Miasto gasnących świateł. Mgła - Świderska Aleksandra - ebook + audiobook
BESTSELLER

Miasto gasnących świateł. Mgła ebook i audiobook

Świderska Aleksandra

4,2

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

20 osób interesuje się tą książką

Opis

Twoja przeszłość zawsze Cię dosięgnie

Każdy je ma. Skrywają się głęboko w naszej pamięci, przysypane popiołem czasu, zepchnięte w nicość, spętane i uśpione. Demony przeszłości nigdy nas nie opuszczają. Co się stanie, gdy je obudzimy i wyjdą na powierzchnię? Czy pozwolimy im zawładnąć naszym życiem?
Adam Aleksandrowicz, detektyw wrocławskiej policji, walczy ze swoimi demonami od lat. Teraz udało im się przedrzeć do realnego świata, a kolejne osoby giną mordowane według tego samego bestialskiego schematu.
Czy duet Aleksandrowicz-Soyta rozwiąże kolejną zagadkę? Czy zdążą namierzyć psychopatę, zanim zaatakuje ponownie? Jaką rolę w tej układance pełni Konrad, właściciel nocnych klubów dla gejów?
Niejednoznaczne postaci, zagęszczająca się fabuła i tajemnica, której poznanie może kosztować życie. Witajcie w świecie, gdzie dobro i zło nieustannie się przeplatają, a echa przeszłości zagłuszają teraźniejszość.

Dziwne podejrzenie i niepokój znów zagrało na koniuszkach nerwów policjanta. Nagle coś w nim kliknęło i wszystko złożyło się w całość. Te spojrzenia jego kolegów, zachowanie jego szefa i podenerwowanie Elki. Wszyscy wiedzieli coś, z czego on nie zdawał sobie sprawy, ale był tego centralną częścią.


Aleksandra Świderska

Emigrantka z doświadczeniem – mieszkała już w trzech różnych krajach, obecnie przebywa w Szwajcarii. Swój warsztat pisarski szlifowała na portalach internetowych, takich jak Piszemy.pl. Jest szeroko rozpoznawanym autorem fanfiction, a jej opowiadania, publikowane w języku angielskim na portalu Archive of Our Own, znalazły kilkudziesięciotysięczne grono odbiorców.
Przekonana, że wciąż brakuje utworów o „normalnych” superbohaterach funkcjonujących w polskich realiach, już dziesięć lat temu podjęła decyzję o próbie wypełnienia tej luki własną twórczością. Przez lata udoskonalała swój pomysł, aby finalnie stworzyć wiarygodne i wielowymiarowe postaci, z którymi czytelnicy chcieliby się zaprzyjaźnić i wyjść na piwo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 495

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 43 min

Lektor: Filip Kosior

Oceny
4,2 (364 oceny)
202
80
37
27
18
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
JudithReads

Nie oderwiesz się od lektury

Jeżeli szukacie dobrego..... no może nie dobrego ale można śmiało powiedzieć doskonałego kryminału to bez wahania łapcie za "Miasto gasnących świateł. Mgła" Książka jest debiutem, rewelacyjnym debiutem No i takie książki to ja chcę czytać. Śmiało można się pokusić o stwierdzenie, iż jest to idealnie napisany i świetnie skonstruowany kryminał, którego czytanie to czysta przyjemność. Na szczególną uwagę zasługują bohaterowie, którzy niezaprzeczalnie tworzą mieszankę potrafiącą uzależnić od siebie czytelnika. Ich relacje są niesamowicie zawiłe przez co stają się bardzo prawdziwe a emocje jakie krążą między nimi potrafią trafić w najczulszy punkt i poruszyć wszystkie struny. Autorka umiejętnie lawiruwje między dwoma światami cały czas je ze sobą ścierając, dzięki temu mamy możliwość poznania punktu widzenia każdego z bohaterów. Intrygująca fabuła sprawia, że książka całkowicie nas pochłania a my sami zostajemy z impetem wrzuceni w wir toczącej się sprawy. No i ta Wrocławska mgła, kt...
80
lxndr

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra i wciągająca książka z przesłaniem. Taka, w której wreszcie mogę odnaleźć samą siebie. Oby na polski rynek wchodziło takich więcej.
80
zaczytanamatka_z_gabryskami

Nie oderwiesz się od lektury

~Adam Aleksandrowicz, młody detektyw wrocławskiej policji po wielu latach, wciąż stara się odnaleźć winnego morderstwa swojej rodziny. I tak pewnego dnia, dziwnym trafem, w mieście, zostaje znalezione okaleczone ciało martwego mężczyzny. Schemat zadanych obrażeń przypomina mężczyźnie o zbrodni mającej miejsce kilka lat temu, przywołując tym samym szereg bolesnych wspomnień... Adam w asyście wiernej partnerki Elki próbuje rozwiązać kryminalną zagadkę, w którą zamieszana jest znana, a zarazem bardzo ważna rodzina z Wrocławia. Czy uda im się namierzyć niebezpiecznego psychopatę zanim zginą "następni"?Kim jest Konrad, właściciel nocnych klubów? ~"MIASTO GASNĄCYCH ŚWIATEŁ.MGŁA" Aleksandry Świderskiej to debiut literacki autorki, a zarazem zaskakujący powiew świeżości na polskim rynku, gdyż wcześniej nigdy nie spotkałam się z tak nietypową historią😉 Cała opowieść to lekki kryminał z elementami sensacji, thrillera, a nawet powieści obyczajowej, gdzie akcja płynie swoim swoim rytmem co stało ...
50
KatarzynaMagdalena
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Miasto gasnących świateł. Mgła to książka zwracająca uwagę już na wstępie za sprawą przepięknej okładki. Sama historia jest na swój sposób nowatorska, łączy w sobie kryminał z romansem, ale w homoseksualnym wydaniu, i z sięgnięciem po wątek gangsterski, który jednak nie przytłacza i nie jest nadużywany. Tematyka, będąca w obecnym czasie "na topie", tym bardziej zasługuje na szacunek i uznanie za sposób poprowadzenia tego wątku. Autorka, mimo że to jej debiut, z łatwością posługuje się słowem, tworząc opisy, które w subtelny sposób odnoszą się do rodzącego się uczucia, jednocześnie porażają emocjami i erotyzmem, a momentami mają wiele wspólnego z nastoletnimi zrywami serca i pierwszymi miłościami. Nie ma tu miejsca na szokowanie czy chęć wzbudzania kontrowersji na siłę. Poza bohaterami, których właściwie nie sposób nie polubić, mocną stroną Miasta są podjęte aktualne problemy społeczne, związane z dyskryminacją środowiska LGBT+, jak również ze stereotypami płciowymi i zjawiskiem tzw. ...
50
Rudawiedzma1971

Dobrze spędzony czas

Całkiem przyzwoita historia, choć bardzo przerażająca. Trzyma w napięciu do samego końca, no i ten nietuzinkowy wątek miłosny. Polecam.
50

Popularność




Dla wszystkich, którzy myślą, że są niewystarczający.

Rozdział I

Sygnał telefonu wyrwał go z głębin podświadomości, brutalnie wyprowadzając na powierzchnię tutaj i teraz. Realny świat wydawał się bardziej surrealistyczny niż otulające go przed chwilą sny, a słowa po drugiej stronie linii niezrozumiałe. Dopiero kiedy w końcu zostały właściwie zdekodowane w jego mózgu, zmusiły go do działania. Z trudem wyplątał się ze zmiętych prześcieradeł, sunąc do łazienki niczym zjawia pozbawiona ludzkiej energii. Dochodziła czwarta rano. Najzimniejsza i najczarniejsza godzina, w czasie której wszystko wydawało się naelektryzowane oczekiwaniami nowego poranka.

Gdy popatrzył na siebie w lustrze, stwierdził, że wygląda okropnie. Przekrwione białka pożerały szary kolor jego tęczówek. Czarne włosy, posklejane od potu i brudne, zaniedbane od kilku dni, opadały na twarz w nieładzie. Nie miał jednak czasu, żeby coś z tym zrobić i tylko przemył szybko twarz wodą.

Wychodząc z łazienki, zgarnął kluczyki, odznakę i portfel. Kurtkę zarzucił na plecy w biegu. Jego umysł pozostawał jeszcze zanurzony we śnie, kiedy odpalał motocykl i jechał pustymi ulicami – dopiero mieszanka zimnego wiatru i świateł miasta powoli przywracała go życiu. Sprawiała, że w końcu zaczynał procesować to, co usłyszał. Powinno być mu lepiej, bo wreszcie miał swój przełom w śledztwie. Mimo to nie czuł ani krzty zadowolenia. Nie wtedy, kiedy przełom oznaczał martwe ciało porzucone w ściekach.

Pracował nad tą sprawą od dwóch tygodni, poświęcając jej każdą minutę swojego życia. Nie ruszał się z biura, czekając na nowe informacje. Praktycznie nie jadł, nie chcąc odrywać się od analizowania materiałów. Błagał swojego szefa, żeby dał mu wszystkie potrzebne środki, doskonale wiedząc, że budżet ich wydziału został już i tak mocno nadwyrężony. Robił to wszystko, bo wierzył, że Daniel żyje.

Poczuł gorzki smak w ustach, przełykając powietrze przedostające się pod kask. A może to smak upokorzenia? – pomyślał.

Nie popełniał wcześniej tak głupich błędów. To było jego pierwsze uchybienie, od kiedy zaczął pracować w tym zespole. Pierwszy nietrafiony profil. Przeliczył się i za bardzo uwierzył w swoje przeczucie. Co więcej, pociągnął za sobą cały wydział, bo jego upór odbijał się na kolegach, kiedy ściągnął wszelkie możliwe środki z innych spraw i postawił wszystko na jedną kartę – swoją nieomylność.

Zredukował bieg, wchodząc miękko w zakręt w Kazimierza Wielkiego. Mokry, błyszczący asfalt rozwinął się przed nim, prowadząc go pomiędzy wolno sunącymi samochodami. Po lekkim ruchu jego ręki motor płynnie przyśpieszył i już po chwili znalazł się w kompletnie innym świecie. Wybuchnął przed nim z całym impetem głośnej muzyki i tłumów ludzi wysypujących się z klubów. Ta część Wrocławia tętniła życiem niemal bez przerwy. W każdy weekendowy wieczór ściągała w swoje mroczne zaułki, małe uliczki i systemy piwnic tysiące żądnych atrakcji ludzi. Przyjeżdżali z innych miast, nawet z zagranicy: studenci szukający okazji do picia, faceci polujący na łatwe zdobycze i seks bez zobowiązań, naiwne dziewczyny pragnące odmiany nudnego życia choćby na tę jedną noc. Nawet nad ranem przesuwały się tędy ich grupy. Pijani i naćpani korzystali z życia i uroków Dzielnicy Czterech Świątyń.

Przyzwyczaił się do interweniowania w tym rajskim zakątku dilerów i dziwek. Nie było nocy, kiedy ktoś z prewencji nie reagowałby na wezwanie. A to była tylko powierzchnia zgnilizny. Głęboko… O wiele głębiej – nawet to miejsce miało swoje podziemie. Sekretne korytarze ludzkich występków, ukryte pod warstwą nocnych klubów. Jeszcze bardziej mroczne i niedostępne. Bardziej chore i zwyrodniałe niż wyskoki małolatów. Bardziej przemyślane i niszczące. To było podziemie podziemia. Posiadało je każde miasto, bo ich stare fundamenty były schorowane i porowate. Mogły runąć lada moment, spłonąć lada chwila, pochłaniając wiele ofiar. Wszyscy o tym wiedzieli, ale też wszyscy milczeli. Nawet on nie potrafił się temu przeciwstawić. To było coś znacznie silniejszego. I nawet jeśli z tym walczył, pozostawał jednym z niewielu. Reszta wolała spasować, przeżyć swoje życie spokojnie, mimo wyrzutów sumienia. A może nikt nie miał wyrzutów sumienia i tylko on potępiał się w myślach, że tak mało robi?

Zatrzymał się kilkanaście metrów od miejsca, które wskazał mu dyspozytor i zostawił motocykl ciasno zaparkowany pomiędzy samochodami. Mijając zziębniętych palaczy i pijane niedobitki, których pewnie wyrzucono z klubów, myślał o tym, jak bardzo byli nieświadomi tego, co działo się zaledwie metry dalej, zaraz za zakrętem.

Odwrócił wzrok, starając się skupić na sprawie, i skręcił w tunel, z którego biło jasne, rażące światło. Zazwyczaj to miejsce stanowiło sumę ciemności i dyskrecji, przyjmując w swoje progi grzeszników wszelkiej maści. Klub znał z poprzednich spraw. Wiedział, że to sekretne miejsce dostępne tylko na specjalne zaproszenie nadawane wraz z kartą wstępu. Nieoznaczone i schowane bardzo dokładnie w wewnętrznym podwórku okalanym przez umarłe kamienice. Ich okna, niczym puste oczodoły, straszyły nawet teraz, mimo że całą przestrzeń rozjaśniało światło technicznych lamp i błękitne błyski radiowozów zabezpieczających wejście na podwórko.

Skinął na powitanie policjantowi stojącemu u wylotu tunelu, a ten, uchylając taśmę, popatrzył na niego z dziwnym wyrazem twarzy. W tym spojrzeniu nie dostrzegł podziwu, którym młodsi koledzy zwykli go darzyć. Nie wyczuł też niechęci, którą często przejawiali jego współpracownicy. Kryło się w nim coś innego, coś gorszego. Coś na kształt współczucia.

Spróbował zdławić swoje przeczucia i poszedł w głąb uliczki. Stojący tam namiot mamił jasnym światłem i grą cieni. Spodziewał się znaleźć tam swojego szefa, jednak kiedy uchylił brezentową osłonę, wpadł na wychodzącą kobietę.

– Adam! – zareagowała zdziwieniem, stając na jego drodze.

Wystarczył moment, a jej wyraz twarzy nagle się zmienił.

– Gdzie ty do cholery byłeś? – warknęła. – Smok miał już wysyłać ekipę poszukiwawczą.

– Też się cieszę, że cię widzę – odpowiedział z wymuszonym uśmiechem. – A teraz jeśli powitania mamy za sobą…

– Chwila, Aleksandrowicz. – Zatrzymała go w pół kroku. – Mógłbyś chociaż założyć rękawiczki.

– Elka, nie zaczynaj – westchnął głęboko, zmęczony. – Głowa pęka mi wystarczająco mocno bez tych kołków, które zaraz będziesz na niej ciosać.

– Kac daje popalić? – uśmiechnęła się prawie szczerze kobieta. – Nawet nie wiem, czy tam na dole będzie dla ciebie wystarczająco bezpiecznie.

– Odpieprz się – syknął i kiedy podniósł wzrok, napotkał ponad jej ramieniem kolejne dezaprobujące spojrzenie.

– Wpuść go – nakazał twardo ich przełożony. – I tak już nie może być gorzej.

– Z nim? – Elka machnęła ręką na Adama i w końcu zeszła mu z drogi. – Z nim wszystko jest możliwe.

– Jest ci ze mną tak źle, a mimo to nie chcesz zostawić mnie w spokoju – odburknął Adam, wchodząc do małej i dusznej przestrzeni.

Zarobił od Elki jeszcze jedno mordercze spojrzenie, zanim całkiem zniknęła za połami namiotu, ale puścił to mimochodem, bo coś innego przyciągnęło jego uwagę. Rozłożona dookoła wlotu studzienki folia była nietknięta. Nigdzie nie było widać techników, a jedyny dźwięk, jaki do nich dochodził, stanowiło monotonne echo rozmowy niosące się z dna ścieku. Zduszone głosy zlewały się z tępym dźwiękiem lin ocierających się o folię i metalowy brzeg wlotu.

Adam czuł typowy zapach śmierci nawet tutaj. Mógł poczuć jego smak w ustach. To była dziwna, słodko-metaliczna mieszanka, jak krew wysychająca na słońcu. Nienawidził jej i nie mógł do niej przywyknąć nawet po tylu latach pracy. Otrząsnął się jednak szybko, zły na samego siebie, że znów pozwala się wciągnąć takim myślom. Musiał doprowadzić się do porządku, jeśli miał zamiar jeszcze ciągnąć tę sprawę.

Popatrzył na swojego szefa, zauważając, że ten przygląda mu się badawczo. Smok zdawał się być bardziej zmartwiony niż rozdrażniony, a to nigdy nie był dobry znak. Ich szef nie pokazywał swoich uczuć. Adam widział go prawdziwie poruszonego tylko na pogrzebie swoich rodziców.

– Czekamy na Balickiego? – spytał, chowając zziębnięte ręce w kieszenie skórzanej kurtki.

Jego szef jedynie przytaknął, a grymas, jaki szybko przeszedł przez jego twarz, oznaczał prawdopodobnie zniecierpliwienie. Prokurator Balicki był pewnie powiadomiony wcześniej niż Adam. Bez niego mieli związane ręce, a znając ich zwierzchnika, zapowiadało się, że poczekają jeszcze dobrych kilka kwadransów.

– Kogo wysłali, żeby zbadał ciało?

– To nowy patolog. Piotr Dunin – odpowiedział po chwili Smok, ciężko wydychając powietrze. – Dałem mu dokumenty ze sprawy i poprosiłem, żeby zeszli szybciej.

– Zasrane szczury biurowe – warknął Adam. – I tak prokuratura nie kiwnie palcem w tej sprawie, więc dlaczego zależy im, żeby Balicki był tutaj od samego początku?

– Sam zobaczysz – obiecał mu szef i dodał: – Właściwie będzie lepiej, jak zejdziesz tam przed nim.

– A ja pójdę z tobą – zaproponowała nagle Elka, która zdążyła wrócić do namiotu.

Dziwne podejrzenie i niepokój znów zagrało na koniuszkach nerwów policjanta. Nagle coś w nim kliknęło i wszystko złożyło się w całość. Te spojrzenia kolegów, zachowanie jego szefa i podenerwowanie Elki. Wszyscy wiedzieli coś, z czego on nie zdawał sobie sprawy, ale był tego centralną częścią.

Zanim zdążył zareagować, Elka przejęła prowadzenie, wchodząc w otwarty właz. Nie mogąc się już sprzeciwić, poszedł za nią. Spojrzenie Smoka powróciło znów do swojego chłodnego, kalkulującego wyrazu, kiedy obserwował, jak Adam znika w przejściu.

Wnętrze tunelu było denerwująco gorące i wypełnione odorem gnijących tkanek wiszącym w powietrzu niczym fizyczna materia. Z pierwszym oddechem zachłysnął się nim, z trudem powstrzymując odruch wymiotny.

– Technicy mówią, że ciało wygląda, jakby znajdowało się tutaj przez dwa tygodnie, ale Piotr obalił tę teorię – zaczęła Elka i nie zwracając na niego uwagi, poszła przodem.

– To dlatego nie mógł na mnie poczekać i zszedł bez naszej asysty? – zauważył z wyrzutem Adam, przeskakując nad strumieniem ścieków, żeby zrównać się z nią krokiem.

– Nie mogliśmy się dodzwonić. – Wzruszyła ramionami, albo raczej tak mu się wydawało, bo jej ciało było mocno maskowane przez policyjną kurtkę. – Poza tym wiem, jak ciężko cię obudzić po jednym z twoich regularnych nocnych wypadów, więc wydawało nam się, że lepiej będzie zacząć bez ciebie.

– Świetnie, dzięki jeszcze raz za wiarę w moje możliwości – warknął przez zaciśnięte zęby, poirytowany nie tylko zachowaniem swojej partnerki. – Chryste, zauważyłaś jak tu śmierdzi? – powiedział, skręcając za kobietą w załom tunelu.

– To przez bakterie gnilne – odezwał się nieznajomy mężczyzna. – Adam Aleksandrowicz, prawda? Jestem Piotr Dunin. Wiele o panu słyszałem. Wiele dobrego.

Adam podał mu powoli rękę, jak zwykle reagując na takie słowa z rezerwą. Chciał coś powiedzieć, ale kiedy oderwał wzrok od symetrycznej i bardzo spokojnej twarzy anatomopatologa, zobaczył krew rozmazaną po szarym cementowaniu tunelu. Jego wzrok podążył za jej sczerniałymi smugami. Choć widywał je wielokrotnie na miejscach zbrodni, to w jaskrawym świetle wyglądały jeszcze bardziej groteskowo niż zwykle. Nienaturalne oświetlenie wydobywało z jasnego otoczenia każde cięcie i czarny cień pozostawiony na skatowanym ciele leżącym na brzegu ścieku. Było całkowicie zniszczone. Zdewastowane.

Okaleczenia nie były czymś, co mogło go zaskoczyć. Widział gorsze. Za to sposób, w jaki stworzono te nacięcia i siniaki, był boleśnie znajomy. Nie widział czegoś takiego przez wiele lat, a mimo to i tak pamiętał każdy detal, każdy najmniejszy fragment, każdy cholerny ruch noża, który spowodował takie zniszczenia na wcześniejszych ofiarach. Analizował zdjęcia ciał swojej rodziny zbyt długo i zbyt dokładnie, żeby teraz nie widzieć podobieństwa, nawet jeśli to ciało było w tak daleko posuniętej fazie rozkładu.

Nie zareagował na to, co mówił Piotr i nie słyszał, czy Elka jakoś go tłumaczyła. Jak w transie, powoli podszedł bliżej. Uklęknął przy zwłokach, badając je wzrokiem milimetr po milimetrze. Leżały na brzuchu z twarzą zwróconą w jego kierunku. Patrzyły na niego pustymi oczodołami. Muchy i larwy nadal karmiły się tam tkanką, mimo że technicy oczyścili już resztę ciała. Natarczywe i wiecznie głodne latały również koło Adama, powodując jedyny hałas, jaki potrafił do niego dotrzeć.

Odgonił je ręką i przeniósł ją nad zwłoki. Nie dotykając niczego, wolno przesuwał dłoń wzdłuż licznych, drobnych nakłuć prowadzących od lewej strony górnych pleców ofiary ku ich dołowi. Urywały się nagle za pośladkami. Nogi prawie nie posiadały obrażeń, jeśli nie liczyć sczerniałych wybroczyn po wiązaniach. To samo powtarzało się na nadgarstkach. Chłopak musiał mieć je związane, na co wskazywały zsiniałe, charakterystyczne linie.

W miejscach, gdzie cięcia i nakłucia były najbardziej intensywne, na pośladkach i w okolicach lędźwi, wszystko to, co niegdyś było skórą i mięśniami, teraz zmieniało się powoli w nieokreśloną masę. Pewnie łatwo odeszłaby od kości i ścięgien, gdyby jej dotknął. Dlatego sądził, że ktokolwiek to zrobił albo nienawidził tej części ciała ofiary, albo tak bardzo przypadła mu do gustu. Tak czy inaczej, to, co spoczywało pod jego ręką, nie przypominało już człowieka. Nic nie zostało z uśmiechniętego chłopaka, którego Adam widział na zdjęciach. Teraz to był tylko… To był tylko kawałek zepsutego mięsa, który służył jako pożywienie dla much. Wyglądał tak samo jak jego rodzina, kiedy odnaleziono ich w górskim jeziorze dziesięć lat temu.

– Prawie tak samo – szepnął do siebie, obracając się do Elki.

Dopiero teraz zobaczył, że w tunelu było więcej ludzi. Jego partnerka i anatomopatolog czekali na niego w oddaleniu, obserwując Adama otwarcie. Reszta udawała, że wypełnia swoje obowiązki, spoglądając ukradkiem, jakby czekali na jakąś scenę.

Każdy w jego wydziale znał tę sprawę. Technicy pewnie się na niej uczyli. Zabójstwo policjanta było czymś dużym, a wykonane w taki sposób, przez zabójcę widmo, stawało się niczym Święty Graal dla każdego, kto miał coś wspólnego z dochodzeniówką. Teraz wszyscy znów będą mogli karmić się jego tragedią, tak samo jak te muchy karmiły się ciałem Daniela. Domyślał się, że jeszcze przed południem wydział będzie mówić o porwanym chłopaku, który został zamordowany dokładnie tak samo jak młodszy Aleksandrowicz.

– Są pewne różnice – odezwał się lekarz, jakby czytał policjantowi w myślach. – Jak na przykład użycie bakterii gnilnych.

Podszedł bliżej, wskazując na ciało.

– Jeśli mogę?

– Proszę – odpowiedział cicho Aleksandrowicz.

Mężczyzna kucnął przy nim ostrożnie. Zachowywał się tak, jakby był w obecności dzikiego zwierzęcia.

– Dawaj, jestem dużym chłopcem – ponaglił go Adam, widząc, że ten się nadal waha.

– Na początku myślałem, że sprawcą może być naśladowca – zaczął ostrożnie Piotr – bo mamy tutaj do czynienia z dużym odstępem czasu i pewnymi różnicami.

– Ale ty uważasz, że to ta sama osoba? – wtrącił policjant, a patolog cofnął się lekko.

Aleksandrowicz jeszcze raz spojrzał na ciało, a potem szybko obejrzał się na Elkę. Kobieta rozmawiała z jednym z techników, instruując go, jak ma robić dla nich zdjęcia. Mikołaj, tak miał na imię, przypomniał sobie i dodał ściszonym głosem w kierunku patologa:

– Nawet jeśli rozkład postąpił tak daleko, utrudniając identyfikację narzędzia, mogę się założyć, że cięcia były zadane długim, wąskim nożem. Są bardzo precyzyjne, wykonane tak, żeby nie doprowadzić do szybkiej śmierci, a raczej spowodować ciągłe krwawienie.

– Tak, też tak myślę – wtrącił odważniej Piotr.

W jego jasnych oczach pojawiło się coś na kształt fascynacji. Szybko oblizał usta i zaczął mówić pewniej.

– Te nakłucia… Myślę, że sprawca podał nimi szczepy grzybów i bakterii beztlenowych. To one przyśpieszyły rozkład.

Adam uniósł brwi w zdziwieniu.

– To jest w ogóle możliwe?

– To jedyne racjonalne wytłumaczenie stanu ciała. – Piotr wzruszył ramionami, patrząc na całość zniszczeń. – W ośrodku w Stanach, w którym byłem na stażu, robiliśmy badania tego typu i okazywało się, że kiedy wszczepialiśmy bakterie beztlenowe do jeszcze żywych organizmów, te po śmierci ulegały bardzo szybkiemu rozkładowi. Oczywiście żeby go tak bardzo przyspieszyć, musieliśmy mieć doskonałe warunki środowiskowe.

– Odpowiednia wilgotność, obecność wody, wysoka temperatura i brak przewiewu? – spytał Adam zaciekawiony.

– Dokładnie – przytaknął anatomopatolog. – Tutaj mamy je wszystkie spełnione, dlatego wszędzie tam, gdzie zaaplikowano przed śmiercią beztlenowce, ciało wygląda, jakby było co najmniej dwa tygodnie w procesie rozkładu, bo ten zaczął się w ranach Daniela, jeszcze zanim chłopak umarł.

– Ile czasu?

– Możliwe, że Daniel żył w tym stanie nawet tydzień. – Dobywając pęsety z kieszeni swojej kurtki, wydostał z mazi, która rozlewała się dokoła ciała, jedną z martwych much. – Sądząc po rozwoju larw, ich liczbie i liczbie dorosłych oraz martwych osobników, myślę, że ciało Daniela jest tutaj od około siedmiu dni. To dawałoby dwa tygodnie.

Adam trawił wiadomości, skupiając swój wzrok na martwym owadzie. Wszystko, co do tej pory usłyszał, nie kleiło się na tyle, żeby mógł to ogarnąć jego zmęczony umysł. Pewne rzeczy pasowały do sprawy jego rodziców, inne natomiast zdawały się być rzucone do wora niekształtnych i niczemu nieprzydatnych elementów. Jak puzzle z innego zestawu, które miały zmylić kogokolwiek, kto chciałby szybko ułożyć obrazek.

– Postarajcie się jak najszybciej ustalić czas śmierci i przyczynę zgonu – poprosił w końcu.

Patolog lekko skinął głową, wstając z kucek razem z Adamem.

– Elka, co myślisz o reszcie? – zagadnął swoją partnerkę policjant, podchodząc bliżej.

– Niby wiemy do jakiej spółki należy klub, ale przyjrzałabym się temu jeszcze raz, bo coś mi tutaj nie pasuje. Trzeba też sprawdzić, czy są inne wejścia do tych kanałów, przesłuchać pracowników i gości – zaczęła wymieniać szybko. – Do tego dochodzi monitoring, chociaż wątpię, żeby było tam coś widać, skoro sprawcy tak sprawnie udało się porwać chłopaka.

– No i to zgłoszenie – zauważył Adam. – Trzeba zobaczyć, czy coś wiąże się z tym numerem telef… – Adam nie zdążył powiedzieć do końca, kiedy w tunelu nagle rozbrzmiał ostry dzwonek komórki Elki.

Kobieta zerknęła na wyświetlacz, przebiegając szybko wzrokiem po treści wiadomości.

– Balicki przyjechał – powiedziała, krzywiąc się nieznacznie. – Mamy iść na górę.

Adam przytaknął jej i zwrócił się jeszcze do lekarza:

– Dokładnie zbadajcie jego odbyt.

– Słucham? – zdążył zapytać Piotr.

– Zobaczcie, czy ma coś w tyłku – krzyknął na odchodne Aleksandrowicz, kierując się do wyjścia.

Kiedy w końcu wydostali się z powrotem na powierzchnię i zaczerpnął pierwszy oddech, wydawało mu się, że nigdy wcześniej wrocławskie powietrze nie smakowało tak dobrze.

– Czekamy tutaj, czy dołączamy do komitetu powitalnego i rozwijamy czerwony dywan? – zapytała go niepewnie i z nadzieją Elka.

Adam zaśmiał się dźwięcznie, starając się przez chwilę nie myśleć o tym, co widział na dole.

– Myślisz, że to poprawiłoby nasze notowania? Po tym, co robiliśmy przez ostatnie dwa tygodnie, pewnie powinniśmy wejść mu w dupę bez wazeliny – zaproponował, sugestywnie unosząc brwi.

– Po tym co ty robiłeś – zauważyła kobieta. – Ja tylko dałam się zwieść.

– Prawda, jestem taki czarujący.

– Kiedy nie gadasz głupot – sprostowała, śmiejąc się krótko i jeszcze szczelniej owijając się kurtką.

Namiotem targnął silny podmuch wiatru. Wraz z nim oboje poczuli zapach dochodzący ze studzienki. Adam skrzywił się, ale nie z obrzydzenia. Nagle poczuł dziwną mieszankę żalu i złości.

– Pewnie będziesz musiała popracować trochę sama – zaczął po chwili. – Nie sądzę, żebym mógł nadal pracować przy tej sprawie.

– Nic nie jest jeszcze pewne. To może być ktoś inny – powiedziała cicho, jakby nie chciała tutaj zaczynać tego tematu.

Adam już otworzył usta, żeby temu zaprzeczyć, ale poły namiotu uchyliły się i do wnętrza weszło dwóch mężczyzn.

Pierwszy wszedł Smok, przytrzymując materiał dla wysokiego, szczupłego mężczyzny. Nawet o szóstej rano w sobotę prokurator Ryszard Balicki był idealnie uczesany, ubrany i ogolony. Adam skrzywił się jeszcze bardziej, widząc jego drogi płaszcz, błysk ekskluzywnego zegarka i złotej spinki do krawata. Nienawidził tych biurokratów i przywilejów, jakimi ich darzono. Właściwie nienawidził wszystkich ludzi związanych z sądem. Prokuratorów za przywłaszczanie sobie zasług i lenistwo, a adwokatów za to, że potrafili zniweczyć lata ich pracy. Może dlatego nawet nie zwrócił uwagi, kiedy Balicki się z nimi przywitał. Dopiero gdy Elka lekko szturchnęła go w ramię, policjant wysunął rękę nadal obleczoną w rękawiczkę. Prokurator popatrzył na jego dłoń z niechęcią, ale w końcu uścisnął ją bardzo lekko.

– Widzę, że praca wre?

Adam naumyślnie umocnił chwyt, przytrzymując dłoń mężczyzny dłuższą chwilę. Patrzył z satysfakcją, jak uśmiech tego fircyka staje się jeszcze bardziej wymuszony.

– Robimy, co w naszej mocy, żeby zakończyć tę sprawę – powiedział metalicznym głosem.

– Widać niewystarczająco – skomentował Balicki i dodał, spoglądając na Smoka: – Z tego co słyszałem.

– W końcu odnaleźliśmy Daniela, prawda? – odpowiedział spokojnie Smok. – Dobrze wiesz, że czasami nawet jeśli skierujemy wszystkie środki na jakąś sprawę, to nadal nie wystarcza.

Prokurator pokiwał powoli głową, jakby się nad czymś zastanawiając. Po chwili spoglądnął jeszcze raz na policjantów, uśmiechając się z lekkim zatroskaniem. Było to tak samo dokładnie wystudiowane jak reszta jego emocji.

– Myślałem, że uda nam się zakończyć ten rok na plusie – powiedział. – I kiedy ten telefon obudził mnie w środku nocy, pomyślałem też, że może przekażę matce Daniela dobre wieści. Mówiłem już, że jest moją znajomą? Nasi synowie razem studiują… To znaczy – przerwał nagle, patrząc na Adama, jakby to on sam był sprawcą, i poprawił się: – studiowali.

– Mówił pan i dlatego, ze względu na waszą znajomość, to ja przekażę jej wiadomości – odezwała się pewnie Elka. – Nie ma sensu marnować kolejnych środków, które poszły na moje szkolenia, żeby teraz pan musiał robić takie rzeczy.

– Czy to oznacza, że nie muszę schodzić do tej dziury?

– Możesz równie dobrze poczekać aż wydostaniemy ciało na powierzchnię – powiedział powoli Smok, ale widząc wzrok drugiego mężczyzny, dodał szybko: – Albo obejrzeć gotowe materiały około południa.

– Świetnie, będę miał czas, żeby przygotować się na spotkanie z dziennikarzami o piętnastej – zawyrokował Balicki, podnosząc kołnierz swojego płaszcza.

Adam zacisnął mocno zęby. Obserwował, jak prokurator śpiesznie podaje rękę Smokowi i szybko wychodzi z namiotu. Kiedy wraz z ruchem brezentu dostało się do wnętrza świeże powietrze, policjant wziął kolejny głęboki oddech, żeby się uspokoić, ale nawet to nie stłumiło nagłego przeczucia. Gdzieś głęboko wiedział, że to, co znaleźli na dole, było dopiero początkiem.

***

Światła dryfowały od ścian do parkietu, przemykając po nagich ciałach i twarzach ludzi. Drgały wraz z dźwiękami muzyki i nagle kończyły podróż wysoko ponad tłumem, odbijając się od przyciemnionego, grubego szkła jego biura. Na chwilę rozświetlały jego oczy, prześlizgiwały się po ramionach, żeby uciec i powtórzyć swoją podróż. Ciągle i od początku wędrowały tym samym szlakiem. Nieustannie. Nieprzerwanie.

Uśmiechnął się do tej myśli, obiecując sobie, że zapamięta ją i może kiedyś wykorzysta. Mógłby nawet rozwinąć ten pomysł i zrobić z niego główny motyw jednej z imprez, stworzyć coś na kształt starożytnych igrzysk z tanecznymi bitwami zamiast walk gladiatorów. Na końcu wynagrodziłby zwycięzców na osobności, w jego sypialni.

Może po czymś takim zapomniałby o fiasku z wręczenia nagród dla przedsiębiorców roku. Specjalnie tydzień temu pojechał do Warszawy. Wrócił dzisiaj rano z pustymi rękami, pieprzonym kacem i niepochlebnym artykułem w Gazecie Prawnej. Jak o nim pisali?

Mężczyzna wziął gazetę do ręki, mrucząc kolejne słowa pod nosem, zaczął czytać:

– Konrad Gronczewski jest zwykłym biznesmenem, otwierającym swoje kluby niczym spółka Jeronimo otwiera kolejne supermarkety Biedronka, bez finezji i ducha nowoczesnego przedsiębiorcy.

Prychnął, gdy słowa przelały się w nim z echem gniewu.

– Co oni mogą wiedzieć? – powiedział do siebie, odchylając się w fotelu.

Zdawał sobie sprawę, że to nie przez podane w artykule powody nie dostał nagrody. Nie chodziło też o to, że niecała jego działalność była legalna. W tym kraju nic nie działo się w pełni legalnie. W tym kraju, jeśli chciało się zrobić pieniądze, musiało się balansować na granicy albo najlepiej całkiem ją przekraczać. Robił tak każdy – od polityków zaczynając, na klerze kończąc. Gdyby było inaczej, dziennikarze nie mieliby pracy, bo tylko jeszcze oni dążyli do prawdy. I to nie wszyscy.

Konrad nie dostał nagrody, bo był gejem, a jego kluby stanowiły obecnie największą sieć klubów gejowskich w Polsce. Ci, którzy przyznawali nagrodę, nie tylko dziko zazdrościli mu sukcesu, ale też bali się przeciwstawić obecnej władzy. Ta nie pozwoliłaby, żeby ktoś taki jak on cokolwiek w tym kraju osiągnął. Politycy prędzej woleliby widzieć go martwym. To jednak nie przeszkadzało im bzykać młodych chłopców po ciemnych kątach jego flagowych lokali. Może powinienem zacząć ich nagrywać, a później szantażować? – pomyślał i także ten pomysł zaszufladkował na później.

Obracając się w fotelu, odwrócił się od widoku na dole. Przez chwilę rozważał, czy nie miał już dzisiaj dość i powinien wrócić do domu, ale marynarka leżąca na sofie naprzeciwko sprawiła, że zmienił zdanie. Musiał tylko zrzucić resztę oficjalnych ubrań i mógł dać upust swoim emocjom na ciągle tętniącym życiem parkiecie.

Nadal nie podnosząc się z miejsca, poluzował krawat i rozpiął kilka pierwszych guzików koszuli. Po chwili jego twarz rozbłysnęła tym razem od iluminacji płomienia zapalniczki. Końcówka papierosa zatliła się w półmroku, gdy zaciągnął się głęboko i bardzo powoli wypuścił powietrze. Przypomniał sobie o złotym płynie, który teraz drgał delikatnie w szklance w takt muzyki. Nie mógł jej słyszeć przez dźwiękoszczelne szkło, ale mógł ją czuć. Wibrowała przez podłogę i dosięgając aż do gabinetu, odbijała się echem gdzieś w jego wnętrzu. Mógł sobie dokładnie wyobrazić bębniarzy, którzy według planu powinni znów przejąć scenę i teraz zlewali się w idealną harmonię razem z tonami elektrycznej muzyki. Nawet o czwartej nad ranem na parkiecie panował ścisk, ludzie tańczyli tak, jakby świat miał się skończyć, gdy tylko wzejdzie słońce. On też to czuł. Energia roznosiła się rezonansem pomiędzy ścianami klubu, powoli przywracając go życiu.

Kiedyś nie musiałby się tak zmuszać. Kiedyś byłby pierwszą osobą na parkiecie. Zrobiłby wszystko, żeby utopić się w zapomnieniu. W czyichś ustach, w czyimś ciele. Robił to, bo tylko wtedy czuł się wolny. Teraz za to czuł się ograniczony i wiedział, że nie chodziło o jego wiek. Miał dopiero trzydzieści cztery lata i nadal czuł w sobie palące pragnienie, żeby żyć ponad limit. To raczej miasto go wykańczało.

Od kiedy tylko tutaj wrócił, trochę ponad dwa lata temu, wydawało mu się, że zaczyna wegetować. Wszystkie jego problemy były połączone z tym miejscem. Czuł, jakby ciężar przeszłości spoczął na jego barkach, przywołując demony. Zazwyczaj udawało mu się z nimi walczyć, wykorzystując to wszystko, co znał do tej pory. Seks był najlepszy. Kiedy kogoś pieprzył, nadal potrafił utonąć w słodkim zapomnieniu. Dlatego oddawał się temu uzależnieniu tak często, jak tylko mógł. Jednak czasami przychodziły takie chwile jak ta, kiedy grała w nim już tylko złość. Był wściekły, że nadal pamięta. Był wściekły, że nadal potrafi coś czuć. Nienawidził czuć, bo to oznaczało, że nadal komuś lub czemuś podlegał.

Interes też nie był w pełni jego własnością. Zależał od grupy ramoli, którzy cały czas myśleli, że są przy władzy, tylko dlatego, że to miasto nadal żyło przeszłością i niesionym wraz z nią strachem. Tak samo jak cały kraj. Znosił to trochę lepiej, odkąd Babilon zaczął przynosić dochody. Dzięki temu odzyskał część niezależności.

Klub należał tylko do niego. Otwarcie go stanowiło jedyny warunek jego powrotu. A fakt, że tylko on sprawował władzę nad lokalem, okazał się o wiele bardziej satysfakcjonujący, niż Konrad zakładał w pierwotnym planie. Jasne, miał parę innych klubów pod nadzorem, ale to były nieprofilowane, odrestaurowane speluny po jego ojcu. Babilon za to różnił się tym, że powstał w całości z jego pomysłu, w nowym miejscu i przyjmował w swoje progi tylko przedstawicieli mniejszości seksualnych, zarabiając tym samym na resztę biznesów.

Z pomocą sławy, jaką przynosiło Konradowi to miejsce, udało mu się sprawić, że wszystko to, co jego ojciec doprowadził do upadku, chlejąc i trwoniąc pieniądze, zaczęło znów przypominać starą fortecę Gronczewskich. Dlaczego? Bo był inny. Był stałą, zimną siłą niestrudzenie prącą do przodu. Okazał się też przeciwieństwem starego Gronczewskiego, co wielu ludziom z ich grupy się nie podobało, ale on potrafił zamknąć im gęby, kiedy miesiąc w miesiąc prezentował rosnące słupki na wykresach przychodów. A wszystko przez to, że trzeźwo myślał, kalkulował i nie wierzył ślepo w chore bajki, którymi tak chętnie karmił ich jego ojciec. I nawet jeśli obaj byli równie okrutni, to dopiero Konrad wzbudzał we wszystkich prawdziwy strach. Bez manifestacji siły czy brutalności sprawiał, że z każdym mijającym dniem od jego powrotu współpracownicy starego Gronczewskiego trzęśli się właśnie przed nim, a nie przed pajacem, który umiał tylko dotrzymać im kroku w chlaniu. A jednak mimo to Konrad nadal podlegał ojcu. Dlaczego? Bo stwarzanie pozorów było najważniejsze. Tak ważne, że ginęli za nie ludzie.

Zdusił papierosa z niepotrzebną siłą. Przyciskając jeden z górnych guzików na pilocie, uruchomił mechanizm, a po chwili pomieszczenie wypełnił miękki blask żółtego światła, ukazując równo wiszące i poukładane ubrania skompletowane na wszystkie możliwe okazje. To zmusiło go do ruchu. Wstał z nową energią i podszedł do szafy. Chwilę zastanawiał się, wodząc palcami po delikatnych tkaninach, aby nagle zatrzymać się przy błękitnej, taliowanej koszuli, którą przywiózł kilka tygodni temu z Włoch. Do tego dołożył parę niebieskich, przetartych jeansów, ciasno opinających jego długie nogi, kiedy szybkim ruchem wsunął je na gołe pośladki. Szary garnitur z rozdania nagród został skopany i zmięty, w efekcie lądując w koszu na śmieci.

Drzwi do jego gabinetu otworzyły się dokładnie w tym samym momencie, kiedy skończył zapinać guziki koszuli, wpuszczając do wnętrza nie tylko pokaźnie umięśnionego mężczyznę, ale i huk muzyki z dołu.

– Znów chciałeś mnie zobaczyć nago? – spytał Konrad, obserwując przybysza w lustrze zawieszonym na jednym ze skrzydeł szafy.

Mężczyzna opadł na kanapę z zaskakującą lekkością, nie kryjąc grymasu niesmaku.

– Niezmiernie – wydusił w końcu.

– Powinieneś pielęgnować te momenty – mruknął Konrad, skupiając całą uwagę na rękawach koszuli, precyzyjnie je układając. – Niektórzy chcą dać sporo kasy za mój tyłek.

– I obaj wiemy, jak skończyli – powiedział z usłużnym uśmiechem mężczyzna. – A ja lubię myśleć, że jeszcze czeka mnie coś dobrego w życiu.

– I dlatego mógłbyś w końcu nauczyć się pukać – zaproponował Konrad, patrząc na swoje odbicie w jednej z szyb okalających biuro.

– Umiem pukać. Zwłaszcza młode, długonogie blondynki – odbił jego pracownik, wzruszając ramionami. – Ale jeśli chcesz być w pełni bezpieczny, muszę mieć wolną rękę i przejścia.

– Anton nie pieprz więc, że tak cierpisz, kiedy widzisz mnie nago – odparł dobitnie Konrad, uśmiechając się z przekorą.

Stając naprzeciwko swojego pracownika, oparł się o biurko i nie chcąc kontynuować tej rozmowy o niczym, spojrzał na niego wyczekująco.

Znał Antona chyba wieki. Poznali się zaraz w pierwszych miesiącach jego wygnania i mimo że obecnie pozostawali w tej dziwnej relacji podwładnego i szefa, Anton był jedynym człowiekiem, którego Konrad odważyłby się nazwać przyjacielem. Właśnie dlatego czuł, że ta wizyta nie była niewinna. Anton nie musiał mu raportować wszystkiego, a Konrad zostawiał mu wiele swobody, jeśli chodziło o rzeczy związane z ochroną jego czy klubu. To, że pokusił się przyjść aż tutaj, było dziwne, a nawet niepokojące w dzień tak wypełnionego lokalu.

Anton wyprostował się na swoim miejscu, przysuwając bliżej Gronczewskiego.

– Znaleźli Daniela.

Konrad tylko skinął głową, nakazując ochroniarzowi kontynuować.

– Znaleźli go martwego – dopowiedział. – Był upchany w studzienkę koło Miłości i myślę, że dojdą do wszystkiego dość szybko.

– Czy nasz kundel powiedział ci coś, czego nie domyślalibyśmy się sami? – spytał nadal spokojnie Gronczewski. – Płacimy mu spore pieniądze, więc mógłby być trochę bardziej wylewny.

– Mówił też, że wczoraj widział Maćka Różyckiego na dołku – dodał Anton. – Nie wiem, co szczyl im powiedział, ale podobno po tym zamknęli dochodzenie dla kogokolwiek spoza tej specjalnej jednostki.

– Chodzi ci o tych od Smoka? – prychnął Konrad, hamując przekleństwo cisnące się mu na usta. – Czyli koniec z dostępem do informacji?

Anton tylko przytaknął, obserwując jak jego szef próbuje powstrzymać złość. Gronczewski odwrócił się, żeby znaleźć zapomnianą paczkę papierosów i zapalniczkę.

– Jeśli dowiedzą się, że Miłość jest nasza, a pewnie dowiedzą się szybko, wezmą pod lupę każdą pieprzoną część naszego biznesu – powiedział, zanim włożył papierosa do ust i odpalił go.

Powoli zaciągnął się nową dawką nikotyny, mówiąc następne słowa wraz z wydychanym dymem:

– A do tego wiemy, że nie da się ich kupić.

– Właśnie dlatego chciałem się upewnić, co robimy z dostawą.

– Czekamy – odpowiedział natychmiast Konrad. – I chcę porozmawiać z Maćkiem.

Anton skinął jeszcze raz, dając mu znać, że zrozumiał, ale jednocześnie Gronczewski widział, że jego pracownik się z nim nie zgadzał. Może i nawet on sam się ze sobą nie zgadzał, ale byli na ostatniej prostej tego biznesu i nie mógł ryzykować, że stracą wszystko przez jakieś niewielkie niedopatrzenie albo pośpiech.

– Pamiętaj, że nie możemy czekać za długo – przestrzegł go mężczyzna i już po chwili pożałował, kiedy zobaczył jak twarz jego szefa zmienia się natychmiast w grymasie złości.

Konrad wydmuchał chmurę dymu, cedząc przez zaciśnięte zęby:

– Nie pouczaj mnie.

Anton podniósł ręce w geście poddania się, wstając powoli ze swojego miejsca.

– Wiesz, że chodzi mi tylko o twoje dobro – zapewnił go w ramach przeprosin, sięgając do klamki.

– Ta, jasne – prychnął Konrad. – A twoje samochody kupią się same?

– O nie też się martwię – dodał już z pełnym uśmiechem jego pracownik, otwierając drzwi.

Wpuszczając do wnętrza gabinetu niespokojne rytmy, przypomniał Konradowi o niesłabnącej na sile imprezie. Nagle widok tego, co działo się na dole, nie był już tak kuszący. Nagle wszystkie jego demony jakby wylazły z szafy, którą przed chwilą otworzył. A może otworzył puszkę Pandory, kiedy tutaj wrócił? Już od jakiegoś czasu czekał, aż któraś z mar wybuchnie mu jadem w twarz i może właśnie to był początek.

Mógł powiedzieć ojcu, żeby poszedł w cholerę. Mógł schować się głębiej, pojechać dalej. Mógł pławić się w zapomnieniu i udawać, że nie był tym, kim jest, albo nie pochodził z tego bagna ludzkich szumowin. Mógł wtedy tak wiele, ale jednak znalazł się w tym miejscu i nie mógł pozostać bierny. Umartwianie się nie było w jego stylu. On działał. Konsekwencjami przestał przejmować się jakieś piętnaście lat temu i teraz nie miał zamiaru zrobić z tego swojego zwyczaju.

Wstał od biurka, kierując się do drzwi, jednak zatrzymał się w progu, nagle stając twarzą w twarz z blondwłosą kobietą. Jego siostra odskoczyła lekko przestraszona i zaskoczona, ale zaraz uśmiechnęła się zadziwiająco promieniście na jego widok.

– Myślałam, że jesteś nadal w Warszawie – powiedziała, podnosząc głos, żeby przekrzyczeć muzykę i dopiero kiedy mężczyzna cofnął się lekko, weszła, dając mu szybkiego całusa w policzek. – Kiedy wróciłeś?

Konrad zamknął za nią drzwi i przysiadł na oparciu sofy, obserwując, jak ściąga z siebie grubą parkę z kapturem, odsłaniając twarz, której rysy bardzo przypominały jego własne. Przeszła koło niego, zawieszając kurtkę w nadal otwartej szafie i zamknęła ją odruchowo, podchodząc do biurka, żeby zacząć układać na nim przyniesione teczki.

– Nie miałem po co tam zostawać – mruknął w końcu mężczyzna, zapatrując się w zmięty garnitur leżący w śmietniku.

Siostra podążyła za jego wzrokiem, zgadując od razu myśli rozmówcy.

– Może za rok się uda?

– Zobaczymy.

– Wiesz, jak ja nie lubię tego twojego „zobaczymy”.

– To akurat nie jest moje „zobaczymy” – odparł znacząco, uśmiechając się lekko i chyba pierwszy raz tego wieczoru.

Kobieta tylko skinęła głową, jakby chwilę zastanawiając się nad tym, co widocznie chciała powiedzieć i w końcu dopowiedziała trochę ciszej:

– Ojciec byłby na serio zadowolony.

– Iwona, ojciec może się pieprzyć – odpowiedział natychmiast Konrad, a jego lepszy humor ulotnił się niczym dźwięki muzyki wygłuszane przez szczelne drzwi i okna.

Jego siostra jeszcze raz przytaknęła, zwieszając głowę. Dotknęła każdą z teczek, upewniając się, że są dobrze ułożone i idealnie układają się do krawędzi biurka.

Konrad nie mógł na to patrzeć. Nie lubił u niej tych objawów perfekcjonizmu, które mieszając się z uległością kobiety, powodowały, że zawsze czuł przy niej zniecierpliwienie. Opanował się jednak, żeby nie powiedzieć czegoś więcej i wstał, czując wibrowanie telefonu w kieszeni. Anton pewnie znalazł ich zgubę i właśnie dawał mu o tym znać.

– Zostaw rzeczy do podpisania na wierzchu – rzucił tylko i nawet nie czekając na jej reakcję, zniknął za drzwiami.

Zbiegając po metalowej klatce schodowej, skierował się na tył klubu, gdzie znajdował się pokój spotkań z osobami, które nie miały prawa znaleźć się w samym lokalu. Babilon był jego świętą ziemią i nie pozwalał, żeby którykolwiek z jego pozostałych biznesów mieszał się z tym, co działo się tutaj. Może robił wyjątek jedynie dla jego najbardziej prywatnego biznesu, który nosił pomiędzy nogami. Dla reszty Babilon był zamknięty.

To samo dotyczyło towaru. Wnętrze klubu pozostawało czyste i goście doskonale wiedzieli, że jeśli ochrona znalazłaby coś przy nich, zapłaciliby za to nie tylko zakazem wstępu, ale i własnymi tyłkami. Nie oznaczało to, że przed klubem nie roiło się od jaskółek, które bez przerwy pilnowały, żeby jego goście byli odpowiednio nastawieni na wieczór. Maciek, siedzący właśnie w niewielkim, ciemnym pomieszczeniu, otoczony przez Antona i jego ludzi, był jednym z takich drobnych dilerów.

– No proszę – odezwał się Konrad, wchodząc do pokoju. – Nie spodziewałem się, że spotkamy się tak szybko.

– Kręcił się blisko, więc nie było trudno go znaleźć – wyjaśnił Anton, uśmiechając się półgębkiem. – Kiedy zobaczył chłopców, zaczął uciekać.

Konrad nie ukrywał zdziwienia, sugestywnie unosząc brwi, gdy zwrócił się do chłopaka:

– Jesteś aż tak głupi?

Maciek nie zareagował. Nadal tępo wpatrywał się w podłogę i dopiero kiedy jeden z ochroniarzy szturchnął go mocno w ramię, chłopak drgnął, odwracając swój wzrok w kierunku, skąd wcześniej padło pytanie. Musiał dostać, chociaż Konrad nie widział żadnych obrażeń. Jego ludzie potrafili nieźle maskować swoje poczynania. W końcu pracowali dla niego.

Dopiero teraz też zobaczył, jak bardzo smarkacz jest przerażony. Trząsł się widocznie, a w jego oczach czaiły się łzy i mężczyzna dziwił się sam sobie, dlaczego zdecydował się wpuścić tego gówniarza do swojego łóżka.

– Zostawcie mnie z nim samego – zadecydował nagle.

– Szefie, to chyba nie jest najlep… – Jeden z jego ludzi zaczął mówić, zanim Anton zdołał go powstrzymać, ale Konrad odpowiedział mu szybciej.

– Nie płacę ci za twoje opinie – warknął. – Wynoście się.

Cała czwórka ruszyła do drzwi już bez protestów, zasuwając je ciężko za sobą. W pomieszczeniu zrobiło się jeszcze ciemniej, a blado świecąca, goła żarówka jedynie nikle wydobywała z mroku skromne wyposażenie pokoju. Jedno krzesło i stół zwykle wystarczały, żeby odpowiednio ugościć niechcianych przybyszów.

Konrad odwrócił się od chłopaka i założył lateksowe rękawiczki, które zostawił mu na stole Anton. Powoli, dokładnie dopasował każdy z palców, słysząc jak za plecami Maciek oddycha głośniej. Kiedy znów stanął naprzeciwko chłopaka, bez problemu mógł zobaczyć strach czający się w rozszerzonych źrenicach.

– Przepraszam za nich – odparł szeptem, wskazując głową w kierunku, w którym zniknęli jego ludzie. – Nie są zbyt dobrze wychowani i nie wiedzą, jak traktuje się gości.

– Gości – powiedział ochrypłym od strachu głosem Maciek, ale mimo to z silnie wyczuwalną pogardą.

– Możesz stąd odejść, więc jesteś gościem.

Chłopak przez chwilę zdawał się rozważać te słowa, gdy z intensywnością przyglądał się mężczyźnie.

– Po co? – odezwał się po chwili już z większą pewnością. – Żebyś strzelił mi w plecy, kiedy tylko się odwrócę?

Konrad zaśmiał się krótko. Rozłożył ręce i obrócił się dookoła.

– Jestem bezbronny – powiedział z uśmiechem i oparł się o stół. – Nie mam już nic do ciebie. Gdybym miał cię zabić, zrobiłbym to dwa tygodnie temu.

– To po cholerę twoi ludzie mnie tutaj zaciągnęli?

– Bo chcę wiedzieć, co wygadałeś policji – powiedział lekko Gronczewski i obserwował, jak Maciek po raz pierwszy naprawdę kieruje na niego całą swoją uwagę.

Jego oczy na chwilę rozszerzyły się z nową falą przerażenia. W kilka sekund zdał sobie sprawę, o co chodziło. Podniósł się na krześle, kurczowo chwytając się jego brzegów, jakby to miało mu dać chociaż trochę schronienia.

– Widzę, że w końcu mnie zrozumiałeś – powiedział powoli Konrad i tym razem jego uśmiech był przerażająco prawdziwy. – Nie chodzi o towar, który chciałeś ukraść z Danielem. I nie o to, że cię przerżnąłem tej samej nocy, kiedy chcieliście to zrobić. Ani o to, że okłamałeś mnie mówiąc, że dilujesz tylko dla mnie. Pewnie już się przekonałeś, jaka była za to kara, a ja nie karzę dwa razy za to samo.

– Co ze mną zrobisz? – wyszeptał chłopak, a jego wargi drżały z każdym słowem.

– Nic – odparł lekko mężczyzna, wzruszając ramionami, ale jego ton głosu był metaliczny, kiedy dodał: – Jeśli powtórzysz mi dokładnie każde słowo, które powiedziałeś policji.

– A jeśli nie powiem?

Konrad zmarszczył nos, jakby poczuł coś nieprzyjemnego.

– Zakładam, że powiesz – odpowiedział i sięgnął po coś, co leżało zapomniane na stole.

Chłopak zerwał się nagle, bojąc się tego, co Gronczewski mógł trzymać w ręce, jednak kiedy rozpoznał znajomy kształt, opadł z powrotem na krzesło.

– Masz ochotę? – spytał mężczyzna, podsuwając mu paczkę bliżej, a kiedy Maciek szybko skinął głową, kontynuował: – Wystarczy, że wszystko powiesz i już nigdy nie piśniesz słowa psom o tym, co się tutaj dzieje, a dostaniesz to, co chciałeś mi ukraść.

– Dlaczego? – dopytał niedowierzająco Maciek.

Jego oczy tym razem wypełniły się wieloma sprzecznymi uczuciami. Konrad rozpoznawał je wszystkie. To był jego talent. Doskonale potrafił czytać ludzi i grać nimi. Szczeniak był tak łatwy do rozpracowania, że już dwa tygodnie temu, kiedy Konrad bzyknął go na stole swojej kuchni, wiedział, po co Maciek pchał się do jego mieszkania. Ba! Fakt, że taka płotka chciała go okraść, kręcił go. Wtedy przynajmniej znalazł się ktoś, kto chciał mu się przeciwstawić i komu mógł pokazać, gdzie jest jego miejsce. Teraz, obserwując, jak przez twarz chłopaka przewija się nagła chęć, zaskoczenie i resztki strachu powoli ustępujące pragnieniu, czuł do niego tylko pogardę. Maciek był uzależniony i gdy tylko zobaczył jedyny, prawdziwy obiekt swoich pożądań, Konrad wiedział, że mógł zrobić z nim wszystko.

Teraz Maciek śledził każdy jego ruch bardzo dokładnie. Łakomie sycił się widokiem Gronczewskiego, który wyjął kluczyk od samochodu i zrobił nim małe nakłucie w paczce, nabierając trochę narkotyku na jego koniuszek.

– Spróbujesz? – spytał, wyciągając klucz w kierunku chłopaka. – To najwyższa półka, ale nie muszę ci tego mówić – dodał z przekornym uśmiechem. – I nie wypominam ci nic. Dobry sprzedawca musi znać swój towar.

Maciek mu nie odpowiedział. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w klucz przed sobą, jakby znajdywał się w innym świecie. Rozdarty pomiędzy strachem i pożądaniem tego, aby poczuć się na nowo całością. Konrad zgadywał po tym, jak chłopak wyglądał i się zachowywał, że musiał nie brać od momentu zaginięcia Daniela, kiedy obaj próbowali go okraść i kiedy puścił plotkę o tym, co zrobili. We Wrocławiu wszyscy dobrze wiedzieli, żeby nie zadzierać z Versace i jego grupą. Dlatego pewnie nikt nie chciał dać Maćkowi pracy albo sprzedać towaru. Jednak chłopak, zamiast nauczyć się czegoś z lekcji, jaką Konrad chciał mu dać, zaczął paplać psom i kręcił się koło klubu.

Maciek był zdesperowany i jak każdy uzależniony w końcu uległ. Sięgnął po klucz i wciągnął natychmiast całą porcję. Już spokojniejszy pozwolił swojej głowie osunąć się na oparcie krzesła. Uśmiech, który rozlał się na jego twarzy, był niemal błogi, pogłębiając się wraz z narkotykiem szybko rozchodzącym się po jego ciele.

– Naprawdę mnie puścisz, jeśli ci wszystko powiem? – spytał już bez strachu.

– Oczywiście – odparł z uśmiechem Gronczewski.

Tym razem jednak na jego twarzy pokazały się inne uczucia. Coś jakby zwierzęcego. Coś prymitywnego. Odepchnął się od stołu i nagle przycisnął chłopaka do krzesła, górując nad jego drobnym ciałem.

– Gadaj, co im o mnie powiedziałeś – zażądał kategorycznie.

Chłopak podniósł ręce do góry jakby w obronnym geście, patrząc mgliście na mężczyznę.

– O tobie nic. Przysięgam. Wiem, że byś mnie za to zabił.

– Dobrze, że przynajmniej zdajesz sobie z tego sprawę – warknął Konrad, wpijając swoje palce w barki chłopaka jeszcze mocniej. – Powtórz mi słowo po słowie, co powiedziałeś na przesłuchaniu.

– Pytali tylko o Daniela. Nie wiedzieli, że pracuję dla ciebie, ale wiedzieli, że ja i Daniel ze sobą kręcimy i jesteśmy na tym samym kierunku, albo że rozprowadzaliśmy dla Chemika – wybełkotał Maciek, odważnie sięgając ramion mężczyzny, żeby delikatnie chwycić go i powieść palcami wyżej. – Powiedziałem im tylko, że widziałem tych kolesi, którzy go zwinęli spod Miłości. I to, że mieli śmieszne kurtki, z jakimś wzorem na plecach, jakby wężem czy coś. Nic więcej. Tylko to.

Konrad drgnął na te słowa i prawie zdradził się przed chłopakiem. Cofnął się jednak szybko, zanim dałby się ponieś impulsowi i skręcił temu szczeniakowi kark.

Porwał ze stołu paczkę i rzucił ją Maćkowi, obserwując, jak ten przyciska ją do swojej piersi.

– Jest cała twoja – warknął, kierując się do wyjścia.

– Versace? Nie spróbujesz jej ze mną? – spytał Maciek, zatrzymując go już przy drzwiach.

Konrad się nie odwrócił. Szarpnął metalowe drzwi, zasuwając je z hukiem za sobą. Dopiero kiedy ich szczęk rozszedł się pomiędzy ścianami jasnego korytarza, mężczyzna odezwał się do Antona, który nadal na niego czekał.

– Przypilnuj, żeby psy z narkotykowego go zwinęły. W niedzielę, koło południa powinien być już dobrze ugotowany – rzucił tylko, kierując się w stronę parkietu.

***

Strumień pociekł po białych ściankach pisuaru, zabarwiając je w żółtawe odcienie i powoli rozpływając się na węższe stróżki, które dziwnie układały się na gładkiej powierzchni i zafascynowały Adama na chwilę, zanim zorientował się, że wgapia się w siki innego faceta. Potrząsnął głową, czując wzbierające mdłości i sam rozpiął rozporek.

Był sterany i zaczynał zachowywać się niepokojąco. Spał może góra cztery godziny pomiędzy ostatnią butelką piwa a telefonem od dyżurnego. Kac powoli z niego schodził, ale zostawiał jego ciało dziwnie obolałe i wyjałowione. Czuł pulsowanie w skroniach spowodowane już zmęczeniem, a nie alkoholem. I jakby tego było mało, do jego ogólnego stanu doszło jeszcze obrzydzenie, jakie wywoływało w nim to miejsce. Nienawidził korzystać z pisuarów na posterunku. Nienawidził brudu, jaki tutaj panował. Nienawidził tego, że nie mógł korzystać z kabiny, bo używanie jej do sikania oznaczałoby, że ma coś do ukrycia. Ludzie zaczęliby o nim gadać jeszcze bardziej niż gadali teraz, a on nie potrzebował takiej uwagi.

Dokładnie w chwili, kiedy to sobie pomyślał, poczuł klepnięcie w ramię, a wraz z nim niemiły dreszcz, który szybko przeszył jego ciało.

– Spokojnie – doszedł go znajomy głos i po chwili po swojej prawej stronie zobaczył drugiego mężczyznę.

Policjant rozpiął głośno rozporek i oddał się fizjologicznej czynności, z uśmiechem opryskując białą emalię.

– Dzień dobry, panie komisarzu – dodał konwersacyjnie.

Adam przewrócił oczami, szybko zbierając się i zapinając spodnie. Nie patrząc w stronę policjanta, zajął się myciem rąk. Nadal jednak słyszał, jak mężczyzna gwiżdże, mrucząc coś pod nosem. Kiedy skończył, podszedł do umywalki, żeby gapić się na Adama, jak ten dokładnie szoruje mydłem każdy skrawek skóry dłoni.

Adam znał Irka Desperaka może ponad rok, odkąd ten został przeniesiony do nich z Krzyków w ramach awansu. Nadal nie wiedział, co to miał być za awans i za co dokładnie, bo do tej pory ich kolega z działu antynarkotykowego nie bardzo się popisał. Nie miał na swoim koncie żadnego dużego zamknięcia i nawet jeśli sprawy w tym wydziale często toczyły się latami, Irek zdawał się kierować bardziej ku wypuszczaniu przestępców niż na dobre zatrzymywaniu ich za kratami.

– Jesteś obleśny. – Aleksandrowicz w końcu nie wytrzymał ciszy i strzepując resztki wody z rąk, zwrócił się do drugiego policjanta: – Czego chcesz?

Mężczyzna tylko wzruszył ramionami, wydymając usta w udawanym grymasie smutku.

– Czuję się dotknięty.

– Chyba dotknięty w głowę – odpowiedział bez cienia wesołości w głosie Adam.

Stanął przed nim, żeby wyjść, ale Irek ciągle grodził mu drogę.

– Mógłbyś?

– Przecież ja nic nie robię?

– No właśnie – mruknął Aleksandrowicz.

Irek skapitulował i w końcu ustąpił mu miejsca. Zanim jednak Adam zdążył przejść, rzucił pytanie:

– Jak tam sprawa?

Adam na te słowa stanął. Przez chwilę nie poruszył się, hamując swoją pierwszą reakcję. Irek był dla niego fiutem. Zakłamanym, rasistowskim, szowinistycznym półgłówkiem, który robił karierę dzięki Bóg wie jakim znajomościom, ale kiedy zadawał takie pytania, krótko po tym, jak odsunięto go od śledztwa, stawał się niebezpieczny. Tego typu pytania nie były niewinne, a odpowiedzi nie służyły tylko na użytek Irka.

Jakby w odpowiedzi na myśli Aleksandrowicza mężczyzna podszedł do niego bliżej, żeby powiedzieć ściszonym głosem:

– Widząc taki czas reakcji, na serio zaczynam się martwić o twoją przyszłość, Alek. – Mężczyzna zaśmiał się na koniec.

Adam poczuł, jak gotuje się od środka, kiedy usłyszał swoje przezwisko, ale nadal nie dał się sprowokować. Ruszył korytarzem, starając się nie zawrócić i nie przywalić Irkowi, kiedy ten zawołał jeszcze za nim:

– Uważaj, żebyś nie skończył jak ojciec!

Udał, że tego nie słyszał i pchnął z impetem wahadłowe drzwi prowadzące do jego wydziału. Irek stosował te techniki nie pierwszy raz. Właściwe to wszyscy przywoływali imię jego ojca, jeśli chcieli coś na nim wymóc. Kiedyś go to ruszało, ale po tych wszystkich latach udawało mu się ignorować wzmianki i aluzje, nieważne, czy były pozytywne, czy może mieszały jego ojca z błotem. Adam wiedział swoje. Nie był taki jak on i starał się powtarzać to sobie jak mantrę.

Podszedł do swojego biurka, żeby zabrać wszystkie materiały, które do tej pory udało mu się zgromadzić na temat zniknięcia i morderstwa Daniela. Chciał obgadać je z Elką, ale kobiety nie było na swoim miejscu. Kiedy podniósł wzrok, przez dwie warstwy szkła oddzielające poszczególne pokoje, napotkał spojrzenie Smoka. Szef gestem dłoni przywołał Aleksandrowicza do swojego akwarium, witając go w progu zdawkowym „Zamknij za sobą”.

– Jest już wstępny raport? – zapytał Adam, siadając na jednym z niewygodnych krzeseł, które musiały pamiętać jeszcze komunę.

– Od około piętnastu minut – wymamrotał Smok z wyraźnie słyszalnym wyrzutem, wracając do przerwanej lektury.

Adam przez chwilę obserwował, jak jego przełożony zakreśla coś w aktach rażącym flamastrem i w końcu zamyka teczkę, wracając wzrokiem ku jego twarzy.

– Zanim się z tym zapoznamy i zawołam Elkę, chciałem o czymś z tobą porozmawiać.

Aleksandrowicz jedynie skinął głową, starając się ułożyć wygodniej na swoim miejscu. Mina jego szefa nie wskazywała nic dobrego i miał wrażenie, że raport tylko potwierdził jego domysły. Mógł stracić tę sprawę. Przygotowywał się na to.

– Pamiętasz, jak myśleliśmy, że ten gówniarz, Różycki, pracuje dla ludzi z Niepokoju? – spytał jego szef zmęczonym głosem.

– Tak, Robert sam mi powiedział, że często widział go z Danielem, dlatego go zgarnęliśmy.

– Przeoczyliśmy coś, bo liczyliśmy na to, że te jaskółki pracują tylko dla jednego zleceniodawcy – zaczął Smok, otwierając inną teczkę.

Podał ją Adamowi i wskazał konkretne miejsce, od którego policjant powinien zacząć czytać. Aleksandrowicz przysunął się do biurka, szybko przebiegając wzrokiem kilka linijek.

– Miłość należy do Versace? – prychnął, kiedy rzuciła mu się w oczy znana już nazwa spółki, a pod nią rozrysowana cała siatka powiązań. – Podejrzewasz, że Różycki pracował też dla niego?

– Biorąc pod uwagę to, że Gronczewscy już raz byli zamieszani w coś, co bardzo przypomina nasze dzisiejsze znalezisko…

– Możesz nazywać rzeczy po imieniu – przerwał swojemu przełożonemu Adam.

Poczuł, jak te słowa ciężko przechodzą mu przez usta, a serce zaczyna dziwnie i boleśnie przyśpieszać. Nagle zrobiło mu się znów gorąco od hamowanych emocji.

– Możesz powiedzieć, że to ktoś od Gronczewskich zlecił to zabójstwo – dodał, upewniając bardziej siebie niż Smoka.

Jego przełożony odsunął się do tyłu, opadając na oparcie fotela. Cały czas uważnie przyglądał się Aleksandrowiczowi, jakby chciał odgadnąć wszystkie jego myśli. Komisarz zdawał sobie sprawę, że Smok teraz decyduje, waży za i przeciw albo zastanawia się, jakie skutki i szkody wywołałoby to, że dałby mu tę sprawę.

Adam pracował cały ten czas z myślą, że kiedyś dowie się prawdy, ale aż do teraz to była tylko nikła niewiadoma, bardzo daleka szansa. Tak daleka, że Adam nadal nie wierzył w to, co stało się dzisiejszej nocy.

– Czy to jest wystarczający dowód na to, że Śliski wrócił do Wrocławia? – zapytał w końcu.

Przez twarz Smoka przeszedł niewyraźny grymas. Schylił głowę, patrząc na resztę dokumentów leżących na jego biurku.

– Tutaj jest ich więcej, ale nie mogę ci tego pokazać, dopóki nie będę pewny, że chcę dać ci tę sprawę.

Aleksandrowicz rzucił papiery na biurko, podnosząc ręce w geście poddania się.

– Nie będę cię o to błagał.

– Nie musisz – odpowiedział spokojnie Smok. – Pamiętaj, że twoi rodzice byli moimi przyjaciółmi i chcę zobaczyć to zwierzę za kratami.

– W takim razie po co to wszystko? – rzucił z wyrzutem Adam.

– Muszę być pewien, że nie zrobisz nic głupiego – odpowiedział pewnie jego przełożony. – Nie możesz zrobić nic, co zagroziłoby tobie albo postawiło wydział w niewygodnej sytuacji. Morderstwo to jedno, ale usadzenie Gronczewskich to sprawa o krajowym kalibrze.

– Zawsze we mnie wierzyłeś – stwierdził zdecydowanie Aleksandrowicz, próbując go przekonać. – Znasz mnie i wiesz, jak prowadzę sprawy.

– To za mało. Masz szczególnie na siebie uważać i masz mi obiecać, że zanim coś zrobisz, zastanowisz się nad tym dwa razy… Nawet piętnaście razy, jeżeli będzie taka potrzeba – dopowiedział Smok, pochylając się w jego kierunku. – Nie chcę, żebyś dołączył do twojej rodziny.

– Obiecuję, że nie zrobię nic głupiego – powiedział w końcu z lekkim westchnieniem zniecierpliwienia Adam, słysząc kolejny raz te same argumenty.

Jego szef widocznie na to złagodniał. Odchylił się w swoim fotelu i patrząc gdzieś ponad jego ramieniem, wyszukał kogoś wzrokiem. Tak jak Adama wcześniej, tym razem przywołał do środka Elkę. Kobieta musiała czekać na sygnał, bo zaraz weszła do biura, siadając obok partnera.

***

Elka uważnie potoczyła wzrokiem po obu mężczyznach, starając się wyczytać z ich twarzy efekt rozmowy.

– Mam dla was wstępne wyniki autopsji – odezwał się w końcu Smok, zaskakując policjantkę wysuniętymi w ich stronę dwiema identycznymi teczkami.

Kobieta otworzyła akta, jeszcze raz przenosząc wzrok pomiędzy obydwoma mężczyznami, ale i tym razem nie mogła określić panujących w pomieszczeniu nastrojów. Jej partner zdawał się być poruszony, ale nie mogła być tego pewna, bo czytając, Adam spuścił głowę, a jego przydługie włosy zakryły oczy i połowę twarzy. Widziała za to, że był blady, bledszy niż zazwyczaj, ale to mógł być kac. Elka przypuszczała, że jej partner wczoraj upił się do snu. Jak zwykle od paru tygodni.

– Co się jeszcze stało? – zapytała, nie mogąc powstrzymać troski, która wkradła się do jej głosu.

– Można powiedzieć, że coś się wreszcie ruszyło – wytłumaczył ich szef. – Dojdziemy do wszystkiego, ale najpierw przeczytajcie raport.

Nadal niezbyt pewna, dlaczego oboje jeszcze mają to śledztwo, zniżyła wzrok, skupiając się na treści dokumentów. Szybko przeczytała tę część, która stwierdzała rzeczy oczywiste albo ustalone jeszcze na miejscu zbrodni. Dokumenty potwierdziły teorię anatomopatologa o użyciu bakterii beztlenowych.

Pozostałe założenia lekarz mógł potwierdzić dopiero po ułożeniu ciała w innej pozycji. Okazało się, że okaleczenia były znacznie głębsze. Elka czytała wolno, ledwie znosząc to, co malowało się właśnie przed jej oczyma za sprawą tekstu i załączonych zdjęć, a stanowiło przejaw tak ogromnego bestialstwa, że nawet ona, która widziała już bardzo wiele, poczuła, jak krew powoli odpływa z jej twarzy i palców, odbijając się w ciele nieprzyjemnym mrowieniem.

Daniela cięto wiele razy, około setki, jak udało się doliczyć Piotrowi. Dodatkowo został również wykastrowany. Nie widzieli tego na miejscu, bo ciało spoczywało na brzuchu, ale Elka mogła teraz oglądać na zdjęciach, że tam, gdzie powinna być męskość Daniela, znajdowała się tylko brunatna jama. Według anatomopatologa została wycięta, gdy ofiara nadal żyła, na co wskazywało silne skrwawienie ciała. To z kolei jeszcze bardziej przyśpieszyło rozkład.

Mimo że obrażenia okazały się rozległe, zaskakująco żadne z nich nie stanowiło przyczyny zgonu chłopaka. To, co spowodowało jego śmierć, było bardziej szokujące i potwierdzało tezę jej partnera. Anatomopatolog stwierdził, że przyczyną stało się zapadnięcie płuc, tak jakby Daniel utonął albo ktoś go udusił. W organach jednak nie znaleziono śladów wody. Nie odkryto też dowodów na to, że ktoś wywarł nacisk na jego kręgosłup, zmiażdżył kość gnykową czy przynajmniej wywołał obrażenia krtani.

Elka podniosła wzrok na Adama, ale ten już na nią patrzył i czekał na jej odpowiedź. Teraz mogła czytać z niego bez problemu, z jego oczu wypełnionych złością i gwałtownymi uczuciami, kiedy tak patrzył na nią obdarty z konwenansów i przez kilka chwil kompletnie szczery w swoich reakcjach, zanim znów zdąży nad nimi zapanować.

Nigdy nie wiedziała, co powiedzieć w takich chwilach. Wiele razy przekazywała złe wiadomości rodzinom ofiar. Uczyła się, jak to robić. Nigdy jednak ta osoba nie była jej tak bliska. Z żadną z nich nie spędzała tak dużo czasu. Żadna z nich nie była jej przyjacielem. Jej przybraną rodziną.

Poza tym cała ta historia była znacznie głębsza. Jak zawsze – to, co było na tych kartkach, stanowiło tylko skorupę, pod którą czaiły się warstwy prawd. Po wydziale krążyły legendy na temat tego, jak zginęła rodzina Adama, a sama sprawa stała się jedną z większych zagadek, w którą wplątani byli nie tylko policjanci dochodzeniówki i antynarkotykowego, ale i największa, zorganizowana grupa przestępcza Dolnego Śląska.

To była pierwsza sprawa, z jaką Elka zetknęła się, kiedy dołączyła do wydziału. Smok dał jej teczkę Adama, proponując jej pracę i partnerstwo z młodym policjantem, który dopiero co skończył szkołę policyjną. Wtedy nie mogła się zdecydować czy zmienić tory swojej kariery. Jednak irracjonalnie to właśnie lektura tych dokumentów pomogła jej podjąć decyzję, bo gdzieś podświadomie czuła, że Aleksandrowicz potrzebował jej pomocy, tak samo jak ona potrzebowała jego. Kiedy się zdecydowała, Adam sam opowiedział jej wszystko ze swojej perspektywy. To scementowało ich partnerstwo.

Elka już kiedyś chciała poukładać sobie w głowie całą sprawę, lepiej zrozumieć. Teraz chyba przyszedł na to czas.

Wszystko zaczęło się dziesięć lat temu. Andrzej Aleksandrowicz, pracując pod przykryciem przez pięć lat, wreszcie zdobył wystarczającą ilość informacji, żeby położyć całą organizację Gronczewskich. Przez ten czas stał się jednym z najbardziej zaufanych ludzi Gronczewskiego Seniora, dbając o ochronę jego i samego biznesu. I kiedy w końcu dostał niepodważalny dowód, żeby skończyć z całą grupą, poczuł, że może nie wyjść z tego cało. Wiedziony złymi przypuszczeniami pojechał spotkać się z rodziną, która czekała na niego ukryta w domku nad Jeziorem Bystrzyckim. Adam był wtedy w szkole policyjnej i nie dostał przepustki albo wolał jej nie dostać. Nie chciał widzieć się z ojcem. Można powiedzieć, że miał szczęście, chociaż od tego momentu zaczął się jego koszmar, bo Aleksandrowiczów i ich młodszego syna znaleziono po dwóch tygodniach poszukiwań wyrzuconych na brzeg jeziora. Ciało jego czternastoletniego brata wyglądało dokładnie tak, jak ciało Daniela. Jego ojca, o dziwo, potraktowano trochę bardziej łaskawie i nie kastrowano go. Matka Adama była tylko zwyczajnie uduszona.

Oczywiście Adam podał jej same fakty. Mogła się jedynie domyślać, jakie relacje panowały w tej rodzinie. Jak Aleksandrowicz odbierał to, że jego ojca praktycznie nie było w domu, albo to, że jego matka całkowicie oddała swoje życie pracy w szpitalu i też często zostawiała ich samych. Nie, tego nie wiedziała. Była jednak pewna, że Aleksandrowicz darzył swojego młodszego brata ogromną miłością i troską, a jego śmierć całkowicie zmieniła życie policjanta, sprawiając, że Adam stał się zdystansowany i bezduszny, i niezwykle efektywny w swojej pracy. To jednak nie oznaczało, że gdyby była na miejscu ich szefa, dałaby mu tę sprawę.

– Skąd wiedziałeś? – Podniosła do góry kserokopię małego kawałka papieru z widocznymi plamami krwi, zapisanego ładnym, zgrabnym pismem. – Miał to w odbycie? „Będziesz następny.” Co to niby ma znaczyć?

Zaskakując ją kolejny raz tego dnia, Aleksandrowicz odpowiedział pewnie:

– U innych ofiar też znaleźliśmy tę samą wiadomość, więc zleciłbym jeszcze jedno badanie grafologiczne.

– Dobra – przytaknęła pewniej Elka, nabierając głęboko powietrza i zaczynając głośnie podsumowanie: – Możemy więc śmiało stwierdzić, że MO* wygląda identycznie jak w przypadku twojej rodziny i jest podobne do trzynastu innych spraw, które miały miejsce pomiędzy 1994 a 2006 rokiem.

– Dlatego uważam, że szukamy mężczyzny od czterdziestego do pięćdziesiątego roku życia, może młodszego – zaczął Smok. – Jest inteligentny, ale możliwe, że piastuje pozycję dużo niższą od jego kwalifikacji, mimo że jest też dobrze urodzony i dobrze wyedukowany. Bardzo możliwe, że jest od kogoś zależny, uwikłany w dziwną relację rodzinną albo jest podporządkowany jednemu z rodziców.

Kobieta przytaknęła i dodała od siebie:

– Podejrzany radzi sobie z życiem w społeczeństwie, ale ma problemy z nawiązywaniem głębszych kontaktów. Możliwe, że ma obok siebie osobę, która bardzo na niego wpływa albo nawet go prowadzi, dlatego próbuje szukać dominacji i władzy w innych sferach swojego życia. To zachowanie jest wynikiem silnej traumy, którą przeszedł w dzieciństwie, takiej jak znęcanie się czy molestowanie seksualne.

– Jest oczywiście zorganizowany – zauważył Adam. – Bardzo dokładny i pragmatyczny, dlatego nigdy nie popełnia błędów i nie zostawia za sobą śladów. Wszystko, co robi, jest zaplanowane, a wybieranie ofiar sprawia mu niemal taką samą przyjemność, co ich torturowanie. Jest pewne, że bardzo skrupulatnie obserwuje swoje ofiary, a rezultaty obserwacji może zapisywać w jakimś dzienniku, z którym się nie rozstaje. Kiedy udaje mu się pojmać ofiarę spędza z nią kilka dni, żeby w tym czasie dopełnić swojego ścisłego rytuału, który dopracował przez lata praktyki. Odprawia go w dokładnie wyznaczonym i zaplanowanym czasie.

– Warto zauważyć coś jeszcze – wtrąciła się policjantka i po chwili zastanowienia, jak najlepiej ubrać jej myśli w słowa, dodała: – Nigdy nie torturuje swoich ofiar seksualnie, bo prawdopodobnie sama tortura jest wystarczającym spełnieniem.

– Pamiętajcie, że musi posiadać jakieś odizolowane pomieszczenie – powiedział Smok, odchylając się w swoim krześle. – I pewnie porusza się nierzucającym się w oczy samochodem.

– No to mamy pełen profil Śliskiego – powiedział Adam i zamknął folder, przesuwając się bliżej na krześle. – Kamery na podwórku Miłości zostały wyłączone na kilkanaście godzin w czasie porwania i kiedy ciało zostało podrzucone. Goście i pracownicy, których udało nam się do tej pory znaleźć, powiedzieli nam, że albo nie było ich wtedy w klubie, albo nic nie widzieli. Możemy ich jeszcze ściągnąć na posterunek, ale wątpię, żeby ktoś powiedział coś nowego. Naszym jedynym śladem jest zeznanie tego bezczelnego gówniarza.

– Pytanie, czy mówił prawdę? Już raz nas okłamał – wtrąciła Elka.

– Mówił, czy nie mówił, możemy założyć, że znaki na kurtkach tych facetów, którzy porwali Daniela wskazywałyby na przynależność do Gronczewskich – stwierdził Smok. – Nawet jeśli to nieprawda, inne poszlaki wskazują, że ta rodzina ma z tym coś wspólnego.

– Tylko czy to nie było logo klubów należących do starego Gronczewskiego? – spytała ostrożnie kobieta, patrząc na Adama. – Pamiętasz tę sprawę z burdelami na Sępolnie? Tę, gdzie podobnie ubrani ludzie robili rozróby, a później przychodzili po haracz. Czy to nie znaczyłoby, że stary Gronczewski robi znów porządki? O ile dobrze pamiętam, Versace nie jest z tych, którzy poszliby w taką ostentacyjną manifestację siły. On nie lubi robić dookoła siebie hałasu i dba o swój wizerunek praworządnego biznesmena.

Aleksandrowicz prychnął na to:

– Jaki biznesmen jest praworządny? Prawda, że Versace nie lubi się afiszować ze swoimi innymi interesami, ale wszyscy wiemy, że przejął schedę po ojcu i dodał do niej sporo od siebie.

– Sugerujesz, że to on wynajął Śliskiego?

– Nic nie sugeruję – odparł szybko policjant. – Ja to wiem i chętnie poprę tę teorię, przesłuchując go. Jeśli ten koleś jest właścicielem Miłości i Różycki potwierdzi, że dla niego pracuje, myślę, że możemy go tutaj ściągnąć na czterdzieści osiem godzin i zobaczyć, jak bardzo będzie mu zależało na swoim wizerunku, kiedy z nim skończymy.

– Po uprzednio wydanym nakazie – zaznaczył Smok.

– Nakazie? – spytał szczerze zdziwiony Adam. – Przecież facet ma ewidentne powiązania ze sprawą.

– Obiecałeś mi, że będziesz ściśle przestrzegał procedur – zaznaczył przełożony. – Nakaz zostanie wydany przez Balickiego w poniedziałek rano. Na razie Versace jest jedynie winny tego, że ma złe nazwisko.

– Tak, bo przezwisko załatwiło mu pozycję naczelnego pedała – zaczął ironicznie Adam, jednak partnerka weszła mu w słowo.

– Każdy z nas próbuje coś na niego znaleźć od ponad dwóch lat. Przed tym czasem jest białą kartką i nawet CBŚP nie ma u siebie nic, co mówiłoby o jego życiu pomiędzy 2000 a 2014 rokiem – powiedziała dużo spokojniej Elka. – Myślę, że możemy jechać po niego nawet dzisiaj. Nakaz podepniemy później, tak jak zazwyczaj robi to antynarkotykowy.

– Antynarkotykowy to banda idiotów – odpowiedział ostrzej Smok. – Po nas spodziewają się czegoś więcej, a mimo to od kilku tygodni też partaczymy robotę. Nie chcę znów tłumaczyć górze, dlaczego coś poszło nie tak.

– Ok – odpowiedziała jako pierwsza policjantka, nie dając Adamowi okazji do rozpoczęcia otwartego starcia z ich szefem. – Będziemy trzymać się procedur.

Aleksandrowicz nie powstrzymał cichego westchnienia, widocznie starając się nie komentować ich słów.

– Jeszcze dzisiaj postarajcie się dowiedzieć wszystkiego na temat młodego Gronczewskiego – nakazał im przełożony. – Wyciągnijcie jego akta skąd się da, od antynarkotykowych albo gospodarczych, nie obchodzi mnie to. Tylko róbcie to w miarę cicho. Niedzielę macie wolną. Mam nadzieję, że oboje doprowadzicie się do odpowiedniego stanu – dopowiedział, spoglądając na Adama.

– To jest mój odpowiedni stan – rzucił Aleksandrowicz, wstając i zbierając swoje dokumenty.

Elka podążyła za nim do wyjścia, zabierając swój folder, ale kiedy jej partner zniknął za drzwiami, a ona już miała zatrzasnąć je za sobą, Smok nagle ją zatrzymał.

– Soyta?

– Tak, szefie? – Kobieta cofnęła się i na chwilę przymknęła drzwi. – Coś jeszcze?

– Tak, mam dla ciebie jedno dodatkowe zadanie związane z tą sprawą – powiedział powoli i przez dłużą chwilę zdawał się być zmieszany, szukając odpowiednich słów. – Wiem, że zależy ci na awansie i czaisz się na mój stołek, co popieram – powiedział szybko, zanim zdążyła zareagować. – Też z tego powodu dałem wam tę sprawę. Poza tym wiem, że Adam i tak pracowałby nad nią bez mojej wiedzy. Wolę mieć go pod kontrolą, niż nie wiedzieć, co robi, a ciebie mieć w odwodzie, żebyś ewentualnie sprzątała jego szkody kolateralne, rozumiesz?

– Rozumiem – przytaknęła wolno kobieta, ale zaraz dodała: – Ale nie pochwalam.

– Myślisz, że sobie z tym nie poradzi?

– Marek, myślę, że nikt by sobie z czymś takim nie poradził – odpowiedziała twardo kobieta. – Brutalnie zamordowano czternastoletnie dziecko. Nawet ja zabiłabym to bydlę, gdybym stanęła z nim twarzą w twarz, a Adam stracił w taki sposób brata.

Smok zacisnął usta, jakby się hamując. Przez jego twarz przeszedł grymas. Może to wspomnienia tamtych dni. On też blisko trzymał się z Aleksandrowiczami. Ojciec Adama był jego partnerem. Marek stanowił dla Andrzeja jedyne połączenie ze starym światem i bardzo możliwe, że znaczył dla niego tyle, co obecnie Adam dla niej. Pewnie łączyły ich braterskie relacje, a to oznaczało, że Smok również stracił wtedy bliską osobę.

– Będę go wspierać, bo zawsze to robię – powiedziała w końcu – ale nie będę jego niańką. Jest świetnym policjantem i wie, co robi.

Inspektor przez chwilę tylko patrzył na nią srogim wzrokiem. Jasnoniebieskie tęczówki niemal przewiercały ją intensywnością spojrzenia, kiedy zastanawiał się pewnie nad tym, czy mimo wszystko nie popełnił błędu, przekazując im sprawę. Wiedział jednak, tak samo jak ona, że teraz było za późno.

– Informuj mnie o jego każdym kroku – rzucił jeszcze, kładąc ręce na biurko, żeby ciężko podnieść się ze swojego miejsca.

Elka nic nie powiedziała. Nie czuła się komfortowo z tym poleceniem i nie była przyzwyczajona do takiego postępowania, ale widocznie wraz z tą sprawą, wszystko nagle ulegało zmianie. Jakby pomiędzy nich wdarły się jakieś demony, które sprawiły, że nikt nikomu nie ufał, a tym samym obawiał się przyszłości.

Wyszła z biura szefa, czując się przygięta do ziemi. Nie wiedziała, czy to te same demony osiadły na jej ramionach, czy raczej wreszcie uświadomiła sobie, z czym będą mieć do czynienia. Patrząc, jak Adam przy swoim biurku zaczyna dzwonić w poszukiwaniu dokumentów, poczuła, że i ją dopadają złe przeczucia.

* MO – modus operandi (łac.) – sposób działania; metoda działania charakterystyczna dla danego sprawcy