Każdy Twój Uśmiech - Nowińska Amelia - ebook
NOWOŚĆ

Każdy Twój Uśmiech ebook

Nowińska Amelia

2,7

535 osób interesuje się tą książką

Opis

Maven Namgung nienawidzi poniedziałków. Zwłaszcza tych, które zaczynają się od jednego telefonu zdolnego uruchomić wszystkie systemy alarmowe w jego perfekcyjnie poukładanym życiu.

Gdy zaniepokojony głos dziadka zmusza go do powrotu do Wineley – miasteczka, które od

lat omija szerokim łukiem – Maven rzuca miejską klinikę i świat, w którym czuje

się bezpiecznie. Dla dziadków zrobiłby wszystko. Nawet wrócił tam, gdzie nigdy nie chciał

postawić stopy.

 

Na miejscu czeka go szok. Dziadkowie… zniknęli. Wyruszyli w podróż życia, zostawiając zamknięty gabinet weterynaryjny, wiejskie zwierzęta i wnuka postawionego pod ścianą. Maven – specjalista od domowych pupili – ma zająć się krowami, kurami i całym chaosem, którego szczerze nie znosi.

Wineley to wszystko, od czego uciekał, a każdy dzień utwierdza go w przekonaniu, że to miejsce jest pomyłką. Aż do chwili, gdy na jego drodze staje Elodie – uśmiechnięta blondynka – i jej rezolutna córeczka Lottie. Wkraczają w jego uporządkowaną rzeczywistość bez pytania, z ciepłem, którego nie planował i którego panicznie się boi.

Czy jeden uśmiech wystarczy, by skruszyć mury, które Maven budował latami?

Czy miasteczko, którego najbardziej nienawidzi… okaże się miejscem, w którym odnajdzie

to, za czym tak naprawdę tęsknił?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 479

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,7 (3 oceny)
1
0
0
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ArkadiuszMann

Nie polecam

Przecież to oczywista zżynka z webkomiksu 어쩌다가 전원일기 Once Upon a Small Town. Jeśli tu ai nie mieszało palców to ja jestem skinem. Ludziee
00
Weronika8608

Z braku laku…

infantylna i bzdurna
00



Dla zła­ma­nych serc, któ­re boją się przy­szło­ści, bo prze­szło­ść oka­za­ła się być zbyt okrut­na. Wie­rzę, że od­naj­dzie­cie oso­bę, któ­ra spra­wi, że te­ra­źniej­szo­ść oraz przy­szło­ść nie będą aż tak strasz­ne.

Oraz dla wszyst­kich mam, któ­re są praw­dzi­wy­mi bo­ha­ter­ka­mi dla swo­ich po­ciech.

Mamo, dzi­ęku­ję, że je­steś. Dzi­ęku­ję za by­cie moją bo­ha­ter­ką.

Playlista

…Re­ady For It? – Tay­lor Swift

Dress – Tay­lor Swift

Mis­sing You – Hong Dae Kwang

Espres­so – Sa­bri­na Car­pen­ter

Lit­tle Things – One Di­rec­tion

Who – Ji­min

Sty­le – Tay­lor Swift

Day­li­ght – Tay­lor Swift

Yes or No – Jung Kook

Call Me May­be – Car­ly Rae Jep­sen

Love Me Like You Do – El­lie Gou­l­ding

Baj­ki – Za­leś

That’s My Girl – Fi­fth Har­mo­ny

Tre­at You Bet­ter – Shawn Men­des

Se­ren­di­pi­ty – BTS

Tho­se Eyes – New West

Uptown Girl – Bil­ly Joel

Od Autorki

Dro­dzy Czy­tel­ni­cy!

Chcę Was po­in­for­mo­wać, że lo­ka­li­za­cje w tej ksi­ążce są wy­two­rem mo­jej wy­obra­źni. Wi­ne­ley oraz po­zo­sta­łe miej­sco­wo­ści, któ­re będą się po­ja­wiać w tej hi­sto­rii, tak na­praw­dę nie ist­nie­ją, nie mo­żna ich zna­le­źć na ma­pie świa­ta.

Pra­gnę rów­nież przy­po­mnieć, że Ka­żdy Twój Uśmiech jest skie­ro­wa­ny do czy­tel­ni­ków, któ­rzy uko­ńczy­li szes­na­ście lat. Jest to ksi­ążka, któ­ra ma w so­bie wie­le cie­pła, słod­kich i wzru­sza­jących scen, ale nie za­brak­nie też sy­tu­acji, któ­re mogą Was za­bo­leć.

Po­ja­wią się sce­ny zwi­ąza­ne z sa­mot­nym ro­dzi­ciel­stwem oraz re­tro­spek­cje głów­ne­go bo­ha­te­ra z dzie­ci­ństwa. W tych wspo­mnie­niach będzie się kry­ła po­gar­sza­jąca się re­la­cja z ro­dzi­ca­mi, ich tok­sycz­ne ma­łże­ństwo oraz to, jak to wszyst­ko wpły­wa­ło na bo­ha­te­ra, gdy miał za­le­d­wie dzie­wi­ęć i dzie­si­ęć lat.

A te­raz za­pra­szam do za­po­zna­nia się z hi­sto­rią we­te­ry­na­rza, któ­ry przez pod­stęp dziad­ka zna­la­zł się w znie­na­wi­dzo­nym przez nie­go mia­stecz­ku. Roz­go­śćcie się!

Prolog

Maven

Nie zno­si­łem po­nie­dzia­łków. Nie­ste­ty, ale mia­łem ku temu swo­je po­wo­dy. Tego dnia za­wsze, ale to za­wsze mu­sia­ło wy­da­rzyć się coś nie­spo­dzie­wa­ne­go. I za­zwy­czaj nie było to nic przy­jem­ne­go, co mó­głbym okre­ślić jako szczęśli­wy zbieg oko­licz­no­ści. Wręcz prze­ciw­nie. Co­raz częściej za­sta­na­wia­łem się, czy przy­pad­kiem czar­ny kot nie prze­bie­gał mi co­dzien­nie dro­gi, sko­ro spo­ty­kał mnie aż taki pech!

Naj­pierw wście­kły mały pies. Pra­wie od­gry­zł mi rękę. Po­tem kot, któ­ry miau­czał tak gło­śno, że moje uszy nie­mal krwa­wi­ły. A na do­kład­kę jesz­cze za­pła­ka­na dziew­czyn­ka z kró­licz­kiem, któ­re­mu dała do zje­dze­nia coś, cze­go jeść nie po­wi­nien. Niby nic ta­kie­go, bo prze­cież pra­co­wa­łem w szpi­ta­lu we­te­ry­na­ryj­nym. Zwie­rzęta były ró­żne, dzie­cia­ki też często wy­ka­zy­wa­ły się nie­zbyt mądry­mi po­my­sła­mi, ale moja iry­ta­cja si­ęga­ła ze­ni­tu.

Za­mknąłem oczy, a gło­wę opa­rłem o jed­ną z bia­łych sza­fek. W dło­ni trzy­ma­łem ku­bek z kawą. Od rana wy­pi­łem już trzy, ta była czwar­ta. Na szczęście mia­łem prze­rwę, więc wie­rzy­łem, że resz­ta dnia oka­że się o wie­le spo­koj­niej­sza. Nie po­trze­bo­wa­łem ko­lej­nych eks­ce­sów. Upi­łem łyk, po czym ci­cho wes­tchnąłem.

Ci­sza. Bło­ga ci­sza. Wła­śnie tego mi od kil­ku go­dzin bra­ko­wa­ło. Zo­sta­ły jesz­cze ja­kieś trzy go­dzi­ny pra­cy. Czy­li dla mnie wiecz­no­ść.

Za­ci­snąłem war­gi w cien­ką li­nię, gdy w kie­sze­ni ki­tla za­wi­bro­wał te­le­fon. Cze­ka­łem przez chwi­lę, li­cząc, że ko­muś znu­dzi się dzwo­nie­nie. I to był błąd. Ten ktoś za­dzwo­nił dru­gi raz. Za trze­cim po­sta­no­wi­łem w ko­ńcu ode­brać. Do­ta­rło do mnie, że mo­gło to być coś wa­żne­go. Wy­ci­ągnąłem ko­mór­kę i szyb­ko zer­k­nąłem, kto się do­bi­ja.

Dzia­dek.

Cho­le­ra ja­sna. Jak naj­szyb­ciej ode­bra­łem.

– Coś się sta­ło, dziad­ku? – za­py­ta­łem na wstępie.

– Syn­ku, jak do­brze, że ode­bra­łeś – po­wie­dział nie­co zmar­twio­nym gło­sem, co ani tro­chę mi się nie spodo­ba­ło. Wy­czu­łem, że coś się wy­da­rzy­ło. Li­czy­łem, że się do­wiem, ale dzia­dek nic wi­ęcej z sie­bie nie wy­krze­sał.

– O co cho­dzi? Coś z bab­cią?

Ostat­nio nie­naj­le­piej się czu­ła, więc to pierw­sze, co przy­szło mi do gło­wy. Od­sta­wi­łem ku­bek z kawą na blat.

– Tak jak­by… – Wes­tchnął ci­ężko.

– Dziad­ku, mo­żesz ja­śniej? Pro­szę cię… – Mój głos pod ko­niec lek­ko za­drżał.

– Czy mó­głbyś… Mó­głbyś po pro­stu przy­je­chać?

Nie wa­ha­łem się dłu­go nad od­po­wie­dzią. Dziad­ków sta­wia­łem za­wsze na pierw­szym miej­scu.

– Tak. Asher po­ra­dzi so­bie sam. Po­cze­kaj­cie na mnie, do­brze? Nie ru­szaj­cie się ni­g­dzie. Gdy­by coś się dzia­ło, dzwoń. Po­sta­ram się od razu ode­brać. Będę je­chał naj­szyb­ciej, jak tyl­ko się da.

– Jedź ostro­żnie – skar­cił mnie.

– Do­brze. Do pó­źniej.

Roz­łączy­łem się, wy­sze­dłem z po­ko­ju so­cjal­ne­go i szyb­ko wpa­ro­wa­łem do mo­je­go ga­bi­ne­tu. Uno­sił się w nim spe­cy­ficz­ny za­pach. Lu­dzie okre­śla­li go jako ty­po­wo szpi­tal­ny i mie­li w tym tro­chę ra­cji. Nie roz­gląda­łem się. Nie chcia­łem tra­cić cza­su. Po­zby­łem się ki­tla i po­wie­si­łem go na wie­sza­ku w rogu przy drzwiach. Si­ęgnąłem po ak­tów­kę, któ­ra oczy­wi­ście le­ża­ła na fo­te­lu, scho­wa­łem do niej te­le­fon. Wy­sze­dłem, a przy re­cep­cji na­tknąłem się na przy­ja­cie­la, z któ­rym pro­wa­dzi­łem tę kli­ni­kę.

Sta­nął mi na dro­dze i po­pa­trzył zdez­o­rien­to­wa­ny. Ja­sne ko­smy­ki opa­dły mu na skro­nie. Spoj­rze­nie szma­rag­do­wych oczu wy­pa­la­ło we mnie nie­wi­dzial­ną dziu­rę. Skó­ra mu­śni­ęta sło­ńcem ide­al­nie kon­tra­sto­wa­ła z od­cie­niem wło­sów. Asher przy­po­mi­nał tro­chę ty­po­we­go sur­fe­ra. Tym bar­dziej z tym szel­mow­skim uśmiesz­kiem. W no­sie miał kol­czyk, a do­kład­niej sep­tum.

– A ty do­kąd?

– Dzia­dek do mnie za­dzwo­nił. Mu­szę się dzi­siaj zwol­nić. Na wszel­ki wy­pa­dek bio­rę ty­dzień wol­ne­go, ale mam na­dzie­ję, że będę mógł wró­cić już ju­tro – wy­tłu­ma­czy­łem w wiel­kim skró­cie.

Wie­dzia­łem, że nie będzie miał żad­nych za­strze­żeń. Zda­wał so­bie spra­wę, że dla dziad­ków mó­głbym sko­czyć w ogień.

– Po­zdrów ich ode mnie i nie martw się na za­pas – pró­bo­wał mnie po­cie­szyć, ale nie­zbyt do­brze mu to wy­szło.

Cho­ler­nie się ba­łem, że to coś po­wa­żne­go. Dla­te­go nie mo­głem dłu­żej zwle­kać. Po­kle­pa­łem go po ra­mie­niu, a ten za­raz się prze­su­nął.

Pod­bie­głem do drzwi, po­pchnąłem je i zna­la­złem się na ze­wnątrz. Na nie­bie po­ja­wi­ło się pe­łno czar­nych chmur. Do­oko­ła pa­no­wał cha­os. Taki urok miesz­ka­nia w du­żym mie­ście. Mnó­stwo sa­mo­cho­dów, spie­szący-ch się lu­dzi, któ­rzy już za­po­bie­gaw­czo wy­ci­ągnęli pa­ra­sol­ki. Na­prze­ciw­ko kli­ni­ki znaj­do­wa­ła się ap­te­ka. Dwie uli­ce da­lej – szpi­tal dzie­ci­ęcy. Nie­któ­rzy miesz­ka­ńcy na­zy­wa­li to miej­sce dziel­ni­cą me­dycz­ną.

Gdzieś nie­da­le­ko za­grzmia­ło.

Szlag. Zbli­ża­ła się bu­rza.

Wsia­dłem do Mer­ce­de­sa, a ak­tów­kę rzu­ci­łem na sie­dze­nie pa­sa­że­ra. Pró­bo­wa­łem po­spiesz­nie za­pi­ąć pasy, co nie sko­ńczy­ło się do­brze, bo za nic w świe­cie nie po­tra­fi­łem tra­fić.

Wdech.

Wy­dech.

Wdech.

Wy­dech.

Ode­tchnąłem z ulgą, gdy się uda­ło. Od­pa­li­łem sil­nik i wy­je­cha­łem z par­kin­gu.

Cze­ka­ły mnie po­nad trzy go­dzi­ny dro­gi do mia­stecz­ka, w któ­rym od wie­lu lat za­miesz­ki­wa­li dziad­ko­wie. Wi­ne­ley mia­ło swój urok, ale ni­g­dy nie wy­obra­ża­łem so­bie, by zo­stać tam na dłu­żej. Uwa­ża­łem, że była to wieś bez żad­nych wi­ęk­szych per­spek­tyw. A moje am­bi­cje si­ęga­ły zde­cy­do­wa­nie wy­żej.

Ser­ce wa­li­ło mi tak moc­no, że w pew­nym mo­men­cie aż po­czu­łem szum w uszach. Spo­ci­ły mi się ręce. Klat­ka pier­sio­wa uno­si­ła się nie­rów­no­mier­nie. Za­ci­snąłem moc­niej pal­ce na kie­row­ni­cy. Gdy tyl­ko mo­głem, do­da­wa­łem gazu. Je­cha­łem szyb­ciej niż za­zwy­czaj, ale na­dal nad sobą pa­no­wa­łem.

W oczach sta­nęły mi łzy, gdy wy­obra­zi­łem so­bie ten je­den sce­na­riusz. Nie po­wi­nie­nem tak my­śleć, ale to dzia­ło się samo. Utra­ta bab­ci lub dziad­ka za­bi­ła­by coś we mnie. Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że kie­dyś na­dej­dzie taki dzień, ale nie tak szyb­ko. Jesz­cze nie. Po pro­stu nie.

Wal­czy­łem z czar­ny­mi wi­zja­mi w za­sa­dzie przez całą pod­róż. Roz­pa­da­ło się na do­bre. Wy­cie­racz­ki pra­co­wa­ły bez prze­rwy. Naj­go­rzej za­częło pa­dać, gdy do­je­cha­łem do lasu. A ten ci­ągnął się przez dłu­ższą część tra­sy. Na dro­dze, jak na mo­je­go pe­cha przy­sta­ło, zro­bi­ło się śli­sko, więc nie mo­głem po­zwo­lić so­bie na wi­ęk­szą pręd­ko­ść. Gdzie­nie­gdzie nie­bo roz­świe­tla­ły pio­ru­ny.

Chy­ba po raz pierw­szy w ży­ciu po­czu­łem tak wiel­ką ulgę, gdy do­strze­głem znak z na­pi­sem: „Wi­ta­my w Wi­ne­ley!”.

Poza la­sem nie­co się prze­ja­śni­ło, na­dal pa­da­ło, ale już nie grzmia­ło. Zo­sta­ły mi ostat­nie trzy mi­nu­ty tej cho­ler­nie stre­su­jącej dro­gi. Przez cały czas to­wa­rzy­szy­ło mi ja­kieś dziw­ne prze­czu­cie, któ­re da­wa­ło do zro­zu­mie­nia, że coś było ina­czej. Że na coś się za­no­si­ło.

Za­par­ko­wa­łem przed do­mem dziad­ków. Wy­sia­dłem z auta, nie dba­jąc o to, że naj­praw­do­po­dob­niej prze­ra­źli­wie zmok­nę. My­śla­łem, że za­raz dzia­dek mi otwo­rzy, ale nic ta­kie­go się nie sta­ło. Strach sta­wał się co­raz wi­ęk­szy. Pa­ra­li­żo­wał mnie jak ni­g­dy wcze­śniej. Za­cząłem do­bi­jać się do bra­my.

Zwle­ka­nie nie było w moim sty­lu. Mo­kra ko­szu­la przy­lgnęła do cia­ła, a ten fakt zde­cy­do­wa­nie wy­bu­dził mnie z chwi­lo­we­go transu.

Pra­wą ręką chwy­ci­łem się gór­nej części bra­my, a lewą zła­pa­łem tro­chę ni­żej. Unio­słem nogę. Tak, za­mie­rza­łem się wspi­ąć, a po­tem prze­sko­czyć. In­ne­go wy­jścia nie zna­la­złem. Dzi­wi­łem się tyl­ko, że dzia­dek na­dal nie wy­sze­dł. Poza tym, gdy­by coś się dzia­ło, cała wieś sta­ła­by pod do­mem. No chy­ba że coś się zmie­ni­ło od mo­jej ostat­niej, krót­kiej wi­zy­ty.

Gdy już mia­łem prze­sko­czyć, na­gle ktoś moc­no zła­pał mnie za ko­szu­lę. Pra­wie stra­ci­łem rów­no­wa­gę, ale uda­ło mi się nie upa­ść.

Ten ktoś ob­ró­cił mnie przo­dem do sie­bie. Na­tknąłem się na spoj­rze­nie ciem­nych oczu. Tro­chę za pó­źno, ale jed­nak zo­rien­to­wa­łem się, że zła­pał mnie cho­ler­ny po­li­cjant, któ­ry wy­glądał tak, jak­by chciał mnie co naj­mniej za­bić. Za­wie­si­łem wzrok na jego pi­sto­le­cie. Mam na­dzie­ję, że go nie uży­je. Był po­dob­ne­go wzro­stu co ja, ale wy­da­wał się bar­dziej przy­pa­ko­wa­ny.

– A ty skąd się tu wzi­ąłeś? – za­py­tał po­dejrz­li­wie. – No ga­daj! – do­dał po­spiesz­nie.

Prze­łk­nąłem śli­nę.

– Je­stem wnucz­kiem. To ja. Ma­ven. Na pew­no mnie pan ko­ja­rzy. Przy­je­cha­łem do dziad­ka. Dzwo­nił do mnie z trzy go­dzi­ny temu. – Uśmiech­nąłem się ner­wo­wo.

Gniew­nie zmarsz­czył brwi. Chy­ba moje tłu­ma­cze­nia za wie­le nie dały… Świet­nie.

– Me­to­da na wnucz­ka? Ty obrzy­dli­wy gnoj­ku! – wy­sy­czał. – Co ty so­bie my­ślisz?!

Po­pa­trzy­łem na nie­go zszo­ko­wa­ny. Do cho­le­ry ja­snej, czy ja gra­łem w ja­kie­jś ukry­tej ka­me­rze? Prze­je­cha­łem tyle ki­lo­me­trów, żeby ktoś zwy­zy­wał mnie od zło­dziei uda­jących wnucz­ka? Zło­ść za­częła ze mną wy­gry­wać. Ode­pchnąłem od sie­bie funk­cjo­na­riu­sza, co oka­za­ło się błędem.

– Bez­czel­ny gów­niarz! – wark­nął.

– Mam na imię Ma­ven, ro­zu­mie pan? A tu­taj miesz­ka mój dzia­dek. Ji-Yul. Dok­tor Ji-Yul – po­wtó­rzy­łem zi­ry­to­wa­ny, przy czym spio­ru­no­wa­łem go wzro­kiem. Za­sta­na­wia­łem się, co zro­bić, żeby mnie ja­koś roz­po­znał.

– No pro­szę, na­wet wiesz, czym się zaj­mu­je. Pod­stęp­ny gnój – wy­po­wie­dział z ja­dem.

Nie uła­twi­łem so­bie. Ani tro­chę.

Od­su­nąłem się od nie­go na bez­piecz­ną od­le­gło­ść, ale spo­kój nie trwał zbyt dłu­go. In­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy dał o so­bie znać, tyl­ko szko­da, że w tak kiep­skim sty­lu. Przy­spie­szy­łem kro­ku, a wte­dy mężczy­zna zła­pał mnie moc­no, ob­ró­cił w ja­kiś prze­dziw­ny spo­sób, przez co upa­dłem ple­ca­mi na be­ton. Zdu­szo­ny krzyk opu­ścił moje usta. Czy za­bo­la­ło? To mało po­wie­dzia­ne.

Nie mi­nęło na­wet kil­ka se­kund, a ob­raz przed ocza­mi się roz­mył. Na­sta­ła ca­łko­wi­ta ciem­no­ść.

Do mo­ich uszu jak przez gru­by mur za­częły do­cie­rać ja­kieś dziw­ne uryw­ki roz­mów, któ­re za ja­kiś czas uło­ży­ły się w ca­ło­ść.

– Idio­to, i coś ty na­ro­bił? A co, jak się już nie obu­dzi? Dok­tor Ji-Yul nas za­bi­je. Nie tak to mia­ło wy­glądać! Nie taki był plan!

Pró­bo­wa­łem otwo­rzyć oczy albo cho­cia­żby się ode­zwać, ale nie mia­łem w so­bie ener­gii. Ja­kaś siła zmu­sza­ła mnie, żeby trwać w ta­kim bez­ru­chu.

– Ja go tyl­ko ogłu­szy­łem…

Skru­szo­ny głos ewi­dent­nie na­le­żał do… Do tego po­li­cjan­ta! Oni chcie­li mnie za­bić!

Wzi­ąłem się w ga­rść. Uda­ło mi się po­wo­li otwo­rzyć oczy. Skrzy­wi­łem się, gdy pierw­sze, co zo­ba­czy­łem, to ośle­pia­jące świa­tło ża­rów­ki. Jęk­nąłem bo­le­śnie. Do­oko­ła mnie coś się za­częło dziać. Dwa gło­sy za­mil­kły, a po chwi­li ktoś też chy­ba pod­sze­dł.

– Pa­nie Na­mgung, wszyst­ko w po­rząd­ku? Czy coś pana boli? Może się pan po­ru­szać?

Ko­bie­ta. Ja­kiś miły, ale nie­co wy­stra­szo­ny ton gło­su.

Wow, w ko­ńcu się do­wie­dzie­li, kim je­stem. Ob­ró­ci­łem po­wo­li gło­wę. Po­pa­trzy­łem na ko­bie­tę i ski­nąłem ostro­żnie. Ob­li­za­łem spierzch­ni­ęte war­gi. Już mó­wi­łem, że nie­na­wi­dzę po­nie­dzia­łków?

– Chcia­łbym… usi­ąść – oznaj­mi­łem za­chryp­ni­ętym gło­sem.

Drob­na bru­net­ka spoj­rza­ła na ko­goś gro­źnie. Mia­ła na so­bie fio­le­to­wą ko­szul­kę i spodnie w tym sa­mym od­cie­niu. Na szyi wi­siał ste­to­skop. Szyb­ko do­sze­dłem do wnio­sku, że mu­sia­ła być pie­lęgniar­ką albo le­kar­ką.

Od tyłu po­de­szła do mnie ko­lej­na oso­ba. Unio­słem się lek­ko, a wte­dy obo­je wsu­nęli dło­nie pod moje ple­cy i po­wo­li po­mo­gli usi­ąść. Wszyst­ko do­oko­ła mnie przez krót­ką chwi­lę wi­ro­wa­ło, ale za­raz ustąpi­ło.

Poza tym, że czu­łem się tro­chę obo­la­ły, nie sądzi­łem, żeby coś wi­ęcej mi do­le­ga­ło. Naj­wi­docz­niej ze­tkni­ęcie z be­to­nem nie sko­ńczy­ło się aż tak źle, jak to so­bie wy­obra­ża­łem. Na­prze­ciw­ko mnie sta­nął tam­ten po­li­cjant. Po­pa­trzy­łem na nie­go z chęcią mor­du. Gdy­bym miał w so­bie wi­ęcej siły, od­wdzi­ęczy­łbym się za to, co mi zro­bił.

Zo­rien­to­wa­łem się, że po­ło­żo­no mnie na le­żan­ce w po­ko­ju za­bie­go­wym. Wszędzie biel, kil­ka sza­fek, biur­ko, a przez nie­wiel­kie okno wpa­da­ło ca­łkiem spo­ro świa­tła. Ty­po­wy ga­bi­net. Nic spe­cjal­ne­go.

– Mam ro­zu­mieć, że w tym mia­stecz­ku rzu­ca­nie się na oby­wa­te­li jest ca­łko­wi­cie nor­mal­ne? – sark­nąłem.

Po­mi­mo że ten fa­cet wy­glądał, jak­by fak­tycz­nie ża­ło­wał, nie za­mie­rza­łem tak po pro­stu mu od­pu­ścić.

– Pro­szę wy­ba­czyć. Na­praw­dę nie wie­dzia­łem, że to pan. Wy­da­wa­ło mi się, że ktoś pró­bu­je się wła­mać pod nie­obec­no­ść pań…

Uci­ął w po­ło­wie zda­nia, a ja zmarsz­czy­łem brwi. Jaka nie­obec­no­ść? Prze­cież mie­li się ni­g­dzie nie ru­szać. Pro­si­łem, żeby na mnie po­cze­ka­li.

– Pro­szę do­ko­ńczyć – na­le­ga­łem.

Ta dwój­ka spoj­rza­ła na sie­bie wy­mow­nie. Ko­bie­ta po­dra­pa­ła się po po­licz­ku, jak­by cze­goś się oba­wia­ła. Za­uwa­ży­łem, że na bluz­ce mia­ła przy­cze­pio­ną pla­kiet­kę z imie­niem i na­zwi­skiem. Char­le­ne Wal­ker. Za to po­li­cjant od­wró­cił wzrok. Chrząk­nąłem gło­śno. Da­lej cze­ka­łem. A oni na­dal mil­cze­li.

– Po­wie­cie coś czy…

Moje py­ta­nie prze­rwał dźwi­ęk te­le­fo­nu. Char­le­ne ode­bra­ła w eks­pre­so­wym tem­pie.

– Mhm. Tak. Zga­dza się. Tak. Mhm. – Ki­wa­ła gło­wą. – Ależ oczy­wi­ście. Tak, jest tu­taj z nami. Po­dać? Do­brze. – Wy­ci­ągnęła rękę w moją stro­nę, prze­ka­zu­jąc mi te­le­fon.

Za­mru­ga­łem kil­ka razy. Nic, ale to nic do mnie nie do­cho­dzi­ło. Niby uko­ńczy­łem stu­dia, pra­co­wa­łem w ca­łkiem nie­złym za­wo­dzie, a czu­łem się tak głu­pi, że to prze­cho­dzi­ło ludz­kie po­jęcie. Dzia­dek ewi­dent­nie coś uknuł i ani tro­chę mi się to nie po­do­ba­ło, choć jesz­cze nie po­zna­łem pla­nu tej ca­łej in­try­gi.

Nie­chęt­nie wzi­ąłem od niej urządze­nie i przy­ło­ży­łem do ucha.

– Tak?

– Syn­ku, wy­bacz to całe za­mie­sza­nie. Ale wiem, że w in­nym wy­pad­ku nie przy­je­cha­łbyś do na­sze­go Wi­ne­ley. Nic mi nie jest. Bab­ci zresz­tą tak samo. Jest zdro­wa i szczęśli­wa. Wy­bacz, że tak cię na­stra­szy­li­śmy.

Wes­tchnąłem ci­ężko. Dzia­dek tak po pro­stu mnie okła­mał, bo chciał, że­bym przy­je­chał na wieś? Ra­cja, nie od­wie­dza­łem ich zbyt często. Za­zwy­czaj wy­gląda­ło to tak, że przy­je­żdża­łem po nich i je­cha­li­śmy do mnie, żeby po­ka­zać im ten miej­ski zgie­łk, któ­ry na­praw­dę był god­ny uwa­gi. Obo­je z bab­cią często na­zy­wa­li mnie „syn­kiem”, po­nie­waż to oni oka­za­li mi naj­wi­ęcej mi­ło­ści. To im wszyst­ko za­wdzi­ęcza­łem.

– To po co to całe za­mie­sza­nie? – za­py­ta­łem ła­god­nie. Prędzej uci­ąłbym so­bie język, niż krzyk­nął na dziad­ka.

– Ra­zem z bab­cią zde­cy­do­wa­li­śmy się na pod­róż. Przez ostat­nie lata odło­ży­li­śmy tro­chę pie­ni­ędzy. Nie będzie nas czte­ry mie­si­ące, a to wi­ąże się z tym, że w mia­stecz­ku nie zo­sta­nie ża­den do­bry we­te­ry­narz. Nie zgo­dzi­łbyś się, gdy­bym tak po pro­stu cię za­py­tał, więc bab­cia wpa­dła na po­my­sł, że mu­si­my po­sta­wić cię przed fak­tem.

Nie wie­rzę. Moi dziad­ko­wie to duet prze­stęp­ców. Duet, któ­re­mu da­łem się w to wci­ągnąć. Boże, dla­cze­go?

– Ale… ale ja też mam pra­cę. Nie mogę zo­sta­wić Ashe­ra na czte­ry mie­si­ące. To jest zde­cy­do­wa­nie za dłu­go.

– Nie martw się o Ashe­ra. Już z nim po­roz­ma­wia­łem. Od­cze­ka­łem kil­ka­na­ście mi­nut po te­le­fo­nie do cie­bie, żeby po­tem za­dzwo­nić do nie­go i wszyst­ko mu wy­ja­śnić – od­po­wie­dział za­do­wo­lo­ny z sie­bie.

Asher, za­bi­ję cię. Jak on mógł pod­jąć de­cy­zję bez skon­sul­to­wa­nia jej ze mną? I cze­mu od razu do mnie nie za­dzwo­nił?

– Nie, wy­bacz, ale nie mogę tu­taj zo­stać – po­wie­dzia­łem przez ści­śni­ęte gar­dło.

– To tyl­ko czte­ry mie­si­ące. Pro­szę, zgó­dź się. Chcia­łbym spe­łnić naj­wi­ęk­sze ma­rze­nie two­jej bab­ci.

Za­czął grać na emo­cjach. Dla dziad­ków zro­bi­łbym na­praw­dę wie­le. Wręcz wszyst­ko. Pa­mi­ęta­łem, że bab­cia w mło­do­ści ma­rzy­ła o pod­ró­żach. Po­tem po­zna­ła dziad­ka, po­ja­wi­ły się pierw­sze iskry, któ­re spo­wo­do­wa­ły, że po­słu­cha­ła gło­su ser­ca. Byli do­wo­dem na to, że dla praw­dzi­wej wiel­kiej mi­ło­ści jest się go­to­wym zre­zy­gno­wać ze swo­ich pla­nów.

Wa­ha­łem się nad od­po­wie­dzią. Nie wi­dzia­ło mi się tu­taj zo­stać na tyle mie­si­ęcy, ale nie mo­głem za­wie­ść dziad­ka. Miesz­ka­ńców tak samo. Zwie­rzęta po­trze­bo­wa­ły we­te­ry­na­rza w ka­żdej chwi­li. Poza tym nie mo­głem bu­rzyć ma­rzeń uko­cha­nej bab­ci, któ­ra wy­pru­wa­ła so­bie żyły, żeby żyło mi się jak naj­le­piej.

– Do­brze. Ale po tych czte­rech mie­si­ącach wra­cam do sie­bie – po­sta­wi­łem wa­ru­nek.

– Ji-Yul, za­bra­łeś ze sobą pasz­port, praw­da? – usły­sza­łem za­tro­ska­ny głos bab­ci.

– Tak, ko­cha­nie. Ni­czym się nie martw – uspo­ko­ił żonę, po czym kon­ty­nu­ował roz­mo­wę ze mną: – Tak, wła­śnie tak zro­bi­my. Mu­szę już ko­ńczyć, za­raz mamy lot. Char­le­ne da ci klu­cze do domu i kli­ni­ki. Ju­tro do­wiesz się resz­ty. Wszy­scy będą słu­żyć ci po­mo­cą.

Nie lu­bi­łem, gdy ktoś mi po­ma­gał. Li­czy­łem, że sam so­bie świet­nie po­ra­dzę.

– Baw­cie się do­brze. I ni­g­dy wi­ęcej nie rób­cie mi ta­kich scen. Pra­wie zsze­dłem na za­wał.

Śmiech dziad­ka roz­brzmiał w słu­chaw­ce. Gdy­bym nie był aż tak zmęczo­ny, może po­śmia­łbym się ra­zem z nim.

– Też cię ko­cha­my!

Nie zdąży­łem od­po­wie­dzieć, bo za­raz się roz­łączył. Od­su­nąłem te­le­fon i od­da­łem go Char­le­ne.

– Pro­szę się nie bać. Na pew­no się panu tu spodo­ba – po­cie­szy­ła mnie.

– Mhm, nie wąt­pię – wy­mam­ro­ta­łem z ja­kże du­żym en­tu­zja­zmem.

To nie może się do­brze sko­ńczyć. Prze­cież ja nie zno­szę Wi­ne­ley.

Rozdział 1

Ciocie zawsze ci pomogą

Maven

Char­le­ne ra­zem z po­li­cjan­tem, któ­ry, jak się pó­źniej oka­za­ło, na­zy­wał się Au­stin Mor­gan, pod­wie­źli mnie pod mały szpi­tal we­te­ry­na­ryj­ny, któ­ry od wie­lu lat na­le­żał do dziad­ka. Dzia­dek po­cho­dził z Ko­rei Po­łu­dnio­wej, po­znał się z bab­cią pod­czas wa­ka­cji. Twier­dzi­li, że od pierw­sze­go wej­rze­nia na­ro­dzi­ła się po­mi­ędzy nimi mi­ło­ść.

Dla­cze­go za­miesz­ka­li tu­taj, a nie na przy­kład w Ko­rei, sko­ro obo­je się w niej uro­dzi­li? Po­nie­waż to tu­taj się po­zna­li. Bab­cia prze­pro­wa­dzi­ła się do Wi­ne­ley, gdy mia­ła czte­ry lata, więc nie ci­ągnęło jej do Ko­rei.

Hi­sto­ria tego, jak dzia­dek zna­la­zł się w tej wsi, za­wsze brzmia­ła dla mnie ko­micz­nie. Po pro­stu za­błądził, źle od­czy­tu­jąc in­for­ma­cje z mapy. Bab­cia była na tyle ko­cha­na, że zde­cy­do­wa­ła się go prze­no­co­wać. Moi pra­dziad­ko­wie do­strze­gli w nim do­broć, więc się na to zgo­dzi­li. Dzia­dek uwa­żał, że już wte­dy za­ko­chał się w swo­jej pi­ęk­nej żo­nie. Na co dzień nie wie­rzy­łem w ta­kie hi­sto­ryj­ki, ale oni byli wy­jąt­kiem od tej za­sa­dy. Ich uczu­cia od za­wsze udo­wad­nia­ły mi, że na tym świe­cie żyli jesz­cze lu­dzie, któ­rzy po­tra­fi­li szcze­rze ko­chać.

Los spra­wił, że za­miesz­ka­li w Wi­ne­ley i tu wła­śnie na świat przy­sze­dł mój oj­ciec. Mama była Ame­ry­kan­ką, ale zde­cy­do­wa­nie prze­wa­ża­ły u mnie ko­re­ańskie geny. Nie­któ­rzy twier­dzi­li, że przy­po­mi­nam dziad­ka z mło­do­ści, co wca­le mi nie prze­szka­dza­ło.

W mia­stecz­ku zdąży­ło się roz­po­go­dzić. Sta­łem przed drzwia­mi do kli­ni­ki. Ba­wi­łem się klu­cza­mi. Na­dal nie do­wie­rza­łem, że się na to zgo­dzi­łem. Czte­ry mie­si­ące w miej­scu, któ­re­go szcze­rze nie­na­wi­dzi­łem. Na samą myśl bo­la­ła mnie gło­wa. Będę ża­ło­wał, to już pew­ne.

Unio­słem wzrok. Przyj­rza­łem się temu miej­scu z ze­wnątrz. Przy­po­mi­na­ło bar­dziej ja­kiś drew­nia­ny do­mek, choć wie­dzia­łem, że ja­kiś czas temu szpi­tal zo­stał wy­re­mon­to­wa­ny po tym, jak dzia­dek wy­słał pro­śbę o do­ta­cję. Był je­dy­nym we­te­ry­na­rzem w wio­sce, więc na­le­ża­ły mu się jak naj­lep­sze wa­run­ki.

Nad drzwia­mi wi­sia­ła ta­blicz­ka z na­pi­sem: „Szpi­tal We­te­ry­na­ryj­ny u Na­mgun­ga”. Pod­sze­dłem bli­żej, wsu­nąłem klu­cze do zam­ka, prze­kręci­łem je dwa razy, na­ci­snąłem klam­kę i wsze­dłem do środ­ka. Pierw­sze, co wy­czu­łem, to ten sam za­pach, co w mo­jej kli­ni­ce.

Przy sa­mym we­jściu, nie­da­le­ko ma­łej re­cep­cji, gdzie znaj­do­wa­ło się prze­su­wa­ne okien­ko, znaj­do­wa­ła się ław­ka. Ścia­ny były w od­cie­niu ko­ści sło­nio­wej. Pa­no­wał tu­taj ka­me­ral­ny, a może na­wet i do­mo­wy kli­mat.

Prze­sze­dłem da­lej, żeby zo­ba­czyć, w ja­kich wa­run­kach przy­szło mi pra­co­wać. Jed­no biur­ko usta­wio­ne przy ścia­nie, tak aby pro­mie­nie sło­ńca pa­da­ły pod ide­al­nym kątem. W le­wym rogu usta­wio­no spo­ro kla­tek. Ró­żnych wiel­ko­ści. Nie za­bra­kło ty­po­wych sprzętów do pra­cy ze zwie­rzęta­mi i za­pa­su ręka­wi­czek.

Spoj­rza­łem jesz­cze na sta­no­wi­sko przy re­cep­cji. Ni­czym szcze­gól­nym się nie wy­ró­żnia­ło, było po­łączo­ne z moim ga­bi­ne­tem. Szyb­ko do­sze­dłem do wnio­sku, że naj­wi­ęcej pry­wat­no­ści znaj­dę w ła­zien­ce albo przy zwie­rzętach. Mia­łem na­dzie­ję, że po­ra­dzę so­bie w roli we­te­ry­na­rza na wsi. W mie­ście przyj­mo­wa­łem zwie­rzęta, któ­re mo­głem trzy­mać w rękach. Już od paru lat nie mia­łem stycz­no­ści z kro­wa­mi, ko­za­mi, ku­ra­mi, świ­nia­mi, by­ka­mi…

Zmęcze­nie da­wa­ło o so­bie znać. Po­sta­no­wi­łem, że przyj­rzę się temu miej­scu na na­stęp­ny dzień z rana. Zga­si­łem świa­tło, usta­wi­łem wszyst­ko tak, jak było przed moim przy­by­ciem. Sze­dłem do drzwi, a wte­dy pod no­ga­mi skrzyp­nęła jed­na z drew­nia­nych de­sek. Cu­dow­nie. Chy­ba kwo­ta do­ta­cji nie wy­star­czy­ła na wszyst­ko. Dla­cze­go dzia­dek mi o tym nie po­wie­dział? Po­mó­głbym.

Wy­sze­dłem z kli­ni­ki i ru­szy­łem w stro­nę ra­dio­wo­zu. Przed we­jściem do auta spoj­rza­łem jesz­cze raz na bu­dy­nek. Nie­da­le­ko ro­sło duże drze­wo, a pod nim sta­ła uro­cza ła­wecz­ka. Po­my­śla­łem, że w upa­ły mo­żna było cho­ciaż tro­chę się ochło­dzić.

Wsia­dłem do sa­mo­cho­du i za­pi­ąłem pasy. Nie czu­łem się bez­piecz­nie z my­ślą, że pro­wa­dzić ma ten fu­riat. Rzu­cił się na mnie bez­pod­staw­nie. Nie mo­głem tak szyb­ko mu tego wy­ba­czyć.

– I jak się panu po­do­ba? – za­ga­iła Char­le­ne.

Wes­tchnąłem ci­cho. Sku­pi­łem wzrok na szy­bie.

– Jest okej – od­po­wie­dzia­łem krót­ko.

– Wie­my, że to inne stan­dar­dy niż te, w któ­rych pan pra­cu­je na co dzień, ale wie­rzy­my, że się panu spodo­ba. Dzia­dek bar­dzo pana chwa­lił. Uwa­ża, że osi­ągnął pan na­praw­dę wie­le, a prze­cież jest pan jesz­cze bar­dzo mło­dy. Za­wsze może pan się do nas zwró­cić z ja­kąkol­wiek pro­śbą. Po­sta­ra­my się po­móc.

Ga­da­ła jak najęta. W pew­nym mo­men­cie się wy­łączy­łem. Ra­cja, nie było to zbyt ele­ganc­kie, ale ma­rzy­łem je­dy­nie o cie­płym prysz­ni­cu i pó­jściu spać. Ten dzień na­praw­dę mnie wy­męczył. Wo­la­łem, żeby do­bie­gł już ko­ńca.

– Dzi­ęku­ję – po­wie­dzia­łem, gdy na­stąpi­ła ci­sza.

I tak nie za­mie­rzam ko­rzy­stać z wa­szych po­rad. Sam świet­nie so­bie po­ra­dzę.

– A ja chcia­łbym jesz­cze raz pana prze­pro­sić. Za­cho­wa­łem się nie­od­po­wie­dzial­nie. Mo­głem ina­czej do tego po­de­jść. Na­wet nie za­py­ta­łem o do­ku­ment to­żsa­mo­ści. Wte­dy nie do­szło­by do tej ca­łej po­my­łki. Mam na­dzie­ję, że ból ple­ców już prze­sze­dł. Zro­zu­miem, je­śli będzie chciał pan po­roz­ma­wiać z moim prze­ło­żo­nym.

Po­li­cjant zde­cy­do­wa­nie ża­ło­wał czy­nów, któ­rych się do­pu­ścił. Tro­chę śmie­szy­ło mnie to, w jaki spa­ni­ko­wa­ny spo­sób po­wie­dział o swo­im sze­fie. Bał się, że go zwol­ni?

– Ju­tro z chęcią z nim po­dy­sku­tu­ję – od­pa­rłem po­wa­żnie.

Z ni­kim nie pla­no­wa­łem roz­ma­wiać. Chcia­łem go tyl­ko tro­chę na­stra­szyć. Je­dy­na roz­ryw­ka tego dnia. Na­le­ża­ła mi się.

– Jest… Jest pan pe­wien? – za­py­tał drżącym gło­sem.

– Mhm – mruk­nąłem od nie­chce­nia.

– Pa­nie Na­mgung, ale po co? Prze­cież już prze­pro­sił, nic po­wa­żne­go na szczęście się nie sta­ło. – Char­le­ne pró­bo­wa­ła go bro­nić.

Coś ich łączy­ło, że aż tak się zmar­twi­ła?

– Na­praw­dę my­śli­cie, że chce mi się tra­cić czas na ja­kieś oska­rże­nia i roz­mo­wy? – za­py­ta­łem znu­dzo­ny. – Do ni­ko­go z tym nie pój­dę. Wkręca­łem was – wy­ja­śni­łem, gdy Char­le­ne spoj­rza­ła na mnie zdez­o­rien­to­wa­na.

Spoj­rze­li na sie­bie, po czym wy­buch­nęli śmie­chem. Skrzy­wi­łem się nie­znacz­nie. Osza­le­ję tu­taj za­raz. Cu­dow­nie, że mój żart tak przy­pa­dł im do gu­stu. Te śmie­chy two­rzy­ły mie­szan­kę iry­ta­cji, któ­ra spra­wia­ła, że pra­gnąłem uciec z sa­mo­cho­du, a naj­le­piej z tej wsi. Lu­dzi stąd zna­łem je­dy­nie z opo­wie­ści dziad­ków. Oni mo­gli na­wet ich ko­chać, a ja już nie­ko­niecz­nie.

Dzi­ęko­wa­łem wszech­świa­to­wi, że do ko­ńca jaz­dy ani razu już się do mnie nie ode­zwa­li.

Ci­sza ko­iła du­szę po tym prze­klętym po­nie­dzia­łku.

Prze­czu­cie mnie nie my­li­ło. Na­praw­dę to­wa­rzy­szył mi ja­kiś pech. I to chy­ba od naj­młod­szych lat, sko­ro zno­wu zna­la­złem się na dłu­żej w tym kosz­mar­nym mia­stecz­ku.

Po­li­cjant za­par­ko­wał przed bra­mą.

– Dzi­ęku­ję za pod­wóz­kę. Ży­czę mi­łe­go wie­czo­ru.

Nie umia­łem się że­gnać z lu­dźmi, więc wy­szło tra­gicz­nie. Zdąży­łem do tego przy­wyk­nąć, a oni nie­ko­niecz­nie, bo po­pa­trzy­li na mnie w taki spo­sób, jak­bym był wa­ria­tem. Po chwi­li po pro­stu się do mnie uśmiech­nęli.

Wy­sia­dłem z auta z pręd­ko­ścią świa­tła. Wsu­nąłem dłoń do kie­sze­ni spodni, aby upew­nić się, że mia­łem klu­cze, któ­re mi wręczo­no. Pod­sze­dłem jesz­cze do mo­je­go wozu, żeby za­brać z nie­go ak­tów­kę. W sa­mo­cho­dzie za­wsze mia­łem ko­szu­lę i spodnie na zmia­nę.

Pod­sze­dłem do furt­ki i otwo­rzy­łem ją. Wspi­ąłem się po schod­kach i wsze­dłem do domu. W przed­po­ko­ju pa­no­wa­ła czy­sto­ść. Bab­cia za­wsze dba­ła o ta­kie rze­czy.

Zdjąłem buty, bo za­czy­na­ły mnie bo­leć nogi. Ode­tchnąłem z ulgą. Wsze­dłem w głąb domu. Sa­lon był po­łączo­ny z kuch­nią, w któ­rej znaj­do­wał się nie­wiel­ki stół z trze­ma krze­sła­mi. Mo­żna było się tu po­czuć przy­tul­nie i kom­for­to­wo. Mi­ęk­ki, pu­cha­ty dy­wan, drew­nia­ne podło­gi, ja­sna ka­na­pa i kil­ka ko­lo­ro­wych po­du­szek. Na ścia­nach wi­sia­ły zdjęcia dziad­ków. Z lat mło­do­ści, z dnia ślu­bu oraz gdy bab­cia była w ci­ąży. Nie za­bra­kło zdjęć ze mną oraz z moim oj­cem, więc szyb­ko od­wró­ci­łem wzrok.

Na ma­łym sto­li­ku ka­wo­wym le­ża­ły krzy­żów­ki dziad­ka oraz ja­kieś su­do­ku, któ­re ko­cha­ła roz­wi­ązy­wać bab­cia. Ide­al­ny duet. Po raz ko­lej­ny prze­ko­ny­wa­łem się, że łączy­ły ich na­wet ta­kie bła­host­ki. Na ka­na­pie zo­sta­wi­łem ak­tów­kę oraz moje ubra­nia.

Na pa­ra­pe­tach sta­ły kwia­ty w do­nicz­kach. Oba­wia­łem się, że prze­ze mnie dłu­go nie po­ży­ją. Bab­cia uwiel­bia­ła zaj­mo­wać się ro­śli­na­mi. Ogród stał się jej ulu­bio­nym miej­scem na zie­mi, gdy za­prze­sta­ła pod­ró­żo­wać.

Po­trze­bo­wa­łem się na­pić. Bu­tel­ka sta­ła aku­rat na bla­cie. Z gór­nej szaf­ki wy­jąłem szklan­kę, a gdy już mia­łem so­bie na­lać wody, roz­brzmia­ła nie­po­ko­jąca krząta­ni­na.

– Tu­taj jest nasz wspa­nia­ły, uro­czy Ma­ven! – Słod­ki, pi­skli­wy głos spra­wił, że pra­wie pod­sko­czy­łem.

Szyb­ko za­kręci­łem bu­tel­kę i ob­ró­ci­łem się, a wte­dy zo­ba­czy­łem trzy ko­bie­ty w po­de­szłym wie­ku. Trzy­ma­ły w rękach siat­ki wy­pe­łnio­ne… Sam nie wie­dzia­łem czym, ale oba­wia­łem się, że masą je­dze­nia.

– Na Boga, jaki ty je­steś już duży ka­wa­ler! – za­chwy­ci­ła się jed­na z nich.

Po­pa­trzy­łem na nią nie­zbyt za­do­wo­lo­ny. Czar­ne wło­sy upi­ęła w ni­skie­go koka, kwia­to­wa su­kien­ka si­ęga­ła jej do ko­stek, usta po­ma­lo­wa­ła czer­wo­ną szmin­ką, a róż na po­licz­kach był na tyle krzy­kli­wy, że z tru­dem po­wstrzy­ma­łem się od skrzy­wie­nia. Na jej drob­nej twa­rzy od­zna­cza­ły się ko­ści po­licz­ko­we. Ko­ja­rzy­łem ją z opo­wie­ści bab­ci. Je­śli nie po­my­li­łem osób, to mia­ła na imię Au­re­lia.

– Po­dej­dź do mnie. Niech ja cię wy­ści­skam – rzu­ci­ła ko­lej­na ze wzru­sze­niem. – Nie wiem, czy mnie pa­mi­ętasz, ale je­stem Ma­ri­bel­le. Two­ja dal­sza ciot­ka.

Nie, nie pa­mi­ętam. Zo­staw mnie. Idźcie so­bie, bła­gam.

Ta cała dal­sza ciot­ka wpa­try­wa­ła się we mnie brązo­wy­mi ocza­mi. Po­pra­wi­ła pal­ca­mi wło­sy ob­ci­ęte na boba. Na jej pulch­nej twa­rzy po­ja­wił się pro­mien­ny uśmiech. Była znacz­nie ni­ższa od dwóch po­zo­sta­łych ko­biet. Jej nad­garst­ki opla­ta­ły bran­so­let­ki, a szy­ję duże czer­wo­ne ko­ra­le.

Ostat­nią z nich zna­łem „naj­le­piej”, po­nie­waż fak­tycz­nie na­le­ża­ła do ja­kie­jś dal­szej ro­dzi­ny bab­ci. Zga­dy­wa­łem, że resz­ta po pro­stu ko­le­go­wa­ła się z mo­imi dziad­ka­mi.

– Ale ty zmężnia­łeś! – po­chwa­li­ła ze wzru­sze­niem.

Gra­ce Jo­hans­son i jej czu­pry­na ja­snych, buj­nych lo­ków. Naj­wy­ższa z ca­łej „świ­ętej trój­cy”. Wy­ró­żnia­ła się rów­nież sty­lem. Ciot­ka Gra­ce lu­bi­ła być na cza­sie. Po­słu­gi­wa­ła się te­le­fo­nem do­ty­ko­wym, a na­wet mia­ła wła­sne­go In­sta­gra­ma. Skąd o tym wie­dzia­łem? Zna­la­zła mnie. I za­ob­ser­wo­wa­ła. Ko­men­to­wa­ła też zdjęcia. Od tego cza­su prak­tycz­nie ni­cze­go nie wsta­wia­łem, bo za ka­żdym ra­zem to­wa­rzy­szy­ło mi jed­no wiel­kie za­że­no­wa­nie. Je­że­li już, to zmie­nia­łem pro­fi­lo­we.

Wy­cho­dzi­ło na to, że te ko­bie­ty po­zna­ły mnie już świet­nie.

Będę miły.

No przy­naj­mniej spró­bu­ję.

– Jak pa­nie tu­taj we­szły? – za­py­ta­łem na wstępie.

– Och, ale cze­mu „pa­nie”? Prze­cież my ciot­ki je­ste­śmy! Zwra­caj się do nas, jak tyl­ko chcesz – za­świer­go­ta­ła Gra­ce. – Ja je­stem Gra­ce, to jest Ma­ri­bel­le, ale mo­żesz mó­wić Mari, a tu­taj na­sza ko­cha­na Au­re­lia.

Bez ostrze­że­nia wpa­dły do kuch­ni. Po­sta­wi­ły siat­ki na sto­le, a mnie za­częło się ro­bić sła­bo. Oba­wia­łem się, że jed­nak nie prze­ży­ję tego dnia.

Za­bierz­cie mnie stąd.

– Zo­bacz, tu­taj masz su­szo­ne po­mi­dor­ki. Tu­taj masz ogó­recz­ki – wy­mie­nia­ła z za­chwy­tem Ma­ri­bel­le. – Jesz­cze owoc­ków ci ze­rwa­łam z ogród­ka. Jak Erick będzie się dąsał, to go nie słu­chaj. Tro­chę ja­błek i tru­ska­wek. Przy­da ci się, bo ja­kiś taki mi­zer­ny się wy­da­jesz. – Wes­tchnęła ci­ężko.

Kim jest, do cho­le­ry, Erick?

Au­re­lia zna­la­zła się zde­cy­do­wa­nie za bli­sko mnie. Chwy­ci­ła moje po­licz­ki, lek­ko je ści­snęła i cmok­nęła nie­za­do­wo­lo­na.

– Ty się tyl­ko sa­ła­tą ży­wisz w tym wiel­kim mie­ście? – ob­ru­szy­ła się. – Ja­kim cu­dem masz ta­kie mi­ęśnie, a tu taki zmi­zer­nia­ły? Jesz­cze tro­chę i w kró­li­ka się prze­mie­nisz.

Za­mie­nię się we wście­kłą be­stię, od­po­wie­dzia­łem w my­ślach, bo na głos nie wy­pa­da­ło.

Jed­no­cze­śnie do­sta­łem kom­ple­ment i re­pry­men­dę. Fa­scy­nu­jące.

– Wol­ny strze­lec czy ja­kaś już cię usi­dli­ła? – Gra­ce pu­ści­ła oko, a mnie prze­szła fala za­że­no­wa­nia.

– Czy to ta­kie wa­żne? – W ko­ńcu coś po­wie­dzia­łem.

– Tak! – od­po­wie­dzia­ły chó­rem.

– Taki mężczy­zna jak ty już po­wi­nien po­wo­li ukła­dać so­bie ży­cie. Pra­ca to nie wszyst­ko. Dzia­dek ci tego nie wpo­ił? – Au­re­lia spoj­rza­ła na mnie po­dejrz­li­wie.

– Pro­szę wy­ba­czyć, ale to moje ży­cie i moja spra­wa. Gdy po­czu­ję się go­to­wy, to wte­dy za­cznę się z kimś uma­wiać. Moje ży­cie mi­ło­sne nie jest cie­ka­wym te­ma­tem do roz­mów – za­pew­ni­łem chłod­nym to­nem i spoj­rza­łem na nie ze zmęcze­niem.

Ma­ri­bel­le usia­dła przy sto­le, a Au­re­lia po­szła w jej śla­dy. Za to Gra­ce wy­ci­ągnęła ko­lej­ne sło­iki i jesz­cze dużą bu­tel­kę z kom­po­tem.

– Czy­li je­steś wol­ny – wy­wnio­sko­wa­ła.

Nie, szyb­ki. Mój po­ziom zi­ry­to­wa­nia nie­bez­piecz­nie się pod­no­sił.

Opa­rłem się po­ślad­ka­mi o blat, a ręce skrzy­żo­wa­łem na tor­sie.

– Tak – od­po­wie­dzia­łem w na­dziei, że da­dzą mi spo­kój.

Ale ze mnie na­iw­niak…

– Cu­dow­nie. My już ko­goś ci tu­taj znaj­dzie­my, zo­ba­czysz! – Au­re­lia po­ta­rła ręce, jak­by wpa­dła wła­śnie na ge­nial­ny po­my­sł.

– Za czte­ry mie­si­ące wy­je­żdżam. Nie po­trze­bu­ję po­mo­cy – rzu­ci­łem z po­wa­gą. – Cio­ciu – do­da­łem po chwi­li.

– Ale cio­cie za­wsze ci po­mo­gą. W ka­żdej spra­wie. – Gra­ce sta­ła twar­do przy swo­im.

– Wła­śnie. W su­mie to ta cała Bet­ty jest ca­łkiem ład­na – mruk­nęła Au­re­lia.

– Oj, nie, nie, nie. Ona chy­ba już ko­goś ma – do­da­ła od sie­bie Ma­ri­bel­le.

– Aga­tha? – za­pro­po­no­wa­ła Au­re­lia.

– Od­pa­da. Nie do­ga­da­ją się z Ma­ve­nem – stwier­dzi­ła Gra­ce. – Może Lucy?

– Źle wy­cho­wa­na. – Au­re­lia się skrzy­wi­ła.

– Mamy jesz­cze na­szą pi­ęk­ną Elo­die. To jest do­pie­ro pro­my­czek. Tak strasz­nie mi jej szko­da. – Gra­ce pod­pa­rła pod­bró­dek o pi­ęść, a ło­kieć uło­ży­ła na sto­le.

– Oj, tak, prze­pi­ęk­na dziew­czy­na – wes­tchnęła z za­chwy­tem Au­re­lia. – A do tego mądra, uprzej­ma i po­moc­na. Ko­cham ją ca­łym ser­cem!

– Całe Wi­ne­ley ją ko­cha – po­pra­wi­ła Au­re­lię Ma­ri­bel­le.

Chrząk­nąłem gło­śno. Zde­cy­do­wa­nie prze­sa­dzi­ły. Nie in­te­re­so­wa­ła mnie żad­na z wy­mie­nio­nych przez nie ko­biet. A w szcze­gól­no­ści ta, któ­rą tak się za­chwy­ca­ły.

– A do­wiem się w ko­ńcu, jak tu­taj we­szły­ście? – zmie­ni­łem te­mat. Nie czu­łem się kom­for­to­wo, więc wo­la­łem za­ko­ńczyć tę far­sę.

– No jak to „jak”? Furt­ka była otwar­ta, drzwi na klucz nie za­mknąłeś, więc stwier­dzi­ły­śmy, że mo­że­my jesz­cze wpa­ść w od­wie­dzi­ny. – Gra­ce wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Mhm, no tak. To ca­łko­wi­cie nor­mal­ne, że wcho­dzi się do ko­goś bez pu­ka­nia. – Moja od­po­wie­dź ocie­ka­ła sar­ka­zmem, ale naj­wi­docz­niej tego nie zro­zu­mia­ły, bo żad­na z nich nie za­re­ago­wa­ła.

Szyb­ko za­pa­mi­ęta­łem, żeby za­wsze za­my­kać furt­kę oraz drzwi. Nie chcia­ło mi się przyj­mo­wać go­ści. Do­ce­nia­łem, że przy­szły z ty­lo­ma pysz­ny­mi rze­cza­mi, ale nie pro­si­łem się o to. O nic nie pro­si­łem. A już na pew­no nie o po­byt w Wi­ne­ley.

– Bar­dzo dzi­ęku­ję, że przy­szły­ście, ale nie ukry­wam, że je­stem zmęczo­ny po pod­ró­ży. Ten cały in­cy­dent z…

– Och, my wszyst­ko ro­zu­mie­my. Niech ja tyl­ko do­rwę Au­sti­na, to zo­ba­czy! Jak tak mo­żna po­trak­to­wać czło­wie­ka? Wy­tar­gam go za uszy tak moc­no, że na­ro­dzi­ny mu się przy­pom­ną. – Ma­ri­bel­le unio­sła się naj­bar­dziej z nich wszyst­kich, gro­żąc przy tym pal­cem.

Szko­da tyl­ko, że nie po­zwo­li­ła mi do­ko­ńczyć.

– Otóż to, otóż to – za­wtó­ro­wa­ła jej Gra­ce.

– Chcia­łbym od­po­cząć. Sam – po­wie­dzia­łem szyb­ko i sta­now­czo, by mnie nie prze­ści­gnęły i coś do nich do­ta­rło.

Spoj­rza­łem na nie z po­wa­żnym wy­ra­zem twa­rzy. Już na­praw­dę nie było mi do śmie­chu. Po­trze­bo­wa­łem od­po­cząć, prze­ana­li­zo­wać, co się wy­da­rzy­ło w ci­ągu ostat­nich kil­ku go­dzin, a po­tem za­snąć z na­dzie­ją, że to tyl­ko głu­pi sen.

– Och… Och… No tak. – Gra­ce spu­ści­ła wzrok. – Wy­bacz, że prze­szka­dza­my. Chcia­ły­śmy cię miło przy­wi­tać.

Cze­mu w taki spo­sób to zin­ter­pre­to­wa­ła? Prze­cież… Prze­cież nie krzyk­nąłem. Choć chcia­łem.

– Po pro­stu je­stem zmęczo­ny. Ale to nie ozna­cza, że wa­sza wi­zy­ta mi się nie spodo­ba­ła. Dzi­ęku­ję za miły gest i za to, że chcia­ły­ście mnie le­piej po­znać. – Wy­si­li­łem się na nie­mra­wy uśmiech, co pew­nie bar­dziej wy­gląda­ło tak, jak­bym się krzy­wił.

Pod­nio­sły się, po­de­szły do mnie i moc­no przy­tu­li­ły. Wstrzy­ma­łem od­dech. Nie przy­go­to­wa­łem się na to psy­chicz­nie. My­śla­łem, że się udu­szę przez in­ten­syw­ne per­fu­my. De­li­kat­nie po­kle­pa­łem je po ple­cach i do­pie­ro wte­dy od­pu­ści­ły.

Po­że­gna­ły się, za­bra­ły swo­je to­reb­ki, a ja od­pro­wa­dzi­łem je do furt­ki, żeby wszyst­ko po­za­my­kać. Kie­dy mia­łem to z gło­wy i zna­la­złem się w domu, pierw­sze, co zro­bi­łem, to wy­jąłem z ak­tów­ki te­le­fon.

Wsze­dłem na Mes­sen­ge­ra i na­pi­sa­łem krót­ką wia­do­mo­ść do przy­ja­cie­la.

Ja: Sko­ro masz klu­cze do mo­je­go miesz­ka­nia, to spa­kuj rze­czy. Mu­szą wy­star­czyć mi na czte­ry mie­si­ące. Wy­ślij je do Wi­ne­ley.

Ja: Za­raz po­de­ślę ad­res.

Stwier­dzi­łem, że pó­źniej mu wy­gar­nę, że do mnie nie za­dzwo­nił po te­le­fo­nie dziad­ka.

Po­pa­trzy­łem na stół w kuch­ni. Uzna­łem, że przy­da­ło­by się to scho­wać do lo­dów­ki, a po­tem się prze­brać. Za­po­wia­dał się cu­dow­ny wie­czór.

Rozdział 2

Świnka Peppa

Maven

Ja: Do­le­cie­li­ście bez­piecz­nie?

Wy­sła­łem z rana wia­do­mo­ść do dziad­ka. Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że pew­nie u nich była inna stre­fa cza­so­wa, ale wie­rzy­łem, że gdy tyl­ko będą mo­gli, to od­pi­szą. I, o dzi­wo, nie cze­ka­łem zbyt dłu­go.

Dzia­dek: Tak, ni­czym się nie martw, syn­ku.

Dzia­dek: A ty jak się czu­jesz? Na­dal je­steś na mnie zły?

Nie po­tra­fi­łem się na nie­go zło­ścić, na­wet je­śli nie po­do­ba­ło mi się to, co wy­my­ślił.

Ja: Mną się nie martw. Wszyst­ko jest w po­rząd­ku.

Dzia­dek: Nie wie­rzę ci, syn­ku, ale nie będę cię ci­ągnął za język. Bab­cia ka­za­ła prze­ka­zać, że masz pić dużo wody, jeść i dbać o sie­bie.

Ich tro­ska była dla mnie tak bar­dzo cen­na.

Ja: Do­brze, będę o sie­bie dbał. Wy też uwa­żaj­cie. Dzwo­ńcie i pisz­cie o ka­żdej po­rze.

Dzia­dek: Ko­cha­my cię.

Ści­snęło mnie w żo­łąd­ku. Dzia­dek i bab­cia byli je­dy­ny­mi oso­ba­mi poza Ashe­rem, któ­re oka­zy­wa­ły mi ta­kie uczu­cia.

Ja: Ja was też.

Po chwi­li na ekra­nie wy­świe­tli­ła mi się wia­do­mo­ść od kum­pla. Wes­tchnąłem ci­cho, gdy ją od­czy­ta­łem.

Asher: Masz ocho­tę mnie za­bić?

Ja: Tak.

Asher: Okej, wje­cha­ła krop­ka nie­na­wi­ści. Ro­zu­miem.

Tro­chę by­łem na nie­go zły i nie za­mie­rza­łem się z tym kryć.

Asher: Ale wiesz co? Uwa­żam, że te czte­ry mie­si­ące do­brze ci zro­bią.

Ja: Nie.

Asher: Mhm, in­te­re­su­jąca od­po­wie­dź.

Asher: Twój dzia­dek mnie po­pro­sił, że­bym nic ci nie mó­wił.

Ja: A ty tak po pro­stu się zgo­dzi­łeś.

Ja: Nie­sa­mo­wi­te. Na­praw­dę.

Asher: Do­bra, sta­ry, nie dąsaj się już.

Ja: Nie dąsam się.

Asher: A no tak…

Asher: Po pro­stu ko­mar ugry­zł cię w dupę.

Ja: Nie mam cza­su. Zaj­mij się ro­bo­tą.

Asher: Zło­ść pi­ęk­no­ści szko­dzi.

Ja: Za­raz to­bie za­szko­dzi mój gniew.

Wy­ci­szy­łem te­le­fon, żeby nikt mi już nie prze­szka­dzał. Asher wie­dział, że zro­bił źle. Może nie po­wi­nie­nem się na nie­go de­ner­wo­wać, ale nic nie mo­głem po­ra­dzić na to, że przy­czy­nił się do mo­je­go kosz­ma­ru. Ra­cja, Wi­ne­ley sły­nęło z pi­ęk­nych, ma­low­ni­czych miejsc. Nie bra­ko­wa­ło też ró­żne­go ro­dza­ju fe­sty­nów, ale za­zwy­czaj wia­ło tu­taj nudą. Lu­dzie żyli plot­ka­mi. Prze­ko­na­łem się o tym po­przed­nie­go dnia, gdy do domu wpa­ro­wa­ły ciot­ki. Wy­mie­nia­ły imio­na ko­biet tak, jak­by mia­ły na to ca­łko­wi­te przy­zwo­le­nie. Nie zna­łem żad­nej z nich. Już na­wet nie pa­mi­ęta­łem imion, któ­re pa­dły.

Nie wy­spa­łem się. Ani tro­chę. Całą noc się wier­ci­łem. Raz było mi go­rąco, a raz zim­no. Spa­łem na ka­na­pie, bo nie było opcji, że­bym po­sze­dł do sy­pial­ni dziad­ków. Ni­g­dy bym so­bie na to nie po­zwo­lił.

Nie przy­wy­kłem do ta­kich rze­czy. Tęsk­ni­łem za moim łó­żkiem, zim­ną po­dusz­ką i ci­szą. No cóż, w Wi­ne­ley ni­ko­mu nie był po­trzeb­ny bu­dzik. Ko­gut piał od sa­me­go rana.

A na do­da­tek nie zna­la­złem kawy. Chy­ba wo­le­li pić her­ba­tę, więc mu­sia­łem na­cie­szyć się tyl­ko tym.

Gdy mia­łem już wsia­dać do sa­mo­cho­du, ja­kiś star­szy pan po­wie­dział, że tym Mer­ce­de­sem da­le­ko nie za­ja­dę. Ra­cja, as­falt był, ale bra­ko­wa­ło go na dro­gach, po któ­rych za­zwy­czaj je­ździł dzia­dek, aby za­jąć się zwie­rzęta­mi. Wo­la­łem nie na­ra­żać auta na ja­kieś uster­ki. Nie mia­łem cza­su na tu­ła­nie się po me­cha­ni­kach. Poza tym ufa­łem tyl­ko swo­je­mu. Ten sam pan, któ­ry sko­men­to­wał mój wóz, do­ra­dził mi, że­bym wzi­ął ro­wer dziad­ka, któ­ry stał z tyłu domu. A ja głu­pi się na to zgo­dzi­łem.

Wy­kli­na­łem sa­me­go sie­bie. Cho­dzi­łem na si­łow­nię. Dba­łem o kon­dy­cję. Ale jaz­da pod gór­kę w pe­łnym sło­ńcu mnie po­ko­na­ła. Wy­da­wa­ło mi się, że za­raz umrę. Lu­dzie się na mnie ga­pi­li jak na sko­ńczo­ne­go idio­tę. Szko­da, że tyl­ko oni mie­li z tego ubaw.

Umie­ram. To już mój ko­niec.

Kie­dy uda­ło mi się wje­chać na wznie­sie­nie, to po­tem już po­szło zde­cy­do­wa­nie szyb­ciej. Mo­men­ta­mi na­wet wiał lek­ki wiatr.

Śpiew pta­ków to­wa­rzy­szył mi pod­czas ca­łej tra­sy od domu do szpi­ta­la we­te­ry­na­ryj­ne­go. Co ja­kiś czas na­po­ty­ka­łem miesz­ka­ńców, więc wi­ta­łem się z nimi i sta­ra­łem się od razu je­chać da­lej. Roz­mo­wy ze star­szy­mi oso­ba­mi za­zwy­czaj za­bie­ra­ły spo­ro cza­su, a ja nie chcia­łem się spó­źnić. Ota­cza­ło mnie spo­ro zie­le­ni, w tym pola upraw­ne, łąki i drze­wa. Oko­li­ca była… ca­łkiem uro­cza.

Po chwi­li na­tra­fi­łem na dro­gę, gdzie kre­dą na­ma­lo­wa­na była gra w kla­sy. Wy­da­wa­ło mi się, że dzie­ci w tych cza­sach prze­sia­dy­wa­ły wi­ęcej w te­le­fo­nach albo przy kom­pu­te­rze, ale jed­nak nie. Wie­dzia­łem, że wie­le za­le­ża­ło od wy­cho­wa­nia. W ko­ńcu to ro­dzi­ce da­wa­li im wzór. W moim wy­pad­ku na pew­no był to dzia­dek, choć bab­cia rów­nież przy­czy­ni­ła się do tego, że sta­łem się ta­kim, a nie in­nym czło­wie­kiem.

Nie­da­le­ko kli­ni­ki zo­ba­czy­łem sto­isko, gdzie sprze­da­wa­no owo­ce. Stwier­dzi­łem, że ku­pię coś w cza­sie prze­rwy. Za­trzy­ma­łem się przy bu­dyn­ku. Zsze­dłem z ro­we­ru i zo­sta­wi­łem go w bez­piecz­nym miej­scu. Mia­łem na­dzie­ję, że w Wi­ne­ley nie szla­ja­li się ja­cyś zło­dzie­je.

Za­bra­łem moją ak­tów­kę, mia­łem już wy­ci­ągać klu­cze z kie­sze­ni, ale oka­za­ło się, że drzwi już zo­sta­ły otwar­te. Unio­słem brwi w zdzi­wie­niu. Przy drze­wie do­strze­głem jesz­cze je­den ro­wer. No tak, prze­cież dzia­dek miał asy­sten­ta. Wsze­dłem do środ­ka i przy re­cep­cji na­tra­fi­łem na spoj­rze­nie cie­kaw­skich brązo­wych tęczó­wek. Ude­rzył we mnie sze­ro­ki i pro­mien­ny uśmiech fa­ce­ta, któ­ry był naj­praw­do­po­dob­niej tro­chę młod­szy ode mnie. Jego ja­sne loki przy­po­mi­na­ły sprężyn­ki. Pod­nió­sł się gwa­łtow­nie z krze­sła, a ja po­sta­wi­łem in­stynk­tow­nie je­den krok do tyłu, jed­nak za­raz się zre­flek­to­wa­łem.

– Za­pew­ne wiesz, że będzie­my ze sobą pra­co­wać przez oko­ło czte­ry mie­si­ące. Ma­ven Na­mgung – przed­sta­wi­łem się i wy­sta­wi­łem dłoń w jego stro­nę.

– Cole Sul­ling­ton. – Uści­snął moją dłoń i nią po­trząsnął. – To za­szczyt móc z pa­nem pra­co­wać.

Sta­ra­łem się nie po­ka­zy­wać po so­bie, że jego po­zy­tyw­na ener­gia mnie przy­tła­cza. Cze­mu wszy­scy w tej wio­sce się uśmie­cha­li? Na­praw­dę pro­wa­dzi­li tak cu­dow­ne ży­cie? Nie mie­li poza uśmie­cha­mi żad­nych in­nych re­ak­cji? Nie mu­sie­li być dla mnie aż tacy mili. Do­ce­nia­łem to, ale wo­la­łem neu­tral­ne po­de­jście. Wi­ęk­szo­ść zna­ła mnie tyl­ko z opo­wie­ści dziad­ków.

– Dzi­ęku­ję, mam na­dzie­ję, że będzie nam się do­brze pra­co­wać – od­rze­kłem i wy­su­nąłem dłoń z jego uści­sku, któ­ry trwał już zde­cy­do­wa­nie za dłu­go. – Od cze­go za­zwy­czaj za­czy­na dzia­dek? – za­py­ta­łem, gdy prze­sze­dłem do głów­ne­go ga­bi­ne­tu.

Zo­sta­wi­łem ak­tów­kę na krze­śle, a z kie­sze­ni wy­ci­ągnąłem te­le­fon i po­ło­ży­łem go na biur­ku. Pod­sze­dłem do okna i je uchy­li­łem, by prze­wie­trzyć tę du­cho­tę, a po­tem chwy­ci­łem sznu­re­czek, żeby za­su­nąć ro­le­ty. Wpa­da­ło zde­cy­do­wa­nie za dużo sło­ńca.

Ob­ró­ci­łem się przo­dem do mło­de­go, cze­ka­jąc, aż mi od­po­wie. Ner­wo­wo ba­wił się skuw­ką od dłu­go­pi­su. Skrzy­żo­wa­łem ręce na tor­sie. Po­pa­trzy­łem na ze­ga­rek, któ­ry opla­tał mój nad­gar­stek. Uda­ło mi się. Nie spó­źni­łem się. Dwie mi­nu­ty przed cza­sem.

– A więc? – ode­zwa­łem się.

– Pro­szę mi wy­ba­czyć – szep­nął, a ja ski­nąłem gło­wą. – Za­zwy­czaj gdy jest już coś za­pla­no­wa­ne, to od razu je­dzie do pa­cjen­tów, żeby wcze­śniej sko­ńczyć pra­cę. Ale musi pan być przy­go­to­wa­ny na to, że na­gle ktoś za­dzwo­ni i będzie trze­ba jesz­cze gdzieś po­je­chać.

– To zro­zu­mia­łe – stwier­dzi­łem. Ale za­raz coś do mnie do­ta­rło. – Chwi­la, mo­ment. Czy­li na­wet w nocy dzia­dek gdzieś je­ździ?

– No cóż, kozy cza­sa­mi ro­dzą w nocy. Kro­wy tak samo. O kla­czach już nie wspom­nę. Z tym nie wol­no cze­kać.

Dzia­dek nie po­wi­nien aż tak się prze­męczać. Zde­cy­do­wa­nie po­trze­bo­wał dru­gie­go we­te­ry­na­rza do po­mo­cy.

– A ty pra­cu­jesz tyl­ko na re­cep­cji czy też po­ma­gasz?

– Po­ma­gam, ale na­dal się uczę. Pan Ji-Yul woli ro­bić wszyst­ko sam.

Skąd ja to znam?

– Do­brze, więc gdzie dzi­siaj jadę?

– Do pani Noli. Trze­ba za­szcze­pić pro­sia­ki.

No i za­czy­na­ją się kło­po­ty.

Prze­łk­nąłem z tru­dem śli­nę.

Nie ro­bi­łem tego od bar­dzo daw­na. Jak niby mia­łem so­bie z tym po­ra­dzić? Do­my­śla­łem się, że to nie były dwa albo trzy pro­sia­ki, tyl­ko zde­cy­do­wa­nie wi­ęcej. Nie chcia­łbym zro­bić krzyw­dy tym zwie­rzętom. Sko­ro Cole jesz­cze się uczył, oba­wia­łem się, że nie ze­chce mi po­móc. Poza tym ktoś mu­siał zo­stać pod moją nie­obec­no­ść i od­bie­rać te­le­fo­ny. Sam stwier­dził, że mo­gli­śmy się ich spo­dzie­wać w ka­żdej chwi­li.

Nie wy­pi­łem kawy, a na­gle pod­nio­sło mi się ci­śnie­nie.

– Pro­sia­ki? Gdzie miesz­ka pani Nola?

– Nie­da­le­ko domu Elo­die.

Nic mi to nie mó­wi­ło.

– Ja­śniej – po­pro­si­łem.

– Ach, no tak, prze­cież pan ni­ko­go tu­taj nie zna. – Za­śmiał się ner­wo­wo, a ja od­nio­słem wra­że­nie, że to był przy­tyk rzu­co­ny w moim kie­run­ku. – Elo­die miesz­ka na­prze­ciw­ko domu pana dziad­ków. Za to pani Nola trzy domy da­lej na pra­wo – wy­ja­śnił.

Po­wiedz­my, że zro­zu­mia­łem.

Zej­dę na za­wał. Wi­zja po­now­nej jaz­dy na ro­we­rze tą pie­kiel­ną tra­są nie na­pa­wa­ła mnie opty­mi­zmem. Na co ja się zgo­dzi­łem? Prze­cież to przy­po­mi­na­ło igrzy­ska śmier­ci, ale wer­sja Wi­ne­ley.

– Szcze­pi­łeś już świ­nie? – za­py­ta­łem, ma­jąc na­dzie­ję, że znaj­dę wy­jście z tej sy­tu­acji.

– Nie. To ro­bo­ta dla pana, pa­nie Na­mgung – po­wie­dział z nutą roz­ba­wie­nia w gło­sie, żeby za­raz za­jąć miej­sce przy re­cep­cji.

Jak to nie szcze­pił, sko­ro był asy­sten­tem dziad­ka? Dziw­ne, ale niech będzie.

Mój po­my­sł szyb­ko zna­la­zł się w ko­szu. Świet­nie. Coś jesz­cze chy­ba pa­mi­ęta­łem. Dzia­dek wie­lo­krot­nie mi po­ka­zy­wał, jak prze­bie­gał cały pro­ces szcze­pie­nia.

– Mo­żesz mó­wić do mnie po imie­niu. Tak będzie wy­god­niej.

Po­ka­zał mi unie­sio­ne­go kciu­ka.

– Za­pa­mi­ętam.

– Wiesz może, gdzie dzia­dek…

Nie do­ko­ńczy­łem, bo Cole pod­sze­dł pręd­ko do jed­nej z szaf, wy­jął duży czar­ny ple­cak i rzu­cił nim we mnie. Zła­pa­łem go, ale oka­zał się tak ci­ężki, że aż coś mi strzyk­nęło w kręgo­słu­pie. Zdu­si­łem w so­bie chęć jęk­ni­ęcia z bólu.

– Masz tam wszyst­ko, co ci się przy­da przy szcze­pie­niu. A, i bądź ostro­żny. Pro­sia­ki sły­ną z du­żej pa­ni­ki, więc nie zdziw się, jak ja­kiś będzie chciał cię ugry­źć.

Su­per. Wła­śnie na to cze­ka­łem. Na po­gry­zie­nie przez ma­łe­go pro­sia­ka. Moje ma­rze­nie.

– Dzi­ęki za ostrze­że­nie – mruk­nąłem.

– Jak­by co, pani Nola ma te­raz spo­tka­nie z Ko­bie­ta­mi Suk­ce­su w Wi­ne­ley. Naj­le­piej, jak wy­je­dziesz za ja­kieś dwie go­dzi­ny. Za­wsze woli być gdzieś nie­da­le­ko, gdy coś dzie­je się z jej zwie­rzęta­mi. Może jak do­pi­sze ci szczęście, to ci po­mo­że.

Ko­lej­na rzecz, o któ­rej nie mia­łem bla­de­go po­jęcia. Strasz­nie dużo mnie omi­nęło.

– Z kim ma spo­tka­nie? – za­py­ta­łem, marsz­cząc czo­ło.

– To ta­kie zgro­ma­dze­nie pro­wa­dzo­ne przez ko­bie­ty, któ­re wie­le osi­ągnęły albo na­dal osi­ąga­ją, miesz­ka­jąc w Wi­ne­ley. Na przy­kład taka Elo­die. Pro­wa­dzi swój biz­nes. Albo Ophe­lia… Pani Nola za to jest skarb­ni­cą wie­dzy i do­świad­czeń. Swo­ją dro­gą, to naj­bar­dziej kom­for­to­wa ini­cja­ty­wa stwo­rzo­na w Wi­ne­ley. Na­le­ży się tym wspa­nia­łym ko­bie­tom jak nie wiem co.

Po­wiedz­my, że zro­zu­mia­łem. Ale z jed­nym mo­głem się zgo­dzić. Cie­ka­wy po­my­sł i na pew­no pod­bu­do­wy­wał miesz­kan­ki tej wio­ski. Ko­bie­ty zde­cy­do­wa­nie po­trze­bo­wa­ły zwi­ęk­szać pew­no­ść sie­bie. Nie­ste­ty, ale często mężczy­źni sta­li za tym, że czu­ły się nic nie­zna­czące, sła­be, gor­sze i głup­sze. Spo­łe­cze­ństwo też w tym wy­pad­ku do­da­wa­ło od sie­bie. Przy­ty­ki, nie­zbyt miłe ko­men­ta­rze. To wszyst­ko spra­wia­ło, że za­my­ka­ły się w so­bie i uwa­ża­ły, że nie są w sta­nie osi­ągnąć tak wie­le, co mężczy­źni. A nie­któ­re po ta­kich czy­nach i sło­wach bra­ły się w ga­rść i udo­wad­nia­ły so­bie, a przy oka­zji in­nym, do cze­go były zdol­ne.

– Gdzie tu­taj mo­żna się na­pić kawy?

– Pan Ji-Yul nie pije kawy.

My­śla­łem, że cho­ciaż Cole to robi.

– Ale ja je­stem Ma­ven – od­pa­rłem bur­kli­wie.

– To masz pro­blem, Ma­ve­nie. Mogę zro­bić ci her­ba­ty, chcesz? – Ob­ró­cił się w moją stro­nę.

Za­ci­snąłem war­gi w cien­ką li­nię. Dzia­dek ode­brał mi na­wet kawę, od któ­rej pew­nie by­łem uza­le­żnio­ny, bo za­wsze za­czy­na­łem z nią dzień. Nie wy­obra­ża­łem so­bie ta­kie­go funk­cjo­no­wa­nia.

– Po­dzi­ęku­ję – mruk­nąłem nie­po­cie­szo­ny.

Dwie go­dzi­ny pó­źniej zde­cy­do­wa­łem się wy­ru­szyć. Ple­cak wa­żył parę do­brych kilo. Miesz­ka­nie na wsi za­stępo­wa­ło si­łow­nię. Po­dzi­wia­łem dziad­ka za to, że da­wał so­bie radę. Ogar­niał na­praw­dę wie­le spraw, choć w jego wie­ku po­wi­nien bar­dziej na sie­bie uwa­żać. Po­wta­rza­łem to wie­lo­krot­nie, ale łączy­ło nas jed­no. Upór. Bar­dzo duży upór. Mie­li­śmy swo­je za­sa­dy i rzad­ko kie­dy ktoś po­tra­fił prze­mó­wić nam do ro­zu­mu. U dziad­ka była to bab­cia, a u mnie… Ja ta­kiej oso­by jesz­cze nie zna­la­złem i nie za­no­si­ło się na to.

Jaz­da na ro­we­rze mo­gła­by być przy­jem­na, oczy­wi­ście, że tak. Ale taka się nie oka­za­ła. Dla­cze­go? Bo je­cha­łem na ska­za­nie. W cho­ler­ny upał.

Mam dość. Mam po pro­stu dość. A dzień jesz­cze do­brze się nie za­czął. Nie­ste­ty, ale sło­ńce świe­ci­ło naj­moc­niej. Za­bra­łem ze sobą małą bu­tel­kę wody. Co ja­kiś czas sta­wa­łem, żeby chwi­lę od­po­cząć. Pot spły­wał mi po skro­niach, a ko­smy­ki wło­sów przy­kle­ja­ły się do czo­ła. Nie­na­wi­dzi­łem ta­kie­go go­rąca. Już chy­ba wo­la­łbym deszcz.

Zo­sta­ło mi jesz­cze pięć do­mów do omi­ni­ęcia, a ja czu­łem się, jak­by cze­ka­ło ich jesz­cze dru­gie tyle. Nie nada­wa­łem się do pra­cy na wsi. Na co dzień le­czy­łem małe zwie­rząt­ka. Psy, koty, cho­mi­ki, świn­ki mor­skie, kró­li­ki. Ale nie zwie­rzęta, któ­rych nie dało się cza­sa­mi na­wet zła­pać. Szcze­pie­nie samo w so­bie nie było strasz­ne. Za to ga­nia­nie za świ­nia­mi i przy­trzy­ma­nie ich – już tak. Dzia­dek wie­le mnie na­uczył za dzie­cia­ka, a po­tem to pie­lęgno­wał, ale ja za wszel­ką cenę pró­bo­wa­łem wy­przeć to z pa­mi­ęci, bo ko­ja­rzy­ło mi się z Wi­ne­ley.

Gdy do­je­cha­łem pod dom na­le­żący do pani Noli, ode­tchnąłem z wy­ra­źną ulgą. Z tru­dem zsze­dłem z ro­we­ru. Bra­ma zo­sta­ła otwar­ta, więc po pro­stu wsze­dłem na po­dwór­ko.

Pod­sko­czy­łem, gdy do­oko­ła roz­nio­sło się war­cze­nie i szcze­ka­nie psa. Chry­ste, jesz­cze tego mi bra­ko­wa­ło. Nie po­wi­nie­nem bać się zwie­rząt, ale psy by­wa­ły nie­bez­piecz­ne, gdy chro­ni­ły wła­sne­go te­ry­to­rium. Pew­nie na dziad­ka ni­g­dy tak nie za­re­ago­wał, ale mnie nie znał. Mój za­pach był dla nie­go obcy. Wy­chy­li­łem się lek­ko z szyb­ko bi­jącym ser­cem. Przy­po­mi­nał tro­chę owczar­ka nie­miec­kie­go. Po­pa­trzył na mnie i za­szcze­kał jesz­cze raz.

– Ares, psin­ko, uspo­kój się. To tyl­ko dok­tor. Nic złe­go ci nie zro­bi – usły­sza­łem tro­skli­wy i cie­pły ton gło­su, któ­ry na­le­żał za­pew­ne do pani Noli.

Ko­bie­ta za­kry­ła gło­wę ko­lo­ro­wą chu­s­tą. Bia­ła bluz­ka z krót­ki­mi ręka­wa­mi do­da­wa­ła tro­chę neu­tral­no­ści kwie­ci­stej spód­ni­cy i klap­kom. Skądś ją ko­ja­rzę…

Ro­wer po­sta­wi­łem przy domu. Pod­sze­dłem do ko­bie­ty, a gdy ta po­da­ła mi dłoń, de­li­kat­nie uca­ło­wa­łem jej wierzch. Wła­śnie tak sta­ra­łem się oka­zy­wać sza­cu­nek ko­bie­tom. Tej za­sa­dy na­uczył mnie nie kto inny jak dzia­dek.

W po­wie­trzu uno­sił się za­pach kwia­tów. Kręci­ło mnie przez to w no­sie, ale nie na­rze­ka­łem. Szyb­ko za­uwa­ży­łem, że pani Nola bar­dzo dba­ła, żeby było ład­nie. Nie za­bra­kło na­wet ha­ma­ka oraz hu­śtaw­ki, któ­rą usta­wio­no w cie­niu.

– Ma­ven, miło mi pa­nią po­znać.

– Mów do mnie po imie­niu, dziec­ko – po­pro­si­ła.

– Do­brze, za­pa­mi­ętam.

– Przy­je­cha­łeś sam? Jak ty ogar­niesz tyle pro­siacz­ków? – Spoj­rza­ła na mnie zdzi­wio­na.

Do­bre py­ta­nie. Sam nie wie­dzia­łem, jak to zro­bić. By­łbym dur­niem, gdy­bym po­pro­sił o po­moc star­szą ko­bie­tę. I to jesz­cze w taki upal­ny dzień. By­wa­łem gbu­rem, ale nie aż ta­kim.

– Po­ra­dzę so­bie. Pro­szę się o to nie mar­twić.

– Cze­kaj, naj­pierw coś zjesz. Ja­dłeś śnia­da­nie? Albo ja­kiś lunch?

– Zja­dłem śnia­da­nie. Lunch zjem pó­źniej. Nie musi pani… Zna­czy… nie mu­sisz ni­cze­go dla mnie przy­go­to­wy­wać.

– Na pew­no? Nie chcę, że­byś mi tu­taj ze­mdlał. Tro­chę się przy tym zej­dzie.

– Na pew­no. W ra­zie cze­go krzyk­nę, je­śli będę cze­goś po­trze­bo­wał – obie­ca­łem, pa­trząc jej pro­sto w oczy, żeby za­uwa­ży­ła, że nie kła­ma­łem.

– Niech ci będzie. – Mach­nęła ręką. – Cho­dź za mną. Wszyst­ko ci za­raz po­ka­żę.

Ru­szy­łem za Nolą. Prze­szli­śmy przez po­dwór­ko, otwo­rzy­ła drew­nia­ną furt­kę, któ­ra nie­co za­skrzy­pia­ła. Ko­bie­ta si­ło­wa­ła się z nią przez pe­wien czas, a gdy za­ofe­ro­wa­łem po­moc, fuk­nęła na mnie, więc szyb­ko się wy­co­fa­łem. Po­szli­śmy da­lej. Tra­wa tu­taj ro­sła, jak chcia­ła. Chy­ba rzad­ko kie­dy ją ko­szo­no, ale wa­żne, że na po­dwór­ku pa­no­wał po­rządek. Prze­szli­śmy przez wy­dep­ta­ną ście­żkę. Do mo­ich uszu do­bie­gło kwi­cze­nie, więc do­my­śli­łem się, że zbli­ża­my się do mo­ich no­wych „ko­le­ża­nek”.

We­szli­śmy do chlew­ni. Spo­dzie­wa­łem się bru­du, ale pani Nola nie tyl­ko dba­ła o po­dwór­ko, ale też o to, by jej zwie­rzętom żyło się jak naj­le­piej. Ce­ni­łem ta­kich lu­dzi. Po­pra­wi­łem ple­cak, któ­ry tro­chę zsu­wał się z mo­ich ra­mion.

– Tu­taj są wszyst­kie pro­si­ęta.

Po­pa­trzy­łem na sta­do ma­łych świń, któ­re ga­nia­ły się, kwi­cza­ły, nie­któ­re na­wet po so­bie ska­ka­ły, a jesz­cze inne spo­koj­nie le­ża­ły albo spa­ły.

Po ci­chu za­cząłem je li­czyć, ale po dzie­si­ątej za­prze­sta­łem, bo ba­łem się, że się ca­łko­wi­cie za­ła­mię.

– Sła­bo mi – po­wie­dzia­łem sam do sie­bie.

– Hm? – Ko­bie­ta ob­ró­ci­ła gło­wę w moją stro­nę.

– Nic, nic. Tak do sie­bie mó­wi­łem, że cze­ka mnie spo­ro pra­cy – skła­ma­łem.

– Będziesz mu­siał zmie­nić buty. Ta­kie ele­ganc­kie so­bie po­bru­dzisz. To nie mia­sto, dziec­ko ko­cha­ne. – Zło­ży­ła dło­nie jak do mo­dli­twy.

– Ma pani może ja­kieś ka­lo­sze?

Skar­ci­ła mnie wzro­kiem, bo zno­wu zwró­ci­łem się do niej na „pani”, ale nie po­tra­fi­łem ina­czej.

– Tak, za­raz ci przy­nio­sę. A ty w tym cza­sie przy­go­tuj so­bie wszyst­ko.

Gdy ko­bie­ta ode­szła, zsu­nąłem ple­cak i po­sta­wi­łem go na zie­mi. Wy­jąłem z nie­go szcze­pion­ki i strzy­kaw­kę au­to­ma­tycz­ną. W dru­giej ko­mo­rze zna­la­złem coś jesz­cze. Opa­ko­wa­nie z bia­łym kom­bi­ne­zo­nem. My­śla­łem, że będzie tyl­ko je­den, ale dzia­dek przy­go­to­wał też i dru­gi. Czy­li stwier­dził, że sam so­bie nie po­ra­dzę.

Po­zby­łem się ze­gar­ka i scho­wa­łem go do ple­ca­ka. Wy­jąłem z opa­ko­wa­nia kom­bi­ne­zon. Oba­wia­łem się, że się udu­szę w nim przez ten ma­te­riał, któ­ry ra­czej nie prze­pusz­czał po­wie­trza. Wło­ży­łem go na sie­bie, a po­tem jesz­cze ręka­wicz­ki, któ­re naj­pierw moc­no na­ci­ągnąłem, żeby było mi ła­twiej. W ta­kim stro­ju tyl­ko moja twarz po­zo­sta­wa­ła wi­docz­na. Przy­go­to­wa­łem już pierw­szą szcze­pion­kę, żeby od razu prze­jść do rze­czy.

Nola po­de­szła do mnie z ka­lo­sza­mi. Po­zby­łem się mo­ich bu­tów, aby wsu­nąć gu­mia­ki. Star­sza ko­bie­ta za­chi­cho­ta­ła pod no­sem, gdy przyj­rza­ła mi się uwa­żniej. Mia­ła spo­ro po­wo­dów do śmia­nia. Wy­gląda­łem ko­micz­nie. Asher zsze­dłby ze śmie­chu, gdy­by zo­ba­czył mnie w ta­kiej od­sło­nie.

– Po­wo­dze­nia, dziec­ko. W ra­zie cze­go wo­łaj – po­pro­si­ła, a ja ski­nąłem gło­wą.

Wy­szła z chlew­ni, więc wzi­ąłem się do ro­bo­ty.

Chwy­ci­łem au­to­ma­tycz­ną strzy­kaw­kę i opa­ko­wa­nie ze szcze­pion­ka­mi. Prze­sze­dłem przez ba­rier­ki, żeby we­jść do świń. Spoj­rza­łem na nie. Spo­koj­nie. To tyl­ko małe, uro­cze zwie­rzęta. Nic ci nie zro­bią. Je­steś we­te­ry­na­rzem.

Zo­sta­wi­łem wszyst­ko z dala od nich. Wy­pro­sto­wa­łem się, wzi­ąłem w ga­rść, ob­ra­łem so­bie jed­no pro­się za cel. Wy­sta­wi­łem ręce i pod­bie­głem do nie­go, ale ucie­kło mi sprzed nosa. Bie­ga­łem w kó­łko, aż za­kręci­ło mi się w gło­wie.

– No za­trzy­maj się – syk­nąłem pod no­sem.

Jak się przy­wo­łu­je świ­nie? Za­cząłem cmo­kać, li­cząc, że to coś da.

– Nic ci nie zro­bię. Nic cię nie za­bo­li, mo­żesz mi za­ufać. – Rzu­ci­łem się na jed­ną z nich, my­śla­łem, że już ją mam, ale je­dy­ne za­li­czy­łem gle­bę.

Moja twarz się wy­krzy­wi­ła, gdy do­ta­rło do mnie, że to do­pie­ro jed­na nie­zła­pa­na świ­nia, a ja już zdąży­łem ubru­dzić kom­bi­ne­zon. Pod­nio­słem się szyb­ko. Przy­mru­ży­łem oczy. Na­ro­dzi­ła się we mnie ja­kaś nowa, lep­sza ener­gia. Za­go­ni­łem do rogu jed­ne­go pro­sia­ka, a wte­dy zła­pa­łem moc­no, za­ci­ska­jąc pal­ce. Za­czął się rzu­cać na wszyst­kie mo­żli­we stro­ny. Kwi­cze­nie sta­wa­ło się nie do znie­sie­nia. I za­nim do­ta­rłem do miej­sca, gdzie le­ża­ły szcze­pion­ki, ten dia­beł w cie­le świ­ni wy­śli­zgnął się z mo­ich rąk.

– Mam dość. Mam dość. Mam dość – wy­sy­cza­łem. – Co to ma być? – obu­rzy­łem się. Po­pa­trzy­łem na pro­sia­ki i do­da­łem: – Je­ste­ście wred­ne, wie­cie? To tyl­ko szcze­pie­nie. Nie za­mie­rzam was jeść, więc wspó­łpra­cuj­cie, bła­gam. Im szyb­ciej zro­zu­mie­cie, że to dla wa­sze­go do­bra, tym le­piej dla mnie i dla was. Po co mamy się męczyć?

Jed­no z nich za­kwi­cza­ło, a ja prych­nąłem ura­żo­ny.

– Mhm, czy­li nie będzie­cie wspó­łpra­co­wać? Świet­nie.

Unio­słem gło­wę, pod­sze­dłem do ba­rie­rek i opa­rłem się o nie. A wte­dy się zo­rien­to­wa­łem, że przy­gląda­ło mi się dwo­je dzie­ci. Mała dziew­czyn­ka, któ­ra szcze­rzy­ła się od ucha do ucha, a jej ja­sne wło­sy zwi­ąza­ne były w dwa uro­cze ku­cy­ki, oraz chłop­czyk, któ­ry wła­śnie dzie­lił się z nią cu­kier­ka­mi. Ich na po­zór uro­cze twa­rze były skie­ro­wa­ne w moją stro­nę. Przy­gląda­li się oce­nia­jącym wzro­kiem. Czu­pry­na ciem­nych wło­sów chłop­czy­ka tro­chę mu­sia­ła mu prze­szka­dzać, bo co ja­kiś czas ją po­pra­wiał.

Mu­sie­li ba­wić się aku­rat tu­taj, gdy ja pro­wa­dzi­łem wal­kę na śmie­rć i ży­cie? I gdy pró­bo­wa­łem do­ga­dać się z tymi wre­do­ta­mi?

– Dok­tol się boi świ­nek? – za­py­ta­ła słod­kim gło­sem dziew­czyn­ka.

Hę? Że ja?

– Lot­tie, na pew­no nie. W ko­ńcu to dok­tor – stwier­dził mło­dy.

Już go lu­bię.

– Nie zła­pał ani jed­nej – do­da­ła jesz­cze, a mnie aż za­bo­la­ło ego. – Prze­cież to taka Świn­ka Pep­pa. Tyl­ko że jest ich wi­ęcej.

– Nie boję się świń. Po pro­stu są szyb­kie – wy­tłu­ma­czy­łem.

– Mhm, ja­sne­ee – prze­ci­ągnęła ostat­nią li­te­rę. Ko­ły­sa­ła się w za­baw­ny spo­sób na boki. – Moja ma­mu­sia od lazu by zła­pa­ła taką świn­kę – po­chwa­li­ła mamę.

– Ach, tak? To cie­ka­we. A two­ja ma­mu­sia też jest we­te­ry­na­rzem?

– A pan na pew­no nim jest?

– Nie wi­dać?

– Nie za bal­dzo. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

Auć, moje ego. Po raz ko­lej­ny. Auć. Ale cho­ciaż była szcze­ra.

– Jak ma­cie na imię?

– Chal­lot­te. Ale wolę, jak ktoś do mnie mówi Lot­tie – po­pro­si­ła.

Spoj­rza­łem na chłop­czy­ka, któ­ry wci­nał ko­lej­ne­go cu­kier­ka.

– Mar­shall. A pan jak ma na imię?

– Ma­ven. Mo­że­cie do mnie mó­wić po imie­niu. – Wy­krze­sa­łem z sie­bie de­li­kat­ny uśmiech. – Zna­cie ko­goś, kto mó­głby mi dzi­siaj po­móc? – Po­pa­trzy­łem na nich z na­dzie­ją.

Tak, wła­śnie po­pro­si­łem o po­moc małe dzie­ci, któ­re mo­gły mieć nie wi­ęcej niż czte­ry lata. Za­błysz­cza­łem in­te­li­gen­cją. Nie po­wiem, że nie.

Te małe ga­mo­nie po­ki­wa­ły ocho­czo.

– Już idzie­my po po­moc! – krzyk­nęła dziew­czyn­ka i po­ci­ągnęła Mar­shal­la za sobą.

Po­czu­łem przy­pływ na­głej ulgi. Sam ro­bi­łbym to do wie­czo­ra. Mu­sia­łem scho­wać dumę do kie­sze­ni i po­zwo­lić, żeby ktoś mi po­mó­gł. Choć zde­cy­do­wa­łem się z na to bó­lem ser­ca.

Nie cze­ka­łem dłu­go. Lot­tie szła z kimś za rękę. Spo­dzie­wa­łem się ja­kie­goś mężczy­zny. Na przy­kład jej taty, star­sze­go bra­ta albo wuj­ka, a ona przy­pro­wa­dzi­ła… ko­bie­tę. Mło­dą ko­bie­tę. Na do­da­tek dziew­czyn­ka strasz­nie ją przy­po­mi­na­ła. Ko­pia mamy. Czy­li przy­pro­wa­dzi­ła swo­ją wspa­nia­łą ma­mu­się, któ­rą tak bar­dzo za­chwa­la­ła. Moje ego zo­sta­ło wła­śnie zdep­ta­ne.

Blond wło­sy zo­sta­ły spi­ęte klam­rą w kszta­łcie ró­żo­we­go kwia­tu. Bluz­ka na cien­kich ra­mi­ącz­kach przy­le­ga­ła do jej cia­ła, mały de­kolt w se­rek zwie­ńczo­ny zo­stał bia­łą ko­kard­ką. Mia­ła na so­bie sza­re dre­sy, a na no­gach ka­lo­sze. Prze­su­wa­łem po­wo­li wzro­kiem. Do­ta­rłem do twa­rzy. Uro­czej twa­rzy. Lek­ko za­dar­ty nos, pe­łne war­gi roz­ci­ągni­ęte w życz­li­wym uśmie­chu. Mó­głbym się po­ku­sić o stwier­dze­nie, że wy­gląda­ła na­praw­dę mło­do. Jej skó­ra już z da­le­ka wy­da­wa­ła się bar­dzo de­li­kat­na. Na sam ko­niec sku­pi­łem się na oczach, gdy na­wi­ąza­ła ze mną kon­takt wzro­ko­wy. Błękit­ne, iskrzące się tęczów­ki, w któ­rych wręcz żyła do­broć. Aura, któ­ra ją ota­cza­ła, ude­rza­ła we mnie w prze­dziw­ny spo­sób.

Prze­sa­dzasz. Nie gap się. Wyj­dziesz na idio­tę.

Otrząsnąłem się w od­po­wied­nim mo­men­cie. Wo­la­łem nie po­da­wać rąk przez ten kom­bi­ne­zon, bo był brud­ny, więc ta­kie przy­wi­ta­nie zo­sta­wi­łem na pó­źniej.

– Lot­tie mó­wi­ła, że po­trze­bu­jesz mo­jej po­mo­cy.

W ko­ńcu ktoś, kto nie mó­wił do mnie na „pan”. Miła od­skocz­nia.

– Zga­dza się. Przy­je­cha­łem z mia­sta i… jak mo­żesz się do­my­ślać, tam świń nie przyj­mu­ję.

Pró­bo­wa­łem za­żar­to­wać. Chy­ba nie wy­szło. Bra­wo, Ma­ven.

– Nie ma pro­ble­mu. Za­raz we­źmie­my się do ro­bo­ty. Bab­cia po­wie­dzia­ła, że zo­sta­jesz na obiad, więc do trze­ciej mu­si­my się z tym uwi­nąć – oznaj­mi­ła. – Lot­tie, idź się po­ba­wić z Mar­shal­lem na po­dwór­ku. To nie jest miej­sce dla was, okej? Tu­taj mo­że­cie się ba­wić, gdy ktoś na was pa­trzy. Na po­dwór­ku bab­cia będzie mia­ła na was oko.

– Do­brze, ma­mu­siu.

Dziew­czyn­ka uło­ży­ła usta w dzió­bek, ko­bie­ta na­chy­li­ła się nad cór­ką i dała bu­zia­ka. Za to Mar­shal­la moc­no wy­ści­ska­ła. Gdy dzie­cia­ki po­bie­gły, a tym sa­mym zo­sta­li­śmy sami, po­ka­za­łem, że ma jesz­cze je­den kom­bi­ne­zon. Po za­ło­że­niu go po­mo­głem jej z ręka­wicz­ka­mi.

– Je­stem Elo­die.

Ta Elo­die? Ta, o któ­rej już tyle usły­sza­łem, choć nie mi­nęła na­wet pe­łna doba?

– Ma­ven.

Po­de­szła do mnie i po­da­ła au­to­ma­tycz­ną strzy­kaw­kę ze szcze­pion­ką.

– Spo­ro osób już o to­bie mówi. Ale miło po­znać cię oso­bi­ście.

– To aż taka no­wi­na, że przy­je­cha­łem?

– Plot­ki szyb­ko się roz­cho­dzą. Mu­sisz być na to przy­go­to­wa­ny. – Par­sk­nęła śmie­chem. – Okej, bierz­my się do ro­bo­ty. Ja będę ła­pać, a ty będziesz wstrzy­ki­wał. Pa­su­je ci?

– Jak naj­bar­dziej – przy­zna­łem.

Po­zwo­li­łem jej prze­jąć pa­łecz­kę. O wie­le le­piej zna­ła się na tych zwie­rzętach niż ja i było to wi­dać od sa­me­go po­cząt­ku. Z po­mo­cą ko­bie­ty szło zde­cy­do­wa­nie spraw­niej. Gdy chwy­ci­ła jed­ne­go pro­sia­ka, nie pu­ści­ła go na­wet wte­dy, gdy pró­bo­wał się wy­rwać. Ja za­pew­ne już bym się pod­dał. Przy­trzy­ma­ła go za ra­cicz­ki, że­bym mógł od­ha­czyć swo­ją ro­bo­tę.

Po za­szcze­pie­niu pro­sia­ka Elo­die od­kła­da­ła ta­kie­go de­li­kwen­ta w dru­giej części bok­su po­mi­ędzy ba­rier­ka­mi, żeby nam się nie my­li­ły i nie wy­mie­sza­ły. Po dzie­si­ęciu ta­kich pro­si­ętach zro­bi­li­śmy so­bie prze­rwę.

– Two­ja cór­ka cię po­chwa­li­ła. Stwier­dzi­ła, że ty zro­bi­ła­byś to le­piej ode mnie – za­cząłem te­mat.

Elo­die po­pa­trzy­ła na mnie, mru­żąc lek­ko po­wie­ki.

– I co? Zga­dzasz się z nią?

– Zde­cy­do­wa­nie tak.

Za­śmia­ła się dźwi­ęcz­nie.

– Naj­wi­docz­niej mam ta­lent.

– Do ła­pa­nia zwin­nych pro­sia­ków?

– Po­win­nam do­stać ja­kąś na­klej­kę w na­gro­dę, nie uwa­żasz?

– Hmm… – Uda­wa­łem, że się za­sta­na­wiam. – Nie – sark­nąłem.

– Dok­tor znisz­czył moje ma­rze­nia. Nie­ład­nie. – Cmok­nęła nie­za­do­wo­lo­na.

– A two­ja cór­ka znisz­czy­ła moje ma­rze­nia o by­ciu nie­za­le­żnym – od­bi­łem pi­łecz­kę.

– Prze­cież to tyl­ko po­do­bie­ństwo do Pep­py. Wy­star­czy­ło do nich mó­wić – zi­ro­ni­zo­wa­ła.

– Lot­tie to fan­ka Świn­ki Pep­py? – zga­dy­wa­łem.

– Woli Klub Winx, ale tym też nie po­gar­dzi. Jak­byś z nią obej­rzał, może byś się aż tak nie bał – stwier­dzi­ła kąśli­wie, trze­po­cząc przy tym nie­win­nie rzęsa­mi.

Roz­ma­wia­ło mi się z nią bar­dzo swo­bod­nie. Nie wy­py­ty­wa­ła o moje pry­wat­ne ży­cie, dziad­ka, nie zbie­ra­ła in­for­ma­cji na mój te­mat. Zbyt szyb­ko się zra­zi­łem przez wi­zy­tę cio­tek, ale chy­ba ka­żdy na moim miej­scu przy­bra­łby po­dob­ny tok my­śle­nia.

– Dzie­ci ko­cha­ne, ile wam tam jesz­cze zo­sta­ło?! – krzyk­nęła pani Nola.

– Bab­ciu, daj nam pół go­dzi­ny, do­bra?

– Naj­wy­żej będzie­cie jeść zim­ne! – po­gro­zi­ła.

Wró­ci­li­śmy do obo­wi­ąz­ków, żeby nie de­ner­wo­wać bab­ci Elo­die. Nie roz­ma­wia­li­śmy zbyt wie­le. Sku­pi­li­śmy się na pra­cy i wy­szło nam to na do­bre.

Po wszyst­kim po­zby­li­śmy kom­bi­ne­zo­nów, któ­re po wal­ce z tymi dzi­ki­mi pro­si­ęta­mi już do ni­cze­go się nie nada­wa­ły. Scho­wa­łem resz­tę rze­czy do ple­ca­ka, któ­ry stał się lżej­szy, więc pod­róż do szpi­ta­la za­po­wia­da­ła się zde­cy­do­wa­nie mi­lej.

– Dzi­ęku­ję, że mi po­mo­głaś – od­pa­rłem, gdy zmie­rza­li­śmy ku wy­jściu z chlew­ni.

Elo­die si­ęgnęła do klam­ry i roz­pu­ści­ła wło­sy. Dzi­ęki temu za­uwa­ży­łem, że były po­dat­ne na lek­kie kręce­nie.

– Pro­sze­nie o po­moc nie jest chy­ba ta­kie złe, co? – na­bi­ja­ła się ze mnie.

– Nie, skądże.

– Ale męska duma za­bo­la­ła? – ci­ągnęła mnie za język.

– Tak tro­szecz­kę. – Zbli­ży­łem do sie­bie kciu­ka i pa­lec wska­zu­jący, po­ka­zu­jąc jej, ile dla mnie ozna­cza­ło „tro­szecz­kę”.

– My­ślę, że wi­ęcej niż tro­szecz­kę, ale niech ci będzie.

Do­ta­rło do nas na­rze­ka­nie pani Noli:

– Bo na­praw­dę za­raz to wszyst­ko wy­sty­gnie. W ogó­le się nie spie­szą. Te świn­ki mają w so­bie wi­ęcej ener­gii niż ta dwój­ka.

– Oj, bab­ciu­uu, bez prze­sa­dy. – Lot­tie za­chi­cho­ta­ła.

– Pan dok­tor pew­nie coś so­bie zro­bił i cio­cia mu po­ma­ga – oznaj­mił Mar­shall.

Mhm, czy­li już mie­li mnie za nie­zda­rę, bo je­den je­dy­ny raz wy­wró­ci­łem się na ich oczach. Pi­ęk­nie!

Elo­die po­pa­trzy­ła na mnie, a na jej twa­rzy za­wi­tał za­dzior­ny uśmie­szek.

– Od te­raz je­stem ry­ce­rzem na bia­łym ru­ma­ku? – Szturch­nęła mnie.

– A ja damą w opre­sji?

– Cze­mu by nie? Co­raz częściej od­cho­dzi się od ta­kich ste­reo­ty­pów. Na­wet ko­bie­ta może stać się ry­ce­rzem.

Przyj­rza­łem się jej i po chwi­li za­wa­ha­nia ski­nąłem gło­wą.

– Na­stęp­nym ra­zem po­sta­ram się nie pro­sić o po­moc ry­cer­ki.

– Mam lep­szą po­ra­dę. Na­stęp­nym ra­zem nie ga­daj do świń albo in­nych zwie­rząt w taki spo­sób, jak­byś chciał je za­szan­ta­żo­wać – za­żar­to­wa­ła.

Czy­li te dwa ga­mo­nie wszyst­ko wy­śpie­wa­ły.

Rozdział 3

Pan doktor

Elodie

Gdy­by ktoś mi po­wie­dział, że tego dnia będę ła­pać świ­nie, bo pe­wien we­te­ry­narz sta­nie się ca­łko­wi­cie bez­rad­ny, za­częła­bym się gło­śno śmiać. Nie spo­dzie­wa­łam się ta­kie­go roz­wi­ni­ęcia ca­łej sy­tu­acji. Na po­cząt­ku, gdy Lot­tie i Mar­shall do mnie po­de­szli i za­częli opo­wia­dać ze szcze­gó­ła­mi, jak to pan dok­tor la­tał za świn­ka­mi, jak jed­na mu się wy­ry­wa­ła, a po­tem jak padł na zie­mię, my­śla­łam, że so­bie ze mnie żar­tu­ją. Ale nie. To była naj­szczer­sza praw­da. Na pew­no dał dzie­cia­kom spo­ro roz­ryw­ki, pró­bu­jąc sa­me­mu so­bie z tym po­ra­dzić. Do tego jesz­cze te jego „ne­go­cja­cje” z pro­sia­ka­mi. Szko­da, że tego nie zo­ba­czy­łam na wła­sne oczy.

Roz­ba­wi­ło mnie też to, że nie przy­sze­dł sam, tyl­ko wy­słał Lot­tie i Mar­shal­la. Oba­wiał się, że ni­ko­go nie prze­ko­na? No tak, prze­cież słod­kie, małe dzie­ci mają dar do na­ma­wia­nia.

Za to moja có­recz­ka ewi­dent­nie spo­wo­do­wa­ła u nie­go trau­mę. Zgnio­tła jego ego, co chy­ba mu­sia­ło go tro­chę za­bo­leć.

Bab­cia nie wy­pu­ści­ła Ma­ve­na od razu. Ka­za­ła mu usi­ąść na ty­łku i zje­ść z nami obiad. Uży­ła oczy­wi­ście uwiel­bia­nej przez nią for­my szan­ta­żu. Po­wie­dzia­ła, że je­śli z nami nie zje, to na­stęp­nym ra­zem nie uspo­koi Are­sa. Do­my­śli­łam się, że pies bab­ci zbyt do­brze nie za­re­ago­wał na ko­goś no­we­go.

Pierw­sze, co za­uwa­ży­łam, to to, że Ma­ven nie na­le­żał do roz­mow­nych osób. Po­tra­fił za­cząć ja­kiś te­mat, żeby wo­kół nie pa­no­wa­ła ci­sza, ale z cza­sem wy­łączał się z tych po­ga­wędek. Szcze­gól­nie było to wi­dać przy sto­le, gdy wszy­scy sie­dzie­li­śmy ra­zem. Wcze­śniej za­cho­wy­wał się bar­dziej na­tu­ral­nie. Gdy by­li­śmy we dwo­je. No ale to może wina tego, że znaj­do­wał się w to­wa­rzy­stwie star­szej oso­by? Na­dal nie na­uczy­łam się czy­tać w my­ślach, choć z chęcią przy­jęła­bym taką umie­jęt­no­ść.

Po po­si­łku za­pa­ko­wa­ła mu jesz­cze szar­lot­kę, któ­ra zo­sta­ła zro­bio­na prze­ze mnie. Mia­łam na­dzie­ję, że na­sze­mu mia­sto­we­mu po­sma­ku­je cia­sto zro­bio­ne z pa­sją.

Gdy już miał od­je­żdżać, po­dzi­ęko­wał mi jesz­cze ze dwa razy za po­moc. Nie czu­łam, że zro­bi­łam coś wiel­kie­go, ale miło było usły­szeć wdzi­ęcz­no­ść w gło­sie tego mężczy­zny, któ­ry ewi­dent­nie wy­da­wał się za­gu­bio­ny w tym ma­łym mia­stecz­ku.

Na­wet Lot­tie do nie­go po­de­szła. Za­śmia­łam się ci­cho, gdy za­uwa­ży­łam, że chcia­ła z nim przy­bić żó­łwi­ka. Mężczy­zna po­pa­trzył na mnie zdez­o­rien­to­wa­ny, ale po chwi­li się zre­flek­to­wał i zro­bił to, cze­go ocze­ki­wa­ła moja cór­ka.

– Nie jest pan taki zły. Musi dok­tol po pro­stu po­ćwi­czyć ła­pa­nie świ­nek – oce­ni­ła Ma­ve­na.

Za­sło­ni­łam dło­nią usta. Po­wstrzy­my­wa­łam się od śmie­chu, bo chy­ba nie po­win­no mnie ba­wić to, że moja cór­ka bez żad­nych ce­re­gie­li oce­ni­ła w taki spo­sób pra­cę Ma­ve­na.

Mężczy­zna uklęk­nął przed Char­lot­te.

– Czy­li uwa­żasz, że jest we mnie ja­kaś na­dzie­ja?

Ry­zy­kow­ne py­ta­nie.

– W su­mie tooo… Tak, ale taka ma­lut­ka. Mu­sisz bal­dziej się po­sta­rać.

Ma­ven spoj­rzał na mnie kątem oka, a ja roz­ło­ży­łam ręce. No cóż mo­głam po­ra­dzić? W ko­ńcu oce­nia­ła go naj­lep­sza eks­pert­ka w Wi­ne­ley.

Do­pie­ro te­raz mo­głam mu się le­piej przyj­rzeć. Wcze­śniej na­wet nie mia­łam oka­zji, bo obo­je by­li­śmy w tych śmiesz­nych kom­bi­ne­zo­nach. Wy­gląda­li­śmy w nich jak ufo­lud­ki.

Lu­dzie mie­li ra­cję. Przy­po­mi­nał dok­to­ra Ji-Yula. Z tym mo­głam się zgo­dzić. Roz­po­wia­da­li ta­kże, że mu­siał mieć nie­złe po­wo­dze­nie. Za­kła­da­łam, że tak. Był przy­stoj­nym mężczy­zną. Jego uro­da na pew­no przy­ci­ąga­ła i spra­wia­ła, że chcia­ło się na nie­go dłu­żej po­pa­trzeć. Nie mia­łam za­mia­ru wpra­wiać go w dys­kom­fort, więc tyl­ko prze­je­cha­łam wzro­kiem po ca­łej jego syl­wet­ce, ale w spo­sób nie­zbyt na­chal­ny.

Ciem­ne ko­smy­ki wło­sów mo­men­ta­mi opa­da­ły mu na czo­ło. Brązo­we oczy spra­wia­ły, że czło­wiek czuł się tak, jak­by za­glądał w du­szę. A gdy po­ru­szał ręko­ma, dało się do­strzec na nich żyły. Lnia­na ko­szu­la na krót­ki rękaw pod­kre­śla­ła jego atle­tycz­ną syl­wet­kę, a spodnie optycz­nie spra­wia­ły, że wy­da­wał się jesz­cze wy­ższy. Wo­kół Ma­ve­na two­rzy­ła się nie­zna­na mi do­tąd aura. Coś, co mo­gło bu­dzić re­spekt, po­sza­no­wa­nie i chęć po­roz­ma­wia­nia z nim przez cho­ciaż parę mi­nut. Rzad­ko kie­dy ktoś spra­wiał ta­kie wra­że­nie. I choć nie na­le­żał do roz­mow­nych lu­dzi, to nie na­zwa­ła­bym go gbu­rem, mimo że ko­cha­ne ciot­ki już dość moc­no go oce­ni­ły. Nie­zbyt po­chleb­nie.

Mar­shall zbił pi­ąt­kę z Ma­ve­nem. Mężczy­zna wy­pro­sto­wał się i otrze­pał lek­ko spodnie.

– Jesz­cze raz dzi­ęku­ję, że mi po­mo­głaś.

– Nie ma za co. Może kie­dyś ja będę po­trze­bo­wać po­mo­cy? Wte­dy za­wo­łam – za­żar­to­wa­łam.

Nie ocze­ki­wa­łam ni­cze­go w za­mian. Po­ma­ga­łam bez­in­te­re­sow­nie. Tego mnie na­uczo­no.

– Oczy­wi­ście. Z chęcią ura­tu­ję ry­ce­rza – na­wi­ązał do na­szej po­przed­niej roz­mo­wy.

– Ma­mu­sia jest kró­lo­wą, a nie ly­ce­rzem – zga­ni­ła go Lot­tie.

– A ty je­steś ksi­ężnicz­ką? – Prze­nió­sł na nią spoj­rze­nie. Char­lot­te po­ki­wa­ła z za­do­wo­le­niem gło­wą. – Czy­li przy­da­ła­by ci się ja­kaś ko­ro­na – stwier­dził.

My­śla­łam, że się uśmiech­nie, ale kąci­ki jego ust le­d­wo co się unio­sły. Ra­do­ść cza­iła się je­dy­nie w jego oczach, cho­ciaż sta­rał się to za­szy­fro­wać. Spoj­rze­nie mó­wi­ło wszyst­ko. Prze­ko­na­łam się o tym wie­lo­krot­nie.

– Miło się z tobą roz­ma­wia­ło, ksi­ężnicz­ko, ale mu­szę wra­cać do ry­cer­skich obo­wi­ąz­ków. – Ukło­nił się przed nią w te­atral­ny spo­sób.

Lot­tie dy­gnęła, jak w baj­kach o ksi­ężnicz­kach, a spo­mi­ędzy jej ust ule­ciał chi­chot, któ­ry mógł le­czyć wszyst­kie rany.

Ma­ven za­brał ro­wer, po­ma­chał jesz­cze do dzie­cia­ków, a ja na po­że­gna­nie ski­nęłam gło­wą. Po­cze­ka­li­śmy, aż wy­je­dzie. Kie­dy zo­sta­ły­śmy same, bo Mar­shall po­sze­dł do bab­ci Noli, chwy­ci­łam có­recz­kę pod pa­chy i za­raz wzi­ęłam na ręce.

– Dla­cze­go by­łaś taka uszczy­pli­wa dla pana dok­to­ra?

Moja cór­ka po­pa­trzy­ła na mnie ta­kim wzro­kiem, jak­bym wła­śnie po­wie­dzia­ła naj­wi­ęk­szą głu­po­tę świa­ta.

– Bo bał się świ­nek.

– Ach, no tak, to bar­dzo do­bry ar­gu­ment – par­sk­nęłam. – Mo­żesz się z nie­go cza­sa­mi po­na­bi­jać, ale nie aż tak, do­bra? Zna­la­zł się w no­wej sy­tu­acji. U sie­bie le­czył mniej­sze zwie­rząt­ka. My mamy to na co dzień, on nie­ko­niecz­nie – wy­tłu­ma­czy­łam czu­le.

– To mógł przy­je­żdżać. Co to za pro­blem?

Po­de­szłam z małą do hu­śtaw­ki. Po­sa­dzi­łam ją i usia­dłam obok. Lot­tie prze­su­nęła się do mnie, ob­jęłam ją ra­mie­niem, by mo­gła się przy­tu­lić.

– Nie wol­no oce­niać ko­goś po jed­nej sy­tu­acji. Zda­ję so­bie spra­wę, że je­den czyn czło­wie­ka może wie­le o nim po­wie­dzieć, ale po­tem już chy­ba nie był dla cie­bie taki zły, praw­da?

– Pan dok­tol w ogó­le się nie uśmie­cha – ma­ru­dzi­ła i zmarsz­czy­ła no­sek.

– Wszy­scy lu­dzie czy­mś się od sie­bie ró­żnią. Może wła­śnie on woli po­zo­sta­wić uśmiech na inne, wa­żniej­sze oka­zje?

– Ale ty za­wsze się uśmie­chasz.

– Bo mam po­wo­dy do szczęścia, ksi­ężnicz­ko – od­pa­rłam z mi­ło­ścią wy­pi­sa­ną na twa­rzy.

– Ja­kie?

Od­po­wie­dź była dla mnie oczy­wi­sta.

– Mam cie­bie, sło­necz­ko. – Uca­ło­wa­łam ją w czu­bek gło­wy.

Lot­tie przy­tu­li­ła się do mnie moc­niej, a ja po­czu­łam zna­ne mi cie­pło. Dla tej ma­łej ksi­ężnicz­ki zro­bi­ła­bym wszyst­ko. Od­da­ła­bym jej wła­sne ser­ce, je­że­li za­szła­by taka po­trze­ba.

– Może pan dok­tol też po­trze­bu­je ta­kiej jed­nej osób­ki – szep­nęła za­my­ślo­na.

– Mo­żli­we. Tego nie wie­my, Lot­tie. I pa­mi­ętaj, nie wol­no py­tać o tak pry­wat­ne rze­czy. To nasz we­te­ry­narz, a nie ktoś, kogo zna­my znacz­nie dłu­żej.