Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
80 osób interesuje się tą książką
Dyscyplina. Uległość. Dominacja. Wolność.
Sprawa oszustw finansowych sprowadza rozchwytywanego architekta, Heliosa Zachariasza, do Babilonu – najmodniejszego wrocławskiego klubu dla społeczności queerowej.
Mężczyzna szuka tam wytchnienia od narastających problemów i pomocy w rozwiązaniu sprawy, ale na początku wydaje mu się, że odnajduje jedynie cień z przeszłości. Los Heliosa zmienia się jednak w ostatniej chwili – wychodząc, wpada na nieznajomego o najpiękniejszej twarzy, jaką kiedykolwiek widział, i jeszcze bardziej osobliwym zachowaniu.
Od tego momentu między mężczyznami zaczyna się gra, w której każdy z nich testuje granice tego drugiego, a przyjemność przenika się z żądzą dominacji i pragnieniem uległości.
Obaj mają siedem nocy, aby przekonać się, który z nich okaże się górą.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 334
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla wszystkich, którzy boją się wyrażać siebie.
Pamiętajcie, że jesteście piękni.
ROZDZIAŁ 1
Wsparł się dłońmi o blat baru i zwiesił głowę, zaciskając oczy. Nie przywykł do takiego hałasu, a dudniąca muzyka podsycała w nim jeszcze złość, a także i ból, który teraz kumulował się w jego skroniach.
– Helios – mruknął do siebie, masując palcami nasadę nosa. – Po co ty tu w ogóle przyszedłeś?
Nadal się nad tym zastanawiał. Chciał myśleć, że dał się do tego pomysłu przekonać Noemi. Spotkał się z nią rano, żeby obgadać przyszłość bratanka, bo chłopaka czekał wybór liceum. Oryginalnie miał tylko porozmawiać ze szwagierką o tym, jakie szkoły we Wrocławiu mogą okazać się najlepsze dla Adriana, bo przecież on poprzez fundację wspierał kilka z nich, ale skończyło się na tym, że zaczął jej się zwierzać. Od słowa do słowa wyjawił jej nie tylko to, że prawdopodobnie współpracownik go oszukuje, ale także wyznał, jak bardzo ostatnio doskwiera mu samotność. Zrobił to, bo Noemi potrafiła słuchać, choć sama nie za bardzo lubiła dzielić się tym, co jej doskwierało. O dziwo, umiała też dawać dobre rady – mimo że jej życie przypominało budynek, w którym podwaliny toczył grzyb, ale fasadę co roku poddawało się renowacji. Może dlatego posłuchał jej, kiedy zainsynuowała, że powinien trochę mniej skupiać się na niej i jej synu, a zamiast tego zadbać o własne potrzeby. Zacząć ponownie wychodzić do ludzi. Spotykać się z facetami. Nawet iść się puścić, jakby nadal miał dwadzieścia kilka lat. A gdzie indziej mógłby to zrobić, jeśli nie w Babilonie?
Powtarzając to sobie teraz, otworzył w końcu oczy. Uniósłszy głowę, rozejrzał się po lokalu. Światło stroboskopowe pulsujące w takt całkiem dobrego kawałka oślepiło go jeszcze mocniej. Dał jednak radę wyłapać detale wystroju, a nawet docenić to, że jakiś jego kolega po fachu tak zręcznie zachował surowy charakter budynku, pomimo tego, że oryginalne wnętrze praktycznie w całości wydrążono i zbudowano w jego miejsce misterną, metalowo-szklaną konstrukcję. Przez pięć pięter budowli, w której niegdyś bronili się niemieccy żołnierze w czasie Festung Breslau, teraz przebiegały więc stalowe krużganki, pomiędzy którymi zawieszono oszklone pokoje i klatki goszczące praktycznie nagich tancerzy.
To pierwsze, co rzuciło mu się w oczy w tym miejscu, i podejrzewał, że stanowiło pewnego rodzaju obwieszczenie o wyjątkowości tego lokalu dla każdego nowicjusza, który przechodził przez jego progi. W końcu okazały klub usytuowany w sercu Wrocławia w zaledwie kilka miesięcy po otwarciu stał się jedyną przestrzenią w całym województwie, w której osoby queerowe mogły czuć się swobodnie.
Helios często bywał w tego typu przybytkach za granicą. Przed tym, jak zachorował, potrafił nawet specjalnie polecieć do Londynu, żeby spędzić weekend na dzikich ekscesach w klubie na Vauxhall, gdzie w obcisłych skórzanych spodniach i bez koszulki bawił się do rana wśród innych leather daddies1. Bałamucił ledwo pełnoletnich chłopców w darkroomie. Pił do nieprzytomności i zdzierał sobie gardło, śpiewając wraz z innymi Proud2.
To działo się jednak sześć lat temu. Zanim dowiedział się, że choruje na raka. I przed tym, jak odkrył, że nie tylko ma rodzinę, ale też jego brat – którego wtedy nie widział od dwudziestu lat – się nad tą rodziną znęca. Po tym nagle musiał stawić czoła chorobie i równocześnie zaopiekować się dwójką kompletnie zagubionych ludzi. Właściwie stać się dla nich ekwiwalentem męża i ojca. Wejść w role, które – jak mu się zawsze wydawało – nie są dostępne dla takich ludzi jak on. Zrobił to jednak z zaskakującą łatwością, a przy tym uzmysłowił sobie, że dzięki temu zyskał coś, czego nawet nie wiedział, że potrzebuje.
To nie oznaczało, że nagle zaczął potępiać lokale takie jak Babilon. Uważał, że są potrzebne. Stanowiły tętniące życiem serca jego społeczności. Powstały dla ludzi, którzy zdecydowanie potrzebowali takiej enklawy – miejsc, gdzie mogli wyrażać siebie i czuć wolność, pozostając bezpiecznymi.
Tak więc samo miejsce nie stanowiło dla niego problemu. W końcu przyszedł tutaj, bo łaknął tej odrobiny swobody, którą kiedyś tak łapczywie chłonął, a jednocześnie łudził się, że może rzeczywiście spotka tu kogoś sensownego. Zamiast tego napotkał ducha. A właściwie demona o niebieskich tęczówkach, które nadal czasami widywał w snach. W nich jednak należały do młodego chłopaka, a teraz, na jawie, do dorosłego mężczyzny.
Versace – którego znał kiedyś jako tylko Konrada Gronczewskiego, a którego teraz prasa i policja często mianowały tytułem księcia wrocławskiego półświatka – wydoroślał od ich ostatniego spotkania. I nie chodziło o to mające miejsce kilkanaście lat temu, kiedy to Helios stanowił dla osiemnastoletniego Gronczewskiego cały świat, ale o parę spędzonych wspólnie dni w czasie white party3 na Ibizie, trzy lata temu. Wtedy Konrad był dzieciakiem w ciele dorosłego faceta. Bawił się w prawnika i nawet mu to wychodziło, ale cały jego byt obracał się koło kolejnego dużo starszego od niego mężczyzny. Następnego ojca, którego Versace tak naprawdę nie miał, ale intensywnie szukał, sypiając z dojrzałymi kolesiami.
Aż nagle wrócił do Polski, przejął interesy po mężczyźnie, który go spłodził, ale nie wychował. Otworzył ten klub. Zapomniał o starszych facetach. Wyraźnie zapomniał też o Heliosie. I sam rujnował życia innych ledwo pełnoletnich chłopców. Zarówno teraz – stawiając rozochoconemu tłumowi drinki, tańcząc, całując się i poświęcając innym tę odrobinę uwagi, która potrafiła sprawić, że tracili dla niego głowę – jak i na co dzień, będąc odpowiedzialnym za plagę tanich dopalaczy. Bo na fundamentach uzależnienia Konrad budował imperium. Robił to z premedytacją, ale po cichu i tak sprawnie, że policja nie mogła znaleźć na niego nawet najmniejszego haka.
Helios wiedział o tym, bo ostatnio nie było tygodnia, w którym do jego fundacji nie trafiłby kolejny zagubiony, szukający pomocy dzieciak. Odrzucony przez rodzinę, skołowany i oszukany. Całkowicie opętany przez demona o niebieskich oczach. Chwytał się ostatniej deski ratunku, przychodził do nich i otrzymywał pomoc. Wszystko po to, żeby często i tak wrócić do nałogu. Zawitać ponownie w progi Babilonu. Kolejny raz spróbować zwrócić na siebie uwagę tylko po to, żeby Gronczewski wybrał go choć raz i zaprosił do siebie. Tyle właśnie był wart numerek z księciem wrocławskiego półświatka. Ludzkie życie.
Czy to ja stworzyłem tego potwora? – pomyślał Helios i prychnął. Znów odszukał wzrokiem znajomą sylwetkę. Bezczelny smarkacz, który kiedyś drżał w jego ramionach ze strachu przed pierwszym razem, w tym momencie kilka metrów dalej spijał z pępka jakiegoś małolata szota tequili. Chłopak wydawał się niepełnoletni, ale Konradowi to chyba nie przeszkadzało. Dla niego ważniejsze było to, że w momencie gdy językiem zlizywał ze spoconej skóry resztki alkoholu, kuse majtki chłopaka zrobiły się widocznie za ciasne, co wywołało kolejne entuzjastyczne okrzyki zebranego wokół nich tłumu. Dzięki temu ta część baru, przy której stał Helios, wyludniła się na tyle, że dokoła niego zrobiło się nawet chłodniej. Światła też skupiły się na właścicielu klubu, a muzyka jakby lekko przycichła. On za to pomyślał, że to dobry moment, by wrócić do domu.
Nie odpuszczał dlatego, że Konrad stanowił dla niego konkurencję, bo Helios nadal przechwytywał spojrzenia świadczące o tym, że wystarczyłoby tylko jedno jego słowo, a mógłby mieć tych młodych mężczyzn w każdy sposób, jaki tylko by sobie wymarzył. Jak na czterdzieści trzy lata trzymał się bardzo dobrze, co zawdzięczał codziennemu dwugodzinnemu treningowi na siłowni i restrykcyjnej diecie. Z imponującymi ponad dwoma metrami wzrostu stanowił więc mokry sen większości queerowych mężczyzn, których spotykał na swojej drodze. Tyle że teraz po prostu nie widział sensu w zaczynaniu czegokolwiek z kimś, kto ledwo skończył liceum, a w Babilonie nie zauważał nikogo innego. Odepchnął się więc rękami od baru i odsunął od niego stanowczo, ale zanim zdążył się obrócić, poczuł mocne szturchnięcie. O dziwo, nie usłyszał przeprosin.
– Widzę, że w tym lokalu dobre maniery nikogo nie obowiązują – rzucił więc i zerknął przez ramię na intruza.
Chciał, żeby w jego spojrzeniu odbiły się uraza i ostrzeżenie, ale gdy zobaczył stojącego koło niego mężczyznę, jego wzrok zelżał. Spodziewał się kolejnego gówniarza, ale nieznajomy wyglądał na dużo starszego. Zdecydowanie też przyćmiewał urodą większość obecnych bywalców Babilonu. Patrzył na Heliosa wyzywająco zielonymi oczami, wyzierającymi spod opadających mu na czoło jasnych, przydługich włosów, a po chwili bezczelnie się uśmiechnął i, zamiast przeprosić, zapytał:
– Też stoisz do niego w kolejce?
Helios, na równi zaskoczony i zdezorientowany pytaniem, zmarszczył ciemne brwi.
– Chodzi ci o barmana? – dopytał jeszcze.
Nieznajomy pokręcił głową i zanim cokolwiek wyjaśnił, wsunął się zwinnie na miejsce obok Heliosa, aby wreszcie skinąć brodą w kierunku, skąd poniósł się właśnie tubalny śmiech Gronczewskiego, wibrujący ponad ściszoną muzyką.
– Też stoisz w kolejce do Versace? – doprecyzował.
Drugi mężczyzna prychnął.
– Też, czyli tak jak ty?
– Jak cała ta chmara małolatów – poprawił go rzeczowo nieznajomy, nachylając się lekko w jego stronę.
Sięgał Heliosowi zaledwie do ramion, więc musiał teraz zadzierać głowę, by mogli spotkać się wzrokiem, ale to nie wydawało mu się przeszkadzać. W jego spojrzeniu nadal kryły się pewnego rodzaju hardość i zarozumiałość oraz coś na kształt wyzwania. A kim byłby Helios, gdyby go nie podjął?
– Czy ja wyglądam na kogoś, kto leci na coś, co chcą mieć wszyscy? – odparł więc równie pewnym tonem.
Nieznajomy uśmiechnął się zdawkowo.
– Wyglądasz na kogoś, kto go dobrze zna.
– Skąd ta konkluzja?
– Patrzysz na niego tak, jakbyś wiedział o nim więcej niż ktokolwiek tutaj – wyjaśnił mężczyzna, teraz już uśmiechając się w pełni, i nagle oznajmił: – I spałeś z nim.
– Dawno temu – odparł szybko Helios, czując dziwną potrzebę wytłumaczenia się.
Sprawił to sposób, w jaki jego rozmówca to wypowiedział. Tak jakby oskarżał go o popełnienie zbrodni, jaką była jakakolwiek znajomość z Gronczewskim.
A Heliosowi w pewien sposób sprawiło to przyjemność, bo jeszcze nigdy nie spotkał mężczyzny, który potrafiłby oprzeć się Konradowi, a do tego potępiał jego działania. Szczególnie że książę wrocławskiego półświatka nie przepuściłby okazji, żeby spędzić czas z kimś takim jak mężczyzna stojący koło niego, który uśmiechając się już subtelniej, studiował z zainteresowaniem twarz Heliosa. Gronczewski może i był bezczelny, bezduszny i brawurowy, ale jak nikt inny oprócz zewnętrznego piękna potrafił docenić także przenikliwy umysł. A nieznajomy poprzez niespotykaną w takim miejscu rozmowę udowadniał, że nie tylko emanuje zewnętrznym pięknem, ale także potrafi obserwować, szybko myśleć i nie boi się używać sarkazmu.
Zaintrygował Heliosa już pierwszym pytaniem, ale teraz go hipnotyzował. Tym wyzywającym spojrzeniem. Domyślnym uśmiechem sięgającym iskrzących się oczu. Bezczelną bliskością. Zapachem spoconego ciała, zroszonego perfumami przywodzącymi na myśl czystość stojącą w kontraście do dusznego powietrza, które niemal ich oblepiało i wywoływało wrażenie, że znajdują się sami w tej ciasnej przestrzeni przy barze. I właśnie dlatego Helios zamiast odejść, tak jak planował, równie prowokacyjnie zapytał:
– A ty?
Nieznajomy jednak tylko wyciągnął ku niemu rękę.
– A ja nazywam się Aleksander.
– Olek?
– Aleksander – powtórzył uparcie drugi mężczyzna.
– Heliodor Zachariasz – odwzajemnił w końcu grzeczność Helios.
– Heliodor? – powtórzył z rozbawieniem w głosie nieznajomy. – Twoi rodzice musieli cię bardzo nie lubić.
– To akurat się zgadza – mruknął Zachariasz, uśmiechając się krzywo. – Dla uproszczenia możesz mówić do mnie Helios.
– Czy będziemy znać się na tyle długo, żebym musiał zdrabniać twoje imię?
– Ty mi to powiedz.
Aleksander zamilkł. Jeszcze przez chwilę przyglądał się wnikliwie Zachariaszowi, jakby próbował dopatrzeć się w jego twarzy czegoś, co tylko on mógł dostrzec. Aż w końcu poruszył się i to dziwne napięcie pękło.
Helios wiedział jednak, że nieznajomy właśnie się na coś zdecydował. Potwierdził to płynnym ruchem – podniósł zgrabną dłoń, aby przywołać barmana. A kiedy ten się koło nich zmaterializował w zaledwie kilka sekund i Aleksander, nie pytając o zdanie Zachariasza, zamówił dla nich wódkę na lodzie, Helios poczuł coś na kształt satysfakcji ze zwycięstwa, choć był przekonany, że tej bitwy nie wygrał z tym mężczyzną, ale raczej ze wszystkimi innymi, których nieznajomy w ten wieczór nie uraczy już uwagą.
Mógł przysiąc, że czuje ich spojrzenia na sobie. Ci stojący najbliżej na pewno na nich teraz patrzyli. Szczególnie kiedy na blacie pojawiły się drinki i Aleksander częściowo po to, żeby uciec od ponownie gęstniejącego tłumu, a częściowo kontynuując ich rozpoczętą przed momentem grę, zamarkował, że sięga do pojemnika z rurkami, i jednocześnie wśliznął się pomiędzy bar a Heliosa. I na tym nie poprzestał, bo chwyciwszy szklanki, zwinnie obrócił się w stronę drugiego mężczyzny. Wpasował się w ciasną przestrzeń pomiędzy krawędzią blatu a ciałem Zachariasza, czym zmusił mężczyznę, żeby usiadł na znajdującym się za nim stołku.
Helios wiedział, o co chodziło w tym zagraniu. Aleksander sprawdzał jego intencje. To, czy zareaguje agresywnie i przejmie kontrolę. Przekroczy granicę, bo uzna to za zaproszenie do sięgnięcia po wszystko. Czyli postąpi tak jak pewnie większość z nadal intensywnie obserwujących ich mężczyzn.
On jednak nimi nie był. Potrafił i – co więcej – lubił grać w tę grę. Rozkoszował się nią, więc chciał ją przeciągać. Jednocześnie wiedział, że jeśli pozwoli się prowadzić, dostanie nagrodę o wiele przyjemniejszą niż krótki taniec na odczepnego. I chociaż Zachariasz nie tego szukał w Babilonie tego wieczoru, to w tym momencie perspektywa wtopienia się w darkroomie w to rozkosznie rozgrzane ciało stojące naprzeciwko niego wydawała się wystarczająca, żeby zająć jego myśli na kilka następnych miesięcy.
Nie dotknął więc Aleksandra, a jedynie jeszcze trochę rozsunął nogi, pozwalając mężczyźnie się do niego zbliżyć, i w końcu odebrał od niego drinka.
– Często tutaj bywasz – stwierdził też bardziej, niż zapytał, po czym upił trochę alkoholu.
Aleksander nie odpowiedział, ale uniósłszy wzrok, rozejrzał się i również pochwycił spojrzenia obserwujących ich facetów. Dzięki temu zrozumiał od razu, co Helios miał na myśli.
– Ostatnio tak – przyznał więc w końcu, wracając wzrokiem do Zachariasza i nie dając mu zadać kolejnego pytania, sam zagadnął: – A ty dlaczego wybrałeś sobie akurat poniedziałkową noc, żeby pierwszy raz odwiedzić Babilon?
– Wydawało mi się, że dzisiaj będzie tutaj najmniej ludzi.
– Trwają juwenalia – zauważył Aleksander, znacząco unosząc jasną brew, jakby to miało wszystko tłumaczyć.
– Czyli mam rozumieć, że ty gustujesz w studentach? – odbił pytanie Helios.
Drugi mężczyzna pokręcił głową i przygryzł dolną wargę, żeby powstrzymać się od śmiechu.
– Lubię facetów takich jak ty – powiedział też w końcu, kiedy udało mu się opanować.
– Starszych? – zaryzykował następne pytanie Zachariasz, bezczelnie się uśmiechając, bo dobrze wiedział, że jego wiek na pewno nie stanowi problemu.
Aleksander jednak nie odwzajemnił uśmiechu, a tylko pochylił się ku niemu jeszcze parę centymetrów i wyjawił poufale:
– Takich, którzy chcą oddać nad sobą kontrolę.
– I ja do nich należę? – dopytał Helios, udając zdziwienie. – Po czym to poznałeś?
Na to pytanie tym razem kąciki ust drugiego mężczyzny drgnęły, a on przybliżył się jeszcze odrobinę.
– Po prostu wiem, czego teraz potrzebujesz – wyszeptał Zachariaszowi prosto do ucha.
Helios drgnął, gdy te niemal namacalne słowa otarły się o jego skórę wraz z oddechem mężczyzny i wybrzmiały w jego wnętrzu zaskakującą pewnością. Zdławił jednak potrzebę spojrzenia w twarz nieznajomego. Obrócił się tylko lekko w stronę Aleksandra – tak, że jego usta zostawiały teraz wilgotny ślad na jego policzku – i zapytał:
– Czego potrzebuję?
– Dotyku – wyjaśnił szybko drugi mężczyzna i nagle się odsunął.
Oparł się plecami o rant baru, a na jego ustach rozlał się arogancki uśmiech, bo doskonale wiedział, że ma rację.
Helios za to nie miał pojęcia, jak w tak krótkim czasie Aleksandrowi udało się go rozszyfrować, ale to właśnie tego rodzaju bliskości brakowało mu najbardziej. Łaknienie jej potrafiło wyciągnąć go z domu. Sprawić, że uganiał się za nią po innych krajach i zaglądał do klubów na Vauxhall, gdzie w obcisłych skórzanych spodniach i bez koszulki bawił się do rana wśród innych leather daddies. Bałamucił ledwo pełnoletnich chłopców w darkroomie. Pił do nieprzytomności i zdzierał sobie gardło, śpiewając wraz z innymi Proud. I tego wieczoru przyszedł tutaj i łudził się, że wreszcie się zaspokoi. Przynajmniej na kilka następnych tygodni albo chociaż na parę kolejnych długich i wypełnionych samotnością dni, gdy tęsknił do tego, co było dawno temu, ale też nigdy nie powinno było się stać.
Skoro więc Aleksander go rozszyfrował, nie było sensu udawać, dlatego Helios jednym haustem wypił rozcieńczoną wódkę i odstawiwszy szklankę na bar, uniósł przed drugim mężczyzną zimną od oszronionego szkła rękę w geście poddania. A gdy cierpki alkohol rozlał się po jego języku i rozgrzał wnętrze ust, uśmiech nieznajomego zmienił się w domyślny, a następnie zadowolony, bo Aleksander owinął wokół nadgarstka Zachariasza szczupłe palce i delikatnie, ale stanowczo pokierował w swoją stronę dłoń Heliosa.
Zachariasz widział, jak w zielonym spojrzeniu odbija się przyjemność, gdy Aleksander zauważył, z jaką łatwością może nim kierować. Czy była równa fali satysfakcji zalewającej właśnie Heliosa, gdy drugi mężczyzna wsunął jego dłoń pod swoją jedwabną, lekko mokrą od potu koszulę i przycisnął ją do swojej wilgotnej skóry?
Zachariasz miał nadzieję, że tak, ale nie mógł teraz tego sprawdzić, bo z fascynacją patrzył, jak jego palce przesuwają się pod półprzeźroczystym białym materiałem. Rozkoszował się gorącem, jakim emanował nieznajomy, gdy zagarniał coraz większe połacie jego ciała dla siebie. Zdobywając je w ten sposób centymetr po centymetrze, w końcu dotarł do już stwardniałych sutków. Nakrywając je całą dłonią, ścisnął jeden z nich kłykciami, żeby już po chwili potrzeć go szorstkim kciukiem, czym wreszcie wywołał w Aleksandrze reakcję.
Ten syknął cicho i lekko się wygiął, napierając na Heliosa ciałem. Ścisnął też jego nadgarstek i to sprawiło, że Zachariasz oprzytomniał. A może wywołał to śmiech, który dobiegł go z przeciwległej strony baru, bo wraz z nim nagle wróciła do niego również muzyka. Wybuchła w jego czaszce i przypomniała mu o tym, gdzie się znajduje. Do kogo należy ten śmiech. W czyim lokalu przebywa.
Helios automatycznie spojrzał w stronę Konrada. Versace nadal bawił się w najlepsze, otoczony małolatami, i nie miał pojęcia, że Zachariasz – jego pierwszy kochanek – znajduje się zaledwie kilka metrów dalej. Pewnie nawet nie pamiętał o jego istnieniu, podczas gdy Helios jak głupi rozpamiętywał każdy dzień, który razem spędzili. Robił to, bo chociaż bardzo nie chciał się do tego przyznać, Gronczewski też był jego jedynym poważnym związkiem. Co więcej, ten dziesięć lat młodszy szczyl widocznie nadal władał jego światem, bo to jego dotyku Zachariasz tak łaknął. Wstydził się tego, a jednak nieprzerwanie od lat to jego starał się odnaleźć w innych facetach. I cały czas popełniał ten sam błąd – tracił każdego, bo żaden nie był Konradem. Tak jak teraz, gdy nieoczekiwanie Aleksander strącił gniewnie jego dłoń i spróbował się odsunąć.
Sam jednak ustawił się w tej pozycji i pomiędzy barem a mocnym ciałem Heliosa nie miał miejsca na ruch. Zwłaszcza że Zachariasz postanowił, że tym razem nie da się pokonać demonowi o niebieskich oczach. Nie przepuści przez niego kolejnej okazji. Nawet takiej, która miałaby mu dać tylko chwilowe ukojenie.
Skupił więc znów całą swoją uwagę na Aleksandrze. Nie tylko nie pozwolił mu uciec, ale też wstał gwałtownie. Szybkim ruchem pochwycił nadgarstek mężczyzny i przysunął go do siebie, gwałtownie zamykając jego wargi w pocałunku. Skorzystał też z zaskoczenia Aleksandra i wsunął rozgrzany język w wilgotne i cierpkie od alkoholu wnętrze jego ust, a następnie wolnym ramieniem zagarnął go w pasie i władczo przysunął do siebie, spijając z niego rozedrgane westchnienie zdziwienia i nagłej przyjemności.
– Darkroom? – udało mu się jeszcze zapytać pomiędzy pocałunkami.
Aleksander jednak z trudem potrząsnął głową i ciasno oplótł ramionami szyję Heliosa. I zanim pogłębił pocałunek, wydusił z siebie:
– Moje mieszkanie.
ROZDZIAŁ 2
Musiał oprzeć się czołem o drzwi, żeby powstrzymać się przed wydaniem jakiegokolwiek dźwięku. Ich chłodna powierzchnia dodatkowo przyjemnie koiła gorączkę, jaką rozpalały w nim pocałunki drugiego mężczyzny. To z kolei pozwoliło mu jeszcze chwilę pozostać trzeźwym i kontynuować plan.
Niestety, tak jak przewidział, Helios nie ułatwiał mu zadania. Tak samo teraz – kiedy mężczyzna mocno pochylił się nad nim, żeby łapczywymi, mokrymi pocałunkami znaczyć każdy fragment skóry znajdującej się w jego zasięgu – ale też wcześniej, w taksówce, kiedy Zachariasz nie pozwalał mu oddychać, z pasją okupując jego usta.
Aleksander musiał przyznać, że trochę mu to imponowało, bo żadna z jego poprzednich ofiar nie wykazała się taką brawurą. Nawet Gronczewski kazał mu poczekać z wyjściem z sądowej toalety, tak żeby nikt nie skojarzył, że spędzili w niej parę upojnych chwil. Helios za to nie wstydził się tego, kim był, z kim spędzał czas i co w tym czasie robił. Właściwie się z tym obnosił, tak jakby lubił gorszyć innych. Nie krępował się więc obmacywać Aleksandra w taksówce, nawet jeśli kierowca bacznie ich obserwował. Po dojechaniu na miejsce Zachariasz po prostu dał szczodry napiwek, obdarzając taksiarza aroganckim uśmiechem. A potem dopadł Aleksandra przy drzwiach wejściowych do budynku, ukoił ciepłem ciała chłód kwietniowej nocy i zaczął ponownie całować przy każdej nadarzającej się ku temu okazji, gdy bardzo powoli pięli się po schodach, a on dziękował sobie, że kupił mieszkanie na pierwszym piętrze, gdzie oprócz jego lokalu znajdowały się już tylko biura.
Uwaga, którą Helios go obdarowywał, zdawała się wręcz dusząca. Pachniała jego perfumami od Hermèsa i potem, w którym dawało się wyczuć podniecenie. Odurzała niczym najsłodsza trucizna. I ktoś inny mógłby z łatwością paść jej ofiarą, ale nie on. Aleksander od początku wiedział, czego się spodziewać. W końcu miał do czynienia ze sławnym Heliodorem Zachariaszem, naczelnym polskim gejem, najbogatszym Wrocławianinem, wielokrotnie nagradzanym architektem, filantropem i playboyem.
Właśnie z powodu tej ostatniej przywary Aleksander zdecydował, że tej nocy złamie tego mężczyznę. Odkąd tylko wypatrzył go przy barze, czuł, że musi go ukarać. Nie tylko dla siebie, ale dla tych wszystkich nieszczęśników, których Zachariasz zniszczył swoim traktowaniem, a o których tak bardzo rozpisywano się chociażby na Pudelku. Bo Helios był psem. I nawet jeśli teraz zachowywał się jak wyposzczony szczeniak, spragniony dotyku łaskawej ręki, to Aleksander przeczuwał, że to jedynie gra, która ma pomóc Zachariaszowi go rozbroić. Uczynić go poddanym tak samo jego ustom, jak dużym, ciepłym dłoniom czy też woli. Tak, żeby Helios mógł wykorzystać Aleksandra. Wykorzystać i wyrzucić niczym kolejną zużytą zabawkę.
Nie tym razem – pomyślał, przekręcając ostatni raz klucz w zamku, po czym obrócił się w ramionach drugiego mężczyzny, żeby zadarłszy głowę, spojrzeć mu w twarz.
– Zanim wejdziemy, muszę ci o czymś powiedzieć – oznajmił też szeptem, kiedy światło na korytarzu lekko przygasło.
– Masz bałagan w domu? – zażartował Zachariasz i ponownie się pochyliwszy, spróbował pochwycić wargami usta drugiego mężczyzny.
Ten jednak uchylił się w ostatniej chwili i zapierając się ręką o pierś Heliosa, odsunął go od siebie stanowczo.
– Wszyscy, którzy znajdują się w moim domu, podlegają mojej woli – zaczął powoli wyjaśniać, szukając wzroku Zachariasza w półmroku. – Gdy wchodzisz do mojego mieszkania, godzisz się na to, że to ja o wszystkim decyduję.
Drugi mężczyzna cofnął się lekko, wyraźnie zaintrygowany. Unosząc ciemną brew, dopytał z zaciekawieniem:
– O wszystkim, czyli też o tym, co…
– Tak – wszedł mu w słowo Aleksander. – Przede wszystkim o tym, co możesz, a czego nie chcę, żebyś ze mną robił, i o tym, co ja zrobię z tobą.
– Interesujące – mruknął Helios, bacznie obserwując drugiego mężczyznę spod zmrużonych powiek, kiedy ten kontynuował rzeczowym tonem:
– Jeśli będziesz wykonywał moje polecenia, spędzimy miłą noc, ale jeśli notorycznie zaczniesz się mi przeciwstawiać, przerwiemy spotkanie i grzecznie cię wyproszę.
Zachariasz uśmiechnął się nieznacznie i pochylił się kolejny raz nad niższym mężczyzną.
– A co, jeśli nie będę chciał przerwać? – zapytał cicho.
– Mam sposoby na to, żeby zadbać o swoje bezpieczeństwo – zapewnił go kategorycznie Aleksander.
Helios, słysząc te słowa, odsunął się, aby pochwycić spojrzenie drugiego mężczyzny. W jego wzroku nie kryło się jednak zaskoczenie, którym na tym etapie zazwyczaj emanowali inni. Aleksander nie wyczuwał w nim też sprzeciwu pomieszanego z rozczarowaniem, co u paru jego poprzednich ofiar przerodziło się w agresję. Zachariasz nie wyglądał nawet, jakby miał się zacząć targować. Patrzył raczej z uznaniem, które wybrzmiało również w jego słowach, gdy nagle zapytał:
– Robiłeś to już wiele razy, prawda?
– To nie twoja sprawa – uciął Aleksander, bo od razu domyślił się, o co chodziło.
– Moja, jeśli mamy się kochać – zaoponował ostrzej Helios.
Drugi mężczyzna westchnął zniecierpliwiony.
– Jesteś ze mną pod każdym względem bezpieczny – uspokoił jeszcze Zachariasza. – Jestem czysty i mogę ci to udowodnić, bo mam świeże wyniki, a w trakcie obaj się zabezpieczymy.
– Skąd wiesz, że ja jestem czysty?
– Po prostu wiem – powiedział Aleksander i powoli wyjaśnił: – Ktoś taki jak ty nie zdecydowałby się na seks z nieznajomym, jeśli byłby pozytywny.
Helios pokręcił z niedowierzaniem głową.
– Tak szybko wyrobiłeś sobie o mnie zdanie? – zapytał też, uśmiechając się przekornie.
Aleksander przytaknął, ale zamiast odpowiedzieć, zagadnął:
– Zgadzasz się na moje warunki czy się tutaj rozstajemy?
– Zgadzam – rzucił bez wahania Zachariasz.
– Świetnie – szepnął ni to do siebie, ni to do drugiego mężczyzny Aleksander, gdy po omacku odnalazł klamkę i otworzył w końcu drzwi.
Wszedł tyłem do mieszkania, wprowadzając za sobą Heliosa do przedpokoju tak, żeby móc go widzieć, bo wydawało mu się, że ten ponownie spróbuje się zbliżyć. Jednak ku jego zdziwieniu Zachariasz, choć patrzył na niego intensywnie spod opadających mu na czoło kruczoczarnych loków, trzymał się na dystans, jakby czekał na polecenie.
Czyżby naprawdę zamierzał się słuchać? – pomyślał zaskoczony tym odkryciem Aleksander, prowadząc ich dalej, do salonu, a na głos polecił:
– Usiądź na sofie.
– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem – mruknął Helios, gdy wszedł za nim, uśmiechając się przekornie.
Aleksander, który zdążył się już obrócić, rzucił mu przez ramię powątpiewające spojrzenie, ale nie skomentował tego żartu, tylko skierował się w stronę niewielkiego aneksu kuchennego.
– Czego się napijesz? – zapytał też po chwili, wchodząc za wyspę.
– Tego, co ty – odparł od razu Zachariasz i tak jak polecił mu drugi mężczyzna, opadł na sofę.
Aleksander bardziej to usłyszał, niż zobaczył, bo chcąc zapanować nad własną ekscytacją i na chłodno dostosować plan do nowych okoliczności, skupił się na przygotowywaniu drinków. A mimo to po chwili znów poczuł, jak zalewa go fala satysfakcji, gdy doszły go słowa, w których wybrzmiewał podziw:
– Podoba mi się, jak zaaranżowałeś tę przestrzeń – powiedział Helios. – Każda ze stref płynnie przechodzi w następną, a podzielenie ich francuskimi drzwiami sprawia, że w dzień pewnie wszędzie dociera naturalne światło – dodał, spoglądając w stronę sypialni, która znajdowała się zaraz za salonem.
Aleksander jedynie uchwycił go kątem oka, kiedy odwrócił się od wyspy do górnych szafek, żeby sięgnąć po odpowiednią butelkę z alkoholem, ale nie zareagował.
– Jestem architektem, stąd moja uwaga – ciągnął mężczyzna, jakby czuł się zobowiązany, że musi się wytłumaczyć, i nagle zapytał: – A ty czym się zajmujesz?
– W tym momencie tobą – odparł Aleksander i nadal starając się nie spoglądać w kierunku gościa, dodał: – Siedź więc cicho i nie przeszkadzaj.
To polecenie zadziałało jak magia, bo Zachariasz nawet nie odpowiedział. Za to Aleksander od razu poczuł, jak na jego policzki wypływa rumieniec, a ciało mimowolnie reaguje, ocierając się o wewnętrzną stronę jego spodni. Dlatego tylko utkwił wzrok w napełnionej już przez niego kruszarce do lodu.
Znał siebie i wiedział, że widok tak uległego akurat tego mężczyzny sprawiłby, że chciałby wszystko przyśpieszyć, a przecież obiecał sobie, że będzie się delektował tą zdobyczą. I to nie tak, że wcześniej nie czerpał z takich spotkań przyjemności. W końcu nie robił tego wyłącznie dla zemsty, tylko po to, żeby ukarać tych drani. Podniecała go nie jedynie sama gra, ale przede wszystkim władza, jaką nad nimi miał w jej trakcie.
Tamci faceci jednak stawiali na każdym etapie pewien opór. Sprzeciwiali mu się chociażby słownie. Aby poczuć się pewniej, próbowali żartować. Czasami rzucali jakimiś średnio smacznymi uwagami, mającymi zbić go z tropu. Przechwalali się. Stosowali technikę przyciągania i odpychania, kiedy najpierw go chwalili, a potem krytykowali. Innymi słowy – kiedy siadali na tej sofie, a Aleksander przygotowywał im drinka, nie przestawali mówić, nawet jeśli im tego zabronił, bo tylko tak mogli rozładować napięcie spowodowane oczekiwaniem na nieznane.
Dlatego we wszystkich przypadkach proponował im coś na rozluźnienie. Niewielką dawkę GHB, którą zawsze chętnie i całkowicie dobrowolnie przyjmowali, a która sprawiała, że stawali się całkowicie od niego zależni. A po wszystkim zostawało im miłe, ale mgliste wspomnienie wspólnej nocy oraz bardzo żywe doświadczenie z poranka, gdy bez słowa robił im kawę i wyrzucał z domu jak śmieci.
Helios za to milczał. Czekał. Całkowicie uległy i pogodzony. Dziwnie pokorny i spokojny. Już tak bardzo poddany, że Aleksander nie musiał go dodatkowo pacyfikować i dlatego zdecydował w ostatniej chwili, żeby tę sesję przeprowadzić trochę inaczej. Zamierzał zaryzykować, więc wziął do ręki tylko jedną szklankę, wrzucił do niej szczodrą porcję lodu, parę plastrów cytryny i zalał to wszystko wódką, i w końcu podniósł wzrok na drugiego mężczyznę.
Ten, liczący sobie na pewno ponad dwa metry wzrostu, masywnie umięśniony, zajmował niemal całą powierzchnię kanapy. Nonszalancko rozparty, z zapraszająco rozsuniętymi nogami i ramionami luźno spoczywającymi na oparciu, obserwował wnikliwie każdy ruch Aleksandra. Nadal lekko wilgotne od potu, poskręcane włosy całkiem opadały mu na czoło, co intensyfikowało jego natrętne spojrzenie. A wyzierająca z niego czysta, niepohamowana fascynacja czająca się w wyraźnie niebieskich tęczówkach sprawiała, że Helios bardziej przypominał wyczekującego na odpowiedni moment drapieżnika niż uległą ofiarę.
Czy Aleksander się pomylił? Czy chciwość zabrała mu zdolność trzeźwego osądu? Czy może powinien zaproponować Zachariaszowi narkotyk? Czy wtedy poczuje się pewniej? Czy zepsuje sobie zabawę?
Nie. Wtedy poszedłby na łatwiznę. Zmarnowałby okazję. Nie udowodniłby, że potrafi w pełni podporządkować sobie kogoś takiego jak słynny Heliodor Zachariasz.
Poza tym coś podpowiadało mu, że Helios nie zgodziłby się wziąć dopalacza. Za bardzo pogardzał Gronczewskim, nawet jeśli jednocześnie wyraźnie go pragnął. W końcu Zachariasz, w przeciwieństwie do Versace, pozował na obraz honoru i czystości. Dbał o wizerunek, nawet w takiej sytuacji. Szczególnie w takiej sytuacji, kiedy właściwie też się wystawiał, bo przecież nie miał pewności, jakie dokładnie zamiary ma Aleksander. Ten mógł go nagrywać. Przekazać to prasie. Ośmieszyć go. A jednak architekt przeszedł przez próg jego mieszkania i poddał mu się, więc i on mógł zaryzykować.
W dodatku odtrącenie, które zaserwuję mu rano, będzie w ten sposób o wiele bardziej bolesne – pomyślał Aleksander i chwyciwszy szklankę, ruszył w kierunku sofy.
Obchodząc wyspę, zsunął z nóg buty. Sprawnie, jedną ręką poradził sobie też z guzikami koszuli, a kiedy na boso stanął naprzeciwko Heliosa, rozpiął także i pasek, a spodnie opadły na miękki dywan, co spowodowało, że od strony kanapy dobiegło go stłumione jęknięcie.
– Mogę coś powiedzieć? – zapytał ochrypłym głosem Zachariasz.
Znów zaskoczony tą uległością, Aleksander jedynie kiwnął głową, co wywołało lekki uśmiech na ustach drugiego mężczyzny, który po chwili, z szokującą szczerością, przyznał:
– Jesteś najpiękniejszym mężczyzną, jakiego widziałem.
Aleksander poderwał gwałtownie wzrok na Heliosa, ale zdążył powstrzymać się przed jakąkolwiek inną reakcją. Jego ciało jednak znów odpowiedziało na przekór niemu i tym razem nie zdołał tego ukryć. Tak samo jak rumieńca, który rozlał się głęboko także i na jego pierś, więc żeby się ratować i zatuszować zażenowanie, cicho prychnął.
– Doprawdy? – powiedział jeszcze, siląc się na obojętny ton.
Zachariasz natychmiast przytaknął, nadal gorliwie obserwując, jak Aleksander zrzuca zaplątane między nogami spodnie. Mężczyzna, przekładając w dłoniach szklankę, zdjął też każdy z rękawów koszuli, żeby już całkiem nagi podejść bliżej Heliosa i niespodziewanie wsunąć się na jego kolana.
– Założę się – zaczął też, nachylając się, żeby odszukać ucho Zachariasza – że mówisz to każdemu facetowi, któremu staje na twój widok.
Helios westchnął na to ciężko, pieszcząc ciepłym oddechem policzek Aleksandra.
– Zawstydziłem cię – stwierdził również po chwili, wyraźnie skruszony.
– Skąd ta myśl? – dopytał blondyn, odsuwając się gwałtownie.
– Bo zrobiłeś się wulgarny.
Aleksander kolejny raz zdołał się powstrzymać, ale i tak ponownie prychnął, dając upust irytacji. Pojawiła się w nim nie dlatego, że Zachariasz tak łatwo go rozpracował, ale dlatego, że właśnie zachował się jak jeden z facetów, którzy normalnie zajmowali aktualne miejsce Heliosa. Bezmyślny komplement wypowiedziany akurat przez tego mężczyznę wytrącił go z równowagi, na chwilę pozbawiając kontroli.
Ogarnij się – upomniał się więc w myślach i żeby odwrócić od siebie uwagę, uniósł do góry szklankę, po czym polecił drugiemu mężczyźnie:
– Potrzymaj.
Ten przejął ją bez słowa. Nadal też nie dotykał Aleksandra, choć pewnie chciał. A on wyraźnie to czuł, bo ciało Zachariasza drgało pod nim niemal konwulsyjnie, opierając się na szorstkim materiale jeansów architekta. Spodnie stykały się też z pośladkami blondyna i delikatną, napiętą skórą jego męskości, która ocierała się o podbrzusze Heliosa, gdy Aleksander poruszył się na nim w tym samym rytmie, w jakim jego palce opieszale, jeden po drugim rozpinały guziki koszuli Zachariasza.
Aż w końcu uzyskał dostęp do ogorzałej skóry, napiętej na wyraźnie zarysowanych mięśniach. Emanowała gorącem i nęciła Aleksandra, dlatego nie zastanawiał się długo, tylko sięgnął po niemal już zapomnianą szklankę i bez ostrzeżenia przesunął jej oszronioną ścianką przez całą długość brzucha drugiego mężczyzny, aż do jego piersi, żeby przytrzymać ją na jednym ze stwardniałych już sutków.
Helios syknął, ale jego głos się załamał, gdy wybił się do przodu biodrami, a Aleksander natychmiast na niego naparł i przytrzymał na sofie. Ich ciała starły się ze sobą przez warstwy materiału, drżąc i sącząc się, czego wyraźny ślad nie tylko został na skórze Zachariasza, ale także odbił się ciemniejszą barwą na jego jeansach.
– Muszę cię dotknąć – jęknął przy tym jeszcze.
– Wytrzymaj chwilę – polecił mu Aleksander, wolną dłonią odgarniając spocone kosmyki z jego czoła.
A mężczyzna natychmiast skorzystał z okazji. Przylgnął do dłoni i wtarł się szorstkim od zarostu policzkiem w jej delikatną skórę. I kiedy Aleksander złapał jego wzrok, zobaczył odbijającą się w spojrzeniu Zachariasza nie tylko desperację, ale i ten specyficzny rodzaj bólu, który wywoływał przyjemność.
– Właśnie takiego cię chcę – wyszeptał więc, uśmiechając się niemal czule, i wreszcie w pełni z siebie zadowolony dodał: – Możesz mnie dotknąć.
Wypowiedział te słowa na pograniczu ciszy, ale Helios i tak od razu zareagował. Uniósł ręce i ułożył je na biodrach drugiego mężczyzny, od razu miażdżąc jego skórę między palcami.
Aleksander wiedział, że zostanie na nim po tym ślad, ale i tak na to pozwolił, bo zamknięta w tym geście prymitywna potrzeba bliskości odbiła się nagłą falą rozkoszy także i w jego wnętrzu. Nadal jednak nie dał sobą pokierować, gdy Zachariasz, napierając na jego ciało, spróbował przesunąć go na siebie wyżej, w poszukiwaniu tarcia. Zamiast tego Aleksander szepnął pośpiesznie:
– Otwórz usta.
Od razu też wziął sporego łyka ze szklanki i uniósłszy się raptownie nad Heliosem, opadł na jego wargi. Całując go głęboko, poił mężczyznę alkoholem. I nawet jeśli większość płynu przedarła się między ich złączonymi ustami, spłynęła po brodach na ich piersi i dalej, na ciasno splecione ciała, to i tak pocałunek zdawał się rozpalać, gdy po ich wnętrzach rozchodziła się cierpkość wódki.
A może tak tylko wydawało się Aleksandrowi i to wręcz odurzające ciepło, które teraz czuł, budowało się w nim dlatego, że Helios mocno, niemal boleśnie, oplótł go ramionami w pasie i przycisnął do siebie niemożliwie blisko, jakby od tego zależało jego życie?
Więżąc między ich ciałami drżącą i wilgotną męskość Aleksandra, sam wybijał się biodrami ku górze, ocierając się o najwrażliwszy z jego punktów. Oddychał przy tym ciężko, nierówno wydychając żar w usta drugiego mężczyzny, i wydawało się, że znajduje się niebezpiecznie blisko spełnienia, dlatego Aleksander odsunął się od niego stanowczo. Zaparł się też ręką o jego pierś, aby powstrzymać Zachariasza przed wykonywaniem jakiegokolwiek innego ruchu.
– Daj mi rękę – nakazał przy tym.
Helios natychmiast spełnił jego życzenie. Nadal bezgranicznie uległy, pozwolił Aleksandrowi przejąć dłoń, gdy ten pochwycił ją za nadgarstek, a następnie niespodziewanie przesunął po jej wnętrzu językiem.
– Zwariuję przez ciebie – wyszeptał drżąco Zachariasz, gdy drugi mężczyzna, nie spuszczając z niego wzroku, kontynuował pieszczotę.
Wciskając teraz swój język między palce Heliosa, nakłonił go do ich rozsunięcia, aby od razu dwa pochłonąć w gorące wnętrze swoich ust i poślinić je obficie. Korzystając z tego, że uwaga Heliosa skupiła się całkowicie na jego wargach, wolną ręką sięgnął na oślep do pudełka znajdującego się na półce opartej o wezgłowie sofy i wydostał z niego niewielką tubkę oraz parę prezerwatyw. Drżącymi palcami – bo i jego już wypełniało niespokojne oczekiwanie – odkorkował lubrykant i wycisnął szczodrą porcję na wcześniej zwilgocone przez niego palce drugiego mężczyzny.
– Rozciągnij mnie – polecił też szeptem. – Szybko – dodał ochryple, mocno obejmując ramionami szyję Heliosa.
Wtulił też rozpaloną twarz w ciepłe, spocone zgięcie szyi drugiego mężczyzny i uniósł się na nim jeszcze lekko, chcąc pośpieszyć go tym gestem, ale Zachariasz nie potrzebował dodatkowej zachęty. Wolną ręką mocno chwycił jeden z pośladków Aleksandra i miażdżąc jego mięsień, zrobił sobie więcej miejsca, żeby sprawnie wsunąć w ciasne, rozpalone wnętrze drobniejszego mężczyzny od razu dwa kłykcie. Sięgnął nimi tak głęboko, że Aleksander nie powstrzymał się i jęknął przeciągle, zanim zacisnął mocno zęby na barku Heliosa.
– Zabolało cię? – zapytał na to cicho Zachariasz, a w jego głosie odbiła się realna troska, gdy dodał: – Mam zwolnić?
Drugi mężczyzna tylko pokręcił głową.
– Chcę, żeby bolało – zaczął wyjaśniać, poruszając płynnie biodrami, aby wziąć w siebie palce Heliosa głębiej. – Będę cię przez to jutro nadal czuł w sobie.
Słysząc to, Zachariasz jęknął gardłowo, a jego męskość znów zadrżała, uwięziona pod ciasnymi jeansami. Aleksander dobrze to poczuł, bo docisnęła jego czuły punkt znajdujący się zaraz pod nabrzmiałymi jądrami, gdy Helios wsunął w niego trzeci palec i naparł dokładnie na to samo miejsce, ale od środka.
– Właśnie tak – szepnął więc Aleksander, unosząc się znów, żeby pogłębić doznanie. – Jest idealnie – dodał drżącym głosem, gdy w całości wziął w siebie długie i grube kłykcie drugiego mężczyzny.
W tej pozycji miał kontrolę nad rytmem, dlatego kołysząc się lekko, trochę ich uspokoił. Przynajmniej na tyle, żeby móc sięgnąć do rozporka Zachariasza i wreszcie go otworzyć. Uwolnić rozpalone, nabrzmiałe ciało zroszone lepką rozkoszą, która pachniała już spełnieniem.
– Wytrzymaj jeszcze trochę – polecił też, sięgając po prezerwatywy, żeby nasunąć sprawnie najpierw jedną na siebie, a drugą na Zachariasza.
– Wiesz, że spełnię każde twoje życzenie, prawda? – zapytał cicho Helios łamiącym się głosem, gdy palce blondyna przebiegły delikatnie po jego ciele.
A Aleksander zamarł na to i gwałtownie uniósł wzrok na twarz drugiego mężczyzny, porażony szczerością, która wybrzmiała pomiędzy wypowiedzianymi z niezwykłą łatwością słowami. Zaszokowała go, bo nie podejrzewał, że ten człowiek jest do niej zdolny. W końcu Aleksander był przekonany, że Helios potrafi tylko udawać. A jednak nie mógł kłamać, będąc w takim położeniu. Całkowicie rozbity. Sprowadzony tylko do paru prymitywnych uczuć. Dotyku. Łączącego ich gorąca.
Jego szczere oddanie nie mogło być prawdą. Przecież to nie leżało w jego naturze. On dominował. Rządził. Żądał. Rozkazywał. Niszczył. Pomiatał innymi. Wykorzystywał. Tłamsił.
A jednak teraz stanowił sumę uległości. Łagodność niemal się z niego wylewała. Tak samo jak ta specyficzna czułość połączona z zaborczością. Ustępliwość odbijała się w spojrzeniu pociemniałych od pożądania oczu, które pozostawały cały czas skupione tylko na Aleksandrze, tak jakby ten naprawdę stał się podczas tej nocy całym światem Heliosa.
Nie jestem twoim światem, tylko zgubą – pomyślał Aleksander, kiedy w końcu przytaknął w odpowiedzi na zadane pytanie, po czym zdecydowanie powiedział:
– Więc weź mnie wreszcie.
A Zachariasz chyba tylko na to czekał, bo natychmiast wysunął z drugiego mężczyzny palce i pochwyciwszy go silnie za pośladki, rozchylił je, żeby od razu pośpiesznie w niego wejść. Wdarł się przy tym w nadal ciasne wnętrze blondyna, czym wyrwał z jego ust zaskoczone westchnienie, zwłaszcza że uniósł się jeszcze na sofie i wybił się masywnymi biodrami do góry. I nie dał przy tym Aleksandrowi nawet chwili na ochłonięcie, bo od razu zaczął się w nim poruszać, gdy jeszcze tylko położywszy duże, gorące dłonie na jego plecach, Helios przycisnął go do swojej piersi. Uwięził między ramionami. Zamknął go w nich ciasno, tak jakby chciał go przed czymś chronić, okalając go ciepłem i nadal zdobywając. Jedna słodka chwila po drugiej. Jeden niecierpliwy pocałunek po następnym. Kolejne wilgotne słowo wyszeptane w skórę, wybrzmiewające w Aleksandrze równie silnie, co budujące się w nim spełnienie.
Kumulowało się w jego wnętrzu. Ale nie tylko w nim. Również pomiędzy ich ciasno splecionymi ciałami. Tam, gdzie został uwięziony. Gdzie mięśnie podbrzusza Heliosa ocierały się o niego za każdym razem, gdy ten unosił lędźwie, żeby ponownie go posiąść. Zawładnąć nim, mimo że to Aleksander miał być tym, który włada. Tym, który wymierza karę. Tym, który się mści.
Tylko za co? I za kogo? Po co? – myślał gorączkowo Aleksander, gdy ciasno oplatał szyję Heliosa ramionami i wcisnąwszy twarz w jego wilgotne włosy, nagle wydał z siebie głośne jęknięcie, bo spełnienie zalało dreszczem całe jego ciało i kompletnie odebrało mu zdolność myślenia.
ROZDZIAŁ 3
W uszach ciągle wybrzmiewały mu rozkoszne dźwięki wydobywające się z ust Aleksandra. Mężczyzna próbował je stłumić, wpychając twarz w poduszkę, ale coraz głośniejsze i tak przedzierały się przez warstwy materiału, gdy Helios zdobywał go w coraz silniejszych pchnięciach, o które ten przed chwilą tak bardzo go prosił.
Nie żądał. Już nie. Przestał kilka godzin temu, gdy doszedł głęboko w ustach Zachariasza. Ten nadal czuł jego cierpki smak i palącą gorycz wódki, którą łapczywie zlizywał z sączącego się nią i spełnieniem ciała drugiego mężczyzny. To mu jednak nie przeszkadzało. Jak mogło, kiedy znajdował się w tym cudownie rozciągniętym, gorącym wnętrzu, które przyjmowało go coraz głębiej, a rozkosz ponownie się w nim przelewała?
Gdyby tylko nie ograniczała jej niepozorna wstążka ciasno oplatająca dolną część jego męskości. Potęgowała podniecenie, ale teraz wydawała się boleśnie za ciasna. Aleksander był jednak co do niej nieprzejednany. Obudził Heliosa, gdy ten ledwo zdołał zasnąć, wycieńczony ich kolejnym zbliżeniem, i zawiązał ją sprawnie, a potem pieścił go delikatnymi rękami i długimi palcami, dopóki Zachariasz nie stał się znów twardy. Wszystko po to, żeby ponownie wpuścić go do swojego wnętrza, ale odmawiać mu spełnienia przez ciągnące się w nieskończoność kwadranse. A on – nadal posłuszny ze strachu, że sprzeciwem zepsuje to, co się między nimi budowało – nie wiedział już, czy może nazwać to przyjemnością, czy cierpieniem…
– Helios, orientuj się! – usłyszał niespodziewanie ostrzegawczy krzyk i tylko dzięki niemu uchylił się przed ciosem w ostatnim momencie.
Nie był już z Aleksandrem, ale w ringu ze swoim młodocianym trenerem. Na siłowni, która znajdowała się na parterze jego biura.
– Gdzie ty masz dzisiaj głowę, co? – kontynuował Wojtek. – W dupie?
– Na pewno nie mojej – mruknął Helios bardziej do siebie niż do niego.
– Co ty tam marudzisz? – dopytał chłopak, ale nie pozwolił mu odpowiedzieć, bo nagle rozkazał: – No dawaj, ruszaj się, staruszku, bo nie mam dla ciebie całego dnia.
Nie mam dla ciebie całego dnia – powtórzył w myślach Zachariasz i prychnął do siebie, gdy na polecenie trenera spróbował się skupić na tym, co robi, a nie na tym, co działo się zaledwie dwie godziny temu.
Nie przychodziło mu to z łatwością, bo dokładnie to samo powiedział mu Aleksander, kiedy w końcu Helios obudził się zdecydowanie za wcześnie i zdecydowanie sam. Zaraz po tym, jak odkrył, że tam, gdzie w nocy spał drugi mężczyzna wciśnięty ciasno w jego ramiona, pościel była już zimna, bo Aleksander stał w kuchni i przygotowywał kawę. Tę samą, którą chwilę później zaserwował nadal zaspanemu Zachariaszowi, po czym powiedział mu dosadnie, żeby się wynosił.
Helios to zrobił. Wyniósł się. Bardzo grzecznie i bardzo szybko. Przede wszystkim dlatego, że doznał szoku, który potęgowało nieprzemożne zmęczenie, ale też postawa Aleksandra.
Twarz mężczyzny nie wyrażała żadnych emocji, gdy stał za blatem kuchennej wyspy i wyczekiwał jego reakcji. Ubrany w ciasno zawiązany jedwabny szlafrok, z mokrymi, zaczesanymi do tyłu włosami, w których w jasnych kosmykach załamywały się promienie słońca wciskające się do kuchni od strony sypialni – choć wyglądał niemal anielsko, to pozostawał niezwykle statyczny. Zupełnie jakby wykuto go z alabastru. Zachariasz mógłby przysiąc, że czuł bijący od Aleksandra chłód, gdyby nie to, że w jego oczach dawało się spostrzec nikłe odbicie pogardy i niechęci.
Helios postanowił więc, że i tym razem nie sprzeciwi się woli tego mężczyzny. Dlatego zebrał swoje rzeczy. Nasunął na gołe pośladki spodnie. Włożył jeszcze wilgotną od rozlanego alkoholu koszulę. Wcisnął bose stopy w chłodne buty. Odmówił kawy i wyszedł. I dopiero kiedy znalazł się w połowie drogi do domu, jakoś na Moście Uniwersyteckim – możliwe, że przez chłód kwietniowego poranka, który go wreszcie ocucił – zaczął zadawać sobie to jedno najważniejsze pytanie – co zrobił nie tak?
Powtarzał je również, gdy jak na autopilocie brał w domu prysznic, przebrał się, spakował i jakimś cudem trafił do biura. A później przywitał się z Wojtkiem i nawet zaczął trening. I także teraz, kiedy zadawał kolejny cios.
Wymierzał uderzenia, wyżywając się na tarczach bokserskich, które trzymał przed nim chłopak, ale i tak nie znajdował odpowiedzi. W końcu spełnił każdy rozkaz. Każde żądanie, polecenie i życzenie. Aż Aleksander rozpływał się w jego ramionach z rozkoszy, powtarzając tylko, że chce więcej. Więcej ciała Heliosa, jego pocałunków, dotyku i pieszczot. Ogólnie więcej. Więcej ich razem.
Co w takim razie stało się rano? – pomyślał gorączkowo Zachariasz i tym razem dostał w twarz.
– Hej! – krzyknął zaskoczony. – Umawialiśmy się, że te rejony są zabronione.
– Zasłużyłeś – zawyrokował cierpko Wojtek i opuścił tarcze, kategorycznie dodając: – Kończmy, bo nie nadajesz się dzisiaj do niczego i jeszcze zrobisz sobie krzywdę.
Helios znów prychnął, bardziej zdegustowany sobą niż rozdrażniony słowami młodego mężczyzny, ale i tak ponownie tego dnia zrezygnował z walki i posłusznie ściągnął rękawice. I nagle pomyślał, że może to był jego błąd. Może Aleksander liczył na to, że Zachariasz mu się w końcu postawi? Zawalczy o swoje. Przestanie być taki bierny i układny. Podejdzie do niego, rozłoży go na tym przeklętym blacie i weźmie go siłą? Może to lubił Aleksander, a cała ta noc pełniła tylko rolę sprawdzianu, czy Helios jednak jest zdolny przejąć kontrolę?
Mężczyzna westchnął, kręcąc z niedowierzaniem głową, bo wydawało mu się, że oszalał. Zresztą potwierdził to też wzrok Wojtka, bo ten spoglądał na niego wyraźnie zaniepokojony i lekko zaskoczony, gdy wydostawał ręce z obejmujących je padów.
– Ja cię normalnie dzisiaj nie poznaję – podsumował w końcu chłopak jego zachowanie.
– Miałem ciężką noc – odparł cicho Helios, odrzucając z niechęcią rękawice na podłogę.
– Oho, czyżby twoja sprowadzana ze Szwajcarii poduszka za milion monet jednak się nie sprawdzała i przez brak snu zrobiło ci się parę dodatkowych zmarszczek? – zażartował młody mężczyzna.
– Mam twarz jak niemowlak – mruknął Zachariasz, popatrując na niego srogo.
Mimo to kąciki jego ust drgnęły w subtelnym uśmiechu, gdy Wojtek roześmiał się na głos. Przekomarzanie się było w końcu ich językiem przyjaźni. Oczywiście o ile znajomość z dwudziestosiedmioletnim wychowankiem jego fundacji takową można nazwać. Chłopak był jednak jednym z pierwszych podopiecznych, których Helios wziął pod swoje skrzydła. Miał wtedy zaledwie piętnaście lat, a architekt dopiero zaczynał bawić się w tę całą filantropię. Wtedy założone przez niego i jego wspólnika stowarzyszenie stanowiło jedynie ładny odpis na zeznaniu podatkowym. Pomaganie zbuntowanym i zagubionym queerowym dzieciakom, których zawiedli rodzice, właściwie działo się przez przypadek. Teraz jednak, kiedy patrzył na mężczyznę, jakim stał się Wojtek – na silnego i szczęśliwego człowieka – Helios znów uświadamiał sobie, że fundacja stała się takim samym trzonem jego życia, jakim architektura czy odnaleziona rodzina. Dlatego pozwalał swojemu nietypowemu, choć nadal niebywale zdolnemu trenerowi na dużo więcej niż komukolwiek innemu. W końcu Wojtek był jego dumą. Świadectwem tego, że realnie pomagał innym. A jego spełnienie wraz ze wszystkimi osiągnięciami i sukcesami przerodziło się także w spełnienie Zachariasza.
Mimo że Hubert, jak widać, nadal traktuje to tylko jako kolejną taktykę w unikaniu podatków – pomyślał Helios, gdy przypomniał sobie o wspólniku, obserwując, jak jego podopieczny pakuje do torby z logo ich fundacji swoje rzeczy.
Właściwie nie o wspólniku, a o kolejnym problemie. Problemie, który przez wydarzenia minionej nocy przygasł w jego umyśle na parę zbawiennych godzin. Teraz jednak wrócił, żeby uświadomić Zachariaszowi, że nie tylko w sprawie z Aleksandrem zachowywał się jak przysłowiowa miękka fujara i o niego nie zawalczył, ale także nie potrafił skonfrontować się z człowiekiem, który go prawdopodobnie okradał.
– Niech to szlag – mruknął do siebie, opadając na liny ringu z głośnym westchnieniem.
– Jest aż tak źle? – dopytał Wojtek, a w jego głosie pierwszy raz zagrało zmartwienie, gdy podszedł już w pełni ubrany i przystanął obok. – Może chcesz się wygadać?
Zachariasz uśmiechnął się miękko.
– Nie przejmuj się mną – uspokoił młodego mężczyznę i spróbował zacząć: – Przej…
Nie zdążył jednak dokończyć, bo Wojtek przysunął się do niego nagle, przypatrując mu się uważnie.
– Czekaj, czekaj… – mruknął, odruchowo sięgając ku jego bokserce. Odciągnął lekko jej dekolt i podejrzliwie zapytał: – Czy to jest malinka?
– Co ty ga… – spróbował zaprzeczyć Zachariasz.
Ten jednak ponownie mu przerwał, triumfalnie oznajmiając:
– To ugryzienie!
Helios nie wytrzymał i sięgnął gwałtownie do tego miejsca, by zakryć je dłonią. I choć nie mógł zobaczyć, jak wygląda ewidentny ślad po tym, co robił minionej nocy, to poczuł ciepło swojej lekko napuchniętej skóry w punkcie, w którym jego szyja przechodziła w ramię.
– No wiesz… – Wojtek znów się zaśmiał. – Tego się po tobie nie spodziewałem.
– Czego się po nim nie spodziewałeś? – doszło ich od strony automatycznych drzwi, które właśnie rozsunęły się przed blondwłosym, drobnym mężczyzną.
– Tego, że Helios może dać się komuś pogryźć! – odkrzyknął do przybysza chłopak, przechylając się przez liny, żeby lepiej zobaczyć nadchodzącego w ich kierunku asystenta Zachariasza.
Z nieodłącznym iPadem ciasno przyciśniętym do piersi jak zwykle wyglądał bardziej profesjonalnie od swojego szefa. Nie bez powodu klienci czasami go za niego brali, gdy na spotkaniach stał obok Heliosa, który w pogniecionej koszuli i przetartych jeansach, zmęczony zarwanymi przez projekty nocami w końcu wyłaniał się z czeluści gabinetu. Zresztą dzisiejszy wybór stroju Patryka nie stanowił wyjątku. Ubrany w kremowy sweter i tweedowe spodnie, z mokasynami na nogach i jedwabną apaszką zawiązaną pod szyją, jak zwykle wyglądał tak, jakby dopiero co zszedł z jachtu i chyba jako jedyny w całej firmie oddawał ducha tego, czym się właściwie zajmowali. I ewidentnie chciał sobie nagrabić, bo zamiast zbyć Wojtka, odważnie rzucił:
– Nie uwierzę w to ugryzienie, dopóki go nie zobaczę.
– No to patrz tutaj. – Wojtek zaprezentował gestem dłoni stan szyi Zachariasza, tak jakby pokazywał eksponat. – Oto dowód numer jeden.
– Wojtek… – zaczął poważnym tonem Helios – czy ty przypadkiem nie zyskałeś dzięki mojej niedyspozycji paru cennych godzin życia?
– A tak, tak – przyznał ochoczo chłopak, uśmiechając się aż zbyt szeroko.
– To idź się nimi cieszyć – polecił mu stanowczo Zachariasz, uchylając przed nim liny.
Wojtek jednak jeszcze przez chwilę wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale wtedy Helios potrząsnął obręczą znacząco, więc młody mężczyzna skapitulował.
– Będę mieć przynajmniej czas, żeby przygotować się na wieczór – przyznał, zupełnie niezrażony, gdy porwał swoją torbę z podłogi i zarzucił ją sobie na ramię.
– A co jest wieczorem? – zagadnął go jak zwykle ciekawski Patryk, który pomimo zainteresowania odpowiedzią, rzucał nadal zdawkowe spojrzenia na szefa, uśmiechając się subtelnie.
– Do zespołu dołącza nowy chłopak – wyjaśnił pośpiesznie Wojtek, nie zwracając na nich uwagi, gdy zwinnie przedostawał się pomiędzy linami pomimo tego, że mierzył niemal dwa metry wzrostu, i górując teraz nad asystentem Heliosa, dodał: – Na naborze pokazał niezły refleks, a wzrostem i wagą odpowiada mnie, więc się dobrze zapowiada. Ma też niezłe problemy z kumulowaniem w sobie złości, dlatego mam nadzieję, że go trochę złamię i poskładam na nowo.
– To ktoś z fundacji? – dopytał tym razem szczerze zainteresowany Helios.
Wojtek pokręcił głową i gwoli wyjaśnienia rzucił:
– Nazywa się Michał. Michał Moskal.
– Nie jest więc z fundacji – zawyrokował Zachariasz.
Patryk popatrzył na niego gwałtownie, trzepiąc tymi swoimi gęstymi, jasnymi rzęsami.
– Znasz wszystkich podopiecznych? – dopytał z niedowierzaniem.
Helios tylko wzruszył ramionami, uśmiechając się zdawkowo.
– To moja praca – odparł tak pewnie, jak gdyby to miało wszystko wyjaśniać.
– Twoją pracą jest przede wszystkim projektowanie jachtów, a mimo to nie znasz imion i nazwisk swoich klientów – podsumował cierpko Patryk.
– Dlatego mam ciebie – przypomniał mu szef, uśmiechając się do niego usłużnie. – I pewnie dlatego przyszedłeś przed czasem, żeby mnie męczyć.
– Właściwie, to żeby przypomnieć ci, że masz spotkanie z Markiem zaraz po treningu – sprostował asystent.
– Oho – mruknął Wojtek, krzywiąc się na wspomnienie mężczyzny, za którym nie przepadał. – To na mnie serio czas.
– Tylko pamiętaj, żeby policzyć mnie za dwie godziny – upomniał go Helios.
– Tylko, że… – zaczął młody mężczyzna.
– Dwie godziny – zdecydował stanowczo Zachariasz.
Przechylił się jeszcze przez liny i w geście podziękowania klepnął chłopaka po ramieniu. I dopiero kiedy ten zniknął za mlecznym szkłem automatycznych drzwi, Patryk zawyrokował:
– Kiedyś zbankrutujesz przez tę swoją dobroć.
– Przypomnę sobie, że zwróciłeś mi na to uwagę, kiedy przyjdzie czas decydowania o świątecznych bonusach.
– Ja przynajmniej pracuję, a nie skaczę z tobą po ringu – oburzył się drugi mężczyzna. – Nie wspominając o wszystkim, co dla niego zrobiłeś w poprzednich latach.
– Wojtek odpłaca mi się inaczej.
– Niby czym?
– Tym, że mimo wszystko przeżył – przypomniał mu Zachariasz i nie chcąc, żeby rozmowa zeszła na jeszcze bardziej prywatne tematy, a tym samym wróciła do pewnego niewygodnego uszczerbku na jego skórze, zapytał: – Co jeszcze mam dzisiaj w planach?
– Oprócz szczepienia przeciwko wściekliźnie? – zagadnął go Patryk, tym razem uśmiechając się w pełni.
– Nie zaczynaj.
– No co? – zaśmiał się jego pracownik i wskazując skinieniem podbródka na jego szyję, dodał: – To wygląda na na tyle głębokie ugryzienie, że lekarz sądowy mógłby znaleźć jego właściciela po zdjęciu odcisków uzębienia.
– Jest aż tak źle?
Patryk się skrzywił, ale zanim Helios zdołał cokolwiek powiedzieć, zatrzymał go gestem dłoni, po czym otworzył klapkę chroniącą ekran iPada. Przełączywszy tablet na tryb przedniego aparatu, obrócił ekran w stronę swojego szefa.
– Sam popatrz – dodał zachęcająco.
Nie powstrzymał też śmiechu, kiedy i Zachariasz skrzywił się do swojego odbicia. Helios nie mógł mu się jednak dziwić, bo ugryzienia Aleksandra – teraz już spuchniętego i nabrzmiałego – rzeczywiście nie dało się przeoczyć. Wyglądało wręcz jak szkarłatna litera, podebrane krwią, z której tworzył się siniak z wyraźnie zaznaczonymi na fioletowo śladami zębów. Stanowił niezbity dowód tego, że bezwstydnie puścił się w nocy. I jeszcze paradował tak po firmie.
– Chryste… – mruknął, nadal się przeglądając.
Patryk jednak stanowczo i nagle zamknął klapę pokrowca i oznajmił:
– Jeśli zdradzisz mi pikantne szczegóły, pobiegnę do sklepu i kupię ci golf przed spotkaniem z Markiem.
– Żebyś później plotkował o mnie ze swoim mężem? – zagadnął go Helios, unosząc sugestywnie ciemną brew.
– Oj tam, oj tam… Zaraz plotkował – mruknął Patryk i pacnął szefa tabletem w ramię, po czym dodał: – No dawaj, spill the tea4!
– Chryste… – jęknął znów Zachariasz i zakrył twarz dłońmi.
Pocierając rękami szorstkie już od wczorajszego zarostu policzki, następne głośne westchnienie już w sobie zdusił. Jednak mimo niechęci, oparł się pośladkami o krawędź ringu i przysiadł na niej tak, żeby zrównać się trochę z pracownikiem.
– Co mam ci powiedzieć? – zaczął niepocieszony. – Że spędziłem noc na zajebistym seksie tylko po to, żeby koleś rano podał mi kawę, a potem wywalił bez wyjaśnienia z domu?
Asystent spojrzał na niego gwałtownie i ostro zapytał:
– Co zrobił?
– Zrobił mi kaw… – Helios chciał powtórzyć, ale drugi mężczyzna nie dał mu skończyć.
– Nie, czekaj… – powstrzymał go i szybko dodał: – Chodziło mi o to, czy zrobił to w takiej kolejności, jak opisałeś.
– Czemu miałbym to przekręcać?
– Okej… – powiedział powoli Patryk i nabrawszy głęboko powietrza, na wydechu zaczął powtarzać: – Zaprosił cię do siebie, bzykaliście się całą noc, a on później zrobił ci kawę i cię wykopał?
– Przecież to powiedziałem – mruknął zniecierpliwiony Zachariasz.
– Dokładnie w takiej kolejności? – dopytał uparcie jego pracownik.
Helios popatrzył na niego powątpiewająco, ale widząc, że ten nie ustąpi, powoli i dobitnie powiedział:
– Spotkałem go wczoraj w Babilonie, on zaprosił mnie do domu, kochaliśmy się do nieprzytomności, a rano bez słowa wyjaśnienia podsunął mi kawę pod nos i powiedział, że mam zebrać swoje rzeczy i opuścić jego mieszkanie, bo nie ma na mnie całego dnia.
– O, cholera…
– Co „o, cholera”? – zapytał już na poważnie zniecierpliwiony Zachariasz.
– Spotkałeś Sadystycznego Aleksandra.
– Kogo spotkałem?
– Sadystycznego Aleksandra – powtórzył dokładnie Patryk, wymawiając słowa sylaba po sylabie i nie czekając na reakcję szefa, zaczął wyjaśniać: – Facet pojawił się w Babilonie jakieś dwa miesiące temu. Jest nieziemsko piękny, a twarz ma jakby ją sam Michał Anioł rzeźbił. No i ten tyłek. Ma boski tyłek.
– Wiem – mruknął Zachariasz.
Patryk jednak go nie słuchał, bo ciągnął:
– Z takim tyłkiem też miałbym każdego.
– Masz męża – przypomniał mu usłużnie Helios.
– Wtedy miałbym czterech – westchnął rozmarzony asystent i dodał: – I też jedliby mi z ręki, jak temu Aleksandrowi, bo facet w kilka chwil ich urabia, zaprasza do siebie, daje się porządnie wybzykać, a rano robi tym typom kawę i ich wyrzuca za drzwi w samych majtkach.
– Wow – szepnął Zachariasz. – To chyba miałem szczęście, że pozwolił mi chociaż się ubrać.
– Może byłeś lepszy od innych?
– Zanim wyrzucił mnie z domu, też tak myślałem.
– To nie jest jeszcze koniec – zauważył Patryk.
– A co nim jest?
– Kiedy Aleksander spotka tych facetów znów w Babilonie… – podjął drugi mężczyzna – kompletnie ich ignoruje, a kiedy nalegają na kontakt, rzuca tekstem o tym, jak żenująco zachowywali się w łóżku, tak że później nikt więcej nie chce mieć z nimi do czynienia.
– Upokarza ich – podsumował Zachariasz.
– Ja tam myślę, że im się należy.
– Dlaczego? – dopytał Helios, popatrując na pracownika z wyraźnym zaciekawieniem.
– Bo to są zazwyczaj buce.
– Hej, ja nim nie jestem!
– Czy ja wiem… – mruknął Patryk.
Helios już otwierał usta, żeby to zdementować, ale wtedy dobiegł ich szmer od strony automatycznych drzwi, a już po chwili ich oczom ukazała się znajoma sylwetka obleczona w stalowoszary, idealnie skrojony garnitur.
– Szlag by to – mruknął do siebie Helios na widok wspólnika.
– Dobrze powiedziane – szepnął jego asystent i nachylając się lekko w stronę Zachariasza, konfidencjonalnie dodał: – Przed spotkaniem miałem ci pokazać, co udało mi się znaleźć.
– Ale wolałeś plotkować, a ja teraz nie jestem gotowy, żeby go przesłuchać – podsumował Helios równie cicho, a głośniej rzucił: – Hubert, chyba byliśmy umówieni na dziesiątą.
Całkiem wysoki, choć nie tak jak Zachariasz, smukły szpakowaty mężczyzna właśnie do nich podszedł i wyciągnął dłoń ku swojemu wspólnikowi w geście przywitania. Architekt odwzajemnił uścisk, starając się przywołać na twarz uśmiech, chociaż przychodziło mu to z coraz większym trudem.
Helios chyba nadal pozostawał w szoku. Nie w tym, w jakim zostawił go Aleksander, ale w tym, jaki go ogarnął, gdy tydzień temu Patryk zwrócił mu uwagę na pewne nieścisłości dotyczące finansów fundacji, wskazujące na to, że jego wieloletni wspólnik prawdopodobnie przepuszcza przez nią nienależące do nich pieniądze. Nie dziwiło go jednak to, że Hubert był do tego zdolny. Mężczyzna pozostawał daleki od ideału. Nie trzymał się zasad, tak jak starał się to robić Zachariasz. Obaj wyznawali też zupełnie inne wartości. Heliosa zaskoczyło więc to, że tak późno zorientował się, co wyprawia jego rzekomy przyjaciel.
Poznał Huberta Dąbrowskiego na ostatnim roku stażu, gdy obaj terminowali w sporym biurze projektowym na południu Francji. Później dostali się do kolejnego zespołu w Monako, gdzie razem pracowali już na pełen etat. Zespół w całości poszedł za nimi, kiedy trzynaście lat temu otworzyli w Polsce własną firmę. Nikogo to nie dziwiło, bo w pracy zawsze się dopełniali. Helios odpowiadał za projekty pokładów i wnętrzarstwo, Hubert zajmował się architekturą kadłuba. Podobny podział zachowywali przy kreowaniu budynków, jeśli trafiło im się odpowiednio ciekawe zlecenie, które mogli przekuć w kolejne architektoniczne wyróżnienie. Naturalnym więc wydawało się otwarcie biznesu, z którego mogliby czerpać bezpośrednie zyski.
Przez ostatnie lata wszystko więc sprawiało wrażenie, że działa jak dobrze naoliwiona maszyna. A trzy lata temu otworzyli nawet kolejny oddział w Mediolanie. Co prawda poprzez niego zajmowali się tylko wnętrzarstwem, ale ich zespół był rozchwytywany, a przy tym zapewniał im widzialność na międzynarodowym rynku. Helios myślał więc, że wreszcie osiągnął upragnioną stabilność, aż nagle Hubert zrzucił na niego bombę – kilka miesięcy temu przyszedł błagać o pieniądze, bo przyznał, że narobił sobie długów hazardowych u bardzo niemiłych ludzi.
Zachariasz wiedział, że jego wspólnik lubi grać. Wykazywał się już głupotą, kiedy mieszkali w Monako. Kochał też pieniądze. A właściwie – wydawać je i żyć ponad stan. Kupował drogie samochody i zegarki, robił wyszukane prezenty swoim dziewczynom, których czasami miał kilka naraz. W przeciwieństwie do Heliosa kochał szpanować, robić koło siebie hałas i pokazywać wszystkim, że jest lepszy od innych. Kiedy więc Zachariasz wszystko, co zarobił, inwestował i lokował, Hubert przepuszczał. Helios myślał jednak, że jego przyjaciel ma nad tym kontrolę, zachowuje płynność i zdolność przerobową. Odkłada chociaż trochę na czarną godzinę. W końcu ich interesy szły świetnie, stocznia nie nadążała z zamówieniami, mieli pracy na co najmniej następną dekadę, a on nie tylko związał się na stałe, ale też dorobił dzieci.
Zachariasz pożyczył mu więc pieniądze i myślał, że na tym zakończy się ta sprawa. Nie chciał też stracić dobrego partnera, który nadal dostarczał genialne projekty, a jego praca pozostawała nienaganna. Hubert miał przejściowe problemy – tak sobie Helios powtarzał.
Tylko że wtedy jego wspólnik zaczął migać się od obowiązków. Nie tych związanych z projektowaniem, ale wszystkich dotyczących zarządzania firmą. Potrafił też znikać na kilka dni. Nie odbierał telefonów. Nie odpisywał na wiadomości. Zostawiał Zachariasza ze wszystkim, łącznie z fundacją, w której przestał się pojawiać. Aż nagle dwa tygodnie temu Wojtek zobaczył, jak Dąbrowski przechadza się z jakimś starszym facetem korytarzami głównego budynku stowarzyszenia i pokazuje mu wszystkie zakamarki, tak jakby oprowadzał ich najwierniejszego darczyńcę albo właściciela. A potem Patryk przyniósł niewesołe wieści w postaci wyciągów bankowych, które wyglądały jak pola uprawne po wojnie w Kosowie – pełne czerwonych flag znaczących miejsca lokalizacji min piechotnych.
Liczne i cykliczne darowizny z wielu firm o podobnych nazwach i nieposiadających adresów lokalizacji oraz różnego rodzaju refundacje wychodzące z kont fundacji krótko po nich mogły oznaczać tylko jedno – ktoś prał przez nich pieniądze. Helios podejrzewał, że to Hubert, ale nie miał na to niezbitych dowodów. Nie chciał też postępować pochopnie, bo na szali nie leżało tylko jego dobre imię, reputacja firmy i przyszłość ponad setki pracowników, ale też dobro wszystkich dzieci, które znajdowały się pod ich opieką, a które by ją straciły, gdyby ta sprawa zyskała rozgłos. Zachariasz nie bardzo więc wiedział, jak powinien postępować, i teraz najchętniej strzeliłby wspólnikowi w pysk, ale jedynie mocniej uścisnął mu rękę, pytając:
– To co sprowadza cię do firmy o tak wczesnej porze?
– A nie wystarczy to, że chciałem się z tobą w końcu zobaczyć, bo ostatnio masz dla mnie mało czasu? – odbił pytanie Hubert.
Nadal stojący cierpliwie obok Heliosa asystent nie powstrzymał się i zaśmiał krótko, za co Zachariasz natychmiast zgromił go wzrokiem.
– Patryk, załatw mi numer Aleksandra – polecił mu też tonem, który miał sugerować, że nie przyjmie sprzeciwu.
– Zobaczę, co da się zrobić – mruknął na to drugi mężczyzna, obrzucając szefa złowieszczym spojrzeniem.
– Teraz? – zasugerował jeszcze Zachariasz.
Tym razem jego pracownik tylko skinął głową i zostawił Heliosa samego z jego wątpliwym wspólnikiem.
– No, dawaj – zaczął więc zniecierpliwiony brakiem odpowiedzi Zachariasz. – Nie mam całego dnia, dlatego mów od razu, jaką zrzucasz na mnie bombę.
– A tam zaraz bombę…
– A co?
– Po prostu Dagmara ma jakieś problemy w Berlinie z dzieciakami, więc muszę do niej podjechać na dwa albo trzy dni – wyjaśnił pośpiesznie Dąbrowski, jak zwykle zasłaniając się swoją żoną. – A przez to nie będę miał jak spotkać się z tym weterynarzem z Wysokiej.
Helios jęknął gardłowo, kręcąc z niedowierzaniem głową.
– Przecież umówiliśmy się, że nie weźmiemy tego zlecenia – przypomniał jeszcze Hubertowi, a w jego głosie dało się wyczuć rozdrażnienie, którego teraz już nie potrafił powstrzymać.
– To są dobre pieniądze – zaczął mimo to nalegać jego wspólnik.
– Których nie potrzebujemy – zauważył Zachariasz.
– Kto nie potrzebuje, ten nie potrzebuje.
– Znów się w coś wpakowałeś? – zagadnął go drugi mężczyzna, łudząc się, że nie brzmi napastliwie.
Dąbrowski od razu się żachnął, po czym nagle zły odparł:
