Kiedy będziesz gotowy, idź (darmowe opowiadanie) - Wojciech Gunia - darmowy ebook

Kiedy będziesz gotowy, idź (darmowe opowiadanie) ebook

Wojciech Gunia

0,0

Opis

Opowiadanie nominowane do Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla za rok 2025.
________

Najtrudniejszym zadaniem jest znaleźć język dla własnej opowieści.

Kiedy umiera matka żyjącego na odludziu rodzeństwa, młodzi ludzie wraz z ojcem - wyznawcy osobliwej, gnostyckiej doktryny - muszą pierwszy raz zmierzyć się z bólem, na który miało przygotować ich wieloletnie nauczanie. 

Nie jest to jednak takie proste - złożone na stosie ciało matki znika, a w jego miejscu pojawia się dziwne drzewo. Zrodzone z niego owoce staną się dla młodych nasionami wątpliwości na temat sensu ich wiary, miejsca w świecie i czekającej ich przyszłości. Kiedy dotychczasowe narracje upadają, trzeba zbudować nowe. Ale jak to zrobić, jeśli zostało się uwięzionym w języku, którego założeniem od zawsze była niezmienność? I czy z takiego świata w ogóle można uciec?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 63

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Kolekcje



Tytuł: Kiedy będziesz gotowy, idź.

Osiem opowieści o ludziach na drogach donikąd

Autor: Wojciech Gunia

Copyright © Wydawnictwo IX. 2025

Copyright for the cover art ©

by Klaudia Kieliszczyk & Wydawnictwo IX. Kraków 2025

All rights reserved.

Wydawca: Krzysztof Biliński, Wydawnictwo IX

Redakcja: Marta Kładź-Kocot

Korekta: Ksenia Olkusz

Skład, łamanie i przygotowanie do druku: Krzysztof Biliński

Ilustracja na okładce: Klaudia Kieliszczyk

(https://showmeshow.art/)

Fotografie: Wojciech Gunia

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Żadna część książki nie może być w jakikolwiek sposób powielana bez zgody wydawcy, z wyjątkiem krótkich fragmentów użytych na potrzeby recenzji oraz artykułów.

Wydawnictwo IX

[email protected]

wydawnictwoix.pl

Kraków 2025

Wydanie I

ISBN 978-83-68257-44-1

Kiedy będziesz gotowy, idź

Otaczający nas świat, to, jak w nim bytujemy i, wreszcie, jacy jesteśmy, być może stanowi ledwie podłoże niewyłonionej możliwości. Nieznanej. Nieprzewidywanej nawet. Nie trzeba jednak obiecywać sobie po tym zbyt wiele, skoro kształty po wielokroć z ogromnym trudem wyłaniane są tak przygnębiające. Być może nie ma wielkiego wyboru: jedynie miazga tła albo wypełzająca z niego gęba wykrzywiona okrucieństwem, ale także cierpieniem.

Jolanta Brach-Czaina, Szczeliny istnienia

Język – prozopopeja – uratował cię. Sam się rozpadłeś, żeby się nie zatracić. Ale czy znasz własny mit? Swoją najwcześniejszą historię, tę, która pozwoliła ci przetrwać, historię, podwaliny świata podpodgatunku, którym się stałeś, znasz ją?

Celine Minard, Ostatni świat,

tłum. Joanna Polachowska

I

Tego dnia, kiedy umierała matka, oglądaliśmy z Ewą klucz ptaków. Na rozległym polu zaczynała płożyć się mgła, ale błękit nieboskłonu był jeszcze głęboki i na jego tle sunący ostrym kątem szyk pozostawał doskonale widoczny. Ptaki były jak wskazówka zegara: patrzyliśmy na tę podróż, wiedząc doskonale, że każdy kolejny metr, każda kolejna sekunda lotu przybliżają nas nieodwołalnie do chwili, aż z domu wreszcie wyjdzie ojciec i ogłosi nam, że to już koniec, że już po wszystkim. 

Myśl ucieka od przerażenia, a jednak trwoga ściąga ją jak czarna dziura światło. Patrzyłem na lecące ptaki, chcąc przede wszystkim odciąć się od świadomości tego, co dokonywało się za naszymi plecami. A jednak ta ostra strzałka ptasiego szyku prowadziła mnie raz za razem ku przeczuciu, że właśnie ktoś idzie korytarzem prowadzącym do drzwi, że ktoś właśnie układa w głowie słowa, którymi obwieści nam konieczne. Być może matka już teraz, w tej chwili – myślałem – nie żyje, może nasze czasy się rozjechały i razem z Ewą kierowaliśmy się wyobraźnią i lękiem w stronę przyszłości, która dla matki zdążyła się już dokonać. Może śmierć dokonała się w sposób faktyczny, ale ponieważ nie została jeszcze ogłoszona, nie wypełniła się w sposób ostateczny. Czy można tak uciec przed ostatecznością? Nie pozwolić, by ostatni element całej upiornej układanki – wiadomość wypluta przez usta do serca jak orzeczenie sędziowskie – wskoczył na swoje miejsce; by układanka pozostała na zawsze w trybie niedokonanym? Patrzyłem na Ewę, a ona patrzyła w przepastne przestrzenie nieba.

Czekaliśmy na śmierć matki poza domem, bo nie pozwolono nam być w pokoju, obok jej łoża. Nie umierała w spokoju. Jakby było w niej zbyt wiele życia, które w zbyt krótkim czasie musi opuścić swój dom, więc rozpycha się, rozrywa ściany tkanek. Niemal starałem się wsłuchać w daleki szum lecących ptaków, byle tylko odwrócić uwagę od ciszy za plecami.

Wtedy Ewa powiedziała po raz pierwszy, że chciałaby nie istnieć. Nie istnieć tutaj.

A potem nagle zaskrzypiały otwierane drzwi, na progu zadudniły ciężkie kroki, a my powoli odwróciliśmy się, z sercami bijącymi tak mocno, że echo ich uderzeń musiało wprawiać w drżenie liście pobliskich drzew. W progu stał ojciec. Jego twarz kryła się w cieniu.

— To już — wyszeptał.

Ewa schowała twarz w dłoniach. Objąłem ją.

— Tak po prostu? — zapytałem.

— Tak po prostu.

Matka leżała przykryta prześcieradłem. Ojciec nie pozwolił go zdjąć. Jak powinienem ją zapamiętać? Ojciec usiadł ciężko na krześle obok. Być może ścierała się w nim rozpacz i jednoczesne poczucie ulgi, że to już, że przyszedł koniec. Matka już nie cierpiała, a nasz ból – ten ból, który nam pozostał – był zaledwie echem jej udręki. Jedyne, co musieliśmy zrobić, to pozwolić mu się w nas rozproszyć.

Zapadło milczenie. Ono zamyka nas w naszych własnych światach, za horyzontem ciszy. Wysysa powietrze z przestrzeni między nami, w próżni dźwięki się nie niosą. 

Ewa niegdyś opowiadała mi, kiedy pierwszy raz odczuła świadomą miłość do naszej matki. Było to zresztą jej pierwsze świadome wspomnienie. Pamiętała, że leży w balii, na specjalnym stelażu kąpielowym i patrzy w górę, na światło lampy i na uśmiechniętą, okrągłą twarz o wielkich, ciemnych oczach. I czuje dotyk – delikatny, muskający – oraz przyjemne ciepło oblewającej ją zewsząd wody; to wrażenie, budzące w dziecku jeszcze świeży, kojący atawizm unoszenia się w cieple matczynego ciała. Światło odbija się w wodzie i pada migoczącym refleksem na sufit i twarz matki sama jest rozmigotana przelewającymi się po niej plamami światła. Bliskość jest przyjemna, otulająca i Ewa rozpoznaje w sobie nagle zupełnie nowy stan, nowe uczucie, którego nie umie nazwać, bo jeszcze nie zna słów, ale które uderza ją i jakby budzi, trzeźwi. 

A teraz? 

Ojciec przywołał Ewę gestem i powiedział coś na ucho. Skinęła głową, zamykając oczy, po czym wyszła z pokoju. Wtedy ojciec wezwał mnie i kazał zacząć przygotowania do pochówku.

II

Wierzymy nie w to, że człowiek zbłądził na ten świat, ale że niepotrzebnie się z niego wyodrębnił. Bądź został wyodrębniony. Że chwila stworzenia – ulepienia z gliny pierwszego człowieka (którego imienia nie chcemy znać) przez niewprawne bóstwo (którego imienia też nie chcemy znać) była krzywdą zadaną światu poprzez rozbicie jego substancji. Zaś człowiek zrozumiał, czym jest odrębność, a co za tym idzie – samotność. Zaistnienie człowieka w świecie stało się też zaistnieniem samotności. Słabnący ptak, który powoli zostaje z tyłu, nie nadąża za resztą klucza mknącego ku swemu przeznaczeniu mocą prawa natury, zostaje wyodrębniony ze stanu zbiorowego i zaczyna rozumieć to, że jest sam w sobie. Tak jest z każdym człowiekiem, który wyodrębnia się ze świata nieświadomej materii: zostaje skazany na dryf, w ramach którego może przybierać różne pozycje, ale nie jest w stanie zmienić jednego, jedynego, ostatecznego zwrotu tego samotnego dryfu.

Wierzyliśmy w to, że miłość, która się w nas pojawia, jest jedynie formą pierwotnej tęsknoty, projekcją trawiącego nas sentymentu za czasem, gdy nie byliśmy samotni. Czyli kiedy jeszcze nie istnieliśmy. Kochać to zatem pragnąć końca własnego istnienia. 

Myślałem o tym wszystkim, konstruując w pewnej odległości od domu platformę z drewnianych bali, które z myślą o matczynym odejściu zbieraliśmy z lasu od wielu miesięcy. Pracowałem nad nią już od kilku tygodni, odpychając od siebie myśl, że cel mojej pracy jest zdeterminowany przez nieuchronność tego, czego tak bardzo się bałem, a co jednocześnie – zgodnie z naszą wiarą – było przywróceniem rzeczy ich właściwemu stanowi.

Chowanie ciał w trumnach, szczelnych, pancernych, balsamowanie zwłok – w tym wszystkim jest wyparcie, jakaś beznadziejna próba wywiedzenia dokonanej śmierci w pole, jakby człowiek chciał się w ten sposób ocalić przed jej ostateczną konkluzją, jakby nie rozumiał, że jest ona jedynym sposobem, aby wrócić do świata. Że jest nagrodą za życie.

Pamiętam, jak matka uczyła mnie o tym, gdy oglądałem pierwszy raz w życiu pisklę, które wypadło z gniazda. Słuchałem ze ściśniętym sercem jego bezradnego pisku i obserwowałem bezwładne ruchy ledwie osypanych okiścią puchu skrzydełek. Chciałem je zebrać z ziemi i uratować, ale matka powstrzymała mnie. Tłumaczyła mi wtedy, że śmierć jest nagrodą za cierpienie i nie należy stworzeniu żywemu odmawiać prawa do tej nagrody.

— Cierpienie jest z kolei — mówiła — siłą, która przenika przez życie, przeżera na wskroś. Istnienie życia jest uzasadnione tylko poprzez konieczność zaistnienia cierpienia. Życie jest wektorem bólu. Możesz to obserwować teraz, ale im będziesz starszy, tym mocniej będziesz to rozumieć. Pewnego dnia zobaczysz, jak przenika przez wszystkie tkanki tego świata.

Tak było. Mogłem przecież być świadkiem jej późniejszego bólu, którego nie umniejszała nawet świadomość ostatecznej nagrody. Śmierć jest zresztą paradoksalną nagrodą, bo obdarowany nie może w niej znaleźć poczucia spełnienia – gdy ona przychodzi, jego już nie ma.

Ozdabiałem platformę, na której miała się dokonywać wielotygodniowa ceremonia rozpadu. Okładałem ją rzeczami, które wydały mi się adekwatne: suszonymi kwiatami, wiankami ziół. W tym czasie Ewa miała za zadanie obmyć jej ciało, usunąć z niego nieczystości ostatnich chwil choroby. Pomyślałem, że moja siostra dostrzega teraz pewną ironię sytuacji: pierwsze wspomnienie związane z matką i kąpielą, tamta pierwsza chwila miłości przedzierzgnęła się w swoje lustrzane odbicie, stając się także ostatnią chwilą wspólną oraz ostatnim związanym z matką wspomnieniem.

III