Każde kolejne lato - Carley Fortune - ebook + książka

Każde kolejne lato ebook

Fortune Carley

4,5

44 osoby interesują się tą książką

Opis

Sześć lat, aby się zakochać. Jedna chwila, aby wszystko legło w gruzach. Dwa dni, by to naprawić.

Dla Persephone Fraser i Sama Florka przez sześć lat wakacje były takie same. Błogie dni nad jeziorem, praca w rodzinnej restauracji i czas z książkami. Tych dwoje każdego lata było nierozłącznych. Nikogo więc nie dziwiło, że ich przyjaźń przerodziła się w miłość – taką, która zdarza się tylko raz w życiu. I choć Percy nie wyobrażała sobie życia bez Sama, przewrotny los rozłączył ich na lata.

Niespodziewana konieczność ponownego przyjazdu do Barry’s Bay oznacza spotkanie z Samem. Powrót nad jezioro, letnie słońce i obecność przyjaciela przywołują wspomnienia i sprawiają, że głęboko skrywane uczucia na nowo odżywają.

Czy Percy i Sam będą w stanie stawić czoła decyzjom podjętym przed laty? Czy ich miłość jest dość silna, by przezwyciężyć błędy młodości? Wszystko wyjaśni się w jeden weekend nad jeziorem.

„Każda książka, która zaczyna się od drinka i nowej fryzury na pocieszenie po rozstaniu, ma wszelkie zadatki na trafienie w mój gust, ale „Każde kolejne lato” przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Dowcip Fortune jest ostry, jej pióro – lekkie, a jej bohaterowie mają w sobie tę wiarygodność i pełnokrwistość, których my, czytelnicy, nieustannie poszukujemy. To niesamowity debiut, który wywołuje ogromne emocje”. – Emily Henry

„Magia i romantyzm letnich dni są tu wręcz namacalne”. – Popsugar

„Debiutancka powieść Fortune jest przepełniona nostalgią i ciepłem. Historia Percy i Sama jest wciągająca i chwyta za serce, dzięki czemu czas spędzony na lekturze upływa równie szybko, co letnie dni, a postacie głównych bohaterów zapadają w pamięć na długo, tak samo jak miejsca, w których spędzamy wakacje, i ludzie, których podczas nich spotykamy”. – USA Today

„Urzekająca opowieść o drugiej szansie i o tym, że przyszłość, jaką sobie wyobrażamy, rzadko okazuje się taka, jakiej się spodziewamy”. – Jodi Picoult

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 439

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (426 ocen)
271
104
32
14
5
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
cwirka11

Nie oderwiesz się od lektury

jeden z najlepszych romansów jakie ostatnio czytałam.
60
AgaDy

Dobrze spędzony czas

Do końca tajemnica, wciągająca fabuła, dobry styl. Bohaterowie dorastają i dojrzewają z każdym rozdziałem, dobrze się to czyta. Są emocje - niełatwe i skomplikowane. Bardzo fajna książka.
30
Rydzia

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra historia, niesamowicie wciąga, jestem pozytywnie zaskoczona tą książką.
20
ewaKosmider

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam Trzyma w napięciu i nie chce się jej odłożyć
20
kamiwojto

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna historia. Dawno żadna książka nie wzbudziła we mnie takich emocjii. Gorąco polecam.
10

Popularność




 

 

 

 

Tytuł oryginału: Every Summer After

Copyright © Carley Fortune, 2022

Copyright © for the Polish translation by Anna Hikiert-Bereza, 2023

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2023

 

Redaktorka inicjująca: Paulina Surniak

Redaktorka prowadząca: Andżelika Stasiłowicz

Marketing i promocja: Aleksandra Wróblewska

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Jeziorna-Kramarz, Marta Akuszewska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Ilustracja na okładce: © Elizabeth Lennie

Oryginalny projekt okładki: © Vi-An Nguyen

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografia autorki na skrzydełku: Jenna Marie Wakani

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-67616-78-2

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Moim rodzicom – za to, że zabierali nas nad jezioro.

Oraz Bobowi – za to, że pozwolił mi wrócić.

 

 

 

1

 

 

Teraz

 

 

 

WYPICIE CZWARTEGO DRINKA WYDAWAŁO MI SIĘ WCZEŚNIEJ DOBRYM pomysłem. Podobnie jak obcięcie grzywki, skoro już o tym mowa. Teraz jednak, gdy próbuję otworzyć drzwi mojego mieszkania, zaczynam podejrzewać, że rano mogę żałować tego ostatniego spritza. Niewykluczone, że grzywki również. Gdy siedziałam dziś u June, która mi ją obcinała, dowiedziałam się, że decydowanie się na zmianę fryzury po rozstaniu to niemal zawsze zły wybór. Tyle tylko, że June nie wybierała się tego wieczoru na imprezę z okazji zaręczyn przyjaciółki jako świeżo upieczona singielka. Grzywka była w tej sytuacji obowiązkowa.

Nie żebym nadal darzyła mojego eks uczuciem – co to, to nie. Właściwie to nigdy nie byłam w nim tak naprawdę zakochana. Sebastian to w zasadzie straszny snob – jako początkujący radca prawny, nie wytrzymałby nawet godziny na przyjęciu Chantal, nie wyśmiewając jej wyboru, jeśli chodzi o drink przewodni, i nie odwołując się do jakiegoś pretensjonalnego artykułu, który przeczytał w „New York Timesie”, orzekającego arbitralnie, że aperol spritz jest passé. Zamiast tego udawałby, że w wielkim skupieniu studiuje kartę win, zasypując kelnera irytującymi pytaniami o terroir[1] i kwasowość, a potem, niezależnie od odpowiedzi, zamówiłby kieliszek najdroższego czerwonego. I absolutnie nie chodzi o to, że ma jakiś wyjątkowo wysmakowany gust czy rozległą wiedzę na temat win, bo wcale tak nie jest – kupuje po prostu drogie rzeczy, żeby zrobić na innych wrażenie, że jest obyty.

Spotykaliśmy się przez siedem miesięcy, co czyni ten związek wyjątkowym o tyle, iż był jak dotąd najdłuższym w mojej karierze. Gdy się rozstawaliśmy, Sebastian powiedział mi, że tak naprawdę wcale mnie nie zna. Cóż – prawda jest taka, że chyba miał rację.

Zanim się z nim związałam, wybierałam facetów, którzy byli po prostu nastawieni na dobrą zabawę i nie mieli nic przeciwko relacjom o swobodnym charakterze. Gdy jednak go poznałam, doszłam do wniosku, że bycie dorosłym człowiekiem oznacza też znalezienie sobie kogoś, z kim mogłabym się związać na poważnie. Wydawał się strzałem w dziesiątkę: przystojny, oczytany i odnoszący sukcesy; mimo iż nieco nadęty, potrafił rozmawiać ze wszystkimi niemal na każdy temat. Mimo to mi nadal trudno było dzielić się z nim zbyt wieloma cząstkami mnie samej – już dawno temu nauczyłam się tłumić moją tendencję do pozwalania, aby z ust wydostawało się zbyt wiele nieprzemyślanych opinii. Sądziłam, że dając temu związkowi prawdziwą szansę, postępuję słusznie, jednak koniec końców Sebastian przejrzał moją obojętność – i nie mylił się co do mnie. Tak naprawdę zupełnie mnie nie obchodził. Nie obchodził mnie żaden z nich.

Oprócz tego jednego.

Jego zaś… już dawno nie było.

Czerpałam więc radość ze spędzania czasu z facetami i doceniałam to, że seks zapewnia mi drogę ucieczki przed własnym umysłem. Lubiłam ich rozśmieszać, przebywać w ich towarzystwie; pasowało mi, że raz na jakiś czas mogę odpocząć od wibratora, ale nie potrafiłam się naprawdę zaangażować ani obdarzyć kogoś prawdziwym uczuciem.

W tej chwili nadal próbuję bezskutecznie otworzyć zamek (serio: może naprawdę się zepsuł?), gdy nagle telefon w torebce zaczyna wibrować. To dziwne. Kto miałby dzwonić o tej porze? Właściwie to nie dzwoni do mnie nikt oprócz Chantal i moich rodziców. A Chantal nadal jest na swoim przyjęciu, moi rodzice natomiast zwiedzają Pragę i raczej jeszcze nie wstali. Wibrowanie ustaje w chwili, w której udaje mi się otworzyć drzwi i wtaczam się do mojej małej kawalerki. Gdy zerkam w lustro przy wejściu, dostrzegam, że szminka niemal całkiem starła mi się z ust, za to grzywka wygląda naprawdę fantastycznie. Ha! Pieprz się, June!

Zaczynam rozpinać złote sandałki, które włożyłam na tę okazję; na twarz opada mi zasłona ciemnych włosów, gdy czuję, jak telefon znów zaczyna dzwonić. Wygrzebuję go z torebki i w jednym bucie kuśtykam do kanapy, marszcząc czoło na widok wyświetlonej na ekranie informacji „numer prywatny”. Cóż, to pewnie pomyłka.

– Tak, słucham? – rzucam do mikrofonu, pochylając się, żeby zdjąć drugi sandałek.

– Czy rozmawiam z Percy?

Prostuję się tak szybko, że muszę się przytrzymać podłokietnika kanapy, żeby nie stracić równowagi. Percy… Nikt już nie nazywa mnie tym imieniem – teraz wszyscy mówią na mnie Persephone. No, czasem jestem dla kogoś „P.”, ale nigdy Percy. Nie jestem Percy już od wielu lat.

– Percy? Cześć! – mówi miękki, głęboki głos.

Głos, którego nie słyszałam od ponad dekady, a mimo to tak dobrze mi znany, że nagle znowu mam trzynaście lat, cała jestem wymazana filtrem pięćdziesiątką i czytam książki na pomoście… Albo szesnaście i ściągam z siebie ubranie, żeby wskoczyć do jeziora – naga i cała spocona po nocnej zmianie w Tawernie… Lub siedemnaście. Leżę na łóżku Sama w wilgotnym kostiumie kąpielowym, przyglądając się, jak przesuwa długimi palcami po stronicach podręcznika do anatomii, który przegląda u moich stóp. Krew uderza mi do głowy; czuję, jak tętni mi w skroniach, a policzki zaczynają mnie palić żywym ogniem. W uszach dudni ogłuszający łomot serca. Biorę drżący oddech i opadam na kanapę, z żołądkiem skręconym nagle w ciasny węzeł.

– Tak – udaje mi się wykrztusić, a mój rozmówca wzdycha ze słyszalną ulgą.

– Z tej strony Charlie.

Charlie.

Nie Sam.

Charlie – nie ten brat, co trzeba.

– Charles Florek – uściśla Charlie.

Zaczyna wyjaśniać, w jaki sposób zdobył mój numer telefonu – coś na temat przyjaciela jego przyjaciela, powiązanego jakoś z magazynem, w którym pracuję – jednak ledwie słyszę, co mówi.

– Charlie? – wchodzę mu w słowo piskliwym, zdławionym głosem; to po części efekt zbyt dużej ilości spritza, po części szoku. A może to po prostu zwykłe, dojmujące rozczarowanie, spowodowane tym, że ów głos nie należy do Sama?

Cóż, ma się rozumieć, że nie należy.

– Wiem, wiem: sporo czasu minęło. Rany, nie wiem nawet, ile dokładnie – mówi, a ja mam wrażenie, że brzmi to jak coś w rodzaju przeprosin.

Cóż, ja za to wiem – wiem doskonale, ile minęło czasu. Bo go liczę.

Minęło dwanaście lat, odkąd ostatni raz widziałam Charliego. Dwanaście lat od tamtego koszmarnego weekendu po Święcie Dziękczynienia, gdy wszystko między mną a Samem się posypało. Gdy wszystko popsułam.

Wcześniej zawsze liczyłam dni do momentu, kiedy z rodziną pojedziemy do domku, żebym mogła znów zobaczyć Sama. Teraz jest on już tylko bolesnym wspomnieniem, które skrywam pod osłoną żeber.

Wiem również, że spędziłam bez Sama więcej lat niż z nim. W Święto Dziękczynienia, w które mijało siedem lat, odkąd ostatni raz z nim rozmawiałam, dostałam ataku paniki – pierwszego od wieków – i stłumiłam go, topiąc smutki w półtorej butelki różowego wina. Poczułam się niepokonana: ów dzień był przełomowym momentem, od którego będę mogła się szczycić tym, że obywam się bez niego dłużej, niż spędziliśmy wspólnych lat nad jeziorem. Potem ryczałam jak bóbr, skulona na podłodze w łazience, dopóki nie urwał mi się film. Chantal przyszła do mnie następnego dnia z tłustym żarciem na wynos i trzymała mi włosy, gdy rzygałam; potem opowiedziałam jej o wszystkim, a po twarzy spływały mi ciurkiem łzy.

– Całe wieki – mówię teraz Charliemu.

– Wiem. I przepraszam, że dzwonię tak późno – odpowiada.

Jego głos brzmi tak podobnie do głosu Sama, że czuję niemal fizyczny ból – jakby gardło zatykała mi ciastowata klucha. Pamiętam, że gdy mieliśmy z Samem po czternaście lat, odróżnienie ich głosów przez telefon było niemal niemożliwe. I pamiętam, że tamtego lata zauważyłam również u Sama inne zmiany…

– Słuchaj, Pers – podejmuje tymczasem Charlie. – Dzwonię, żeby ci przekazać pewne wieści…

Używa imienia, którym kiedyś mnie nazywał, jednak brzmi znacznie poważniej niż Charlie, którego znałam dawniej. Słyszę, jak wciąga powietrze przez nos.

– Mama… odeszła kilka dni temu i… cóż, pomyślałem, że może chciałabyś wiedzieć.

Jego słowa uderzają we mnie niczym tsunami i tylko z najwyższym trudem pojmuję ich znaczenie. Sue… nie żyje? Ale przecież była taka młoda!

Jedyne, co udaje mi się wykrztusić, to urywane:

– C… co?

Gdy Charlie odpowiada, w jego głosie słychać wyczerpanie i znużenie:

– Rak. Walczyła od dwóch lat. Jasne, jesteśmy zdruzgotani, ale… miała już dość chorowania. Wiesz, o co mi chodzi?

To nie pierwszy raz, gdy mam wrażenie, że ktoś ukradł scenariusz mojego życia i napisał go na nowo, kompletnie na opak. To… niemożliwe, żeby Sue chorowała. Sue, z jej szerokim uśmiechem, w dżinsowych szortach i z jasnoblond kucykiem. Sue, które robiła najlepsze pierogi we wszechświecie. Sue, która traktowała mnie jak córkę. Sue… która marzyła, że pewnego dnia zostanie moją teściową. Sue, która chorowała tyle czasu, podczas gdy ja nic o tym nie wiedziałam. Powinnam była wiedzieć. Powinnam była być przy niej.

– Tak bardzo mi przykro… – zaczynam mówić. – Ja… nie wiem, co powiedzieć. Twoja mama była… była… – Słyszę we włas­nym głosie narastającą panikę.

„Weź się w garść” – powtarzam sobie. „Straciłaś prawa do Sue dawno temu. Nie wolno ci się teraz rozsypać…”

Myślę o tym, jak Sue wychowywała samotnie dwóch synów, prowadząc jednocześnie Tawernę, i o chwili, gdy ją poznałam, kiedy przyszła do domku, żeby zapewnić moich znacznie starszych od niej rodziców, że Sam jest dobrym chłopcem i że będzie miała na nas oko. Pamiętam, jak uczyła mnie nosić talerze po trzy naraz i jak radziła mi, żebym nie słuchała wciskających mi kit chłopaków, włącznie z jej własnymi synami.

– Była… wszystkim – udaje mi się wreszcie wykrztusić. – Była naprawdę świetną matką.

– Tak. A ja wiem, że była dla ciebie ważna, gdy byliśmy dziećmi. I właśnie dlatego dzwonię… – dodaje niepewnie Charlie. – Pogrzeb jest w niedzielę. Wiem, że minęło sporo czasu, ale sądzę, że powinnaś tu być. Przyjedziesz?

„Sporo czasu”? Na litość boską, minęło dwanaście lat! Dwanaście długich lat, odkąd ostatni raz jechałam na północ do miejsca, które było dla mnie bardziej jak dom niż wszystkie inne. Dwanaście lat, odkąd ostatni raz skakałam na główkę do jeziora. Dwanaście lat od chwili, gdy moje życie spektakularnie zboczyło z torów. Dwanaście lat, odkąd ostatni raz widziałam Sama.

Mimo to… mogę odpowiedzieć tylko w jeden sposób:

– Oczywiście, że tak.

 

 

 

[1]Terroir – z francuskiego: unikatowy charakter produktów regionalnych i tradycyjnych (m.in. win, serów, kawy), stanowiący o jego jakości i smaku, wynikający z niepowtarzalnych warunków geologicznych i klimatycznych miejsca, w jakim powstaje. Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki.

 

 

 

2

 

 

Lato, siedemnaście lat temu

 

 

 

NIE SĄDZĘ, BY MOI RODZICE WIEDZIELI, GDY KUPOWALI DOMEK, że po sąsiedzku mieszka dwóch nastoletnich chłopców. Mama i tata chcieli zapewnić mi możliwość ucieczki od miasta, miejsce, w którym mogłabym odpocząć od innych dzieci, a obecność w okolicy chłopców Florków, którzy większość popołudni i wieczorów spędzali samopas, była dla nich zapewne taką samą niespodzianką jak dla mnie.

Rodzice kilkorga innych dzieci z mojej klasy mieli letnie domy, ale wszystkie znajdowały się na północ od miasta, na terenie Muskoki, pełnej wznoszących się na skalistych brzegach rezydencji, do których raczej nie pasowało miano „domków”. Tata kategorycznie odmówił szukania czegokolwiek w Muskoce. Powiedział, że gdybyśmy kupili tam domek, równie dobrze na lato moglibyśmy zostawać w Toronto – miejscowość była stanowczo zbyt blisko miasta i pełna torontyjczyków. I tak oto wraz z mamą skupili się na poszukiwaniach czegoś na wiejskich terenach położonych nieco bardziej na północ, które ostatecznie tata uznał również za zbyt cywilizowane i drogie, więc zaczęli szukać jeszcze dalej, dopóki wreszcie nie zdecydowali się na Barry’s Bay, senną, zasiedloną przez klasę robotniczą osadę, która w lecie zmieniała się w gwarne miasteczko turystyczne, pełne właścicieli domków letniskowych i gości z Europy w drodze na kempingi lub do Algonquin Provincial Park.

– Będziesz zachwycona, mała – zapewnił mnie. – To prawdziwa kraina domków letniskowych.

Koniec końców rzeczywiście czekałam z niecierpliwością na te dni, w które wyruszaliśmy w czterogodzinną podróż z Toronto nad jezioro, ale ten pierwszy raz dłużył mi się niemiłosiernie. Do momentu, w którym minęliśmy – ja jadąca wraz z tatą ciężarówką, mama podążająca za nami w swoim lexusie – tablicę głoszącą: „Witajcie w Barry’s Bay!”, powstały i upadły całe cywilizacje. W przeciwieństwie do samochodu mamy ciężarówka nie miała ani przyzwoitego systemu nagłośnienia, ani klimatyzacji, więc przez całą drogę byłam zmuszona słuchać monotonnego radia CBC, z udami przyklejonymi do plastikowego obicia fotela i grzywką przyklejoną do spoconego czoła.

Niemal wszystkie dziewczyny w mojej klasie obcięły sobie grzywki po tym, jak zrobiła to Delila Mason, aczkolwiek reszcie z nas nie pasowały one tak dobrze, jak jej. Delila była najpopularniejszą laską w naszej siódmej klasie, a ja uważałam się za szczęściarę, że należałam do grona jej najbliższych przyjaciółek. Czy może raczej: było tak do czasu tamtego incydentu podczas piżama party… Grzywka tworzyła uroczą oprawę dla jej twarzy, podczas gdy moja opierała się zarówno prawom grawitacji, jak i działaniu produktów do stylizacji, stercząc na wszystkie strony pod dziwnymi kątami i sprawiając, że wyglądałam w każdym calu jak niezdarna trzynastolatka, którą byłam – nie tajemnicza, ciemnooka piękność, za jaką chciałam uchodzić. Moje włosy nie były ani proste, ani kręcone i wydawały się zmieniać swoją naturę w zależności od denerwująco nieprzewidywalnego szeregu czynników, od dnia tygodnia począwszy, poprzez pogodę, aż po to, jak spałam poprzedniej nocy. I choć zrobiłabym wszystko, co w mojej mocy, byle tylko ludzie mnie lubili, moje włosy za nic w świecie nie chciały mi się podporządkować.

 

 

PRZEZ BUSZ NA ZACHODNIM brzegu jeziora Kamaniskeg ciągnęła się zygzakowata, wąska droga gruntowa o nazwie Bare Rock Lane. Podjazd, na który skręcił tata, był tak zarośnięty, że o boki naszej małej ciężarówki szorowały gałęzie.

– Czujesz to, mała? – spytał mnie, odsuwając swoją szybę, gdy przedzieraliśmy się przez gąszcz.

Oboje wciągnęliśmy powietrze głęboko w płuca i moje nozdrza wypełnił zapach dawno opadłych sosnowych igieł, ziemisty i żywiczny.

Zatrzymaliśmy się na tyłach skromnego domku o dwuspadowym, sięgającym aż do ziemi dachu, nad którym górowały strzeliste sosny. Tata zgasił silnik, odwrócił się do mnie, uśmiechając się pod siwiejącym wąsem i mrużąc oczy skryte za okularami w ciemnych oprawkach, i powiedział:

– Witamy nad jeziorem, Persephone!

Wewnątrz domku panował ten niesamowity, dymno-drzewny zapach. Jakimś cudem nigdy nie znikał, mimo że mama rok w rok paliła hurtem swoje drogie świeczki z Diptyque. Co lato, gdy tam przyjeżdżaliśmy, stałam najpierw w progu, wdychając go – całkiem jak tamtego pierwszego dnia. Parter stanowiła nie za duża otwarta przestrzeń, o ścianach i suficie wykonanych w całości z jasnego drewna, upstrzonego cętkami sęków. Wielkie okna wychodziły na niemal obrzydliwie oszałamiającą panoramę jeziora.

– Wow! – wykrztusiłam, dostrzegając schody prowadzące z tarasu w dół stromego zbocza.

– Nieźle, co? – Tata poklepał mnie po ramieniu.

– Pójdę sprawdzić wodę – poinformowałam go, wypadając już na zewnątrz przez boczne drzwi, które zamknęły się za mną z satysfakcjonującym hukiem. Zbiegłam po kilkudziesięciu stopniach na pomost. Było parne popołudnie; niebo zasnuwała gruba warstwa szarych chmur, odbijających się w srebrzystej, nieruchomej toni w dole. Ledwie widziałam stąd domki na przeciwległym brzegu. Zastanawiałam się, czy zdołałabym do niego dopłynąć. Usiadłam na skraju pomostu, zsuwając nogi do wody, wstrząśnięta panującą dookoła ciszą… którą przerwał okrzyk mamy wołającej, żebym przyszła i pomogła jej się rozpakowywać.

Gdy wreszcie uporaliśmy się z rozładowywaniem ciężarówki, wszyscy byliśmy umęczeni i rozdrażnieni noszeniem licznych bagaży i oganianiem się od komarów. Zostawiłam zajętych ogarnianiem kuchni rodziców na dole i poszłam na górę, gdzie urządzono dwie sypialnie; mama i tata odstąpili mi tę od strony jeziora, argumentując, że skoro i tak będę spędzała większość czasu w pokoju, to skorzystam z niego lepiej niż oni. Rozpakowałam ciuchy, pościeliłam łóżko i przykryłam je grubym wełnianym kocem. (Tata był zdania, że w lecie nie będą nam potrzebne pledy, ale mama się uparła, żeby każde z nas miało po jednym w swojej sypialni.

„To tradycja” – wyjaśniła mu tonem sugerującym, że to dla niej oczywista oczywistość).

Następnie ułożyłam niebezpiecznie wysoki stos książek na szafce nocnej, a nad łóżkiem powiesiłam plakat z Potworem z Czarnej Laguny. Miałam wówczas fazę na horrory – nałogowo oglądałam filmy grozy (moi rodzice już dawno porzucili próby wyperswadowania mi tego zainteresowania) i pochłaniałam pasjami klasykę R.L. Stine’a oraz Christophera Pike’a, jak również nowsze pozycje o gorących nastolatkach zmieniających się podczas pełni księżyca w wilkołaki i równie gorących cheerleaderkach, które po zajęciach szkolnych zajmowały się polowaniem na demony. W czasach, gdy wciąż jeszcze miałam przyjaciół, przynosiłam te książki do szkoły i czytałam na głos co lepsze urywki (czyli te najbardziej krwiste lub w odległy sposób nawiązujące do seksu). Początkowo uwielbiałam po prostu obserwować reakcje dziewcząt – kochałam być w centrum uwagi, jednak zabezpieczona przy tym ochronną siatką asekuracyjną rozrywki, którą zapewniały słowa kogoś innego. Jednak im więcej strasznych opowieści czytałam, tym bardziej pasjonowały mnie te historie – a dokładniej zdolność autorów do nakłonienia czytelnika, aby uwierzył w coś, co z pozoru wydawało się niewiarygodne. To, w jaki sposób każda z nich była jednocześnie przewidywalna, ale i unikatowa; pokrzepiająca i zaskakująca, bezpieczna… ale ani przez chwilę nudna, wydawało mi się wręcz niesamowicie cudowne.

– Co powiesz na pizzę na obiad? – spytała mama, stając w progu mojego pokoju; zauważyła plakat, ale nie skomentowała go ani słowem.

– Mają tu pizzę? – zdziwiłam się.

Barry’s Bay nie sprawiało wrażenia miejscowości na tyle dużej, by mieli tu żarcie z dowozem. Jak się okazało, rzeczywiście nie mieli, więc pojechaliśmy do lokalu sieciówki Pizza Pizza, przycupniętego obok jednego z dwóch miejscowych marketów. Serwowali jedynie dania na wynos.

– Ilu jest tu mieszkańców? – zapytałam mamę.

Była dziewiętnasta, a większość lokali przy głównym trakcie sprawiała wrażenie zamkniętych na głucho.

– Jakieś tysiąc dwieście, jak sądzę, aczkolwiek przypuszczam, że w lecie, gdy zjeżdżają tu wszyscy właściciele domków i turyści, pewnie ze trzy razy tyle – odparła.

Z wyjątkiem zatłoczonego ogródka restauracji miasteczko wydawało się wyludnione.

– Wszystko wskazuje na to, że Tawerna to obowiązkowy punkt programu rozrywkowego w sobotni wieczór – skomentowała mama, gdy go mijałyśmy.

– Chyba raczej jedyny – uściśliłam.

Kiedy wróciłyśmy, tacie udało się podłączyć niewielki telewizor. Nie było tu co prawda kablówki, ale zabraliśmy ze sobą naszą małą rodzinną kolekcję DVD.

– Pomyślałem, że może obejrzelibyśmy Na łonie natury – zaproponował. – Tytuł w sam raz, nie sądzisz, mała?

– Hmm… – Przykucnęłam, żeby dokonać inspekcji zawartości szafki. – Blair Witch Project również byłby odpowiedni – zauważyłam.

– O, nie, ja na pewno nie będę tego oglądać – zaprotestowała kategorycznie mama, stawiając na stoliku kawowym obok pudełek z pizzą talerze i serwetki.

– A więc Na łonie natury – zadecydował tata, wsuwając płytę do odtwarzacza. – Stary, dobry John Candy. Cóż mogłoby być lepszego?

Wiatr na zewnątrz się wzmógł i sosnowy las szumiał teraz głośno, a tafla jeziora falowała. Podmuchy wpadające przez okno do domku pachniały deszczem.

– Taak – mruknęłam, wgryzając się w kawałek pizzy. – Jest całkiem nieźle.

 

 

NIEBO PRZECIĄŁ ZYGZAK błyskawicy, oświetlając sosny, jezioro i wzgórza na przeciwległym brzegu, całkiem jakby ktoś zrobił nam zdjęcie z fleszem jakimś gigantycznym aparatem. Jak urzeczona obserwowałam z okna mojej sypialni nadciągającą burzę. Jakże odmienny był ów widok od tego skrawka nieba, które mogłam oglądać z pokoju w Toronto! Grom przetaczający się nad moją głową był tak głośny, że aż zadzwoniło mi w uszach – całkiem jakby burza pojawiła się na specjalne zamówienie z okazji naszej pierwszej nocy w domku. W końcu ogłuszające dudnienie zmieniło się w odległe pomruki, a ja wślizgnęłam się z powrotem do łóżka, wsłuchana w szum kropel deszczu bębniących o szybę.

Gdy obudziłam się nazajutrz rano, przez chwilę skonsternowana oślepiającym słońcem wpadającym przez okno i świetlnymi plamkami falującymi na suficie, rodzice byli już na dole. Siedzieli przy kawie, czytając gazety – tata w fotelu, nad numerem „The Economist”, z roztargnieniem drapiący się po podbródku, a mama na stołku przy kuchennym blacie, przeglądająca gruby magazyn wnętrzarski, ze swoimi okularami w przesadnie dużych czerwonych oprawkach zsuniętymi na czubek nosa.

– Słyszałaś te wczorajsze pioruny, mała? – zagadnął tata.

– Trudno było nie słyszeć – odmruknęłam, wyjmując pudełko płatków śniadaniowych z jednej z nadal w większości pustych szafek. – Chyba nie spałam zbyt dobrze.

Po śniadaniu załadowałam płócienną torbę niezbędnym ekwipunkiem: wrzuciłam do niej powieść, kilka magazynów, balsam do ust i tubkę kremu z filtrem pięćdziesiątką, i wyruszyłam nad jezioro. Chociaż wczoraj lało jak z cebra, deski pomostu wyschły już w promieniach porannego słońca.

Rozłożyłam na nich ręcznik i posmarowałam twarz kremem, a potem położyłam się na brzuchu, z głową wspartą na dłoniach. Z jednej strony od najbliższego pomostu dzieliło mnie co najmniej sto pięćdziesiąt metrów, z drugiej jednak sąsiedni był stosunkowo blisko. Cumowała do niego łódź, a nieco dalej na wodzie unosiła się tratwa. Wyjęłam z torby książkę i podjęłam lekturę w miejscu, w którym przerwałam ją poprzedniego wieczoru.

Musiałam chyba przysnąć, bo w pewnym momencie obudził mnie głośny chlupot i okrzyki oraz chłopięcy śmiech.

– Zaraz cię dopadnę! – wołał ktoś, na co drugi głos odpowiedział:

– Chyba śnisz!

Plusk!

Z wody tuż obok tratwy wynurzyły się dwie głowy. Nadal rozpłaszczona na brzuchu obserwowałam, jak chłopcy wspinają się na tratwę i kolejno zeskakują z niej do wody, robiąc w powietrzu salta. Był zaledwie początek lipca, jednak obaj byli już opaleni. Uznałam, że muszą być braćmi, a ten młody, szczuplejszy, jest pewnie mniej więcej w moim wieku. Starszy był wyższy od niego o głowę, a gra świateł na jego ciele ujawniała zarysy mięśni na tułowiu i ramionach. Gdy przerzucił sobie młodszego przez ramię, ciskając go do wody, usiadłam, niezdolna powstrzymać rozbawionego parsknięcia. Wcześniej mnie nie zauważyli, teraz jednak starszy z dwójki odwrócił się w moją stronę z szerokim uśmiechem na twarzy. Młodszy wspiął się na tratwę i stanął obok brata.

– Cześć! – zawołał starszy i zamachał do mnie.

– Hej! – odkrzyknęłam.

– Jesteś naszą nową sąsiadką? – spytał.

– Taak! – potwierdziłam.

Młodszy stał bez słowa, dopóki brat nie pchnął go lekko w ramię.

– Rany, Sam. Przywitaj się!

Sam podniósł rękę i gapił się na mnie, aż w końcu drugi z chłopców wepchnął go ponownie do jeziora.

 

 

OSIEM GODZIN PÓŹNIEJ bracia Florkowie przyszli nas odwiedzić. Pozmywałam właśnie naczynia po obiedzie i wyszłam z książką na taras, gdy usłyszałam pukanie do tylnych drzwi. Wyciągnęłam szyję, ale nie mogłam dostrzec, z kim rozmawia mama, więc wsunęłam między strony zakładkę i wstałam ze składanego krzesła.

– Wcześniej widzieliśmy na państwa pomoście dziewczynkę i przyszliśmy się przywitać. – Głos należał do nastolatka; nie brzmiał do końca dziecinnie, ale nadal młodo. – W okolicy nie ma nikogo w wieku mojego brata, z kim mógłby się bawić…

– Bawić? – odezwał się drugi z chłopców łamiącym się z oburzenia głosem. – Nie jestem już dzieckiem!

Mama obejrzała się na mnie przez ramię, mrużąc pytająco oczy.

– Persephone? Masz gości – powiedziała tonem jasno dającym do zrozumienia, że nie jest tym faktem zbyt zachwycona.

Wyszłam na zewnątrz i zamknęłam za sobą siatkowe drzwi, przyglądając się płowowłosym chłopcom, których widziałam wcześ­niej kąpiących się w jeziorze. Obaj byli chudzi i mieli skórę brązową od słońca, i wyraźnie byli ze sobą blisko spokrewnieni, jednak na pierwszy rzut oka widać było również różnice między nimi: podczas gdy starszy uśmiechał się od ucha do ucha, wyszorowany do czysta i bez dwóch zdań potrafiący zrobić dobry użytek z żelu do włosów, młodszy wbijał wzrok w swoje stopy, a szopa sfalowanych kosmyków opadała mu na oczy. Był ubrany w workowate krótkie bojówki i wyblakłą koszulkę zespołu Weezer, która wydawała się co najmniej o rozmiar za duża; starszy chłopiec miał z kolei na sobie dżinsy i dopasowaną białą bluzę, a na nogach czarne converse’y o nieskazitelnie białych gumowych czubkach.

– Cześć, Persephone! Jestem Charlie – przedstawił się, obdarzając mnie uśmiechem, od którego w jego policzkach pojawiły się głębokie dołeczki, i lustrując moją twarz badawczym spojrzeniem jasnozielonych oczu.

Był naprawdę uroczy. W typie chłopców z boysbandów.

– A to mój brat Sam. – Położył młodszemu dłoń na ramieniu.

Sam uśmiechnął się do mnie nieśmiało spod zasłony zmierzwionych włosów, po czym ponownie spuścił wzrok. Uznałam, że jest dość wysoki jak na swój wiek, jednak fakt, iż był wyrośnięty, nadawał mu nieco niezdarny, patykowaty wygląd – miał chude ramiona i nogi, o wystających łokciach i kolanach. Jego stopy sprawiały wrażenie, jakby każdy ich krok wiązał się z ryzykiem potknięcia i upadku.

– Eee… cześć – mruknęłam, wodząc wzrokiem od jednego do drugiego. – Chyba widziałam was dziś nad jeziorem.

– Tak, to byliśmy my – potwierdził Charlie, podczas gdy Sam bez reszty skupił się na kopaniu sosnowego igliwia pod jego stopami. – Mieszkamy po sąsiedzku.

– W sensie, na stałe? – wypaliłam, artykułując pierwszą myśl, jaka przyszła mi do głowy.

– Przez okrągły rok – zapewnił.

– My jesteśmy z Toronto, więc to wszystko to dla nas raczej nowość. – Wskazałam gestem otaczający nas busz. – Szczęściarze z was, że tu mieszkacie.

Sam skomentował moją uwagę parsknięciem, ale Charlie ciąg­nął, niezrażony:

– Cóż, tak czy inaczej chętnie pokażemy ci okolicę. Prawda, Sam? – zagadnął brata i nie czekając na odpowiedź, natychmiast podjął: – I, ma się rozumieć, możesz przychodzić na naszą tratwę, kiedy tylko zechcesz, nie mamy nic przeciwko – dodał z przekonaniem i pewnością siebie kogoś dorosłego, uśmiechając się do mnie.

– Super. Jasne, chętnie skorzystam – zapewniłam go, odwzajemniając nieśmiało uśmiech.

– Słuchaj, chciałbym cię przy okazji prosić o pewną przysługę – wyznał niespodziewanie Charlie konfidencjonalnym tonem, na co zza zasłony potarganych, jasnych włosów jego brata wydobył się zbolały jęk. – Przychodzą do mnie dziś kumple i pomyślałem, że może moglibyście coś porobić z Samem, gdy będziemy zajęci? Właściwie to on nie ma tu żadnego towarzystwa, a ty wydajesz się kimś mniej więcej w jego wieku – zauważył, mierząc mnie od stóp do głów.

– Mam trzynaście lat – odpowiedziałam, zerkając na Sama, żeby sprawdzić, jakie jest jego zdanie na temat tej propozycji, ale on uparcie wbijał wzrok w ziemię. Czy może raczej w swoje płetwiaste stopy.

– Bosssko! – ucieszył się Charlie. – Sam też ma trzynaście. A ja piętnaście – dodał z dumą.

– Gratulacje – wymamrotał Sam.

Charlie podjął tymczasem:

– Tak czy inaczej, Persephone…

– Percy – weszłam mu z mocą w słowo i Charlie spojrzał na mnie spode łba.

Na widok jego miny zaśmiałam się nerwowo i obróciłam na nadgarstku swoją bransoletkę przyjaźni.

– Po prostu Percy – powtórzyłam. – Persephone… brzmi zbyt wyniośle. I trochę pretensjonalnie.

Na dźwięk moich słów Sam wyprostował się i podniósł na mnie wzrok, ściągając przelotnie brwi i marszcząc nos. Pierwszy raz miałam okazję zobaczyć jego twarz, która nie wyróżniała się niczym szczególnym – nie było w niej nic wyjątkowego ani godnego zapamiętania, poza oczami, które miały niesamowity odcień błękitu, niczym letnie niebo.

– W porządku, a więc Percy – przystał Charlie, ja jednak nadal nie mogłam oderwać wzroku od Sama, który również mi się przyglądał z głową przechyloną lekko na ramię. Jego brat odchrząknął. – A więc, jak już wspomniałem, byłbym ci wielce zobowiązany, gdybyś mogła zapewnić mojemu bratu rozrywkę dziś wieczorem.

– Chryste! – jęknął Sam w tej samej chwili, w której ja powtórzyłam:

– Zapewnić… rozrywkę?

Gapiliśmy się na siebie, zbici z tropu. Przestępowałam niespokojnie z nogi na nogę, nie bardzo wiedząc, co na to odpowiedzieć. Minęły całe miesiące od chwili, gdy tak popisowo obraziłam Delilę Mason, że nie miałam już dłużej żadnych przyjaciół; miesiące od chwili, gdy spędzałam czas z kimś w moim wieku… ale nie zamierzałam narzucać Samowi na siłę swojego towarzystwa. Co to, to nie. Nim jednak zdążyłam otworzyć usta, żeby coś powiedzieć, młodszy z braci powiedział:

– Nie musisz tego robić, jeśli nie chcesz. – W jego głosie pobrzmiewało coś na kształt skruchy. – Próbuje się po prostu mnie pozbyć, bo mamy nie ma w domu.

Charlie w odpowiedzi walnął go w pierś.

Prawda była taka, że rozpaczliwie tęskniłam za kimś, z kim mogłabym się przyjaźnić – zależało mi na tym bardziej niż na tym, by moja grzywka wreszcie zaczęła układać się po ludzku. Jeśli tylko Sam nie miał nic przeciwko, bardzo chętnie spędziłabym z nim trochę czasu.

– Nie ma sprawy – zapewniłam go, dodając po chwili z pewnością siebie, której wcale nie czułam: – To znaczy, no wiecie: to spore nadużycie mojej uprzejmości… więc może w ramach rewanżu nauczylibyście mnie skakać saltem z tej waszej tratwy?

Sam uśmiechnął się do mnie półgębkiem – to nie był prawdziwy, szeroki uśmiech, ale mimo to wydawał się uroczy; jego błękitne oczy lśniły na opalonej twarzy niczym szkło morskie.

„To ja to sprawiłam!” – pomyślałam, czując, jak przechodzi mnie dreszcz podekscytowania. I zapragnęłam dokonać tego ponownie.

 

 

 

3

 

 

Teraz

 

 

 

MOJE NASTOLETNIE JA NIGDY BY W TO NIE UWIERZYŁO, ALE NIE posiadam samochodu. Dawniej byłam zdeterminowana zdobyć własne cztery kółka przy pierwszej nadarzającej się okazji, tak abym mogła w każdy weekend, kiedy tylko zdołam, jeździć na północ. Obecnie obszar mojej aktywności ogranicza się do zielonej okolicy na zachodnich krańcach Toronto, gdzie mieszkam, oraz do centrum miasta, w którym pracuję. Do i z biura, a także na siłownię i do rodziców mogę dotrzeć pieszo lub transportem publicznym.

Mam przyjaciół, którzy nigdy nie pofatygowali się nawet, by zrobić prawko – ludzi z rodzaju tych, którzy przechwalają się, że nigdy nie zapuścili się na północ od Bloor Street[2]. Ich świat ograniczał się do niewielkiej, modnej miejskiej bańki – i byli z tego dumni (cóż, mój w zasadzie również, ale ja dla odmiany czułam, że się w nim duszę).

Prawda jest taka, że odkąd w wieku trzynastu lat zakochałam się w jeziorze, domku i otaczającym go buszu, nie czuję się już dobrze w mieście. Mimo to przez większość czasu staram się o tym nie myśleć. Nie mam na to czasu. Świat, który dla siebie stworzyłam, wypełniają szczelnie czynności związane z życiem w mieście: siedzenie do późna w biurze, zajęcia na siłowni i liczne brunche. I w zasadzie to lubię. Nabity po brzegi grafik daje mi radość. Co jakiś czas jednak łapię się na tym, że fantazjuję o opuszczeniu miasta – o tym, że znajduję nad wodą mały domek, w którym mogłabym pisać, dorabiając sobie jednocześnie w restauracji, żeby mieć z czego opłacić rachunki… i wówczas zaczyna robić mi się dziwnie ciasno we własnej skórze, całkiem jakby moje życie kompletnie do mnie nie pasowało.

Wiem, że gdybym powiedziała o tym komukolwiek z moich znajomych, nie posiadałby się ze zdumienia. Mam trzydzieści lat i prowadzę generalnie wygodne, poukładane życie. Mieszkam na ostatnim piętrze wysokiego wieżowca w Roncesvalles, zaludnionej przez sporo polskich rodzin dzielnicy, w której można zjeść całkiem przyzwoite pierogi. To naprawdę świetne lokum, o odsłoniętych belkach i skośnych sufitach; jasne, może i jest maleńkie, ale kawalerki z prawdziwego zdarzenia w tej części miasta nie są tanie, a moja pensja w magazynie „Shelter” jest… w najlepszym razie skromna. No dobra. Jest gówniana. Ale to standard, jeśli chodzi o pracę w mediach, a chociaż nie zarabiam wiele, to zajmuję od­powiedzialne stanowisko.

Pracuję w „Shelter” od czterech lat, wspinając się stopniowo po szczeblach kariery, którą zaczynałam jako zwykła asystentka redakcji, aby obecnie piastować funkcję starszej redaktorki. To zaś daje mi pewien zakres władzy – rozdzielam tematy i nadzoruję sesje zdjęciowe w jednym z najpopularniejszych tytułów wnętrzarskich w kraju. W dużej mierze dzięki moim wysiłkom zgromadziliśmy liczne grono oddanych fanów w mediach społecznościowych, a także wielu odbiorców online. To praca, którą kocham, i wiem, że wykonuję ją naprawdę dobrze, a podczas przemowy na imprezie z okazji czterdziestolecia czasopisma jego redaktor naczelna, Brenda, przypisała mi zasługę wprowadzenia publikacji w erę cyfrową. To było ukoronowanie mojej kariery.

Zasadniczo ludzie uważają, iż praca w redakcji znanego magazynu jest naprawdę wystrzałowa – niekończące się pasmo zajmujących aktywności, udziału w wielkich wydarzeniach i zawrotne tempo życia, jeśli jednak mam być szczera, polega ona w większości na siedzeniu przez cały dzień w boksie i wyszukiwaniu w internetowych słownikach synonimów dla słowa „minimalistyczny”. Mimo to rzeczywiście biorę udział w premierach różnych produktów, a także lunchach ze wschodzącymi gwiazdami świata designu. To również ten rodzaj pracy, który jara wziętych radców prawnych i dobrze rokujących finansistów, co bardzo ułatwia mi znajdowanie partnerów, którzy dotrzymywaliby mi towarzystwa podczas licznych branżowych imprez. Są i inne płynące z niej korzyści, jak na przykład wyjazdy prasowe, open bary z szampanem i wręcz obsceniczna ilość gratisów. Jak również niekończące się tematy do plotek, którymi wymieniamy się wraz z Chantal w czwartkowe wieczory – to nasz ulubiony sposób spędzania wolnego czasu. Nie mówiąc już o tym, że moja mama bezustannie wzrusza się do łez na widok nazwiska Persephone Fraser widniejącego w stopce magazynu.

Telefon od Charliego jest niczym długa, ostra igła, która przebija moją bańkę – nim się rozłączam, moje myśli krążą już tylko wokół chęci dotarcia na północ tak szybko, jak tylko to możliwe; z marszu bukuję na jutro samochód i zaklepuję pokój w motelu, mimo iż pogrzeb jest dopiero za kilka dni. Czuję się całkiem tak, jakbym ocknęła się z trwającej dwanaście lat śpiączki, a w głowie zaczyna mi pulsować tępy ból, spowodowany w równej mierze strachem, co wyczekiwaniem.

Już wkrótce zobaczę Sama.

 

 

PRZYSIADAM NA CHWILĘ, żeby napisać do rodziców maila i poinformować ich o śmierci Sue. Nie wiem, kiedy go odczytają, bo podczas swoich europejskich wakacji rzadko sprawdzają pocztę. Nie mam też pojęcia, czy w ciągu ostatnich lat mieli w ogóle jakieś wieści od Sue Florek. Wiem, że ona i mama utrzymywały ze sobą kontakt co najmniej przez kilka lat po tym, jak ja i Sam „zerwaliśmy ze sobą”, ale za każdym razem, gdy wspominała o kimś z rodziny Florków, oczy wypełniały mi się łzami, więc w końcu przestała mi mówić, co u nich.

Nie wdaję się w szczegóły, a gdy kończę pisać, wrzucam nieco ciuchów do mojej walizki marki Rimowa, na którą nie było mnie stać, ale którą i tak kupiłam. Jest już dobrze po północy, a ja muszę rano przeprowadzić wywiad, potem zaś czeka mnie długa jazda, wkładam więc piżamę, kładę się i przymykam oczy. Jestem jednak zbyt podminowana, by usnąć.

Są pewne wspomnienia, do których wracam, gdy dopada mnie głęboka nostalgia i gdy mam jedynie ochotę zwinąć się w kłębek i zanurzyć w przeszłości, w której Sam nadal był u mojego boku. Odtwarzam je w pamięci raz po raz, całkiem jakbym oglądała stare rodzinne nagrania na taśmach wideo. Robiłam to w kółko raz po raz na studiach – to był mój rytuał przed snem, równie pokrzepiający i znajomy, co zmechacony koc Hudson’s Bay, który zabrałam z domku. Jednak wspomnienia i żal, jaki ze sobą niosły, były również pod pewnymi względami bolesne, niczym drapiąca wełna koca, a ja traciłam całe noce na przypominaniu sobie, gdzie dokładnie znajdował się Sam w tamtym konkretnym momencie, i zastanawianiu, czy może on również o mnie myśli. Czasem byłam pewna, że tak właśnie jest – całkiem jakby pomimo odległości nadal łączyła nas jakaś niewidzialna, nierozerwalna więź. Bywało też, że zasypiałam w samym środku jednego z moich „seansów”, a potem budziłam się w środku nocy, czując się, jakbym tonęła – z trudem zaczerpując tchu przez ściśnięte gardło, desperacko próbując złapać oddech, aby odegnać nieuchronny atak paniki.

Wreszcie, pod koniec studiów, zdołałam jakoś porzucić ten zwyczaj, zamiast tego skupiając myśli na czekających mnie egzaminach i terminach oddania prac, a także aplikacjach na praktyki, i owe napady zaczęły zanikać.

Dziś jednak… nie zamierzam się hamować. Najpierw „przerabiam” nasze „pierwsze razy”: pierwsze spotkanie, nasz pierwszy pocałunek, pierwszy raz, gdy Sam powiedział mi, że mnie kocha – dopóki nie zaczyna do mnie docierać, że naprawdę go wkrótce zobaczę i dopóki moja głowa nie wypełnia się wirującymi w szaleńczym tańcu pytaniami, na które nie znam odpowiedzi: Jak zareaguje na mój widok? Jak mocno się zmienił? Czy jest samotny? A może – niech to szlag! – ożenił się?

Moja terapeutka, Jennifer (nie Jen, nigdy Jen! – raz popełniłam ten błąd i nazwałam ją w ten sposób; zostałam ostro upomniana. To kobieta, która ma na ścianach oprawione w ramki cytaty w stylu: „Życie zaczyna się po kawie” lub: „Nie jestem dziwna – jestem po prostu z limitowanej edycji”, więc nie mam pojęcia, w jaki niby sposób jej pełne imię miałoby jej przydawać powagi…), nauczyła mnie pewnej sztuczki, która pomaga wyrwać się z podobnej spirali niespokojnych myśli, jednak głębokie oddechy przeponą i mantry nie mają dziś szans zadziałać. Zaczęłam odwiedzać Jennifer kilka lat temu, na krótko po tamtym Święcie Dziękczynienia, które spędziłam na rzyganiu po różowym winie i wypłakiwaniu się Chantal w rękaw. Nie chciałam chodzić do psychoterapeutki; byłam przekonana, że ten atak paniki był po prostu wybojem na skądinąd dość stabilnej drodze do pozbycia się Sama Florka z mojego serca i umysłu, jednak Chantal pozostawała niewzruszona: „Wyciągnięcie cię z tego szajsu jest poza moimi kompetencjami” – poinformowała mnie bez ogródek, jak to ona.

Chantal i ja poznałyśmy się na stażu w gazecie miejskiej, w której ona zajmuje się teraz prowadzeniem działu rozrywki. Połączyło nas osobliwe zadanie szczegółowego potwierdzania faktów podawanych w recenzjach restauracji („A więc halibut jest posypany siekanymi orzeszkami piniowymi, nie kruszonymi pistacjami?!”) oraz komiczna wręcz obsesja redaktora naczelnego na punkcie tenisa. Momentem pieczętującym naszą przyjaźń było spotkanie redakcyjne, które ówczesny rednacz zaczął słowami: „Ostatnio sporo myślałem o tenisie…” – po czym odwrócił się do Chantal, jedynej czarnoskórej osoby w zespole, i stwierdził: „Pewnie świetnie grasz w tenisa”. W tej samej chwili, w której z kamienną twarzą wyjaśniła mu, że nie grywa, ja wypaliłam: „Żartujesz sobie?”.

Chantal jest moją najlepszą przyjaciółką. Nie żeby miała jakąś szczególną konkurencję. Niechęć do dzielenia się intymnymi lub wstydliwymi szczegółami dotyczącymi mojego życia sprawia, że inne kobiety stają się wobec mnie podejrzliwe. Przykład? Chantal wiedziała, że co roku spędzałam wakacje w domku letniskowym i że sporo przebywałam z chłopcami z sąsiedztwa, jednak nie miała pojęcia o charakterze moich relacji z Samem ani o tym, że wszystko skończyło się spektakularną katastrofą. Sądzę, że gdy wreszcie to z siebie wyrzuciłam, sama ta historia wstrząsnęła nią mniej niż fakt, że do tej pory o niczym nie wiedziała.

– Rozumiesz, co to znaczy przyjaźnić się z kimś? – spytała mnie po tym, jak wyznałam jej straszną prawdę.

Cóż, zważywszy na fakt, że dwoje moich najbliższych przyjaciół przestało się do mnie odzywać, odpowiedź powinna brzmieć prawdopodobnie „nie bardzo”.

Mimo to… naprawdę staram się być dla Chantal dobrą przyjaciółką. To do mnie dzwoni, żeby ponarzekać na pracę albo swoją przyszłą teściową, która bezustannie ciosa jej kołki na głowie, twierdząc, że powinna wyprostować włosy na swój ślub. Chantal nie przepada za całym tym okołoślubnym badziewiem – no, może z wyjątkiem wielkiej imprezy z tańcami, open baru i zabójczej sukienki, za które zresztą stałam się niejako domyślnie odpowiedzialna, zestawiając na Pintereście tablice z inspiracjami dekoracyjnymi. Można na mnie polegać. Potrafię słuchać. Wiem, która z nowo otwartych restauracji ma najseksowniejszego szefa kuchni. Robię świetne manhattany. I jestem zabawna! Po prostu… nie lubię rozmawiać o tym, co sprawia, że budzę się w środku nocy. Nie chcę ujawniać, że zaczynam czasem wątpić w to, czy wspinanie się po szczeblach kariery naprawdę mnie uszczęśliwiło; nie mam ochoty mówić o tym, że czasem tęsknię za pisaniem… ale nie mogę znaleźć odwagi, by się na to zdobyć – ani o tym, jak samotna się czasem czuję. Chantal jest jedyną osobą, która potrafi to wszystko ze mnie wyciągnąć.

Ma się rozumieć, moja niechęć do rozmawiania o Samie z Chantal nie miała nic wspólnego z tym, czy o nim myślałam, czy nie – jasne, że o nim myślałam! Próbowałam jednak tego nie robić i często mi się to udawało. Odkąd zaczęłam się spotykać z Jennifer, nie miałam ataków paniki. Lubię myśleć, że w ciągu ostatniego dziesięciolecia w pewien sposób dorosłam i dojrzałam. Lubię myśleć, że przeszłam nad tym wszystkim do porządku dziennego, pogodziłam się z tym i żyję dalej własnym życiem, na własnych zasadach. Mimo to raz na jakiś czas widok lśniącej w promieniach słonecznych tafli jeziora Ontario przypomina mi o domku… i wówczas znów jestem na tratwie, razem z nim.

 

 

JESTEM ZASKOCZONA, że pracownik wypożyczalni samochodów wręcza mi kluczyki, zważywszy na to, jak mocno trzęsły mi się ręce, gdy wypełniałam formularze. Brenda była bardzo wyrozumiała, kiedy zadzwoniłam do niej z prośbą o wolne na resztę tygodnia – powiedziałam jej, że ktoś z mojej rodziny zmarł, i chociaż teoretycznie było to kłamstwo, to przecież Sue naprawdę była dla mnie jak rodzina. A przynajmniej dawniej.

Prawdopodobnie nie musiałam jednak aż tak naginać faktów. W tym roku wzięłam dokładnie jeden dzień wolnego, aby przedłużyć sobie walentynkowy weekend w spa z Chantal – zaczęłyśmy obchodzić to święto wspólnie, jeszcze kiedy obie byłyśmy singielkami, i żaden chłopak ani narzeczony nie położy kresu tej tradycji.

Przelotnie zastanawiałam się nad niepoinformowaniem Chantal, dokąd jadę, ale wówczas doznałam wizji, w której mam wypadek samochodowy i nikt nie wie, co robię na autostradzie, z dala od miasta. Piszę więc z wypożyczalni krótkiego SMS-a, podkreślając kilka­krotnie, że wszystko w jak najlepszym porządku i nic mi nie jest: „Twoja impreza była naprawdę fantastyczna (właściwie to bawiłam się aż nadto dobrze – nie powinnam była pić tego ostatniego spritza!). Wyjeżdżam na kilka dni z miasta, na pogrzeb. Zmarła mama Sama”.

Sekundę później przychodzi wiadomość zwrotna: „TEGO Sama??? Czy wszystko OK?”.

Cóż, odpowiedź brzmi: „nie”, ale zapewniam ją ponownie, że nic mi nie jest.

Gdy tylko wysyłam SMS-a, mój telefon zaczyna wibrować, sygnalizując połączenie przychodzące, ale zrzucam Chantal na pocztę głosową. Jestem niewyspana i jadę wyłącznie na adrenalinie, a także jakichś dwóch hektolitrach kawy, które wypiłam tego ranka podczas wywiadu z projektantem tapet o ego rozbuchanym do granic możliwości. Naprawdę nie mam ochoty z nikim gadać.

Nim udaje mi się wyjechać z miasta na czterystajedynkę, wnętrzności mam skręcone w tak ciasny węzeł, że muszę zjechać do przydrożnego baru sieciówki Tim Hortons, żeby skorzystać z toalety.

Gdy wracam do samochodu z butelką wody i muffinką z rodzynkami, nadal jestem roztrzęsiona, ale kiedy tylko ruszam dalej na północ, opada mnie dziwny spokój. W końcu krajobraz zaczynają wyznaczać charakterystyczne granitowe formacje Tarczy Kanadyjskiej[3], a przy drodze pojawiają się reklamy punktów sprzedających żywą przynętę i stojące na totalnym pustkowiu, typowe dla tych okolic budki serwujące lokalne przekąski. Minęło tak wiele czasu, odkąd ostatni raz tędy jechałam… a jednak wszystko wydaje się takie znajome – całkiem jakbym wracała do zapomnianej części mojego życia.

Ostatnim razem pokonywałam tę trasę w weekend Święta Dziękczynienia. Wówczas również byłam sama, mknęłam na północ w toyocie kupionej za pieniądze zaoszczędzone z napiwków. Podczas jazdy nie zatrzymałam się ani razu. To były trzy długie, pełne udręki miesiące od chwili, gdy ostatni raz widziałam Sama, i desperacko pragnęłam, by mnie przytulił – poczuć bliskość jego ciała… i wyznać mu prawdę.

Czy mogłam wówczas wiedzieć, że ten weekend dostarczy mi zarówno najcudowniejszych, jak i najkoszmarniejszych momentów życia? Że wszystko tak gwałtownie zmieni się na o wiele, wiele gorsze? Że już nigdy więcej nie zobaczę Sama…? Błąd, który miał mnie kosztować tak wiele, popełniłam kilka miesięcy wcześniej, czy jednak mogłam zapobiec wstrząsom wtórnym tego trzęsienia ziemi, które doprowadziły do największego spustoszenia?

Gdy tylko oczom ukazuje się południowy kraniec jeziora, mój żołądek niemal wywija się na lewą stronę i z rozmysłem biorę głęboki wdech, licząc do czterech, a potem równie długo i powoli wydycham powietrze – i tak przez całą drogę do motelu Cedar Grove, mieszczącego się na obrzeżach miasteczka.

Gdy się melduję, jest już późne popołudnie. Kupuję lokalną gazetę od starszego mężczyzny w recepcji i parkuję samochód przed pokojem numer sto sześć – czystym i niewyróżniającym się niczym szczególnym. Jedyne barwne elementy wystroju to oklepany widoczek z jeleniem nad łóżkiem i pamiętająca lepsze czasy poliestrowa kapa na pościeli, u zarania swego długiego życia prawdopodobnie w kolorze burgundowym.

Wieszam w szafie czarną, dopasowaną sukienkę, którą kupiłam na pogrzeb, i siadam na skraju łóżka, bębniąc palcami o uda i wyglądając przez okno. Ledwie widać stąd północy kraniec jeziora, miejską przystań i plażę publiczną. Cała jestem podminowana. Czuję się źle, przebywając tak blisko wody, ale nie mogąc pójść do domku. Spakowałam kostium kąpielowy i ręcznik, więc mogłabym w zasadzie iść na plażę, ale jedyne, na co mam w tej chwili ochotę, to dać nura w chłodną toń jeziora z mojego pomostu. Jest tylko jeden problem: to już nie jest mój pomost.

 

 

 

[2] Główna prowadząca z zachodu na wschód arteria Toronto.

[3] Rejon geologiczny i geograficzny obejmujący część Kanady i niewielki fragment Stanów Zjednoczonych.

 

 

 

4

 

 

Lato, siedemnaście lat temu

 

 

 

DO MOMENTU, W KTÓRYM CHARLIE PODRZUCIŁ MI SWOJEGO BRATA, zostawiając go pod drzwiami naszego domku, żaden chłopiec nigdy nie przekroczył progu mojej sypialni. Gdy tylko zostaliśmy sami, ze zdenerwowania język stanął mi kołkiem. Sam nie miał jednak najwyraźniej takich problemów.

– No to… co to właściwie za imię, Persephone? – spytał, wpychając sobie do ust trzecie oreo.

Siedzieliśmy na podłodze przy drzwiach otwartych na wyraźną prośbę mamy. Zważywszy na to, jaki naburmuszony był, kiedy się poznaliśmy, okazał się znacznie bardziej gadatliwy, niż się spodziewałam. W ciągu kilku minut dowiedziałam się, że przez całe życie mieszka po sąsiedzku i na jesieni idzie do ósmej klasy jak ja oraz że nawet lubi Weezera, ale koszulkę dostał w spadku po starszym bracie.

– Jak niemal wszystkie inne ubrania – wyjaśnił.

Mama nie wyglądała na zbyt zachwyconą, gdy zapytałam, czy Sam mógłby zostać na wieczór.

– No, nie wiem, czy to najlepszy pomysł, Persephone – powiedziała powoli, stojąc tuż przed nim, po czym spojrzała pytająco na tatę.

Pewnie chodziło nie tyle o to, że Sam był chłopcem, ile o to, że mama wolała trzymać mnie z dala od innych nastolatków przez co najmniej dwa miesiące, nim wrócimy do miasta.

– Powinna się z kimś przyjaźnić, Diane – odparł tata, pogłębiając mój wstyd.

Opuściłam więc głowę, pozwalając, by włosy przesłoniły mi twarz, chwyciłam Sama za rękę i pociągnęłam w stronę schodów.

Minęło zaledwie pięć minut, nim mama zajrzała do nas z talerzem oreo – całkiem jak kiedy miałam sześć lat. Byłam zaskoczona, że nie przyniosła nam do tego szklanek z mlekiem. Chrupaliśmy więc ciastka, cali upstrzeni ciemnymi okruchami, gdy Sam spytał o moje imię.

– Pochodzi z mitologii greckiej – wyjaśniłam. – Moi rodzice mają na jej punkcie kompletnego świra. Persefona to bogini świata podziemnego. Właściwie to imię nie bardzo do mnie pasuje…

Sam obrzucił tymczasem wzrokiem plakat z Potworem z Czarnej Laguny oraz stos horrorów spiętrzony na mojej szafce nocnej, po czym przeniósł spojrzenie na mnie, podnosząc brew.

– No, nie wiem. Bogini świata podziemnego? Ja mam wrażenie, że pasuje. Brzmi całkiem spoko… – Urwał, poważniejąc nagle. – Persephone, Persephone… – Powtórzył moje imię kilkakrotnie, jakby próbował ocenić, jak smakuje. – Podoba mi się.

– A Sam? To skrót od jakiego imienia? – spytałam, czując, jak wilgotnieją mi dłonie i kark. – Samuel?

– Nie. – Uśmiechnął się pod nosem.

– Samson? Samwise?

Poderwał gwałtownie głowę, jakbym go zaskoczyła.

– Władca Pierścieni? Nieźle! – Głos lekko mu się załamał, gdy wypowiadał ostatnie słowo, i ponownie posłał mi ten krzywy uśmiech, od którego przeszedł mnie dreszcz. – Ale nie. Po prostu Sam. Moja mama lubi jednosylabowe męskie imiona, takie jak Sam lub Charles. Mówi, że te krótkie brzmią mocniej. Czasem jednak, gdy jest naprawdę wkurzona, mówi do mnie: Samuel. Twierdzi, że dzięki temu, że jest dłuższe, może na chwilę oderwać myśli od tego, co ją zezłościło.

Roześmiałam się, a wówczas jego uśmieszek zmienił się w pełnoprawny uśmiech, podczas którego jeden z kącików ust unosił się wyżej niż drugi. Zachowywał się w ten swobodny, niewymuszony sposób typowy dla kogoś, kto nie stara się nikomu przypodobać – i imponowało mi to. Chciałam być taka sama.

Pałaszowałam właśnie kolejne ciastko, gdy Sam znowu się odezwał:

– No to… co twój tata miał na myśli tam, na dole?

Udałam, że nie wiem, o czym mówi. W głębi duszy liczyłam na to, że nie dosłyszał. Sam zmrużył jednak oczy i uściślił cicho:

– Na temat tego, że powinnaś się z kimś przyjaźnić.

Skrzywiłam się, a potem przełknęłam ślinę, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć ani jak wiele mogę mu wyjawić.

– W tym roku w szkole miałam pewne… – narysowałam w powietrzu znak cudzysłowu – …przejścia z dziewczynami z mojej klasy. Nie lubią mnie już.

Zaczęłam się bawić bransoletką na nadgarstku, a Sam w milczeniu rozważał moje słowa. Gdy podniosłam na niego wzrok, spostrzegłam, że mi się przygląda ze ściągniętymi brwiami, jakby rozwiązywał zadanie matematyczne.

– W ubiegłym roku dwie dziewczyny z mojej klasy zostały zawieszone za znęcanie się nad inną uczennicą – powiedział wreszcie. – Namawiały chłopców, żeby się z nią na żarty umawiali, a potem wyśmiewały się z niej, że w to uwierzyła.

Cóż, chociaż Delila z pewnością mną teraz gardziła, nie sądziłam, by posunęła się aż tak daleko. Zastanawiałam się, czy Sama również zmuszono do udziału w tym „żarcie”, a on, całkiem jakby czytał mi w myślach, wyjaśnił:

– Namawiały mnie, żebym im pomógł, ale odmówiłem. Uznałem, że to podłe i głupie.

– To totalnie głupie! – zgodziłam się z nim, czując ulgę.

Nie spuszczając ze mnie spojrzenia tych swoich niebieskich oczu, płynnie zmienił temat:

– Opowiedz mi o tej bransoletce, którą się ciągle bawisz. – Wskazał na mój nadgarstek.

– To moja bransoletka przyjaźni!

Zanim stałam się wyrzutkiem społecznym, słynęłam w szkole z dwóch rzeczy: zamiłowania do horrorów i moich bransoletek przyjaźni. Wyplatałam je w skomplikowane wzory, ale najważniejszy był dobór odpowiednich kolorów: rozważnie wybierałam paletę odzwierciedlającą osobowość przyszłego właściciela. Ta, którą zrobiłam dla Delili, była utrzymana w tonacji różów i głębokich czerwieni – kobieca i silna. Moja własna stanowiła modne połączenie jaskrawopomarańczowego, jaskraworóżowego, brzoskwiniowego, białego i szarego. Delila od zawsze była najładniejszą i najpopularniejszą dziewczyną w naszej klasie i chociaż inne dzieciaki mnie lubiły, wiedziałam, że to przyjaźni z nią zawdzięczam swój status. Gdy o zrobienie bransoletek poprosiły mnie wszystkie dziewczyny z naszej klasy, a nawet kilka z ósmej, poczułam się, jakbym wreszcie osiągnęła coś poza byciem zabawną kumpelą Delili. W końcu miałam wrażenie, że jestem kimś kreatywnym, fajnym i godnym zainteresowania. Wówczas jednak nadszedł ten dzień, w którym znalazłam na mojej ławce trzy bransoletki uplecione dla trzech moich najlepszych przyjaciółek, pocięte na maleńkie kawałeczki.

– Od kogo ją dostałaś? – spytał Sam.

– Hm, cóż. Od nikogo. Sama ją zrobiłam.

– Rany, to naprawdę świetny wzór.

– Dzięki! – ucieszyłam się. – Ćwiczyłam cały rok! Pomyślałam, że neonowe kolory będą bardzo ładnie współgrały z brzoskwiniowym.

– Zdecydowanie – potwierdził, pochylając się nieco bliżej. – A czy mogłabyś zrobić taką i dla mnie? – zapytał, ponownie podnosząc na mnie wzrok. Mówił serio.

Zerwałam się na równe nogi i porwałam z biurka zestaw mulin, a potem postawiłam na podłodze pomiędzy nami niewielką, drewnianą skrzyneczkę z moimi inicjałami wyciętymi na wieczku.

– Mam całkiem sporo różnych kolorów, ale nie wiem, czy znajdę coś, co ci się spodoba… – stwierdziłam, wyjmując ze środka różno­barwne nici do haftowania. Nigdy wcześniej nie robiłam takiej bransoletki dla chłopca! – Powiedz mi jednak, co lubisz, a jeśli nie będę tego miała, poproszę mamę, żeby zabrała mnie do miasteczka i sprawdzę, czy to dostanę… Zazwyczaj robię je dla osób, które znam nieco lepiej. To może brzmieć trochę głupio, ale próbuję dopasowywać kolory do ich osobowości…

– Wcale nie brzmi głupio – zapewnił mnie. – No to… co te kolory mówią o tobie? – Wyciągnął rękę i skubnął jedną z luźnych nitek końcówki bransoletki.

Zauważyłam, że jego dłonie, tak jak stopy, są duże – wydawały się nieproporcjonalnie wielkie w stosunku do ciała. Przypominały mi groteskowo wielkie łapy młodego owczarka niemieckiego.

– One… hm, cóż, w zasadzie nic nie znaczą – bąknęłam. – Uznałam po prostu, że takie zestawienie będzie wyglądało in­teresująco. – Skupiłam się na układaniu nitek kolorami, porządkując je od najjaśniejszych do najciemniejszych na drewnianej podłodze między nami. – Może uplotłabym ci niebieską, żeby pasowała do twoich oczu? – myślałam na głos. – Nie mam jednak zbyt wielu odcieni niebieskiego, więc musiałabym kilka dokupić…

Podniosłam na niego wzrok, żeby sprawdzić, co o tym sądzi, jednak nie patrzył na mulinę, tylko na mnie.

– Nie ma sprawy – powiedział. – Chciałbym dokładnie taką samą jak twoja.

 

 

NASTĘPNEGO RANKA BŁYSKAWICZNIE pochłonęłam śniadanie, a potem popędziłam z moim zestawem mulin nad wodę. Usiadłam po turecku na pomoście i przypięłam bransoletkę agrafką do szortów, żeby zacząć pleść w oczekiwaniu na Sama.

Gdy usłyszałam dudnienie jego kroków na sąsiednim pomoście, odniosłam wrażenie, jakby dobiegały tuż zza moich pleców. Chwilę później go zobaczyłam: miał na sobie te same granatowe szorty co wczoraj; wyglądały, jakby lada chwila mogły spaść mu z zadka. Pomachałam do niego, a on podniósł rękę w geście powitania, a potem dał nura do wody i zaczął wpław pokonywać dzielący nas dystans. Dotarcie do mnie zajęło mu niecałą minutę.

– Szybko pływasz – zauważyłam z podziwem. – Ja chodziłam na lekcje, ale gdzie mi tam do ciebie.

Uśmiechnął się do mnie tym swoim krzywym uśmiechem, a potem podciągnął się na pomost i klapnął na deski koło mnie. Woda ściekała mu strumyczkami z włosów na twarz i klatkę piersiową, która była tak chuda, że wydawała się niemal zapadnięta. Nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że siedzi właśnie półnagi tuż obok dziewczyny, którą ledwo zna, to w żaden sposób nie było tego po nim widać. Pociągnął za pasma nitek, które właśnie splatałam.

– Czy to moja bransoletka? – zagadnął. – Wygląda super!

– Zaczęłam ją pleść wczoraj wieczorem – poinformowałam go. – Tak naprawdę robi się je bardzo szybko. Powinnam ją skończyć do jutra.

– Fantastycznie. – Wskazał gestem swoją tratwę. – Gotowa do odbioru należności?

W zamian za bransoletkę zgodził się pokazać mi, jak skakać saltem z tratwy do wody.

– Jasne! – zapewniłam, zdejmując z głowy czapkę z daszkiem i smarując twarz obficie kremem z filtrem.

– Widzę, że naprawdę poważnie podchodzisz do zaleceń ochrony przed słońcem, hę? – zauważył, podnosząc moją czapkę.