziel­nie. Nie ma­jąc tych umie­jęt­no­ści, sta­li się więź­nia­mi je­dze­nia z pro­bów­ki.

Poza si­łow­nią na te­re­nie hali znaj­do­wał się rów­nież ba­sen. Prze­bra­łem się w szat­ni, wsko­czy­łem do wody i po­ko­na­łem bez przy­stan­ku kil­ka­na­ście dłu­go­ści. Wresz­cie opar­łem gło­wę o kant zbior­ni­ka, za­mkną­łem oczy i ode­tchną­łem. Tego było mi trze­ba.

– Hej, Igor! – Wy­rwał mnie z le­tar­gu ra­tow­nik.

– Cześć, Fab­son. – Ob­ró­ci­łem się, żeby nie pa­trzeć na nie­go do góry no­ga­mi.

– Jak się masz?

– W po­rząd­ku, jak zwy­kle mu­szę ru­chem od­re­ago­wać za­chrzan w pra­cy.

– Wi­dzę, że nie od­pusz­czasz.

– Cel cze­ka. – Uśmiech­ną­łem się.

– Nie wiesz, co się dzie­je z Rudą? Od po­nad ty­go­dnia nie było jej tu­taj, a prze­cież przy­cho­dzi­ła nie­mal co­dzien­nie.

– Nie, sta­ry. Nie mam z nią od dwóch ty­go­dni kon­tak­tu. Ob­ra­zi­ła się o ja­kąś głu­po­tę, ale wiesz… – za­wie­si­łem głos – do­pie­ro co wy­la­li ją z pra­cy, pew­nie nie ma na­stro­ju.

– To jest dla mnie nie­po­ję­te, sta­ry. Taki wy­bit­ny game de­ve­lo­per. Sły­sza­łeś o tej no­wej grze, któ­rą stwo­rzy­ła? Tej… no… cho­le­ra, nie pa­mię­tam ty­tu­łu…

– Tej z kom­bi­ne­zo­nem po­zwa­la­ją­cym od­czu­wać po­go­dę, ból i ta­kie tam?

– Tak, tak. Tej.

– Sły­sza­łem. By­łem pod wra­że­niem. Sam za­sta­na­wiam się, czy jest sens się uczyć. Może chi­rur­gów też za chwi­lę za­stą­pią ro­bo­ty ze sztucz­ną in­te­li­gen­cją.

– Chy­ba nie masz się o co mar­twić. Ci od ło­pa­ty i grze­ba­nia w ludz­kich na­rzą­dach pew­nie utrzy­ma­ją się naj­dłu­żej.

– Obym zdą­żył wy­mie­nić ko­muś wą­tro­bę, za­nim zro­bi to ja­kaś ma­szy­na. – Za­śmia­łem się. – Do­bra, sta­ry, czas ucie­ka. Od­bi­jam od brze­gu i ro­bię jesz­cze se­rię kil­ku­dzie­się­ciu ba­se­nów. Jak Ruda się zja­wi, to ją po­zdrów. – Od­da­li­łem się od brze­gu i z pręd­ko­ścią świa­tła zro­bi­łem do­dat­ko­we dłu­go­ści, po­bi­ja­jąc re­kord utrzy­ma­nia się pod po­wierzch­nią wody bez na­bie­ra­nia po­wie­trza.

Zi­na­ida była moją naj­lep­szą kum­pe­lą jesz­cze ze szko­ły pod­sta­wo­wej. Mia­ła dłu­gie, krę­co­ne, rude wło­sy, a że, wy­po­wia­da­jąc jej imię, moż­na było so­bie po­ła­mać ję­zyk, wszy­scy wo­ła­li na nią Zida lub po pro­stu Ruda. Mie­li­śmy te same za­in­te­re­so­wa­nia – ona rów­nież ma­rzy­ła o ka­rie­rze w bran­ży me­dycz­nej. Przez całe li­ceum spę­dza­li­śmy wspól­nie wie­czo­ry na stu­dio­wa­niu li­te­ra­tu­ry i przy­go­to­wy­wa­niu się do eg­za­mi­nów na stu­dia. Ma­tu­rę zda­li­śmy z mak­sy­mal­ną ilo­ścią punk­tów i, choć to było jak wy­gra­na w tot­ka, obo­je do­sta­li­śmy się na Uni­wer­sy­tet Me­dycz­ny we Wro­cła­wiu – od kil­ku­na­stu lat utrzy­mu­ją­cy się w czo­łów­ce naj­lep­szych w Eu­ro­pie. Peł­ni ener­gii i na­dziei wpro­wa­dzi­li­śmy się do aka­de­mi­ka. Nie było stać ani mnie, ani jej na wy­na­ję­cie miesz­ka­nia, choć ta­kie roz­wią­za­nie by­ło­by naj­lep­sze. Na­le­że­li­śmy do tych, któ­rzy wolą sie­dzieć z no­sem w książ­kach niż im­pre­zo­wać. Już po pierw­szym ty­go­dniu za­jęć pierw­sza z ta­kich im­prez od­by­ła się na na­szym pię­trze. Pierw­sza i za­ra­zem ostat­nia dla Zidy. Za­wsze mia­ła sła­bą gło­wę do al­ko­ho­lu, dla­te­go od nie­go stro­ni­ła. Tym ra­zem jed­nak po­sta­no­wi­ła po­czuć się jak praw­dzi­wa stu­dent­ka i pu­ści­ła wszel­kie ha­mul­ce, łącz­nie z roz­luź­nie­niem pasa cno­ty. Po­pły­nę­ła z ja­kimś ko­le­siem, a pięć ty­go­dni póź­niej się oka­za­ło, że jest w cią­ży. Oj­ciec dziec­ka nie chciał o tym sły­szeć. Ma­jąc bo­ga­tych ro­dzi­ców, za­ofe­ro­wał po­moc fi­nan­so­wą – i na tym jego rola ta­tu­sia się skoń­czy­ła. Ruda wró­ci­ła do Gdań­ska. Wi­dy­wa­li­śmy się raz w mie­sią­cu, może rza­dziej, czę­sto jed­nak wi­sie­li­śmy na te­le­fo­nie. Ona opo­wia­da­ła mi o pie­lu­chach i wy­rzy­na­ją­cych się zę­bach, a ja jej o ży­ciu na uczel­ni. Z cza­sem jed­nak co­raz mniej fa­scy­no­wał ją ten te­mat.

Kie­dy jej có­recz­ka mia­ła pół roku i skoń­czy­ły się wresz­cie kon­cer­ty noc­ne, Zida – ma­ją­ca ogrom­ny ta­lent pla­stycz­ny – za­czę­ła do­ra­biać, two­rząc okład­ki do ksią­żek czy bil­l­bo­ar­dy re­kla­mo­we dla tu­tej­szych firm. W koń­cu za­czę­ła pro­jek­to­wać gry kom­pu­te­ro­we dla wiel­kiej mię­dzy­na­ro­do­wej fir­my, ma­ją­cej swo­ją fi­lię w War­sza­wie. Nie mu­sia­ła się jed­nak prze­pro­wa­dzać – wszyst­kie zle­ce­nia wy­ko­ny­wa­ła on­li­ne. Nie strasz­na jej była sztucz­na in­te­li­gen­cja, któ­ra wów­czas po­chło­nę­ła spo­rą część ryn­ku.

Kie­dy po za­koń­czo­nych stu­diach wró­ci­łem nad mo­rze, na­sze kon­tak­ty znów były częst­sze. Jed­nak prze­paść, jaka była mię­dzy jej a moim ży­ciem, po­wo­do­wa­ła, że cza­sa­mi się nie do­ga­dy­wa­li­śmy. Żeby być do­sko­na­łym le­ka­rzem, mu­sia­łem wciąż nad sobą pra­co­wać, a ona po­tra­fi­ła się ob­ra­zić, kie­dy od­mó­wi­łem jej wyj­ścia na plac za­baw. Tak było i tym ra­zem. Za­pro­si­ła mnie na pik­nik ze zna­jo­my­mi. Nie obie­cy­wa­łem, że do nich do­łą­czę, bo wie­dzia­łem, że je­śli tyl­ko w pra­cy będę miał moż­li­wość asy­sto­wa­nia przy ope­ra­cji, to z tego sko­rzy­stam. Dzień przed pik­ni­kiem taka oka­zja się nada­rzy­ła. Kie­dy oznaj­mi­łem jej, że wy­bio­rę się z nimi in­nym ra­zem, ob­ra­zi­ła się i nie chcia­ła ze mną roz­ma­wiać.

Hej, Ruda. Co u Cie­bie? Wiem, że po tym zwol­nie­niu nie je­steś w naj­lep­szym na­stro­ju, ale gdy Fa­bian po­wie­dział, że nie było Cię od po­nad ty­go­dnia na ba­se­nie, za­czą­łem się mar­twić.

Zde­cy­do­wa­łem się wy­słać tę wia­do­mość, bo fak­tycz­nie brak ak­tyw­no­ści nie był w jej sty­lu.

# Rozdział II

Brak od­po­wie­dzi od przy­ja­ciół­ki nie da­wał mi spo­ko­ju.

– Mamo, mia­łaś ostat­nio kon­takt z Zidą? – spy­ta­łem, gdy wsze­dłem do kuch­ni ko­lej­ne­go ran­ka.

– Wi­dzia­łam się z nią ja­kieś dzie­sięć dni temu. Coś się sta­ło?

Mama trak­to­wa­ła Rudą jak cór­kę, a So­nia była dla niej ni­czym wnucz­ka. Mama opie­ko­wa­ła się cza­sa­mi małą, kie­dy Zida mia­ła peł­ne ręce ro­bo­ty. Na swo­ich ro­dzi­ców Ruda mo­gła li­czyć tyl­ko spo­ra­dycz­nie – od­kąd za­szła w cią­żę, osten­ta­cyj­nie po­ka­zy­wa­li, jak bar­dzo za­wio­dła ich am­bi­cje o cór­ce-le­kar­ce.

– Strze­li­ła fo­cha ja­kieś dwa ty­go­dnie temu i prze­sta­ła się od­zy­wać. – Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

– Synu, jak­byś jej nie znał. Prze­cież nie­raz już się zda­rzy­ło, że po­ka­zy­wa­ła swo­je hu­mor­ki.

– Tak, masz ra­cję, ale nie była rów­nież od tego cza­su na ba­se­nie.

Pod­sze­dłem do lo­dów­ki. Otwo­rzy­łem ją, uzna­łem, że nie mam dziś ape­ty­tu, za­mkną­łem drzwi i uru­cho­mi­łem eks­pres do kawy, któ­ry stał obok.

Wy­bierz ro­dzaj kawy

Roz­legł się ko­bie­cy głos z ma­szy­ny.

– Po­dwój­ne espres­so – wy­po­wie­dzia­łem ży­cze­nie.

Kawa od kil­ku­na­stu lat była to­wa­rem de­fi­cy­to­wym z po­wo­du zmian kli­ma­tycz­nych, a ta, któ­ra była do­stęp­na, kosz­to­wa­ła nie­mi­ło­sier­nie dużo. Mie­li­śmy jed­nak szczę­ście. Moja ciot­ka – wiel­ka po­dróż­nicz­ka – od­by­ła wraz ze swo­im mę­żem po­dróż do Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej, te­re­nu naj­mniej do­tknię­te­go znisz­cze­niem ka­wow­ców. Po­nie­waż ani jed­no, ani dru­gie ni­g­dy za kawą nie prze­pa­da­ło, li­mit pię­ciu pa­czek na oso­bę, ja­kie mo­gli prze­wieźć, wy­lą­do­wał u nas.

– To jest fak­tycz­nie po­dej­rza­ne. So­nia by jej nie od­pu­ści­ła ta­kiej prze­rwy w pły­wa­niu. – Mama urwa­ła z ga­łąz­ki trzy po­mi­dor­ki kok­taj­lo­we i po­ło­ży­ła je na ta­le­rzu obok wcze­śniej przy­go­to­wa­nej ja­jecz­ni­cy. – Może spró­buj zaj­rzeć do niej dziś po pra­cy. – Za­bra­ła ta­lerz i usia­dła przy sto­le.

– Tak zro­bię. – Moja kawa była już go­to­wa, więc się­gną­łem po ku­bek.

– Cho­le­ra! Do mo­je­go espres­so do­sta­łem znów mle­ko w gra­ti­sie. Chcesz? – zwró­ci­łem się do mamy, a sam się­gną­łem do szaf­ki po zwy­kłą mie­lo­ną i na­sta­wi­łem wodę w czaj­ni­ku.

– Kie­dyś nie było ta­kie­go pro­ble­mu. Wci­ska­łeś przy­cisk „Lat­te” i za­wsze do­sta­wa­łeś lat­te. Te ko­mu­ni­ka­ty gło­so­we o kant dupy moż­na po­tłuc. – Za­śmia­ła się. – Do­daj mi tyl­ko jed­ną ły­żecz­kę mio­du i chęt­nie wy­pi­ję.

– Czy ten eks­pres na gu­zi­ki jest jesz­cze gdzieś w piw­ni­cy? – spy­ta­łem z na­dzie­ją.

– My­ślę, że tak. Po­szu­kam go dzi­siaj. – Uśmiech­nę­ła się iro­nicz­nie, bo sam ka­za­łem jej go wy­wa­lić, kie­dy ku­pi­łem nowy.

Wy­pi­łem kawę i wy­sze­dłem do pra­cy. Do­bie­gał koń­ca mój ostat­ni mie­siąc sta­żu i za­raz po jego za­koń­cze­niu mia­łem roz­po­cząć spe­cja­li­za­cję pod okiem naj­lep­sze­go neu­ro­chi­rur­ga w oko­li­cy.

Uni­wer­sy­tec­kie Cen­trum Kli­nicz­ne zo­sta­ło cał­ko­wi­cie wy­re­mon­to­wa­ne oko­ło dzie­sięć lat temu i roz­bu­do­wa­no w nim od­dział chi­rur­gicz­ny. Było to jed­no z nie­licz­nych miejsc, gdzie pa­cjen­ci mo­gli być pew­ni, że są w do­brych rę­kach. Do­kład­nie tu­taj pra­co­wał rów­nież mój oj­ciec, za­pew­ne dla­te­go ła­twiej było mi się za­ła­pać na staż i do­stać wy­jąt­ko­we­go opie­ku­na.

Za­par­ko­wa­łem przed bu­dyn­kiem i uda­łem się w stro­nę głów­ne­go wej­ścia. Nie ko­rzy­sta­łem ni­g­dy z win­dy, więc i tym ra­zem na trze­cie pię­tro wgra­mo­li­łem się po scho­dach.

Dzień do­bry, pa­nie Igo­rze Kor­dy­lew­ski

Usły­sza­łem, gdy sys­tem od­czy­tał moje li­nie pa­pi­lar­ne z kciu­ka.

Pro­szę spoj­rzeć pro­sto w obiek­tyw

Prze­wró­ci­łem naj­pierw ocza­mi, a po­tem wle­pi­łem wzrok tam, gdzie ka­za­no.

We­ry­fi­ka­cja prze­bie­gła po­myśl­nie. Wi­ta­my

Drzwi na od­dział otwo­rzy­ły się. Le­d­wie zdą­ży­łem prze­kro­czyć próg, a tuż obok mnie zja­wił się ro­bo­cik na kół­kach.

– Dzień do­bry. Czy ży­czysz so­bie her­ba­ty? – spy­tał. Był na­praw­dę słod­ki, to była chy­ba je­dy­na ma­szy­na, na któ­rą się nie wku­rza­łem.

– Daj mi tyl­ko wodę – od­po­wie­dzia­łem.

Pla­sti­ko­wą ręką otwo­rzył po­jem­nik, któ­ry wi­siał mu na wy­so­ko­ści brzu­cha, wy­jął z nie­go trzy­stu­mi­li­li­tro­wą bu­tel­kę wody i po­dał mi ją.

– Dzię­ku­ję.

– Pro­szę bar­dzo. Jak się dziś czu­jesz?

– Do­sko­na­łe. A ty?

– Je­stem na no­gach dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę. Czy wy­obra­żasz so­bie jak mogę się czuć? – Za­śmiał się śmiesz­nym, sztucz­nym re­cho­tem.

To nie­sa­mo­wi­te, że ma­szy­ny na­uczy­ły się żar­to­wać. Po­do­ba­ło mi się to na­wet. Kie­dy wście­kły chcia­łem ob­ga­dać ko­goś z od­dzia­łu, wie­dzia­łem, że jemu mogę na­wrzu­cać, ile chcę i na kogo chcę. Trak­to­wa­łem go nie­mal jak przy­ja­cie­la. Nada­łem mu na­wet imię: Ża­bo­lon, bo oczy miał wiel­kie i wy­ba­łu­szo­ne, a po­licz­ki okrą­głe jak na­pom­po­wa­ne. Od­pro­wa­dził mnie do drzwi wej­ścio­wych do szat­ni.

– Mi­łe­go dnia – rzekł, od­jeż­dża­jąc.

– Wza­jem­nie! 

Wsze­dłem, żeby za­brać swój far­tuch, gdy usły­sza­łem za ple­ca­mi:

– Dzień do­bry, Igor, jak tyl­ko się prze­bie­rzesz, za­bierz z trój­ki pa­nią Klicz­kow­ską na zdję­cie szwów.

– Dzień do­bry dok­to­rze. Oczy­wi­ście – od­par­łem i znik­ną­łem za drzwia­mi.

Ce­za­ry Ho­ro­dy­ski był jed­nym z tych le­ka­rzy, któ­rych po­dzi­wia­łem. Opa­no­wa­ny, wszyst­ko­wie­dzą­cy, pew­ny sie­bie, z sa­my­mi suk­ce­sa­mi na kon­cie, je­śli cho­dzi o prze­pro­wa­dzo­ne ope­ra­cje. Ma­rzy­łem, aby któ­re­goś dnia sta­nąć obok nie­go na sali ope­ra­cyj­nej i mu asy­sto­wać.

Zdją­łem buty i blu­zę – po­zo­sta­wi­łem tyl­ko bia­ły T-shirt – za­ło­ży­łem gu­mo­we klap­ki oraz far­tuch i uda­łem się do sta­ro­win­ki.

– Dzień do­bry, pani Zo­siu. Jak się dziś czu­je­my? – Usia­dłem na brze­gu łóż­ka, chwy­ci­łem jej dłoń i pod­cią­gną­łem rę­kaw noc­nej ko­szu­li do po­ło­wy przed­ra­mie­nia.

– Chy­ba mam wy­so­kie ci­śnie­nie – od­par­ła na mój wi­dok.

Się­gną­łem więc po rę­kaw, któ­ry był po­łą­czo­ny z mo­ni­to­rem wi­szą­cym nad jej gło­wą i za­ło­ży­łem na jej przed­ra­mię.

– Ci­śnie­nie ide­al­ne. – Uśmiech­ną­łem się do niej, a jej mina wy­raź­nie wska­zy­wa­ła nie­do­wie­rza­nie. – To co? Pod­nio­sę te­raz pa­nią. Po­sa­dzę na wóz­ku i po­je­dzie­my zdjąć szwy, do­brze? 

Przy­tak­nę­ła gło­wą. Mia­ła gru­bo po­nad osiem­dzie­siąt lat i nie za­wsze chcia­ło się jej dys­ku­to­wać.

Me­dy­cy­na była już na bar­dzo wy­so­kim po­zio­mie. Go­je­nie ran przy­spie­sza­ły spe­cjal­ne ma­ści, a póź­niej­sza cał­ko­wi­ta eli­mi­na­cja blizn była moż­li­wa dzię­ki spe­cjal­nym kre­mom na­kła­da­nym w cią­gu mak­sy­mal­nie go­dzi­ny od za­ło­że­nia szwów. Jed­nak na te udo­god­nie­nia mo­gły so­bie po­zwo­lić je­dy­nie oso­by ma­jęt­ne. Ta­kie usłu­gi były do­dat­ko­wo płat­ne, na­wet w pań­stwo­wych szpi­ta­lach. I nie dzia­ła­ły na wszyst­kich. Na przy­kład pra­wie dzie­więć­dzie­się­cio­let­nia pani Zo­sia nie mia­ła szans na za­ma­sko­wa­nie śla­dów po ope­ra­cji. Jej cia­ło było już zbyt sta­re, aby za­re­ago­wać na skład­ni­ki pre­pa­ra­tu. Tyl­ko kto by się tym przej­mo­wał, bę­dąc w jej wie­ku?

– No i go­to­we – po­wie­dzia­łem po wy­cią­gnię­ciu ostat­niej nici. – Jesz­cze kil­ka dni na ob­ser­wa­cji i bę­dzie­my mo­gli prze­pro­wa­dzić ko­lej­ną ope­ra­cję, a po niej wró­ci pani do domu już na wła­snych no­gach.

– Że­bym tyl­ko do­ży­ła… bo ma­rzę o zdro­wym, do­mo­wym obie­dzie – wes­tchnę­ła.

– Uwa­ża pani, że po­da­wa­ne u nas je­dze­nie nie jest zdro­we? – Oczy­wi­ście by­łem prze­ko­na­ny, że tak wła­śnie jest, ale nie wy­pa­da­ło po­twier­dzać tego na głos.

– Pa­nie dok­to­rze, prze­cież ten chleb na śnia­da­nie ni­g­dy nie wi­dział mąki, ka­sza po­da­wa­na do obia­du ni­g­dy nie wi­dzia­ła zia­ren zbóż, a po­mi­do­ry… już na pierw­szy rzut oka wi­dać, że są z tych go­to­wych do ze­bra­nia po trzech dniach od po­sa­dze­nia. Kie­dyś to były cza­sy… – wes­tchnę­ła. – Wa­rzy­wa i owo­ce były na­wo­żo­ne środ­ka­mi chwa­sto­bój­czy­mi czy grzy­bo­bój­czy­mi, ale wszyst­ko zmie­rza­ło ku eko­lo­gii. Te naj­gor­sze stop­nio­wo zo­sta­ły wy­eli­mi­no­wa­ne z ryn­ku, świat szedł w do­brym kie­run­ku… – Za­my­śli­ła się na chwi­lę. – Ale jak tyl­ko te sztucz­ne mó­zgi…

– Sztucz­na in­te­li­gen­cja – po­pra­wi­łem ją.

– …Tak, ta sztucz­na in­te­li­gen­cja za­czę­ła in­ge­ro­wać i wy­my­ślać cuda na kiju, któ­re do­pro­wa­dza­ją tyl­ko do na­bi­ja­nia kab­zy, i nisz­cze­nia wszyst­kie­go in­ne­go wo­kół, to ja, pa­nie dok­to­rze, już wo­la­ła­bym się cof­nąć do cza­sów, kie­dy Ro­un­dup był naj­więk­szym po­stra­chem w prze­my­śle rol­ni­czym.

– Pro­szę ob­jąć moje ra­mię. – Nie sko­men­to­wa­łem tego, choć wie­dzia­łem, że ma stu­pro­cen­to­wą ra­cję. Po­chy­li­łem się tyl­ko, ob­ją­łem ją w pa­sie, prze­nio­słem na wó­zek i od­pro­wa­dzi­łem do sali. Gdy le­ża­ła już wy­god­nie w łóż­ku, po­wie­dzia­łem: – Prze­my­cę ju­tro dla pani kil­ka po­mi­do­rów z ogród­ka mo­jej bab­ci.

– Praw­dzi­we po­mi­do­ry? Ta­kie naj­praw­dziw­sze? – Otwo­rzy­ła sze­rzej oczy i uro­czo się uśmiech­nę­ła.

– Do­kład­nie ta­kie – po­twier­dzi­łem.

– Dzię­ku­ję ci dziec­ko. – Po­gła­dzi­ła moją rękę. Na­la­łem jej wody do kub­ka, po­sta­wi­łem na szaf­ce przy łóż­ku i wy­sze­dłem.

Uda­łem się do wy­sep­ki, przy któ­rej za­wsze sie­dzia­ły pie­lę­gniar­ki i po­pro­si­łem o wy­kaz przy­jęć na od­dział z ostat­nich dwu­na­stu go­dzin.

– Zła­ma­na noga: chło­piec sie­dem lat. Uraz krę­go­słu­pa, zła­ma­ne czte­ry że­bra oraz mo­stek: ko­bie­ta trzy­dzie­ści sie­dem lat. Zmiaż­dżo­na sto­pa: męż­czy­zna sie­dem­dzie­siąt osiem lat – czy­ta­łem pół­szep­tem, prze­su­wa­jąc pal­cem po pła­skim ekra­nie elek­tro­nicz­ne­go no­tat­ni­ka.

– Gdzie leży ta dziew­czy­na z ura­zem krę­go­słu­pa? – Wy­po­wie­dzia­ne na głos py­ta­nie skie­ro­wa­łem do Kai, jed­nej z pie­lę­gnia­rek.

– Jest już po ope­ra­cji, po­dob­no wszyst­ko się uda­ło.

– W któ­rej sali? Chciał­bym do niej zaj­rzeć.

– Nie­ste­ty. Dok­tor Ho­ro­dy­ski za­bro­nił. Mają do niej do­stęp tyl­ko on i dok­tor Wę­gro­wicz.

To było idio­tycz­ne i dla mnie nie­zro­zu­mia­łe. By­wa­li pa­cjen­ci, do któ­rych mój idol nie do­pusz­czał ni­ko­go. Sam kon­tro­lo­wał sy­tu­ację, do­glą­dał pa­cjen­ta, a na­wet zmie­niał opa­trun­ki. Do­pie­ro po dru­giej czy trze­ciej do­bie do­pusz­czał do nie­go resz­tę per­so­ne­lu. Ni­g­dy nie spy­ta­łem, dla­cze­go tak robi, ale wie­rzy­łem, że bę­dąc tak wy­bit­nym le­ka­rzem, ma w tym swój ukry­ty cel – i za­pew­ne słusz­ny. Od­da­łem no­tat­nik i po­sze­dłem zo­ba­czyć, jak czu­je się mło­dy pa­cjent ze zła­ma­ną nogą.

– Dzień do­bry. Pro­szę bar­dzo, wi­dzę, że masz to­wa­rzy­stwo. – Uśmiech­ną­łem się na wi­dok wiel­kie­go mi­sia sie­dzą­ce­go na krze­śle przy łóż­ku pa­cjen­ta.

– Dzień do­bry. Ma na imię Fo­lik.

– Tak jak ten smok z baj­ki. A ty jak masz na imię?

– Mar­win. – Pod­sze­dłem bli­żej i po­da­łem mu rękę. – A ja je­stem Igor. Miło mi cię po­znać. Jak noga?

– W po­rząd­ku. Smut­no mi tyl­ko, bo przez trzy ty­go­dnie nie będę mógł grać w pił­kę.

– Jak do­szło do zła­ma­nia? Mu­sia­łeś nie­źle sza­leć na bo­isku, co? – spy­ta­łem i za­czą­łem prze­su­wać in­for­ma­cje o zła­ma­niu na mo­ni­to­rze znaj­du­ją­cym się przy łóż­ku.

– To nie było na bo­isku. Prze­ska­ki­wa­łem przez ogro­dze­nie – od­parł, jak­by był z tego dum­ny.

– Ach tak, ro­zu­miem. No to się po­pi­sa­łeś przed kum­pla­mi. – Za­śmia­łem się. – Okej, mło­dy, wi­dzę, że wszyst­kie ba­da­nia masz w po­rząd­ku, two­ja mama zo­sta­ła po­in­for­mo­wa­na i przy­je­dzie po cie­bie po pięt­na­stej.

– Tak, wiem. Roz­ma­wia­łem z nią przez smart­gla­sa1.

– W ta­kim ra­zie, Mar­win, zo­sta­wiam cię z two­im przy­ja­cie­lem Fo­li­kiem, a ja pój­dę zaj­rzeć do in­nych pa­cjen­tów. – Pu­ści­łem mu oczko, klep­ną­łem mi­sia w ra­mię i wy­sze­dłem. Le­d­wie opu­ści­łem salę, zo­ba­czy­łem, jak na od­dział wbie­ga­ją pie­lę­gnia­rze, wio­ząc na łóż­ku męż­czy­znę ca­łe­go we krwi. Dok­tor Wę­gro­wicz wy­biegł im na­prze­ciw, krzy­cząc:

– Igor! We­zwij mi na­tych­miast dok­to­ra Ra­czyń­skie­go, je­dzie­my z ran­nym na salę ope­ra­cyj­ną. To dy­rek­tor szko­ły, w któ­rej uczy się mój syn. Je­den z by­łych uczniów wtar­gnął na te­ren pla­ców­ki i za­dał mu dwa cio­sy no­żem w brzuch. Z tej dru­giej rany nóż nie zo­stał usu­nię­ty. Ty też idziesz na salę ope­ra­cyj­ną do asy­sty. Na­daj ko­mu­ni­kat na od­dział. Niech się tu też zja­wi Ida.

– Tak jest, dok­to­rze! – Nie zno­si­łem, gdy po­ja­wia­li się pa­cjen­ci, któ­rych ży­cie było za­gro­żo­ne, ale z dru­giej stro­ny fakt, że mogę być przy ope­ra­cji, na­pa­wał mnie ener­gią, chę­cią po­mo­cy i na mak­sa pod­krę­cał ad­re­na­li­nę.

Wje­cha­li­śmy na salę ope­ra­cyj­ną. Au­to­mat prze­niósł pa­cjen­ta na stół za­bie­go­wy. W tej sa­mej chwi­li pod­je­chał ro­bot ze zde­zyn­fe­ko­wa­ny­mi na­rzę­dzia­mi. Dok­tor Ra­czyń­ski i pie­lę­gniar­ka, Ida Woj­da, rów­nież byli już na po­ste­run­ku. Za po­mo­cą jed­ne­go po­le­ce­nia z su­fi­tu opu­ścił się sprzęt, któ­ry wy­ko­nał prze­świe­tle­nie jamy brzusz­nej.

– Stan ogól­ny śred­ni, sta­bil­ny, źre­ni­ce wą­skie o od­po­wied­niej re­ak­cji na świa­tło, czasz­ka śród­mia­ro­wa. Czyn­ność ser­ca mia­ro­wa: dzie­więć­dzie­siąt ude­rzeń na mi­nu­tę. Tony ser­ca gło­śne. Ci­śnie­nie w nor­mie. Ostrze noża zo­sta­ło wbi­te pod pra­wy łuk że­bro­wy na głę­bo­kość pię­ciu cen­ty­me­trów, oraz pod lewy łuk że­bro­wy sko­śnie do góry w kie­run­ku prze­po­ny na głę­bo­kość trzy­na­stu cen­ty­me­trów. Rana le­we­go pła­ta wą­tro­by na dłu­go­ści dwóch cen­ty­me­trów. Na przed­niej ścia­nie żo­łąd­ka per­fo­ra­cja na ca­łej dłu­go­ści ścia­ny. Po­zo­sta­łe na­rzą­dy we­wnętrz­ne nie­usz­ko­dzo­ne – re­la­cjo­no­wał dok­tor, pa­trząc w mo­ni­tor ze zdję­ciem po­szko­do­wa­ne­go. – Okej, ko­cha­ni, za­czy­na­my.

Ope­ra­cja trwa­ła nie­speł­na czter­dzie­ści mi­nut. Nic nie za­kłó­ci­ło jej prze­bie­gu i za­koń­czy­ła się po­myśl­nie. Pa­cjent zo­stał prze­wie­zio­ny na salę po­ope­ra­cyj­ną. Ob­ją­łem ra­mie­niem Idę i skie­ro­wa­łem ją w stro­nę wyj­ścia z sali.

– Czas na kawę. Co ty na to? – spy­ta­łem.

– Je­śli jesz­cze jest, to bar­dzo chęt­nie. Pra­cu­ję tu już trzy­na­ście lat, a na­dal pod­czas asy­sty przy ope­ra­cji moc­no się de­ner­wu­ję. A może cia­cho dla osło­dy?

– Nie, tyl­ko nie ta che­mia z pro­bów­ki.

– Nie śmia­ła­bym ci tego pro­po­no­wać, wiem jak o sie­bie dbasz. Moja mama pie­kła.

– Więc nie od­ma­wiam. – Prze­nie­śli­śmy się do służ­bo­we­go po­miesz­cze­nia, gdzie usia­dłem wy­god­nie w fo­te­lu. – Hej, a gdzie Ża­bo­lon? To on po­wi­nien nam za­ser­wo­wać kawę.

– Jest gdzieś na od­dzia­le. Może za­ba­wia pa­cjen­tów. – Uśmiech­nę­ła się. – A ja nie wiem gdzie jest pi­lot, żeby go przy­wo­łać. Nie przej­muj się. Po­tra­fię wy­po­wie­dzieć ma­gicz­ne za­klę­cie.

– Też po­tra­fię, a jed­nak u mnie w domu ono nie dzia­ła. – Roz­ło­ży­łem ręce i zaj­rza­łem do po­jem­ni­ka z ziar­na­mi kawy. – Mamy szczę­ście, jesz­cze jest.

– Koń­ców­ka. – Ida po­ka­za­ła mi nie­mal­że pu­ste opa­ko­wa­nie le­żą­ce w szaf­ce obok, po czym zwró­ci­ła się do ma­szy­ny: – Po­dwój­ne espres­so i mac­chia­to.

– Oho, żeby obie kawy nie wy­lą­do­wa­ły w jed­nym kub­ku! – Ro­ze­śmia­łem się.

– To mą­dra ma­szy­na. Już wie­le razy do­sta­wa­ła po­dwój­ne za­mó­wie­nia i do­brze so­bie z nimi ra­dzi­ła.

– Ufam wam. – Po­sła­łem jej ko­lej­ny uśmie­szek.

– Pro­szę bar­dzo, fi­li­żan­ka moc­nej kawy i ku­bek zim­nej wody. – Ida po­sta­wi­ła na­po­je na sto­li­ku tuż obok fo­te­la. – I dla mnie bia­ła i pięk­nie spie­nio­na. – Otwo­rzy­ła pu­deł­ko z wy­pie­ka­mi mamy i usia­dła na sie­dzi­sku obok.

– Dzię­ku­ję. Chy­ba ko­bie­ty mają lep­szy wpływ na ma­szy­ny – za­żar­to­wa­łem i po­czę­sto­wa­łem się ciast­kiem. – Mmm, wy­śmie­ni­te.

– Dzię­ku­ję, prze­ka­żę ma­mie.

Pięt­na­ście mi­nut prze­rwy zle­cia­ło na po­ga­du­chach, pod­ja­da­niu słod­ko­ści i sta­wa­niu na nogi dzię­ki pysz­nej ka­wie. Resz­ta dnia była w mia­rę spo­koj­na. Po szes­na­stej zrzu­ci­łem szpi­tal­ny far­tuch i wy­sze­dłem z pra­cy. Skie­ro­wa­łem się pro­sto pod apar­ta­men­to­wiec, w któ­rym miesz­ka­ła Ruda. Na szczę­ście bra­ma wjaz­do­wa na te­ren osie­dla była otwar­ta. Za­par­ko­wa­łem, wy­sia­dłem z sa­mo­cho­du i pod­sze­dłem do wi­de­odo­mo­fo­nu. Za­dzwo­ni­łem kil­ka razy, ale bez od­ze­wu. Przy­ło­ży­łem kciuk do czyt­ni­ka. Na szczę­ście moje li­nie pa­pi­lar­ne do­da­no kie­dyś do li­sty do­mow­ni­ków, więc do­sta­łem się na klat­kę. Po­sta­no­wi­łem jesz­cze za­dzwo­nić do drzwi miesz­ka­nia. Wje­cha­łem win­dą na siód­me pię­tro, i sto­jąc przed wej­ściem, na zmia­nę stu­ka­łem i wy­dzwa­nia­łem. Ci­sza. Zmar­twi­ło mnie to. Nie mo­gły prze­cież ni­g­dzie wy­je­chać. So­nia cho­dzi­ła do szko­ły i obie były na tyle su­mien­ne, że z byle po­wo­du mała nie opusz­cza­ła za­jęć. To nie było w ich sty­lu.

1 smart­glas – oku­la­ry uży­wa­ne za­miast te­le­fo­nu, umoż­li­wia­ją­ce na­wią­za­nie po­łą­cze­nia gło­so­we­go oraz wi­zu­al­ne­go w 3D.

# Rozdział III

W dro­dze do domu po­sta­no­wi­łem zro­bić za­ku­py. Wstą­pi­łem do mar­ke­tu znaj­du­ją­ce­go się dwie prze­czni­ce da­lej.

– Okej, przy­da się tro­chę wa­rzyw… niech bę­dzie sa­ła­ta, bro­kuł… na przy­kład… yyy… ka­la­fio­ra też we­zmę… kil­ka bro­wa­rów… dwa za­bio­rę na spo­tka­nie z Na­tkiem, wy­pi­je­my po me­czu… eko­lo­gicz­na mąka… Może zdą­żę jesz­cze dziś upiec chleb, a jak nie ja, to mama chęt­nie to zro­bi… no i mię­so, naj­le­piej in­dyk… hmm… Niech bę­dzie trzy ki­lo­gra­my… Ach i jesz­cze pięć sa­sze­tek cze­ko­la­dy w prosz­ku – mam­ro­ta­łem pod no­sem, wkła­da­jąc ko­lej­ne pro­duk­ty do ko­szy­ka. Za­wsze, gdy ro­bi­łem za­ku­py w tym skle­pie, pa­mię­ta­łem o cze­ko­la­dzie. Na­ta­niel ją uwiel­biał, a była tyl­ko w Gra­tio­sie – sie­ciów­ce, któ­rej nie było w jego oko­li­cy.

Two­je kon­to nie zo­sta­ło ob­cią­żo­ne. Ko­szyk za­wie­ra zbyt dużą ilość mię­sa. Li­mit ty­go­dnio­wy to czte­ry ki­lo­gra­my. Do jego osią­gnię­cia zo­stał ci je­den ki­lo­gram. Odłóż po­zo­sta­łe dwa. Pa­mię­taj. Zbyt duże spo­ży­cie mię­sa po­wo­du­je roz­wój miaż­dży­cy, cho­ro­by nie­do­krwien­ne ser­ca oraz uda­ry

Usły­sza­łem, prze­cho­dząc przez bram­kę ska­nu­ją­cą wszyst­ko, co znaj­du­je się w ko­szy­ku.

– Nie wie­rzę. Mam pięć opa­ko­wań gów­nia­nej cze­ko­la­dy z prosz­ku i to ci nie prze­szka­dza? – spy­ta­łem po­wie­trza, nie ocze­ku­jąc od­po­wie­dzi. – Co za ob­łu­da z tym zdro­wym od­ży­wia­niem! – Wy­ją­łem dwa opa­ko­wa­nia z in­dy­kiem i odło­ży­łem do lo­dów­ki. Wró­ci­łem do bram­ki, przez któ­rą tym ra­zem prze­sze­dłem bez­pro­ble­mo­wo. – Czy­li, że ta cze­ko­la­da, w któ­rej skła­dzie nie ma ani mle­ka, ani na­wet ka­kao, to we­dług cie­bie su­per­fo­od? – Tym ra­zem sło­wa skie­ro­wa­łem do ka­me­ry wi­szą­cej w ką­cie nad drzwia­mi wyj­ścio­wy­mi i po­krę­ci­łem gło­wą.

Po­trze­bo­wa­łem tego te­ni­sa. Cały dzień w pra­cy nie wy­pro­wa­dził mnie z rów­no­wa­gi tak jak brak in­for­ma­cji od Zidy i te­raz jesz­cze ten głu­pi i zu­peł­nie nie­do­sko­na­ły sys­tem kon­tro­lu­ją­cy, co jem.

Wsia­dłem do sa­mo­cho­du i na­tych­miast po od­pa­le­niu sil­ni­ka na ekra­nie wy­świe­tli­ła się li­sta mo­ich za­ku­pów i kwo­ta, któ­ra zo­sta­ła ścią­gnię­ta z mo­je­go kon­ta. Za­raz po niej wia­do­mość od Na­tka:

Joł. O 19 na kor­cie.

Wci­sną­łem przy­cisk ak­cep­ta­cji, co z au­to­ma­tu wy­sy­ła­ło po­twier­dze­nie do nadaw­cy wia­do­mo­ści i od­je­cha­łem z par­kin­gu. Wró­ci­łem do domu.

– Cześć synu. Jak mi­nął dzień? – usły­sza­łem, gdy tyl­ko za­trza­sną­łem drzwi po wej­ściu do miesz­ka­nia.

Sys­tem gło­so­wy mo­ni­to­ro­wa­nia jest uszko­dzo­ny. We­zwij mon­te­ra

Mama jesz­cze coś do­da­ła, ale już nie usły­sza­łem, bo jak zwy­kle na wej­ściu przy­po­mi­nał o so­bie in­wi­gi­la­tor.

– Po­cze­kaj, już lecę. Pra­gnę, że­byś truł mi co­dzien­nie, w co mam się ubrać, jaka jest po­go­da na ze­wnątrz, że moje ci­śnie­nie jest za wy­so­kie i po­wi­nie­nem zre­zy­gno­wać z ko­lej­nej kawy. Nie­do­cze­ka­nie – od­po­wie­dzia­łem w su­fit i po­my­śla­łem, że mu­szę wresz­cie zde­mon­to­wać cał­kiem to urzą­dze­nie.

– Cześć mamo. U mnie okej, poza tym, że nie­ste­ty nie za­sta­łem Ru­dej w domu i mnie to nie­po­koi. – Zo­sta­wi­łem blu­zę na wie­sza­ku i wsze­dłem do kuch­ni. – Och, wi­dzę, że by­łaś u bab­ci.

– Tak. Przy­wio­złam jaj­ka i całą tor­bę wa­rzyw. – Wła­śnie je wy­pa­ko­wy­wa­ła. – Może po­wi­nie­neś spró­bo­wać za­dzwo­nić do jej bra­ta, bo ro­dzi­ce, jak są­dzę, nic nie wie­dzą.

– Dzwo­ni­łem do nie­go. Włą­cza się pocz­ta gło­so­wa z in­for­ma­cją, że jest gdzieś na Ka­ra­ibach i bę­dzie do­stęp­ny za dwa ty­go­dnie czy coś ta­kie­go.

– Mam po­mysł. Pod­ja­dę ju­tro do szko­ły Soni. Mam upo­waż­nie­nie do jej od­bio­ru, więc udzie­lą mi in­for­ma­cji, czy cho­dzi na za­ję­cia.

– Je­śli to nie kło­pot, to będę wdzięcz­ny. – Po­ło­ży­łem swo­ją tor­bę z za­ku­pa­mi na sto­le i za­czą­łem wyj­mo­wać pro­duk­ty.

– Jaki kło­pot? Synu! Ja też się o nie mar­twię.

– Mam na­dzie­ję, że nic im nie jest.

– Mam prze­czu­cie, że wy­je­cha­ła, żeby od­sap­nąć. Nie martw się, wszyst­ko za­pew­ne jest okej.

– Dzię­ku­ję. Za­bie­ram to ju­tro do pra­cy. – Spa­ko­wa­łem do po­jem­ni­ka czte­ry po­mi­do­ry i jed­ną głów­kę sa­ła­ty i po­ło­ży­łem bli­sko eks­pre­su do kawy. Nie mo­głem za­po­mnieć o obiet­ni­cy da­nej pani Zosi.

– Twój ju­trzej­szy lunch?

– Nie. To dla jed­nej se­nior­ki na na­szym od­dzia­le. Bar­dzo na­rze­ka na szpi­tal­ne je­dze­nie.

– A dzi­wisz się?

– Wca­le.

– Od­grzej so­bie spa­ghet­ti, jest w lo­dów­ce. Zro­bi­łam je rano, pew­nie je­steś głod­ny.

– Nie, dzię­ku­ję. We­zmę prysz­nic i ucie­kam na roz­gryw­kę te­ni­sa. – Wzią­łem ze sto­łu ogór­ka, zja­dłem go ze skór­ką i po­sze­dłem do ła­zien­ki.

Po prysz­ni­cu jed­nak od­czu­łem głód, a że nie chcia­łem się opy­chać tuż przed tre­nin­giem, od­grza­łem so­bie je­dy­nie małą por­cję spa­ghet­ti.

– A jed­nak? – sko­men­to­wa­ła mama, wcho­dząc do kuch­ni.

– Sku­si­łem się i jest prze­pysz­ne, zresz­tą jak wszyst­ko, co go­tu­jesz. – Wcią­gną­łem ostat­nią klu­skę i wło­ży­łem ta­lerz do zmy­war­ki. – Dzię­ku­ję! Cmok­ną­łem mamę w gło­wę, za­bra­łem tor­bę, ra­kie­tę i wy­sze­dłem.

Do­je­cha­łem przed kort, za­par­ko­wa­łem i po­sze­dłem do szat­ni. Na­ta­niel już się prze­bie­rał.

– Joł, sta­ry. Jak wczo­raj­sza rand­ka? – wy­pa­li­łem, cie­ka­wy.

– Cał­kiem, cał­kiem, dziew­czy­na na­praw­dę ślicz­na – mó­wił, za­kła­da­jąc ko­szul­kę i spoden­ki.

– To aku­rat sła­ba za­le­ta. Przy tak sze­ro­ko do­stęp­nych usłu­gach me­dy­cy­ny es­te­tycz­nej, to w su­mie nie ma obec­nie brzyd­kich lu­dzi.

– No nie wiem… – Zro­bił pau­zę. – Spójrz na sie­bie! – I za­czął się śmiać jak głu­pi, na co tyl­ko po­ki­wa­łem gło­wą. – No do­bra, sta­ry, wiem, że je­steś su­per­cia­cho. No i te czar­ne wło­sy, któ­rych ci w cho­le­rę za­zdrosz­czę – do­dał.

Mógł mi za­zdro­ścić. W ak­tu­al­nym świe­cie na­tu­ral­ny pig­ment był rzad­ko­ścią, wy­par­tą przez skut­ki ubocz­ne dłu­go­trwa­łe­go za­ży­wa­nia ta­ble­tek na zbi­ja­nie tłusz­czu. U in­nych skó­ra ro­bi­ła się ja­sna, nie­mal prze­zro­czy­sta, a wło­sy wy­pa­da­ły gar­ścia­mi. Nikt się tym jed­nak nie przej­mo­wał – prze­szcze­py były ta­nie i po­wszech­ne. Ja wo­la­łem jed­nak trzy­mać się z dala od che­mii.

– A jak z gad­ki?

– Z kim?

– No z tą la­ską.

– A wi­dzisz, już nie po­wiesz, że przy tak roz­wi­nię­tej me­dy­cy­nie wszy­scy mają IQ po­wy­żej dwu­stu. A ona wła­śnie ma. Może nie tyle, ale to cał­kiem in­te­li­gent­na isto­ta. Te­ma­ty nam się nie koń­czy­ły.

– Czy­li bę­dzie dal­szy ciąg?

– A i ow­szem – uśmiech­nął się, jak­by koń­cząc o niej roz­mo­wę.

– Go­to­wy? Le­ci­my na kort! – Za­bra­łem ra­kie­tę, pił­kę i wy­sze­dłem pierw­szy. Na­tek mnie do­go­nił po kil­ku se­kun­dach.

– O co gra­my? – spy­tał. – A może ty, jako prze­gra­ny, uma­wiasz się na rand­kę z apli­ka­cji, któ­rą ci tuż po grze za­in­sta­lu­ję? – Szcze­rzył zęby, uda­jąc uśmiech.

– Nie, tyl­ko nie to. Żad­nych ran­dek. Za trzy lata może się sku­szę, gdy ze spe­cja­li­za­cją będę do­bi­jał do brze­gu.

– Nu­dziarz! – Prze­wró­cił ocza­mi. – Okej, więc jak prze­grasz, to da­jesz się wy­cią­gnąć w week­end na mę­ski wie­czór i nie wra­casz przed dru­gą do domu. – Kum­pel ko­niecz­nie chciał mi za­pew­nić roz­ryw­kę. Ostat­nio cięż­ko mnie było wy­cią­gnąć gdzieś na dłu­żej.

– Zgo­da. – Nie chcia­łem z sie­bie ro­bić zu­peł­nie nie­to­wa­rzy­skie­go gbu­ra. – A jak wy­gram, to co?

– Nie wy­grasz!

Na­tek był do­bry w tę grę, wy­da­wa­ło mi się na­wet, że lep­szy ode mnie. Po pierw­szych dwu­dzie­stu mi­nu­tach prze­gry­wa­łem jed­nym se­tem.

– Re­zer­wuj czas na so­bo­tę – krzyk­nął zza siat­ki.

– Cze­kaj, cze­kaj, daję ci na ra­zie fory!

Na mój tekst wy­buch­nął śmie­chem, a ja po­czu­łem moc, by dać mu po­pa­lić. Mi­nę­ło ko­lej­ne dwa­dzie­ścia pięć mi­nut i set na­le­żał do mnie. Od­gry­złem się i li­czy­łem na to, że do­wa­lę mu i trze­ci bę­dzie moim trium­fem. Jed­nak Na­tek, za­dzio­ra, nie umie prze­gry­wać, wie­dzia­łem więc, że ze­pnie po­śla­dy. Tak też się sta­ło. Za­miast gry dla roz­ryw­ki na­gle zro­bi­ły się za­cię­te za­wo­dy. Ła­do­wał ra­kie­tą w pił­kę jak opę­ta­ny. Grał tak, jak­by w fi­na­le miał otrzy­mać sta­tu­et­kę i mi­lion do­lców, a nie chla­nie w moim to­wa­rzy­stwie. Szcze­rze mó­wiąc, prze­go­nił mnie po kor­cie so­lid­nie. Mia­łem dość.

– A dzię­ku­ję, dzię­ku­ję… – Kła­niał się na lewo i pra­wo, zbli­ża­jąc się do siat­ki. – Je­ste­ście ko­cha­ni, dzię­ku­ję za do­ping. – Wy­dur­niał się, ma­chał do pu­stych ła­wek i wy­sy­łał ca­łu­sy, uda­jąc, że ki­bi­cu­ją mu tłu­my.

– Do­bra, do­bra, da­ruj so­bie tę szop­kę, pa­ca­nie. – Po­da­łem mu rękę, gdy już obaj sta­li­śmy przy siat­ce. – Gra­tu­lu­ję.

– Dzię­ku­ję. Chcesz jesz­cze coś do­dać? – spy­tał z iro­nią.

– Tak. Je­steś mi­strzem! – Za­wsze to so­bie mó­wi­li­śmy, gdy któ­ryś z nas wy­grał.

– I coś jesz­cze?

– Tak. So­bo­ta o dwu­dzie­stej, klub Ni­ki­ta – wy­du­si­łem.

– Oł je! Oł je! – Za­tań­czył dur­no­wa­to z ra­kie­tą, co w su­mie mnie roz­ba­wi­ło.

– Chodź­my po­sie­dzieć w bo­ta­nic co­urt2. Mam dwa bro­war­ki. Od­sap­nie­my.

Wzię­li­śmy prysz­nic. Wy­ją­łem z tor­by piwo oraz pseu­do­cze­ko­la­dę dla Na­tka.

– Pro­szę bar­dzo, spor­tow­cu od sied­miu bo­le­ści. – Po­da­łem mu opa­ko­wa­nia. – Kie­dyś ku­pię ci lupę, że­byś mógł do­kład­nie prze­czy­tać skład.

Na­ta­niel dość czę­sto po­zwa­lał so­bie na nie­ko­niecz­nie zdro­we je­dze­nie. Był jed­nak świa­do­my tego, jak bar­dzo nie­ko­rzyst­ny wpływ mają wszel­kiej ma­ści ta­blet­ki: na spa­la­nie tłusz­czu, na bu­do­wa­nie mię­śni, na po­pra­wę skó­ry i tym po­dob­ne dla­te­go z nich nie ko­rzy­stał. Upra­wiał spor­ty i swo­ją przy­zwo­itą bu­do­wę cia­ła za­wdzię­czał tyl­ko so­bie.

– Wła­śnie po to pi­szą to tak ma­lut­kim drucz­kiem, żeby nikt nie za­przą­tał so­bie tym gło­wy. – Za­śmiał się. – Mu­sisz kie­dyś spró­bo­wać. Nie dość, że naj­lep­sza na świe­cie, to jesz­cze hi­per­ta­nia i robi się w dwie mi­nu­ty. Wrzu­cam opa­ko­wa­nie do wrząt­ku, ono się pięk­nie wy­peł­nia, na­bie­ra ko­lo­rów i na­wet ży­czy mi smacz­ne­go. Wyj­mu­ję, cze­kam trzy­dzie­ści se­kund, aż ciut prze­sty­gnie, ale nie za bar­dzo, bo lu­bię jesz­cze cie­płą, otwie­ram złot­ko i po­że­ram ją wzro­kiem.

W bo­ta­nic co­urt za­ję­li­śmy wy­god­ne fo­te­le i otwo­rzy­li­śmy bu­tel­ki. To miej­sce było na­praw­dę re­lak­su­ją­ce. Mnó­stwo zie­le­ni i spo­koj­na mu­zy­ka po­zwa­la­ły się wy­ci­szyć.

Bło­gą ci­szę prze­rwał ko­mu­ni­kat:

Wi­taj­cie. Dziś trzy­dzie­sty pierw­szy mar­ca, dwa ty­sią­ce sześć­dzie­sią­te­go czwar­te­go roku. Na ze­wnątrz jest osiem­na­ście stop­ni Cel­sju­sza, jest bez­wietrz­nie, a za­nie­czysz­cze­nie po­wie­trza wy­no­si trzy­sta Air Qu­ali­ty In­dex3. Ciesz­cie się tą pięk­ną aurą. W tym ostat­nim dniu mie­sią­ca mam dla was opty­mi­stycz­ną wia­do­mość. Zu­ży­cie pla­sti­ku w cią­gu tego mie­sią­ca w Gdań­sku wy­no­si ty­siąc pięć­set sześć­dzie­siąt ton. W po­rów­na­niu z ubie­głym mie­sią­cem ob­ni­ży­ło się o ty­siąc sie­dem­set ki­lo­gra­mów. Je­ste­ście wiel­cy

– Ten kraj to ja­kaś jed­na wiel­ka pa­ra­no­ja – skwi­to­wa­łem.

Nie pró­bu­jąc drą­żyć pro­ble­mów śro­do­wi­ska, ze­szli­śmy na bar­dziej przy­ziem­ne te­ma­ty. Do­koń­czy­li­śmy piwo, po­plot­ko­wa­li­śmy i wresz­cie po­sta­no­wi­li­śmy ewa­ku­ować się z tego miej­sca.

– Uży­czysz kciu­ka na wej­ście do ba­se­nu w two­im apar­ta­men­tow­cu? Po­trze­bu­ję jesz­cze chwi­li chil­lo­utu – spy­ta­łem, gdy zmie­rza­li­śmy w stro­nę par­kin­gu.

– Pew­nie. Mnie na­wet nie na­ma­wiaj. Idę coś ze­żreć i może wrzu­cę ja­kiś dur­ny film.

– Po­trzeb­ny mi je­dy­nie twój pa­luch. – Za­śmia­łem się.

– Spo­ko, tam cią­gle jest awa­ria sys­te­mu, ale ko­rzy­stać moż­na. Za­pew­ne bę­dziesz miał cały ba­sen dla sie­bie.

Ru­szy­łem za sa­mo­cho­dem Na­tka i do­je­cha­li­śmy nad samo wy­brze­że. Ten to miał fart. Jego ro­dzi­na od po­ko­leń sie­dzia­ła w gru­bych in­te­re­sach. Kasy miał jak lodu i dla­te­go też mógł so­bie po­zwo­lić na miesz­ka­nie w pięk­nym apar­ta­men­cie z wi­do­kiem na mo­rze, w do­dat­ku w naj­bo­gat­szej dziel­ni­cy mia­sta. Po­zna­li­śmy się na po­zasz­kol­nych za­ję­ciach te­ni­sa. Mie­li­śmy po dzie­sięć lat i od chwi­li, kie­dy za­czę­ły się roz­gryw­ki w du­etach i wła­śnie nas do­bra­no w parę, za­przy­jaź­ni­li­śmy się i tak zo­sta­ło do dziś.

Za­par­ko­wa­li­śmy w pod­ziem­nym ga­ra­żu.

– Sta­ry, nie mam gaci. – Przy­po­mnia­łem so­bie. – Po­ży­czysz ką­pie­lów­ki?

– Wy­lu­zuj. Tam ni­ko­go nie bę­dzie. Wej­dziesz na go­la­sa, jak cię Pan Bóg stwo­rzył. – Mimo iż nie wy­da­wał mi się to do­bry po­mysł, to jed­nak od­pu­ści­łem. Wje­cha­li­śmy win­dą na dzie­sią­te pię­tro, gdzie znaj­do­wał się ba­sen. Na­tek otwo­rzył mi drzwi do stre­fy re­kre­acyj­nej, a sam zje­chał do swo­je­go miesz­ka­nia po­ziom ni­żej. Wsze­dłem do prze­szklo­ne­go po­miesz­cze­nia. Fak­tycz­nie było zu­peł­nie pu­sto. Czy bo­ga­czom aż tak prze­szka­dza­ło, że głu­pia ma­szy­na cza­sem się myli? Gdy tyl­ko za­trza­snę­ły się za mną drzwi, usły­sza­łem syn­te­tycz­ny głos:

Tem­pe­ra­tu­ra wody wy­no­si pięć stop­ni, jej za­nie­czysz­cze­nie jest wy­so­kie, dla­te­go za­nim zde­cy­du­jesz się na ką­piel, we­zwij ser­wis

– Bla, bla, bla! – Zdją­łem ciu­chy, rzu­ci­łem je na le­żak i wsko­czy­łem na głów­kę.

Woda była ide­al­na, mia­ła przy­naj­mniej dwa­dzie­ścia trzy stop­nie. W tej sa­mej chwi­li ru­szy­ła spo­koj­na, re­lak­su­ją­ca mu­zy­ka. Pły­wa­nie za­wsze mnie uspo­ka­ja­ło, więc prze­pły­ną­łem kil­ka dłu­go­ści nie­mal bez wy­nu­rza­nia. Kie­dy jed­nak w koń­cu wy­ło­ni­łem gło­wę i zła­pa­łem się ran­tu zbior­ni­ka, o mało nie pę­kły mi bę­ben­ki od wła­sne­go krzy­ku.

– Prze­pra­szam, nie chcia­łam cię prze­stra­szyć – usły­sza­łem z ust ślicz­nej bru­net­ki.

– Nic się nie sta­ło – od­par­łem. – Far­bu­jesz wło­sy? – Gdy tyl­ko wy­sko­czy­łem z py­ta­niem jak fi­lip z ko­no­pi, ugry­złem się w ję­zyk. Ja­kim ja je­stem idio­tą! – po­my­śla­łem. Ile­kroć wi­dzia­łem ko­goś o kru­czo­czar­nych wło­sach, za­sta­na­wia­łem się, czy wpie­prza te sy­fia­ste ta­blet­ki na spa­la­nie tłusz­czu i far­bu­je wło­sy, czy po pro­stu jest fa­nem na­tu­ry.

– Nie far­bu­ję. – Py­ta­nie po niej spły­nę­ło. – Mam na imię Olga. – Kuc­nę­ła i wy­cią­gnę­ła do mnie rękę.

– Igor. Miło mi. – W tej chwi­li zda­łem so­bie spra­wę, że mam gołą dupę. „Wy­lu­zuj, tam ni­ko­go nie bę­dzie” – przy­po­mnia­ły mi się sło­wa Na­ta­nie­la.

– My­śla­łam, że tyl­ko ja tu przy­cho­dzę.

– Nie miesz­kam w tym apar­ta­men­tow­cu, zda­rza mi się zaj­rzeć spo­ra­dycz­nie – wy­ja­śni­łem.

– Też tu nie miesz­kam. Wpu­ści­ła mnie kum­pe­la – od­par­ła i się uśmiech­nę­ła. Zdję­ła ko­szul­kę, ci­snę­ła nią w kąt i jed­nym spraw­nym ru­chem roz­su­nę­ła za­mek spód­ni­cy. Ma­te­riał opadł na po­sadz­kę, a ona kop­nę­ła go w stro­nę le­ża­ka. Sta­ła w jed­no­czę­ścio­wym, krwi­sto­czer­wo­nym stro­ju. Mia­ła syl­wet­kę ko­goś, kto nie po­trze­bu­je mo­dy­fi­ka­to­rów me­ta­bo­li­zmu – czy­sty mię­sień, żad­nej che­mii.

– Yyy… ten ba­sen jest za­zwy­czaj pu­sty… – Nie wie­dzia­łem, jak mam to wy­du­sić. – Nie spo­dzie­wa­łem się ni­ko­go, więc nie mam na so­bie ką­pie­ló­wek… – Cze­ka­łem, za­że­no­wa­ny, na re­ak­cję.

– Za­uwa­ży­łam. – Znów uro­czo się uśmiech­nę­ła i wsko­czy­ła do ba­se­nu na głów­kę.

Po­ko­na­ła jego dłu­gość czte­ry razy, a ja sta­łem w wo­dzie jak ten de­bil i nie wie­dzia­łem, co mam zro­bić z mo­imi zwi­sa­ją­cy­mi klej­no­ta­mi. Wy­nu­rzy­ła się wresz­cie, otar­ła wodę z oczu – swo­ją dro­gą ogrom­nych – i za­cze­sa­ła wło­sy do tyłu.

– Bę­dziesz tak stał? – Ta dziew­czy­na mnie onie­śmie­la­ła. Czu­łem się jak ja­kiś na­sto­la­tek. – Kto pierw­szy zro­bi sześć dłu­go­ści? Star­tu­jesz? – Nie cze­ka­jąc na zgo­dę, rzu­ci­ła się do wody. Nie mo­głem stać bez ru­chu, więc zro­bi­łem to samo. No i mu­sia­łem ją po­ko­nać, żeby po­czuć nad nią wyż­szość, bo ak­tu­al­nie czu­łem się tak, jak­by mia­ła nade mną ogrom­ną prze­wa­gę. Była ko­bie­tą, po­wi­nie­nem jej po­zwo­lić wy­grać, ale z dru­giej stro­ny, ona nie wy­glą­da­ła na taką, któ­ra tego ocze­ku­je. Da­łem z sie­bie wszyst­ko i mimo że po­cząt­ko­wo szli­śmy łeb w łeb, to fi­nal­nie zo­sta­wi­łem ją w tyle.

– Bra­wo. Do­bry je­steś. – Wy­cią­gnę­ła dłoń, żeby mi po­gra­tu­lo­wać.

– Dzię­ku­ję. – Za­czą­łem ża­ło­wać, bo ry­wa­li­zu­jąc z ko­bie­tą, znów po­czu­łem się jak smar­kacz. Co jest ze mną nie tak? Albo może z nią? – spy­ta­łem sam sie­bie. Było mi głu­pio i ze wsty­du pra­gną­łem je­dy­nie tego, żeby się stam­tąd upłyn­nić.

– Od­wró­cisz się? Chcę wyjść…

– Śmia­ło. Wi­dzia­łam już mę­skie ge­ni­ta­lia. Kie­dyś, jak by­łam w przed­szko­lu, je­den chło­pak zdjął ga­cie i chwa­lił się swo­imi.

Wie­dzia­łem, że nie od­pu­ści. Bę­dzie stać i ga­pić się z tym swo­im iro­nicz­nym uśmiesz­kiem. Osią­gną­łem szczyt za­że­no­wa­nia, ale nie po­zo­sta­ło mi nic in­ne­go jak wy­nu­rzyć się z wody. Za­pla­no­wa­łem to po mę­sku: moc­ne ugię­cie ra­mion, dy­na­micz­ne wyj­ście na brzeg, pod­par­cie ko­la­nem i żwa­wy krok w stro­nę le­ża­ka. Jak w fil­mie. Plan legł w gru­zach w ułam­ku se­kun­dy. Pra­wa dłoń ze­śli­zgnę­ła się z mo­krej po­sadz­ki i z gło­śnym plu­skiem wy­lą­do­wa­łem z po­wro­tem w wo­dzie. Za­raz ją za­strze­lę – po­my­śla­łem, bo czu­łem się jak w pu­łap­ce. Reszt­ki god­no­ści uto­pi­łem w chlo­ro­wa­nej wo­dzie, do­pły­wa­jąc po­tul­nie do dra­bin­ki. Szlag by to tra­fił. Sta­ła tam i le­d­wo po­wstrzy­my­wa­ła śmiech. Ręcz­nik był spa­ko­wa­ny w tor­bie, mu­sia­łem więc ją roz­su­nąć, pod­czas gdy mój faj­fus dyn­dał mię­dzy no­ga­mi.

Na dnie? To ja­kieś jaja – prze­wi­ja­ło mi się w gło­wie, kie­dy nie mo­głem się do nie­go do­ko­pać, czu­jąc wzrok dziew­czy­ny na swo­ich ple­cach. Wy­cią­gną­łem go wresz­cie i owi­ną­łem cia­ło.

Wy­stęp się skoń­czył, więc Olga za­nu­rzy­ła gło­wę pod wodą i od­pły­nę­ła. Eks­pre­so­wo się wy­tar­łem, zła­pa­łem ko­szul­kę, dre­so­we spodnie i szyb­ko wło­ży­łem na sie­bie. Wy­stu­ka­łem wia­do­mość do Na­tka, aby przy­szedł otwo­rzyć mi drzwi.

– Prze­pra­szam, nie chcia­łem cię prze­stra­szyć – po­wie­dzia­łem z sa­tys­fak­cją, gdy wy­nu­rzy­ła gło­wę przy brze­gu i krzyk­nę­ła, bo klę­cza­łem tuż przy niej. – Chcia­łem się po­że­gnać. Miło było cię po­znać.

Wy­cią­gną­łem rękę. Po­pa­trzy­ła mi głę­bo­ko w oczy, pu­ści­ła oczko, nie po­da­ła dło­ni i od­pły­nę­ła bez sło­wa. Ru­szy­łem do wyj­ścia z na­dzie­ją, że kum­pel już je otwo­rzył. Na szczę­ście nie mu­sia­łem tam kwit­nąć jak ja­kiś idio­ta.

– Wi­dzę, że jed­nak mia­łeś to­wa­rzy­stwo – po­wie­dział ta­kim to­nem, jak­by li­czył na to, że po­wiem mu, że spo­tka­łem mi­łość swo­je­go ży­cia.

– Ja­kaś dziw­na la­ska – od­par­łem, choć w głę­bi du­szy uzna­łem ją za in­try­gu­ją­cą.

– Wcho­dzisz jesz­cze do mnie?

– Nie. Spa­dam do domu. Chcia­łem jesz­cze tro­chę po­czy­tać przed snem.

– Nie ma spra­wy. Wi­dzi­my się ju­tro?

– Nie wiem… yyy… dam ci znać… a swo­ją dro­gą mógł­byś wpi­sać mój pro­fil bio­me­trycz­ny do sys­te­mu, że­bym nie mu­siał cię za każ­dym ra­zem wo­łać do otwar­cia drzwi.

– Ogar­nie­my to.

2 Mi­nio­gro­dy bo­ta­nicz­ne, któ­re po­wsta­ły w wie­lu pu­blicz­nych miej­scach typu: si­łow­nie, ga­le­rie, pla­ców­ki me­dycz­ne. Mia­ły słu­żyć roz­ła­do­wa­niu na­pię­cia czy zmniej­sze­niu po­zio­mu stre­su.

3Air Qu­ali­ty In­dex – mię­dzy­na­ro­do­wy wskaź­nik ja­ko­ści po­wie­trza. Im wyż­sza war­tość AQI, tym więk­sze za­nie­czysz­cze­nie.

# Rozdział IV

Spa­ko­wa­łem po­mi­do­ry, sa­ła­tę i chleb dla pani Zosi i zje­cha­łem win­dą do ga­ra­żu.

– Cooo??? – Zdzi­wi­łem się, gdy za­sta­łem sa­mo­chód sto­ją­cy na ce­głów­kach bez kół. – Prze­cież to sta­ry złom, opo­ny też nie­naj­lep­sze. Szyb­ko wró­ci­łem do miesz­ka­nia.

– Mamo, po­ży­czysz mi swój sa­mo­chód? – za­wo­ła­łem od pro­gu. – Wy­obraź so­bie, że ktoś ukradł mi wszyst­kie czte­ry koła.

– Ta ka­mie­ni­ca jest ja­kaś pe­cho­wa! – Po­da­ła mi czip do auta. – Pa­mię­taj tyl­ko o wstu­ka­niu kodu tuż po wej­ściu. Jak do­tkniesz kie­row­ni­cy i sys­tem od­czy­ta z two­ich dło­ni inne li­nie pa­pi­lar­ne niż moje, to od razu za­blo­ku­je auto, a sy­gnał po­le­ci na po­li­cję.

– Wiem, wiem. Już raz na­ro­bi­łem nie­po­trzeb­nie szu­mu. – Ru­szy­łem do wyj­ścia. – Aaa, no tak, za­po­mnia­łem. Mia­łaś je­chać do szko­ły Soni. Może jed­nak we­zmę tak­sów­kę?

– Nie. Weź sa­mo­chód, ina­czej się spóź­nisz do pra­cy. Po­ra­dzę so­bie.

Wsia­dłem do Je­epa i od­pa­li­łem sil­nik. Po prze­kro­cze­niu bra­my wjaz­do­wej na osie­dle chcia­łem tro­chę nad­go­nić, żeby do­je­chać do szpi­ta­la na czas. Wdep­ną­łem pe­dał gazu, ale re­ak­cja była ze­ro­wa. Obo­wią­zy­wa­ła tam pręd­kość czter­dzie­stu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. Mama mia­ła sa­mo­chód dużo młod­szy niż mój z wbu­do­wa­nym sys­te­mem blo­ko­wa­nia nad­mier­nej pręd­ko­ści, więc o nad­ro­bie­niu stra­co­ne­go cza­su mo­głem za­po­mnieć.

Spóź­nię się. By to szlag – po­my­śla­łem.

Do­je­cha­łem dzie­sięć mi­nut po siód­mej, za­par­ko­wa­łem i wy­strze­li­łem jak z pro­cy do wej­ścia. Wbie­głem na od­dział, gdzie mój ulu­bio­ny ro­bo­cik przy­wi­tał się i od razu wy­jął dla mnie bu­tel­kę wody.

– Dzię­ku­ję! – Nie cze­ka­łem na dal­szą część uprzej­mo­ści, tyl­ko skie­ro­wa­łem się do szat­ni. Wrzu­ci­łem po­mi­do­ry do szaf­ki. Szyb­ko wło­ży­łem far­tuch, zmie­ni­łem obu­wie i pod­sze­dłem do kon­so­li pie­lę­gniar­skiej.

– Tak, wiem, co ozna­cza spóź­nie­nie. Pro­szę mi wy­ba­czyć, były okrop­ne kor­ki – za­żar­to­wa­łem, zwró­co­ny twa­rzą do dok­to­ra Ho­ro­dy­skie­go, któ­ry już otwie­rał usta, żeby mnie zru­gać. Jed­nak moja pró­ba roz­ba­wie­nia go nie za­dzia­ła­ła i nie drgnął mu na­wet ką­cik ust, cho­ciaż dziew­czy­ny za kon­so­lą le­d­wie po­wstrzy­ma­ły się przed wy­bu­chem śmie­chu. Żart był do­bry, cza­sy, kie­dy uli­ce były za­kor­ko­wa­ne, mi­nę­ły bez­pow­rot­nie. Sieć jezd­ni była wie­lo­po­zio­mo­wa i ta po­spo­li­ta nie­gdyś wy­mów­ka sta­ła się tak ab­sur­dal­na, że aż śmiesz­na. Poza tym dziś był pierw­szy kwiet­nia, po­pu­lar­ny kil­ka­dzie­siąt lat temu pri­ma apri­lis. Są­dzi­łem, że czło­wiek w wie­ku Ho­ro­dy­skie­go od­bie­rze żart z sen­ty­men­tem, jed­nak rze­czy­wi­stość szyb­ko zwe­ry­fi­ko­wa­ła moje wy­obra­że­nie – był bar­dziej su­ro­wy, niż przy­pusz­cza­łem. Miał oko­ło pięć­dzie­się­ciu pię­ciu lat i jako je­den z nie­wie­lu nie przej­mo­wał się si­wi­zną, któ­ra co­raz wy­raź­niej prze­bi­ja­ła w jego ciem­nych wło­sach.

– Prze­pra­szam jesz­cze raz, to był głu­pi dow­cip – po­pra­wi­łem się. Nie pró­bo­wa­łem już na­wet po­da­wać praw­dzi­we­go po­wo­du po­śli­zgu.

Spóź­nie­nia trak­to­wa­no tu jak znie­wa­gę. Wszy­scy pil­no­wa­li ze­gar­ka, bo w do­bie po­wszech­nej kon­tro­li mi­nu­ta zwło­ki mo­gła ozna­czać utra­tę pre­mii.

– W sió­dem­ce leży ten trzy­dzie­sto­let­ni męż­czy­zna, któ­ry ma za­pla­no­wa­ną ope­ra­cję wy­cię­cia na­ro­śli na bio­drze. Prze­pro­wadź z nim wy­wiad i za­no­tuj wszyst­ko w sys­te­mie – po­wie­dział su­ro­wo i od­da­lił się.

Bez sło­wa uda­łem się do sali pa­cjen­ta. Wy­ko­na­łem po­le­ce­nie, po­roz­ma­wia­łem z nim chwi­lę i po­my­śla­łem, że czas od­wie­dzić pa­nią Zo­się. Za­bra­łem z szat­ni po­mi­do­ry i ru­szy­łem do niej.

– Dzień do­bry. Jak dzi­siej­sze sa­mo­po­czu­cie?

– Dzień do­bry, dok­to­rze. Czu­ję się wy­jąt­ko­wo do­brze.

– Za­raz po­czu­je się pani jesz­cze le­piej. – Mó­wiąc to, wy­ją­łem zza ple­ców pa­pie­ro­wą to­reb­kę.

– A cóż mi pan tu przy­niósł? – spy­ta­ła, kie­dy jej po­da­łem pa­ku­nek i zaj­rza­ła do środ­ka. – Zu­peł­nie za­po­mnia­łam. Wi­dzę, że ma pan do­sko­na­łą pa­mięć w prze­ci­wień­stwie do mnie. – Wy­cią­gnę­ła po­mi­do­ra i po­wą­cha­ła. – Za­pach sprzed trzy­dzie­stu lat. – Uśmiech­nę­ła się. – Dzię­ku­ję bar­dzo, dok­to­rze. A ten chle­bek? – Ści­snę­ła go w dło­ni i gdy wró­cił do pier­wot­ne­go kształ­tu, jej oczy roz­bły­sły jak lamp­ki na cho­in­ce.

– Pie­kła go moja mama.

– Ukrój mi, dziec­ko, bo ja nie dam rady. No­żyk jest w szaf­ce. – Po­kro­iłem po­mi­do­ra w pla­ster­ki i po­ło­ży­łem na ta­le­rzu, obok nich kil­ka li­ści sa­ła­ty i dwie krom­ki chle­ba.

– Całe mie­sią­ce nie mia­łam cze­goś po­dob­ne­go w ustach – za­chwy­ci­ła się po spró­bo­wa­niu.

– Cie­szę się, że spra­wi­łem pani ra­dość.

– Na­wet nie wiesz, dok­to­rze, jak wiel­ką – od­par­ła, nie prze­ry­wa­jąc je­dze­nia. […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej ksiązki.

Ko­rek­ta świa­do­mo­ści

Co­py­ri­ght © Ewe­li­na Pa­łec­ka, 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

Książ­ka ani jej czę­ści nie mogą być prze­dru­ko­wy­wa­ne ani w ża­den inny spo­sób re­pro­du­ko­wa­ne lub od­czy­ty­wa­ne w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu bez pi­sem­nej zgo­dy wła­ści­cie­la praw au­tor­skich.

Re­dak­cja: Ja­nusz Mu­zy­czy­szyn

Ko­rek­ta: Inka Wojt­czak | PRA­COW­NIA RE­STO­RY

Pro­jekt okład­ki: Va­nes­sa Moż­dżer

Zdję­cie au­tor­ki: Raj­mund Pia­sta

Skład i ła­ma­nie: Ga­briel Wy­glę­dacz | STU­DIO AKA­PIT

Wy­da­nie I, 2026

ISBN 978-83-970021-7-3