Klątwa smoka - Kova Elise - ebook + audiobook

Klątwa smoka ebook i audiobook

Kova Elise

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Chwila, w której widzisz smoka, zazwyczaj jest twoją ostatnią…

 

Odkąd pojawiły się smoki – wraz z plagą, która spustoszyła nasze ziemie i ludność – pozostało tylko jedno ludzkie miasto: Vingard. Ale piekielny ogień spadający z góry to nic w porównaniu z zagrożeniem płynącym z wewnątrz. Nie ma bowiem gorszego losu od smoczej klątwy. Powoli i w męczarniach zmieniasz się w bezmyślną bestię, która niszczy wszystko – i wszystkich – których kochasz.

Każdy z nas może być przeklęty. Każdy z nas może kłamać. Każdy z nas może zostać złapany i zabity przez władze.

 

Boję się, że będę następna.

Tylko jedna osoba może podejrzewać, jaki skrywam sekret. Jest jak mój cień, podąża za mną wszędzie. Po części opiekun, po części dręczyciel, totalnie irytujący. Czasami myślę, że jestem tylko jedną z jego miliona niezgłębionych tajemnic.

 Bo Lucan z pewnością coś wie.

 A jeśli jestem przeklęta przez smoka, śmierć to jedyne miłosierdzie, na jakie mogę liczyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 539

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 32 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Ewa Jakubowicz

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Dragon Cursed

Copyright © 2026 by Elise Kova

Autorskie prawa osobiste autora zostały zastrzeżone.

All rights reserved

Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA

Wszelkie prawa zastrzeżone

This edition is published by arrangement with ALLIANCE RIGHTS AGENCY

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: © Bree Archer i LJ Anderson

Zdjęcia na okładce:

© serikbaib / Getty Images, © undefined undefined / Getty Images, © Sinistirstl / Etsy, © Eduard Muzhevskyi / Getty Images

Projekt wyklejki: © Elizabeth Turner Stokes

Grafika na wyklejce: © Warm_Tail / Shutterstock

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio

PR & marketing: Karolina Nowak

ISBN: 978-83-8441-467-5

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

SERIA: HYPE

Klątwa smoka to porywająca powieść romantyczna dla młodzieży, której akcja rozgrywa się w bezlitosnym Vinguardzie, gdzie rządzą łowcy smoków. Fabuła zawiera elementy, które mogą być nieodpowiednie dla niektórych czytelników, takie jak: tortury, przemoc, śmierć, kontuzje, żałobę, głód, halucynacje, uwięzienie, powszechne fobie, takie jak lęk przed owadami i upadkiem, oraz inne podobnie dramatyczne sceny i motywy. Czytelnicy, którzy mogą być wrażliwi na te tematy, powinni mieć to na uwadze.

1

Dźwięk butów dudniących o bruk w alejce jest dla moich uszu tak przenikliwy jak przesuwanie sztyletem po ostrzałce. Przyciskam ramię do rogu budynku i spoglądam na wąską szczelinę prowadzącą do wnęki, w której stoję nieruchomo, wstrzymując oddech. To może być tylko jedna z dwóch osób i mam nadzieję, że…

Zatrzymuję spojrzenie na klapie płaszcza w kolorze smoczej krwi i cofam się w cień, modląc się, żeby mnie nie zauważył.

Smoki i szatani. Wiedziałam, że mnie śledzi.

Wytężam słuch, gdy kroki cichną. Ale potem rozbrzmiewają ponownie, tym razem wolniejsze, bardziej zdecydowane. Chrzęst żwiru w wąskim przejściu między budynkami sprawia, że wstrzymuję oddech. Nie mam dokąd uciec.

Przyciskam się do ściany tak mocno, jak tylko mogę, zamykam oczy i napinam mięśnie, aby całkowicie znieruchomieć, ale kroki są coraz bliżej. Kiedy chłodny cień muska moją twarz, nie mam już żadnych wątpliwości:

Wpadłam w gówno po uszy.

Unoszę powieki, spodziewając się ujrzeć wysoką sylwetkę Lucana. Zamiast tego widzę znajome szmaragdowe oczy, piegowate policzki i szeroki uśmiech.

– Niespodzianka – szepcze Saipha.

– Och, dzięki niech będą Bohaterowi. – Przyciągam ją do siebie, zasłaniając ją przed wzrokiem innych, gdy w alejce rozbrzmiewają kroki. Znowu.

Odczekujemy, aż ucichną, po czym zaczynamy rozmawiać.

– Wybacz moje spóźnienie. Sama rozumiesz – szepcze Saipha.

– Co? Ogar, którego wysłał za mną wielebny, węszył też wokół ciebie? – pytam sucho. – Widział cię?

– Pfff – prycha. – Nie jest taki dobry, żeby mnie zobaczyć, jeśli nie chcę być zauważona.

Mimo swoich słów Saipha nie zdejmuje kaptura. Jest w tym samym piaskowoszarym kolorze co kamień, z którego zbudowano cały Vinguard. Podobnie jak ja, Saipha ubiera się tak, żeby wtopić się w otoczenie. Kieruje wzrok na ciężkie drewniane drzwi za moim lewym ramieniem.

– Isola, czy to jest to, o czym myślę?

– Tak. – Teraz moja kolej, by się uśmiechnąć. – Rozgryzłam to.

Wiem, jak dostać się do środka. Czy raczej na górę.

– Jakim cudem ciągle je znajdujesz? – Jest zszokowana, ale absolutnie zachwycona. Widzę to po tym, jak przenosi ciężar ciała z nogi na nogę, starając się nie podskakiwać, tak jak robiła to, gdy byłyśmy dziećmi i zgadzałam się zagrać w jej ulubioną grę: Rycerz Miłosierdzia i smok.

Zawsze byłam smokiem.

– Ciągle przesiaduję pod Wielką Kaplicą Miłosierdzia – mówię. – W bibliotece jest pełno starych map Vinguardu.

Na nich widać, gdzie znajdują się wszystkie stare wieże strażnicze – te, które już dawno zostały wcielone w potężny mur otaczający obecnie Vinguard.

– Ale osoby bez złocenia nie mają dostępu do biblioteki – odpowiada odruchowo. Natychmiast blednie, gdy patrzę jej w oczy. Macham ręką przed moimi dwiema złotymi tęczówkami, jedynymi takimi w Vinguardzie.

Saipha krzyżuje ramiona, odwraca wzrok i mruczy:

– Rozumiem. Ale i tak nie sądziłam, że wielebny tak po prostu wpuści cię do biblioteki, skoro nie jesteś jeszcze pełnoprawną obywatelką.

– Nie wpuścił. W każdym razie nie osobiście. Ale mam swoje sposoby. – Jakby dla podkreślenia tej tezy, popycham drzwi, których również nie wolno nam przekraczać.

Drewno jest stare, wydrążone przez owady i setki lat narażania na działanie żywiołów. Pęka w miejscu, gdzie znajdują się ciężkie żelazne pręty, nadające mu kształt. Rozlega się głośny trzask, który wydaje się bardziej złowieszczy niż dzwony na murze.

Obie zastygamy.

Coś ściska mnie w piersi, a serce zamiera.

Saipha powoli odchyla się do tyłu, by spojrzeć na alejkę przez spowitą cieniem szczelinę między budynkami.

– Widzisz go? – pytam.

Kręci głową. Bez słowa wchodzimy szybko do środka. Obie myślimy o tym samym – nie ma sensu stać na miejscu zbrodni.

Maleńkie pomieszczenie to właściwie podest u podstawy spiralnych schodów. Powietrze jest tu stęchłe i gęste od upływającego czasu. Ale lekki powiew wiatru porusza włoskami na moich skroniach. Otwarte drzwi wywołują przeciąg. Co oznacza, że gdzieś powyżej znajduje się otwór.

Saipha klepie mnie po ramieniu i podaje mi latarnię.

Powstrzymuję się przed złośliwym skomentowaniem faktu, że ukradła ją swojemu ojcu, Rycerzowi Miłosierdzia, i naciskam kciukiem dolny róg, gdzie zza płytki wyłaniają się dwie linie. Eterowe Światło przepływa od podeszew moich stóp, przez całe ciało, aż po opuszki palców. Gdy latarnia rozbłyska, słaby złoty blask oświetla stare schody, ale szybko pochłania go ciemność z góry.

Saipha wymija mnie i rusza przodem jak zawsze. Jak przystało na Rycerkę Miłosierdzia.

Gdy tylko oddala się o dwa kroki, pocieram dłonią udo i przestaję powstrzymywać dreszcze. Przechodzi mnie fala palących mdłości, która znika tak szybko, jak się pojawiła. Robi się coraz gorzej. Zaciskam zęby, kręcę głową i ruszam, zanim Saipha zauważy, że zostaję w tyle. Nie mogę się jednak powstrzymać od masowania blizny na klatce piersiowej. Czuję, jakby serce chciało się przebić przez kości i skórę.

– Jak udało ci się wymigać dzisiaj od treningu? Myślałam, że wielebny każe ci powtórzyć wszystkie ćwiczenia przed Trybunałem – rzuca Saipha, gdy jesteśmy już piętro wyżej i staje się jasne, że nikt nas nie śledził. – Nie mów, że znowu próbowałaś dogadać się z Lucanem?

– Oczywiście, że nie. Może się udławić smoczym pazurem. – Bardzo dobrze zapamiętałam tę lekcję. Na samą myśl o tamtym dniu zaciskam pięści. Ale zmuszam się do rozluźnienia. To już nieważne. W każdym razie tak sobie wmawiam. – Powiedziałam, że jestem chora.

– I wielebny Darius to kupił?

– Najwyraźniej nie do końca, skoro wysłał za mną Lucana. Ale Callon jest w pracy. Marie też. A ojciec pewnie nadal siedzi zamknięty w swoim warsztacie. – Jak od tygodni. – Więc nie ma nikogo, kto mógłby mnie wydać.

– Jak twój ojciec znosi to, że jutro wybywasz?

– W porządku. – Wzruszam ramionami. – Wydawał się nieco wzruszony, kiedy wspomniałam, że idę dziś wieczorem do mamy.

– Jakoś sobie nie wyobrażam, żeby mistrz rzemiosła, konstruktor broni do zabijania smoków, człowiek, który wie, jak przywoływać Eterowe Światło, Kassin Thaz, był „nieco wzruszony”.

– Ojciec na pewno by się ucieszył, że tak uważnie przyjrzałaś się jego osiągnięciom. – Nie jestem pewna, czy to na wzmiankę o Eterowym Świetle zaczyna mnie swędzić blizna… czy może na wspomnienie broni do zabijania smoków. Czy wkrótce jedna z nich zostanie skierowana przeciwko mnie?

Zmieniam temat, zanim Saipha wyczuje moje mroczne myśli. Albo zapyta o mamę.

– A co u twoich rodziców?

– Mama ma się całkiem dobrze. Chociaż jestem przekonana, że próbuje mnie utuczyć. Każdego wieczoru dostaję dodatkową porcję. – Saipha zatrzymuje się na półpiętrze, by złapać oddech i spogląda w kolejny ciemny korytarz. Bez żadnej konsultacji kontynuuje wspinaczkę. – Tata jest płaczliwym wrakiem człowieka.

Śmiech odwraca moją uwagę od swędzenia.

– Marius Celest? Człowiek, który ma na koncie pięć potwierdzonych zabójstw z kuszy? Płaczliwy?

– I kto tu zwraca uwagę na osiągnięcia? – Saipha posyła mi uśmiech przez ramię. Przewracam oczami. – Poza tym wiesz przecież, że tata jest w środku miękki. Jest przerażający dla smoków, a nie dla ludzi.

I dla przeklętych przez smoki, mam na końcu języka. Ale każdy Rycerz Miłosierdzia zabiłby przeklętego przez smoka na miejscu. Czy to będzie on? Wpatruję się w plecy Saiphy, żołądek mi się buntuje, a gardło mam tak ściśnięte, że ledwo mogę oddychać. Powraca pytanie, które od tygodni nie daje mi spać. Pytanie, które zwykle znika wraz z nadejściem świtu, ale dzisiaj nie mogę się od niego uwolnić. Zostało już tak niewiele czasu.

Czy to ty mnie zabijesz, Saipha?

– Stój. – Przyjaciółka podaje mi latarnię. – Słuchaj.

Z góry dochodzi delikatny szum.

– Zbyt nieregularne jak na smocze skrzydła – szepczę.

– Gdyby to był smok, usłyszałybyśmy dzwony. Zgaś ją.

Gaszę.

Zniszczone kamienne schody przed nami majaczą w zimnym świetle. Słabo, ale wyraźnie. W niemal całkowitej ciemności ledwo dostrzegam podekscytowanie w spojrzeniu Saiphy. Ale wiem, że tam jest, bo sama też je czuję.

Zaczyna przeskakiwać po dwa stopnie naraz, a ja ruszam za nią. Serce wali mi jak młot. Naprawdę mam nadzieję, że to jest to, o czym myślę. Że zdobędę to, czego potrzebuję, a potem pójdę do mamy. Dzisiaj wieczorem zadam pytanie, które chciałam zadać od miesięcy, ale bałam się wypowiedzieć je na głos. Przez lata bałam się nawet o tym myśleć. A potem…

– Na szpon i kły, Isola! – woła Saipha, gdy tylko wychodzę zza winkla, a ostre światło niemal mnie oślepia po naszej wspinaczce w ciemności.

Zatrzymuję się gwałtownie, a ramię Saiphy podtrzymuje mnie niczym żelazny pręt, chroniąc przed wypadnięciem za krawędź i spadnięciem ze stromej ściany, co oznaczałoby moją śmierć. Wiatr smaga mnie po twarzy, niosąc cuchnący, a zarazem słodki zapach plagi powoli niszczącej nasz świat.

Znalazłam to, po co tu przyszłam.

2

Coś wielkiego, sądząc po rozmiarze i głębokości wyżłobień, prawdopodobnie żółty smok, wyrwało kawałek ściany.

Gruz pokrywa kamienny podest u naszych stóp, wysypując się z zawalonej klatki schodowej nad nami. Ale ja skupiam się wyłącznie na otworze.

Czuję się, jakby jeden ze zwojów Creda spadł z półki i rozwinął się przede mną, a starannie wykonane rysunki nabrały żywych barw.

Po mojej lewej stronie pasmo Nightgale góruje nad szarym niebem, które już zaczyna ciemnieć wraz z nadejściem nocy. Widzę je w całości, aż po podnóża u ich podstawy, podczas gdy wcześniej widziałam tylko pokryte śniegiem szczyty, odcinające się na tle nieba. Pomiędzy górami rozciąga się jałowa ziemia i odległy las poczerniałych, szkieletowych drzew wyrastających z czerwonej mgły otaczającej ich zwłoki.

– Czy to jest to, o czym myślę? – Słowa Saiphy są pełne przerażenia.

– Plaga. – Nigdy wcześniej nie widziałam jej w akcji. Istniała tylko w opowieściach mamy i ostrzeżeniach Creda.

– Nie. – Saipha odwraca się, zakrywając nos i usta. – Nie powinno nas tu być. Musimy wracać.

– Rycerze Miłosierdzia patrolują mury obronne nad nami. Gdyby ta odległość nie była bezpieczna, wszyscy mieszkańcy Vinguardu by zginęli – mówię do jej pleców, nie odrywając wzroku od postrzępionego otworu w murze. Wstrzymuję oddech, gdy widzę, jak wiele pyłu plagi tu jest.

Jest lepiej, niż myślałam.

– Rycerze Miłosierdzia mają za sobą Trybunał. Wiedzą, że nie są przeklęci przez smoki. Właśnie dlatego istnieje ta ściana, Isola, aby plaga pozostała na zewnątrz. Nie powinnyśmy tego wdychać.

Prawie mówię jej, że wszystko, czego dowiedziała się z Creda, jest w najlepszym wypadku błędne. W najgorszym – to zwykłe kłamstwa. Według Creda smoki są stworzeniami Eterowego Cienia, złej wersji Eteru, tej zabójczej. Że rodzą się z plagi. A bycie przeklętym oznacza podatność na Eterowy Cień do tego stopnia, że człowiek sam zamienia się w jedną z tych okrutnych, bezmyślnych bestii.

Tyle że… powiedzenie jej, że Credo głosi nieprawdę, byłoby zdradą. Milczę więc, chociaż trochę mnie boli, gdy widzę, jak bardzo moja przyjaciółka się boi.

Saipha, tak między nami, to ja powinnam się bać.

– Może spróbuj znaleźć drogę na górę? – proponuję.

– Powinnyśmy wracać na dół, Isola.

Chcę, żeby jeszcze przez chwilę na mnie nie patrzyła. Trzymam rękę w kieszeni, ściskając w niej fiolkę na próbkę dla mamy.

– To nasza ostatnia szansa – upieram się.

– Za trzy tygodnie będziemy spacerować po murach jako Rycerki Miłosierdzia w naszych złoconych zbrojach, bez strachu – mówi, spoglądając przez ramię.

– Zakładając, że dostaniemy się do Zakonu Miłosierdzia.

– Jakbyśmy miały się nie dostać – prycha Saipha.

– Proszę? Jeśli pójdziemy jeszcze kawałek dalej, możemy pobić nasz rekord wysokości. Sprawdźmy, czy jest inna droga – błagam.

– No dobrze, dobrze. Ale jeśli zmienię się w smoka przez kontakt z Eterowym Cieniem, zjem cię w pierwszej kolejności – mruczy Saipha i kieruje się w stronę jednego z dużych kawałków gruzu.

Korzystam z okazji.

Trzymając fiolkę przy wąskiej półce skalnej, zamiatam do niej całą kupę pyłu. Kiedy to robię, słyszę, jak mama mówi z nutą dumy w głosie: Aby to pokonać, najpierw musimy to zrozumieć. Będzie zachwycona. Jeszcze nigdy nie zdobyłam go aż tyle. Może wystarczy, aby znalazła lekarstwo na klątwę.

Wiem, że to głupia nadzieja. Nawet jeśli taka ilość pyłu wystarczy, żeby zakończyć badania nad klątwą, nie ma szans, aby udało jej się stworzyć lekarstwo przed końcem nocy. Ale kiedy kręcę małą fiolką i patrzę na nią przez chwilę, czuję się lżejsza niż przez ostatnie tygodnie.

Przez chwilę prawie udaje mi się zignorować chrząszcze pełzające pod moją skórą i pulsujący ból w głowie, który grozi przerodzeniem się w tak silną migrenę, że zapragnę rozłupać sobie czaszkę na pół.

– Zamierzasz mi pomóc, czy będziesz tam tak stać? – burczy Saipha, prostując się po inspekcji. Wsuwam fiolkę do kieszeni i odwracam się, usiłując nie zdradzać poczucia winy. Marszczy brwi.

– Co tam masz?

Co odpowiedzieć? Co odpowiedzieć? Przełykam ślinę i zmuszam się do zachowania spokoju, szukając wyjaśnienia, które zaakceptuje. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla dotykania czegokolwiek spoza muru.

– Ee…

Przerywa mi nagłe bicie dzwonów. Dziesiątek dzwonów. Wszystkich jednocześnie. Rozbrzmiewają tak głośno, że sam mur wibruje przy każdym szaleńczym uderzeniu.

Atak smoka.

3

Potok przekleństw wypływa z ust Saiphy szybciej, niż Rycerz Miłosierdzia strzela bełtem z kuszy.

Ogromny cień pada na otwór, przesłaniając słońce. Powietrze wydaje się tak zimne, że zastanawiam się, czy nie jest to niebieski smok. Następnie, z rykiem jako jedynym ostrzeżeniem, smok ląduje na murze tuż nad nami.

Tracę równowagę i macham ramionami.

– Isola! – krzyczy Saipha. Rzuca się na mnie, gdy ściana wokół nas pęka i jęczy, grożąc ugięciem się pod ciężarem bestii. Dłoń przyjaciółki zaciska się na mojej.

Wyginam się pod nienaturalnym kątem, w połowie wychylając się zza ściany, a świat na chwilę zwalnia, gdy dostrzegam ogromny, szmaragdowy ogon kołyszący się nad nami. Jego ruchom towarzyszy zielona mgiełka wydzielająca słaby, mdły zapach, zupełnie inny od tego, który wcześniej uderzył mnie w podniebienie wraz z powiewem wiatru.

Przez chwilę nie patrzę na smoka, lecz na szubienicę. Żołądek mi się skręca, a krzyk zamiera mi w gardle. Ale mrugam i wszystko znika. Gazy zielonego smoka powodują najgorsze halucynacje.

Z siłą, o jakiej mogłam jedynie marzyć u szczytu formy, Saipha wciąga mnie z powrotem do środka. Lądujemy twardo, ale żadna z nas się nie rusza. Poza odgłosem naszych upadających ciał jesteśmy cicho. Obie wstrzymujemy oddech w oczekiwaniu. Zastanawiamy się, czy to już koniec. Czy zginiemy pod gruzami ściany, na której usiadł smok?

Nigdy wcześniej nie przyszło mi to do głowy, ale bycie zabitą, jako przeklęta przez smoka, przez jednego z moich rodaków mogło być lepszym rozwiązaniem. Kto by pomyślał, że znajdę gorszy sposób na śmierć? Ale tak wygląda życie w Vinguardzie… Każdego dnia człowiek uczy się nowych sposobów na przetrwanie. Oby.

– Strzelać! – krzyczy w oddali Rycerz Miłosierdzia.

Wzdrygam się, gdy Eterowe Światło rozbłyska w moich zmysłach wraz z jednoczesnym wystrzałem dziesiątek magicznie wzmocnionych kusz.

Smok ryczy, słychać świst, po czym mur nad nami i wokół nas zaczyna dudnić, jęczeć i grozić zawaleniem. Omiata nas podmuch cuchnącego powietrza. Kolejny ryk, tym razem z większej odległości niż poprzednio. Smok musiał wzbić się w powietrze.

Spoglądam w oczy Saiphy i obie zdajemy sobie sprawę z tego samego.

– Uciekajmy stąd, zanim na zawsze staniemy się częścią muru.

Saipha podnosi się szybko i podaje mi latarnię. Zapalam ją i oddaję jej.

– W nogi.

Pędzimy po schodach jak szalone. Przypomina to bardziej kontrolowany upadek niż bieg i to cud, że docieramy na dół bez złamanych kości i uderzenia głową o ziemię.

Lekka mżawka uderza mnie w policzki, gdy wychodzimy do małej wnęki między budynkami a murem. Oczywiście, że pada. Nic dziwnego, że smok zaatakował. Strażnicy Ziemi tego nie przewidzieli. Z każdym dniem stają się coraz mniej wiarygodni, podczas gdy świat nadal gnije.

Ledwie wyszłyśmy na zewnątrz, a nad Vinguardem rozległ się ryk smoka. Maszyna miotająca wysoko na murze wydaje ostry brzdęk, po którym następuje świst pocisku przecinającego powietrze.

Wstrzymujemy oddech z Saiphą.

Ona robi to w oczekiwaniu na to, co może się wydarzyć.

Ja robię to, ponieważ Eterowe Światło uwolnione z maszyny miotającej trafia we mnie jak fala uderzeniowa. Nagle moja skóra staje się zbyt gorąca. Zbyt napięta. Opieram dłoń o ścianę, aby nie stracić równowagi.

Smok ryczy triumfalnie. Pudło.

– Cholera, zabijcie już tego potwora – warczy Saipha. Prawie udaje jej się ukryć lekkie drżenie warg, zdradzające jej obawy.

Jakby w odpowiedzi, rozlega się głośny, mokry odgłos, po którym natychmiast następuje chór krzyków, zagłuszający dzwony. Zielone smoki nie zioną ogniem. Plują kwasem, który może stopić gliniane dachówki jak kostkę soli podczas ulewy.

Biedacy, nie mieli żadnych szans. Robi mi się zimno, i to nie tylko z powodu delikatnego deszczu, który w końcu zaczyna przemaczać moje ubranie. Tyle śmierci.

To twoja wina, oszustko, szepcze mi do ucha złośliwy głos. Gdybyś naprawdę była Odrodzoną Bohaterką, zabiłabyś Starszego Smoka i uratowała ich już dawno temu.

– Przyjrzyjmy się temu bliżej. – Saipha chwyta mnie za rękę i ciągnie do przejścia między dwoma budynkami.

– Czemu?

– Smokowi, a czemu.

Eterowy Cień to chyba jedyna rzecz, której Saipha się boi. Podejrzewam jednak, że nawet to jej nie powstrzyma, gdy przejdzie przez Trybunał i dowie się, że nie jest przeklęta.

– Saipha, nie powinnyśmy przeszkadzać Rycerzom Miłosierdzia.

– Nie będziemy im przeszkadzać. Chcę zobaczyć, co robią. Może da nam to przewagę podczas Trybunału.

– Nie każą nam walczyć ze smokami podczas Trybunału – mruczę. Ale ona mnie nie słyszy; już przemieszcza się między budynkami.

Zerkam za siebie na wnękę prowadzącą do zapomnianej wieży zagubionej wśród kamienia i zaprawy murarskiej. Trzeba było przeczekać atak właśnie tam. Co ja sobie myślałam, wychodząc na zewnątrz?

Jednak mimo że bardzo chcę się wycofać i przeczekać, podążam za Saiphą. Gdybym została, nie potrafiłabym jej tego wyjaśnić. Nie zniosłabym też jej rozczarowania, jeślibym spróbowała.

Wychodzimy na uliczkę, gdy dudnienie zwiastuje ponowne lądowanie smoka na niedalekim dachu. Vinguard z powietrza przypomina nieco miskę, środek jest najniższym punktem, więc z muru widzimy większość Górnego Miasta. Serce mi zamiera i opada do żołądka, gdzie natychmiast rozpuszcza się w kwasie.

– Isola, czy nie tam mieszka twoja… – zaczyna Saipha.

– Mama – kończę, z oczami tak szeroko otwartymi, że pieką mnie od oparów smoczego gazu, który unosi się nad całym miastem.

Smok siedzi obok mieszkania mojej mamy. Widzę stąd jego dach… ociekający mdliście zielonym kwasem.

4

Chwieję się.

Saipha rzuca mi się na szyję i niemal mnie ogłusza, krzycząc mi prosto do ucha:

– Nie możesz!

Myśli, że zamierzam pobiec w kierunku smoka. Moja przyjaciółka ma o mnie zbyt wysokie mniemanie. Nie ma pojęcia, że ugięły się pode mną kolana. Że tak mocno napieram na jej ramiona, ponieważ ledwo trzymam się na nogach.

W głowie mi się kręci tak, jakbym zaraz miała się przewrócić i zwymiotować.

– Słyszysz to? – Saipha wskazuje na Wieżę Miłosierdzia. To złowieszcza, kolczasta konstrukcja z setką stanowisk dla maszyn miotających i kusz. Ale odległe trzaski i zgrzyty dochodzące z niej są czymś, czego Vinguard nigdy wcześniej nie słyszał. – Zaczekaj chwilę. Zamierzają to wystrzelić.

Obie patrzymy. W oczach Saiphy wciąż tli się podekscytowanie. Jakoś udaje jej się zignorować wszelkie ryzyko, nawet niebezpieczeństwo grożące jej rodzicom i starszej siostrze na murze. Widzi tylko ostateczne zwycięstwo. To, co sprawia, że wszystkie poświęcenia są tego warte: o jednego smoka mniej na świecie – smoka, który rozprzestrzeniałby Eterowy Cień i wysysał Eterowe Światło z naszego Źródła.

Smok odwraca głowę w moją stronę, a jego szmaragdowe oczy świecą w gasnącym świetle. Przez chwilę wydaje mi się, że spośród całego miasta odnajduje właśnie mnie.

W jednej chwili nie stoję już w objęciach Saiphy. Jestem na dachu sześć lat wcześniej. Nie patrzy na mnie zielony smok, ale miedziany, i nie mam pojęcia, czy to halucynacja spowodowana oparem unoszącym się nad miastem, czy jeden z moich ulubionych koszmarów, którymi torturuje mnie mój umysł.

Płomienie, gorętsze niż kiedykolwiek wcześniej. Tak gorące, że kamień wokół mnie zaczyna się topić. Zwłoki. Zniszczenie. Śmierć. Dziwię się, że moje oczy nie wyparowały z oczodołów, gdy z gęstego dymu wyłania się ogromny pysk.

Bestia czołga się do przodu. Jej oczy spotykają się z moimi. Wyciąga szponiastą łapę prosto w kierunku mojej klatki piersiowej, jakby chciała pobawić się jedzeniem, zanim…

Głośny huk, który wstrząsa wiekowymi fundamentami Vinguardu, przywraca mnie do teraźniejszości. Promień światła, który mógłby rywalizować ze słońcem, wystrzeliwuje z Wieży Miłosierdzia i uderza w smoka. Strzał trafia prosto między skrzydła na jego grzbiecie i przebija klatkę piersiową, natychmiast zabijając potwora.

Saipha wraz z resztą Vinguardu krzyczy radośnie i uwalnia mnie. Na moment zapomniana opadam na ścianę. Oddycham ciężko, gdy fala za falą uderza mnie Eterowe Światło. Świat nagle wydaje się zbyt jasny. Każdy kolor oślepia. Przysięgam, że krople deszczu na mojej skórze wyparowują, gdy płonę od środka.

Moja najlepsza przyjaciółka odwraca się w moją stronę i ogarnia mnie czyste, nagłe przerażenie, ponieważ spodziewam się, że zacznie krzyczeć i powie mi, że moje źrenice stały się szparkami.

Nie robi tego jednak.

– Niesamowite, prawda? Nie wierzyłam, kiedy tata mi o tym powiedział, ale cholera.

Nie zauważa tego. Nie widzi, co się ze mną dzieje. Nigdy nie widziała. Prawdopodobnie dlatego, że nie chce. Nie potrafi tego przyznać przed samą sobą – to jedyny powód, jaki udało mi się wymyślić.

Wpatruję się w punkt na Wieży Miłosierdzia, z którego padł strzał. Armata, jak nazwał to ojciec. Jego największe dzieło.

Dobra robota, ojcze. Można powiedzieć, że ci się udało, myślę, odsuwając się od ściany.

– Poszło dużo Eterowego Światła – mruczę.

– Warto było, żeby zabić bestię.

– Idę sprawdzić, co z mamą.

Podekscytowanie i zachwyt na twarzy Saiphy zmieniają się w surową troskę.

– Nie możesz.

– Saipha…

– Wiesz, że nikt poza Rycerzami Miłosierdzia nie może przebywać w pobliżu smoczych zwłok.

Tak,właśnie tego się obawiam.

– Muszę się upewnić, czy wszystko z nią w porządku, Saipha.

– Jej budynek nadal stoi.

– To o niczym nie świadczy i dobrze o tym wiesz – ripostuję. Przyjaciółka wzdycha i przeczesuje palcami swoje sięgające ramion rude włosy.

– Dobrze, idź. Znajdę ojca i wyślę go do ciebie. Pomoże ci w poszukiwaniach.

– Dzięki. – Robię krok do tyłu.

– Uważaj na kwas – mówi pośpiesznie Saipha. A kiedy już mam się odwrócić, dodaje: – Do zobaczenia jutro rano.

Czas się zatrzymuje, jakby z szacunku dla głębszego znaczenia jej pożegnania. Jutro rano odbędzie się Zgromadzenie: początek Trybunału. To może być ostatni dzień mojego życia.

– Do zobaczenia rano – mruczę, kiwając głową, i zaczynam biec.

Kiedy Vinguard nie mógł się rozszerzać, zaczął piąć się w górę. Po tym jak wznoszenie budynków wyższych niż dwupiętrowe uznano za zbyt ryzykowne, ponieważ smoki lubią przesiadywać na najwyższych budynkach, kolejne piętra budowano w głąb. Ulice przypominają labirynt, w niektórych miejscach ledwo mieści się jedna osoba. Zawracają, tworząc tunele, wokół i nad którymi wzniesiono domy, i zamieniają się w krótkie mosty, przecinające dachy.

Na szczęście podczas ataku smoków ludzie chowają się w środku, więc mogę biec z pełną prędkością, bez obaw, że na kogoś wpadnę. Dlatego też niemal obraźliwa jest niesprawiedliwość tego, że spośród wszystkich mieszkańców miasta natykam się akurat na niego.

Lucan pojawia się na końcu ulicy. Zatrzymuję się gwałtownie. Jego nasiąknięte deszczem szaty kapłańskie w kolorze smoczej krwi są niemal czarne.

Po cojenosisz? Nie jesteś nawet prawdziwym kapłanem, chcę zadrwić. Ma osiemnaście lat, tak jak ja, i wkrótce trafi do Trybunału. Nie może być prawdziwym kapłanem Creda, dopóki nie otrzyma złocenia. Jestem przekonana, że szaty to pomysł wielebnego, coś na wzór psiej obroży. Sygnał dla wszystkich jasno pokazujący, do kogo należy. Sama najlepiej wiem, jak bardzo wielebny Darius uwielbia stroić swoje zwierzątka.

Lucan pochyla głowę, a jego grymas się pogłębia.

– Wiedziałem, że będziesz się tu kręcić.

5

I kto to mówi – odgryzam się. Powinnam była lepiej to przemyśleć. Nie zabłysnęłam. Ale nie mam czasu na wymianę złośliwości.

Lucan robi krok do przodu. Jego grube brwi niemal się łączą. Ciemnoblond włosy stają się brązowe, gdy są mokre, choć złote refleksy nadal błyszczą w ostatnich promieniach zmierzchu.

– Co tu robisz, Isola?

Niemal opowiadam: Idęsprawdzić, czy moja mama jeszcze oddycha. Niemal. Bo zaraz przypominam sobie, ile mi to dało ostatnim razem.

Credo nienawidzi mamy. Wielebny powiedział wprost, że sam ją zabije, jeśli przekroczę granicę. A Lucan jest niczym innym jak przedłużeniem swojego ojca.

– Wyszłam po lekarstwa, kiedy zaatakował smok. Wracam do domu. – Łatwo kłamać, kiedy nie zależy ci na osobie, którą oszukujesz.

– Twój dom jest w przeciwnym kierunku. – Jest na tyle blisko, że widzę jego oczy. Szczerze mówiąc, mają frustrująco piękny orzechowy odcień. Cóż, jeśli mam być szczera, to cała jego osoba jest irytująco atrakcyjna, biorąc pod uwagę, że jest potomkiem najgorszego człowieka, jakiego znam.

– Och, tak? – Udaję dezorientację, aby mieć pretekst do rozejrzenia się po okolicy, i cofam się przy tym o krok. – Dziwne, musiałam się zgubić.

– Mogę odprowadzić cię do domu.

Wolałabym raczej iść tam ze srebrnym smokiem niż z tobą.

– To bardzo miłe z twojej strony, ale nie ma takiej potrzeby.

– Myślę, że powinienem to zrobić.

– Naprawdę, wszystko w porządku. Dziękuję za troskę. Widzimy się jutro. – Czuję gorzki posmak tych trzech ostatnich słów, gdy pędzę boczną uliczką. Lucan krzyczy coś za mną. Słyszę jego kroki na bruku. Ale mam sporą przewagę i po latach treningu u wielebnego wiem dokładnie, jak będzie myślał jego syn.

Zdzieram płaszcz i wieszam go na luźnej okiennicy, po czym biegnę w przeciwnym kierunku. To oszustwo może dać mi tylko sekundę przewagi. Ale to wszystko, czego potrzebuję.

Nawet jeśli prawdopodobnie wie, dokąd idę… Ta myśl sprawia, że biegnę jeszcze szybciej, a moje serce bije coraz mocniej, uderzając o klatkę piersiową.

Łapię oddech na skrzyżowaniu. Po lewej stronie znajduje się mieszkanie mamy. Po prawej stronie upadł smok.

Jeden krok w lewo. Zatrzymuję się.

– Cholera jasna. – Skręcam w prawo i znów puszczam się biegiem.

Wiem, gdzie ją znajdę, bo mama, mimo całej swojej błyskotliwości, nie ma w sobie ani krzty rozsądku. Jest tak samo lekkomyślna jak Saipha, ale lekkomyślność Saiphy jest „dobra” – chce zabijać smoki i chodzić po murze, zanim jej na to pozwolą – mamy jest „zła”. Sprawia, że kwestionuje Credo i prowadzi nielegalne badania, przez co została wyrzucona z gildii lub…

Trzyma szczękę zielonego smoka i próbuje wyrwać mu kieł.

– Mamo. – Mój głos nie przebija się przez narastający deszcz. Podbiegam do niej. – Mamo.

– Fascynujące, doprawdy fascynujące… – mruczy.

– Mamo!

Wzdryga się, a szczęki smoka zamykają się z trzaskiem. Jej oczy zwracają się ku moim – jedno czarne, drugie złote.

– O, witaj, Isola.

– Nie witaj mnie i nie uśmiechaj się, jakbyśmy miały usiąść do kolacji. – Wskazuję na zwłoki smoka. Jedynym powodem, dla którego kolana się pode mną nie uginają i nie zamieram w szoku, jest wielka dziura w jego klatce piersiowej. Mój ojciec może i jest człowiekiem małomównym, ale z pewnością potrafi głośno przemawiać poprzez swoje wynalazki. – Co robisz?

– Prowadzę badania. – Klepie swoją torbę.

– Smoki i szatani, mamo, zabieranie części smoka jest jedną z najbardziej nielegalnych rzeczy w Vinguardzie. – Wiem, że nie ma sensu jej tego mówić. Ona też mieszka tu od zawsze, przeszła przez Trybunał, pracowała w gildii Strażników Ziemi i obowiązują ją zasady Creda. Mama zna wszystkie prawa i czasami mam wrażenie, że traktuje je jak listę rzeczy do złamania.

– Skąd mam wiedzieć, skoro nie mogę sprawdzić? – Wzrusza ramionami i odwraca się z powrotem do zwłok. – Rzadko zdarza mi się trafić na tak świeże. Zazwyczaj o tej porze już się roi od czerwonych peleryn.

– I z pewnością pojawią się lada chwila. – Chwytam ją za łokieć, a w mojej głowie pojawia się obraz Lucana. On też jest blisko. – Musimy iść.

– W porządku. – Wzdycha, jakbym to ja była całkowicie nierozsądna. – Jeszcze jedna rzecz.

– Żadna „jeszcze jedna rzecz”. Teraz. – Szarpię ją za ramię, a wszystkie moje starannie przygotowane plany na tę noc trafia szlag. Moja nadzieja gaśnie na moich oczach. Nawet jeśli wiedziałam, że nie ma dla mnie ratunku, liczyłam, że może w swoim krótkim życiu uda mi się zrobić coś, co naprawdę pomoże Vinguardowi. Zamiast kłamania, dawania fałszywej nadziei, a potem poniesienia śmierci od sztyletu Miłosierdzia.

– Muszę sprawdzić pod łuskami. – Odchyla łuski w przeciwnym kierunku, jakby głaskała kota pod włos. – Ani śladu pyłu plagi… Wiesz, co to oznacza? Smok nie powoduje plagi, więc tak naprawdę jest stworzeniem…

– Wyjaśnisz mi to wszystko w swoim mieszkaniu. – Tym razem pociągam ją na tyle mocno, że odsuwa się o krok od smoka. – Musimy iść, bo mam coś do…

Światło latarni używanych przez Rycerzy Miłosierdzia odbija się od mokrych ulic, padając na atramentową kałużę smoczej krwi otaczającą buty mamy. Nawet gdybyśmy uciekły, i tak by nas znaleźli. Smocza krew plami bardziej niż atrament. Buty mamy poprowadziłyby ich do nas jak po sznurku.

– Stać!

Zamieram.

– Na mocy Creda jesteście… – Znajoma sylwetka zbliża się do nas, oświetlona od tyłu światłem latarni. Drobne błyskawice tańczące wokół srebrnych naramienników zakrywających ramiona rycerza podkreślają znajomy odcień rudych włosów. Pamiętam noc, kiedy ojciec wyrył pieczęcie na spodzie tej płytki. – Na miłość boską. Isola?

– Cześć, Marius. – Witam ojca Saiphy słabym uśmiechem. Dobra robota, Saipha. Twój ojciec znalazł mamę.

Jego wzrok pada na buty mamy. Zauważa to, jak blisko siebie stoimy. Wzdycha tak głęboko, jak pewnie zrobiłby to mój własny ojciec, a następnie mówi:

– Prawo to prawo. Aresztować je.

6

Siedzimy z mamą po przeciwnych stronach ponurej izby zatrzymań w jednej z mniejszych wież rozsianych po Vinguardzie. Nie stanowi części muru, zamiast tego jest obsadzona przez Rycerzy Miłosierdzia, którzy nie zdali testów uprawniających do pełnienia służby na murach obronnych, i pomagają w centrum miasta, gdy ląduje smok – tak jak tego wieczoru. Jest to również miejsce przetrzymywania więźniów do czasu osądzenia ich przez Credo, egzekwujące prawa Vinguardu – również tak jak tego wieczoru.

Zmieniam pozycję. Kajdany wbijające się w moje nadgarstki są niewygodne, ale to stołek jest obecnie zmorą mojego istnienia. Kamienna podłoga jawi się jako wygodniejsza.

Jedyna większa zmora znajduje się naprzeciwko mnie… Gdy tylko ta myśl pojawia się w mojej głowie, spoglądam w róg pokoju, karząc się w duchu. Życie mamy nie było łatwe. Wiem, że ma dobre intencje.

Wzdycham ciężko. Przynajmniej nikt nie znalazł fiolki z pyłem plagi w mojej kieszeni. Marius „oszczędził Odrodzonej Bohaterce upokorzenia przeszukania”. To jedyna dobra rzecz tego wieczoru.

– Przepraszam – mruczy mama.

– W porządku. – Nie jest w porządku. – Wiem, dlaczego to zrobiłaś.

– To takie trudne, Isola, być tak blisko przełomu, a jednocześnie wiedzieć, że kończy się czas. – Przechyla głowę i opiera ją o ścianę za sobą, wpatrując się w sufit. – Mam nadzieję, że nigdy nie poczujesz się tak samo.

– Wiem, jak to jest, gdy kończy się czas – szepczę.

Okrutny los sprawił, że smok zaatakował mnie, gdy miałam dwanaście lat. Byłam wystarczająco młoda, aby zmieniło to moje życie na zawsze. Wystarczająco dorosła, aby pamiętać, jak wyglądało życie, zanim moje oczy stały się złote, a Credo ogłosiło mnie Odrodzoną Bohaterką – legendarną pogromczynią smoków, której przeznaczeniem było zabicie Starszego Smoka i przywrócenie równowagi w świecie.

Na papierze brzmi to bardzo poetycko. Opowieści często tak brzmią, jakby próbowały zrekompensować chaos, brzydotę i złożoność prawdziwego świata.

– Co masz na myśli? – Mama skupia całą swoją uwagę na mnie. Nie umknął jej ciężar tych słów.

– Cóż… – Od lat czuję się, jakbym była przeklęta. Jestem? Nie mogę jej teraz o to zapytać. Odrodzona Bohaterka i jej matka zabrane na przesłuchanie? Gdybym była jednym z Rycerzy Miłosierdzia stojących na straży po drugiej stronie drzwi, przykleiłabym do nich ucho. – Trybunał odbędzie się już jutro.

Rzeźbione posągi rycerzy zdobiące iglice Wielkiej Kaplicy Miłosierdzia wykazują więcej poruszenia niż mama na wzmiankę o Trybunale.

– Nie…

– Nie martw się. Nie zawaham się – przerywam jej gwałtownie i głośno, wbijając w nią wzrok, po czym kiwam głową w kierunku drzwi.

Opanowuje się, a w jej oczach pojawia się iskra gniewu, która zamienia się w piekło, gdy nagle otwierają się drzwi i pojawia się wielebny Darius.

W samą porę.

Wielebny nie chodzi, on stąpa z autorytetem. Robi dwa długie kroki i jego szczupła, wysoka sylwetka pojawia się między nami. Spogląda sponad swojego ostrego jak sztylet nosa z osądem skierowanym w moją stronę i jawną niechęcią skierowaną w stronę mamy. Jego starannie przystrzyżone wąsy poruszają się, a oczy – jedno niebieskie, drugie złociste – patrzą na mnie z rozczarowaniem. Zgodnie z przewidywaniami Lucan wchodzi za nim i opiera się o kąt na lewo od drzwi, najdalej ode mnie. Założę się, że zaraz po tym, jak mu uciekłam, poszedł do wielebnego. Byli prawdopodobnie w połowie drogi, kiedy Rycerze Miłosierdzia znaleźli ich, aby poinformować o naszym schwytaniu.

Nie powinno mnie to dziwić, a jednak jestem zaskoczona, gdy pojawia się kolejna osoba: ojciec. Jako wysoki kapłan Creda nadal nosi szaty w kolorze smoczej krwi. Zastanawiam się, co robił, gdy zaatakował smok, ponieważ cienie pod jego oczami są głębsze niż zwykle. Ciemnobrązowe włosy wydają się bardziej posiwiałe. Często pracuje do późna w nocy, dzień po dniu, w swoim warsztacie. Ale teraz chodzi o coś innego… coś więcej niż fizyczne wyczerpanie, jakby coś ciążyło mu na duszy.

– Zechciałybyście to wyjaśnić? – pyta nas wielebny, gdy tylko zamykają się drzwi. Ale jego uwaga skupia się wyłącznie na mnie.

– Ja tylko…

– Ona mnie chroniła – mówię szybko. Żadna wymówka, jaką wymyśliłaby mama, nie będzie tak dobra jak moja. Spoglądam w jej stronę, próbując przekazać samym spojrzeniem, by pozwoliła mi się tym zająć. Może nie jestem prawdziwą Odrodzoną Bohaterką, ale dopóki wielebny tak uważa, mam zamiar wykorzystywać to, aby chronić ludzi, których kocham. I wiem dokładnie, co wielebny chce usłyszeć. – Kiedy smok wylądował, poczułam przyciąganie… prawie jakbym czerpała Eterowe Światło… i musiałam rzucić się do ataku.

Oczy wielebnego błyszczą. Nikt inny tego nie zauważa. Ale patrzy jak smok na swoją ofiarę. Z niecierpliwą brutalnością.

– A co z tym przyciąganiem Eterowego Światła teraz?

– Zniknęło, gdy smok zginął i zagrożenie minęło. – Czy te słowa brzmią zbyt niewiarygodnie? Zastanawiam się nad nimi, odkąd Marius nas tutaj przyprowadził.

Cmoka.

– Szkoda. Ale jeszcze będziesz miała czas podczas Trybunału, a potem w Zakonie Miłosierdzia, aby doskonalić swoje umiejętności jako nasza wielka odrodzona pogromczyni. Z pewnością wkrótce to do ciebie przyjdzie – mówi tak, jakby nie próbował wycisnąć mocy z moich kości każdego dnia przez sześć lat podczas naszych często brutalnych sesji treningowych.

Podnoszę nadgarstki, gdy się zbliża, trzymając w dłoni ciężki klucz. Gdy kajdany zostają mi zdjęte, pytam:

– A mama?

Przez chwilę się waha, więc myślę, że zamierza odmówić. W Vinguardzie przestępcy nie są długo przetrzymywani. Jeśli zostaną uznani za winnych, skazuje się ich na pracę w kamieniołomach Podskorupy, gdzie wydobywają kamień, który Rycerze Miłosierdzia wykorzystują do naprawy muru. Albo skazuje się ich na śmierć.

Wiem, co wybrałby dla niej wielebny.

Ostatecznie jednak odwraca się i jej również zdejmuje kajdany.

– W przyszłości nie będziesz musiała się już kłopotać. Nasza wybawczyni potrafi zadbać o swoje bezpieczeństwo. Albo będą ją chronić Credo i nasi Rycerze Miłosierdzia. Możesz spać spokojnie – mówi do niej złowrogo niskim głosem. Ale tak naprawdę ma na myśli: Trzymaj się z daleka od ulubionego symbolu Creda, heretyczko; żyjesz tylko dlatego, że zabicie matki Odrodzonej Bohaterki źle by wyglądało.

Na ułamek sekundy zaciskam dłonie w pięści. Gdy tylko to robię, czuję na sobie czyjeś spojrzenie. Przenoszę wzrok na Lucana. Nie umknęło mu to.

O tym też mu powiesz? – pytam bezgłośnie.

Jeśli Lucan to widzi, nie reaguje.

Kieruję się w stronę drzwi i spoglądam na ojca po drodze. Na jego twarzy ciągle maluje się zmęczenie. Nie wykonuje żadnego ruchu, żeby mnie przytulić. Ale jego oczy są pełne troski i współczucia… w każdym razie dla mnie. Mamie ich nie okazuje.

Z wiekiem łatwiej mi to zaakceptować, ale nadal trudno mi zrozumieć, jak mógł kochać mamę przez dwadzieścia lat, a potem stać się dla niej obcym człowiekiem. Wiem, jak trudna jest jej osobowość. Ale on też to wiedział, kiedy oświadczył się jej z ręcznie wykonanym pierścionkiem z wygrawerowaną pieczęcią, który mama zachowała do dziś.

Kiedy wychodzimy z wieży na mały plac, deszcz już nie pada. Księżyc przypomina szpon na niebie, a jego słabe światło odbija się od mokrego, ciemnego miasta. Jest już tak późno, że zgaszono latarnie i zamknięto okiennice, aby nie przyciągać uwagi smoków.

Nie żeby to miało jakiś sens… Smoki atakują, kiedy tylko mają na to ochotę. Z roku na rok coraz częściej.

– Idę pożegnać się z mamą – oznajmiam ojcu i Lucanowi, a w moich słowach daje się wyczuć nutę buntu. Być może dlatego, że wielebny został, aby porozmawiać z Rycerzami Miłosierdzia w wieży. Z pewnością grozi im, aby nie rozpowszechniali plotek o cennej Odrodzonej Bohaterce Creda. Sama ta myśl sprawia, że w moim głosie pojawia się gniew. – To zajmie tylko chwilę.

Żaden z nich mnie nie zatrzymuje, gdy przechodzę przez plac do miejsca, gdzie mama czeka przy ulicy prowadzącej do jej mieszkania.

– Przepraszam – powtarza. – Naprawdę planowałam przygotować ci smaczną kolację przed Zgromadzeniem.

– Wiem. – Wsuwam rękę do kieszeni, zamykam ją wokół fiolki i ustawiam się tak, aby ojciec i Lucan nie widzieli, co robię. Drugą ręką chwytam ją za nadgarstek, umieszczam fiolkę w jej dłoni i zamykam wokół niej palce mamy. Jej oczy się rozszerzają, a usta lekko rozchylają. Sam widok fiolki sprawia, że po plecach przebiega mi dreszcz, gdy przypominam sobie uczucie kotłujących się dokoła mnie Eterowego Cienia i Eterowego Światła. – Nie można całkiem spisać tej nocy na straty. Zdobyłam to dla ciebie.

Mama spogląda na ojca i Lucana, po czym szybko chowa fiolkę do kieszeni.

– Isola…

– Wiem, że to dlatego pobiegłaś do smoka. Cóż, między innymi. – Uśmiecham się słabo. – Słuchaj, dla mnie może być już za późno, ale proszę, dokończ swoje badania, mamo. Spróbuj dowiedzieć się, czym naprawdę jest ta klątwa i jak ją złamać.

– Za późno dla ciebie? – powtarza cicho, marszcząc brwi. Dotyka mojego policzka. – Co masz na myśli, kochanie?

– Mamo, ja… nie jestem już dzieckiem. – Gardło mi się ściska, ale nie z powodu magii w powietrzu. Nie z powodu plagi. – Większość ludzi nie potrzebuje nalewek, aby ich ciała prawidłowo funkcjonowały.

Jej dłoń spoczywa na kieszeni, w której znajduje się fiolka. Ale wiem, że w naszych głowach pojawia się myśl o innym szklanym naczyniu – małej fiolce wypełnionej tajemniczą cieczą, którą tylko ona może dla mnie przygotować. Lekarstwo na bóle, drżenie i poty. Coś, co wycisza nieco mój umysł i serce. Co pozwala mi przebywać w pobliżu pieczęci bez chęci zdarcia z siebie skóry.

– I zdaję sobie sprawę, że to, jak się czuję, nie wynika z tego, że jestem Odrodzoną Bohaterką. Gdyby tak było, już dawno byłabym w stanie czerpać Eterowe Światło bez pieczęci. – Wpatruję się w swoje palce u stóp i powstrzymuję łzy. Już wystarczająco długo nad tym płakałam i w niczym mi to nie pomogło. Podnoszę głowę i zmuszam się do uśmiechu, mimo że to ostatnia rzecz, na jaką mam ochotę. – A to oznacza, że jestem przeklęta. Prawda?

Cała jej twarz się marszczy. Zmarszczki pojawiają się wokół ust, między brwiami, dookoła oczu.

– Isola…

– W porządku – odpowiadam szybko, a chęć pocieszenia jej bierze górę nad moim własnym strachem. Chociaż obie wiemy, że jeśli jestem przeklęta, zginę. I to wkrótce. – Zorientowałam się już jakiś czas temu. Robisz nalewki, żeby złagodzić skutki uboczne. Może byłam tak podatna na klątwę, czymkolwiek ona jest, że pojawiła się wcześniej. A to, że moje oczy zmieniły kolor na złoty, ale źrenice nigdy nie stały się szparkami? Być może twoje nalewki naprawdę powstrzymały dalszą transformację. Lecz kiedy zostanę zamknięta w klasztorze na czas Trybunału, nie będę ich ze sobą miała. Więc prawdopodobnie wtedy się przemienię. Ale nadal chciałam dać ci dzisiaj to, co mogłam. Być może dla mnie jest już za późno na jakiekolwiek lekarstwo, które mogłabyś znaleźć. Jednak są pokolenia dzieci, które cię potrzebują, więc proszę, nie rezygnuj z badań. Ja… chciałabym móc pomóc bardziej, zrobić więcej dla ciebie i całego Vinguardu.

Bez ostrzeżenia przyciąga mnie do siebie i tuli, jakby to był ostatni raz. Jakby to było pożegnanie. Wpatruję się w pazur księżyca rozmazujący się pod wpływem łez, z którymi tak bardzo walczę.

– Zrobię dla ciebie kolejną nalewkę. Nie pozwolę, żeby cię zabili – szepcze, a jej słowa są tak pewne i ostre jak sztylet Miłosierdzia.

– Ale… – Klasztor jest zamknięty na trzy tygodnie podczas Trybunału i nie można udzielić pomocy osobom znajdującym się w środku – nie mam szansy tego powiedzieć.

– Nie trać wiary, Isola.

– Cytujesz Credo, no proszę – żartuję słabo.

– Nie w nich. W siebie. Jesteś o wiele silniejsza, niż ci się wydaje. Ale oni zrobią ci tam różne rzeczy… straszne rzeczy, niewybaczalne, i powiedzą ci, że to normalne. Nie pozwól im wygrać.

– Isola. – Surowy ton wielebnego jest jak topór, który nas rozdziela. Nienawidzę tego, że instynktownie odsuwam się na dźwięk jego głosu. Mama uśmiecha się smutno. Nie tylko ja walczyłam ze łzami, a to sprawia, że jest jeszcze gorzej.

– Isola – powtarza ojciec, znacznie łagodniejszym tonem. – Powinnaś odpocząć przed jutrem.

Wciąż patrzę na mamę. Kiwa lekko głową. Nie chcę nic mówić. Czuję, że jeśli tego nie zrobię, czas się zatrzyma. Jutro nigdy nie nadejdzie. Utknę tu na zawsze, ale będę żywa.

– Kocham cię bardziej niż Eter – szepczę w końcu pierwszą część naszego pożegnania.

– Kocham cię bardziej niż całyEter tego świata – kończy mama, po czym odchodzi w ciemne uliczki Vinguardu.

Dopiero gdy przechodzę przez plac, zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę nie odpowiedziała na moje pytanie – nie potwierdziła, czy jestem przeklęta. Oczekiwanie, że to zrobi, byłoby prawdopodobnie zbyt okrutne. Jaka matka mogłaby bez wahania przyznać dziecku, że zamieni się w potwora, że umrze?

– … i czy będzie na jutro gotowe? – Wyłapuję, że wielebny pyta o coś ojca, gdy się zbliżam. Lucan stoi w pewnej odległości. Przypuszczam, że tak mu kazano.

– Będzie – odpowiada ojciec.

Milkną, gdy podchodzę. To oczywiste, że rozmawiają o Trybunale, więc nie zadaję żadnych pytań. I tak mi nie powiedzą. Wiem tylko, że cokolwiek zrobił mój ojciec, nie będzie to dobre dla żadnego z kandydatów, których zaraz zamkną na trzy tygodnie w klasztorze.

Ojciec jest jak zawsze opanowany, gdy idziemy do domu. Na szczęście wielebny i Lucan odchodzą w swoją stronę. Przynajmniej dzięki Trybunałowi unikam bury.

Po przekroczeniu progu naszego domu szepczę cicho „Dobranoc” do ojca. Wszyscy inni już śpią. Ale wiem, że chociaż powinnam odpocząć, nie zasnę.

Gdy tylko wzejdzie słońce, nadejdzie dzień Zgromadzenia i rozpocznie się Trybunał.

7

Istnieje specjalny mundur na Trybunał. To proste ciemnoszare wełniane spodnie, solidne i nadające się do wszystkiego. Luźna biała koszula z miękkiej tkaniny z pokrzywy z długimi rękawami, które podwijam do łokci. Kołnierzyk jest obszerny. Na wierzch zakładam skórzaną kamizelkę z cudownie wysokim kołnierzem. Nie będę musiała pokazywać górnej części blizny.

Podziwiam swój wygląd. Nowe ubrania w Vinguardzie są zazwyczaj zarezerwowane na urodziny lub inne ważne wydarzenia życiowe. Zasoby są tu ograniczone i nie jesteśmy rozrzutni. Jako Odrodzona Bohaterka mam to szczęście, że mogę pozwolić sobie na więcej ubrań niż większość ludzi, ale ten strój różni się od tych, w które ubiera mnie wielebny. Choć Trybunał jest nadzorowany przez Credo, a tym samym przez wielebnego Dariusa, ubrania nie zostały zaprojektowane tak, aby mnie wyróżniać, więc wiem, że nie są one wyborem wielebnego. Czuję, że są moje… nawet jeśli są tylko mundurkiem.

Jeśli mam umrzeć, to przynajmniej nie będę ubrana jak jego lalka – myślę z goryczą. Wolałabym już iść nago. Tak byłoby o wiele lepiej.

Myślę o Lucanie przemoczonym do suchej nitki w swojej ciężkiej szacie kapłańskiej. On też będzie miał kilka tygodni odpoczynku od nakazów wielebnego. Jakby robiło mu to jakąś różnicę. Karcę się za to, że w ogóle pozwoliłam, by pojawił się w moich myślach. Jestem pewna, że Lucan uwielbia nosić mundur Creda, biorąc pod uwagę, jak bardzo lubi sprawować władzę jako przedstawiciel wielebnego.

Ktoś puka do drzwi.

– Isola? – To Marie, moja macocha. Cieszę się, że to nie ojciec. Nadal nie mam pojęcia, co mu powiedzieć po ostatniej nocy.

– Proszę.

Otwiera drzwi, ale nie wchodzi. Marie jest częścią mojego życia dopiero od trzech lat i w związku z tym jest przesadnie ostrożna, jeśli chodzi o moje granice. Z tego powodu lubię ją jeszcze bardziej, a już od początku była całkiem sympatyczna.

– Dobrze wyglądasz. – Zmusza się do uśmiechu. Poznaję to po tym, że w kącikach jej oczu nie pojawiają się zmarszczki. Martwi się o mnie.

– Wyglądam jak inni kandydaci. – Tak sądzę. Nigdy nie widziałam otwarcia Trybunału. Tylko pełnoprawni obywatele Vinguardu mogą być świadkami Dnia Zgromadzenia.

– Czy to takie złe? – To pytanie ma wiele znaczeń. Marie może nie widzi mnie całej, ale widzi wystarczająco wiele. Tak naprawdę pyta: Czy nie próbowałaś wtopić się w otoczenie każdego dnia od czasu ataku?

– Tak po prostu jest. – Wzruszam ramionami i unikam dalszych wyjaśnień. Gdybym powiedziała coś więcej, mogłabym otrzeć się o zdradę, a chociaż nie nazwałabym jej fanatyczką, jest wierna zasadom Creda.

– Chcesz, żebym upięła ci włosy?

– Planowałam zostawić je rozpuszczone. – Wielebny woli, gdy moje dzikie, kruczoczarne loki są ujarzmione, więc rozpuszczam je, gdy tylko mam okazję. Poza tym… kojarzą mi się z mamą.

– Wiesz, że najbardziej lubię cię w rozpuszczonych. – Uśmiech Marie jest teraz bardziej szczery. – I daje nam to trochę więcej czasu na śniadanie.

Idę za nią, ale zatrzymuję się w progu. Po raz ostatni omiatam spojrzeniem swój pokój – to, jak drobinki kurzu unoszą się w promieniach słońca. Zapach chłodnego kamienia. Ciężką skórzaną narzutę na moim łóżku, którą dostałam na urodziny od ojca dwa lata temu. Może Saipha będzie mogła jej używać, kiedy mnie już nie będzie… Chciałabym poprosić Marie, żeby jej ją dała, ale musiałabym się wtedy przyznać do swojego przekonania, że jestem przeklęta. Równie dobrze mogłabym powiedzieć: Zabij mnie teraz. Okaż Miłosierdzie.

Gardło ściska mi się od wszystkich wspomnień. Wzdycham ciężko i żegnam się z moim domem.

– Dzień dobry! – woła Callon, syn Marie, gdy wchodzimy do ciasnej kuchni. Jego loki mają cieplejszy odcień brązu niż włosy Marie, choć jej zaczęły już siwieć i kontrastują z ciemnobrązową skórą, mimo że nie jest jeszcze w średnim wieku. – Tosty i pieczarki. Coś pożywnego, zanim będziecie zmuszeni żywić się papką przez następne trzy tygodnie.

Unoszę brwi ze zdziwienia, a Marie karci go:

– Żadnych szczegółów.

Obywatele Vinguardu są zobowiązani do zachowania w tajemnicy tego, co przeszli podczas Trybunału. Rzekomo ma to na celu zapobieganie ukrywaniu klątwy poprzez uzyskanie przewagi w testach, ale myślę, że Credo po prostu uwielbia utrzymywać ludzi w niewiedzy i bezsilności.

– Powiedzenie, że jedzenie jest okropne, nie jest wskazówką, która mogłaby dać jej przewagę. – Przewraca oczami.

Kiedy siadam, nakłada mi porcję dla dwóch osób. Mój przyrodni brat od trzech lat uczy się u jednego z najlepszych kamieniarzy w mieście. Ale przysięgam, że powinien być kucharzem.

Zmuszam się do jedzenia, chociaż z nerwów wszystko smakuje mdło.

– Trybunał nie jest taki zły – dodaje Callon uspokajająco, gdy jemy śniadanie. – Cała otoczka jest bardzo onieśmielająca, ale rzadko zdarza się, by ktoś faktycznie był przeklęty przez smoka. Testy będą dla ciebie wyzwaniem, ale są też okazją do zaprezentowania się przed gildiami i znalezienia dobrych mentorów, więc postaraj się dobrze bawić.

– Callon – ponownie upomina go Marie.

– Mamo, mówienie jej, że wszystko będzie dobrze, to żadne oszustwo. Wszystko inne już wie.

Marie wzdycha i poprawia kosmyki włosów, które wypadły jej z upięcia. Jest osobą, która przestrzega litery prawa i między innymi dlatego mój ojciec się w niej zakochał. Też jest takim służbistą.

O wilku mowa… Ojciec wchodzi do kuchni. Rzuca mi szybkie spojrzenie i oznajmia zwyczajnie:

– Czas iść.

– Teraz? – Wkładam do ust kolejny kawałek tosta skropionego oliwą. Callon wyciągnął dziś rano sól w płatkach, bez wątpienia z myślą o mnie, i każdy kęs chrupie przyjemnie jak cienkie płatki szronu, więc zjadam wszystko.

– Nawet nie tknąłeś śniadania – zauważa Callon z przygnębieniem.

– Będą inne poranki. Dzisiaj jest wyjątkowy dzień i nie możemy się spóźnić. – Wyprowadza mnie z kuchni, zanim zdążę się sprzeciwić lub wymyślić jakąś wymówkę, żeby to opóźnić. Instynkt podpowiada mi, bym przed wyjściem z domu zabrała swoją torbę. Ale dzisiaj to niemożliwe. Mogę wziąć ze sobą tylko ubrania, które mam na sobie.

– Spotkamy się na miejscu – mówi Marie. Ojciec spogląda na nią z wdzięcznością i prowadzi mnie do jednego z okropnych powozów Creda. Są przesadnie ozdobne i zupełnie niepotrzebne w Vinguardzie. Bardzo niewiele dróg jest nadal wystarczająco szerokich, aby mogły się po nich poruszać, przestrzeń została przeznaczona na cele mieszkaniowe, więc znacznie szybciej jest chodzić wszędzie pieszo. To kolejna rzecz, która krzyczy: Zobacz, jak bardzo się wyróżniam! Nienawidzę tego.

– Denerwujesz się? – pyta ojciec, gdy już siedzimy w dusznym, aksamitnym wnętrzu.

– Szczerze mówiąc, trochę. – Wiercę się na swoim miejscu. To ten sam powóz, którym jeżdżę na treningi do wielebnego, ale dzisiaj czuję się, jakbym siedziała na szpilkach.

Błyska Eterowe Światło i koła zaczynają się obracać. Powóz rusza. Co za marnotrawstwo mocy, która zapewnia bezpieczeństwo Vinguardowi.

– Będziesz wyjątkowa – mówi ojciec z dumą. – Jesteś Odrodzoną Bohaterką. To początek twojego prawdziwego przeznaczenia. Ostatnia noc była znakiem.

– A co, jeśli… – Nie mam szansy dokończyć zdania. Ojciec powstrzymuje mnie, podnosząc rękę. Wie, co zamierzam powiedzieć, zanim skończę. A co, jeśli nie jestem wybawczynią, za którą wszyscy mnie uważacie?

– Już to omawialiśmy. – Ojciec kręci głową. – Zawsze jesteś gotowa zapytać, co jeśli nią nie jesteś. Ale co, jeśli jesteś Odrodzoną Bohaterką, Isola? Czy nie jest lepiej wierzyć, że to może być prawda, zamiast z tym walczyć?

Byłoby ci to bardzo na rękę, co? – mam na końcu języka, ale powstrzymuję się i zamiast tego pytam:

– Nie uważasz, że to wygodne, że ludzie zaczęli tracić wiarę w Credo, a potem nagle pojawia się ich legendarny wojownik?

– Twoje oczy – mówi, chcąc uciszyć mnie jedynie tym faktem. Jego jedno złote oko błyszczy, ale skupiam się na drugim. Przed atakiem miałam takie same oczy jak jego drugie brązowe oko.

– Po ataku byłam sama. – Słowa są gorzkie i ostre. – Z nimi. Nieprzytomna. Wielebny mógł sam zmienić kolor moich oczu i nikomu o tym nie powiedzieć. – Credo, a konkretnie wielebny, nadzoruje złocenia.

Ojciec odchyla się, wyraźnie zszokowany, że w ogóle to sugeruję.

– Przyznanie połączenia ze Źródłem poprzez złocenie jest czymś, co ma miejsce dopiero po Trybunale, kiedy nie ma już żadnych wątpliwości co do klątwy.

– Wielebny Darius ustala własne zasady.

– Złocenie sprawia, że tylko jedno oko staje się złote.

– Wielebny ukrywa mnóstwo informacji. – To, co sama widziałam, to zaledwie wierzchołek góry lodowej. – Kto wie, co jeszcze potrafi?

– Kiedy stałaś się tak zgorzkniała? – Ojciec marszczy brwi. – Czy twoja matka…

Nie chcę tego słuchać. Nienawidzę, kiedy ojciec zachowuje się, jakby wielebny był wspaniały, podczas gdy ten człowiek tylko mnie wykorzystuje.

– Jeśli jestem zgorzkniała, to może dlatego, że to ty przekonałeś radę, żeby mnie od niej odseparować, kiedy miałam zaledwie dwanaście lat. – Po ich rozwodzie nie mogłam nawet widywać się z nią, kiedy tylko chciałam, aż do tego roku, kiedy skończyłam osiemnaście lat. Teraz przyciskam kurtkę do piersi. Chwytając się resztek tępego bólu, łagodzonego jedynie przez jej nalewki. Nalewki, których nie dostałam.

Smoki i szatani, mam nadzieję, że uda jej się przemycić coś na Zgromadzenie. W przeciwnym razie nie wiem, jak przetrwam następne trzy tygodnie.

Oczy ojca stają się zimne i nieobecne. Większość ludzi nie byłaby w stanie odróżnić tego od jego zwyczajowego stoickiego wyrazu twarzy. Ale ja potrafię.

– Twoja matka, niech Bohater jej błogosławi, stanowi zagrożenie dla samej siebie. Wiem, że nie chcesz mi wierzyć, kiedy to mówię…

– Więc nic nie mów – przerywam mu. Nasze spojrzenia się spotykają i wypuszczam powietrze. – Po prostu… nic nie mów.

Choć raz odpuszcza. Zapada cisza, ciężka, ale krucha jak ołowiowe szkło, które pokrywa stare okna Wielkiej Kaplicy Miłosierdzia. Strzaskanie jej wydaje się równie niebezpieczne. Jedynie skrzypienie powozu ośmiela się ją przerwać, drewno jęczy jak kości pod obciążeniem, jakby nawet koła czuły, dokąd mnie wiozą. Moja blizna swędzi, ostro i gwałtownie, jak fantomowe przypomnienie o szponach i ogniu.

Z każdym obrotem kół swędzenie przybiera na sile, jakby chciało dać mi do zrozumienia, że coraz bardziej zbliżam się do śmierci.

8

Patrzę na miasto przez małe okno powozu. W oddali dostrzegam Wieżę Miłosierdzia – siedzibę Rycerzy Miłosierdzia. Jest to najwyższa budowla, wyższa nawet od wież wznoszących się nad murami. Niczym miecz wystający ze skorupy ziemi, którego ostrze przebija niebo. Każde okno służy jako punkt obserwacyjny. Armaty wystają ze świeżo wybudowanych wieżyczek, nieco jaśniejszych od znacznie starszego, ciemnoszarego kamienia, nadając całości kolczasty wygląd.

U jej podnóża znajduje się budynek otwierany tylko raz w roku dla osób niebędących kapłanami: klasztor.

Powóz zatrzymuje się, a otaczająca nas podczas jazdy mgła Eterowego Światła ulega rozproszeniu. Tłum już się zgromadził. Trybunał jest rytuałem przejścia – źródłem dumy i obaw. Chociaż coś mi mówi, że całe to zamieszanie nie wynika wyłącznie z ponownego otwarcia klasztoru.

Moje obawy potwierdzają się w momencie, gdy wysiadam z powozu. Wielebny Darius już czeka. Jego wilgotne palce zaciskają się jak imadło wokół moich, gdy „pomaga” mi wysiąść. Słychać szepty, a nawet oklaski, gdy wszyscy kierują na mnie swoje spojrzenia, a pojedyncze złote oczy błyszczą jak lśniące morze wśród naturalnych kolorów. Wielebny podnosi moją rękę, jakby samo moje istnienie było wielkim triumfem.

Kolejne oklaski.

Nie znoszę tego. Nigdy nie sądziłam, że będę wyczekiwać rozpoczęcia Trybunału. Uśmiecham się lekko. Obowiązek, przypominam sobie i prostuję się nieco, to twój obowiązek.

Przynajmniej dopóki smok w twoim wnętrzu nie dojdzie do głosu.

Następnie pojawia się mój ojciec i eskortują mnie wraz z wielebnym na koniec kolejki kandydatów mających przystąpić do Trybunału. Wygląda na to, że tym razem jest nas około trzydziestki. W mieście nękanym przez smoki i plagę nie ma wielu dzieci. Całe szczęście, że nie zrobili z tego szopki i nie zaprowadzili mnie na początek kolejki.

– Powodzenia. – Wielebny puszcza moją rękę, aby ojciec mógł mnie po raz ostatni mocno uściskać. Za nim stoją Marie i Callon. Nie zauważyłam, kiedy się pojawili. Musieli wyjść krótko po nas i wybrać pieszą, bardziej bezpośrednią trasę. Wielebny dodaje jeszcze: – Nie żebyś go potrzebowała.

– Dziękuję – mamroczę, gdy ojciec mnie puszcza, i próbuję uśmiechnąć się dzielnie. Taki wyraz twarzy nie do końca mi pasuje.

– Szkoda, że nie mogłam ci dać czegoś cieplejszego. – Marie ściska moje dłonie. Odpowiadam jej lekkim, ale pełnym wdzięczności uśmiechem. – Zanim się obejrzymy, zacznie się zima.

Wątpię, żeby dostarczyli nam coś cieplejszego. Na szczęście Trybunał prawie zawsze kończy się przed pierwszym śniegiem.

– Nic jej nie będzie. – Callon robi krok do przodu, wyciąga ramiona i przytula mnie tak mocno, że powietrze ulatuje ze mnie ze świstem. To nie w jego stylu, ale rozumiem, dlaczego to robi, gdy szepcze mi do ucha: – Czerwone schody, czarny smok… – urywa, lekko odwracając głowę. Kobieta, której nie rozpoznaję, mija nas w drodze do innego kandydata. Mój przyrodni brat czeka, aż odejdą, i dopiero wtedy dokańcza: – …jedzenie za tarczą. Bezpieczna kryjówka znajduje się za stojakiem na kusze. Okno warsztatu na czwartym piętrze też jest dobrym miejscem na kryjówkę. Parapet jest większy, niż myślisz. – Jego słowa są tak pospieszne, że prawie się ze sobą zlewają. Kiedy Callon się odsuwa, uśmiecha się szeroko, jakby nic nie powiedział.

Jestem oszołomiona. Zaryzykował, mówiąc mi coś o Trybunale. Minęło wiele lat, odkąd przez niego przeszedł, i mogło się zmienić wszystko… Jednak ten gest rozgrzewa moje serce, dając mi trochę otuchy, że jeśli nie jestem przeklęta, to może wszystko będzie dobrze. To mało prawdopodobne, ale nie byłabym Vinguardką, gdyby brakowało mi nadziei.

Uśmiecham się, jak gdyby nigdy nic, i mówię:

– Też będę za tobą tęsknić.

Kiwa głową ze zrozumieniem.

Odwracam się, oczekując, że zobaczę mamę. Ale miejsce obok Callona jest puste. Rozglądam się za nią. Nie mogła nie przyjść… Nie przegapiłaby tego. Nie po tym, co wydarzyło się wczoraj wieczorem. Ściska mi się gardło. Powiedziała, że dostarczy mi nalewkę. Byłam pewna, że przyjdzie. Zostanę zamknięta na trzy tygodnie. To nasza ostatnia szansa.

Kiedy jej szukam, moja uwaga skupia się na wielebnym. Nadal krąży w pobliżu. Jego złote oko świeci jak Źródło głęboko pod Górnym Miastem. Na jego twarzy maluje się oczekiwanie i zostaję odciągnięta od rodziny, choć nawet nie rusza palcem. Po raz kolejny odgrywam swoją rolę. Powstrzymuję się od drgnięcia, kiedy ujmuje moje policzki. Przełykam mdłości, które pojawiają się za każdym razem, gdy mnie dotyka.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Meritum publikacji