Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
W dniu osiemnastych urodzin Mallory Morrigan zaczyna nowe życie. Niepokorna, odważna dziewczyna kończy szkołę i szykuje się do wyprowadzki. Odtąd będzie mieszkać jedynie z ojcem, utrzymującym się z zabójstw na zlecenie. Mallory chce pójść w jego ślady i kontynuować rodzinną tradycję - ojciec będzie jej przewodnikiem i nauczycielem zawodu.
Przyszła zabójczyni postanawia lepiej poznać miasto, w którym ma teraz żyć. Odwiedza więc miejscowy klub. Zdarza się tam coś, co zasiewa pierwsze ziarno niepokoju w jej wolnym dotąd od strachu umyśle. Jakby powodów do niepokoju było mało, po powrocie do domu Mallory zastaje ojca w towarzystwie dziwnych ludzi, w tym bruneta o przenikliwym spojrzeniu. Ten mężczyzna zburzy jej spokój.
Czy Mallory odnajdzie w sobie zabójczynię... czy ofiarę?
Książka dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 435
Oliwia Kryspin
Kill me First
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.
Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.
Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.
Redaktor prowadzący: Wojciech Ciuraj, Barbara Lepionka Redakcja: Janina Wojteczko Korekta: Anna Czubska
Helion S.A. ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice tel. 32 231 22 19, 32 230 98 63 e-mail: [email protected] WWW: editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)
Drogi Czytelniku! Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adreseditio.pl/user/opinie/killme_ebook Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.
ISBN: 978-83-289-3605-8 Copyright © Helion S.A. 2026
Dla siostry.Dzięki Tobie sięgnęłam gwiazd.Pierwszą z nich dedykuję Tobie.
Zawsze wiedziałam, jak się zachować w sytuacji bez wyjścia. Nigdy nie czułam strachu, ani nawet niepokoju. Od początku byłam uczona, że opanowanie jest najważniejszą wartością, która może uratować życie. Panika była niewskazana, gdy broń znajdowała się tuż przy skroni.
Wszystko, co działo się wokół mnie, zależało tylko i wyłącznie ode mnie. Nikt nigdy nie kierował moim życiem ani nie pociągał za sznurki. Miałam wolną wolę, z której korzystałam w każdej chwili.
To się jednak zmieniło. Jedna noc sprawiła, że zaczęłam obawiać się o własne życie. Decyzje, które podejmowałam, przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.
Ktoś zawładnął moim umysłem na tyle, że w pewnym momencie nie wiedziałam, kim jestem. Nie miałam pojęcia, co jest kłamstwem, a co prawdą.
Moja dusza została wyrwana z mojego ciała przez osobę, która trzymała ją teraz w dłoni. Miała większą władzę, niż mogłoby się wydawać. Wiedziała wszystko o mojej przeszłości, teraźniejszości, a nawet o planach na przyszłość. Znała moje życie lepiej niż ja sama. Kierowała mną, a ja nie byłam tego świadoma.
Przypominała prawdziwego potwora, który bawił się moim losem.
Trzymałam broń przy skroni, aleto on decydował, czy pociągnę zaspust.
Przybyłam na uroczystość jak zawsze spóźniona. Skierowałam się w stronę boiska, na którym wszystko miało się odbyć. Gdy byłam już przy kamiennym tunelu przebiegającym pod trybunami, przypomniałam sobie o karteczce w tylnej kieszeni spodni. Zatrzymałam się w pół kroku i sięgnęłam po nią. Rozłożyłam kawałek papieru, na którym widniało mnóstwo literek. Obrzuciłam kartkę wzrokiem i prychnęłam pod nosem.
Nie ma opcji, że to przeczytam – pomyślałam.
Bez namysłu zgniotłam tekst mojej dzisiejszej przemowy i rzuciłam w stronę kosza na śmieci. Szanowny dyrektor Wells wraz z radą pedagogiczną pisał ją przez parę dni, ale to nie był mój problem.
Wyznaczył mnie, bym wygłosiła mowę z okazji ostatniego dnia szkoły dla uczniów z mojego rocznika. Według niego miało mnie to „zrehabilitować” i „ukarać” jednocześnie. Nigdy nie miałam wzorowego zachowania, a dzisiaj kończyłam edukację tylko dlatego, że Wells ma dobre serce – przynajmniej on tak mówił.
Już w pierwszej klasie liceum zaczęłam sprawiać problemy. Ostatnio dyrektor zaprosił mnie do swojego gabinetu i przez trzydzieści minut opowiadał o tym, co zrobiłam przez ostatnie cztery lata. Do moich osiągnięć należało pobicie chłopaka, który się do mnie dobierał, przypadkowe podpalenie sali od chemii i wiele, wiele więcej.
Zakładałam, że dopuścił mnie do egzaminów tylko dlatego, że miałam najwyższą średnią w całej szkole. Nauka nigdy nie sprawiała mi problemów, ale same zajęcia mnie nudziły. Potrzebowałam się rozerwać, stąd te drobne wybryki.
Wyszłam na zewnątrz i ujrzałam ogromny podest, za którym widniał plakat z logo naszej szkoły. Na środku oczywiście stał mikrofon, przy którym już za chwilę miałam się spowiadać, zupełnie jak w konfesjonale. Nikt z rady pedagogicznej jeszcze nie podejrzewał, że wypowiedziane przeze mnie słowa nie będą zbyt miłe.
Za mną znajdowały się trybuny, po brzegi wypełnione uczniami. Nie odwróciłam się, nie zerknęłam na nich. Wiedziałam, co maluje się na ich twarzach: strach.
Wszyscy zgromadzeni znali mnie i mój wybuchowy charakter. Nie należałam do grona popularnych, bogatych dzieciaków, raczej do marginesu społecznego, z którym nikt nie chce mieć styczności. Ze względu na moje korzenie potrafiłam głośno wyrazić swoje zdanie i wymierzyć sprawiedliwość. Nic nigdy nie stawało mi na przeszkodzie do osiągnięcia celu.
Przemierzałam boisko pewnym krokiem, starając się nie przewrócić na oczach ponad pięciuset osób. Pod moimi stopami była murawa, więc założenie szpilek nie było najlepszym pomysłem, ale musiałam wyglądać olśniewająco.
Dostrzegłam Wellsa w asyście jego sekretarki. Postawny ciemnoskóry mężczyzna wyglądał zabawnie przy małej blondyneczce z wielkimi okularami na nosie. Nawet nie wiedziałam, jak ma na imię, ale była młoda, o wiele młodsza od niego. Podejrzewałam, że się pieprzyli, ale nie miałam na to żadnych dowodów. Jednak drobne gesty, którymi się wymieniali, nie wskazywały na jedynie czysto zawodową relację.
Z uśmiechem na ustach przywitałam się z nimi i ścisnęłam ich dłonie. Mężczyzna już otwierał usta, by coś powiedzieć, jednak go wyprzedziłam.
– Tak, wiem, że się spóźniłam – powiedziałam szybko, by nie wysłuchiwać jego kazania na ten temat. – Mogę już iść?
Skinął głową, a ja weszłam po schodkach na scenę. Ustawiłam się przed mikrofonem, przodem do trybun. Przez chwilę milczałam, patrząc na twarze osób, których nienawidziłam z całego serca. Ku mojemu zaskoczeniu zauważyłam różne emocje. Dominował strach, ale widziałam też zdezorientowanie i szerokie uśmiechy. Większość uczniów wiedziała, co za chwilę się wydarzy.
Zerknęłam jeszcze na drużynę futbolową i grupę cheerleaderek, która za wszelką cenę starała się w jakiś sposób przyciągnąć uwagę chłopaków. Nie udało jej się, bo wszyscy zaczęli się ślinić na mój widok. Nie przeszkadzało mi to, ale i tak z przyzwyczajenia przewróciłam oczami.
Chwyciłam mikrofon w jedną dłoń i wzięłam głęboki oddech.
– Chciałabym bardzo serdecznie powitać wszystkich na wyjątkowym wydarzeniu, jakim jest zakończenie roku szkolnego! – zaczęłam z entuzjazmem, a gdy wszystkie okrzyki radości ucichły, kontynuowałam: – Dla wielu jest to jeden z najlepszych dni życia, dla innych najgorszy. Wkraczamy w pewien etap dorosłości, na który nikt z nas nie jest gotowy. Właśnie do tego przez ostatnie cztery lata przygotowywała nas nasza kadra nauczycielska. Chciałabym teraz podziękować każdemu z osobna.
Ponownie odetchnęłam i spojrzałam w stronę dyrektora. Odszedł kawałek dalej i prowadził bardzo namiętną rozmowę z blondynką. Nie zauważył nawet, że lekko zmieniłam słowa, które dla mnie napisał. Wszystko szło po mojej myśli. Zaczęłam krążyć po podeście, by w razie czego móc uciec.
– Chciałabym zacząć od pani Mitchell. – Zwróciłam się w jej stronę z ręką ułożoną na sercu i z wyrazem udawanej wdzięczności na twarzy. – To przez panią cały nasz rocznik zaczął cierpieć na zespół stresu pourazowego. Pani metody nauczania sprawiły, że każdy uczeń, którego znam, bał się przychodzić na pani lekcje.
Zszokowana kobieta otworzyła usta, a po chwili zaczęła coś szeptać do osoby siedzącej obok. Na mojej twarzy zagościł uśmiech satysfakcji. Co jakiś czas zerkałam w stronę ciemnoskórego, który w dalszym ciągu nie słuchał moich słów. Mogłam się założyć, że właśnie zapraszał blondynkę na kolację.
– Pani Campbell! – Spojrzałam w jej stronę. – Pamięta pani, jak obraziłam panią, a także pani partnera podczas ostatniego apelu? Powiedziałam prawdę. Skłamałam, gdy mówiłam, że tego żałuję.
Na jej twarzy pojawił się wyraz zniesmaczenia. Odwróciłam od niej wzrok, gdy usłyszałam obok siebie jakiś szept. Spojrzałam na Wellsa, który próbował mi przerwać. Miał nadzieję, że zamilknę. Ciągle mnie zastanawiało, czemu tak we mnie wierzy. Popatrzyłam mu prosto w oczy i pokręciłam przecząco głową. Wtedy zauważyłam, że zaczyna wchodzić na scenę. Musiałam się pośpieszyć.
– Niestety nie mam czasu, by podziękować innym, ale chciałabym wyjaśnić jedną sprawę. – Facet był coraz bliżej mnie, więc skierowałam się w przeciwną stronę, by zyskać trochę czasu. – Pamiętacie Eleanor, która popełniła samobójstwo z powodu rzekomej depresji? Nasz kochany kapitan, Justin Harvey, najpierw sprzedał jej prochy, a potem ją zgwałcił. To był prawdziwy powód…
Nie dokończyłam, bo ktoś wyrwał mi z ręki mikrofon. Wells wyglądał na wściekłego. Nie rozumiałam jego reakcji. Przecież sam powierzył mi tę rolę. Naprawdę się spodziewał, że wykonam jego polecenie?
– Dość, miałaś tylko jedno zadanie – szepnął agresywnie.
W odpowiedzi lekko wzruszyłam ramionami.
Byłam z siebie naprawdę zadowolona. W gronie uczniów zaczęły się szepty. Usłyszałam też parę wyzwisk, które były miodem na moje serce. W końcu nikt nie całował Harveya po stopach, tylko wszyscy zobaczyli jego prawdziwe oblicze.
Wiedziałam, że już nic tu po mnie, więc na odchodne puściłam do niego oczko, odwróciłam się na pięcie i skierowałam w stronę wyjścia. Szłam z wysoko uniesioną głową. Nie czułam skruchy ani nie miałam wyrzutów sumienia w związku ze swoim zachowaniem.
Przecież powiedziałam tylko prawdę.
– Przepraszam za to… – usłyszałam w oddali głos dyrektora.
Utrzymywałam poważny wyraz twarzy, dopóki nie wyszłam poza mury szkoły. Potem wybuchłam śmiechem – tak głośnym, że zapewne wszyscy na uroczystości mnie usłyszeli. Wzięłam głęboki oddech. W końcu byłam wolna. Nic już mnie nie trzymało w tym cholernym kraju.
Podchodziłam do samochodu, gdy nagle poczułam mocne uderzenie w bark. Uniosłam wzrok i ujrzałam te piwne oczy.
Nic oprócz niego.
– Ale dałaś show! Kurwa, to było świetne!
Widok uśmiechniętej twarzy Claytona Fostera spowodował lekkie ukłucie w moim sercu. Na szczęście szybko minęło. To, co zrobiłam, było moim marzeniem od kilku lat. On sam mnie do tego nakłaniał. Wiedziałam, że będę za nim tęsknić, ale musiałam w tym wszystkim pamiętać o sobie.
– Idziemy na piwo? – Spojrzał na mnie z nadzieją, ja jednak pozostawałam nieugięta. – Ten ostatni raz.
Z Claytonem poznałam się już pierwszego dnia drugiej klasy, gdy wpadł na mnie w stołówce. Oblał mój biały sweter sokiem pomarańczowym, a ja omal nie przywaliłam mu tacą w głowę. Od tamtej pory trzymaliśmy się razem. Wiedział o mnie najwięcej. Był jedyną osobą, która mnie rozumiała.
– Przecież dzisiaj są twoje urodziny – dodał.
Wiedziałam, że wyprowadzka na inny kontynent, z Irlandii do Portland w Stanach Zjednoczonych, oznacza, że nasz kontakt się popsuje. Chciałam zakończyć to pokojowo. Nigdy nie ubolewałam nad żadną straconą relacją. Byłam osobą, której nie dało się zranić. Tylko że utrata jego była niczym cios prosto w serce.
Jego mina ani trochę mi nie pomagała. Wyglądał jak smutny pies, w dodatku wykrzywił usta i patrzył na mnie błagalnym wzrokiem.
Chyba pierwszy raz widziałam go w eleganckiej odsłonie. Zawsze wkładał znoszone dresy i za duże bluzy. Teraz miał na sobie czarne garniturowe spodnie i białą koszulę, w której rozpiął dwa pierwsze guziki. Prezentowałby się jak prawdziwy biznesmen, gdyby nie jego włosy w nieładzie. Jasnobrązowe kosmyki pozostawały nieokiełznane. Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniały.
– Ostatni raz – odpowiedziałam z surową miną, po czym wsiadłam do swojego samochodu.
Szatyn wsiadł po drugiej stronie, a gdy zamknął drzwi, od razu odpaliłam silnik i włączyłam muzykę. Wiedziałam, że uchroni mnie to od rozmowy o uczuciach, do której chłopak namawiał mnie przez ostatnie dni. Do moich uszu dotarły pierwsze słowa Me, Myself & I. To była nasza piosenka.
– Oh, it’s just me, myself and I – zaczął podśpiewywać. – Soloride until Idie ‘Cause I got me for life.
Zerknęłam w jego stronę, ale on miał wzrok utkwiony w szybie. Udawał, że wszystko jest dobrze. Wiedziałam, że to nieprawda. Wiadomość o wyprowadzce go przybiła.
– Ooh, I don’tneed a hand to hold…
Pilnowałam mojego głosu, by się nie załamywał. Było to ciężkie, gdy przed oczami pojawiał mi się obraz samotnego przyjaciela.
– I got that fire inmy soul.
Bał się, że sobie nie poradzę. Było to irracjonalne, bo to ja zawsze ratowałam go z opresji. Umiałam wyjść z trudnej sytuacji, umiałam rozwiązać każdy problem. Tylko że on nie był problemem, który można rozwiązać.
Dotarliśmy na miejsce.
Weszłam do pomieszczenia i mimowolnie się skrzywiłam.
Wystrój baru był utrzymany w stylu rustykalnym. Dominowało jasne drewno, z którego wykonano blaty i krzesła. W tle usłyszałam dźwięki California Dreamin’. Było tutaj… w porządku. Nie były to moje klimaty, ale przecież chciałam się tylko napić.
Kręciła się tu masa małolatów, którym oczy świeciły się na widok alkoholu. Starałam się nie zwracać na nich uwagi. Pociągnęłam chłopaka w stronę baru, gdzie były akurat dwa wolne miejsca. Złożyliśmy zamówienie, a już po chwili przed nami stały dwie butelki piwa. Upiłam łyk, rozkoszując się gorzkim smakiem.
– Cieszysz się? – zapytał nagle, na co zmarszczyłam brwi. – Zaczynasz nowe życie, tak jak mówiłaś.
W ostatnim czasie nie mogłam się doczekać tego dnia. W końcu miałam osiemnaście lat, skończyłam szkołę i jeszcze dzisiaj wieczorem wyjeżdżałam. Marzyłam o tym, odkąd ojciec powiedział mi, że mogę się spełniać u jego boku. Bardzo ciężko było przekonać go do wyjazdu, ale po wielu próbach się udało.
Od samego rana uśmiech nie schodził mi z twarzy, jednak przy Claytonie to się zmieniło. W tym wszystkim starałam się nie myśleć o przyjacielu, lecz nie mogłam.
– Oregon podobno jest fajny – odpowiedziałam wymijająco.
Jednym haustem dopił cały alkohol, obrócił się na krześle w moją stronę i położył dłonie na moich.
– Poradzę sobie – szepnął. – Jest mi przykro, ale kurwa… to jest twoje marzenie. To ty powinnaś być szczęśliwa.
Kąciki moich ust lekko się uniosły. Cieszyłam się, że tak o tym myśli.
– Jesteś na to gotowa? – spytał.
– Gdy wychowujesz się w rodzinie płatnych zabójców, to musisz być na to gotowy – powiedziałam nieco ciszej.
Clayton jako jedyny wiedział, czym zajmuje się moja rodzina. Obiecał, że utrzyma to w tajemnicy.
– Nie chcę, żeby cię to zmieniło – przyznał zmartwiony.
– Na gorsze już nie dam rady się zmienić – odparłam ze śmiechem.
Spojrzał na mnie pobłażliwie. Wiedziałam, o czym myśli. Zaakceptował mój charakter i niektóre wybuchy, ale ciągle starał się sprowadzić mnie na dobrą drogę. Nie chciałam tego, przez co często się kłóciliśmy.
– Chcesz jeszcze drinka? – zapytał.
– Nie mogę, wracam samochodem.
– Przecież wypiłaś już piwo, nie możesz jechać – oburzył się.
Próbował mnie chronić, a to nie pomagało. Czasami traktował mnie jak dziecko, którym trzeba się zająć, a ja nie potrzebowałam niańki.
– Poradzę so…
Przerwałam, bo nagle usłyszałam głośne trzaśnięcie drzwiami. Odwróciłam się w tamtą stronę i dostrzegłam grupę chłopaków ubranych w granatowe bluzy.
No to zaczynamy zabawę…
– Ty, Morrigan! – zwrócił się do mnie Justin. – Mamy do pogadania!
Cała drużyna zaczęła się do mnie zbliżać, więc wstałam i ruszyłam w ich stronę. Chciałam parsknąć śmiechem, gdy zobaczyłam grymas Harveya. Miał zaczerwienione oczy.
– Moje słowa tak cię wzruszyły, że się popłakałeś? – zadrwiłam. – Kochany, nie możesz być taki wrażliwy.
Położyłam dłoń na jego ramieniu, ale szybko ją zepchnął. Krew zaczęła się gotować w moich żyłach.
– Masz powiedzieć wszystkim, że kłamałaś. Teraz! – krzyknął, tupiąc nogą.
Zachowywał się jak dzieciak. Ten chłopak był wulkanem negatywnych emocji, który może w każdej chwili wybuchnąć.
Powinnam go jakośuspokoić. Powinnam…
– Jesteś zły, bo sprzedałeś jej prochy, czy dlatego, że ją zgwałciłeś? – prowokowałam, zbliżając się do niego. Zadarłam lekko głowę, by spojrzeć mu w oczy, które płonęły. Zacisnął mocniej szczęki. – Już wiem! Dlatego, że wszyscy się o tym dowiedzieli!
– To kłamstwo! Nawet jej nie znałem! – Zaśmiał się niezręcznie i uniósł ramiona, spoglądając na swoich przyjaciół.
Nie wyglądali na przekonanych.
– Jak widać, nikt ci nie wierzy – odparłam. – Może od początku mieli cię za gwałciciela?
Zacisnął usta w wąską linię. Widziałam, jak próbuje wybrnąć z tej sytuacji.
Wszystko, co powiedziałam, było prawdą. Kilka miesięcy temu nakryłam go na imprezie, jak zabawiał się z ledwo przytomną dziewczyną. Oczywiście próbowałam zgłosić sprawę na policję, jednak nazwisko Justina uniemożliwiało doprowadzenie sprawy do końca. Nie siedział jeszcze za kratami, co zawdzięczał ojcu, dysponującemu wielkimi sumami na wielu kontach. Po czasie przestałam zaprzątać sobie tym głowę i zaczęłam wyczekiwać dnia, kiedy go pogrążę. Nie potrafiłam znieść jego widoku od początku liceum, a teraz miałam okazję się odgryźć.
Zrobił krok do przodu w taki sposób, że moje piersi stykały się z jego torsem. Dyszał mi prosto w twarz, przez co się skrzywiłam. Nawet pod wielką bejsbolową bluzą byłam w stanie poczuć jego napinające się mięśnie.
– Możesz mówić, co chcesz, ale mnie nie obchodzą słowa jakiejś azjatyckiej kurwy – szepnął, machając mi palcem przed oczami.
Panowanie nad emocjami nigdy nie sprawiało mi problemów. Umiałam je w sobie tłumić i wykorzystywać, gdy nadejdzie odpowiednia pora. Ale była jedna rzecz, która działała na mnie jak zapalnik. Moje pochodzenie, do którego wiele osób się przypierdalało.
Foster zapewne usłyszał jego słowa, bo poczułam, że za mną staje. Nie miał pewnie na celu ochraniać mnie przed Justinem, tylko jego przede mną.
Nie zastanawiałam się długo nad następnym ruchem. Zacisnęłam pięści i wymierzyłam cios w szczękę. Uderzenie było na tyle mocne, że chłopak lekko się zachwiał, a po chwili przyłożył dłoń do obolałego miejsca.
To jednak go nie zatrzymało, od razu się zamachnął. Odruchowo się odsunęłam, by uniknąć ciosu, ale w tym samym momencie cała drużyna złapała go za ramiona. Bronili mnie, przez co na mojej twarzy pojawił się przebiegły uśmiech.
– Dwa zero, Harvey!
Złapałam Claytona za rękę i pociągnęłam w stronę wyjścia. Odetchnęliśmy świeżym powietrzem i wybuchliśmy gromkim śmiechem. Ta cała sytuacja była abstrakcyjna, a takie wywoływały we mnie najwięcej emocji.
– Nie popieram takiego zachowania, ale będzie mi tego brakowało – oznajmił Clayton, powoli się uspokajając.
W odpowiedzi jedynie się uśmiechnęłam. Nie mówiąc już ani słowa, odwróciłam się i otworzyłam drzwi samochodu. Zanim jednak wsiadłam, spojrzałam na przyjaciela po raz ostatni. W piwnych tęczówkach błysnęły łzy.
– Nie kontaktuj się ze mną, to będzie bolało – wyszeptałam.
~*~
Gdy przekroczyłam próg domu, zrzuciłam z nóg szpilki, które stały się już niewygodne. Spojrzałam w stronę ojca. Siedział przy stole, a wzrok miał utkwiony w ekranie laptopa. Zmarszczył brwi, przez co na jego czole pojawiła się pionowa kreska. Tak jak zawsze Marcus miał na sobie szary, dopasowany garnitur i włosy zaczesane do tyłu.
Obrzuciłam spojrzeniem cały pokój. Wszędzie wokół stały zaklejone pudła z naszymi rzeczami. Ten widok przyprawił mnie o gęsią skórkę.
– O której będzie samochód? – zapytałam, siadając obok ojca.
Uniósł na mnie wzrok. Jego zielone oczy błyszczały z ekscytacji. Tak samo jak ja nie mógł się doczekać tej chwili. Już parę miesięcy temu dostał ofertę lepszej pracy w kancelarii prawnej, co było dla nas zbawieniem.
– Za parę minut – odpowiedział z uśmiechem. – W przyszłym tygodniu masz pierwszą akcję – poinformował.
Mogłam się założyć, że teraz moje oczy rozbłysły. Osiemnaście lat czekałam na te słowa. Nie dopytywałam o szczegóły, bo byłam pewna, że i tak bym się niczego nie dowiedziała.
Już za parę godzin zacznę nowe życie.
Wtedy nie wiedziałam, że przeszłość do mnie wróci i staniesię istnym koszmarem.
[1] Przeszłość odeszła na zawsze.
Od przeprowadzki minęło już parę dni. Nowy pokój był zupełnie inny od poprzedniego. Tutaj dominowały czerń i mrok. Czyli to, co uwielbiałam najbardziej. Nierozpakowane pudła i zaklejone kartony dodawały pomieszczeniu surowości. Wyjęłam jedynie najpotrzebniejsze rzeczy, jednak nie miałam ochoty na wyciąganie innych przedmiotów ani na żadne dekorowanie.
Przez prawie tydzień nie opuściłam mojego pokoju. Nie sądziłam, że gdy ojciec mówił o mojej pierwszej akcji, miał na myśli papierkową robotę. Miałam dowiedzieć się wszystkiego o osobie, którą miałabym zabić, i sama ocenić, czy powinna zginąć. Oczywiście Marcus znał odpowiedź na to pytanie, ale ja musiałam sama wskazać poprawną.
Jak na razie wiedziałam tylko tyle, że ten człowiek należał do grupy przestępczej, która zajmowała się handlem ludźmi. Był jedynie pionkiem, zajmującym się namierzaniem ofiar, co oznaczało, że tak naprawdę nie miał krwi na rękach. Osoby, którym podawał współrzędne, wykonywały brudną robotę. Zostało mi jeszcze dowiedzenie się, czy robił to z własnej woli, czy może był zastraszany.
Takie wykonywanie zleceń nie było popularne w naszym fachu. Wraz z tatą oddzieliliśmy się od rodziny właśnie z tego powodu. Wyznawaliśmy inne wartości. Morriganowie byli zabójcami bez sumienia. Likwidowali wszystkich, na których dostali zlecenie, nie weryfikując, czy na to zasługują. Mój ojciec próbował przez wiele lat zmienić naszą rodzinę, jednak oni pozostawali nieugięci.
Dopiero gdy się urodziłam, postanowił ze mną uciec. Odciął mnie od matki, abym nigdy nie zeszła na drogę mroku. To, co robiliśmy, nazywał „lepszym złem”, o ile coś takiego w ogóle istniało. Dołączyliśmy do organizacji, która zabijała na zlecenie. Jedyną różnicą było to, że musieliśmy mieć do tego powód. Właśnie dlatego teraz czytałam życiorys Blake’a Madisona, by dowiedzieć się, czy ma coś za uszami.
Głęboko odetchnęłam, czując wielkie zmęczenie. Siedziałam nad tym parę godzin, a była dopiero czternasta. Postanowiłam odpocząć, zanim ponownie do tego siądę.
W pierwszej kolejności skierowałam się do łazienki. Weszłam pod strumień zimnej wody i dokładnie umyłam włosy, a następnie całe ciało. Gdy wyszłam spod prysznica, otuliłam się białym ręcznikiem i usiadłam przy toaletce. Na co dzień się nie malowałam, ale wpadł mi do głowy pewien pomysł. Od przeprowadzki nie miałam okazji zwiedzić miasta, więc postanowiłam to szybko zmienić.
Podkręciłam rzęsy i nałożyłam na nie subtelną ilość tuszu. Rzadko to robiłam, bo były czarne jak smoła, zupełnie jak moje brwi i włosy. Dzięki mojej urodzie nie musiałam wkładać wiele wysiłku w szykowanie się. Bladą cerę ociepliłam różem w pudrowym odcieniu.
Podeszłam do szafy, ale otwierając ją, przypomniałam sobie, że reszta rzeczy ciągle jest w kartonach. Nie miałam innego wyjścia, niż rozpakować się.
Po dobrej godzinie połowa pudeł zniknęła z mojego pokoju. Przerwałam układanie ubrań na półkach, gdy znalazłam to, czego szukałam. Ustawiłam się przed lustrem, które znajdowało się tuż obok drzwi. Włożyłam proste, czarne spodnie, a do tego koronkowy top z głębokim dekoltem. Całość dopełniła srebrna biżuteria z zielonymi kamieniami, które idealnie komponowały się z kolorem moich oczu.
Gdy zeszłam na dół, zauważyłam Marcusa. Czytał książkę, siedząc na kanapie tyłem do mnie, więc starałam się bezszelestnie przejść za nim. Poruszanie się jak cień miałam we krwi. W poprzednim domu zrobiłabym to bez problemu, ale nie tutaj. Nadepnęłam na deskę, która przeraźliwie zaskrzypiała. Mężczyzna w mgnieniu oka odwrócił się w moją stronę.
– Wybierasz się gdzieś? – zapytał, unosząc brew.
Zdążyłam już zauważyć, że nie jest w humorze do żartów.
– A nie widać? – odparłam z uśmiechem, wskazując na moje ubranie. – Idę pozwiedzać, może wejdę do jakiegoś klubu.
Zacisnął usta w wąską linię i przez chwilę nic nie mówił. Widziałam, że nie podoba mu się ten plan.
– Dobrze, ale Lucas pójdzie z tobą.
Westchnęłam i przewróciłam oczami. Lucas był naszym ochroniarzem – a właściwie bardziej moim. Jego praca polegała na tym, że miał wszędzie za mną łazić, by nikt mnie przypadkiem nie zabił. Nie miało to sensu. Byłam pewna, że mam o wiele większe umiejętności niż on. Mogłam uśmiercić człowieka w parę sekund, a on w tym czasie nie zdążyłby nawet do mnie przybiec.
Poczułam, że staje za moimi plecami. Odwróciłam się w jego stronę i ujrzałam ten skwaszony wyraz twarzy. Facet był trochę wyższy ode mnie, a tkanki tłuszczowej miał przynajmniej czterokrotnie więcej niż ja. Lubiłam go, potrafił być zabawny, ale chodził za mną jak cień. Bywały dni, że nie mogłam w spokoju się załatwić, bo z rozkazu mojego ojca nie mógł spuścić ze mnie wzroku.
– Nawet mnie nie zauważysz. – Uśmiechnął się i uniósł dłonie w obronnym geście.
Skinęłam głową, wyrażając zgodę. Nie miałam wyboru, bo w innym przypadku ojciec zamknąłby dom na cztery spusty i zrobił wszystko, bym z niego nie wyszła.
Podeszłam do drzwi i założyłam czarne kozaki. Chwyciłam torebkę, jednak przez głos taty byłam zmuszona zastygnąć z ręką na klamce.
– Zabijesz Blake’a? – zapytał spokojnie.
– Nie, lider szantażuje go zabiciem żony – odpowiedziałam.
Zgadywałam. Nie miałam żadnego potwierdzenia moich słów. Domyśliłam się jedynie po szczątkowych informacjach, które znalazłam na jego temat.
– Bardzo dobrze – odparł, a ja się uśmiechnęłam. – Ale następnym razem nie zgaduj.
Mogłam się tego spodziewać. Nic już nie odpowiedziałam, tylko nacisnęłam klamkę i wyszłam na zewnątrz.
Klub nie różnił się niczym od tych w Irlandii. Byłam w niewielu, bo jednak większość czasu spędzałam na sali treningowej, ale zdążyłam zauważyć pewien schemat, od którego architekci rzadko odchodzili.
Powolnym krokiem przemierzałam parkiet wyłożony czarnym marmurem. Było tutaj strasznie duszno, głównie przez to, że pomieszczenie znajdowało się w piwnicy i miało niewiele okien. Dochodziła jeszcze do tego masa ludzi. Przeciskałam się przez tłum, by w końcu dotrzeć do baru.
Usiadłam na wysokim okalanym skórą stołku i z cierpliwością czekałam, aż ktoś mnie obsłuży. Miałam świadomość, że nie powinnam pić, gdyż nie wiedziałam, kiedy Marcus ujawni mi termin mojej akcji. Mógł to zrobić tydzień lub nawet dzień wcześniej. Zawsze tak postępował, by zmotywować mnie do ćwiczeń. Musiałam mieć się ciągle na baczności, bo nigdy nie wiedziałam, kiedy nadejdzie ten dzień.
Po chwili dostrzegłam młodego mężczyznę zmierzającego w moją stronę. Jego uśmiech, o dziwo, wyglądał na szczery.
– Co dla pani? – zapytał uprzejmie.
W jednej dłoni trzymał puste naczynie i dokładnie je polerował. Był uroczy, jednak nie w moim typie.
– Proszę, tylko nie pani – prychnęłam. – Czystą whisky poproszę.
Barman zabrał się za przygotowywanie mojego zamówienia, jednak pokusił się o zgryźliwy komentarz.
– Każda osoba, która nie ukończyła dwudziestego pierwszego roku życia, chciałaby, by ktoś zwrócił się do niej w taki sposób.
Nawet nie zakładałam możliwości, że ktoś może nie sprzedać mi alkoholu. W Irlandii byłam już pełnoletnia, lecz tutaj brakowało mi jeszcze trzech lat. Zupełnie o tym zapomniałam, jednak najwyraźniej trafiłam na osobę, która nie przejmowała się ustalonym prawem.
Z uśmiechem podał mi szklankę wypełnioną bursztynowym płynem. Myślałam, że odejdzie i zajmie się resztą klientów, lecz on dalej stał w tym samym miejscu. Przewiesił białą szmatkę przez ramię i lekko pochylił się w moją stronę. Teraz zauważyłam, że ma bardzo jasne włosy i nienaturalnie bladą cerę.
– Jesteś tutaj nowa – stwierdził.
– Aż tak to widać?
– Nie, po prostu jestem jedynym barmanem, więc znam każdego, wszystkich stałych klientów. Nowi rzadko tu przychodzą – wyjaśnił. – Co oznacza, że musiałaś niedawno się wprowadzić.
Napiłam się alkoholu, unikając odpowiedzi. Ciecz zaczęła przyjemnie drażnić mój przełyk, chociaż nie mogłam się w pełni zrelaksować przez natrętne spojrzenie tego faceta.
– Mieszkam tutaj od dziecka – skłamałam.
Mój ton był chłodny i zatrważająco oschły. Nie miałam zamiaru dłużej rozmawiać z barmanem, jeśli jego celem było bliższe poznanie mnie. Nie zwierzałam się nowo poznanym osobom.
A w zasadzie to nikomu.
Nagle moje myśli zaprzątnął Clayton. Od przeprowadzki nie wspomniałam go ani razu, ale wiedziałam, że jego twarz będzie jeszcze przez długi czas przewijać się w moim umyśle. Nie dzwonił do mnie ani nie pisał, co mi odpowiadało. Sama mu tego zabroniłam.
Tylko dlaczego miałam przeczucie, że za jakiś czas spróbuje się ze mną skontaktować?
– Nie okłamuj oszusta.
Uniosłam brwi zdziwiona. Zaintrygował mnie tymi słowami. Czułam, że mają głębszy sens.
– Prawdziwy oszust się do tego nie przyznaje – zauważyłam. – Więc ty nim nie jesteś.
– Tutaj nie, ale czasami grywam w pokera. – Wzruszył ramionami.
Parsknęłam śmiechem na jego słowa. Nie wyglądał na kogoś, kto zajmuje się hazardem. Skoro jest tutaj jedynym barmanem, to oznacza, że pracuje codziennie w godzinach wieczornych i nocnych. Nie miałby czasu chodzić do kasyna. Przyjrzałam się mu dokładnie. Biała koszula nie była wykonana z bawełny, tylko poliestru, a na nadgarstku widniała podróbka roleksa. Musiał być kiepski w wygrywaniu albo…
– Nie okłamuj oszusta – skierowałam do niego jego własne słowa.
Uśmiechnął się, bo wiedział, że go przejrzałam. Miał wybór – albo powiedzieć mi prawdę, albo zakończyć rozmowę. Skłaniałabym się ku pierwszej opcji, bo naprawdę mnie zainteresował.
– Studiuję psychologię. Umiem rozpoznać kłamstwo. – Przejechał językiem po wnętrzu policzka, dyskretnie zerkając na mój dekolt. – A jaki jest twój sekret?
– Już powiedziałam. Nie okłamiesz oszusta.
Zaśmiał się cicho. Po raz kolejny zerknął na moje piersi, ale po chwili spojrzał mi w oczy.
– Jestem Zayn – przedstawił się, wyciągając dłoń w moją stronę.
– Mallory – odpowiedziałam obojętnie.
Nie podałam mu ręki, więc szybko zabrał swoją. Spodziewałam się zmieszania lub smutku na jego twarzy, lecz on uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Dopiłam alkohol i zostawiłam na blacie banknot. Z głośników wybrzmiało Fumes, przez co naszła mnie nagła ochota, by skierować się na parkiet. Zamierzałam wstać, ale zatrzymał mnie głos Zayna.
– Zobaczymy się jeszcze? – zapytał, udając obojętność.
– Może. – Wzruszyłam ramionami i posłałam mu zalotny uśmiech.
W sali panował półmrok, bo oświetlały ją jedynie małe, kolorowe reflektory. Co chwilę mnie oślepiały, przez co musiałam mrużyć oczy. Po prawej stronie dostrzegłam parę stolików, a gdy spojrzałam w górę, zobaczyłam lożę. Siedziały tam może trzy osoby i obserwowały wszystkich z góry.
Miejsce do tańczenia pękało w szwach. Było tutaj tyle osób, że musiałam się przeciskać między nimi. W pewnej chwili trąciłam dziewczynę, która lekko się zachwiała. Zapewne wypiła sporo alkoholu. Aż musiałam ją złapać, by się nie przewróciła.
Gdy ustawiłam ją do pionu, odrzuciła kosmyki włosów z twarzy i na mnie spojrzała. Była bardzo seksowna. Jej wręcz platynowe włosy połyskiwały w świetle reflektorów, a na czole królowała niesforna grzywka. Nad wyraz mocny makijaż był już lekko rozmazany, ale to w dziwny sposób tylko dodawało jej zadziorności.
– Jezu, kurwa, dziękuję! – uniosła głos, przekrzykując basy muzyki. – Jestem Nicole!
Musiała być strasznie nawalona, bo bełkotała, a w dodatku chwiała się na prawo i lewo. Niezdarnie wyciągnęła dłoń w moją stronę, a ja bez chwili zastanowienia odwzajemniłam jej gest.
– Mallory! – odpowiedziałam.
Cholera, jej uśmiech mógłby zabić. Odruchowo mój wzrok zjechał na jej dekolt i… O mój Boże!
– Zatańczymy? – zapytała.
W tym samym momencie piosenka się zmieniła na Swim zespołu Chase Atlantic, a dziewczyna pociągnęła mnie w przód. Znalazła dla nas kawałek pustego miejsca. Poruszałam zmysłowo biodrami w rytm muzyki. Moje dłonie błądziły po całym ciele, od talii aż po włosy.
Blondynka uśmiechnęła się uwodzicielsko i zaczęła podchodzić w moją stronę. Zrobiła piruet i odwróciła się tyłem. Wodziła opuszkami palców po swoich krągłościach, jednocześnie zginając kolana.
Przyglądałam się jej jak zahipnotyzowana. Wyglądała zabójczo w krwistym topie, który odsłaniał nieco jej piersi, i spódniczce typu mini.
Pedal to thefloor like you running from the cops now.
Niespodziewanie odwróciła się i przybliżyła swoją twarz do mojej. Moje ruchy zwolniły, gdy poczułam ciepło kumulujące się u dołu brzucha. Nasze nosy się stykały, a piersi ocierały o siebie. Nigdy nie byłam tak blisko z żadną kobietą, ale zaczynało mi się to podobać.
Palce Nicole zwinnie przemieszczały się po mojej talii. Zarzuciłam jej ręce na szyję, próbując zachować odpowiedni rytm.
You pickeda dance with the devil and you lucked out.
Słowa piosenki i dotyk kobiety pobudzały wszystkie moje zmysły. Byłam jak na haju i pierwszy raz od tygodnia czułam, że odetchnęłam.
– Chodźmy się napić. – Znowu mnie pociągnęła, tym razem w stronę baru.
Nicole była uosobieniem energii. Widziałam, że przez taniec lekko otrzeźwiała, więc jej nie zatrzymywałam. Sama miałam ochotę na alkohol.
– Hej, poproszę dwa… – Zacięła się na chwilę. – Co pijesz? – zwróciła się do mnie.
– Whisky.
– Nudziara. – Przewróciła oczami. – Poproszę dwie szklanki whisky.
Prychnęłam pod nosem. Nie wiedziałam, czy cieszyła się z tego wyboru, ale ja byłam zadowolona. Uroczy barman, z którym już miałam okazję rozmawiać, podał nam alkohol. Nicole chwyciła jedną ze szklanek z takim zapałem, jakby nie piła od tygodnia. Przechyliła szkło, a po chwili na jej twarzy odmalował się grymas.
– Jak możesz to pić? Przecież to smakuje jak szczyny!
– Po prostu nie znasz się na dobrym alkoholu – roześmiałam się.
Dziewczyna obdarowała mnie morderczym spojrzeniem, ale po chwili mi zawtórowała.
– Jesteś taka piękna. – Oparła łokieć o blat i podparła brodę o wierzch dłoni. Znowu zaczęła bełkotać. – Poczekaj, muszę coś zrobić. Zaraz przyjdę!
Odprowadziłam ją wzrokiem, gdy zmierzała w stronę swoich znajomych, jednak po chwili zniknęła mi z pola widzenia.
Barman patrzył na mnie wyczekująco.
– Co? – zapytałam.
– Niezła jest. – Kiwnął głową w stronę, gdzie jeszcze przed chwilą była blondynka. – Widziałem, jak tańczyłyście. Wolisz kobiety?
Teraz unikał mojego wzroku, zajmując się czymś za barem. Był naprawdę bezpośredni, a ja uwielbiałam to w ludziach. Normalnie skończyłabym rozmowę, ale wiedziałam, że raczej już nigdy go nie zobaczę.
– Nie robi mi to różnicy – odpowiedziałam, wzruszając ramionami.
Chyba nie spodziewał się odpowiedzi z mojej strony, a w dodatku takiej. Już miał coś powiedzieć, ale ktoś go zawołał, więc z miną męczennika skierował się na drugi koniec blatu.
Poczułam wibracje w kieszeni spodni. Wyjęłam telefon. Spodziewałam się wiadomości od Marcusa, ale po przeczytaniu zrozumiałam, że w kwestii nadawcy bardzo się myliłam. Treść zaczęła kłuć mnie w oczy.
✉ Nieznajomy: Czerwień stanie się naszym kolorem.
Gwałtownie podniosłam głowę, by rozejrzeć się po klubie. Wiedziałam, że ktoś mi się przygląda. Próbowałam odszukać tę osobę, ale przez tłum tańczących ludzi nic nie widziałam. Możliwe, że już się ulotniła albo dalej stała w tym samym miejscu. Nie mogłam się ruszyć, a moje ręce zaczęły drżeć. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Przecież nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułam.
Zrobiłam krok do przodu. Moje nogi były jak z waty. Na wszelki wypadek zerknęłam w stronę barmana, ale on był zbyt zajęty rozmową z jakąś kobietą.
Jak ktoś mógł zdobyć mój numer telefonu? To było praktycznie niemożliwe. Organizacja zapewniała nam poufność, a także ochronę. Ktoś musiał się bardzo natrudzić, by zdobyć takie dane. To wzbudziło we mnie jeszcze więcej niepokoju.
W końcu się otrząsnęłam i pierwszym moim odruchem było odnalezienie Lucasa. To akurat było proste, bo stał przy wyjściu. Podbiegłam do niego, by jak najszybciej wyjść z klubu. Zanim jednak go wyminęłam, złapał mnie za ramiona i przyjrzał mi się badawczo.
– Zbladłaś – stwierdził.
– Zabierz mnie stąd – szepnęłam.
Mężczyzna nie potrzebował nic więcej. Od razu otoczył mnie ramieniem i wyprowadził z budynku. Na świeżym powietrzu nie poczułam się lepiej. Dalej miałam poczucie, że ktoś mnie obserwuje.
Poczułam strach. Po raz pierwszy i miałam nadzieję, że ostatni.
Nadzieja matką głupich.
[2]Głupotą jestsię bać.
Przez dziesięć minut siedziałam na tylnym siedzeniu i próbowałam się uspokoić. Lucas mnie nie pośpieszał, tylko cierpliwie czekał, aż będę gotowa wejść do domu. Ojciec nie mógł mnie zobaczyć w takim stanie. Uczył mnie opanowania, tego, jak pokonać strach, jak nie dać go po sobie poznać.
Ja zapomniałam o tym wszystkim przez jedną głupią wiadomość.
Oddech zaczął zwalniać, a puls się wyrównywać. Nie mogłam trwać tutaj w nieskończoność, musiałam wziąć się w garść. Podziękowałam Lucasowi.
– Wejdziesz? – zapytałam jeszcze.
– Nie dzisiaj, mała – odpowiedział z wyraźnym rozczarowaniem.
Czasami zostawał u nas na noc. W nowym domu urządziliśmy mu nawet pokój, na wypadek gdyby musiał zostać. Na ogół nie przychodził, ale od przeprowadzki ojciec chciał mieć mnie na oku.
Musieliśmy się dostosować do nowego kraju i poznać jego reguły, zanim zaczniemy swobodnie w nim żyć.
Skinęłam głową i wysiadłam. W ekspresowym tempie znalazłam się przy drzwiach. Dopiero gdy złapałam za klamkę, usłyszałam odgłos odjeżdżającego samochodu.
Weszłam do środka i z przyzwyczajenia zamknęłam drzwi na wszystkie zamki. Przymknęłam oczy i głęboko odetchnęłam. Klatka piersiowa znowu zaczęła poruszać się w niespokojnym rytmie. Szybko się otrząsnęłam, gdy usłyszałam głos Marcusa.
– Mall, to ty? – zawołał z kuchni.
– Tak!
Weszłam do pomieszczenia i oparłam się łokciami o kuchenny blat. Zmarszczyłam brwi na widok ojca, który latał po kuchni z talerzami pełnymi jedzenia.
– Co robisz? – zapytałam podejrzliwie.
– Mamy gości, jakiś ważniak z kancelarii chce omówić ze mną szczegóły dotyczące pracy – mruknął markotnie. – Ubierz się ładnie, powinni być za dwadzieścia minut.
Wykrzywiłam usta w grymasie niezadowolenia. Nie lubiłam takich spotkań. Wizja spędzenia paru godzin w towarzystwie prawników przyprawiała mnie o mdłości.
– Zjesz z nami kolację i możesz iść do siebie – usłyszałam.
Mój humor diametralnie się zmienił. Cieszyłam się, że ojciec zna mnie tak dobrze.
– Zaraz dochodzi dwudziesta – zauważyłam. – Czemu przychodzą tak późno?
– Nie wiem, to był jego warunek. – Wzruszył ramionami.
Nie dopytywałam o szczegóły, tylko bez słowa poszłam do siebie. Szybko wzięłam prysznic. Miałam bardzo mało czasu, więc chwyciłam pierwsze lepsze ubranie. Padło na elegancką granatową suknię. Nie wiedziałam, czy to odpowiedni strój, ale nie miałam innego wyboru. Już po chwili byłam gotowa. Długi materiał opinał moje piersi i biodra, a swobodnie opadał dopiero przy kostkach. Dekolt i całe ramiona były zasłonięte, przez co czułam się nieswojo. Wolałam bardziej odkryte stylizacje. Całość dopełniłam biżuterią i czarnymi szpilkami.
W pośpiechu zbiegłam na dół i zabrałam się za nakrywanie stołu. Już po chwili usłyszałam charakterystyczny dźwięk dzwonka do drzwi. Postanowiłam przywitać gości, gdy ojciec kończył przygotowania.
Otworzyłam drzwi i ujrzałam młodych ludzi. Kobieta miała na sobie suknię w kolorze czerwonego wina z dekoltem w kształcie serca. Jej ciemne włosy i usta muśnięte czerwoną szminką świetnie się z nią komponowały. Wyglądała jak milion dolarów, a pewność siebie, jaka od niej biła, była wyczuwalna na kilometr.
Za nią wszedł mężczyzna. Miał cerę naznaczoną upływem czasu, a cienkie wagi wyginał w szerokim uśmiechu.
Chciałam już zamykać drzwi, jednak w ostatniej chwili zauważyłam kogoś jeszcze. Za nimi stał chłopak. Byłam zmuszona lekko zadrzeć głowę, by zobaczyć jego twarz. Nie dość, że był wysoki, to jeszcze cholernie przystojny. Zapewne był ich synem, więc ponownie się odsunęłam, aby go wpuścić. Nie spodziewałam się, że facet przyprowadzi całą rodzinkę.
– Dzień dobry, mój tata powinien zaraz…
– Już jestem! – zawołał ojciec, zbliżając się do nas. – Wybaczcie mi moje roztargnienie, przygotowywanie kolacji dla tylu osób to dla mnie nowość.
Zaśmiał się lekko, tym samym rozluźniając atmosferę.
– Nic się przecież nie stało. – Mężczyzna jako pierwszy wyciągnął dłoń w moją stronę. – Ellis Murray. – Następnie zwrócił się do mojego ojca, również ściskając jego dłoń. – Dziękuję, że uszanowaliście moją prośbę dotyczącą godziny.
– Żaden problem. To zapewne twoja żona i twój syn. – Popatrzył na nich. – Witam, Marcus Morrigan.
Ujął dłoń kobiety, nachylił się nad nią i delikatnie musnął ustami.
– Fallon Murray, bardzo miło mi was poznać.
Następnie obrócił się do chłopaka, z którym wymienił stanowczy uścisk.
– Az. – Odpowiedź była krótka, a ton oschły.
Mogłam się założyć, że został zmuszony, by tutaj przyjść.
Dopiero teraz, gdy ujrzałam go w świetle, byłam w stanie zauważyć więcej. Włosy miał czarne, w artystycznym nieładzie. Zwróciłam uwagę na jego bardzo ciemne oczy, na pierwszy rzut oka praktycznie czarne. Całość dopełniały prosty, lekko zadarty nos i idealna linia żuchwy.
Jedna rzecz bardzo mnie zdziwiła. Jego dłonie zdobiły satynowe rękawiczki. Ich czerń pasowała do biało-czarnego garnituru, jednak było lato, a na zewnątrz panowała temperatura ponad dwadzieścia stopni. Pierwsza myśl zaczęła atakować mój umysł.
Musi cośukrywać.
– Skoro już wszyscy się przywitali, to zapraszam do jadalni. – Głos ojca przywrócił mnie do rzeczywistości.
Musiał zauważyć, że zbyt długo wpatrywałam się w chłopaka, który wyglądał jak młody bóg, bo po raz pierwszy się uśmiechnął.
Po słowach kobiety wszystko się jednak zmieniło.
– Az, kochanie, chodźmy – powiedziała do bruneta i machnęła na niego ręką.
Czar prysł jak mydlana bańka. To jedno zdanie zadziałało na mnie jak kubeł zimnej wody. Już nie zwracałam uwagi na boski wygląd, tylko na to, że był prawdopodobnie synkiem mamusi, który spełnia wszystkie jej zachcianki.
Bez słowa poszłam do jadalni i usiadłam na wyznaczonym przez ojca miejscu. Po paru minutach zaczęła się istna katorga, a dodatkowo dawało mi się we znaki palące spojrzenie osoby siedzącej naprzeciwko.
Grzebałam widelcem w talerzu, bo nie mogłam już nic więcej w siebie wcisnąć. Poza tym prawniczy bełkot i nienaturalna uprzejmość sprawiły, że odechciało mi się jeść. Wstałam z miejsca, podziękowałam za posiłek i ruszyłam w stronę swojego pokoju.
Żaden z gości nie protestował – nawet nie wiedziałam, czy w ogóle zarejestrowali moje zniknięcie. Na pewno nie obeszło to pary, jednak dopóki nie weszłam na schody, czułam na plecach palący wzrok chłopaka.
Zatrzasnęłam za sobą drzwi i podeszłam do biurka, na którym leżała moja torebka. Był w niej straszny bałagan, przez co chwilę szukałam paczki papierosów. Gdy ją znalazłam, włożyłam jednego między wargi, podeszłam do okna i po chwili je otworzyłam. Usiadłam na parapecie, sięgnęłam do kieszeni po zapalniczkę i zaczęłam rozkoszować się paleniem.
Dym przyniósł mi upragnione ukojenie. Godzina przy tym cholernym stole to było dla mnie za dużo. Wszyscy starali się sprawiać wrażenie idealnych, poukładanych, ale zaraz na początku zdążyłam ich przejrzeć. Wiedziałam, że coś ukrywają.
Siedziałam, co chwilę zaciągając się papierosem. Wsłuchiwałam się w dźwięki dochodzące zza okna. Dom znajdował się na obrzeżach. Nie chcieliśmy mieszkać w centrum, by niepotrzebnie nie przyciągnąć czyjejś uwagi. Mimo to ulica obok budynku była nad wyraz ruchliwa, szczególnie w godzinach wieczornych. Hałas silników samochodów i motorów, a także odgłosy głośnych kłótni z sąsiednich domów działały na mnie uspokajająco.
Może i było to kuriozalne, ale dopiero w takich chwilach czułam, że żyję. Zawsze byłam w ruchu i nie miałam wielu chwil na złapanie oddechu. Teraz był jeden z tych momentów, w których doceniałam wszystko, co robię.
Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk przychodzącego połączenia. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać, ale z ciekawości spojrzałam na ekran i momentalnie zamarłam.
Clayton Foster.
Wahałam się przez dłuższy czas, zanim podniosłam komórkę i przyłożyłam ją do ucha. Wiedziałam, że to, co teraz robię, jest niewłaściwe. Najwidoczniej jednak lubiłam rozdrapywać stare rany.
– Clayton? – zaczęłam drżącym z emocji głosem.
– Cześć, Mall – przywitał się, a mnie przeszedł dreszcz, gdy usłyszałam jego radosny ton. – Jak się czujesz?
Nie, nie, nie. Nierób mi tego – błagałam w myślach.
Chwyciłam nasadę nosa i mocno ją ścisnęłam. Clayton złamał zasadę, którą ustaliliśmy, i nawet się tym nie przejmował. Nie interesowało go to, że ja też znajdowałam się na przegranej pozycji. Tęskniłam za nim tak mocno, jak on za mną.
– Miałeś nie dzwo…
Nie zwracał uwagi na moje słowa.
– Wiem, że zrobiłem to za późno, ale złożyłem podanie na studia. Postanowiłem nie słuchać matki i wybrałem filologię angielską. – Jego ton zdradzał ekscytację.
Nie mogę tegorobić, nie powinnam. Nigdy nie łamię własnych zasad. Tylko żemuszę.
– Cieszę się, nawet nie wiesz jak – wyszeptałam. – Jaka była jej reakcja? – Chwilowa cisza po drugiej stronie oznaczała tylko jedno. – Wiesz, że i tak się dowie?
– Tak, wiem – odparł, lekko zasmucony. – Mam tylko nadzieję, że mnie nie wydziedziczy.
Zaśmiałam się, jednak gdy zorientowałam się, co robię, szybko przybrałam obojętny wyraz twarzy. Nie zapomniałam o Claytonie. Żadne uczucie, jakie do niego żywiłam, nie przestało istnieć.
– Nie powinniśmy rozmawiać – zaznaczyłam dosadnie.
Po drugiej stronie usłyszałam jedynie westchnięcie. Doskonale o tym wiedział i miał nadzieję, że mu tego nie wypomnę.
– Chciałem usłyszeć twój głos – wyznał. – Brakuje mi ciebie.
– Dobranoc, Clayton – powiedziałam, chcąc zakończyć połączenie.
– Dobranoc, Licorice.
Słyszałam w głowie tylko jedno: Licorice.
Zaczął mnie tak nazywać po naszym pierwszym spotkaniu. Po łacinie oznaczało to lukrecję. Clayton zarzekał się, że nie ma dla mnie lepszego przezwiska, bo lukrecja podobno z wierzchu jest gorzka, jednak po bliższym poznaniu okazuje się słodka. Porównywał mnie do niej na każdym kroku. Prychnęłam pod nosem na to wspomnienie.
Odrzuciłam telefon najdalej, jak mogłam. Zaciągnęłam się nikotyną, tym razem mocniej, przez co zaczęły mnie palić płuca. Nie mogłam powstrzymać drżenia rąk.
W głowie wciąż dźwięczało mi wspomnienie głosu Fostera. Przez rozmowę z nim rozsadzały mnie emocje. Oczywiście same negatywne. Byłam zła na niego za to, że do mnie zadzwonił, i na siebie, że pociągnęłam to dalej, zamiast od razu się rozłączyć. Mówiłam mu, że to będzie bolało, ale on nie słuchał.
Wszyscy postrzegali mnie jako osobę, która ma serce z kamienia. Tylko że nikt nie wiedział o Claytonie – jedynej osobie, która potrafiła je zniszczyć i potem poskładać. Słowa Claytona raniły, a równocześnie koiły powstały ból. Potrafił mnie rozbić i naprawić. Może i byłam egoistką, ale nie chciałam wiedzieć, jak sobie radzi. Wizja, że poradził sobie beze mnie, bolała tak samo jak wiadomość, że nie daje rady.
Musiałam skupić myśli na czymkolwiek. Nie mogłam siedzieć użalać się nad sobą. Podeszłam do szafy i wybrałam luźniejsze ubrania. Włożyłam białą koszulkę na ramiączkach i szare dresy. Niemal biegiem skierowałam się w stronę sali treningowej. Nie była w pełni wykończona, ale znajdowały się w niej najpotrzebniejsze rzeczy.
W pomieszczeniu panował mrok, więc zdecydowałam się na włączenie drobnych lampek, które rzuciły minimalne światło na sprzęt treningowy. Trzy całe ściany zajmowały ogromne okna. Można było przez nie zobaczyć jedynie las znajdujący się za posesją. Od paru godzin nie opuszczało mnie uczucie bycia obserwowaną, więc postanowiłam zaciągnąć wszystkie zasłony.
Nie chciałam marnować czasu na rozgrzewkę. Zaczęłam uderzać w wiszący worek treningowy. Nie siliłam się, by założyć rękawice. Ciosy zadawane gołymi pięściami były bardziej bolesne, a tego teraz potrzebowałam. Uderzałam raz za razem. Gdy tylko poczułam ten nieprzyjemny ból, zwalniałam. Gdy stawał się znośny, powtarzałam czynność, dopóki moje knykcie nie pokryły się czerwienią.
Kochałam ten widok. Widok fizycznego źródła bólu był kojący. Wtedy wiedziałam, skąd pochodzi cierpienie. W przypadku bólu psychicznego nie było to takie łatwe.
Nie mogłam przesadzić – gdybym roztrzaskała kości, ojciec nie pozwoliłby mi wziąć udziału w akcji. Zaczęłam wściekle kopać, co chwilę zmieniając nogi. Czułam strużki potu spływające po mojej skroni.
– Nie powinnaś się tak katować.
Podskoczyłam na dźwięk znajomego głosu. Pośpiesznie uniosłam wzrok i zobaczyłam chłopaka, który jeszcze przed chwilą siedział ze mną przy stole. Opierał się o ścianę i miał ręce skrzyżowane na piersi. Zauważyłam, że ściągnął marynarkę, a przez biały materiał koszuli odznaczały się idealnie zbudowane barki.
Po chwili przyłożył jedną dłoń do ust, a ja zarejestrowałam tylko malutki świetlik, który oznaczał tlącego się papierosa. Zaciągnął się, a następnie odchylił głowę do tyłu, by wypuścić dym. W takiej pozycji miałam idealny widok na jego symetrycznie zbudowaną żuchwę.
– A ty nie powinieneś się tak skradać – odbiłam piłeczkę. – Gdybym rzucała nożami, zapewne jeden już znajdowałby się w twojej tętnicy.
Zaśmiał się gardłowo, eksponując rząd perłowych zębów.
– Nie zdążyłabyś nawet wypuścić go z dłoni, bo już miałabyś go w sercu – prychnął.
Krew zaczęła się we mnie gotować, głównie dlatego, że ktoś wyśmiewał się z moich umiejętności. Miałam ochotę sprawdzić, czy nie rzuca słów na wiatr. Przez te dwie silne emocje w mgnieniu oka sięgnęłam do pasa i wyjęłam mały nóż. Brunet ponownie odchylił głowę, eksponując szyję, a ja w tym samym momencie wycelowałam ostrze w jego gardło. Złapał za ostry koniec, gdy znajdował się dosłownie milimetr od głównej żyły.
Uniosłam brwi z podziwu. Zaskoczył mnie, co udawało się tylko nielicznym. Nim się obejrzałam, musiałam odchylić głowę, bo poczułam przyjemne zimno tuż przed nosem. To była moja broń. Odwróciłam się i ujrzałam, że wbiła się w ścianę za mną. On rzucił we mnie moim, kurwa, nożem.
Na jego wargach błąkał się uśmiech satysfakcji. Nie wiedziałam dokładnie, z jakiego powodu, przecież uniknęłam ciosu.
– Czerwień ci pasuje – mruknął, wodząc wzrokiem po mojej twarzy.
Otarłam policzek wierzchem dłoni, nie zważając na to, że właśnie rozmazałam na nim swoją krew. Skaleczył mnie moim pieprzonym nożem. Przez przypływ adrenaliny spowodowany jego przybyciem nawet tego nie poczułam. Ciecz z policzka spływała drobnymi strużkami i brudziła mi twarz i ubrania.
– Jeśli, kurwa, zostanie mi blizna, to… – Wyciągnęłam palec wskazujący w jego stronę.
– To co? – Roześmiał się kpiąco. – Poskarżysz się tatusiowi, Mallory? – zapytał z drwiną, przekrzywiając głowę.
– A ty pochwalisz się mamusi… – Przerwałam, próbując przypomnieć sobie jego imię. – Az? Ja pierdolę, to naprawdę twoje imię?
– Azrael – odparł znużony. – To moje pełne imię.
Parsknęłam pod nosem. Na jego twarzy odmalowało się zdezorientowanie. Postanowiłam go uprzedzić, zanim zdąży coś dodać.
– Kurwa… – westchnęłam. – Rodzice cię nienawidzą, prawda?
Zaczęłam się śmiać wniebogłosy.
Jak można tak nazwać swoje dziecko? Mogę sięzałożyć, że w dzieciństwienie miał łatwo.
– Anioł śmierci – dodałam, wyjaśniając znaczenie jego imienia.
– Wolę określenie „król śmierci”, ale anioł też pasuje. – Jego oczy pociemniały. – Nieraz słyszałem, jak ktoś mnie tak nazywał.
Wypowiadając ostatnie słowa, zaczął powoli ściągać rękawiczki. Najpierw jedną, a następnie drugą. Przez półmrok panujący w pomieszczeniu nie widziałam zbyt wiele, jednak w pewnym momencie zauważyłam błysk na palcu Aza. Sygnet. I nawet w ciemności odczytałam symbol, który na nim widniał.
W moim gardle wyrosła wielka gula, którą z trudem przełknęłam. Starałam się zachować opanowanie i spojrzałam na niego. Uśmiechał się z zadowoleniem. Widział mój strach.
– Reges Desolationis – wydusiłam zszokowana.
On był z organizacji, która sprawiała, że ludzie znikali bez śladu… a ja znalazłam się na ich celowniku.
Powinnam była coś zrobić, ale zamiast tego stałam jak sparaliżowana. Musiałam go zabić, bo inaczej on zabije mnie. Dyskretnie sięgnęłam po kolejną broń, przymocowaną do mojego pasa. Nie wiedziałam, jak Azrael się zachowa, ale nie mogłam wykonać pierwszego ruchu, bo wtedy rada skończyłaby ze mną. Nie uznawali czegoś takiego jak samoobrona. Byłam zmuszona czekać na jego posunięcie.
– Morriganowie przynoszą śmierć – oznajmił, odpychając się od ściany. – A ja będę ich końcem.
Przełknęłam ślinę, gdy zbliżał się do mnie powolnym krokiem. Nawet nie drgnęłam, zwyczajnie nie mogłam. Przeszywał mnie strach, a ja nie umiałam go powstrzymać. Dłoń drżała mi na rękojeści, dlatego nie zdobyłam się na to, by dobyć broni.
Chwycił mój podbródek i uniósł. Musiałam zadrzeć głowę, by spojrzeć w czarne oczy. Powędrował ręką wyżej i otwartą dłonią musnął mój policzek. Poczułam gorącą krew, która nie należała do mnie. Zraniłam go.
– Do zobaczenia, Mallory Morrigan – powiedział z uśmiechem.
Odwrócił się i wyszedł. Zwyczajnie wyszedł z sali. Nie zaatakował mnie, ale to było właściwie pewne. Oni nie zadają ciosu, gdy się tego spodziewasz.
Pozostawił mnie w głuchej ciszy, która została zakłócona przez mój szalejący puls. Dudnił mi w uszach, nie zostawiając przestrzeni na natłok myśli.
– Mój koniec jest blisko – szepnęłam do siebie.
Każdy czeka na swojego Anioła Stróża. Ja zamiastniego dostałam Anioła Śmierci.
Czy to kara?
[3] Umrzeć.
Gdy usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi, zaczęłam biec. Musiałam jak najszybciej dotrzeć do ojca.
Jezu, jeślimu coś zrobili…
Nawet nie chciałam o tym myśleć.
Widziałam już światło dochodzące z przedpokoju i w tym samym momencie na coś wpadłam. Ból, który poczułam, nie był spowodowany upadkiem, tylko mocnym szarpnięciem za nadgarstek. Marcus złapał mnie w ostatniej chwili i szybko przyciągnął do siebie. Zerknął na mnie badawczo, po czym ułożył dłonie na moich barkach, przyglądając się ranie na policzku.
– Reges Desolationis – szepnęłam. – To oni.
Nie zwrócił uwagi na moje słowa. Musiał wiedzieć.
– Zrobił ci coś? Krwawisz – zauważył.
– Kim są? Czego chcą? Dlaczego akurat my? – zadawałam serię pytań, by uzyskać odpowiedź na chociaż jedno.
Nie wiedziałam dokładnie, kim są. Jedynie słyszałam plotki i domysły innych osób na ich temat. Orientowałam się, że porywali ludzi – konkretnie tych, którzy mieli dużo na sumieniu – ale nie wiedziałam, w jaki sposób.
– Opatrzę cię – zaproponował, ignorując moje pytania.
Nie naciskałam na niego, chociaż w środku płonęłam z ciekawości i emocji. Nigdy wcześniej nie czułam strachu, tymczasem dzisiaj zdarzyło się to już drugi raz. Nie wiedziałam, jak sobie z tym radzić.
Marcus poszedł do łazienki po apteczkę, a ja do jadalni, gdzie jeszcze niedawno odbywała się kolacja. Usiadłam na krześle i podparłam czoło dłonią, głęboko wzdychając. Chwilę później usłyszałam szelest.
Ojciec usiadł obok mnie, po czym zaczął rozpakowywać skrzynkę i wyciągać z niej potrzebne przedmioty. Namoczył wacik i przetarł ranę, na co syknęłam. Nie bolało, po prostu nie było to przyjemne.
– Trzeba to zszyć – oznajmił, a ja wytrzeszczyłam oczy.
Myślałam, że żartuje lub zaraz powie, że pojedziemy do szpitala, ale nie. Nigdy nie widziałam go tak poważnego.
On chciał zszyć mi policzek teraz. W cholernej, kurwa, jadalni.
Bez słowa poszłam do kuchni. Otworzyłam małą szafkę i wyjęłam z niej butelkę czystej wódki. Odkręciłam ją, po czym bez zastanowienia upiłam łyk, a potem kolejny i kolejny, aż przestałam czuć jej gorzki smak.
Gdy opróżniłam co najmniej połowę, wróciłam do Marcusa, który siedział dalej w tej samej pozycji. Ani drgnął, przez co moim ciałem ponownie zawładnął strach. Nie wiedziałam, o czym myślał, ale chciałam się jak najszybciej dowiedzieć.
– Szyj – rozkazałam, siadając z powrotem na swoim miejscu.
– Należą do organizacji, prawie tak jak my – powiedział, przygotowując odpowiednie przyrządy. – Od pokoleń na nas polują, bo według nich stanowimy zagrożenie dla przeciętnych ludzi. Nasze nazwisko wzbudza różne emocje. Między organizacjami jesteśmy śmiercią, a na salach sądowych życiem, ale to już wiesz.
Doskonale wiedziałam. Ojciec nigdy nie przegrał żadnej sprawy, zawsze wszystkich ratował od niesprawiedliwego osądu. To była dla niego pokuta za osoby, które pozbawił życia.
Za ludzi, których niesprawiedliwie osądził.
Morriganowie rzeczywiście przynosili śmierć. Mój ród istniał i działał nieprzerwanie od kilku wieków. Dopiero my postanowiliśmy podążać nieco inną drogą. Nie zabijaliśmy wszystkich, tylko tych, którzy naprawdę na śmierć zasługiwali. Mało zabójców wiedziało o tym, że przystąpiliśmy do innej organizacji. Nawet jeśli ktoś wiedział, to i tak na dźwięk naszego nazwiska myślał tylko jedno.
Śmierć.
– Zagryź – poprosił, podając mi skórzany pas.
Wsunęłam go między zęby, a gdy poczułam rozprzestrzeniający się ból, zacisnęłam je z całych sił. Ojciec nie robił tego po raz pierwszy, więc już po chwili rwanie ustało. Pierwszy szew, zostało jeszcze przynajmniej dziesięć.
