Jedyne ocalałe - Riley Sager - ebook + audiobook
BESTSELLER

Jedyne ocalałe ebook i audiobook

Sager Riley

3,8

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

80 osób interesuje się tą książką

Opis

Myślisz, że najgorsze masz już za sobą?

Świat nazywa je „ocalałymi”. Jako jedyne przeżyły, mimo że wszyscy inni wokół nie mieli tyle szczęścia. Przeszły przez koszmar, który odcisnął na nich nieusuwalne piętno. Lisa, Samantha i Quincy. Nie znają się osobiście, lecz łączy je trauma oraz ciężar bycia ocalałymi. Codziennie próbują zapomnieć o masakrze, która stała się ich udziałem.

Quincy – głównie dzięki przepisanym przez psychiatrę lekom – nawet się to udaje. Ma troskliwego chłopaka, prowadzi popularny blog cukierniczy, mieszka w pięknym mieszkaniu. Ma również stałe wsparcie Coopa – policjanta, który przed dziesięcioma laty uratował jej życie. Wydaje się, że zostawiła przeszłość za sobą. Do czasu…

Kiedy Lisa zostaje znaleziona martwa w wannie, na progu mieszkania Quincy pojawia się Samantha i losy ocalałych się krzyżują.

Zaczyna się wyścig z czasem. Co oznacza tajemnicza wiadomość, którą przed śmiercią zostawiła Lisa? Czego naprawdę chce Samantha? Czy po latach Quincy odnajdzie w sobie siłę, by sięgnąć w głąb swoich wspomnień? Czy odnajdzie tam odpowiedzi na pytania, których miała nadzieję nigdy sobie nie zadać?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 415

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 56 min

Lektor: Riley Sager

Oceny
3,8 (194 oceny)
60
58
54
15
7
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ianus

Nie polecam

chyba najsłabszy Sager, jak dotąd - takich thrillerów jest na pęczki- Pani Masza wymęczyła mnie swą robotyczną intonacją okrutnie, już chyba Pani Ivona ma więcej zniuansowania w głosie; )
50
Essi1975

Z braku laku…

Nudą wieje straszliwie. Nie rozumiem, kogo mogą ciekawić opisy dekorowania babeczek, zapinania sukienki, i innych zwyczajnych czynności. Ale jeśli się tworzy tak nieciekawe postacie, to i fabuła wygląda jak u cioci na imieninach. Coś tam się dzieje, ale akcja i napięcie rozmywają się w opisach zakupów, kiecek, kolczyków, tortów, no i oczywiście facetów, bo to jedyne zainteresowania bohaterki. Zieeeeew..
20
Weganka_i_Tajga

Z braku laku…

Liczyłam na grozę, mrok, tajemnice a dostałam (zwłaszcza przez pierwszą połowę książki) jakieś ciepłe kluchy. Trochę jak średniej klasy serial dla nastolatków. Bardzo dużo miałam skojarzeń z Final Girls, których nawet nie byłam w stanie dokończyć. Sager lepszy od wspomnianej książki, ale i tak niesmak został. Dobrze, że jej nie kupiłam, dobrze, że puściłam audiobooka w tle przy obowiązkach domowych.
20
Szawieta

Dobrze spędzony czas

Od początku miałam wrażenie że już czytałam te książkę i faktycznie. To nowe wydanie książki z 2017 r. - „Ocalałe”
10
szpaczek_czyta1992

Nie polecam

⭐RECENZJA⭐ Rozczarowanie pierwszego kwartału tego roku? A i owszem! Ale od początku! Pisarza @riley.sager znam ze wszystkich jego książek. Jedne podobały mi się bardziej, innej trochę mniej, ale ta ze zdjęcia jest najgorsza z jego możliwych! Jest mi tak smutno, że powiem Wam szczerze, że nie wiem, co mam nawet napisać. Najchętniej nie pisałabym nic... Ale zdeklarowałam się i muszę. Zacznę od jednego pozytywu, który uratował tę książkę w punktacji, ale i tak wyszła bardzo negatywnie. Chodzi mi o język, który jest bardzo lekki i przyjemny oraz styl, który jest przejrzysty i niepowtarzalny. Dzięki nim przez tę powieść "leciałam" i nie męczyłam się aż tak podczas czytania. Czuć, że autor ma wyrobione pióro i swój kunszt pisarski, który jest rozpoznawalny i lubię go! Na tym tyle z pozytywów na temat lektury "Jedyne ocalałe". Jeśli chodzi o całą historię, to była ona okropnie nudna, pełna dziwnych sytuacji, które nie miały żadnej spójności. Fabuła była taka sflaczała, nie było w niej nic...
10

Popularność




Mike’owi

PINE COTTAGE

1:00

Las miał kły i pazury.

Ostre kamienie, ciernie i gałęzie atakowały Quincy, gdy biegła z krzykiem przez las, ale ona się nie zatrzymywała. Ani kiedy kamienie wbijały się w podeszwy jej bosych stóp, ani gdy cienka jak bicz gałązka smagnęła ją w twarz i po policzku pociekła strużka krwi.

Zatrzymanie się nie wchodziło w grę. Oznaczało śmierć. Biegła więc dalej, nawet kiedy jeżynowy pęd owinął się wokół jej kostki i wgryzł w ciało. Naprężył się i zadrżał jak struna, nim rozpędzona Quincy wyrwała się z kolczastego uścisku. Nawet jeśli zabolało, niczego nie poczuła. Jej ciało nie mogło doznać więcej bólu.

Biegła, bo tak kazał jej instynkt. Podświadome przeświadczenie, że musi przeć naprzód, bez względu na wszystko. Już zapomniała dlaczego. Wszelkie wspomnienia sprzed pięciu, dziesięciu czy piętnastu minut zniknęły bez śladu. Była pewna, że gdyby jej życie zależało od przypomnienia sobie, co ją skłoniło do tej ucieczki przez las, padłaby trupem na miejscu.

Więc biegła. I krzyczała. Usiłując nie myśleć o śmierci.

W oddali przed sobą ujrzała białą poświatę, ledwie widoczną za zasłoną drzew.

Reflektory samochodowe.

Czyli była blisko drogi? Quincy miała nadzieję, że tak. Wszelką orientację w terenie straciła razem z pamięcią.

Teraz biegła jeszcze szybciej, krzyczała jeszcze głośniej – pędziła w kierunku światła.

Znów jakaś gałąź uderzyła ją w twarz. Była grubsza niż poprzednia, jak wałek do ciasta; siła tego ciosu ogłuszyła ją i oślepiła. Głowa eksplodowała bólem, a w mroku przed oczami zatańczyły niebieskie iskierki. Kiedy zgasły, w blasku reflektorów ujrzała postać.

Jakiegoś mężczyzny.

Jego.

Nie. Nie Jego.

To był ktoś inny.

Wreszcie była bezpieczna.

Quincy przyspieszyła. Zakrwawione ramiona wyciągnęły się ku nieznajomemu, jakby to mogło go do niej przybliżyć. Gwałtowny ruch wywołał w barku błysk bólu. Nie rozjaśnił pamięci i nie przywrócił wspomnień, ale coś jej uprzytomnił. Coś tak potwornego, że musiało być prawdą.

Tylko ona przeżyła.

Wszyscy inni zginęli.

Była Jedyną Ocalałą.

1

Ręce mam całe oblepione lukrem, kiedy akurat dzwoni Jeff. Wbrew moim wysiłkom francuska polewa wyciekła mi na knykcie i zalała przestrzenie między palcami, gdzie zastygła jak klej. Tylko mały palec jest dość czysty, by stuknąć nim w przycisk głośnika w telefonie.

– Biuro detektywistyczne Carpenter i Richards – mówię zmysłowo modulowanym głosem sekretarki z czarnego kryminału. – Z kim pana połączyć?

Jeff podchwytuje w lot i odpowiada tonem rasowego twardziela w stylu Roberta Mitchuma albo Dany Andrewsa.

– Daj mi na słówko pannę Carpenter, ale migiem, kotku.

– Panna Carpenter jest bardzo zajęta. Coś jej przekazać?

– Tak – odpowiada Jeff. – Powiedz jej, że mój lot z Chi-Town ma opóźnienie.

Figlarny nastrój pryska.

– Och, Jeff. Serio?

– Przykro mi, skarbie. Uroki wylotów z Wietrznego Miasta.

– Duże to opóźnienie?

– Od dwóch godzin do „może dolecę do domu w przyszłym tygodniu” – stwierdza Jeff. – No ale chociaż ominie mnie początek sezonu wypieków, a to już coś.

– Nic z tego, koleś.

– A właśnie, jak ci idzie?

Patrzę na swoje dłonie.

– Marnie.

Mianem „sezonu wypieków” Jeff nazywa ten wyczerpujący okres od początku października do końca grudnia, kiedy to nieubłaganie nadciąga lawina rozlicznych świąt i bez deserów ani rusz. Lubi wypowiadać te słowa złowieszczym tonem, unosząc przy tym ręce i przebierając palcami niczym pająk odnóżami.

Jak na ironię to właśnie przez pająka mam teraz dłonie uwalane lukrem. Wykonany jest z masy czekoladowej i balansuje tułowiem na krawędzi babeczki, oplatając czarnymi nóżkami jej górę i boki. Kiedy skończę, babeczki zostaną dekoracyjnie ułożone, sfotografowane i umieszczone na mojej stronie internetowej w dziale z pomysłami na halloweenowe wypieki. Tegoroczny motyw przewodni to „zemsta pyszności”.

– Jak jest na lotnisku? – pytam.

– Tłok, ale przeżyję, o ile dopcham się do baru w hali odlotów.

– Zadzwoń, jeśli wylot opóźni się bardziej – proszę. – Będę czekała, cała w lukrze.

– No to piecz ile wlezie – odpowiada Jeff.

Po skończonej rozmowie czas wracać do czekoladowo-wiśniowej babeczki i przyczajonego na niej słodkiego pajączka. Jeśli wszystko zrobiłam, jak należy, czerwone nadzienie powinno wypłynąć przy pierwszym kęsie. To sprawdzę później. Teraz muszę się zająć tym, co widoczne.

Dekorowanie babeczek jest trudniejsze, niż się wydaje. Zwłaszcza jeżeli efekty mają się znaleźć w internecie, gdzie zobaczą je tysiące ludzi. Nie ma mowy o żadnych smugach czy zaciekach. W świecie wysokiej rozdzielczości każda skaza rzuca się w oczy.

„Szczegóły są ważne”.

Tak brzmi jedno z Dziesięciu Przykazań na mojej stronie internetowej, wciśnięte między „Miarki kuchenne to twoje przyjaciółki” a „Nie bój się porażek”.

Po skończeniu pierwszej babeczki pracuję nad drugą, kiedy znów dzwoni telefon. Tym razem upaćkany mam nawet mały palec i muszę zignorować dzwonek. Komórka brzęczy i podryguje na blacie, a potem milknie i nieruchomieje, aby po chwili wydać z siebie wymowne piknięcie.

Esemes.

Zaciekawiona, odkładam rękaw cukierniczy, wycieram ręce i sprawdzam telefon.

Wiadomość od Coopa.

„Musimy pogadać. W 4 oczy”.

Moje palce zastygają nad ekranem. Choć dotarcie samochodem na Manhattan zajmuje Coopowi trzy godziny, już nieraz tu przyjeżdżał. Kiedy chodziło o coś ważnego.

Wystukuję odpowiedź:

„Kiedy?”

Odpowiedź przychodzi po paru sekundach.

„Teraz. Tam, gdzie zawsze”.

Czuję piknięcie niepokoju u dołu pleców. Coop już tu dotarł. A to oznacza tylko jedno: coś jest nie tak.

Przed wyjściem prędko powtarzam swój zwykły rytuał przed spotkaniem z Coopem. Myję zęby. Nabłyszczam usta. Łykam maleńką niebieską tabletkę xanaxu i popijam ją napojem winogronowym prosto z butelki. W windzie uświadamiam sobie, że się nie przebrałam. Wciąż mam na sobie strój roboczy: czarne dżinsy, jedną ze starych koszul Jeffa i czerwone buty na płaskim obcasie. Na wszystkim widać ślady mąki i spłowiałe plamy z barwników spożywczych. Na grzbiecie dłoni dostrzegam drobinki zaschniętego lukru; przez sinoczarną warstewkę prześwituje skóra. Słodkie resztki przypominają siniak. Zlizuję je.

Wychodzę na Osiemdziesiątą Drugą Ulicę i skręcam w prawo, w Columbus Avenue, gdzie już roi się od przechodniów. Na widok tylu nieznajomych moje ciało gwałtownie się napina. Przystaję i wpycham zesztywniałe palce do torebki, szukając pojemniczka z gazem pieprzowym, który zawsze w niej trzymam. W grupie bezpieczniej, jasne, ale i mniej pewnie. Dopiero kiedy znajduję sprej pieprzowy, ruszam dalej, marszcząc twarz w grymasie mówiącym „zostawcie mnie w spokoju”.

Choć świeci słońce, powietrze przenika wyraźny chłód. Typowy na początku października w Nowym Jorku, kiedy pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie i raz jest ciepło, a raz zimno. A jednak czuć, że jesień zbliża się wielkimi krokami. Gdy w moim polu widzenia pojawia się park Teodora Roosevelta, liście rosnących w nim drzew mienią się zielenią i złotem.

Przez barwne korony widzę tyły Amerykańskiego Muzeum Historii Naturalnej, gdzie tego ranka kłębi się chmara dzieci w wieku szkolnym. Ich głosy śmigają wśród drzew niczym ptaki. Nagle jedno z nich piszczy, a pozostałe milkną. Tylko na sekundę. Zamieram na chodniku, wytrącona z równowagi nie przez ten pisk, ale przez ciszę, która po nim następuje. Zaraz jednak znowu zaczyna się gwar, a ja się rozluźniam i idę dalej, w stronę kafejki położonej dwie przecznice na południe od muzeum.

To tam zawsze się spotykamy.

Coop czeka na mnie przy stoliku pod oknem, wygląda tak jak zwykle. Gdy jest odprężony, na jego kanciastej twarzy o ostrych rysach pojawia się wyraz zadumy, taki jak teraz. Ciało ma długie i masywne, a do tego wielkie dłonie. Na palcu zamiast obrączki ślubnej nosi studencki sygnet z rubinem. Jedyne, co się w nim zmienia, to włosy, zawsze tak samo króciutko przycięte, ale przy każdym spotkaniu coraz bardziej szpakowate.

Jego obecność w kawiarni zwraca uwagę wszystkich niań i spragnionych kofeiny hipsterów, których tu nie brakuje. Nic tak nie konsternuje ludzi jak gliniarz w pełnym umundurowaniu. Nawet i bez niego Coop onieśmiela posturą. To kawał chłopa, prawdziwy mięśniak. Wykrochmalona niebieska koszula i czarne spodnie o kantach ostrych jak brzytwa jeszcze podkreślają jego gabaryty. Kiedy wchodzę, unosi głowę i w jego oczach dostrzegam zmęczenie. Musiał tu przyjechać prosto po nocnej zmianie.

Na stoliku już czekają dwa kubki. Earl grey z mlekiem i podwójną porcją cukru dla mnie. Dla Coopa kawa. Czarna. Gorzka.

– Quincy – mówi ze skinieniem głowy.

Zawsze wita mnie tym gestem. To jego wersja uścisku dłoni. Nigdy się nie obejmujemy. Od tamtej nocy, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy i tak rozpaczliwe do niego przywarłam. Zawsze na jego widok wraca do mnie tamto wspomnienie i powtarza się w kółko, dopóki nie wezmę się w garść.

„Oni nie żyją – wykrztusiłam, oplatając go ramionami. Słowa bulgotały mi w gardle. – Wszyscy nie żyją. A on tam wciąż jest”.

Dziesięć sekund później ocalił mi życie.

– To dopiero niespodzianka – mówię, siadając. W moim głosie słychać drżenie, które próbuję stłumić. Nie wiem, dlaczego Coop do mnie zadzwonił, ale jeśli ma jakieś złe wieści, to chcę przyjąć je na spokojnie.

– Dobrze wyglądasz – stwierdza, obrzucając mnie tym szybkim, zatroskanym spojrzeniem, do którego zdążyłam się przyzwyczaić. – Ale trochę schudłaś.

W jego głosie pobrzmiewa niepokój. Wiem, że myśli o tym półrocznym okresie po wydarzeniach w Pine Cottage, kiedy zupełnie straciłam apetyt i znowu wylądowałam w szpitalu, gdzie musieli mnie karmić przez rurkę. Pamiętam, jak po przebudzeniu ujrzałam stojącego przy moim łóżku Coopa; wpatrywał się w plastikowy wężyk, którego końcówka znikała w moim nozdrzu.

„Nie zawiedź mnie, Quincy – powiedział wtedy. – Nie po to przeżyłaś tamtą noc, żeby teraz mi tu umrzeć”.

– To nic takiego – odpowiadam. – W końcu się nauczyłam, że nie muszę zjadać wszystkiego, co upiekę.

– A jak ci z tym idzie? Z pieczeniem?

– Właściwie to wspaniale. W zeszłym kwartale przybyło mi pięć tysięcy obserwujących i zdobyłam następnego dużego reklamodawcę.

– To świetnie – mówi Coop. – Cieszę się, że wszystko ci się układa. Kiedyś w końcu powinnaś upiec coś dla mnie.

To też jeden ze stałych punktów programu Coopa, jak skinienie głową. Zawsze to mówi, ale nigdy na serio.

– Co u Jeffersona? – pyta.

– W porządku. Biuro Obrońcy Publicznego zleciło mu właśnie prowadzenie dużej, poważnej sprawy.

Przemilczam fakt, że będzie bronił człowieka oskarżonego o zabicie detektywa z wydziału narkotykowego podczas nieudanego nalotu. Coop i tak ma nie najlepsze zdanie o pracy Jeffa. Nie trzeba dolewać oliwy do ognia.

– To dobrze – mówi.

– Nie ma go od dwóch dni. Musiał polecieć do Chicago po oświadczenia członków rodziny. Żeby ława przysięgłych spojrzała łaskawiej na jego klienta.

– Hmm – mruczy z nieuwagą Coop. – Domyślam się, że jeszcze się nie oświadczył.

Zaprzeczam ruchem głowy. Mówiłam mu, że spodziewam się oświadczyn Jeffa podczas naszego sierpniowego urlopu na Outer Banks, ale jak dotąd nie mam pierścionka. I to z tego powodu ostatnio straciłam na wadze. Stałam się jedną z tych dziewczyn, które zaczynają uprawiać jogging tylko po to, aby się wcisnąć w hipotetyczną suknię ślubną.

– Nadal czekam – mówię.

– Zrobi to.

– A ty? – pytam, nie całkiem żartem. – Znalazłeś sobie wreszcie dziewczynę?

– Nie.

Unoszę brew.

– Chłopaka?

– Przyjechałem z twojego powodu, Quincy – ucina bez cienia uśmiechu.

– Jasne. Ty pytasz. Ja odpowiadam.

Tak wyglądają nasze rozmowy, gdy spotykamy się raz, dwa, może trzy razy do roku. Przypominają raczej sesje terapeutyczne i nie ma szans, żebym to ja mogła zadawać pytania. Jestem wtajemniczona tylko w podstawowe fakty z jego życia. Ma czterdzieści jeden lat, służył w piechocie morskiej, zanim został gliną, i właściwie nadal był nowicjuszem, kiedy znalazł mnie między drzewami, wrzeszczącą jak opętana. I chociaż wiem, że wciąż patroluje to samo miasteczko, gdzie wydarzyła się ta cała makabra, nie mam pojęcia, czy jest szczęśliwy. Albo zadowolony. A może samotny. Nigdy nie dostaję od niego pozdrowień z wakacji. Nigdy nie przysłał mi kartki na Boże Narodzenie. Dziewięć lat temu zjawił się na pogrzebie mojego ojca i usiadł w ostatniej ławce, ale wymknął się z kościoła, nim zdążyłam mu podziękować za przyjazd. Coś w rodzaju uczucia okazuje mi tylko w dniu moich urodzin. Co roku dostaję takiego samego esemesa:

„Kolejny rok, którego mogłaś nie doczekać. Przeżyj go w pełni”.

– Jeff w końcu dojrzeje do tej decyzji. – Coop znowu kieruje rozmowę na temat, który mu odpowiada. – Założę się, że zrobi to w Boże Narodzenie. Faceci często oświadczają się na święta.

Bierze potężny łyk kawy. Ja upijam łyczek herbaty i mrugam, przymykając oczy na nieco dłużej, w nadziei, że ciemność pozwoli mi poczuć kojące działanie xanaxu. Niestety czuję większy niepokój, niż kiedy tu weszłam.

Otwieram oczy i widzę wchodzącą do kafejki dobrze ubraną kobietę z pyzatym, równie dobrze ubranym szkrabem. Pewnie au pair, jak większość kobiet przed trzydziestką w tej okolicy. W ciepłe, słoneczne dni tarasują chodniki – parada dziewczyn ledwo po studiach, uzbrojonych w stopnie naukowe z literatury i kredyty studenckie. Akurat ta przykuwa moją uwagę tylko z jednego powodu: wyglądamy podobnie. Świeża, wypucowana buzia. Blond włosy ściągnięte w kucyk. Ani za chuda, ani za pulchna. Dorodny plon mlekiem płynącej krainy Środkowego Zachodu.

To mogłabym być ja w innym życiu. Takim bez Pine Cottage i krwi, i sukienki, która zmienia kolor jak w sennym koszmarze.

To jeszcze jedno ze wspomnień powracających przy każdym spotkaniu z Coopem – on wtedy myślał, że moja sukienka jest czerwona. Tak zameldował szeptem dyspozytorowi, kiedy wzywał wsparcie. Jest to w policyjnym transkrypcie zgłoszenia, który czytałam wielokrotnie, i na nagraniu, którego byłam w stanie wysłuchać tylko raz.

„Ktoś biegnie przez las. Biała kobieta. Młoda. Ubrana w czerwoną sukienkę. Krzyczy”.

To prawda, biegłam przez las. Wręcz pędziłam. Każdy krok wzbijał w powietrze fontanny liści, a ja byłam zbyt otępiała, by czuć ból, który przeszywał moje ciało na wskroś. I choć jedyną rzeczą, jaką wtedy słyszałam, było dudniące mi w uszach serce, rzeczywiście krzyczałam. Jedyne, w czym Coop się pomylił, to kolor mojej sukienki.

Bo ona – jeszcze godzinę wcześniej – była biała.

Część krwi należała do mnie. Reszta do pozostałych. Głównie do Janelle, którą podtrzymywałam, tuż zanim sama zostałam ranna.

Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy Coopa, kiedy uprzytomnił sobie swój błąd. Tych lekko rozszerzonych oczu. Wąskiej linii ust, które zaciskał, by stłumić wyrywający się krzyk. Zdumionego westchnienia, którego nie zdołał powstrzymać. Dwie części szoku, jedna część współczucia.

To jedna z nielicznych rzeczy, które pamiętam.

Moje wspomnienia z Pine Cottage dzielą się na dwie odrębne połowy. Jest początek, pełen strachu i dezorientacji, kiedy Janelle wyszła z lasu, wciąż jeszcze żywa, choć niewiele życia w niej pozostało. I jest koniec, gdy Coop znalazł mnie w tej czerwonej nieczerwonej sukience.

Między tymi dwoma punktami w mojej pamięci nie ma nic. Godzina lub coś koło tego została kompletnie wymazana.

Oficjalna diagnoza brzmi: „amnezja dysocjacyjna”. Powszechniej znana jako syndrom wyparcia. Krótko mówiąc, to, czego byłam świadkiem, okazało się zbyt przerażające, by mój kruchy umysł zdołał to znieść. Więc tak jakby wycięłam ten fragment wspomnień. W pewnym sensie zrobiłam sobie autolobotomię.

Co jednak nie znaczy, że inni przestali nalegać, abym sobie coś przypomniała. Pełna dobrych chęci rodzina. Znajomi, święcie przekonani, że wiedzą, jak pomóc. Psychiatrzy omamieni wizjami swych publikacji na temat mojego przypadku. „Skup się – powtarzali mi wszyscy w kółko. – Myśl intensywnie o tym, co się tam wydarzyło”. Jakby to mogło cokolwiek zmienić. Jakbym przypominając sobie wszystkie krwawe szczegóły, mogła przywrócić życie reszcie przyjaciół.

Mimo to próbowałam. Terapii. Hipnozy. Nawet dziwacznej metody pobudzania pamięci sensorycznej, w ramach której jakaś specjalistka z rozwianym włosem zawiązała mi oczy i podtykała pod nos nasączone różnymi zapachami papierowe paski, za każdym razem dopytując się, co czuję. Nic nie działało.

Dla mnie ta godzina jest jak dokładnie wytarta szkolna tablica, na której został już tylko pył.

Rozumiem potrzebę uzyskania większej ilości informacji, to pragnienie szczegółów. Ale mnie samej jakoś ich nie brakuje. Wiem, co się stało w Pine Cottage. Nie muszę dokładnie pamiętać, jak się to odbywało. Bo tak to już jest ze szczegółami, że mogą odwrócić uwagę od sedna sprawy. Jeśli jest ich zbyt wiele, zaciemniają brutalną prawdę. Stają się krzykliwym naszyjnikiem zasłaniającym bliznę po tracheotomii. Ja nie próbuję ukrywać swoich blizn. Po prostu udaję, że nie istnieją.

Teraz, w kawiarni, też udaję – że wcale nie spodziewam się bomby w postaci złych wiadomości, która zaraz na mnie spadnie. Jakby to mogło zapobiec katastrofie.

– Załatwiasz tu jakieś służbowe sprawy? – pytam. – Jeżeli zostajesz na dłużej, to Jeff i ja chętnie zjemy z tobą kolację. Jeśli dobrze pamiętam, ta włoska knajpa, w której byliśmy w zeszłym roku, wszystkim nam przypadła do gustu.

Coop rzuca mi spojrzenie nad stołem. Jego oczy mają najjaśniejszy odcień błękitu, jaki w życiu widziałam. Jaśniejszy nawet od tej tabletki, która właśnie w tej chwili przenika do mojego centralnego układu nerwowego. Ale to nie jest kojący błękit. Intensywność spojrzenia Coopa zawsze mnie zmusza do odwrócenia wzroku, choć chciałabym zajrzeć mu w oczy głębiej i w ten sposób dotrzeć być może do jego ukrytych myśli. Ten błękit ma w sobie coś dzikiego – dokładnie takie oczy powinien mieć ktoś, kto cię chroni.

– Dobrze wiesz, po co przyjechałem – mówi.

– Wcale nie, serio.

– Mam złe wieści. W gazetach jeszcze o tym nie napisali, ale napiszą. I to wkrótce.

On.

Moja pierwsza myśl. To musi mieć coś wspólnego z Nim. Chociaż widziałam, jak umiera, mózg w jednej chwili przenosi mnie w jakąś niepojętą wersję rzeczywistości, w której On przeżył strzały Coopa, uciekł, przyczaił się gdzieś na wiele lat, a teraz wychodzi z ukrycia, aby mnie dopaść i skończyć to, co zaczął.

On żyje.

Gula niepokoju ciąży mi w żołądku. Jakby wyrósł tam guz wielkości piłki do koszykówki. Nagle czuję, że chce mi się sikać.

– Nie o to chodzi – mówi Coop, z łatwością odgadując, co mi się roi w głowie. – Jego już nie ma, Quincy. Oboje o tym wiemy.

Choć miło to usłyszeć, wcale nie czuję się spokojniejsza. Mocno zaciskam dłonie w pięści i wciskam knykcie w blat stołu.

– Proszę, powiedz mi wreszcie, co się stało.

– Chodzi o Lisę Milner – odpowiada Coop.

– Co z nią?

– Ona nie żyje, Quincy.

Ta wiadomość pozbawia mnie tchu. Chyba wyrywa mi się stłumiony okrzyk. Nie jestem pewna, bo słyszę tylko rozmyte echo głosu Lisy, które dociera do mnie z odmętów pamięci.

„Chcę ci pomóc, Quincy. Chcę cię nauczyć, jak być Jedyną Ocalałą”.

I uczyła mnie. Przynajmniej przez jakiś czas. Zgodziłam się, bo uznałam, że wie o tym więcej niż ja.

A teraz jej nie ma.

Zostałyśmy tylko dwie.

2

W przypadku Lisy Milner odpowiednikiem Pine Cottage był żeński akademik w stanie Indiana. Pewnej lutowej nocy, dawno temu, do drzwi frontowych zapukał facet imieniem Stephen Leibman. Kiedyś studiował, ale przerwał naukę i odtąd mieszkał z ojcem. Był tłusty, a jego żółtawa gęba trzęsła się niczym kurzy tłuszcz.

Stał na schodach z nożem myśliwskim w łapsku, kiedy jedna z mieszkanek domu otworzyła drzwi. Chwilę później już nie żyła. Leibman wciągnął jej zwłoki do środka, pozamykał wszystkie drzwi, a potem odciął prąd i linię telefoniczną. I urządził mniej więcej godzinną rzeź, pozbawiając życia dziewięć młodych kobiet.

Lisa Milner o mały włos nie zaokrągliła tej liczby do dziesięciu.

Podczas masakry ukryła się w jednym z pokoi i skulona ze strachu w szafie, wciśnięta w ubrania koleżanki, modliła się, żeby szaleniec jej tam nie znalazł.

Niestety jednak znalazł.

Gdy Stephen Leibman gwałtownym szarpnięciem otworzył drzwi szafy, pierwsze, co zobaczyła, to jego nóż, a dopiero potem twarz. Jedno i drugie ociekało krwią. Ugodził ją w ramię, ale zdołała kopnąć go kolanem w krocze i uciec z pokoju. Zbiegła na parter i rzuciła się do wyjścia, lecz Leibman ją dopadł i zaczął dźgać nożem.

Dostała cztery ciosy w klatkę piersiową i brzuch, a gdy uniosła rękę, żeby się bronić, rozciął jej ramię na ponad dziesięć centymetrów. Kolejne pchnięcie by ją zabiło, ale wtedy krzyczącej z bólu i zamroczonej od utraty krwi Lisie jakimś cudem udało się chwycić Leibmana na kostkę. Przewrócił się. Nóż wypadł mu z ręki. Lisa złapała go i zatopiła w jego bebechach po samą rękojeść. Stephen Leibman wykrwawił się, leżąc na podłodze tuż obok niej.

Szczegóły. Płyną wartkim strumieniem, gdy nie dotyczą ciebie.

Miałam wtedy siedem lat i po raz pierwszy zwróciłam uwagę na coś, o czym mówiono w wiadomościach. Wiem dlaczego. Pamiętam, że matka stała jak wryta przed szafkowym telewizorem, przyciskając dłoń do ust i powtarzając na okrągło dwa słowa: „Słodki Jezu. Słodki Jezu”.

To, co zobaczyłam na ekranie, przeraziło mnie, zdezorientowało i przygnębiło. Pochlipujący gapie. Korowód przykrytych brezentem noszy prześlizgujący się pod żółtymi taśmami policyjnymi, którymi zapieczętowano drzwi na krzyż. Plama krwi odcinająca się jaskrawą czerwienią na śniegu. W tamtym momencie uświadomiłam sobie, że na świecie istnieje zło i że coś złego może stać się każdemu.

Rozpłakałam się, więc ojciec wziął mnie na ręce i zaniósł do kuchni. Wyłożył na blat cały zestaw misek i napełnił je mąką, cukrem, masłem i jajkami, a mnie powoli zaczęły wysychać łzy. Wręczył mi łyżkę i pozwolił wszystko razem wymieszać. Moja pierwsza lekcja wypieków.

„Nie wolno przesadzić ze słodyczą, Quincy – oznajmił. – Wiedzą o tym wszyscy najlepsi cukiernicy. Potrzebna jest jakaś przeciwwaga. Coś ciemnego. Gorzkiego. Albo kwaśnego. Niesłodzona czekolada. Kardamon i cynamon. Cytryna i limonka. Przełamują smak cukru i go łagodzą, więc kiedy wyczuwasz słodycz, bardziej ją doceniasz”.

Teraz czuję w ustach wyłącznie cierpki kwas. Dosypuję do herbaty więcej cukru i opróżniam kubek. To wcale nie pomaga, a co gorsza, cukrowy haj koliduje z działaniem xanaxu, którego zbawienną moc wreszcie zaczęłam odczuwać. Zderzają się gdzieś głęboko we mnie, wywołując nerwowe drżenie.

– Kiedy to się stało? – pytam Coopa, gdy początkowy szok mija, wypierany przez rosnące niedowierzanie. – I jak?

– Wczoraj w nocy. Policja z Muncie znalazła jej ciało około północy. Zabiła się.

– Słodki Jezu.

Mówię to na tyle głośno, że przyciągam uwagę mojej siedzącej przy sąsiednim stoliku sobowtórki. Podnosi wzrok znad iPhone’a, przechylając głowę niczym cocker spaniel.

– Samobójstwo? – Czuję gorycz tego słowa na języku. – Myś­lałam, że jest szczęśliwa. Przynajmniej taka się wydawała.

Wciąż słyszę jej głos.

„Nie zmienisz tego, co się stało. Jedyne, co możesz zmienić, to sposób, w jaki sobie z tym radzisz”.

– Czekają na raport toksykologiczny, żeby sprawdzić, czy piła albo coś brała – mówi Coop.

– Czyli to mógł być wypadek?

– To nie był wypadek. Miała podcięte nadgarstki.

Na moment serce zamiera mi w piersi. Mam świadomość pustki, którą powinien wypełniać puls. W tę próżnię wdziera się smutek, zalewając moje ciało tak gwałtownie, że dopada mnie zawrót głowy.

– Chcę znać szczegóły – mówię.

– Nie chcesz – odpowiada Coop. – To i tak niczego nie zmieni.

– Wolę wiedzieć. To lepsze niż nic.

Coop wbija wzrok w kawę, jakby przyglądał się mętnemu odbiciu swych jasnych oczu.

– Wiem tylko tyle – odzywa się w końcu – że kwadrans przed północą Lisa zadzwoniła na numer alarmowy. Może zmieniła zdanie.

– Co powiedziała?

– Nic. Zaraz się rozłączyła. Dyspozytor namierzył numer i wysłał do jej domu patrol. Drzwi nie były zamknięte, więc policjanci weszli do środka. Wtedy ją znaleźli. Leżała w wannie. Telefon też. Prawdopodobnie wypadł jej z ręki.

Coop wygląda przez okno. Jest zmęczony, to widać. I pewnie się boi, że któregoś dnia też mogę spróbować czegoś w tym stylu. Ale mnie taki pomysł nigdy nie przyszedł do głowy, nawet kiedy leżałam w szpitalu i karmiono mnie przez rurkę. Wyciągam ku niemu dłoń nad stołem, ale on cofa ręce, zanim zdążę ich dotknąć.

– Kiedy się o tym dowiedziałeś? – pytam.

– Dwie godziny temu. Zadzwoniła do mnie znajoma z policji stanowej w Indianie. Utrzymujemy kontakt.

Nie muszę pytać Coopa, skąd zna funkcjonariuszkę z Indiany. Nie tylko ocalałe z masakry potrzebują wsparcia.

– Uznała, że trzeba cię ostrzec – dodaje. – Bo niedługo wieść się rozejdzie.

Prasa. No jasne. Wygłodniałe sępy trzymające w dziobach śliskie, ociekające krwią flaki – tak właśnie widzę dziennikarzy.

– Nie zamierzam gadać z pismakami.

Znowu przyciągam uwagę au pair, która podnosi wzrok i mruży oczy. Patrzę na nią wyzywająco, aż w końcu odkłada iPhone’a na stolik i zaczyna udawać, że zajmuje się swoim małym podopiecznym.

– Nie musisz – mówi Coop. – Ale powinnaś pomyśleć o wydaniu oświadczenia, w którym złożysz kondolencje rodzinie. Gryzipiórki z tabloidów będą cię tropić jak psy gończe. Przydałoby się zawczasu rzucić im jakiś ochłap.

– Dlaczego mam im cokolwiek mówić?

– Wiesz dlaczego.

– Może Samantha coś powie?

– Nadal nikt nie wie, gdzie się zaszyła. I wątpię, żeby po tylu latach nagle wyszła z ukrycia.

– Szczęściara.

– Czyli zostajesz ty – konkluduje Coop. – Dlatego chciałem ci o tym powiedzieć osobiście. Do niczego cię nie zmuszam, ale to nie taki zły pomysł, żeby trochę ocieplić stosunki z prasą. Skoro Lisa nie żyje, a Samantha zniknęła, mają tylko ciebie.

Wyjmuję z torebki komórkę. Nikt się do mnie nie dobijał. Żadnych nieodebranych połączeń. Żadnych nowych esemesów. Chyba że liczyć kilkadziesiąt służbowych maili, których rano nie miałam czasu odczytać. Wyłączam telefon – tymczasowy środek zaradczy. Prasa i tak w końcu mnie wywęszy. Coop ma rację. Pismaki nie oprą się pokusie wyduszenia komentarza z Jedynej Ocalałej.

Przecież to oni nas stworzyli.

„Jedyna Ocalała” to w żargonie kinomaniaków bohaterka horroru, która dożywa do końca filmu. A przynajmniej tak mi to wyjaśniono. Nawet przed Pine Cottage nie lubiłam oglądać horrorów, bo drażniły mnie hektolitry sztucznej krwi, gumowe noże i te bohaterki, które podejmowały tak głupie decyzje, że – co stwierdzałam z lekką skruchą – same były sobie winne.

Tyle że to, co spotkało nas, nie działo się na ekranie. To była rzeczywistość. Nasze życie. Krew nie była sztuczna, a stalowe noże okazały się cholernie ostre. I żadna z ofiar nie zasłużyła na śmierć.

Jakimś cudem jednak to właśnie my krzyczałyśmy głośniej, uciekałyśmy szybciej, walczyłyśmy bardziej zażarcie od pozostałych. I przeżyłyśmy.

Nie wiem, kto pierwszy nazwał Lisę Milner Jedyną Ocalałą. Prawdopodobnie napisano tak o niej w jednej z gazet na Środkowym Zachodzie, skąd pochodziła. Jakiś tamtejszy reporter, który wysmażył artykuł o rzezi w akademiku, próbował błysnąć kreatywnością i tak właśnie brzmiał efekt końcowy jego twórczych wypocin. Określenie przyjęło się tylko dlatego, że było wystarczająco proste i makabryczne, aby podchwycił je internet. Z lubością powtarzały je wszystkie świeżo namnożone i spragnione uwagi portale informacyjne, a za ich przykładem, aby nie zostać w tyle, ochoczo podążyły media tradycyjne. Najpierw tabloidy, potem dzienniki, a w końcu magazyny.

Wystarczyło kilka dni, by nastąpiła pełna transformacja. Lisa Milner nie była już zwykłą ofiarą, która przeżyła masakrę. Stała się bohaterką żywcem wyjętą z soczystego slashera – Jedyną Ocalałą.

Cztery lata później to samo przytrafiło się Samancie Boyd, a po kolejnych ośmiu latach także mnie. Choć na przestrzeni tych lat zdarzały się inne wielokrotne zabójstwa, żadne z nich nie przykuło aż takiej uwagi opinii publicznej jak te z naszym udziałem. Z jakiegoś powodu to właśnie my byłyśmy tymi szczęściarami, które przeżyły masakrę, gdy wszyscy inni zginęli. Zbroczonymi krwią ślicznotkami. Właśnie dlatego traktowano nas – każdą w swoim czasie – jak wielką rzadkość, coś egzotycznego. Jakbyśmy były pięknym ptakiem, który rozpościera olśniewające skrzydła raz na dziesięć lat. Albo tym kwiatem, który cuchnie zgniłym mięsem, kiedy łaskawie postanowi się rozwinąć.

Uwaga, którą skupiałam na sobie przez kilka miesięcy po Pine Cottage, raz wydawała się przejawem życzliwości, a innym razem zakrawała na dziwactwo. Czasem zaś stanowiła osobliwą mieszankę jednego i drugiego, jak wtedy, gdy pewne bezdzietne małżeństwo zaproponowało mi w liście, że opłaci mi czesne za studia. Odpisałam, że dziękuję za hojną ofertę, ale nie mogę jej przyjąć. Więcej się nie odezwali.

Bywała i bardziej niepokojąca korespondencja. Nie zliczę listów otrzymanych od samotnych gotów albo więźniów, którzy chcieli się ze mną umawiać, żenić, tulić mnie w swych wytatuowanych ramionach. Pewien mechanik samochodowy z Nevady zaproponował mi raz, że mnie przykuje do ściany w swojej piwnicy, aby już nigdy nie spotkała mnie żadna krzywda. Jego szczerość mnie powaliła – on chyba naprawdę uważał, że trzymając mnie w niewoli, spełni najlepszy z dobrych uczynków.

Była też i taka wiadomość, w której ktoś stwierdził, że powinno się mnie wykończyć, że moim przeznaczeniem jest zostać zarżniętą. Nie było podpisu. Ani adresu zwrotnego. List oddałam Coopowi. Na wszelki wypadek.

Zaczynam się czuć roztrzęsiona. To przez cukier i xanax, które nagle robią z moim ciałem to samo co jakiś wciągnięty na imprezie drag. Coop wyczuwa zmianę mojego nastroju i mówi:

– Wiem, że to sporo do ogarnięcia.

Kiwam głową.

– Chcesz stąd wyjść?

Znów przytakuję.

– To chodźmy.

Gdy wstaję z miejsca, au pair znowu udaje, że zajmuje się dzieciakiem, żeby tylko nie spojrzeć w moją stronę. Może mnie rozpoznała i czuje się nieswojo. Nie byłaby pierwszą osobą, która tak reaguje.

Kiedy ją mijam, idąc dwa kroki za Coopem, zgarniam ze stolika jej telefon, a ona nic nie zauważa.

Wsuwam łup głęboko do kieszeni i wychodzę z kawiarni.

Coop odprowadza mnie do domu, idąc nieco przede mną niczym osłaniający mnie agent Secret Service. Oboje rozglądamy się czujnie, wypatrując dziennikarzy. Jest czysto.

Gdy docieramy do mojej kamienicy, Coop przystaje tuż przed bordowym zadaszeniem nad frontowym wejściem. Budynek jest przedwojenny, elegancki i przestronny. Mieszkają tu starsze panie z towarzystwa tuszujące siwiznę niebieską płukanką oraz nobliwi geje w pewnym wieku. Coop pewnie nie może się nadziwić, jakim cudem zwykłą blogerkę i adwokata z urzędu stać na wynajem mieszkania na Upper West Side.

Prawda jest taka, że nas nie stać. Nie opłacilibyśmy czynszu ze śmiesznie niskiej pensji Jeffa, a już na pewno nie z tego, co zarabiam na prowadzeniu bloga. Mieszkanie jest moje. Kupiłam je dzięki rekompensatom finansowym wygranym w licznych procesach wytoczonych po Pine Cottage. Rodzice ofiar pod wodzą ojczyma Janelle pozywali, kogo się dało. Szpital psychiatryczny, który pozwolił Mu uciec. Jego lekarzy. Koncerny farmaceutyczne odpowiedzialne za produkcję leków przeciwdepresyjnych i przeciwpsychotycznych, które zrobiły Mu papkę z mózgu. Nawet producenta szpitalnych drzwi z wadliwym zamkiem, przez które uciekł.

Wszyscy pozwani poszli na ugodę. Wiedzieli, że warto wydać kilka milionów dolarów, aby uniknąć złego rozgłosu, który im groził, gdyby podjęli walkę z pogrążonymi w żałobie rodzinami. Niektórym nie pomogły nawet ugody. Jeden ze środków przeciwpsychotycznych został wycofany z rynku. W ciągu roku szpital psychiatryczny w Blackthorn na zawsze zamknął swe wybrakowane podwoje.

Tylko Jego rodzice nie byli w stanie niczego zapłacić, bo zbankrutowali, włożywszy całe pieniądze w leczenie syna. Mnie to nie przeszkadzało. Nie chciałam, aby ci oszołomieni i udręczeni ludzie ponosili karę za Jego grzechy. Zresztą tego, co otrzymałam z pozostałych rekompensat, było aż nadto. Znajomy księgowy mojego ojca pomógł mi zainwestować większość pieniędzy w okresie, gdy akcje były jeszcze tanie, a mieszkanie kupiłam zaraz po studiach, akurat kiedy rynek nieruchomości podnosił się z kolosalnego kryzysu. Dwie sypialnie, dwie łazienki, salon, jadalnia i kuchnia z kącikiem śniadaniowym, z którego zrobiłam namiastkę pracowni. Zapłaciłam tyle co nic.

– Wejdziesz? – pytam Coopa. – Jeszcze nie widziałeś mieszkania.

– Może innym razem.

Jeszcze jedna rzecz, którą zawsze powtarza, ale nigdy na serio.

– Pewnie się spieszysz – zgaduję.

– Przede mną długa jazda. Dasz sobie radę?

– Jasne – zapewniam. – Jak tylko się otrząsnę.

– Dzwoń albo pisz w razie czego.

To akurat mówi na serio. W każdej chwili gotów jest rzucić wszystko i przyjechać. Jak tamtego ranka po Pine Cottage, kiedy w nagłych przypływach bólu i żalu wyłam: „Chcę do tamtego policjanta! Proszę, pozwólcie mi się z nim zobaczyć!”. Znalazł się na miejscu w niecałe pół godziny.

Dziesięć lat później znowu jest przy mnie i właśnie żegna się ze mną skinieniem głowy. Odpowiadam tym samym gestem, a wtedy Coop zasłania błękit swoich oczu parą ray-banów i odchodzi, by w końcu zniknąć w tłumie innych przechodniów.

W mieszkaniu kieruję się prosto do kuchni i połykam drugi xanax. Słodycz napoju winogronowego, którym popijam tabletkę, w połączeniu z cukrem w herbacie przyprawia mnie o ból zębów. Mimo to biorę jeszcze kilka łyczków i wyjmuję z kieszeni ukradzioną komórkę. Wystarczy szybki przegląd zawartości telefonu, by się dowiedzieć, że jego dotychczasowa właścicielka ma na imię Kim i że nie używa żadnej z funkcji zabezpieczeń. Mogę sprawdzić listę połączeń i historię wyszukiwań oraz przeczytać każdego esemesa, łącznie z tym, który przyszedł od jakiegoś Zacha, gościa z kwadratową szczęką.

„Chętna na trochę zabawy wieczorem?”

Odpisuję dla picu:

„Jasne”.

Telefon pika mi w dłoni. Nowa wiadomość od Zacha. Tym razem zdjęcie jego fiuta.

Uroczo.

Wyłączam komórkę. Na wszelki wypadek. Może Kim i ja podobnie wyglądamy, ale dzwonki mamy zupełnie inne. Potem odwracam urządzenie i patrzę na jego srebrny tył, cały pokryty odciskami palców. Wycieram je do czysta, tak dokładnie, że mogę się w nim przejrzeć. Odbicie twarzy mam zniekształcone jak w jednym z luster w gabinecie śmiechu.

Będzie w sam raz.

Przesuwam palcami po złotym łańcuszku, który zawsze noszę na szyi. Wisi na nim kluczyk otwierający jedyną szufladę w kuchni, która jest zawsze zamknięta. Jeff myśli, że trzymam w niej ważne dokumenty związane z blogiem. I niech tak pozostanie.

W środku wala się pobrzękująca kolekcja połyskujących metalem drobiazgów. Szminka w lśniącym sztyfcie i gruba złota bransoletka. Parę łyżek. Srebrna puderniczka, którą zwinęłam z pielęgniarskiej dyżurki tamtego dnia, kiedy wychodziłam ze szpitala po Pine Cottage. Jadąc do domu, przez całą długą drogę gapiłam się w to lusterko, upewniając się, że naprawdę żyję. Teraz, wpatrując się w swoje zniekształcone odbicia, czuję tę samą otuchę i zapewnienie co wtedy.

Tak, nadal istnieję.

Dorzucam iPhone’a do pozostałych łupów, a potem zasuwam i zamykam szufladę na klucz, który znowu zawieszam sobie na szyi.

To moja tajemnica, czuję jej ciepło w okolicy mostka.

3

Przez całe popołudnie unikam patrzenia w stronę niedokończonych babeczek na blacie kuchennym, choć one wydają się na mnie gapić, jakby się domagały, aby zrobić z nimi to samo co wcześniej z dwiema innymi, które leżą opodal, w pełni udekorowane i bardzo z siebie zadowolone. Wiem, że powinnam je dokończyć, choćby tylko w celach terapeutycznych. Tak przecież brzmi pierwsze przykazanie mojego bloga: „Pieczenie działa lepiej niż terapia”.

Zazwyczaj w to wierzę. Pieczenie ma sens. W przeciwieństwie do tego, co zrobiła Lisa Milner.

Jestem jednak w tak kiepskim nastroju, że żadne wypieki mi nie pomogą. Przechodzę więc do salonu, przelotnie muskając opuszkami palców nieprzeczytane egzemplarze „New Yorkera” i dzisiejszego „Timesa”, niby że sama nie wiem, dokąd właściwie idę. Tak czy inaczej docieram do celu. Wchodzę na krzesło przy regale pod oknem i sięgam na najwyższą półkę po stojącą na niej książkę.

Książkę Lisy.

Napisała ją rok po tym, jak los zetknął ją ze Stephenem Leib­manem, i nadała jej smutny z perspektywy czasu tytuł Wola życia. Moja podróż od bólu do uzdrowienia. Książka osiągnęła umiarkowany sukces, a kanał Lifetime nakręcił na jej podstawie film telewizyjny.

Natychmiast po wydarzeniach w Pine Cottage Lisa przysłała mi egzemplarz z dedykacją: „Quincy, mojej wspaniałej siostrze w sztuce przetrwania. Jeśli kiedykolwiek zechcesz porozmawiać, zadzwoń”. Pod spodem dopisała starannie i wyraźnie kilka cyferek – swój numer telefonu.

Nie miałam zamiaru z niego korzystać. Uznałam, że nie potrzebuję jej wsparcia. Przecież i tak niczego nie pamiętałam, więc w czym mogłaby mi pomóc?

Nie byłam jednak przygotowana na to, że każda gazeta i każda kablówka w kraju będzie się rozpisywać o „morderstwach w letnim domku Pine Cottage”. Tak właśnie wszyscy to nazywali: „morderstwa w letnim domku Pine Cottage”. Nikogo nie obchodziło, że to była zwykła leśna chatka, nie żaden letni domek. Ważne, że nagłówki dobrze brzmiały. Poza tym właśnie taka nazwa tej budy widniała wypalona na cedrowej desce, którą zawieszono nad drzwiami – pomysł rodem z letniego obozu dla młodzieży.

Nie licząc pogrzebów, prawie nie pokazywałam się publicznie. Jeśli już wychodziłam z domu, to szłam do lekarza albo na terapię. Ponieważ nasz trawnik zmienił się w dziennikarskie obozowisko, matka musiała przemycać mnie drzwiami od podwórza i przez ogródek sąsiadów do czekającego przecznicę dalej samochodu. Mimo to moje zdjęcie z kroniki szkolnej wylądowało na okładce magazynu „People”, okraszone sloganem „Jedyna Ocalała”, który lekko zahaczał o mój pryszczaty podbródek.

Wszyscy domagali się wywiadu na wyłączność. Reporterzy dzwonili, słali maile i esemesy. Pewna znana dziennikarka – odraza nie pozwala mi wymienić jej nazwiska – długo waliła w drzwi wejściowe, po których drugiej stronie siedziałam, przyciskając plecy do dygoczącego drewna. Zanim odeszła, wsunęła przez szparę nad podłogą karteczkę z nagryzmoloną odręcznie propozycją zapłaty stu tysięcy dolarów za wywiad w studiu. Liścik pachniał perfumami Chanel No. 5. Wyrzuciłam go do śmieci.

Nawet mimo złamanego serca i wszystkich ran, z których jeszcze nie zdjęto szwów, dobrze wiedziałam, o co w tym chodzi. Media zagięły na mnie parol – miałam być ich nową Jedyną Ocalałą.

Może zniosłabym to lepiej, gdyby moja sytuacja rodzinna była choć odrobinę stabilniejsza. Ale nie była.

Właśnie wtedy ojcu się pogorszyło. Rak wrócił, zajadły jak nigdy, a po chemioterapii tata ciągle miał mdłości i był zbyt osłabiony, żeby mógł podtrzymywać mnie na duchu. Mimo to próbował. Powiedział, że już raz prawie mnie stracił i moje dobro jest dla niego najważniejsze. Pilnował, żebym jadła, spała i nie pogrążała się w rozpaczy. Chciał, bym poczuła się lepiej, choć z nim dobrze nie było. Gdy zbliżał się jego koniec, zaczęłam myśleć, że przeżyłam Pine Cottage tylko dlatego, że mój ojciec dobił targu z Bogiem, oddając za mnie swoje życie.

Przypuszczałam, że matka odczuwa to wszystko tak samo jak ja, ale strach i poczucie winy nie pozwalały mi jej o to zapytać. Nie żebym miała po temu szansę, bo wtedy już się jej włączył tryb perfekcyjnej pani domu i była zdecydowana za wszelką cenę udawać, że wszystko gra. Wmówiła sobie, że kuchnia wymaga remontu, jakby nowe linoleum mogło jakimś cudem złagodzić tę podwójną tragedię w postaci raka i Pine Cottage. Kiedy akurat nie zawoziła mnie albo ojca na różne umówione wizyty, to porównywała blaty kuchenne i przeglądała próbki farb. Jakby tego było jej mało, rygorystycznie przestrzegała swojego grafiku wzorowej gospodyni domowej z przedmieścia, regularnie uczęszczając na sesje spinningu i spotkania klubu książki. Rezygnacja choćby z jednego obowiązku towarzyskiego byłaby równoznaczna z przyznaniem się do porażki.

Jako że moja woniejąca paczulą terapeutka twierdziła, że warto mieć w kimś oparcie, zwróciłam się do Coopa. Biedak robił, co mógł. Odebrał więcej niż kilka moich rozpaczliwych telefonów w środku nocy. Mimo to potrzebowałam kogoś, kto przeżył takie piekło jak ja w Pine Cottage. Lisa nadawała się do tej roli idealnie.

Zamiast uciec od miejsca, gdzie doznała traumy, ona wolała zostać w Indianie. Pozbierała się w pół roku, po czym wróciła na swoją dawną uczelnię i zdobyła tytuł psycholożki dziecięcej. Na uroczystości wręczenia dyplomów wszyscy zgromadzeni zgotowali jej owację na stojąco, a tłum dziennikarzy na tyłach audytorium uchwycił tę chwilę w oślepiającej kanonadzie fleszy.

Więc przeczytałam jej książkę. Odnalazłam numer telefonu. Zadzwoniłam.

„Chcę ci pomóc, Quincy – powiedziała. – Chcę cię nauczyć, jak być Jedyną Ocalałą”.

„A jeśli nie chcę nią być?”

„To nie jest twój wybór. Tę decyzję już podjęto za ciebie. Nie zmienisz tego, co się stało. Jedyne, co możesz zmienić, to sposób, w jaki sobie z tym radzisz”.

Według Lisy należało odważnie zmierzyć się z sytuacją. Zasugerowała, abym zgodziła się na kilka wywiadów dla prasy, ale na moich warunkach. Zapewniła, że publiczne mówienie o tym, co się stało, pomoże mi sobie z tym poradzić.

Posłuchałam jej i udzieliłam trzech wywiadów – „New York Timesowi”, „Newsweekowi” oraz pannie Chanel No. 5, która faktycznie zapłaciła mi te sto tysięcy, choć wcale się ich nie domagałam. Bardzo mi się przydały, kiedy przyszło do kupna mieszkania. A jeśli się komuś wydaje, że nie gryzie mnie z tego powodu sumienie, to grubo się myli.

Wywiady były okropne. Źle się czułam, tak otwarcie opowiadając o martwych przyjaciołach, którzy nie mogli już mówić za siebie, zwłaszcza że nie pamiętałam, co właściwie się z nimi stało. W gruncie rzeczy byłam naocznym świadkiem w takim samym stopniu jak ci wszyscy ludzie, którzy łykali moje słowa niczym młode pelikany.

Każda z tych rozmów zostawiała we mnie pustkę, której nie mogła zapełnić żadna ilość jedzenia. Dlatego przestałam próbować i w końcu ponownie wylądowałam w szpitalu, pół roku po jego opuszczeniu. Mój ojciec już przegrał walkę z rakiem i po prostu czekał na jego ostateczny cios. Mimo to był przy mnie każdego dnia. Chwiejąc się na wózku inwalidzkim, łyżkami wpychał mi do ust lody, żeby zabić gorzki smak leków przeciwdepresyjnych, które musiałam zażywać.

„Łyżeczka słodyczy zaradzi goryczy, Quinn – mawiał. – Mary Poppins nie kłamie”.

Gdy tylko wrócił mi apetyt i wyszłam ze szpitala, odezwała się Oprah. Ni stąd, ni zowąd zadzwonił do mnie jeden z jej producentów i powiedział, że chcą zrobić z nami program. Z Lisą, mną i Samanthą Boyd. Trzy Jedyne Ocalałe wreszcie razem. Lisa, rzecz jasna, się zgodziła. Samantha również, co było niespodzianką, bo już wtedy próbowała tej swojej sztuczki ze znikaniem. W przeciwieństwie do Lisy ona nigdy nie szukała ze mną kontaktu po Pine Cottage. Była równie nieuchwytna jak moje wspomnienia.

Ja też przyjęłam zaproszenie, choć na samą myśl o tym, że mam zasiąść przed chórem cmokających ze współczuciem gospodyń domowych, o mało nie rzuciłam się z powrotem w objęcia anoreksji. Niemniej chciałam stanąć twarzą w twarz z pozostałymi Jedynymi Ocalałymi. Zwłaszcza z Samanthą. Aby poznać alternatywę dla przytłaczającej otwartości Lisy.

Niestety program nie doszedł do skutku.

Tego ranka, kiedy razem z matką miałyśmy polecieć do Chicago, ocknęłam się, stojąc na środku jej świeżo wyremontowanej kuchni, a raczej tego, co z niej pozostało. Była kompletnie zdemolowana – podłoga zasłana szczątkami talerzy, sok pomarańczowy cieknący z otwartej lodówki, blaty pokryte skorupkami jajek, grudami mąki i tłustymi plamami z ekstraktu waniliowego. Wśród tego pobojowiska siedziała moja matka i szlochała nad córką, którą wciąż miała przy sobie, a jakby ją straciła.

„Dlaczego, Quincy? – jęczała. – Dlaczego mi to zrobiłaś?”

Było jasne, że to ja przewróciłam jej kuchnię do góry nogami jak jakiś nieudolny włamywacz. Wystarczyło jedno spojrzenie na ten sajgon, by to zrozumieć. W tej destrukcji dostrzegłam swoistą logikę. Bardzo znajomą. A jednak nie pamiętałam, żebym to wszystko zrobiła. Każda minuta spędzona na demolowaniu tego miejsca zniknęła z mojej pamięci tak samo jak tamta godzina w Pine Cottage.

„Nie chciałam – wyszeptałam. – Nie wiem, jak to się stało, przysięgam”.

Matka udała, że mi wierzy. Wstała, otarła policzki, ostrożnie poprawiła włosy. Jednak czający się w jej oczach niepokój zdradzał prawdziwe emocje. Nagle zdałam sobie sprawę, że ona się mnie boi.

Kiedy ja sprzątałam kuchnię, matka zadzwoniła do studia Oprah i odwołała mój udział w programie. Ponieważ miałyśmy wystąpić wszystkie albo żadna, ta decyzja storpedowała cały plan i telewizyjne spotkanie Jedynych Ocalałych nie doszło do skutku.

Jeszcze tego samego dnia matka zabrała mnie do lekarki, która wręczyła mi dożywotnią receptę na xanax. Matka wręcz nie mogła się doczekać, aby mnie nim nafaszerować, więc pierwszą tabletkę musiałam połknąć już na aptecznym parkingu, popijając jedynym płynem, jaki znalazł się w samochodzie – ciepłym napojem winogronowym.

„I wystarczy – oświadczyła. – Dość tych zamroczeń. Dość wpadania w amok. I dość użalania się nad sobą. Będziesz brała leki i będziesz normalna, Quincy. Bez dyskusji”.

Zgodziłam się. Wcale nie chciałam, aby na mojej uroczystości wręczenia dyplomów pojawiła się zgraja reporterów. Nie chciałam pisać książki, udzielać kolejnych wywiadów ani ględzić, że wciąż swędzą mnie blizny, ilekroć zbiera się na burzę. Nie chciałam być dziewczyną napiętnowaną tragedią i kojarzoną wyłącznie z najgorszym dniem w moim życiu. Wciąż na haju po tym inauguracyjnym xanaxie, zadzwoniłam do Lisy i zakomunikowałam jej, że nie zamierzam więcej udzielać żadnych wywiadów. Że skończyłam z rolą wiecznej ofiary.

„Nie jestem Jedyną Ocalałą”, oświadczyłam.

Lisa odpowiedziała z niezmienną cierpliwością, która tak działała mi na nerwy.

„W takim razie kim jesteś, Quincy?”

„Jestem normalna”.

„Dla takich dziewczyn jak ty, ja i Samantha nie ma już czegoś takiego jak normalność – odparła. – Ale rozumiem, dlaczego chcesz spróbować”.

Życzyła mi powodzenia i dodała, że w razie potrzeby mogę na nią liczyć. To była nasza ostatnia rozmowa.

Teraz patrzę na twarz spoglądającą na mnie z okładki jej książki. Lisa ładnie wyszła na tym zdjęciu. Oczywiście podretuszowano je, ale delikatnie. Życzliwe oczy. Zgrabny nosek. Może nieco za duży podbródek i odrobinę za wysokie czoło. Żadna klasyczna piękność, po prostu ładna dziewczyna.

Nie uśmiecha się, ale nic w tym dziwnego. To nie jest wesoła lektura. Wyraz twarzy Lisy jest dokładnie taki, jaki być powinien. Ani pogodny, ani ponury. Idealnie wyważona mieszanka powagi i zadowolenia z siebie. Wyobrażam sobie, jak Lisa ćwiczy tę minę przed lustrem, i nagle robi mi się smutno. Potem widzę ją w wannie, skuloną, z nożem w dłoni. Ta myśl jest jeszcze gorsza.

Nóż.

To coś, czego nie rozumiem, nawet bardziej niż samego aktu samobójstwa. Różnie bywa. Życie jest do bani. Czasem ludzie sobie nie radzą i chcą się wypisać. Smutne, ale zdarza się bez przerwy. Nawet takim osobom jak Lisa.

Tylko że ona wybrała nóż. Nie łyknęła całej fiolki pigułek i nie popiła ich wódką (jak zrobiłabym ja, gdyby mnie kiedyś naszło). Nie otuliły jej łagodne objęcia zabójczego tlenku węgla. (Moja opcja numer dwa). Aby ze sobą skończyć, Lisa sięgnęła po narzędzie, którym przed laty nieomal pozbawiono ją życia. Z rozmysłem przeciągnęła ostrzem po nadgarstkach, tnąc na tyle głęboko, aby dokończyć to, co kiedyś zaczął Stephen Leibman.

Nie potrafię pozbyć się myśli o tym, co mogłoby się stać, gdybyśmy utrzymywały ze sobą kontakt. Może w końcu doszłoby do spotkania. Może zostałybyśmy przyjaciółkami.

Może byłabym w stanie ją uratować.

Wracam do kuchni i otwieram laptopa, którego używam głównie do prowadzenia bloga. Googluję Lisę Milner i po chwili okazuje się, że internet jeszcze nic nie wie o jej śmierci. Dowie się wkrótce, to nieuniknione. Wielką niewiadomą jest natomiast dla mnie to, jak bardzo ten fakt wpłynie na moje życie.

Parę kliknięć później grzęznę na Facebooku – mdławym bagienku lajków, linków i koszmarnej gramatyki. Sama nie mam kont w mediach społecznościowych. Ani na Twitterze, ani na Instagramie. Kiedyś prowadziłam osobisty profil na Facebooku, ale go usunęłam, bo miałam dość lamentujących nad moim losem obserwujących oraz zaproszeń od nieznajomych, którzy ślinili się na myśl o Jedynej Ocalałej. Nadal jednak prowadzę fanpage mojego bloga. Traktuję go jak zło konieczne, ale to dzięki niemu mogę teraz zajrzeć na profil Lisy. Była bądź co bądź fanką Słodkości Quincy.

Jej konto stało się wirtualną ścianą pamięci zapełnioną mnóstwem kondolencji, których nigdy nie przeczyta. Przewijam je – większość brzmi sztampowo, ale szczerze.

„Będziemy za tobą tęsknić, Liso! Uściski”.

„Nigdy nie zapomnę twojego pięknego uśmiechu i wspaniałej duszy”.

„Spoczywaj w pokoju, Liso”.

Najbardziej wzruszający wpis zamieściła jakaś Jade, brunetka o sarnich oczach.

„Przetrwałaś najgorszy koszmar swojego życia, a dzięki twojej inspiracji ja przetrwałam swój. Zawsze będziesz moim natchnieniem, Liso. Teraz, kiedy odeszłaś do aniołów w niebie, czuwaj nad tymi z nas, którzy pozostali na ziemi”.

Przeglądam liczne fotki, które Lisa wrzucała latami na swoją ścianę, i odnajduję zdjęcie Jade. Zrobiono je trzy miesiące temu i są na nim obie, pozują policzek przy policzku chyba w jakimś parku rozrywki. W tle widać konstrukcję podtrzymującą drewnianą kolejkę górską. Lisa ściska w ramionach ogromnego pluszowego misia. Nie wątpię w szczerość ich uśmiechów. Takiej radości nie da się udawać. Bóg mi świadkiem, że próbowałam. Ich radość podszyta jest stratą. Widzę to w ich oczach. Taki sam podświadomy smutek zawsze wkrada się do moich zdjęć. Jak w zeszłe święta Bożego Narodzenia, kiedy odwiedzaliśmy z Jeffem moją matkę w Pensylwanii i całą trójką pozowaliśmy na tle choinki, udając prawdziwą, zwyczajną rodzinę. Oglądając później te fotografie na swoim komputerze, matka wzięła mój stężały uśmiech za grymas i rzuciła z rozdrażnieniem: „Czy choć raz nie mogłabyś się uśmiechnąć, Quincy?”.

Przez następne pół godziny przetrząsam zdjęcia Lisy, na których oglądam migawki z życia zupełnie innego niż moje. Choć nigdy nie wyszła za mąż, nie ustatkowała się ani nie miała dzieci, wydawało się, że wiedzie udane życie. Otoczyła się ludźmi – rodziną, przyjaciółmi i dziewczynami takimi jak Jade, które potrzebowały po prostu czyjejś życzliwości. Mogłam się stać jedną z nich, gdybym tylko się na to zgodziła.

Ja jednak robiłam coś wręcz przeciwnego. Trzymałam ludzi na dystans. W razie potrzeby ich odpychałam. Bliskość była dla mnie luksusem, na którego utratę nie mogłam znów sobie pozwolić.

Przeglądając fotki Lisy, w myślach doklejam siebie do każdej z nich. Na tej pozuję z nią nad krawędzią Wielkiego Kanionu. Na tamtej ocieramy wodną mgiełkę z twarzy, stojąc przed wodospadem Niagara. A tu ja w grupce kobiet rozbawionej na maksa w kręgielni. Fotkę podpisano: „Psiapsi na kręglach!!!”.

Zatrzymuję się przy zdjęciu wstawionym trzy tygodnie temu. To selfie zrobione z wyciągniętej ręki, trochę z góry. Widoczna na nim Lisa unosi butelkę wina w jakimś pokoju, który wygląda na wyłożoną drewnem jadalnię. Tym razem podpis brzmi: „Czas na wino! LOL!”.

W tle majaczy jakaś dziewczyna, prawie poza kadrem. Przywodzi mi na myśl te rzekome zdjęcia Wielkiej Stopy, które czasami pokazują w różnych żenujących programach o zjawiskach paranormalnych. Głowa odwrócona do tyłu i niewyraźna smuga czarnych włosów – to wszystko.

Czuję więź z tą bezimienną dziewczyną, nawet jeśli nie widzę jej twarzy. Ja też odwróciłam się od Lisy, wtopiłam się w tło, chciałam być sama.

Stałam się niewyraźną smugą – rozmytą plamą pozbawioną wszelkich szczegółów.

PINE COTTAGE

15:37

W pierwszej chwili Pine Cottage skojarzył się Quincy z bajką, głównie z powodu tej cudacznej nazwy.

Sosnowy Domek.

Od razu przyszły jej na myśl krasnoludki, królewny i leśne stworki garnące się do pomocy przy pracach domowych. Kiedy jednak SUV Craiga wjechał na żwirowy podjazd i w końcu tę chatę ujrzała, natychmiast zrozumiała, jak bardzo zawiodła ją wyobraźnia. W tym miejscu nie było nic bajkowego. Z zewnątrz Pine Cottage wyglądał na przysadzisty, masywny i obrzydliwie praktyczny. Niewiele gustowniejszy niż domek z drewnianych kloc­ków dla dzieci. Stał pośród kępy wysokich sosen, które górowały nad jego łupkowym dachem, sprawiając, że wydawał się mniejszy, niż był w rzeczywistości. Budynek otaczała zwarta ściana gęsto rosnących drzew i splątanych gałęzi, a rozciągający się za nimi gąszcz stopniowo zlewał się w głuchy, nieprzenikniony mrok.

Ciemny las. Klimat faktycznie baśniowy, tyle że bardziej w stylu braci Grimm niż Disneya, jak spodziewała się Quincy. Kiedy wysiadła z SUV-a i spojrzała w splątaną gęstwinę, przeszył ją nagły dreszcz lęku.

– Czyli to tu diabeł mówi dobranoc – stwierdziła. – Aż ciarki przechodzą.

– Trzęsidupa – prychnęła za jej plecami Janelle, obładowana nie jedną, ale dwiema walizami.

– Wielbłądzica – odparowała Quincy.

Janelle wystawiła język i zastygła w tej pozie, czekając, aż do Quincy dotrze, że ma ją uwiecznić dla przyszłych pokoleń. Sumiennie wygrzebała z torby swojego nowego nikona i pstryknęła kilka fotek. A potem jeszcze parę, kiedy Janelle przestała pozować i próbowała podnieść obie walizki naraz, napinając z wysiłku chude ramiona.

– Quin-cee – wyjęczała śpiewnym głosikiem, który Quincy znała aż za dobrze. – Pomożesz mi? Ślicznie proszę!

Quincy powiesiła sobie aparat na szyi.

– Nic z tego. Po co to wszystko tu przytachałaś? Wątpię, czy włożysz choćby połowę tych ciuchów.

– Ale jestem przygotowana na każdą sytuację. Czy nie tak brzmi motto harcerzy?

– Bądź przygotowany – poprawił Craig, mijając je z lodówką turystyczną przewieszoną przez atletyczne ramię. – I mam nadzieję, że w ramach tych przygotowań spakowałaś klucz do tej budy.

Janelle skwapliwie skorzystała z okazji, by odłożyć walizki, i przeszukała kieszenie dżinsów. Ze znalezionym kluczem popędziła do drzwi i otwartą dłonią pacnęła w cedrową deseczkę z nazwą chaty.

– Grupowy portrecik? – rzuciła zachęcająco.

Quincy nastawiła samowyzwalacz i położyła aparat na masce SUV-a Craiga, a potem podbiegła do reszty grupy, już pozującej przed chatką. Cała szóstka wyszczerzyła się w oczekiwaniu na trzask migawki. „Ekipa z East Hall”, jak nazwała ich Janelle już na spotkaniu informacyjnym dla pierwszorocznych. Teraz, dwa miesiące po rozpoczęciu drugiego roku, nadal tworzyli zgraną paczkę.

Po sesji zdjęciowej Janelle dokonała uroczystego otwarcia domku.

– I co wy na to? – spytała, ledwie drzwi otwarły się ze skrzypnięciem i zanim ktokolwiek zdążył zerknąć do środka. – Przytulnie tu, co?

Quincy przytaknęła, choć w jej pojęciu przytulności nie mieściły się ani niedźwiedzie skóry na ścianach, ani wytarty dywanik na podłodze. Użyłaby raczej słowa „staromodny”, z akcentem na „staro”, zwłaszcza kiedy ujrzała zardzewiały zlew w kuchni i rdzawą wodę, którą wypluły z siebie rury w jedynej łazience.

Niemniej domek był całkiem duży jak na leśną chatkę. Miał cztery sypialnie, a na tyłach taras, który tylko trochę uginał się pod krokami ekipy. W ogromnym salonie stał kamienny kominek – niewiele mniejszy niż pokój w akademiku, w którym mieszkały Janelle i Quincy – obok kominka zaś wznosił się równy stos polan.

Domek – a raczej cały ten weekendowy wypad – był urodzinowym prezentem dla Janelle od jej mamy i ojczyma, którzy aspirowali do miana „fajnych rodziców”, czyli takich, którzy chcą się kumplować ze swoimi dziećmi. Takich, którzy wychodzą z założenia, że ich córka w wieku studenckim na pewno pije i popala trawkę, więc chyba lepiej, żeby robiła to we względnie bezpiecznych warunkach w wynajętym domku w górach Pocono. Zafundowali jej więc czterdzieści osiem godzin bez asystentów rezydenta, stołówkowego żarcia oraz identyfikatorów, które trzeba zbliżać do czytnika przy każdych drzwiach i każdej windzie.

Zanim jednak ten weekend się rozpoczął, Janelle kazała wszystkim włożyć komórki do małej drewnianej skrzynki.

– Żadnych rozmów ani esemesów, a już na pewno żadnych zdjęć czy filmików – zarządziła, po czym zaniosła skrzyneczkę do SUV-a i ukryła w schowku.

– A mój aparat? – spytała Quincy.

– Możesz go zatrzymać. Ale będziesz mi robić tylko twarzowe zdjęcia.

– Jasna sprawa – odrzekła Quincy.

– Ja nie żartuję – ostrzegła ją Janelle. – A jeśli cokolwiek z tego weekendu zobaczę na Facebooku, usunę cię z listy znajomych. W sieci i w realu.

A potem, na jej znak, cała szóstka ruszyła pędem w kierunku sypialń, aby znaleźć dla siebie jak najlepszą. Amy i Rodney zajęli tę z łóżkiem wodnym, które aż zachlupotało, kiedy na nie wskoczyli. Betz, która przyjechała sama, bo nie miała chłopaka, posłusznie przyjęła pokój z łóżkiem piętrowym, po czym od razu klapnęła na dolnym materacu i zatopiła się w opasłym tomiszczu Harry’ego Pottera i Insygniów Śmierci. Quincy pociągnęła Janelle do sypialni z dwoma pojedynczymi łóżkami ustawionymi pod przeciwległymi ścianami, dokładnie tak samo jak w ich pokoju w akademiku.

– Nie ma to jak w domu – stwierdziła. – Da się wytrzymać.

– Niby tak. – W głosie Janelle nie było słychać euforii. – Ale… czy ja wiem?

– Możemy zająć inny pokój. To twoje urodziny. Masz prawo wyboru.

– Racja. Więc będę… – Janelle chwyciła Quincy za ramiona i podniosła ją z grudkowatego łóżka – …spała sama.

Wyprowadziła Quincy z pokoju i lekko popchnęła ją w głąb korytarza, na którego końcu znajdowała się największa sypialnia. Z jej wykuszowego okna roztaczał się rozległy widok na las. Rozwieszone na ścianach ręcznie tkane narzuty tworzyły ozdobną mozaikę. A na skraju pokaźnego łóżka siedział Craig. Wbijał wzrok w podłogę, dokładnie w przestrzeń między swoimi wysokimi converse’ami. Dłonie opierał na kolanach i splatał palce, kręcąc młynka kciukami. Gdy Quincy weszła do pokoju, podniósł oczy i uśmiechnął się do niej z nieśmiałą nadzieją.

– Tu będzie ci znacznie wygodniej – oświadczyła Janelle, rzucając przyjaciółce znaczące spojrzenie. – Udanej zabawy! – Trąciła Quincy biodrem, wpychając ją za próg sypialni, po czym zamknęła za nią drzwi i oddaliła się korytarzem, głośno chichocząc.

– To był jej pomysł – powiedział Craig.

– Domyśliłam się.

– Nie musimy… – Urwał, zmuszając Quincy, by dopowiedziała sobie resztę. Dzielić sypialni? Spać ze sobą, jak to ewidentnie zaplanowała za nich Janelle?

– W porządku – powiedziała.

– Serio, Quinn. Jeśli nie jesteś gotowa…

Quincy usiadła obok niego i położyła dłoń na jego drżącym kolanie. Craig Anderson, wschodząca gwiazda koszykówki. Seksownie tyczkowaty Craig o brązowych włosach i zielonych oczach. Z wszystkich dziewczyn na kampusie wybrał akurat ją.

– W porządku – powtórzyła z całym przekonaniem, na jakie stać dziewiętnastolatkę, która rozważa utratę cnoty. – Cieszę się.

4

Gdy wraca Jeff, siedzę na kanapie z książką Lisy na kolanach i oczami zaczerwienionymi po przepłakanym popołudniu. Rzuca walizkę i obejmuje mnie, a ja kładę głowę na jego piersi i znowu zaczynam szlochać. Po czterech latach związku, w tym dwóch wspólnego mieszkania, dobrze wie, że lepiej nie pytać od razu, co się stało. Po prostu pozwala mi się wypłakać.

Dopiero kiedy kołnierzyk jego koszuli robi się mokry od łez, wyjaśniam:

– Lisa Milner popełniła samobójstwo.

Uścisk Jeffa staje się mocniejszy.

– Ta Lisa Milner?

– Właśnie ta.

To mu wystarcza. Już wszystko rozumie.

– Och, Quinn. Kochanie, tak mi przykro. Kiedy? Co się stało?

Siadamy wygodniej i o wszystkim mu opowiadam. Słucha bardzo uważnie – to skutek uboczny jego pracy, w której musi najpierw poznać wszystkie szczegóły, zanim wyłowi te istotne.

– Jak się czujesz? – pyta, gdy kończę.

– W porządku – odpowiadam. – Tyle że jestem w szoku. I w żałobie. To pewnie głupie…

– Wcale nie – protestuje Jeff. – Masz prawo tak się czuć.

– Czy ja wiem? Przecież nawet nie poznałam jej osobiście.

– To bez znaczenia. Dużo rozmawiałyście. Pomogła ci. Byłyście bratnimi duszami.

– Byłyśmy ofiarami – poprawiam go. – Tylko to nas łączyło.

– Nie musisz tego trywializować, Quinn. Nie przy mnie.

Oto i on, Jefferson Richards, obrońca z urzędu. Wstawia tę swoją prawniczą gadkę, ilekroć się ze mną nie zgadza, co nie zdarza się często. Zwykle jest po prostu Jeffem, moim chłopakiem, który lubi się poprzytulać i gotuje o wiele lepiej ode mnie, a jego tyłek wygląda bosko w garniturach, które wkłada do sądu.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

PINE COTTAGE

17:03

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

PINE COTTAGE

18:18

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

PINE COTTAGE

18:58

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

DWA DNI

PO PINE COTTAGE

Dostępne w wersji pełnej

21

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

PINE COTTAGE

21:54

Dostępne w wersji pełnej

23

Dostępne w wersji pełnej

24

Dostępne w wersji pełnej

25

Dostępne w wersji pełnej

26

Dostępne w wersji pełnej

27

Dostępne w wersji pełnej

28

Dostępne w wersji pełnej

29

Dostępne w wersji pełnej

TYDZIEŃ

PO PINE COTTAGE

Dostępne w wersji pełnej

30

Dostępne w wersji pełnej

31

Dostępne w wersji pełnej

PINE COTTAGE

22:14

Dostępne w wersji pełnej

32

Dostępne w wersji pełnej

PINE COTTAGE

22:56

Dostępne w wersji pełnej

33

Dostępne w wersji pełnej

PINE COTTAGE

23:12

Dostępne w wersji pełnej

34

Dostępne w wersji pełnej

PINE COTTAGE

23:42

Dostępne w wersji pełnej

35

Dostępne w wersji pełnej

PINE COTTAGE

23:49

Dostępne w wersji pełnej

36

Dostępne w wersji pełnej

PINE COTTAGE

PÓŁNOC

Dostępne w wersji pełnej

37

Dostępne w wersji pełnej

ROK PO PINE COTTAGE

Dostępne w wersji pełnej

DWA LATA

PO PINE COTTAGE

Dostępne w wersji pełnej

TRZY LATA

PO PINE COTTAGE

Dostępne w wersji pełnej

DZIEWIĘĆ LAT

PO PINE COTTAGE

Dostępne w wersji pełnej

DZIEWIĘĆ LAT I JEDENAŚCIE

MIESIĘCY PO PINE COTTAGE

Dostępne w wersji pełnej

38

Dostępne w wersji pełnej

39

Dostępne w wersji pełnej

40

Dostępne w wersji pełnej

41

Dostępne w wersji pełnej

42

Dostępne w wersji pełnej

43

Dostępne w wersji pełnej

CZTERY MIESIĄCE

PO PINE COTTAGE

Dostępne w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej

O AUTORZE

Dostępne w wersji pełnej

TYTUŁ ORYGINAŁU:

Final Girls

Redaktorka prowadząca: Ewa Pustelnik

Wydawczyni: Monika Rossiter

Redakcja: Adrian Kyć / Rytm pisania

Korekta: Beata Wójcik

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcia na okładce: © beshoy; © andreiuc88 / Stock.Adobe.com

Copyright © 2017 by Todd Ritter

Copyright © 2024 for the Polish edition by Mova an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Ryszard Oślizło, 2024

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2024

ISBN 978-83-8371-170-6

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka