Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
16 osób interesuje się tą książką
Sprawiedliwość nosi jej imię. I ma krew na rękach.
Deszczowy, lipcowy poranek. Czterdziestoparoletni mężczyzna porywa młodą kobietę, która mimo niepogody postanowiła wyjść z domu i pobiegać. Nieco później jego zwłoki zostają znalezione na portowym maszcie w Snekkersten, kilkadziesiąt kilometrów od Kopenhagi.
Śledztwo, które prowadzi wypalona zawodowo inspektor Gitte Haralsen, wiedzie do makabrycznego odkrycia – w ciele ofiary zaszyto żuchwę kobiety. Szybko wychodzi na jaw, że mordu dokonano w akcie zemsty, nikt nie domyśla się jednak, że to dopiero początek koszmaru.
Zabójczyni zwana Mścicielką zaczyna swoją wendetę i nie zamierza przestać. By ją powstrzymać, Jakob Plummer, młody prokurator i członek zespołu śledczego, planuje zastawić pułapkę. Nie spodziewa się, że tym samym zostanie wciągnięty w niebezpieczną grę, w trakcie której zacznie wątpić, kto tak naprawdę stoi po stronie sprawiedliwości…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 355
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Karolina Agata Socha
Kim jesteś, Skylar?
18 lipca – Hillerød
Pogoda tego lata nie oszczędzała. Wybitnie deszczowy lipiec mógł zawadzać szczególnie turystom odwiedzającym największą wyspę w kraju. Miejscowym taka sytuacja zdawała się jednak zupełnie nie przeszkadzać. Ludzie spokojnie sunęli, dzień po dniu, w swoich kolorowych lub zupełnie smętnych pelerynach w sobie tylko znanych kierunkach. Natężenie ruchu rowerowego było, jak dla niej, takie samo jak w ciepły, słoneczny dzień – ludzie w tym kraju do tego przywykli.
Dwudziestodwulatka wyjrzała przez okno, wpatrując się w renesansowo-manierystyczny zamek leżący nad zachodnim brzegiem jeziora Slotssøen. Mogłaby pokusić się o stwierdzenie, że docenia doskonałość formalną i techniczną tej budowli, nie była jednak tym widokiem szczególnie wzruszona, a to dlatego, że niewiele rzeczy ją rozczulało. Niemniej jednak myśl, że zaraz odda się długiemu biegowi w okolice lasu Store Dyrehave w deszczu wyzwalał w niej podniecenie.
Kilkumiesięczny pobyt w Danii nie czynił z niej „stałej bywalczyni”, ale nie czuła się tu też całkiem obca. Szybko poznała okolicę i odnalazła się na tyle, na ile musiała. Wiedziała, że sześciokilometrowy bieg zajmie jej mniej niż pół godziny, ale tym razem nigdzie się nie spieszyła. Chciała nacieszyć się trasą, nawet jeśli oznaczało to przemoczenie do suchej nitki.
Ostatni raz podeszła do swojego komputera i przyjrzała się z uwagą temu, co widniało na ekranie. Wyprostowała się szybko, uruchamiając stoper na swoim zegarku. Ruszyła pewnym krokiem w kierunku drzwi i opuściła mieszkanie na trzecim piętrze, zamykając jeden z zamków. Kilkudniowe opady i brak słońca nawet w lipcowe popołudnie głaskały twarz lekkim chłodem. Dla niej był to jednak przyjemny, jeden z ulubionych dotyków. Ten wieczorny trening nie był pierwszym tego dnia. Zawsze o poranku wykonywała szereg ćwiczeń. Uwielbiała zmęczenie po nich – uczucie, że ciało pracuje, jak należy. Ćwiczyła regularnie, ale nie dlatego, że miała jakiś szczególny cel. Po prostu tak czuła się najlepiej. Ruszyła więc z centrum miasta w kierunku lasu na południowym wschodzie Hillerød.
Postanowiła biec w interwale – szybki minutowy bieg i dwie minuty marszu, a potem kilka intensywnych przysiadów w lesie, by dotrzeć do celu. Czarne legginsy opinały jej wyrzeźbione pośladki, a krótki top odsłaniał umięśniony brzuch. Nie potrzebowała żadnej bluzy, a jedynie czapkę. Chroniła ją od kapiącego deszczu, choć nie po to ją założyła. Wiedziała bowiem, że jej związane w kucyk blond włosy wystające z tyłu bejsbolówki dodają jej więcej seksapilu. Dziś bowiem wyjątkowo jej na tym zależało.
Tak jak planowała, dotarła do celu niemal cała mokra od deszczu i zapewne również potu. Na miejscu nie była jednak sama. Mogłoby to stanowić zaskoczenie, bo deszczowa aura nie sprzyjała biegaczom. Około czterdziestopięcioletni mężczyzna rozciągał mięśnie na jednej z drewnianych ławeczek okalających leśne palenisko. Był kilka metrów od ścieżki.
– Hej! – krzyknął, unosząc lewą rękę w górę. Obcy mężczyzna przywitał ją z uśmiechem.
– Hej – odpowiedziała kobieta. Zaskoczyło ją, że ktoś inny ćwiczy w takim deszczu.
Przez chwilę pomyślała, żeby poszukać spokojniejszego miejsca, ale wzruszyła ramionami – w końcu to tylko rozciąganie.
– Śmiało – odparł, odgadując z jej postawy, że właśnie tutaj zmierzała poćwiczyć.
– Dzięki.
Bez żadnego namysłu zaczęła standardowe ćwiczenia.
– Widzę, że nie jesteś nowicjuszką – zagaił.
– Nie jestem – odparła pewna siebie.
Nie mógł przestać patrzeć na wygibasy młodszej, seksownej dziewczyny. Opinające pupę legginsy nie zostawiały wiele wyobraźni, którą i tak miał wybitnie rozbujałą. Liczył, że dziewczyna szybko nie przestanie, bo chciał dłużej oglądać ten spektakl. Była w jego typie – wysportowana, smukła, gibka blondynka o delikatnej urodzie. Do tego młoda.
Mężczyzna również wyglądał na takiego, który wzbudza zainteresowanie kobiet. Dosyć wysoki, szczupły i wysportowany blondyn z dobrze zarysowaną szczęką. Lekkie wgniecenia biegnące po obu stronach twarzy tuż przy uszach zdradzały, że na co dzień nosi okulary. Bardzo delikatne dłonie, których zadbane paznokcie rzucały się w oczy, kazały przypuszczać, że zapewne pracuje przed komputerem – może gdzieś w biurze.
– Długo ćwiczysz?
– Mam wrażenie, że od dziecka – odpowiedziała dziewczyna, posyłając mu delikatne spojrzenie.
– Widzę, że pogoda nam obojgu nie przeszkadza.
– Bieganie w deszczu sprawia mi największą przyjemność.
Zaśmiał się, zmieniając trzymaną na ławce nogę na drugą.
– Tylko te pustki. Mało osób na trasie.
– Samotność w bieganiu mi nie przeszkadza.
– Kurczę, fajnie. Tylko trochę niebezpiecznie – dodał zaczepnie mężczyzna. – Chłopak się o ciebie nie martwi, jak tak sama biegasz?
– Nie mam chłopaka. – Uśmiechnęła się lekko, choć poczuła, że pytanie było zbyt osobiste. – Ale naprawdę, nic mi się tu nie stanie, więc czego miałabym się bać?
– Gdybyś była moją córką, powiedziałbym, że obcych – zaśmiał się.
– Mam nadzieję, że ciebie nie muszę się bać. – Wiedziała doskonale, że rozmowę można nazwać flirtem.
– Absolutnie. – Machnął przecząco rękoma. – Masz ciekawy akcent. Nie jesteś tutejsza, prawda?
– No nie jestem – przyznała.
– To skąd przyjechałaś, jeśli mogę wiedzieć? – Zorientował się, że może za wcześnie zadaje takie pytania. – Przepraszam za wścibskość. Wybacz.
– Nic się nie stało. Przyjechałam z Czech.
– I długo jesteś w Danii?
– Jakieś osiemnaście miesięcy.
– Osiemnaście miesięcy? I tak dobrze mówisz po duńsku…
– Szybko się uczę – dodała zalotnie.
– Jestem Niels – odparł, po czym ruszył w jej kierunku z wysuniętą do przywitania dłonią.
– Maria – odparła kobieta, oddając uścisk. Spływał po nich deszcz, ale mimo tego dostrzegła piegi na jasnej twarzy i dłoniach mężczyzny. – Miło mi. Niestety, kiedy pada – zwolniła uścisk, by rozmasować zapewne marznące ręce – muszę być w ruchu.
– Pewnie, jasne. A biegniesz może na południe?
– No tak.
– To tak jak ja. Mogę dołączyć? Kilkaset metrów stąd zaparkowałem, a na dziś mam już dość.
– Pewnie.
Przebiegli kawałek, ciesząc się zdawkową rozmową, aż dotarli do stojącego na uboczu lasku terenowego samochodu.
– To mój. – Niels skinął głową w kierunku auta, zwalniając bieg do chodu.
Maria również zaczęła iść.
– Słuchaj, może tak głupio, ale wymienimy się telefonami? Może miałabyś kiedyś ochotę pobiegać razem…
– No pewnie – odparła luźno.
– Wezmę z auta telefon i podam ci mój numer.
– Okej.
Otworzył tylne drzwi samochodu i zaczął majstrować przy leżącym na tylnym siedzeniu plecaku.
– Niezdara ze mnie. Nie mogę go zlokalizować – odezwał się głośniej z głową we wnętrzu pojazdu.
Kobieta podeszła bliżej.
– Może ci pomogę? – Zaśmiała się dziewczęco.
– Mam. Mam. – Odwrócił się ku Marii, która, jak miał nadzieję, stała tuż za nim. Na tyle blisko, by mógł użyć trzymanego w ręce gazu łzawiącego i prysnąć jej prosto w oczy.
Dziewczyna krzyknęła, łapiąc się za twarz. Tym się jednak nie przejmował. Byli daleko od zabudowań, a na trasie biegowej nie było nikogo oprócz ich obojga. Niels wiedział, że pod wpływem piekącego środka dziewczyna przyklęknie. Wówczas mógł spokojnie zastawić dłonią jej usta, by stłumić krzyk i lekko unieruchomić głowę, bo drugą ręką podał jej zastrzyk z bromku pankuroniowego. Gdy środek zadziałał, dziewczyna osunęła się bezwładnie obok kucającego mężczyzny, ale nie straciła świadomości.
– Dokładnie tak, ślicznotko – wyszeptał zadowolony z siebie blondyn.
Uniósł jej ciało delikatnie, dociskając nos do jej mokrych od deszczu włosów. Wciągnął głęboko podniecający go zapach.
– Ale nie teraz. Jeszcze nie teraz – dodał.
Wiedział, że dopiero w piwnicy wykopanej pod szopą opodal jego domku letniskowego będzie mógł rozkoszować się tym, co uwielbiał najbardziej – strachem. Kiedy tylko dziewczyna się ocknie, zacznie się szarpać. Metalowe sprzączki przy lince zawiniętej wokół nadgarstków zaczną ją ranić. Zacznie wrzeszczeć jeszcze mocniej, wierzgać nogami, pocić się i wyzywać. Potem przyjdzie chwila wytchnienia i namysłu – wtedy zmieni taktykę i zacznie go błagać o litość. I to właśnie uwielbiał – wówczas do Marii dotrze, że tylko od niego zależy jej życie. Taką władzę wręcz kochał. Jednak aby mógł się z tego cieszyć, musiał ją tam jak najszybciej przewieźć.
Wstał z dłońmi wsuniętymi pod pachy dziewczyny i przeciągnął ją w stronę bagażnika, a następnie położył na ziemi, by móc go otworzyć. W jego wnętrzu dostrzegł zagięcie na foli, którą rozłożył jeszcze dziś rano. Rozzłoszczony, poprawił widoczną niedoskonałość. Był pedantem, dlatego nawet najdrobniejszy bałagan doprowadzał go do szału. Nie wybuchał jednak krzykiem czy niekontrolowaną agresją. Ten szał toczył się w środku, a upust miał miejsce dopiero w piwnicy opodal jego domku letniskowego. Tam wszystkie jego skrywane emocje miały ujście. Tylko w taki sposób mógł funkcjonować. To dzięki takiemu stylowi życia – jak go sam określał – mógł być tak dobrym wykładowcą, świetnym kumplem, dobrym mężem i… ojcem.
W domu nie narzekał na nieporządek, ale po cichu sprzątał i ustawiał rzeczy na swoim miejscu. Żony nigdy nie krytykował za zbędne kilogramy czy niechlujny strój – czego sam w niej nienawidził. Kolegom i znajomym nigdy nie mówił w twarz rzeczy, których w nich nie znosił, ale za to zawsze się do nich uśmiechał – i raczej niewielu mogło się zorientować, że uśmiech nie jest szczery. Swoich studentów traktował z szacunkiem, choć wcale nie uważał, że im się należy. Szefowi zawsze umiejętnie się podlizywał, zapraszając na urocze domowe kolacyjki przy winie wraz z rodziną, którą zawsze traktował bardzo dobrze. Jednym słowem jego zachowanie mogło służyć za wzór.
Jednak na styl życia Nielsa składała się jeszcze ta druga część – poza uczelnią czy domem. Nie nauczył jej go ani ojciec sadysta, ani matka narkomanka, ani dziadek gwałciciel. Pochodził z bardzo dobrej rodziny, a w jego wychowaniu próżno było szukać krzyków, bicia czy poniżania. Rodzice go kochali, choć nie wiedzieli, czym jest asertywność. Gwałcicielem i mordercą nie stał się więc przez złe wychowanie. Niels twierdził jednak, że każdy człowiek ma swoją „piwnicę”. U niektórych jest krzykiem, u innych leżanką u specjalisty, szklanką z colą i wódką, a u niego domkiem letniskowym z dwoma pokoikami, których ściany obite są wygłuszającymi dźwięki materiałami.
W jednym z nich stoi łóżko, naprzeciw którego wisi telewizor podłączony do odtwarzacza CD. To tu Niels spełnia swoje wszelkie fantazje erotyczne z kobietami, którym wcześniej podaje środki zwiotczające mięśnie. Potem krępuje ich ręce i nogi na łóżku i czeka, aż odzyskają władzę w mięśniach, a następnie się z nimi bawi, oglądając przy tym najbardziej sprośne filmy pornograficzne. Potem zmienia pokój.
W drugim stoi metalowy stół. Tu Niels mści się na ciałach kobiet, wyrzucając z siebie całą zalegającą w nim złość, frustrację i agresję. I robi to tak długo, aż poczuje ulgę i ciszę w głowie na tyle kojącą, by mógł wrócić do swojego życia. Pierwszą ofiarę poćwiartował i porzucił na morzu w zatoce Hesselø. Wiedział jednak, że w tym przypadku nie był ostrożny. Był to jednak błąd nowicjusza, który zdarzyło mu się powtórzyć ponad rok temu. Musiał zakopać zwłoki jednej z dziewczyn obok szopy.
Wtedy pierwszy raz poczuł, że nie może tak jak dotychczas pozbywać się zwłok ze względu na remont na uczelni. Tam właśnie funkcjonował wywóz odpadów medycznych. Dział mikrobiologiczny usuwał od groma płytek po posiewach i szczepy mikroorganizmów. Współpracował z wieloma miejscami, gdzie istniały podobne praktyki. Mężczyzna doskonale wiedział, że odpady, takie jak chorobotwórcze szczepy, utylizowane są w jeden sposób – poprzez spalanie. Nikt nie sprawdzałby odpadów, ryzykując zarażeniem się jakimś patogenem. Usuwanie ciała o masie pięćdziesięciu pięciu kilogramów zajmowało mu niespełna dwa miesiące. Żył w przekonaniu, że jego plan zbrodni jest doskonały do momentu wspomnianego remontu. Zwykle znajdował miejsca, gdzie mógł ukrywać fragmenty ciał, nie bojąc się, że ktoś je odkryje. Tym razem, nie wiedząc, jak długo potrwa ta niesprzyjająca sytuacja, a bojąc się trzymać zwłoki w zamrażarce, musiał je zakopać.
***
Samochód Nielsa mknął z maksymalną dopuszczalną prędkością do domku letniskowego w okolicach miasta Frederiksværk. To tam, pomiędzy jeziorem Arresø a plażą w zatoce Hesselø, dokonywał czynów pozwalających, w jego mniemaniu, na reset żądz i potrzeb. Między parkiem, w którym złowił swój dzisiejszy łup, a celem były dokładnie trzydzieści dwa kilometry i dziewięćset metrów, które musiał pokonać w maksymalnie trzydzieści pięć minut. Środek, który podał dziewczynie, przy jej masie ciała będzie działał maksymalnie do godziny. Miał dokładnie wykalkulowane, że wjedzie do garażu przy szopie, a po zamknięciu drzwi wyjmie kobietę i w maksymalnie pięć minut przeniesie do piwnicy.
Tam, na metalowym blacie stołu, obedrze ją z ubrań, umyje i założy jej przygotowany już wcześniej komplet seksownej bielizny. Potem zaniesie ją do drugiego pokoju, skrępuje nogi i ręce, przymocowując je do ram łóżka. Potem zostanie mu czekanie, które jest jednym z elementów tej podniecającej go układanki. Miał przygotowany też plan awaryjny. Jeśli wszystko się przeciągnie, a dziewczyna się ocknie i zacznie krzyczeć jeszcze podczas przejazdu, nie pozostanie mu nic innego, jak zabić ją w bagażniku, nie wychodząc zza kierownicy. Dlatego właśnie na tę okoliczność tył pojazdu był szczelnie oddzielony od kabiny. Wystarczyło uruchomić system, który wprowadzał do bagażnika spaliny z silnika. Jedno naciśnięcie i wszystko działało tak, jak zaplanował. Ofiara nie miałaby szans, ale on będzie musiałby w takiej sytuacji obejść się smakiem.
Jego SUV zatrzymał się przed garażem. Od wąskiej uliczki i budynków, które stały w sporej odległości od jego posesji, był odgrodzony murem oraz gęstymi krzakami i drzewkami. Mógł więc cieszyć się prywatnością i spokojem. W tej okolicy rzadko go ktokolwiek zaczepiał.
Po niecałych dwóch minutach, z lekkim uśmiechem na twarzy i olbrzymim podnieceniem, zamknął wcześniej otwartą bramę garażu od środka. Tylko kilka metrów dzieliło go od jego ulubionego miejsca. Obrócił się w kierunku bagażnika i wcisnął kciukiem przycisk odblokowujący jego klapę. Podniecenie w nim wzbierało, bo pragnął zobaczyć przestraszone oczy przytomnej, sparaliżowanej od barków w dół, dziewczyny.
I zobaczył je. Piękne duże zielone oczy ofiary wpatrujące się wprost w niego.
2 sierpnia – Snekkersten
W tym tygodniu, po obfitych, lipcowych deszczach i chłodnych dniach, w końcu przyszedł ciepły sierpień. Pogoda rozpieszczała, a miłośnicy słońca oblegali nadbrzeżne miejscowości, wynajmując hotele, odwiedzając własne apartamenty czy parkując kampery na nadmorskich kempingach. Dwadzieścia sześć stopni Celsjusza sprawiało radość.
Nadmorska trasa biegnąca z miasta Helsingør, przez Snekkersten, aż do samej Kopenhagi to jedno z urokliwszych miejsc na plażowanie – taka duńska riwiera, z charakterystycznymi elementami: pięknymi hotelami, czarującymi portami, ekskluzywnymi domami i apartamentowcami. Częstym widokiem byli ludzie przechodzący przez ulicę z domów czy hoteli – nawet bladym świtem, w klapkach i wełnianym białym szlafroku skrywającym strój kąpielowy i przewieszonym przez przedramię ręczniku – w stronę plaży tylko po to, by zamoczyć się na parę minut w chłodnej wodzie Bałtyku.
Jednak całe to piękno okalały wszechogarniające spokój i cisza. Nie widać było pędu charakterystycznego dla tak obleganych śródziemnomorskich kurortów. To miejsce było dalekie od gwarnych, pełnych turystów, pisku dzieci i dźwięków muzyki do późnych godzin nocnych miast. Tym gorszy był więc dzisiejszy poranek, który – inaczej niż zwykle – został przerwany wrzaskiem starszej kobiety spacerującej chodnikiem wzdłuż Strandvejen w stronę przystani Snekkersten.
Wrzask wzbudził niemałe zainteresowanie. Niektórzy wyszli, inni obserwowali ciąg zdarzeń z okien. Całe poranne przedstawienie trwało dobrych kilkadziesiąt minut, zanim zjawili się specjaliści kryminalni z samej Kopenhagi. Zdarzenie bowiem było bestialskie, szokujące i obrzydliwe zarazem.
– O kurwa – zaklęła pod nosem kobieta wysiadająca z nieoznakowanego policyjnego sedana na widok niecodziennej sytuacji.
W jej kierunku już zmierzali dwaj policjanci z miejscowego posterunku.
– Proszę nie podchodzić. To miejsce zbrodni – odparł jeden z nich. Przerwał jednak, kiedy tylko policjantka machnęła przed ich oczami blachą.
– Gitte Haralsen – rzuciła krótko.
Miejsce zbrodni było doskonale widoczne. Kiedy Gitte podjechała, policyjne radiowozy skutecznie blokowały dojazd do portu. Mimo to z ulicy i okien okolicznych domów można było dostrzec wiele szczegółów.
Lokalni policjanci nie wyglądali najlepiej. Jeden z nich był wręcz zielony na twarzy. Pewnie nieczęsto mieli okazję bywać na miejscu zbrodni.
– Jestem Martin – odezwał się jeden z nich. – A to Peter. Przepraszam, nie poznaliśmy. Czekaliśmy na ciebie.
Ruszyli w kierunku wiszącego na maszcie zmasakrowanego denata.
Gitte wiedziała, że nie mieli prawo jej poznać. Pierwszy raz musiała jechać do morderstwa w tej dotąd spokojnej okolicy. Tyle że kobieta i posturą nie przypominała funkcjonariuszki. Niegdyś wysportowana dziewczyna o nienagannej figurze, ładnej buzi, pięknych zielonych oczach, ciemnych, kręconych włosach i ciętym języku podobała się mężczyznom. Cięty język pozostał, ale przytyła kilka kilogramów i od paru miesięcy nie była w szczytowej formie. Trzydziestoośmiolatka niechlujnie upięła włosy w kucyk i nie zdecydowała się na makijaż. Założyła schodzone Jordany i wygodny czarny dres.
– Długo tak wisi?
– Jeszcze nie wiemy. Patolog przyjechał parę minut przed tobą. Trudno ocenić. Jest tak skatowany…
– Okej. A tak z innej beczki. Uczono was, że takie przypadki to nie przedstawienie? Widzicie tych wszystkich gapiów? Na maszcie łódki wisi martwy nagi facet, do tego cały zakrwawiony. Mewy nad nim latają i próbują go skubać, a wy nawet nie rozwiesiliście parawanu!
– No dzwoniliśmy, kolejni technicy powinni już tu być z odpowiednim sprzętem.
Gitte spojrzała gniewnie na Martina.
– Zaraz zadzwonię ich pośpieszyć – odparł wystraszony policjant.
– No raczej. Nie ma w tym mieście tylu psychoterapeutów dla tych wszystkich ludzi. Oni jeszcze nie wiedzą, że jak tylko opadnie adrenalina i dotrze do nich, co się stało, nie prześpią kilku najbliższych nocy…
Gitte ruszyła w stronę wisielca. Minęła budynek klubu żeglarskiego i szybko doszła do wniosku, że martwy mężczyzna wiszący na szczycie długiego masztu jest widoczny niemal z każdego miejsca wokół.
– Cześć – rzuciła do patologa stojącego na drabinie wspartej i zabezpieczonej na pokładzie.
On, jak i jego asystent, ubrani byli w ochronne białe stroje odsłaniające jedynie ich oczy, usta i nos.
– Jak długo nie żyje? – Spojrzała na pokład jednomasztowca. Na białych drewnianych obiciach była masa krwi. – Zarżnęli biedaka jak świnię – dodała, po czym zorientowała się, że mogła przesadzić z tym komentarzem.
Od dawna odzywała się bez namysłu. To dlatego chodziła na terapię. Od samobójczej śmierci męża stała się obojętna, więc przestała się przejmować tym, co myślą o niej ludzie. Zbyt często mówiła dokładnie to, co jej ślina na język przyniosła. Psycholog pracował już dobre dwa lata nad tym, by publicznie ważyła słowa. Próbował też odwieść ją od topienia smutku w alkoholu. Nie uważała się natomiast za usłuchaną uczennicę, choć rzadziej niż w zeszłym roku dogryzała. Mniej też piła, choć nie uważała, że ma z tym jakikolwiek problem.
– Trudno dokładnie ocenić. Ciało chłodne, plamy opadowe się utrwalają, stężenie dopiero się zaczyna, więc myślę, że od jakichś czterech, może sześciu godzin.
Powoli unosiła głowę ku górze, nie chcąc przegapić żadnego szczegółu. Obie nogi mężczyzny były przywiązane w połowie piszczeli grubym jutowym sznurem do grubego masztu, jakieś dwa i pół metra nad jego łączeniem z pokładem. Kolejny sznur obwiązany był na wysokości pępka, a zza niego widać było szew operacyjny zaczynający się tuż poniżej pępka i ciągnący niemal pod sam mostek.
– Jezus Maria. To rana pozabiegowa? – zapytała, patrząc na ofiarę.
– Tak.
Oczywiście nie umknął jej najważniejszy element – całkowicie zakrwawiona klatka piersiowa parę centymetrów nad szwem.
– Odczytałeś już ten napis?
– Górny napis to „Frederiksværk”. Na dole nie widać dokładnie słów, ale za nimi jest numer: pięćset siedem.
– Adres?
– Możliwe, ale nazwa ulicy jest nieczytelna. Musiałbym umyć, ale wtedy zatrę ślady. Zrobię to już na stole w prosektorium. Nie wiem nawet, jak się do tego zabrać.
– Przyczyna zgonu?
– Mimo złamań nogi i dłoni, rany pooperacyjnej, zmiażdżonego penisa i braku jąder o dziwo żył, kiedy był zawieszany. Na maszcie się wykrwawił.
– Denat jest wychudzony, a brzuch ma spuchnięty. Czy tak powinno być?
– Sądząc po kolorach na ciele w tej okolicy – wskazał miejsce dłonią w rękawiczce – doszło do krwawienia w jamie brzusznej. Tam może być duża ilość krwi. Ktoś się nad nim zemścił w najgorszy możliwy sposób. Dawno nie widziałem takiej masakry. Tylko po co się tak trudzili z zawieszaniem?
– Sądzisz, że to zorganizowana grupa?
– Tego nie wiem, ale czy ktoś by dał radę sam?
Gitte obróciła głowę w stronę ulicy. Przyglądało im się sporo osób. Pewnie w szczycie sezonu nie było tu tylu ludzi na raz.
– Możliwe. Ten ktoś lub… ci ludzie lubią przedstawienia i chcieli mieć widownię.
– Nie sądzisz, że msząc się, powinni byli po cichu zlikwidować zwłoki?
– Hmm. W zemście może tak. Gorzej, jak to seryjne morderstwo. Jeśli tak, to zagrzebiemy się w robocie przy kolejnych zwłokach…
Mężczyzna spojrzał na nią zrezygnowanym wzrokiem. Nawet jego odrzucał widok tak skatowanego denata.
– Sekcja trochę potrwa.
– Przyspiesz, ile się da, a ja zacznę od adresu. – Miała ochotę zadać pytanie, czy znaleźli przy nim dokumenty, jednak zdała sobie sprawę, że mężczyzna jest nagi.
– Mamy parawan – odparł jeden z policjantów, z którymi parę minut wcześniej rozmawiała.
Za nim szło kilku mężczyzn. Jeden z nich, wyraźnie przejęty, zwolnił. Zapewne taki widok był mu obcy. Upuścił trzymaną w ręce rolkę folii i się obrócił.
– Wytrzyma minutę – wyszeptała.
Mężczyzna zwymiotował.
– Nawet nie – dodała pod nosem.
Gitte musiała przyznać, że widok może szokować. Od dawna nie była tak wstrząśnięta, choć wydawało jej się, że już przywykła. Widziała śmierć w rożnych postaciach. Najgorszy był jednak widok jej męża wiszącego na klamce biura jego własnej firmy. Rak jąder – taką diagnozę usłyszał zaledwie pół roku wcześniej. Przerzuty nie rokowały, a chemia nie przynosiła nic więcej ponad ból. Nie wytrzymał. To ona go odnalazła. Zbyt długo nie wracał do domu, a telefon milczał. Najgorsza była jednak wiadomość, którą jej zostawił: „Przepraszam. Nie chciałem tego zrobić w domu”.
Nie byli przykładem małżeństwa stale wyrażającego sobie miłość. Znała go jednak, więc wiedziała, że ta wiadomość była swoistym wyznaniem miłosnym. Lubiła ich domek na obrzeżach Kopenhagi i gdyby to w nim targnął się na swoje życie, ona musiałaby się stamtąd wynieść. Była zła na cały świat za jego śmierć. Najpierw nowotwór zabrał jej ojca, potem doprowadził do samobójstwa męża. I choć oboje nie chcieli mieć dzieci, dziś czuła z tego powodu pustkę.
– Rozwieście ten materiał pomiędzy masztami łodzi dookoła.
– Chłopaki, słyszeliście! – krzyknął jeden z nich. – Ruchy, ruchy!
Gitte założyła rękawiczki i foliowe ochraniacze na obuwie, po czym wskoczyła na pokład łódki. Liczyła, że natrafi choćby na ślady butów, niczego jednak nie znalazła – poza krwią nie było tam niczego.
– Kiedy już ustalicie właściciela jachtu, dajcie znać. A ty, Chrystian – zwróciła się do patologa – odezwij się, jak odczytasz, co mu tam nabazgrolili na klacie. No i podeślij zdjęcia i raport z sekcji.
Gdy policjantka ruszyła w stronę własnego samochodu, jeden z policjantów rzucił:
– Ugryzło ją coś?
– Najwyraźniej taki ma styl.
– Nie cierpię takich ludzi…
– Zołza.
***
Chwilę później była już pod służbowym samochodem.
– Gitte!
– Oliver, Hans… – Wcale nie miała ochoty spotkać swojego partnera i ich szefa.
– Do cholery, miałaś czekać na Olivera.
Nie mogła patrzeć na twarz sporo młodszego policjanta. Była wściekła na Hansa za przydzielenie jej pieprzonej niani… Oliver nigdy się nie spieszył, a czasem miał tak zniewieściałe ruchy, że Gitte czuła się bardziej męska od niego.
– Guzdrał się.
Odkąd przydzielili jej tego nowicjusza, czuła się stale pilnowana.
– Nieprawda – wtrącił Oliver. – Nawet nie raczyłaś mnie poinformować, że ruszasz do Snekkersten.
– Bo nie było cię przy biurku.
– Wyszedłem do toalety.
– Nie będę cię niańczyć i szukać po całym budynku – wysyczała.
– Mówiłem, gdzie idę…
– Nie pamiętam. Ale dobrze, że się poskarżyłeś mamusi i ją ze sobą przywiozłeś…
– Skończcie się kłócić – warknął naburmuszony szef. – Dałem ci jasno do zrozumienia – wskazał na Gitte – że pracujesz z Oliverem. Ostatni raz ci o tym przypominam. Jeszcze raz dojdzie do takiej sytuacji, a wrócisz za biurko. Do Kopenhagi wracacie razem. Zrozumiałaś?
– Tak, szefie.
Hans ruszył w stronę trupa. Gitte wraz z partnerem przez chwilę stali w milczeniu.
– Poczekam w aucie, a ty idź przyjrzyj się ofierze i dopilnuj, by technicy dokładnie zebrali ślady. Masz dwadzieścia minut.
Kobieta wsiadła do samochodu i trzasnęła za sobą drzwiami, chcąc, aby Oliver to usłyszał. Pomyślała, że ta zbrodnia zupełnie nie pasuje do okolicy. Piękne słońce, piękna okolica i trup. Czy sprawca celowo chciał wywołać taki kontrast?
***
Ani policjanci, ani patolog, ani Gitte nie byli świadomi, że sprawca całego zamieszania znajdował się wśród gapiów. Przez przeszkloną ścianę apartamentowca ulokowanego na szczycie niewielkiego wzniesienia para oczu podziwiała swoje dzieło. Spośród masztów wielu łódek cumujących przy przystani wyróżniał się ten po najbardziej wysuniętej w głąb morza stronie. Kiedy tylko słońce wzeszło nad miastem, każdy kierowca jadący w stronę Kopenhagi mógł go dostrzec w oddali. Na ponadsiedmiometrowym, dosyć masywnym maszcie uwieszony był martwy mężczyzna. Jego ręce zamocowano do stengi tuż nad salingiem. Mocno skrępowanie obu kończyn górnych sprawiło, że głowa zwisała bezwładnie, a jego blond włosy opadały zmoczonymi we krwi strąkami. Na razie przekaz spektaklu wciąż nie był jasny, jednak osoba obserwująca przystań wiedziała, że już za parę dni nagłówki gazet w całej Danii, a pewnie i w innych państwach Europy, wyraźnie opiszą, co sprawca miał na myśli.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Polecamy również:
Kim jesteś, Skylar?
ISBN: 978-83-8423-489-1
© Karolina Agata Socha i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Jędrzej Szulga
KOREKTA: Angelika Kotowska
OKŁADKA: Izabela Surdykowska-Jurek
ILUSTRACJA: Oliwia Błaszczyk
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
