Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
28 osób interesuje się tą książką
Jedna noc. Jeden pociąg. Zemsta, która wymknęła się spod kontroli.
Bestseller „New York Timesa”;
Jeden z najbardziej wyczekiwanych thrillerów 2025 roku — lista Most Anticipated Fiction of 2025 Barnes & Noble;
Nowoczesny hołd dla Agathy Christie, który zachwycił czytelników;
Thriller szybki jak ekspres — pełen sekretów, napięcia i grozy nieuchronnie zbliżającej się katastrofy.
„Kierunek zemsta” to najnowszy thriller Riley’a Sagera, autora międzynarodowych bestsellerów, którego książki ukazały się w ponad 35 krajach i sprzedały się w ponad 3 milionach egzemplarzy.
Rok 1954. Luksusowy pociąg Philadelphia Phoenix wyrusza w nocną, bezpostojową podróż do Chicago. Na jego pokładzie zasiada sześć osób, które przed laty zniszczyły życie Anny Matheson. Zwabieni pod fałszywym pretekstem, nieświadomi zastawionej na nich pułapki, stają się częścią skrupulatnie zaplanowanej zemsty. Anna pragnie jednego: konfrontacji, prawdy i oddania winnych w ręce władz czekających na końcu trasy.
Zanim jednak pociąg dotrze do celu, dochodzi do morderstwa. Uwięzieni na torach pasażerowie zaczynają podejrzewać siebie nawzajem, a napięcie rośnie z każdą minutą. Czyżby Anna nie była jedyną osobą, która przyjechała rozliczyć przeszłość?
David Baldacci: „Błyskotliwe i pełne napięcia połączenie I nie było już nikogo i Morderstwa w Orient Expressie. Porywająca, przesycona grozą historia chciwości, morderstwa i zemsty. Wskakujcie na pokład Phoenixa!”
Freida McFadden: „Locked-room thriller w najlepszym wydaniu! Napięcie non stop, a zwroty akcji przyprawiają o zawrót głowy!”
The New York Times Book Review: „Sager to mistrz twistów.”
Vulture: „Powieści Sagera są mroczne, klimatyczne, łatwe do czytania bez bycia lekkimi — i cholernie satysfakcjonujące.”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 367
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Sager wie, jak opowiadać, by trzymać w niepewności.
– „Washington Post”
Dynamiczny thriller, „zagadka zamkniętego pokoju” i brutalna opowieść o zemście […]. Perfekcyjne tempo i spektakularne zwroty akcji.
– „New York Times Book Review”
Riley Sager to wirtuoz trzymających w napięciu thrillerów i specjalista od zwrotów akcji.
– Buzzfeed
Riley Sager to wirtuoz trzymających w napięciu thrillerów i specjalista od zwrotów akcji […]. Kierunek zemsta ma jakość dobrego kina – spodoba się tym, którzy tęsknią za nowym Morderstwem w Orient Expressie, i zadowoli fanów Hitchcocka, dla których Nieznajomi z pociągu to jego największe dzieło.
– HuffPost
Tempo akcji nie zwalnia ani na chwilę, intryga jak u Agathy Christie, a filmowy klimat godny Alfreda Hitchcocka.
– „BookPage”
Wciągająca „zagadka zamkniętego pokoju”.
– „People”
U szczytu pisarskiej formy. Sager serwuje thriller aż gęsty od napięcia i tak misternie skonstruowany, że czytelnik kończy lekturę niemal bez tchu i w stanie lekkiego szoku. Ta książka to akt literackiego geniuszu.
– „Booklist”
Sager to mistrz zwrotów akcji.
– „The New York Times Book Review”
[Powieści Sagera] przyprawiają o gęsią skórkę. Są lekkie w odbiorze, lecz nigdy miałkie, a przy tym piekielnie wciągające.
– Vulture
Kierunek zemsta to „zagadka zamkniętego pokoju” w najlepszym wydaniu! Nieustanne napięcie i zwroty akcji nie pozwolą wam złapać tchu!
– Freida McFadden,
autorka bestsellerów „New York Timesa”
Błyskotliwe i ekscytujące połączenie I nie było już nikogo z Morderstwem w Orient Expressie Agathy Christie. Sager zgrabnie splata wszystkie wątki w porywającą, pełną napięcia opowieść o chciwości, morderstwie i zemście. Wsiadajcie do Phoeniksa i bawcie się dobrze!
– David Baldacci,
bestsellerowy autor Strangers in Time
TYTUŁ ORYGINAŁU:With a Vengeance
Redaktor prowadzący: Wojciech Ciuraj Wydawca: Wojciech Ciuraj Redakcja: Adrian Kyć Korekta: Sylwia Zazulak Projekt okładki: Łukasz Werpachowski Ilustracja na okładce: : © Andrew Mackin, © Taras Rudenko, © M Talvik / Stock.Adobe.com
Copyright © 2025 by Riley Sager
Copyright © 2026 for the Polish edition by Mova an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Copyright © for the Polish translation by Ryszard Oślizło, 2026
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne Białystok 2026 ISBN 978-83-8417-646-7
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Plik przygotował Woblink
woblink.com
Mojej rodzinie
Pociąg nie jest pusty, chociaż z pewnością sprawia takie wrażenie. Niektóre części składu są obecnie nieużywane. Wagony drugiej klasy. Wagon restauracyjny. Sypialny. Są opustoszałe i ciche, jeśli nie liczyć echa stukotu kół na torach. Ten pociąg, zdolny pomieścić dziesiątki, a nawet setki pasażerów, wiezie zaledwie osiem osób.
Siedem z nich żyje.
Jedna jest martwa.
Jeszcze minutę temu sytuacja wyglądała inaczej – wszyscy byli jak najbardziej żywi. Ale w trakcie podróży pociągiem dzieją się niespodziewane rzeczy i najwyraźniej coś takiego właśnie się wydarzyło. Annę Matheson wzięło to z zaskoczenia. Jej reakcja pokazuje jasno, że nie taki był plan. Wydaje się autentycznie wstrząśnięta widokiem ciała rozciągniętego na podłodze salonki pierwszej klasy.
Dziwna reakcja.
Anna ma wszelkie powody, by życzyć śmierci pozostałym.
Ci „pozostali”, nawiasem mówiąc, to sześć osób podróżujących tym pociągiem na jej zaproszenie. Zaproszenie, które – gdyby tylko wiedzieli, kto im je wysłał – wszyscy by odrzucili.
Prosimy o przyjęcie niniejszego imiennego zaproszenia
na nocną podróż pociągiem z Filadelfii do Chicago,
która rozpocznie się wieczorem 14 grudnia
w luksusowym składzie Philadelphia Phoenix
Odjazd z Filadelfii o godzinie 19:00 czasu EST
Przyjazd do Chicago o godzinie 7:00 czasu CST
Niezbyt przekonujące jak na zaproszenie. W końcu jest rok 1954. Nikt nie chce się tłuc pociągiem przez trzynaście godzin, skoro samolotem United Airlines można dolecieć do Chicago w niespełna trzy. Anna, rzecz jasna, dobrze o tym wiedziała, dlatego na odwrocie każdej kartki dopisała odręcznie wiadomość skierowaną do konkretnego adresata. Bo chociaż grzechy mieli takie same, sekrety – zupełnie inne.
Te spersonalizowane liściki wystarczyły, by ściągnąć tu całą szóstkę. Nie przeszkadzało im, że nie wiedzą, kto wysłał zaproszenie ani dlaczego właśnie do nich. Nie zaniepokoił ich także brak możliwości odpowiedzi. Wszyscy stawili się o wyznaczonej godzinie odjazdu z zaproszeniem w ręku. I oto są – pięcioro gości, jedna gospodyni, jej wspólnik i trup.
Z martwej twarzy nie zdążyła jeszcze odpłynąć krew. Szeroko otwarte oczy wpatrują się w sufit, a w kącikach ust pieni się ślina, w której połyskują karmazynowe plamki.
Od razu widać, że nie była to śmierć naturalna.
Ani bezbolesna.
Ale przynajmniej szybka, bo od pierwszego sygnału, że coś jest nie tak, do nagłej śmierci nie upłynęła ani minuta. Ofiara nie zdążyła nawet wypuścić z ręki białego obrusu, który zerwała ze stolika koktajlowego, osuwając się na podłogę. Jeden jego koniec tkwi w zaciśniętych martwych palcach. Reszta nadal przylega do blatu, przesiąknięta ginem z przewróconego kieliszka po martini.
Za chwilę ktoś wpadnie na rozsądny pomysł, by przykryć ciało suchym obrusem. Do tego czasu wszyscy wpatrują się w nie z mieszaniną szoku i niedowierzania. Najbardziej wstrząśnięta jest Anna, po której twarzy przepływają tysiące emocji. Najsilniejszą z nich jest strach.
Bo skoro jedna z podróżujących osób została zamordowana – przez kogoś z tego wagonu – Anna obawia się, że jest tylko kwestią czasu, zanim zdarzy się to ponownie.
Anna Matheson odchrząkuje, prostuje plecy i opanowuje drżenie rąk. W myślach zamienia się w posąg, nieruchomy i nieodgadniony. Byle tylko nie wyglądać na przestraszoną, choć w rzeczywistości boi się od tak dawna, że strach zdążył przeniknąć ją do szpiku kości.
Mimo to gdy w końcu się odzywa, jej głos brzmi pewnie i czysto.
– Wiecie, kim jestem. I wiecie, dlaczego was tu zebrałam. A jeśli jeszcze tego nie odkryliście, to zaraz się dowiecie. – Anna urywa, tak jak to przećwiczyła. Pauza jest odmierzona co do milisekundy, by nawet ci najmniej lotni nadążyli. – Zapewne już się rozpoznaliście. Może nawet mieliście okazję zamienić kilka słów. To wystarczyło, jak sądzę, by zacząć podejrzewać, że sprowadzono was tu pod fałszywym pretekstem. Te podejrzenia są słuszne. Powód tej podróży jest prosty. Jestem tu, aby…
W tej samej chwili pociąg szarpie, a Anna chwieje się na nogach. W maleńkiej łazience swojego przedziału patrzy, jak jej odbicie trzęsie się w równie maleńkim lusterku. Gdy pierwszy raz jechała Philadelphia Phoeniksem, wszystko wydawało się olbrzymie. Nie tylko przedział, ale i sam pociąg. Każdy wagon zdawał się nie mieć końca, jakby przejście przez całą długość składu wymagało wielokilometrowego marszu.
Wtedy jednak Anna miała jedenaście lat, a pociągi odgrywały w jej życiu ważną rolę. Szczególnie te należące do Union Atlantic Railroad. W odróżnieniu od większości linii kolejowych tamtych czasów Union Atlantic znajdowała się w prywatnych rękach, a jej właścicielem był ojciec Anny, który odziedziczył rodzinny interes. Również wbrew zwyczajom nie zlecano budowy wagonów ani lokomotyw zewnętrznym firmom takim jak Pullman. Wszystko projektowano i produkowano we własnym zakładzie w Filadelfii – tam powstał także Phoenix. Matka Anny zaprojektowała wnętrza, wypełniając je swoimi ulubionymi tkaninami i kolorami. Aksamitne zasłony, szenilowa tapicerka, adamaszkowe ściany. Królowały odcienie pawiego błękitu, szmaragdowej zieleni i głębokiej kości słoniowej, a całość wykończono w orzechu, z brązowymi i złoconymi detalami.
Po jej matce, bracie i samej Annie Philadelphia Phoenix był największą dumą i radością ojca. Wjechał na tory w 1937 roku. Nie był pierwszym pociągiem o opływowych kształtach, nie był też ani najszybszy, ani najbardziej znany, ale to nie miało znaczenia. Phoenix był lśniącym cudem, pędził z zawrotną szybkością i zadziwiał niezrównanym luksusem.
Poza tym ojciec go kochał i to wystarczyło, by właśnie ten pociąg Anna wybrała na tę nocną podróż. Aby przypominał innym o wszystkim, co jej odebrano.
Pociąg znów szarpie, tym razem celowo. Chwilę później ktoś puka cztery razy do drzwi.
Seamus.
Przyszedł powiedzieć jej to, co ona już wie.
Że pociąg ruszył.
I już nie ma odwrotu.
Anna pospiesznie podchodzi do drzwi, czując pod bosymi stopami, że pociąg nabiera szybkości. To dziwne wrażenie sprawia, że na sekundę traci równowagę i musi oprzeć się o ścianę, żeby nie upaść. Nieważne, ile razy jeździła pociągiem, zawsze potrzebuje chwili, aby oswoić tę dziwną sprzeczność: stoisz na twardym podłożu, a jednocześnie się poruszasz. „Pociągowe nogi”, tak to nazywał jej ojciec.
Odsuwa dłoń od ściany i staje pośrodku przedziału, czekając, aż jej nogi przyzwyczają się do łagodnego kołysania pociągu. Gdy już łapią rytm, Anna odsuwa rygiel i otwiera drzwi.
Za nimi, tak jak się spodziewała, stoi Seamus, wypełniając sobą wąskie przejście korytarza biegnącego przez całą długość wagonu. W oknach za jego plecami widać tylko czerń. Pociąg jest już w tunelu; wyjeżdżają z miasta.
– Wszystko zgodnie z planem? – pyta Anna, nie przejmując się tym, że stoi w drzwiach w samej halce. Seamus widział ją już w większym negliżu.
– Na razie tak.
– A maszynista? Nadal prowadzi Burt Chapman?
Seamus potwierdza skinieniem głowy.
– Tak. Sam widziałem, jak wspinał się do lokomotywy.
Co za ulga. Burt Chapman jeździł Phoeniksem od samego początku. Anna wie, że to dobry człowiek. Po śmierci ojca przysłał kartkę z kondolencjami. Jedyną, jaką ona i matka dostały. Ten uprzejmy gest wystarczył, by uwierzyła, że Burt dowiezie ich do Chicago bez przeszkód. Pokaźna suma, którą mu zapłaciła, z pewnością pomogła.
– Jesteś pewna, że da radę sam? – pyta Seamus. – Trzynaście godzin bez żadnej przerwy to poważna sprawa.
– Nic mu nie będzie. Jeździł tą trasą tyle razy, że pewnie mógłby nią przejechać z palcem w nosie. Co z resztą załogi?
– Wszystko załatwione – odpowiada Seamus. – Każdy konduktor, kucharz, bagażowy i hamulcowy. Miejmy nadzieję, że po tym wszystkim nie stracą roboty.
Anna przemilcza tę uwagę. Seamus już wcześniej wyraził obawę, że ta noc może kosztować niewinnych ludzi utratę środków do życia. Anna też o tym myślała i uznawszy, że nie ma innego wyboru, wypłaciła im wszystkim hojną rekompensatę: trzymiesięczną pensję w gotówce plus coś ekstra dla tych najbardziej narażonych na karę od szefa.
Los pracowników pociągu to jednak najmniejsze ze zmartwień Anny. Jej myśli zaprzątają pasażerowie.
– A pozostali? – pyta. – Wszyscy się pojawili?
Seamus się krzywi, a Annę ogarnia niepokój. Ten grymas łatwo u niego przeoczyć, podobnie jak rzadki na jego twarzy uśmiech. Bez niego uznałaby, że odpowiedź brzmi „tak”. Zna tych ludzi. Wie, czemu potrafią się oprzeć, a czemu nie. Ale jego mina sugeruje, że coś już wymknęło się spod kontroli.
A podczas tej podróży nie ma miejsca na błędy.
– Niby tak – mówi Seamus wymijająco. – Ale jest mały zgrzyt.
– Jaki zgrzyt?
W tej samej chwili zza drzwi na końcu wagonu dobiega głos. Męski. Wyraźnie zniecierpliwiony i pewny siebie. Anna zgaduje, że to Jack Lapsford.
– Czy ktoś łaskawie ruszy tyłek i mi pomoże?
Anna cofa się do swojego przedziału. Nie może jej zobaczyć. Nikt z nich nie może. Jeszcze nie. Skinieniem głowy przypomina wciąż krzywiącemu się Seamusowi, że na razie musi grać rolę kolejarza.
– Już idę, proszę pana – mówi, zmuszając się do uniżonego uśmiechu.
Anna zamyka drzwi, po czym przyciska do nich ucho i słucha, jak Seamus idzie na koniec wagonu.
– W czym mogę pomóc?
– Na początek powiedz mi pan, gdzie się, do diabła, podziali wszyscy bagażowi.
Po tych słowach Anna ma pewność, że to Lapsford. Roszczeniowy kretyn.
Zamyka drzwi i zasuwa rygiel. Teraz, skoro już wie, że wszyscy są w pociągu, musi zachować szczególną ostrożność. Wraca na środek przedziału, ale nogi wciąż się chwieją. Tym razem to przez Jacka Lapsforda. Brzmienie jego głosu przypomina jej o wadze tej podróży. O tym, co zamierza zrobić. Co musi zrobić. I że po tylu przygotowaniach wreszcie wszystko się rozpoczyna.
Anna sięga po leżącą na łóżku listę pasażerów. Przebiega wzrokiem po nazwiskach sześciu osób zaproszonych do udziału w tej podróży i przypisanych im numerach przedziałów.
Sal Lawrence, wagon 12, przedział A
podpułkownik Jack Lapsford, wagon 12, przedział B
Kenneth Wentworth, wagon 12, przedział C
Herb Pulaski, wagon 13, przedział A
Edith Gerhardt, wagon 13, przedział B
Judd Dodge, wagon 13, przedział C
Każde z tych nazwisk wywołuje w piersi Anny falę gniewu. Ci ludzie – sześć zepsutych, odrażających, złych osób – znajdują się teraz w tym pociągu. Gdyby chciała, mogłaby przejść korytarzem, od drzwi do drzwi i zabić ich wszystkich, jedno po drugim.
A chce tego bardzo.
Dlatego ona i Seamus zajmują przedziały A i B w wagonie jedenastym, a trzeci pozostaje pusty. Działa jak bufor – chroni wszystkich przed jej najgorszymi instynktami.
Anna wypuszcza kartkę z ręki i zerka w okno, zaskoczona odkryciem, że wyjechali z tunelu i oddalają się od miasta. Tak długo sądziła, że ta noc nigdy nie nadejdzie. A teraz, kiedy nadeszła, wydaje się mijać szybciej, niż Anna się spodziewała.
Na moment światła w przedziale gasną. W Phoeniksie to nic niezwykłego – z uwagi na swoje luksusowe wyposażenie ten pociąg wymaga więcej energii niż większość innych. A jednak ta chwila ciemności budzi niepokój, bo właśnie wtedy widok za oknem staje się wyraźniejszy. Pociąg sunie teraz pod ciemnym niebem, na którego tle wirują wielkie płatki śniegu.
Anna śledziła prognozy pogody i wiedziała, że prawdopodobnie zacznie sypać. Nie spodziewała się tylko, że tak od razu – zakładała, że pierwsze płatki zobaczy dopiero w połowie drogi przez Pensylwanię. Teraz się niepokoi, jak wielka czeka ich zamieć w drodze na zachód – i czy rozpęta się tak bardzo, że zatrzyma Phoeniksa.
Ponieważ pociąg nie może się zatrzymać – pod żadnym pozorem. Nawet półminutowy postój mógłby całkowicie zrujnować plan Anny.
Światła znowu się zapalają i widok za oknem znika. Anna rusza się z miejsca i szybko zaczyna się ubierać, tworząc i uzupełniając starannie przemyślany wizerunek.
Czerwona sukienka.
Skromna, lecz podkreślająca kształty. Uszyta tak, by leżała na niej jak zbroja, a jednak na tyle elastyczna, by mogła w niej biegać, jeśli zajdzie taka potrzeba. A podejrzewa, że może zajść.
Czerwone buty z odkrytą piętą.
Zło konieczne. Zaletą jest to, że obcasy dodają jej wzrostu, autorytetu. Wadą – że mogą przeszkadzać, jeśli naprawdę będzie musiała biec.
Czerwona szminka.
Bo tak.
Blond włosy upięte w niezbyt twarzowy kok – wybór podyktowany względami praktycznymi, nie modą. Anna nie chce, by rozpuszczone, sięgające ramion włosy jej przeszkadzały. To samo dotyczy biżuterii. Żadnych naszyjników, bransoletek ani niczego, za co można by chwycić. Poza diamentowymi kolczykami w uszach jedyną ozdobą, jaką nosi, jest przypinka do klapy marynarki, która należała do jej ojca.
Maleńka, srebrna lokomotywa przypięta do góry sukienki, tuż przy sercu.
I jeszcze nóż. O płaskim trzonku i dziesięciocentymetrowym ostrzu, ukryty pod sukienką, wsunięty w przypiętą do uda pochwę. Anna uznała go za konieczny, na wypadek gdyby znalazła się w sytuacji, w której ucieczka nie będzie w ogóle możliwa.
Kiedy uważnie przygląda się swemu odbiciu w łazienkowym lusterku, w jej głowie rozlega się głos ciotki Retty, iskrzący satysfakcją.
„Właśnie tak, skarbie, oto strój godny mścicielki”.
Taki był od początku zamysł Anny. Ale nawet ona sama jest zaskoczona efektem. Wygląda olśniewająco. To jedno z ulubionych słów jej matki, pewnie dlatego, że tak doskonale ją opisywało. Margaret Matheson miała w sobie elegancję, o jakiej większość kobiet mogła tylko pomarzyć – nie wyłączając Anny. Miała wręcz magiczną moc sprawiania, że wszystko – od najdroższych kreacji po dżinsy i flanelową koszulę roboczą – wyglądało jak z paryskiego wybiegu, zaprojektowane specjalnie dla niej.
Romans rodziców Anny był krótki, lecz intensywny – zaledwie dwa tygodnie dzieliły ich pierwsze spotkanie od ślubu zawartego przed sędzią pokoju. Tempo, w jakim się to odbyło, wywołało plotki o ślubie z przymusu, a narodziny Tommy’ego osiem miesięcy później jeszcze je podsyciły. Towarzyski skandal nie wybuchł z dwóch powodów. Po pierwsze, większość mieszkańców Main Line w Filadelfii nie miała w zwyczaju otwarcie plotkować, a po drugie, nawet ci nieliczni, którzy to robili, widzieli, jak bardzo Arthur Matheson jest zadurzony w świeżo poślubionej żonie.
Och, jakże ojciec Anny patrzył na jej matkę. Patrzyli wszyscy, rzecz jasna. Nie mogli się oprzeć. Anna często czuła się wręcz oszołomiona jej niezwykłą urodą. Nikt jednak nie patrzył na Margaret tak jak jej mąż. Za każdym razem, gdy na nią spojrzał, rysy jego twarzy miękły na chwilę, po czym rozjaśniały się radością. A ona odwzajemniała się promiennym uśmiechem.
W dzieciństwie Anna przez kilka miesięcy była święcie przekonana, że jej matka jest gwiazdą filmową, bo tylko ludzie w filmach promienieli tak jak ona. Na pewno nie matki jej koleżanek – one zwykle wyglądały na zgaszone i smutne. A jej matka? Jaśniała. I właśnie dlatego ilekroć Anna siedziała w kinie, spodziewała się ujrzeć jej twarz migoczącą na srebrnym ekranie.
Nawet gdy porzuciła tę dziecięcą fantazję, wciąż była przekonana, że jej matka mogłaby zostać gwiazdą, gdyby tylko chciała. Podobnie jak Tommy, który odziedziczył jej urodę i olśniewający uśmiech, a nosił się ze swobodą filmowego amanta.
Anna była podobna do ojca, człowieka o niepozornej aparycji, ale nigdy jej to nie przeszkadzało. Była ładna, lecz zwyczajna, bez tego blasku, którym emanowali matka i brat. Dla Anny nie miało to znaczenia. Wiedziała, że jej rodzina wiedzie życie jak z bajki.
A przynajmniej wiodła – przez jakiś czas.
Wkrótce bowiem wszystko przepadło. Najpierw zginął Tommy. Potem jej ojciec. A w końcu i matka, której blask zgasł na długo, zanim odeszła.
Anna zmusza się, by o tym wszystkim nie myśleć. Wiedziała, że ta podróż odgrzebie bolesne wspomnienia. Nie sądziła tylko, że stanie się to tak szybko. Na rozpamiętywanie przeszłości będzie jeszcze mnóstwo czasu – później. Teraz musi dokończyć przygotowania do swego wielkiego wejścia: chwili, której wyczekuje i boi się w równym stopniu. Patrząc w lustro, kieruje wzrok na odbicie otwartych drzwi łazienki i znajdującego się za nimi przedziału. Przy oknie, za którym zapadła noc, stoi obrotowy fotel – zaprojektowany z myślą o pasażerach, którzy chcieliby podziwiać mijane krajobrazy. Teraz jednak zwrócony jest w stronę łazienki, a zamiast pasażera spoczywa na nim czarna, skórzana teczka.
W środku znajduje się przeszłość Anny.
I – taką ma nadzieję – jej przyszłość.
Znowu spogląda na swoje odbicie i pospiesznie nakłada drugą warstwę szminki. Błyszczącymi karminem ustami wypowiada bezgłośnie resztę przemowy, którą przerwało nagłe szarpnięcie pociągu.
– Powód tej podróży jest prosty – mówi, patrząc w lustro, lecz widząc przed sobą twarze kobiet i mężczyzn, których zwabiła do pociągu. – Jestem tu, aby wymierzyć sprawiedliwość. Ponieważ mam niezbity dowód, że to właśnie wy, cała szóstka, jesteście odpowiedzialni za zniszczenie mojej rodziny.
Łącznie z lokomotywą Philadelphia Phoenix składa się z czternastu członów. Judd Dodge policzył je, chodząc po peronie i zastanawiając się, czy powinien wsiąść. To tyle samo, ile Phoenix miał w czasach swojej świetności, gdy tłumy marzyły o przejażdżce najbardziej luksusowym pociągiem, jeśli nie liczyć 20th Century Limited. Trzynaście wagonów nieograniczonego komfortu, ciągniętych przez lokomotywę zdolną poradzić sobie z dwukrotnie większym ciężarem.
Judd o tym wie, bo sam ten pociąg zaprojektował.
Kiedyś na tym właśnie polegała jego praca. Budował lokomotywy dla Union Atlantic Railroad, drobnej firmy w porównaniu z innymi liniami kolejowymi w kraju. Jej zasięg był niewielki, ograniczony do okolic Filadelfii. Jedna linia do Nowego Jorku, druga do Waszyngtonu, trzecia dowożąca pasażerów do Atlantic City. Philadelphia Phoenix powstał z myślą o ekspansji. Lśniący, nowocześnie opływowy, mknący bez żadnych przystanków aż do Chicago.
Judd promieniał z dumy, gdy po raz pierwszy zobaczył, jak Phoenix sunie po torach. Smukły niczym srebrny pocisk, szybki jak błyskawica, a ognistopomarańczowy pas biegnący wzdłuż obu boków jeszcze potęgował wrażenie szybkości. Nie mając własnych dzieci, Judd wyobrażał sobie, że coś podobnego odczuwa rodzic patrzący na pierwsze kroki swojej pociechy. Coś dotąd nieruchomego zostało wprawione w ruch, i to dzięki niemu.
Choć każdy wagon w pociągu jest na swój sposób cenny i każdy spełnia inną funkcję, Judd wie, że żaden nie jest ważniejszy niż lokomotywa. Bez niej reszta składu tkwiłaby biernie w drodze donikąd. Pociąg może wypełnić swoje przeznaczenie tylko z solidną lokomotywą na czele.
Judd zawsze dbał, by jego lokomotywy były solidne.
Aż do tamtego razu, kiedy kazano mu zrobić inaczej.
Po tym zdarzeniu stracił serce do tej pracy, więc ją rzucił i został wykładowcą. Na pewno wygląda stosownie do tej roli: jest wysoki, wyprostowany i nieco sztywny, w okularach z drucianą oprawką. Te okulary właśnie zsuwają mu się z nosa, kiedy wychodzi z przydzielonego mu przedziału.
Ze względu na przestronność przedziałów pierwszej klasy prowadzący do nich korytarz jest wyjątkowo wąski. Stojąc w tym ciasnym przejściu, Judd ma tuż przed nosem kinkiet z luźno osadzoną żarówką, która bzyczy jak mucha, rzucając niepokojąco migoczące światło na ten koniec korytarza.
Ciasne przejście, migocząca żarówka, nawet numer wagonu, w którym go umieszczono – pechowa trzynastka – każą Juddowi powątpiewać, czy wejście do tego pociągu było mądrą decyzją. Ma pięćdziesiąt trzy lata i zawsze był uważany za inteligentnego. Niektórzy mieli go wręcz za genialnego, zwłaszcza jeżeli chodzi o maszyny. Ale nie trzeba geniusza, by się domyślić, że ta podróż nie będzie należała do spokojnych. Dobitnie świadczył o tym odręczny dopisek nagryzmolony na odwrocie zaproszenia.
Wiem, co zrobiłeś. Jeśli się nie zjawisz,
inni też się dowiedzą.
Ta wiadomość była wystarczająco niepokojąca, by skłonić go do przyjazdu na stację, ale także powstrzymać przed natychmiastowym wejściem do pociągu. Chociaż dopisek był wyraźną groźbą, Judd nie miał pewności, czy powinien ją potraktować poważnie. To mógł być tylko okrutny żart kogoś, kto sądzi, że wie, co się stało. Albo ostrzeżenie, by siedział cicho, od kogoś, kto zna prawdę. Tak czy inaczej, Judd wiedział, że nie może tego zignorować, i dlatego w ostatniej chwili jednak wskoczył do pociągu. Wolał stawić czoło zagrożeniu wśród zgiełku i tłumu w Phoeniksie. W końcu przy ludziach nic złego nie może mu się stać.
– Bilet? – zapytał siwowłosy konduktor, kiedy Judd ruszył w głąb pierwszego z dwóch wagonów drugiej klasy.
– N-nie mam. – Judd pokazał zaproszenie w taki sposób, aby konduktor widział jedynie jego awers. – Tylko to.
Konduktor skinął głową.
– Oczywiście. Ale pańskie miejsce jest na drugim końcu składu. W pierwszej klasie.
Wezwano bagażowego. Uśmiech na jego twarzy lekko przygasł, gdy odebrał od Judda torbę podróżną i ruszył przed nim na koniec pociągu. Dzięki znajomości Phoeniksa – i wcześniejszemu przeliczeniu wagonów – Judd doskonale wiedział, co się znajduje zarówno przed nimi, jak i z tyłu. Na czele, rzecz jasna, była lokomotywa, niegdyś jego duma i radość. Kiedy ją ujrzał – pierwszy raz od ponad dekady – poczuł się tak, jakby spotkał dawną miłość. Nie mógł oderwać wzroku od swego dzieła. Choć Phoenix jeździł od tylu lat i pokonał tak wiele kilometrów, nadal był prawdziwym cudem.
Za lokomotywą znajdował się wagon bagażowy, a dalej dwa wagony drugiej klasy. Dawniej Phoenix słynął z najlepszych miejsc w tej klasie w całym kraju. Były szerokie, wygodne i odchylały się dalej niż większość, dzięki czemu lepiej się spało podczas nocnych podróży.
Z tego powodu wagony te były zazwyczaj najbardziej oblegane, ale tym razem Judd ujrzał w nich zaledwie garstkę pasażerów. Ci nieliczni albo rzucali mu chłodne spojrzenia, kiedy ich mijał, albo zupełnie unikali kontaktu wzrokowego.
Następny był wagon sypialny, pomyślany dla tych, którzy wymagali czegoś więcej niż absolutne minimum. W ciągu dnia znajdowały się tam ławki, które na noc przekształcano w rzędy zasłoniętych kuszetek. W tym wagonie było jeszcze mniej pasażerów i Judd poczuł nerwowe ściśnięcie w żołądku. Liczył na tłum – wśród ludzi byłby bezpieczniejszy.
W kompletnie pustej salonce jego żołądek znów wykonuje salto. Choć w tym wagonie nie było żadnych luksusów, zazwyczaj siedziało w nim przynajmniej kilka osób z wagonów drugiej klasy i sypialnego, rozprostowując nogi albo kartkując gazety i magazyny rozłożone w wachlarze na stolikach.
– Proszę się nie zatrzymywać – rzucił bagażowy, zauważywszy, że Judd przystanął, aby rozejrzeć się po pustym pomieszczeniu. – Musimy dotrzeć do pańskiego przedziału, zanim pociąg ruszy.
Judd przyspieszył kroku, podążając za bagażowym do wagonu klubowego, pierwszego z czterech w składzie przeznaczonych do obsługi gastronomicznej. Podobnie jak salonka wagon klubowy był pusty, jeśli nie liczyć znudzonego kasjera za ladą, przy której zwykle tłoczyli się pasażerowie drugiej klasy i kupowali kanapki, napoje gazowane i piwo. Nie mając klientów, kasjer rzucił Juddowi nieufne spojrzenie i spytał bagażowego:
– Prowadzisz pana przez kuchnię?
– Tak będzie szybciej – odparł bagażowy i pchnął drzwi do wagonu kuchennego, gdzie przygotowywano wszystkie posiłki serwowane w Phoeniksie. Ale znajdujące się tam osoby, zamiast gotować, stały tylko przed pustymi blatami i wygaszonymi kuchenkami, jakby czekały na sygnał do rozpoczęcia pracy. Nikt nawet nie spojrzał na Judda ani na bagażowego, kiedy ostrożnie przeciskali się między nimi.
Judd wiedział, że kuchnia stanowiła linię demarkacyjną między bogatymi a biednymi. Za nią zaczynała się strefa pierwszej klasy: wagon restauracyjny, gdzie ci, których było na to stać, raczyli się zwykle pieczenią z antrykotu, faszerowanym homarem, wołowiną Wellington i tortem red velvet, z którego słynął Philadelphia Phoenix. Gdy Judd wkroczył tam za bagażowym, zobaczył kelnerów w formalnych strojach nakrywających stoły białymi obrusami, porcelanową zastawą Villeroy & Boch oraz sztućcami Chambly.
W sąsiedniej salonce również panował przepych. Za dębowym barem stały wyłącznie alkohole z najwyższej półki, serwowane w kryształowych szklankach i kieliszkach marki Baccarat. Barman w białej marynarce skinął głową bagażowemu, gdy ten przechodził obok eleganckich foteli i stolików koktajlowych, pospiesznie prowadząc Judda na koniec pociągu.
Za salonką znajdowały się trzy wagony pierwszej klasy, z których każdy zawierał trzy przestronne przedziały. „Hotel na kołach!”, głosiły reklamy, gdy Phoenix ruszał w swoją inauguracyjną trasę. Była to przechwałka, rzecz jasna, ale miała w sobie ziarno prawdy, bo przedziały w tym pociągu rzeczywiście należały do największych. Judd miał do dyspozycji pełnowymiarowe łóżko, obrotowy fotel wypoczynkowy, dwuosobową kanapę, szafę i prywatną łazienkę.
Bagażowy pokazał mu to wszystko, po czym zniknął tak szybko, że Judd nie zdążył nawet dać mu napiwku. Pięćdziesięciocentówka wciąż tkwiła w jego dłoni, kiedy rozglądał się wokół. Kto go tu wezwał? – zastanawiał się. Gdy dostrzegł pergaminową kartę leżącą na poduszce, nabrał nadziei, że może tam znajdzie choćby częściową odpowiedź. Ale okazało się, że to kolejne zaproszenie.
Zapraszamy na koktajl w salonce pierwszej klasy
o godzinie 20:00.
Prosimy o punktualne przybycie.
Judd sięgnął do kieszeni marynarki po zegarek, który zawsze nosił przy sobie. Otworzył wieczko i sprawdził godzinę. Punkt siódma. Zgodnie z planem pociąg szarpnął i ruszył, a tym samym tajemnicza podróż się rozpoczęła.
Zbyt spięty, by zostać w przedziale dłużej niż kwadrans, Judd wyszedł na wąski korytarz, gdzie właśnie stoi. Luźna żarówka w kinkiecie wciąż brzęczy, za oknem, na tle nieba, prószy śnieg, a Judd myśli o tym, że idąc przez całą długość pociągu, u każdej mijanej osoby wyczuwał dziwne napięcie i gorączkowość, jak gdyby wszyscy chcieli jak najszybciej stąd uciec.
Co zaś do wagonów pierwszej klasy, to od momentu, gdy bagażowy pospiesznie odszedł, Judd nie widział ani nie słyszał żywej duszy, czego świadomość jeszcze podsyca nieprzyjemny ucisk w żołądku. Chociaż nie była to najtłoczniejsza część pociągu, spodziewał się jednak, że kogoś jeszcze tutaj zobaczy, nawet gdyby miał to być tylko konduktor pilnujący, by nikt z drugiej klasy nie prześliznął się do tej elegantszej, tylnej części składu.
Odwraca się w lewo, w stronę wejścia do wagonu widokowego – ostatniego w całym pociągu.
Ten smukły cylinder ze szkła i stali olśniewa panoramą krajobrazu przesuwającego się za oknami od podłogi po sufit. Nad głową rozciąga się przeszklony dach, przez który widać równie majestatyczne niebo. Jeden z dziennikarzy obecnych podczas inauguracyjnego kursu Phoeniksa nazwał ten wagon „fantastycznym statkiem kosmicznym, w którym wydaje ci się, że świat zewnętrzny przenika do środka, a od ziemi i nieba dzieli cię tylko cienka tafla szkła”.
Wagon widokowy zachwycał tych, którzy mogli pozwolić sobie na jego luksus, a z biegiem lat zyskał niemalże status legendy. Plotkowano nawet, że Clark Gable i Carole Lombard, jadąc Phoeniksem na premierę filmu w Chicago w 1940 roku, tak bardzo zachwycili się wagonem widokowym, że poprosili, by pozwolono im spędzić w nim noc.
Ze względu na popularność tego miejsca Judd przypuszcza, że właśnie tam spotka któregoś ze współpasażerów. Ale kiedy zagląda do środka, nie widzi nikogo.
Dziwne.
I musi to przyznać: coraz bardziej niepokojące.
Przez ziejące okna wagonu widokowego widzi obrzeża miasta. Obskurne parterowe domki, wybite szyby w opuszczonych fabrykach, pokrzywione płoty z brakującymi sztachetami. Właśnie w takim miejscu dorastał – jego rodzina gnieździła się w ciasnym baraku tak blisko torów, że przy każdym przejeździe pociągu cały dom trząsł się w posadach. Jako dziecko wpatrywał się w okno, zadziwiony, że te żelazne kolosy mogą poruszać się po szynach dzięki czemuś tak prostemu jak para wodna i ludzka pomysłowość. Myślał o ludziach, którzy za tym stoją. Zastanawiał się, jakie to uczucie móc ujarzmić taką potęgę.
W końcu to pojął – majsterkując w ogródku, a potem w garażu, gdy jego rodzina zamieszkała w nieco większym domu. Jego dalsza edukacja toczyła się w szeregu fabryk podobnych do tych, których zrujnowane sylwetki rozmywały się teraz za oknami pędzącego pociągu. Choć nigdy nie poszedł na studia, był bystrym młodzieńcem. Szybko się uczył – i to nie tylko o lokomotywach. Świetnie znał się na chemii, matematyce, a nawet sztuczkach magicznych, którymi zadziwiał kolegów w pracy, mamiąc ich wzrok zręcznymi ruchami długich, wąskich palców. W końcu trafił do Union Atlantic Railroad, gdzie radził sobie na tyle dobrze, by zwrócić uwagę samego właściciela, Arthura Mathesona.
Od pierwszej chwili znaleźli wspólny język. Judd lubił myśleć, że są ulepieni z tej samej gliny. Dwóch dużych chłopców bawiących się ukochaną kolejką i marzących o tym, by była większa, szybsza i mocniejsza. Oraz smuklejsza.
– Chcę pociągu, który wygląda i porusza się jak ciekła rtęć – oznajmił Art Juddowi pewnego dnia przy lunchu. – Dasz radę to zrobić?
– Tak – odparł Judd. – Myślę, że dam.
I się nie mylił.
To wtedy, uświadamia sobie Judd, zaczęły się kłopoty, które ostatecznie doprowadziły go do czegoś niewyobrażalnego. Nawet dziś trudno mu uwierzyć, że odegrał kluczową rolę w czymś tak potwornym. I nie może otrząsnąć się z wrażenia, że ta podróż to nic innego jak zapłata za stare grzechy.
Stojąc w pustym wagonie widokowym, który pomógł zaprojektować, Judd marzy, by znaleźć się gdziekolwiek indziej. Siedzieć w drugiej klasie, ciesząc się anonimowością wśród obcych, którzy nie mają pojęcia, co zrobił – ani do czego jest zdolny.
Wychodzi z wagonu widokowego, ogarnięty niepokojem, którego mimo usilnych prób nie umie się pozbyć. Idąc wąskimi korytarzami pierwszej klasy, zauważa, jak bardzo wnętrze Phoeniksa zdążyło zniszczeć od jego ostatniej podróży. Oprócz brzęczącego kinkietu dostrzega rozdarcia tapicerki i wytarty pas na niebieskim dywanie – ślad pozostawiony przez setki podróżnych.
Być może to tłumaczy wyraźny brak pasażerów. Rozeszła się wieść, że legendarny Philadelphia Phoenix stracił dawny blask. Bardziej prawdopodobne jednak, że skromna frekwencja to rezultat zmian zachodzących bez udziału tego niegdyś wspaniałego pociągu. Autostrady międzystanowe rozlały się po kraju jak strumienie szlamu, dławiąc dawniej nieskazitelny krajobraz ruchem ulicznym. Niebo szybko zapełnia się samolotami. Nawet jeśli jakieś większe miasto nie posiada jeszcze własnego lotniska, to wkrótce będzie je miało. Przy takich alternatywach trudno się dziwić, że niewielu ludzi wybiera podróż pociągiem.
Zmierzając spiesznie w stronę czoła składu, Judd nie napotyka żywej duszy. Każdy wagon, przez który przechodzi, przenika upiorny chłód niedawno porzuconego miejsca.
W salonce pierwszej klasy nigdzie nie widać barmana.
W wagonie restauracyjnym próżno szukać kelnera, choć wszystkie stoliki są nakryte dla pasażerów, którzy jeszcze się nie pojawili.
W kuchni garnki stoją na zimnych płytach kuchennych, a noże połyskują na ściennych uchwytach. Odgłos jego kroków na wykafelkowanej podłodze odbija się echem od sprzętów kuchennych z przesadną głośnością. Gdy Judd przypadkowo trąca łokciem rączkę patelni, która z łoskotem uderza o podłogę, dźwięk ten przypomina wystrzał.
Upiorna pustka ciągnie się aż do drugiej klasy. Stoliki w wagonie klubowym świecą pustkami, podobnie jak kanapy. Filiżanki do kawy stoją równiutko ułożone obok srebrnego samowara na kontuarze, za którym nie ma nikogo, kto mógłby je napełnić.
I tak to wygląda w każdym kolejnym wagonie. W salonce leżą na stolikach starannie rozłożone egzemplarze popołudniowego wydania „The Philadelphia Inquirer” – nietknięte. W wagonie sypialnym i w drugiej klasie wszystkie miejsca są puste. Nikt nie drzemie w fotelu. Nikt nie wygląda przez okno. Nikt nie przechodzi do klozetów znajdujących się na końcu każdego wagonu.
Gdy Judd mija kolejne pomieszczenia, nabrzmiewa w nim niepokój, przeradzając się w autentyczny strach.
Wszyscy, których widział wcześniej – od konduktorów przez bagażowych aż po pasażerów – zniknęli bez śladu. Philadelphia Phoenix całkowicie opustoszał.
Na tę podróż Herb Pulaski wybrał ciemnozielony garnitur Brioni, który – jak i sam Herb – lata świetności ma już za sobą. Tak człowiek, jak i jego strój nieco rozchodzą się w szwach, choć z różnych powodów. Stan garnituru to wina Herba, bo nosi go bez przerwy. W dzieciństwie ciągle donaszał wszystko po starszym bracie, więc teraz lubi popisywać się drogim ubraniem.
Co do własnego nadwątlenia, Herb zrzuca je na karb pecha. Niektórzy rodzą się w czepku, ale on do nich nie należy. Nawet gdy czasem trafi mu się łut szczęścia, zawsze jest w nim jakiś haczyk.
I nigdy nie trwa długo.
Dlatego Herb zjawia się w salonce pierwszej klasy z dwudziestominutowym wyprzedzeniem, ściskając w ręku zarówno kartę, którą znalazł w swoim pokoju, jak i oryginalne zaproszenie otrzymane pocztą. Boi się, że bez nich nie zostanie wpuszczony. Przywykł, że do niektórych miejsc nie ma wstępu – i zanim miał pieniądze, i gdy je stracił. Teraz, kiedy znów znalazł się na skraju bankructwa, Herb jest przekonany, że nie wystarczy być obecnym – trzeba być pierwszym. Tak aby każdy, kto wejdzie po nim, zobaczył go i wiedział, że jest tu na właściwym miejscu.
O ile ktoś jeszcze się pojawi.
Kiedy wchodzi do środka, salonka jest pusta i Herb głupio się czuje, że przyniósł ze sobą zaproszenie. Nie trzeba się bać, że cię nie wpuszczą, skoro nie ma nikogo, kto by cię zatrzymał. A nie ma nikogo nawet za półokrągłym barem na drugim końcu wagonu. Widać tylko lśniący dębowy kontuar i za nim kilka lustrzanych półek ciasno zastawionych butelkami alkoholu. Herb zastanawia się, czy nie skoczyć za bar i nie nalać sobie czegoś na uspokojenie, ale obawia się, że wtedy ktoś wejdzie i weźmie go za barmana. Zdecydowany uniknąć takiego upokorzenia, siada w jednym z miękkich, wygodnych foteli rozstawionych w wagonie, zapala papierosa i zaczyna się rozglądać.
Salonka przypomina Herbowi jego garnitur. Elegancki, lecz wypłowiały. Między fotelami stoją okrągłe stoliki przykryte białymi obrusami o wystrzępionych brzegach. W oknach wiszą zasłony z niebieskiego aksamitu, podobne do tych w przedziale Herba, ale tak długie, że muskają podłogę. Po przekątnej od baru, na przodzie wagonu, stoi fortepian salonowy.
Papieros dogasa w popielniczce, a Herb nadal czeka samotnie. Na jego czole pojawia się cienka warstewka potu. Nerwy, dobrze to wie. Musi zrobić dobre wrażenie.
Przygląda się temu pierwszemu zaproszeniu, skupiając wzrok na dopisku na odwrocie.
Obecność będzie wiązała się z korzyścią finansową.
Herb nie wie nic więcej, ale bardzo chce się dowiedzieć. Zapewne chodzi o jakąś ofertę inwestycyjną. Nie żeby miał co inwestować. Już nie. Ale jeśli będzie trzeba, znajdzie pieniądze. Liczy tylko, że tym razem będzie to coś legalnego.
Ta naiwna nadzieja rozwiewa się w chwili, gdy otwierają się drzwi z przodu wagonu i do salonki wreszcie ktoś wchodzi.
Ktoś, z kim Herb kiedyś pracował.
Czuje, jak jego czoło pokrywa nowa warstewka potu, gdy Judd Dodge mierzy go wzrokiem i rzuca:
– To ty za tym wszystkim stoisz?
– Co masz na myśli? – pyta Herb, wycierając czoło chusteczką. – Niby za czym?
– W całym pociągu nie ma nikogo innego – odpowiada Judd. – Byli, ale zniknęli. Konduktorzy. Bagażowi. Nawet cholerni pasażerowie. A ty sobie siedzisz w salonce, do której kazano mi przyjść na ósmą.
– Więc to nie ty mnie tu zaprosiłeś?
– Nie, nie ja – odpowiada Judd z przesadnym naciskiem, dając do zrozumienia, że jest mądrzejszy od Herba.
To niegrzeczne, myśli Herb. I pretensjonalne. Wie, że obaj dorastali w równie skromnych warunkach.
I zapewne dlatego obaj zgodzili się zrobić coś strasznego.
Nie byli sobie bliscy, kiedy pracowali w Union Atlantic Railroad. Judd kierował zespołem projektowym, którego siedziba mieściła się w części firmy żartobliwie nazywanej „wagonem mózgów”. Herb natomiast pracował w zakładzie przemysłowym jako brygadzista, dbając, by projektowane przez Judda lokomotywy faktycznie powstawały, łącznie z tą, która właśnie ciągnie ich pociąg.
Ich drogi przecięły się pewnego pamiętnego dnia, gdy Herb otrzymał wykonany przez Judda projekt pociągu zamówionego przez armię USA. Tradycyjny, solidny parowóz, zaprojektowany z myślą o szybkim i tanim wykonaniu. Herb natychmiast zauważył, że proporcje są zaburzone: lokomotywa była za duża jak na ten skład i zbyt potężna na rodzaj żelaza, z którego Judd chciał ją zbudować.
Herb poszedł do niego z tymi planami i oznajmił:
– Coś tu się nie zgadza. Ta maszyna nie przetrzyma nawet pierwszego kursu.
– To nie mój projekt – odparł Judd. – Szef to wymyślił. I kazał zbudować właśnie tak.
Herb wiedział, że Judd kłamie, i to nie tylko dlatego, że Arthur Matheson nie zdołałby samodzielnie zaprojektować lokomotywy. To było zadanie Judda i wszyscy o tym wiedzieli. Nie, Herba zaalarmował fakt, że jego szef nigdy w życiu nie poszedłby na takie skróty, nawet w obliczu wojny.
– Coś mi tu strasznie śmierdzi – powiedział Juddowi. – I myślę, że ty dobrze wiesz co. Więc nie zbuduję ci tej lokomotywy, dopóki nie usłyszę, w czym rzecz… i co będę z tego miał.
Judd rzeczywiście powiedział mu wszystko i wciągnął go w sprawy, które budziłyby w Herbie odrazę, gdyby tylko tak desperacko nie potrzebował pieniędzy. Dorastał w biedzie, której cień towarzyszył mu także w dorosłym życiu, mimo że przepracował tyle lat w Union Atlantic. Nienawidził tej pracy, choć wiedział, że powinien być za nią wdzięczny. Mógł przecież za granicą uchylać się przed kulami na froncie. Uratowało go tylko to, że jego umiejętności okazały się wystarczająco cenne, aby zapewnić mu odroczenie poboru.
To w żaden sposób nie ułatwiało mu pracy. Nie chłodziło hali, w której było gorąco jak w piecu hutniczym. Nie koiło obolałych mięśni ani nie powstrzymywało smrodu smaru przed wtargnięciem do jego domu. A kiedy zasypiał, w koszmarach dopadały go jazgoczące maszyny i rozżarzona do białości stal.
Herb przystał na zaproponowany mu układ – niech diabli wezmą etykę. I pierwszy raz w życiu poczuł się jak zwycięzca. W końcu miał tyle pieniędzy, ile potrzebował. Dość, aby spłacić długi, rzucić pracę, wynieść się z obskurnej klitki i znaleźć dom na porządnym osiedlu za miastem. Kupił nowy samochód, nowe ubrania, nowe wszystko. Nawet się ożenił, co było nie lada wyczynem dla kogoś takiego jak Herb, który nigdy nie grzeszył urodą. Ze swoimi grubymi ramionami, krępą sylwetką i żenująco owłosionymi knykciami wyglądał nieco gorylowato. Jego żonie to nie przeszkadzało, dopóki miała co wydawać. Lubiła luksusy nawet bardziej niż on.
Okazało się jednak, że przesadził.
Pieniędzy już prawie nie ma. Herb wie, że tylko kolejny duży zastrzyk kasy powstrzyma żonę przed odejściem, a jego uchroni przed powrotem do gorąca, hałasu i smrodu fabryki.
– Czekaj – mówi. – Ty też dostałeś zaproszenie?
– Tak – odpowiada Judd.
– Jak myślisz, o co w tym chodzi?
– Nie mam bladego pojęcia. – Judd zaczyna nerwowo krążyć po wagonie, co sprawia, że i Herb robi się niespokojny. – Ale coś tu jest nie w porządku. Ci ludzie, których widziałem, wsiadając… Gdzie się podziali?
– Pewnie wysiedli – odpowiada Herb.
– Ale dlaczego? Ktoś musiał im kazać. – Judd staje jak wryty. – A jedyną osobą, która mogła to zrobić, jest właściciel tego pociągu.
Boże, oby nie, stwierdza w duchu Herb. Nie chce myśleć o tym, co zrobili. O niewinnych ludziach, którzy zginęli, o tym, że był wśród nich syn Mathesona. O swoich koszmarach, w których zwęglone, zmiażdżone ciała zastąpiły hałas i rozżarzoną stal.
– Myślisz, że on szykuje coś jeszcze?
– Jeżeli tak – mówi Judd – to ja nie chcę brać w tym udziału.
– Może to coś legalnego – rzuca Herb z nadzieją. Bo nawet jeśli nie, wie, że i tak w to wejdzie. Nie ma innego wyboru. Desperackie czasy i tak dalej. – A może to wcale nie on nas tu ściągnął.
Judd znowu zaczyna chodzić tam i z powrotem, dwa razy przemierza długość wagonu, przyciskając palec do podbródka. Herb zastanawia się, czy właśnie tak wymyślił Philadelphia Phoeniksa. A potem zdejmuje go nagły dreszcz na myśl, że w taki sam sposób Judd mógł wymyślić lokomotywę, która im dwóm przyniosła dostatnie życie, a wielu innym – śmierć.
– Oczywiście, że to jego sprawka – rzuca Judd. – Tak czy inaczej, coś tu nie gra. Masz przy sobie to zaproszenie?
Herb trzyma je w kieszeni marynarki, do której je wsunął, gdy Judd wszedł do salonki.
– Przypatrz mu się – mówi Judd. – Widzisz coś dziwnego?
Herb przygląda się zaproszeniu, nie dostrzegając w nim niczego niezwykłego. Jest miejsce rozpoczęcia podróży, jej cel i przewidywany czas przejazdu. Trzynaście godzin. W pierwszej chwili Herb myśli, że Judda dziwi podana godzina przyjazdu na miejsce – siódma rano – bo zapomniał, że gdzieś w Indianie zmienią strefę czasową i zyskają godzinę. Dopiero po kilku sekundach wpatrywania się w kartę uświadamia sobie, co Judd ma na myśli.
Zaproszenie zawiera szczegóły przejazdu do Chicago.
Lecz ani słowa o tym, jak mają wrócić do domu.
Sally Lawrence zauważyła brak informacji na temat powrotu do Filadelfii. Mimo to przyjechała. Próbę manipulacji potrafi wyczuć na kilometr. A dopisek na odwrocie zaproszenia wyraźnie dawał do zrozumienia, że zignorowanie czegoś takiego byłoby nierozsądne.
Pamiętasz dawną siebie? Ja tak.
Teraz wpatruje się w tę odręczną wiadomość, zastanawiając się nie nad tym, kto ją wysłał – to wyjdzie na jaw w swoim czasie – ale nad odpowiedzią na postawione pytanie.
Tak, pamięta. Chociaż robiła wszystko, żeby zapomnieć.
Pierwsza poważna zmiana dotyczyła imienia. Teraz mówi o sobie „Sally” – porzuciła zdrobnienie, którym wcześniej posługiwali się wszyscy: siostra, szef, dawni partnerzy.
Sal.
W stylu: „Nie spodziewaj się zbyt wiele, Sal, to się nie rozczarujesz”. Albo: „Przynieś mi jeszcze jedną kawę, Sal, i zamknij za sobą drzwi”. I jeszcze: „Wiesz, świetna dziewczyna z ciebie, Sal, ale ja szukam kogoś innego”.
Cóż, teraz sama jest właśnie takim „kimś innym”. Gdy tylko stała się oficjalnie bogata, Sally wkroczyła do najbardziej luksusowego salonu urody w mieście i powiedziała: „Zróbcie ze mnie Veronicę Lake”. Kosmetyczki dały z siebie wszystko. Po kilku godzinach rozjaśniania włosów, wyskubywania brwi i szpachlowania twarzy Sally spojrzała w lustro i ledwie się rozpoznała.
Przemiana trwała. Wyrzeźbiła sylwetkę, stosując mieszankę głodówek, tabletek i kalisteniki. Kupiła nowe ubrania, dopasowane do nowego ciała. Zniknęły babcine swetry i tweedy, w których wyglądała dwa razy starzej. Teraz Sally nosi wyłącznie to, co najmodniejsze i najdroższe. Obecnie ma na sobie kremowy kostium z wełny bouclé, z guzikami z masy perłowej, do którego dobrała pasującą torebkę. Wprawdzie sprzedawczyni zapewniała, że ten zestaw odejmuje jej lat, ale Sally ma inne zdanie. Uważa, że wygląda jak bogata stara panna, co jest bliższe prawdy, niż chciałaby przyznać.
Przygląda się sobie w lustrze, rozważając, czy powinna się przebrać. Opcji ma aż nadto. Ponieważ nie wie, co ją czeka w Chicago, spakowała się na każdą ewentualność. Dwie walizki, kufer i etui podróżne na kosmetyki.
Przetrząsa jedną z walizek i na dnie znajduje piersiówkę błyszczącą niczym polerowany nikiel. Odkręca korek, przechyla buteleczkę i pociąga głęboki łyk. Słodkie pieczenie whiskey rozlewa się po klatce piersiowej, a Sally wyrywa się westchnienie ulgi.
Boże, ależ tego potrzebowała.
Nie tylko po to, by przetrwać, cokolwiek przyniesie ta podróż, ale też by znieść samą obecność w tym pociągu. Sally ma wiele wspomnień związanych z Phoeniksem, a wszystkie skażone tym, co się stało. Jeszcze nim wsiadła, bała się, że wrócą i będą ją dręczyć. Że dziesiątki wspomnień otoczą ją niczym zjawy, sumienie zaś będzie ją gryzło tak długo, aż stanie się to nie do zniesienia.
Gdy w końcu weszła do pociągu – dodawszy sobie, rzecz jasna, odwagi mocnym drinkiem w barze na dworcu – okazało się, że… nic nie poczuła. Nie dopadły jej żadne wspomnienia, ani dobre, ani złe. A już na pewno nie wyrzuty sumienia. Ma nadzieję, że to się nie zmieni – i że ta podróż nie okaże się czymś, czego będzie kiedyś żałować.
Z perspektywy czasu widzi swoje życie jako długie pasmo wyrzutów sumienia, którego początek sięga dwanaście lat wstecz, do pewnego wieczoru, kiedy weszła do tamtego baru. Była wtedy taka młoda. Taka głupia. Szukała czegoś dzikiego i zakazanego. Znalazła – a jakże – i stało się to źródłem następnych wyrzutów.
Pamięta, jak wpatrywała się w fotografie z tamtej nocy, jak zbierało jej się równocześnie na płacz i wymioty, jak miała ochotę rozwalić łeb temu obłudnemu typowi, który jej je pokazywał.
– Mogę się ich pozbyć – powiedział. – W zamian za przysługę.
Zgodziła się zrobić wszystko, byle tylko się to skończyło.
I dorobiła się kolejnego wyrzutu sumienia, bo zmusił ją, by to zrobiła. Słowa dotrzymał – a przy okazji sprawił, że stała się niedorzecznie bogata.
I to z tego powodu sumienie gryzie ją najbardziej.
Owszem, jest bogata, ale jakim kosztem? Tylu martwych chłopaków. Zniszczona rodzina. Rodzina, o której boi się myśleć, bo była w niej traktowana lepiej niż we własnej.
Nagle dopada ją wspomnienie, nagłe i nieproszone. Ona w Phoeniksie, podczas jego pierwszego kursu, w przedziale takim jak ten, który zajmuje obecnie. Może to nawet ten sam. Wyglądają identycznie. Łóżko. Fotel. Łazienka. Okna, które można otwierać, pociągając je w dół. Są dwa, oba z zasłonkami, jedno przy obrotowym fotelu, drugie przy łóżku. W jej wspomnieniu otwarte jest tylko to przy fotelu, wpuszcza wiosenne powietrze, które chłodzi ją i dziewczynkę obok, kiedy pociąg mija tłum zgromadzony wzdłuż torów.
„Pomachaj wszystkim, Annie”.
Sally spłukuje to wspomnienie kolejnym łykiem whiskey, a przechylając piersiówkę, zerka na zegarek. Prawie ósma.
Musi iść do salonki pierwszej klasy, zapewne po to, żeby dowiedzieć się, kto, do cholery, ją tu zaprosił. Wrzuca piersiówkę do torebki i wychodzi z przedziału. Idąc korytarzem, chwieje się z boku na bok. Chciałaby wierzyć, że to przez kołysanie pociągu, ale wie, że to skutek tych kilku łyków whiskey i drinka – no dobra, drinków – które wypiła przed wejściem do pociągu. Nadal się chwiejąc, przyrzeka sobie, że w Chicago będzie pić mniej. Ale skoro jeszcze tam nie dotarła, ostatni łyk przecież nie zaszkodzi. Jeden łyk zmienia się w dwa, gdy Sally przechodzi przez harmonijkowy łącznik między wagonami. Po przebrnięciu przez kolejny ciasny korytarz – i po kolejnym ostatnim łyku whiskey – chowa piersiówkę do torebki, przeciska się przez następną harmonijkę i wreszcie wchodzi do salonki. W środku siedzi dwóch mężczyzn, których niegdyś znała – i których nigdy więcej nie chciała oglądać.
– O szlag – rzuca.
Judd Dodge kiwa głową z wyraźną ironią.
– Ciebie też miło widzieć, Sal.
I wtedy Sally zdaje sobie sprawę, że cała ta metamorfoza była nic niewarta. Choć schudła trzynaście i pół kilograma, dopracowała styl i z nijakiej brunetki stała się blondynką z klasą, nadal są ludzie, którzy widzą ją taką, jaka jest naprawdę.
Zepsutą do cna.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Słowa uznania za Kierunek zemsta:
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Odjazd
19:00. Trzynaście godzin do Chicago
1
2
3
4
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
