Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Milczenie rodziców trwające od tygodni sprawia, że Mateusz udaje się do domu rodzinnego w Górach Sowich. Wtedy też wracają stare demony. Tajemnica, o której wolałby zapomnieć; postać, która nawiedzała go w dzieciństwie, a do tego stara miłość, która odżywa i utrudnia poszukiwania rodziców. Mateusz musi zmierzyć się z tym, co wydawało się tylko nocną marą, i z tym, co przynosi rzeczywistość.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 229
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tego autora w Wydawnictwie WasPos
Kamieniarz
Dusze czyśćcowe
Mężczyzna z pokoju 18
Tańcząc z cieniami
Dusze grzeszne
Kobieta z ciemności
Wszystkie pozycje dostępne również w formie e-booka
Copyright © by Karol Fitrzyk, 2025Copyright © by Wydawnictwo WasPos, 2025All rights reserved
Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.
Redakcja: Kinga Szelest
Korekta: Magdalena Czmochowska
Projekt okładki: Magdalena Czmochowska
Zdjęcie na okładce: Adobe Firefly
Ilustracje przy nagłówkach:Obraz Nhi Nguyễn Tường z Pixabay
Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]
Wydanie I – elektroniczne
Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie
E-book zgodny z dyrektywą o dostępności cyfrowej WCAG 2.2
ISBN 978-83-8290-924-1
Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]
Prolog
– Wyłącz latarkę, nie chcę, żeby ktoś nas zobaczył – mówi ojciec.
Ciemny las wygląda upiornie, ramiona drzew wychylają się, by nas nastraszyć. Silny wiatr kołysze sosnami, świerki wydają grymas bólu, a modrzewie osypują nas szyszkami. Znam tętno tego miejsca, jego nastroje i dąsy, od zawsze wiedziałem, że przyjdzie nam zapłacić cenę za to, co robimy.
– Zapamiętałeś drogę? Wiesz, pod którym drzewem?
– Tak, tato. Na drzewie jest znak krzyża.
Dwunastoletni ja stoi jak zaklęty, patrząc na ojca i czując niepokój. Zawartość reklamówki, która ląduje w wykopanym dole, jest mi obca. Ale po reakcji taty wiem, że to coś ważnego.
Trzaski z lewej wybijają mnie z zamyślenia; rozglądając się nerwowo, czuję, jak zło czai się za drzewami. Jego macki odchylają gałęzie, by dostrzec to, co chcemy schować przed całym światem.
Tata przeklina pod nosem, korzenie i kamienie utrudniają mu kopanie.
– Przyświeć tutaj – szepcze łagodnym tonem.
Słup światła rozbłyska, przeganiając ciemność. Niebo zsyła na nas nieśmiały deszcz. Na mojej dłoni odbijają się drobne krople.
– Kurwa, jeszcze padać zaczęło – wścieka się ojciec.
Udaję, że przekleństwo nie robi na mnie wrażenia. Osłuchałem się z łaciną przez minione wakacje.
Chłód otula mnie niczym jesienny koc. Zaczynam się trząść, mokra koszulka przywarła do mojego ciała.
Przecieram wilgotne czoło, kilka włosów przykleiło się do mojej skóry. W duchu proszę, by to się już skończyło, a wspomnienie o tej chwili przepadło na zawsze.
– Nie możesz nikomu o tym powiedzieć, to jest nasza tajemnica. Dopiero gdy nam się coś stanie, możesz tu wrócić i to odkopać. Rozumiesz?
– Tak – potwierdzam od niechcenia.
– To na czarną godzinę, pamiętaj o tym!
Spoglądam na twarz ojca, jest brudna od ziemi, zakola błyszczą od potu, jedynie wąs wygląda na nienaganny.
Ojciec poprawia w dłoniach łopatę, zrzucanie ziemi do dołu kosztuje go resztę sił. Sapiąc, zrzuca kolejne bryły gleby.
Wyłączam latarkę. Coś zwraca moją uwagę. Rozglądam się, wzrok zdążył się już przyzwyczaić do ciemności. Czuję, jak spogląda na mnie obca para oczu; być może to zwierzyna, która ocenia zagrożenie, a może to ci, przed którymi tata ukrywa reklamówkę.
– Jeszcze chwila – mówi tata.
Deszcz rozgościł się na dobre, twarde krople odbijają się od mojej czaszki. Szybko staję się mokry jak namoczona gąbka. Chłód jest odczuwalny. Wrześniowa aura bywa kapryśna. Czuję, jak moje kończyny robią się sztywne. Wydychane powietrze zamienia się w parę. Pocieram ręce, chcę choć trochę poczuć, jak krew płynąca w żyłach ociepli zesztywniałe kończyny.
– Dobra, może być – mówi zadowolony z siebie ojciec.
Spoglądam na niego, satysfakcja z wykonanej pracy miesza się na jego twarzy z niepokojem. Boi się tych, którzy nam zagrażają, ten strach pozostanie z nim na lata. Nigdy już nie wrócimy do tego miejsca. Stanie się ono owiane tajemnicą.
– Chodź, wracamy. Schowaj latarkę. – Tata mnie obejmuje, a ja wiem, że ten gest znaczy więcej, to zaproszenie do świata, w którym zło czai się blisko.
Nie wiem jeszcze, kim są oni, ojciec nie chce przedstawić mi zagrożenia. Mam być gotowy i czujny, bo nigdy nie wiadomo kiedy przyjdzie ta godzina.
Droga do domu trwa w nieskończoność, potykam się o wystające korzenie i kamienie. Z czasem przyzwyczajam się do trudnego podłoża. Zbliżamy się do domu, w oddali zauważam światła. Mama jeszcze nie zasnęła. Czy wie o naszej wyprawie? Oczywiście, że tak, lecz i ona nigdy nie daje po sobie poznać, że zna naszą tajemnicę.
– Pamiętaj, nigdy nie będziemy o tym mówić, dopiero gdy się coś wydarzy, możesz tam wrócić i to wykopać. Rozumiesz?
– Rozumiem.
– Pamiętasz, pod którym drzewem to jest zakopane?
– Tak, ma wyryty krzyż na wysokości moich ramion.
– Dobrze. Drzewa są podobne do siebie, ale wiem, że znasz ten las jak własną kieszeń i że odnajdziesz to miejsce, gdy będzie trzeba.
Po głowie chodzą mi pytania. Czy zapytać ojca, co jest w środku i kim są oni? Dlaczego nam zagrażają?
Tyle znaków zapytania i zero odpowiedzi.
– Tato, co było w reklamówce?
– Pieniądze – burczy srogo.
– A kim są oni?
Ojciec zatrzymuje się i przyklęka, by znaleźć się na mojej wysokości.
– Kiedy wybije ta godzina, to zrozumiesz, na razie lepiej, żebyś nie wiedział. Chodź, jest już bardzo późno.
Więcej już go nie pytam. Pozwalam, by tajemnica stała się naszą prywatną religią. By dorastała wraz ze mną i odezwała się, gdy zło stanie u progu.
I
– Abonent, do którego dzwonisz, ma wyłączony telefon lub jest poza zasięgiem. Po sygnale zostaw wiadomość lub zadzwoń później – Słyszę pozbawiony emocji głos.
– Cześć, dzwonię już po raz kolejny. Wiem, że długo się nie odzywałem, ale jestem na lotnisku, zaraz mam lot do Wrocławia. Kurwa, nie wiem, co mam jeszcze powiedzieć… Przepraszam, że tak długo nie dzwoniłem. Mam nadzieję, że nie stało się najgorsze. Przyjadę najszybciej, jak to możliwe.
Rozłączam się rozczarowany, miesiące ciszy między nami zrobiły swoje. Nie wiem, co spowodowało, że zapragnąłem wrócić do rodzinnego domu. Może to niewidzialna siła sprawiła, że przeszłość upomniała się o mnie. Coś mi mówi, że wracam, by rozliczyć się ze starymi demonami. A co, jeśli jest już za późno? Jeśli oni wrócili i jest już po wszystkim?
Gdy byłem mały, bałem się ciemności. W Jugowie krążyła opowieść o starszej kobiecie, która nocami nawiedza domy, by zabrać dzieci. Opowieść przekazywana z ust do ust była moim koszmarem. Kobieta nie mogła mieć dzieci, więc upominała się o cudze. Nazywaliśmy ją Kobietą z ciemności, bo to właśnie w niej zamieszkiwała. Była straszydłem, które odbierało sen i nakładało kołdrę na głowę. Dobrze wiedziałem, że potwory nie istnieją poza ludzkim umysłem, lecz wiedza bywa zbyteczna, gdy wyobraźnia wiedzie prym.
Mama śpiewała mi o niej dziwne piosenki, z czasem przywykłem do nich, jakby były nutą, która brzmi z tyłu głowy. Część z nich była w starym języku, jeszcze gdy ziemie te zamieszkiwali ludzie, których pochodzenie było nieokreślone. Z czasem pojąłem, że Kobieta z ciemności jest jak tlen. Wszechobecna i nieunikniona.
To, przed czym chronił mnie ojciec, miało być jeszcze gorsze. Oni mieli upomnieć się o swoje, przyjść, gdy czujność zaśnie. I zabrać wszystko, co im odebraliśmy. Dorastałem w lękach, z czasem Kobieta z ciemności stała się tylko dziecinną opowiastką, taką creepy historią, która ma dodać dreszczyku w jesienne wieczory.
Niestety, w każdej opowieści jest ziarno prawdy.
Na tablicy pojawia się mój lot, informacja o bramkach powoduje, że ruszam do wejścia. Tłum ludzi i znajomy mi język – trafiłem we właściwe miejsce.
W Irlandii żyje mi się dobrze. Praca za niezłą stawkę, narzeczona i spokojne tempo życia. Obrosłem w piórka, przestało mnie interesować, co się dzieje w rodzinnym domu. Cotygodniowe telefony zamieniły się w jedno połączenie w miesiącu, a potem jeszcze rzadziej. Z czasem zorientowałem się, że nie rozmawiałem z rodzicami przez pół roku. Ktoś mógłby pomyśleć: wyrodny syn. To jednak noc, podczas której zakopaliśmy w lesie tajemniczą reklamówkę, odbiła się na naszych relacjach. Gdy dorastałem, doszło do mnie, że ci, którzy nam zagrażają, nie są tylko bohaterami opowieści, która ma nastraszyć dzieciaka, ale również realnym zagrożeniem.
Pytanie, kim oni są, powracało niczym bumerang, z czasem oswoiłem się z tą myślą. Widziałem ich w wyobraźni – mieli białe maski na twarzach, milczący podchodzili pod nasz dom i wpatrywali się w okna. Ta wizja to połączenie dziesiątek filmów Hollywood i wybujałej wyobraźni, lecz i w tym znalazło się ziarno prawdy.
Kolejka przesuwa się w żółwim tempie, po raz kolejny wybieram numer do taty, u mamy już kilkakrotnie włączyła się poczta głosowa. I tym razem kończy się na komunikacie pozbawionym emocji.
– Kurwa!
Kilka osób spogląda na mnie, grzecznościowe „przepraszam” brzmi jak z ust niesfornego ucznia, którego nauczycielka przyłapała na popalaniu papierosów za szkołą.
Chowam telefon, przygotowaną kartę pokładową i dowód osobisty przekładam do prawej dłoni. Biorę głęboki oddech, dusi mnie jednak niepokój. Czuję, że brakuje mi tlenu, a serce bije w przyspieszonym rytmie. Co, jeśli stało się najgorsze? Jeśli na miejscu znajdę ciała rodziców? Czarne scenariusze przewijają się przez moją głowę. Widzę siebie stojącego w progu, bezradnego i przerażonego, czuję, jak moje ciało reaguje na tę wizję. Mięśnie stają się sztywne, głowa waży tonę, a nogi odmawiają posłuszeństwa.
– Mógłby się pan przesunąć do przodu? – Kobieta stojąca za mną wybija mnie z transu.
– Tak, przepraszam bardzo.
Robię krok do przodu, pracownice linii lotniczych są kilka metrów ode mnie. Zaraz przyjdzie kolej na mnie. Trochę się zmieniłem od momentu wystawienia dowodu osobistego, broda zdobi moją twarz, skutecznie zasłaniając rysy, spodziewam się podejrzanego spojrzenia ze strony obsługi.
Podchodzę do blondynki o pięknych oczach, lustruje mnie, czuję, że zaraz padną pytania, które mają potwierdzić moją tożsamość, lecz zamiast tego dziewczyna życzy mi udanego lotu.
Teraz najgorsze, sam lot. Boję się latania, świadomość, że będę kilka kilometrów na ziemią, mnie przeraża. Nie lubię nie mieć kontroli, a właśnie to mnie czeka – oddanie swojego losu pilotowi i maszynie za kilka milionów euro. Nie przekonuje mnie to. Podróż samochodem od zawsze jawiła mi się jako ta, podczas której mam kontrolę. Możliwość zatrzymania się w każdej chwili jest jak obietnica ewakuacji, w samolocie mogę co najwyżej poprawić się na siedzeniu i odmówić modlitwę.
Wychodzę na płytę lotniska, silny wiatr smaga mnie na otrzeźwienie. Zbyt wiele emocji siedzi w mojej głowie. Potrzebowałem tego, moja głowa znowu jest wolna od natrętnych myśli. Łapczywie łapię oddech, osoby przede mną wchodzą na pokład samolotu. Airbus wygląda imponująco, mam szacunek do maszyny, która potrafi pokonać setki kilometrów w kilka godzin. Ostrożnie stawiam stopę na pierwszym stopniu, staram się przegonić myśli.
Wiem, że na najgorsze jeszcze przyjdzie pora, rozsiadam się wygodnie w fotelu, teraz to nie ja kontroluję swój los. Zamykam oczy, jeszcze chwila, a wrócę tam, gdzie koszmary czają się za rogiem.
II
Lot przebiegł spokojnie, żadnych turbulencji, wylądowaliśmy zgodnie z rozkładem. Wrocław wita mnie deszczem, marcowa aura bywa kapryśna nie tylko w Irlandii. Odbieram bagaże, są lekkie pomimo moich planów, by spędzić w rodzinnym domu kilka tygodni. Liczę, że w szafie zostawiłem kilka cieplejszych swetrów.
Powroty do domu mają w sobie coś magicznego, to jak znowu być dzieckiem, które odbierają rodzice. Nie w tym przypadku jednak. Nikt na mnie nie czeka, samotnie pokonuję korytarze lotniska. Mijam grupki cieszące się na ponownie spotkanie. Zakochane pary padają sobie w ramiona, a stęsknieni rodzice tulą swoje dorosłe dzieci. Mijam ich, jakby nie należeli do mojej bajki. Do Jugowa czeka mnie kilka przesiadek. Z bagażami, nawet lekkimi, brzmi to zniechęcająco.
Wychodzę na zewnątrz, deszcz leje. Zasłaniam głowę ręką, kilka taksówek czeka na klientów. Na telefonie wyszukuję ubera, na moje szczęście mam do wyboru kilka możliwości. Biała toyota corolla podjeżdża po chwili, wymieniam uprzejmości z kierowcą i liczę na szybkie dotarcie na dworzec.
Podróż przebiega w ciszy, żaden z nas nie ma ochoty na rozmowę. Cisza mi odpowiada, mogę rozmówić się ze swoimi myślami. Staram się nie popaść w czarnowidztwo. Rodzice na pewno żyją, a ta sytuacja okaże się jednym wielkim nieporozumieniem. Pewnie zmienili numery i zapomnieli mi o tym powiedzieć, widocznie nie tylko ja straciłem ochotę na rozmowy. Muszę to naprawić, poukładać nasze relacje i wreszcie dowiedzieć się, kim są oni. To zagrożenie nie może być serią niedomówień, jestem dorosły i muszę wiedzieć, kto nam zagraża i dlaczego.
Kierowca podjeżdża pod dworzec, kolejna próba połączenia się z tatą kończy się tym samym co wcześniej. Czuję się bezradny, do domu będę musiał się dostać na własną rękę. W Jugowie oprócz rodziców nikt na mnie nie czeka, nie mamy większej rodziny, zaprzyjaźnionych znajomych, do których mógłbym się odezwać. Są tylko dom rodzinny i seria niewypowiedzianych niepokojów.
Za ostatnie złotówki, które nadal trzymam w portfelu, kupuję bilet do Wałbrzycha, to stamtąd dostanę się do domu. Bez wizyty w kantorze się nie obędzie.
Grzecznie siadam na ławce, kilku pasażerów również czeka na autobus. Liczę, że podróż przebiegnie w szybkim tempie i szybko przegonię złowrogie myśli. W telefonie przeglądam galerię zdjęć. Ostatnie, które mam z rodzicami, jest z Bożego Narodzenia sprzed kilku lat, tata ma na nim krzaczaste wąsy, mama bluzkę, którą sam jej kupiłem. To jedno z tych wspomnień, do których wracam z ochotą. Nawet na tym zdjęciu wyczuwam serię niewypowiedzianych żalów i lęków.
Dlaczego my? Dlaczego musiało nas to spotkać? Co zrobił mój ojciec, że zagrażali nam obcy ludzie? Skąd się wzięły pieniądze, które trafiły do dołu? Żyję pośród pytań, od lat szukam odpowiedzi w domysłach, niewypowiedzianych słowach i ukradkowych spojrzeniach.
Spiker zapowiada mój autobus, wkładam słuchawki do uszu, muzyka będzie mi umilać podróż. Odpuszczam sobie dalsze próby połączenia, wkrótce sam się przekonam, dlaczego milczenie wkradło się do naszego życia.
III
Jugów się nie zmienił, czas stanął w miejscu, dziurawe drogi, domy, które wyglądają tak samo, jak w dniu, w którym opuszczałem rodzinną miejscowość. Świadomość, że czas nie odcisnął piętna na tym kawałku ziemi, mnie pociesza. Czuję, jakby moja nieobecność była znacznie krótsza. Jakbym wyjechał na wakacje, które przeciągnęły się w czasie.
Autobus zatrzymuje się na moim przystanku, leniwie zabieram ze sobą bagaże, chłodne powietrze działa niczym mocna kawa. Biorę głęboki oddech, chcę poczuć to miejsce, jego woń, zapach pobliskich polan, drzew, które stoją dumnie.
Od domu dzieli mnie niespełna kilometr, w sam raz, by oswoić się z myślą, że znowu tu jestem. Wracają wspomnienia, pierwsza miłość, miała na imię Wiktoria, rude kosmyki i duży biust. Oddałbym wszystko, by wróciły tamte czasy, by niepokój był schowany pod płaszczem młodzieńczych problemów. By skręt z chłopakami był znowu w moich ustach, a wagary zakończyły się pocałunkiem z dziewczyną ze starszej klasy.
Teraz idę, mając w głowie czarne scenariusze, coś szepcze mi do ucha, żeby zawrócić, zostawić to wszystko i iść tam, gdzie jestem bezpieczny. Ale biegu tej rzeki już nie zmienię. Muszę skonfrontować się z tym, co jest mi pisane.
Dostrzegam swój dom, z komina nie leci dym, to zły omen. Cisza rozchodzi się jak rozlane mleko, dlaczego nie słyszę zwierząt? Żadnego muczenia krów z obory. Czuję, jak rośnie we mnie niepokój. Obok domu widzę suzuki taty, ubrudzone, jakby dopiero co wrócił z lasu. Mam ochotę krzyczeć: „Tato, mamo, wróciłem!”, lecz zamiast tego niepokój wiąże mój język.
Firanki w oknach skrzętnie zasłaniają to, co po drugiej stronie. Przyspieszam, chcę, by ostatnie metry skróciły się w magiczny sposób. Zrzucam bagaże na ziemię. Nachalnie szarpię za klamkę, drzwi są zamknięte. Przykładam głowę, nasłuchując dźwięków z wewnątrz, liczę, że usłyszę, jak mama krząta się po kuchni. Cisza – żadnych trzasków lub melodii codziennego życia.
Stukam w okna, staram się zajrzeć do środka, jedyne, co widzę, to ciemne wnętrze, żadnego śladu ludzkiej obecności.
Kurwa! Czuję, jak obawy stają się wypełnioną przepowiednią.
Obchodzę dom, nerwowo przebieram nogami. Obora. Może tata dokarmia zwierzęta, dlatego nikogo nie ma w domu. Przebiegam niewielki dystans, zamknięta brama gasi mój entuzjazm. Otwieram ją, jakby się paliło. Ciemności w środku są przytłaczające, niepokój z lat dziecięcych atakuje mnie znienacka.
– Tato, jesteś tutaj?
Dlaczego nie słyszę zwierząt? Jeszcze nigdy cisza nie była tak przerażająca. Czuję powalający smród, bzyczenie much wtóruje mojemu niepokojowi. Podchodzę do ściany, włączam oświetlenie, jarzeniówki migoczą, by po chwili rozbłysnąć pełnią mocy. Widok przypomina kadry z wojen. Martwe krowy leżą, jakby ktoś je ukołysał do snu, muchy latają nad mięsem, robaki urządziły sobie ucztę w zwłokach. Krowy są wychudzone, jakby nikt ich nie dokarmiał przez długie tygodnie.
Spoglądam w kierunku zagrody z koniem, on również zdechł. Podobnie jak krowy przypomina kościotrupa z naciągniętą skórą. Smród jest nie do wytrzymania.
Zakrywam usta, bzyczenie owadów jest niczym mroczna muzyka. Niemal słyszę, jak robactwo karmi się martwą tkanką, jak to, co dawniej było mięśniem, teraz stanowi posiłek dla czerwi. Zwierzęta padły od głodu. Nie wierzę, że rodzice do tego dopuścili. Gospodarstwo było ich oczkiem w głowie, z pasją poświęcali się pracy.
– Ja pierdolę – szepczę.
Skoro rodzice nie karmili zwierząt od tygodni, to co musiało się stać z nimi?
Biegnę co sił w stronę drzwi, walę w nie i ciągnę za klamkę, robię hałas, który obudziłby nawet zmarłego.
– Halo, jesteście tam?
Brak odpowiedzi mnie dobija. Próbuję wybić okno, szkło rozcina moją rękę, ból mnie otrzeźwia, lecz nie na tyle, by wejść przez dziurę.
Wewnątrz domu czuć smród stęchlizny, brak tlenu powoduje, że z trudem oddycham.
– Gdzie jesteście?! – krzyczę, ale nikt nie odpowiada.
Wpadam do kuchni, na stole dostrzegam niedopitą kawę, kożuch z pleśni ma kilka centymetrów. Coś mi mówi, bym sprawdził lodówkę. Otwieram ją, jest niemal pełna, lecz jedzenie śmierdzi.
Szybko pędzę w stronę sypialni rodziców. Krzyczę jak opętany, lecz nikt nie odpowiada. Adrenalina robi swoje, czuję nowe pokłady sił, wbiegam po schodach, przypominam sobie, że trzeci ze stopni wypada, tata nadal go nie naprawił. Niemal wpadam w pułapkę, lecz udaje mi się przeskoczyć. Na piętrze biegnę w stronę sypialni rodziców, otwieram drzwi, mając wizję ich martwych, lecz zamiast tego widzę pościelone łóżko, po rodzicach ani śladu.
– Gdzie jesteście?! – krzyczę z rozpaczy.
Wracam na parter, przeszukuję kolejne pomieszczenia, żadnych śladów po rodzicach, bałagan w łazience świadczy o tym, że zniknęli nagle. Ubrudzony od pasty do zębów zlew zdradza naturę mojego taty. Sprawdzam kosz na pranie, ubrania śmierdzą wilgocią.
Wchodzę do salonu, niedokończona książka leży na stole. Podchodzę do drzwi, klucz od wewnętrznej strony wygląda zagadkowo. Gdzie mogli się podziać? Dlaczego zniknęli, zapominając o bożym świecie?
Wybieram numer alarmowy, na kolejne pytania przyjdzie mi odpowiedzieć w obecności policji. Głos funkcjonariuszki ma ciepłą barwę. Najspokojniej, jak tylko mogę, odpowiadam na jej pytania. Kobieta kończy rozmowę zapewnieniem, że wkrótce przyjedzie patrol.
Mam czas, by wymyślić, co powiedzieć. Czy opowiedzieć o zakopanych pieniądzach w lesie? Ojciec zabronił mi komukolwiek o tym mówić.
To, co najgorsze, stało się prawdą. Koszmar powrócił, przekraczając granicę wyobraźni. Przekręcam klucz w zamku, uchylam drzwi, świeże powietrze wpada do domu niczym wataha wilków. Nachalnie, jakby chciało nakarmić płomienie ognia. Oddycham, jakbym dopiero co wynurzył się z wody.
– To nie może być prawda – mówię pod nosem.
W mojej głowie przewijają się slajdy z tamtej nocy. Tata zakopujący pokaźną kwotę, tajemnica, z którą przyjdzie mi żyć przez długie lata. To, przed czym uciekłem do Irlandii, przyszło po moich rodziców. Nawet bez policji jestem w stanie odpowiedzieć sobie, co się wydarzyło; nie wiem tylko, kto i dlaczego do tego doprowadził.
IV
Policja przyjeżdża po niespełna godzinie. Nie spieszyło jej się, widocznie nie uznała zaginięcia za priorytetową sprawę. W krótkich słowach streszczam całą sytuację. Mundurowy przygląda mi się podejrzliwie, pewnie wyczuł, że nie powiedziałem wszystkiego, co wiem.
– Mówi pan, że kilka miesięcy nie rozmawialiście?
Zdziwienie wymalowane na jego twarzy powoduje mój wstyd. Nie sprawdziłem się w roli syna.
– Tak, jakoś tak wyszło – odpowiadam zmieszany.
– I tak po prostu przyjechał pan do rodziców?
– Tak, mówiłem już to wcześniej.
Policjant notuje coś, jego kolega po raz kolejny przechodzi z pomieszczenia do pomieszczenia. Nie wierzą mi; w moich zeznaniach jest prawda, lecz nie cała. Ukryłem to, co musiałem, nie wspomniałem, że tata miał powód, by martwić się o ich bezpieczeństwo.
– Nie macie jakiejś rodzinny, która mogłaby wiedzieć, co się stało?
– Nie, tata był jedynakiem, jego rodzice, a moi dziadkowie, już nie żyją, a mama była z domu dziecka.
– Rozumiem. – Policjant drapie się po czole.
Czuję, że zaraz wróci do wrażliwej kwestii.
– Na pewno nie macie wrogów? Może rodzice przed kimś uciekli?
– Nie, to nie w ich stylu. Poza tym gospodarstwo było dla taty ważne. Nie zostawiłby zwierząt ot tak.
– Zgłoszę sprawę, pewnie wojewódzka przyśle kogoś, by z panem porozmawiał. Możliwe, że mamy do czynienia z porwaniem lub nawet morderstwem. Rozumiem, że zostaje pan w domu rodziców?
– Tak, zresztą nigdzie indziej nie mogę się udać.
– Celowe unikanie karmienia zwierząt to przestępstwo, więc pana ojciec będzie musiał się z tego wytłumaczyć.
– Oczywiście. Jak tylko się znajdzie, to odpowie na wszelkie pytania.
Także moje – myślę gdy drugi z policjantów wchodzi do salonu.
– Nie będziemy już panu zajmować czasu, niech pan lepiej zrobi coś z tą zbitą szybą. W nocy ma być zimno.
– Jasne – odpowiadam, burcząc pod nosem.
Mundurowi odchodzą bez słowa. Niebo pociemniało, do mroków pozostała niespełna godzina. Wychodzę na zewnątrz, cisza, która mnie otacza, jest złowroga. Żadnego odgłosu z obory, las milczy, jakby ktoś rzucił na niego zaklęcie.
Wracam do salonu, teraz bez zbędnych emocji przeszukuję dom. Skrytki jak szpara w sofie, przestrzeń pomiędzy lodówką a blatem w kuchni, płytka w łazience, która sama odchodzi. Jeśli rodzice chcieli mi zostawić wiadomość, to tylko w tych miejscach, gdzie obcy nie trafi.
Zero, żadnego ukrytego przesłania. Jedynie myśl, że musiało się wydarzyć coś strasznego.
Miejsce, do którego muszę się udać, znajduje się w lesie. Poczekam do późnych godzin, niech ciemność będzie moim jedynym towarzyszem. Wrócę tam, gdzie przed laty wszystko się zaczęło. To na taką chwilę jak ta ojciec mnie przygotował. Choć sam nie wiem, co zrobię z tymi pieniędzmi, to muszę je wykopać. Ojciec by tego chciał.
Spędzam czas na piciu herbaty. Wcześniej zatkałem dziurę w oknie i rozpaliłem ogień w kominku, więc zrobiło się przytulnie. Oglądam ściany, które pokryte są kurzem i sadzą, z kominka czas odcisnął na nich piętno. Przydałoby się małe odświeżenie tego miejsca. Dałbym głowę, że ostatnie malowanie było na moją komunię. Lata mijały, a z kremowych ścian pozostała szara szadź.
Spoglądam na zegar nad moją głową. Dwudziesta druga dwanaście. To jest ta godzina, wkładam kurtkę i obuwie, telefon posłuży za latarkę. Koszmar stał się faktem.
*
Pomimo minionych lat nadal czuję respekt do tego miejsca. Wielokrotnie wyobrażałem sobie, jak obcy wychodzą zza drzew, mając maski na twarzach. Byli dla mnie wielką niewiadomą. Uciekałem przed nimi w snach, w wizjach dotyczących przyszłości, która właśnie nastała.
Teraz wszystko dzieje się naprawdę.
Skromne światło latarki przeszywa las, wydaje mi się, że kręcę się w błędnym kole, a drzewa, które mijam, już dawno powinienem był mieć za sobą. Szukam znaku, który tata zrobił na drzewie. W niepokoju wszystko wydaje się jednocześnie znajome i obce. Poprawiam łopatę w ręce, jestem gotowy do pracy, lecz nadal błądzę. Lata zrobiły swoje, zapomniałem drogę.
Skręcam w prawo, tutaj jeszcze nie byłem, potykam się o wystający konar, zupełnie jak wtedy, gdy zakopywaliśmy nasz skarb.
– To musi być tutaj – mówię sam do siebie.
Zadowolony z małego sukcesu na nowo odkrywam pokłady nadziei. Przyświecam na drzewa, szukam krzyża. Miejsce, w którym ukryliśmy reklamówkę, powinno być blisko.
– No dalej, gdzie to jest? – szepczę konspiracyjnie.
Nagle coś przemyka koło moich oczu. Wracam z latarką i wówczas to odkrywam. Wyrzeźbiony krzyż powoduje, że czuję ulgę. Oglądam miejsce, gdzie mam kopać. Skarb ma znajdować się na wschód. Zaczynam kopanie, przebicie się przez leśną ściółkę wymaga wprawy. Dawno nie miałem w rękach łopaty, więc kopanie przychodzi mi z trudem. Wbijam narzędzie najgłębiej, jak to możliwe. Pamiętam, że tata kopał co najmniej metr pod ziemią. Pozostało jeszcze wiele, a już mam dosyć.
Zagryzam zęby. Im szybciej będę kopał, tym szybciej się stąd wyniosę.
Trzask łamanych gałęzi wybija mnie z rytmu. Zastygam z łopatą. Rozbieganym wzrokiem szukam wroga pomiędzy drzewami. Co, jeśli byłem obserwowany i ktoś za mną podążył?
Nie, Mateusz, na pewno jesteś tutaj sam, to jakaś zwierzyna, którą zaciekawił ruch – pocieszam się, licząc że zakłamywanie rzeczywistości sprawi, iż poczuję się bezpiecznie.
Przyspieszam, chcę jak najszybciej się stąd wynieść.
Kolejne bryły ziemi lądują obok mojej nogi. Przyświecam w dół, pozostała mniej więcej połowa roboty. Mobilizuję się wizją szybkiego powrotu do domu. Na dłoniach pojawiły się odciski, piekące miejsca utrudniają mi zadanie. Widać, że do domu wrócił mieszczuch, który nie napracował się fizycznie.
Ponownie słyszę trzaski, tym razem dobiegające zza moich pleców. Odwracam się i przyświecam w martwą pustkę. Coś przemyka, pozostawiając swój cień na moich źrenicach.
– Kop, Mateusz, jeszcze chwila i będzie po wszystkim – mówię do siebie.
Ziemia jest pełna małych kamieni, łopata wydaje trzask, gdy trafiam na kolejny kamyk, teraz kopie się znacznie trudniej. Muszę walczyć, by przebić się przez warstwę zbitych części podłoża.
Nagle łopata trafia na coś twardego. Przyświecam latarką. Zamiast reklamówki z logo Ery dostrzegam kawałek czegoś, co wygląda jak…
– O kurwa!
Odkopuję znalezisko, moim oczom ukazuje się ludzką dłoń, siwa tkanka, której ziemia nie zdążyła jeszcze pochłonąć.
Tata? – myślę. – Nie, to nie może być on.
Przerażony kopię dookoła, nagle kamieni jest znacznie mniej. Nawet nie zdążam zarejestrować, kiedy przed moimi oczami okazuje się twarz, jest zapadnięta i pełna wybroczyn. Mężczyzna jest w fatalnym stanie, sina skóra i smród trupa zmieszany ze świeżą glebą powodują odruch wymiotny. Facet nie zdążył się rozłożyć, więc nie leżał tutaj długo. Po reklamówce nie ma śladu.
Wpatruję się w zwłoki, jakby miały powstać z grobu. Skórzana kurtka i jeansy nie są brudne od krwi. Mężczyzna wygląda, jakby zasnął, lecz sen pochwycił go na wieki.
Próbuję odgadnąć, czyja to twarz, zniszczona przez śmierć i rozkład nic mi nie mówi. Latami wyobrażałem sobie, jak może wyglądać człowiek, który po nas przyjdzie, teraz widzę go na własne oczy. Czy tata zabił go w obronie?
Łudzę się, że najgorsze nie stało się prawdą, a moi rodzice nadal żyją.
Przez moment zastanawiam się, czy zgłosić znalezisko na policję. Tylko co powiem? Że nuda zaprowadziła mnie nocą do lasu i miałem ze sobą łopatę, więc wykopałem trupa? Nikt normalny nie pojmie tego, co się właśnie wydarzyło.
Przyglądam się twarzy denata. Z góry zakładam, że to mężczyzna, który zagrażał rodzicom.
Czy to przed nim uciekliście? A może ciało miało mnie na coś naprowadzić?
Kolejne pytania powstają w mojej głowie, lecz i na nie brak odpowiedzi.
V
Zasypawszy znalezione ciało, wracam do domu, rozważając możliwe scenariusze. Zniknięcie rodziców stało się jeszcze bardziej podejrzane. Ślad po reklamówce zaginął. Zamiast tego mam trupa, po którym będę musiał jeszcze posprzątać. Przeszukałem kieszenie mężczyzny. Żadnego telefonu, portfela lub innego śladu, który mógłby mnie doprowadzić do rozwiązania przynajmniej jednej zagadki.
Palę papierosa w oknie, spoglądam na las, który nadal milczy. Oddałbym tak wiele, by ta cisza zniknęła, by kryjący się za drzewami mrok przeminął. Zamiast tego odganiam stare demony.
Jest druga w nocy, sen nie chce przyjść. W telewizji lecą stare odcinki Z archiwum X. Wyciszony głos potęguje moje lęki. Gaszę papierosa i kładę się w swoim dawnym pokoju. Mama zamieniła go w graciarnię. Stare narty do biegania, maszyna do szycia, która dawniej znajdowała się w salonie, i książki, których od lat nikt nie miał w ręce.
Ciemność powoduje, że znowu czuję się jak dziecko. Mój wzrok ucieka na fotografię z pierwszej komunii świętej, blond kosmyki dodają mi anielskiego uroku. Z nostalgią wspominam tamten czas, chwilę gdy rodzice jawili mi się jako twierdza zapewniająca bezpieczeństwo. Po latach przyszedł lęk, upiory pochowały się w szafie, czekając, aż wychylę nos spod kołdry.
Przymykam oczy, zmęczenie przemija niczym pierwszy śnieg. Uspokajam oddech, w myślach powracam do tamtej nocy. Przemykające cienie, zalewający mrok, uczucie zagrożenia, które zagościło w moim życiu na długo i milczący tata. Zmienił się od tamtej chwili, wcześniej byliśmy blisko, razem chodziliśmy po górach, pomagałem mu ze zwierzętami, a potem nastała cisza. Ani ja, ani on nie przerwaliśmy tego błędnego koła. Aż przyszedł czas, gdy cisza stała się soundtrackiem dla naszej rodzinny.
Powoli odpływam, czuję, jak rozluźnienie rozchodzi się po moim ciele, myśli stają się wolne, uciekają do Irlandii, gdzie zostawiłem narzeczoną, do pracy, w której obowiązki przejął drugi kucharz.
Zasypiam.
