Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Kim był naprawdę Kaskader? Legendą. Przestępcą. Wolnym duchem. A może kimś, kogo nikt nie rozumiał?
Jerzy Maliszewski, człowiek, którego milicja PRL-u próbowała schwytać 27 razy, który dokonał tysięcy włamań, a mimo to przez lata pozostawał nieuchwytny.
Ta książka to pierwsza tak szczera i bezpośrednia opowieść, w której Kaskader sam zabiera głos. Bez mitów, bez filmowych uproszczeń ani wygodnych kłamstw.
To historia dorastania na warszawskim Grochowie, buntu wobec komunistycznego systemu, nieustannej gry z milicją i świata, w którym przyjaźń jest iluzją, a wolność ma wysoką cenę.
To historia buntu wobec systemu, życia na granicy prawa i ceny, jaką trzeba zapłacić za wolność.
Nie miałem przyjaciół. Miałem tylko ludzi, którzy czekali na moją śmierć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 408
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
KaskaderText © Anna Lysenko, 2026Redakcja: Angelika KotowskaKorekta: Anna Fathi
BOOKEA POLAND sp. z o.o.Romana Dmowskiego 3/950-203 Wrocławwww.lavapublishing.pl
Wydrukowano w Europie
ISBN: 978-83-68590-24-1
NAJBARDZIEJ POSZUKIWANYCZŁOWIEK PRL-u
Kiedy poznałam jednego z członków rodziny Jerzego Maliszewskiego, nie przypuszczałam, że rozmowa z nim stanie się początkiem mojej pracy nad książką. To właśnie on zaproponował mi, bym opisała historię Jurka – człowieka, wokół którego przez lata narosło wiele mitów, plotek i niedomówień. Dzięki rozmowom, rodzinnym przekazom i dokumentom z Instytutu Pamięci Narodowej mogłam spojrzeć na Kaskadera z perspektywy, której nikt wcześniej nie pokazał.
Jerzy Maliszewski był postacią tajemniczą, nietuzinkową, a zarazem wierną pewnym zasadom. Wbrew temu, co często o nim mówiono, nie handlował narkotykami, nie zajmował się handlem ludźmi, porwaniami ani wymuszeniami. Był człowiekiem szanowanym i pomocnym. To, co kradł, nieraz oddawał innym. Jego życie było wypełnione sprzecznościami, ale też wartościami, których się trzymał – i właśnie to chciałam pokazać
Film Zabij mnie, glino, w którym Jurek został sportretowany, nie oddaje jego prawdziwego oblicza. Zbyt wiele w tym obrazie uproszczeń i fikcji.
Ta książka powstała po to, aby przywrócić Kaskaderowi głos – i dlatego zdecydowałam się na narrację pierwszoosobową: aby to on sam, własnymi słowami, mógł opowiedzieć swoją historię.
Jestem przekonana, że gdyby nie zginął tak wcześnie, prawdopodobnie stanąłby na czele jednej z największych grup przestępczych w Warszawie, bo takie były wobec niego plany. Jego życie mogło potoczyć się zupełnie inaczej i jeszcze silniej odcisnąć ślad na historii Polski lat dziewięćdziesiątych.
Książka, którą trzymają Państwo w rękach, jest próbą przybliżenia historii człowieka z krwi i kości – nie fikcyjnego bohatera, ale realnej osoby, której prawdziwego oblicza nikt wcześniej nie pokazał.
Nazywałem się Jerzy Maliszewski. Tak, ten Maliszewski. Dawniej Nierobisz. O godzinie dziesiątej trzydzieści trzynastego marca 1995 roku zginąłem od wybuchu pocisku moździerzowego, który przymocowano do drzwi. Ta pułapka nawet nie była przeznaczona dla mnie. Po prostu nacisnąłem klamkę i wszystko się skończyło.
Jak to mówią: anioły giną młodo, a ja byłem takim wolnym duchem. Jestem poniekąd dumny, że w ten sposób umarłem, że nie zostawiłem kolegi w opałach, że byłem przy nim od początku do końca. Chociaż patrząc na to z boku, wiem, że nie miałem prawdziwych przyjaciół. Żadna z osób, które tak nazywałem, w rzeczywistości nie była moim przyjacielem. Ludzie ci chcieli tylko korzystać z mojej władzy, ale tak naprawdę bali się tego, że stworzę własną grupę i będę im zagrażał. W tamtych czasach były dwie najważniejsze grupy przestępcze w Polsce: wołomińska i pruszkowska. Te grupy pilnowały, żeby nie było konkurencji.
Widzicie zatem, że tak naprawdę nie mogłem mieć przyjaciół. Byłem sam, a dookoła tylko hieny czyhały na moją śmierć, aby się posilić moją władzą i rozćwiartować to, co stworzyłem. Gdybym nie zginął, czy mógłbym spać spokojnie? Myślę, że nie, bo konkurencję się eliminuje. Ostatecznie.
Czy musiałem tak skończyć? Jakoś nie wyobrażałem sobie własnej śmierci ze starości, w kapciach, w domowym zaciszu. To zupełnie nie w moim stylu. Pewnie gdzieś tam z tyłu głowy od zawsze przeczuwałem, że mój koniec będzie wyglądał tak, a nie inaczej.
Czasy, w jakich rozpocząłem swoją „zawodową” działalność, to był głęboki PRL. Co to oznaczało? Przede wszystkim całkowitą inwigilację, brak poszanowania dla ludzi, nie wspominając już o pogardzie dla Kościoła i naszej wiary katolickiej. Mój bunt i konfrontacja z komunistyczną milicją były swoistą manifestacją, sprzeciwem wobec ustroju panującego wówczas w Polsce. Tak, wiem, dla wielu będę zwykłym przestępcą, będę typem, który okradał. Zapewniam was jednak, że nie okradaliśmy biednych. Okradaliśmy tylko bogatych, którzy w socjalizmie wciskali nam, że wszyscy ludzie są równi. Właśnie ci, którzy tak głośno mówili o socjalizmie w PRL-u, byli sprzedawczykami i bogacili się na krzywdzie innych.
Nie mogłem znieść komunistycznego sądownictwa, które niesprawiedliwie skazywało polską młodzież jedynie za to, że głośno myślała, wyrażała swoje marzenia i pragnęła wolności. Szczury, czyli milicja, oprócz tego, że mnie ścigały i próbowały złapać – co pewnie was zdziwi – podpowiadały również cele do okradania. Milicja zachęcała do okradania, ale tylko katolików. Dawała adresy oraz podpowiadała, co należy ukraść i gdzie to się znajdowało w mieszkaniu. Wielu ludzi łapało się na takie zagrywki, ale nie ja. Robiłem odwrotnie – okradałem Żydów i mówiłem wprost, co mi nie pasowało. Wiem, że to się nie spodoba, ale tak wtedy było. Katolicy byli okradani z rozkazu milicji, byli tłamszeni. Wszystko po to, żeby nie mieli pieniędzy. Nie byłem święty, mnie też milicja wykorzystywała do okradania. Zapłaciłem za to wieloletnim pozbawieniem wolności. Funkcjonariusze komunistycznych służb próbowali mnie złapać aż dwadzieścia siedem razy – najwięcej w historii tego kraju. Nie odpuszczali, bo byłem dla nich niewygodny. I nie mogli nigdy pojąć, jak dokonałem aż trzydziestu pięciu tysięcy włamań. Ludzie o małej wyobraźni!
Zacznijmy jednak od początku.
– Kaskader, na pomoc! Na pomoc! – wrzeszczał rudy chłopak, przyjmując na twarz i wątły tułów wściekłe ciosy w altance obok naszej kamienicy na Grochowie.
To Janusz, bardziej znany jako Jachu. Mój najlepszy kumpel. Znaliśmy się od… Znaliśmy się, odkąd pamiętam. Wpadłem więc do tej altanki i okładałem na oślep przeciwników. To starsi chłopcy z trzeciego piętra naszej kamienicy. Uciekli przerażeni. Wiedzieli, że ze mną nie ma żartów. Nie na darmo nosiłem ksywę Kaskader – potrafiłem być nieobliczalny, niesamowicie sprytny, a ryzyko to było moje drugie imię. Przejść po wysokim murze? Żaden problem! Wyskoczyć z któregoś piętra? Też mi wyczyn! Dla Kaskadera to pestka!
– Żyjesz, frajerze? – zapytałem, zanosząc się śmiechem.
– Czego się szczerzysz? – obruszył się Jachu. – Już prawie miałem tych śmieci!
– I dlatego wołałeś mnie na pomoc?
– Chciałem, żebyś zobaczył, jak ich napierdalam! – mruknął rudzielec, udając obrażonego.
Ale nie wytrzymał i też wybuchł śmiechem.
On i ja. Tak, dwóch nierozłącznych gości z Grochowa. Co z tego, że dopiero odrośliśmy od ziemi? Wszystko robiliśmy razem. Bo rozumieliśmy się bez słów.
To ja, Jerzy Maliszewski vel Nierobisz – w przyszłości podobno jeden z najgroźniejszych przestępców w powojennej Polsce.
Urodziłem się siódmego marca 1946 roku w Warszawie. To był dobry rocznik. Miałem o trzy lata starszą siostrę, Krystynę. Byłem dzieckiem Vaclava Nierobisza i Eugenii Nierobisz z domu Maliszewskiej. Nasza rodzina była typowa jak na tamte czasy – ojciec pracował, a matka zajmowała się domem. Tyle że ojciec nie był przeciętnym robotnikiem, był piekarzem i prowadził swój własny zakład. Cieszył się szacunkiem i nieposzlakowaną opinią wśród mieszkańców. Nieraz słyszałem, jak mówili na jego widok:
– To porządny człowiek. W czasie wojny pomagał tym, którzy byli ścigani przez gestapo.
Byłem dumny z mojego ojca. Też chciałem być porządnym człowiekiem. Kiedyś, gdy usłyszał to dzieciak z trzeciego pietra, zaczął się zwijać ze śmiechu. Nie miałem wyjścia, musiałem mu przywalić. Nie można śmiać się z potencjalnie porządnego człowieka. Jachu mi pomógł.
Dochody z piekarni ojca zapewniały nam dostatnie życie, ale matka i tak pracowała w Ambasadzie Radzieckiej. Mieszkaliśmy przy ulicy Czapelskiej, w kamienicy z dostępem do malutkiego, ale urokliwego ogródka z altanką, o której już usłyszeliście. Cały budynek był nasz. Na dole była wspomniana już piekarnia, a na pozostałych piętrach mieszkała nasza rodzina. Mieliśmy także pomoc domową. Nie brakowało nam niczego, co było potrzebne dla spokojnego życia. Tyle że mnie nie interesowało spokojne życie.
Byłem typowym chłopcem, pełnym energii i ciekawości. Różniłem się od innych jedynie tym, że wcześniej zacząłem chodzić i błyskawicznie rosłem. Szybko stałem się prawdziwym liderem wśród rówieśników. Moja siła i naturalny autorytet przyciągały innych chłopaków jak ćmy do płomienia. Naśladowali moje ruchy, powtarzali moje słowa i podążali za mną jak małe kaczuszki za swoim ojcem – dumnym kaczorem.
– Wojna! – wykrzyknąłem pewnego dnia, biegnąc wzdłuż ulicy z patykiem i wyobrażając sobie, że to śmiercionośny bagnet.
Kilka par małych nóg popędziło za mną. To była moja podwórkowa armia. Bawiłem się z nimi w wojsko, odgrywając bitwy, o których słyszałem od starszych.
– Kaskader, nasz generał! – zawołał jeden z chłopców, gdy się zatrzymałem, aby nabrać oddechu.
Uśmiechnąłem się, podnosząc swój patyk-bagnet.
– Jasne, że generał! – krzyknąłem. – Musicie być mi posłuszni!
Kiwali głowami, śliniąc się i smarcząc w rękawy.
Tak, to była zabawa, ale dla nas był to także trening, sposób na stawianie czoła temu, co niewątpliwie nas czekało w dorosłym życiu. To była nasza droga ku dorosłości, nasz sposób na zrozumienie świata. Przynajmniej tak mi się wydawało, a skoro mnie, to i reszcie dzieciaków z ulicy.
W moje ręce często wpadała proca. Byłem jednym z najlepszych strzelców w naszej grupie. Uderzałem z niezwykłą precyzją w puszki, butelki i różne inne cele.
Te wczesne lata spędzone na zabawach na ulicach Warszawy uczyły mnie więcej, niż mógłbym się nauczyć w szkole. Tym bardziej że jeszcze byłem za młody, aby do niej chodzić. Nauczyły mnie, jak być liderem, jak walczyć, jak przeżyć. Gdy dorosłem, te umiejętności okazały się bezcenne.
Gdy nie bawiłem się w wojnę i nie strzelałem z procy, włóczyłem się z Jachem po okolicy. Zapuszczaliśmy się coraz dalej, co doprowadzało moją matkę do palpitacji serca i napadów wściekłości. Raz dotarliśmy nawet na Bazar Różyckiego. To miejsce było jak inny świat. Składało się z ciasno ustawionych stoisk, gdzie handlowano wszystkim – od świeżych warzyw, przez ubrania i biżuterię, aż po bibeloty niewiadomego pochodzenia. Każdy, nawet my, dzieciaki, wiedział, czym był Bazar Różyckiego. To było miejsce, gdzie można było spotkać nawet ludzi z półświatka. Już jako szkrab rozumiałem, że takie kontakty mogą w przyszłości okazać się cenne. Zapamiętałem więc to miejsce i wróciłem tam kilka lat później jak do najlepszej szkoły życia.
W 1953 roku moje życie obrało inny kierunek – zostałem uczniem. Chociaż w szkole zetknąłem się z nowymi doświadczeniami i ludźmi, moje pierwsze wrażenia nie były pozytywne.
– Jerzy, skoncentruj się! – Któregoś dnia surowy głos nauczycielki matematyki, pani Nowak, przerwał moje marzenia.
Próbowałem zrozumieć, co jest na tablicy, ale liczby i symbole tylko tańczyły przed moimi oczyma.
– Nie będzie więcej żadnej tolerancji dla twojego braku zaangażowania w lekcje – zagroziła nauczycielka.
Wzruszyłem ramionami i rzuciłem:
– Ale pani Nowak, to takie nudne!
Na przerwach byłem prawdziwym buntownikiem. Głośno rozmawiałem z przyjaciółmi, popychałem innych, szukałem zwady. To był mój sposób na uwolnienie nadmiaru energii, którą musiałem stłumić podczas długich i monotonnych lekcji.
W trzeciej klasie dostałem pierwsze ostrzeżenie.
– Jerzy, nie jesteś już małym chłopcem – oświadczył wtedy dyrektor szkoły, patrząc na mnie surowo. – Musisz zrozumieć, że twoje zachowanie ma konsekwencje.
Wiedziałem, co to oznaczało. Więcej uwagi nauczycieli. Więcej rozmów z moimi rodzicami. Więcej kontroli.
W głębi duszy byłem zadowolony. Mimo tego, że uważano mnie za ucznia słabego i trudnego, wiedziałem, że jestem kimś więcej. Że mam w sobie coś, czego inni nie mają. Wiedziałem, że jestem silny, odważny i niezależny. Te trudne lata w szkole tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że jestem inny. I byłem z tego dumny.
Podczas pierwszych dni czwartej klasy czułem, że coś się zmieniło. Szkoła już nie była dla mnie miejscem, gdzie mógłbym spędzać czas z przyjaciółmi i się bawić. Zamiast tego stała się więzieniem, miejscem pełnym zasad i ograniczeń, które potęgowały moje frustracje.
Wkrótce zacząłem wagarować. Przeważnie w tych wyprawach towarzyszył mi Jachu. Włóczyliśmy się gdzie popadło, a najczęściej przesiadywaliśmy w parku, bo tam najłatwiej było się schować. Aby mieć co przegryźć lub łyknąć, od czasu do czasu podprowadzałem drobne sumy z portfela ojca. Nic wielkiego. Nikt od tego nie stawał się biedniejszy, a my mieliśmy jakiś punkt startu na te nasze „spacery”. Zresztą Jachu też czasem przynosił drobne. Nigdy nie mówił, skąd je ma, ale twierdził, że nie z domu. Wierzyłem mu, bo chociaż był rudy, to dobry był z niego kumpel.
Zaczęliśmy uciekać z domu – ja i oczywiście Jachu. Często byłem na krawędzi, próbując uniknąć konfrontacji po tym, jak kogoś pobiłem, dostałem ocenę niedostateczną lub zostałem przyłapany na czymś, czego nie powinienem robić. Uciekałem, aby uniknąć kary. Przynajmniej tak twierdził mój ojciec. Ja to widziałem inaczej – po prostu szukałem nowych wyzwań i chciałem wiedzieć, czy przetrwam poza domem. Jachu doskonale to rozumiał i dlatego mi towarzyszył. Poza tym nie miał innego przyjaciela.
W szkole moje oceny się nie poprawiły. Wręcz przeciwnie, były jeszcze gorsze. Powtarzałem czwartą klasę, a potem szóstą. Nauczyciele mieli mnie dość, a ja ich. W końcu w rozpaczy przepchnęli mnie przez siódmą klasę. Za wszelką cenę chcieli się ode mnie uwolnić. W ten sposób ukończyłem szkołę podstawową.
Zrozumiałem, że nie byłem stworzony do szkoły. Byłem stworzony do czegoś innego, czegoś, co niewielu ludzi mogło zrozumieć. Nie chcę się chwalić, ale byłem za inteligentny do szkoły. Dałem się jednak do niej znowu zapędzić.
Nadszedł czas technikum gastronomicznego, na które siostra Krystyna namówiła mnie jak sprytny handlarz na Bazarze Różyckiego.
– To przyszłość, Jurek – powiedziała. – Ludzie zawsze będą jedli. Tego nikt ci nie zabierze.
Skąd ona czerpała te wszystkie mądrości? Krysia miała zawsze na mnie duży wpływ. Nie wiem, jak to robiła. Może ten wpływ wynikał z faktu, że zawsze była dla mnie niesamowicie ważna? Zawsze!
Niedługo po rozpoczęciu nauki zorientowałem się, że chociaż jedzenie może być pewne, to nauka o nim jest jak wykałaczka w zębach – irytująca i zdecydowanie niepotrzebna. W końcu czego się mogłem nauczyć o jedzeniu, czego jeszcze nie wiedziałem, skoro pochodziłem z domu, w którym ojciec był piekarzem? Mój żołądek był moim nauczycielem.
Bardziej interesujące nauki rozpocząłem, gdy poznałem grupę chłopaków, którzy mieli więcej wspólnego ze szkolnym podwórkiem niż z klasą. Potrafili otwierać szafki bez klucza, znaleźć drogę do piwnicy bez mapy i wyszperać kosztowności najgłębiej ukryte w mieszkaniu. Nie powiem, imponowali mnie i Jachowi.
Na Bazarze Różyckiego zaczęliśmy poznawać tajniki naszej nowej szkoły. Włamanie było jak układanka. Każda kradzież była jak zdanie egzaminu. Każda ucieczka przed milicją była jak mistrzostwa świata w biegu. I wiedziałem, że jestem jednym z najlepszych.
– Ty jesteś szalony, Kaskader! – Jachu klepał mnie po ramieniu po takich akcjach.
Uśmiechałem się wtedy i krzyczałem:
– Jestem zawodowcem, stary! My jesteśmy!
Tak, wszystko robiliśmy razem. Nawet na dziewczynki poszliśmy po raz pierwszy razem. Wtedy właśnie zrozumiałem, że kobiety są dla mnie ważne.
Gdy nastał 1964 rok, technikum stało się dla mnie czymś w rodzaju żartu. Powiedzmy, że nauka zawsze była dla mnie jak chleb z piekarni – przyjemna, ale niewiele znaczyła. To było śmieszne, bo ostatecznie bujałem się przecież w technikum gastronomicznym. Dodam na tak zwanym marginesie, że w tamtym czasie Jachu szlifował edukację w zawodówce.
Zaczęliśmy spędzać jeszcze więcej czasu na Bazarze Różyckiego. Muszę przyznać, że mój apetyt na niebezpieczeństwo tylko rósł. Pewnej wilgotnej, ciemnej nocy, po wizycie na bazarze, gdy sam wracałem do domu, zauważyłem samotną sylwetkę na ulicy. Gość wydawał się niepewny, jak cień zahukany między betonowe krawężniki i neonowe reklamy.
Podszedłem, nie dlatego, że chciałem go zaczepić, ile z ciekawości. Nasze spojrzenia się skrzyżowały, a nagle on, zaskakująco szybko, rzucił się na mnie. Moje serce zaczęło bić jak szalone. Zaskoczenie błyskawicznie minęło, bo adrenalina działała.
Pchnął mnie mocno. Walczyłem, żeby nie stracić równowagi. Moje ciało zareagowało instynktownie, nawet zanim mózg zrozumiał, co się dzieje. Kiedy następny cios zmierzał w moją stronę, odwróciłem się i uderzyłem go prosto w brzuch. Wydał z siebie przeraźliwy dźwięk, a jego oczy na moment rozbłysły bólem.
Przez chwilę stał, trzymając się za brzuch, a potem zaczął padać na kolana. Wyglądał jak marionetka, której nagle przecięto wszystkie sznurki. W końcu walnął o ziemię bezwładnie, wydając z siebie jedynie słaby jęk.
Stałem nad nim, patrząc na jego ciało rozłożone na zimnym, mokrym bruku.
– Hej, masz coś do mnie? – zapytałem, z trudem łapiąc oddech.
Nie odpowiedział.
Wiedziałem, że coś się zmieniło. Coś we mnie. Czułem ten niesamowity dreszcz, skomplikowany koktajl strachu, ekscytacji i… satysfakcji. Wiedziałem, że to jest to, czego szukałem. Nie dać sobie dmuchać w talerz! Miałem przecież swoją wartość.
Kilka dni później moje imię pojawiło się w kartotece Komendy Dzielnicowej MO w Warszawie – Praga Południe. Zarejestrowali mnie za pobicie człowieka na ulicy. Nie interesowała ich prawda. Nie słuchali, gdy tłumaczyłem:
– Tylko się broniłem! Przecież ten gość mnie napadł!
Nie miało to znaczenia. Liczyło się tylko to, że ten gość znał jednego z milicjantów. Wtedy zrozumiałem, że MO jest moim największym wrogiem. Zrozumiałem, że nigdy już im nie odpuszczę. I nie odpuściłem!
Jeszcze w tym samym roku w moim życiu pojawiły się nowe wyzwania. Wystarczyło kilka miesięcy po pierwszym zderzeniu z prawem, aby zacząć bawić się w coś, co okazało się nie tylko niebezpieczne, ale również nałogowe.
Wszystko wzięło się z niewinnego pomysłu. Wielki dom w tak zwanej spokojnej okolicy od dawna przyciągał moją uwagę. Na jego temat słyszałem różne plotki, ale najważniejsze były dla mnie te, że właściciel jest bogaty i rzadko bywa w tym domu. Słowa te brzmiały jak melodia dla moich uszu.
Razem z Jachem postanowiliśmy spróbować szczęścia. Wybraliśmy odpowiedni moment – ciemną sobotnią noc, gdy właściciel jak zwykle był nieobecny, a sąsiedzi trzeźwieli po zakrapianych imprezach.
Wszystko drobiazgowo zaplanowaliśmy i byliśmy świetnie zgrani. To była nasza pierwsza poważna samodzielna robota. Napełniliśmy torby cennymi przedmiotami, a potem zniknęliśmy w ciemności, jak duchy. Wszystko poszło gładko i bez problemu. Moje serce tłukło się w piersi, jakby chciało z niej wyskoczyć. Jednocześnie poczułem coś, czego nie doświadczyłem nigdy wcześniej – olbrzymi sukces połączony z euforią.
Niestety, nasz triumf nie trwał długo. Kilka dni później zostaliśmy zatrzymani przez milicję. Przydybali nas, gdy z Jachem przenosiliśmy łupy. Byłem pełnoletni, więc nie było już żadnej taryfy ulgowej.
Pamiętam, jak jeden z milicjantów, gruby mężczyzna z bladą twarzą i bujnymi wąsami, patrzył na mnie z niedowierzaniem.
– Jak ty to zrobiłeś? – zapytał w końcu.
Uśmiechnąłem się tylko do niego, nie mówiąc nic. Wydawało mi się, że zobaczyłem cień uznania w jego oczach. Może rozważał, czy zaproponować mi spółkę?
Aresztowanie, przesłuchania – to było jak przejście przez rytuał, jak inicjacja. Byłem teraz częścią czegoś większego, czegoś, co kiedyś wydawało mi się tak odległe. Czy żałowałem? Być może. Ale wiedziałem, że teraz już nie ma odwrotu. To był mój nowy świat, moja nowa rzeczywistość.
Wtedy też po raz pierwszy rozłączyli mnie z Jachem. Przez kilka lat spotykaliśmy się tylko przypadkowo w różnych więzieniach. W końcu jednak nasze drogi znowu się połączyły. Bo jak inaczej? Przecież byliśmy kumplami na dobre i na złe!
Siódmego maja 1965 roku po raz pierwszy zostałem skazany na karę półtora roku pozbawienia wolności. W ten sposób komunistyczna Milicja Obywatelska i komunistyczny sąd pozbawiły mnie możliwości kontynuowania nauki w technikum gastronomicznym. Tak rozpoczęła się moja wojna z aparatem represji pod postacią średnio inteligentnych, a czasami zwyczajnie głupich funkcjonariuszy MO.
Światło w celi było przytłumione, ale kiedy drzwi otworzyły się z nagłym jękiem, zostałem zalany blaskiem niczym święty w majestacie Najwyższego. Świat zewnętrzny na mnie czekał! I był dokładnie taki sam jak wtedy, gdy go zostawiłem. Nic się nie zmieniło. Ja pierdolę! Komunistyczna szara rzeczywistość nie zyskała nawet skrawka nowych kolorów. Jednak w tamtej chwili zupełnie mnie to nie obchodziło. Najważniejsze było dla mnie to, że wychodziłem. Ja, Jurek Maliszewski! Wypuścili mnie wcześniej, bo opresyjna władza zaliczyła mi okres tymczasowego aresztowania. To pozwoliło skrócić wyrok.
„Witaj, wolności”! – krzyczałem głęboko w sobie, bo naprawdę byłem szczęśliwy. I wtedy wchrzanił mi się strażnik.
– To co, Maliszewski, kiedy znowu się zobaczymy? – Zaśmiał się szyderczo.
Kusiło mnie, żeby odwinąć mu się prawym sierpowym, ale się powstrzymałem. Szkoda było na niego energii.
Wzruszyłem tylko ramionami i czekałem, aż otworzą bramę więzienia.
– Dobra, dobra – kontynuował swoje prowokacje „klawisz”, wykrzywiając twarz w bezczelnym uśmiechu. – Wrócisz! Ja ci mówię! Tacy jak ty zawsze wracają. Moim zdaniem już zmarnowałeś swoje życie.
– Zmarnowałem? Czy ja wyglądam na marnotrawcę? – Udałem zdziwienie, teatralnie unosząc brew. – A ja myślę, że po prostu nie wszyscy potrafią docenić umiejętności, jakie nabyłem. Pewnie mi zazdroszczą!
– Twój talent przyciąga uwagę – zauważył strażnik, patrząc mi w oczy.
I miał rację. Już na pierwszym skrzyżowaniu, wśród tłumu obojętnych przechodniów, dostrzegłem drobną sylwetkę. Znałem ją, chociaż ostatnio ubrana była w nieco innego rodzaju uniform. Facet był niski, wątły, o wyrazistych rysach twarzy. Cóż, nie przypominał bohatera z filmów, którego można było obserwować w akcji na ekranach telewizorów. Ale byłem pewien jednego: był to porucznik MO Marian Kowalski. Jego spojrzenie nie pozostawiało wątpliwości. Śledził mnie. Od razu wydało mi się, że robił to bardzo nieudolnie, bo natychmiast go wyłapałem. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że ten oficer Milicji Obywatelskiej chciał zostać zauważony. Wtedy zrozumiałem, że to naprawdę przebiegły i niebezpieczny typ. To sukinsyn! Aż wzbudził we mnie sympatię.
Zatrzymałem się i przez chwilę się rozglądałem, jakbym nie wiedział, co zrobić z własnym życiem. Dzięki temu mogłem się przyjrzeć tajniakowi.
W końcu podszedłem do pobliskiego kiosku Ruchu i wydobyłem z kieszeni kilka drobnych monet. Gdy kupowałem szmatławca pod tytułem „Trybuna Ludu”, ukradkiem obserwowałem Kowalskiego. I coś mi mówiło, że on obserwował mnie od dłuższego czasu. Właściwie… obydwoje obserwowaliśmy siebie nawzajem.
– Piękny dzień, prawda, panie poruczniku? – rzuciłem, nie odwracając się w jego stronę.
– Jak już coś, to „obywatelu”, a nie „panie”, Maliszewski – usłyszałem w odpowiedzi, a potem dotarły do mnie jego zbliżające się kroki. – Nie myślałem, że zobaczymy się tak szybko po tej stronie muru więziennego.
Uśmiechnąłem się szeroko, pokazując wszystkie zęby.
– Obywatelu poruczniku, życie jest pełne niespodzianek – mruknąłem. – Właśnie dlatego jest tak interesujące.
Spojrzenie Kowalskiego stało się surowsze.
– Możesz wciskać kit innym tępakom, ale nie mnie – prychnął z wyższością. – Pamiętaj, Maliszewski, że mam cię na oku. Jeden błąd i wracasz do pierdla. I ty ten błąd popełnisz. Na pewno. Popełnisz go prędzej czy później, a wtedy ja cię dopadnę!
Znowu się uśmiechnąłem, a potem podałem mu gazetę.
– Zawsze warto być na bieżąco, prawda? – mruknąłem.
I zanim miał szansę odpowiedzieć, odszedłem, pozostawiając go z propagandowym głosem PZPR.
Niezły był aparat z tego porucznika Kowalskiego. Już wtedy o nim dużo słyszałem. Wyglądało na to, że gość dostał prawdziwej obsesji na moim punkcie. Najwyraźniej jego własne życie było nudne i żałosne, szukał więc jakiegoś pasjonującego hobby, na przykład w postacie niezdrowego ścigania Bogu ducha winnego, uczciwego i dobrego obywatela PRL-u, czyli mnie, Jurka Maliszewskiego.
Ten niski cwaniak zbierał różne donosy i raporty od warszawskich komend na mój temat. Analizował nieustannie sygnały o moim, ponoć podejrzanym, zachowaniu. Wszystkie te gówno warte raporty starannie chował do teczek, aby się nimi ciągle napawać. I co, to nie obsesja?
Któregoś dnia Kowalski wkroczył do gabinetu swojego przełożonego, pułkownika Żubra, i wyczuł napięcie w powietrzu. Coś takiego wyczuwał skubaniec od razu! Ciężkie zasłony i obszerny dębowy stół przytłaczały wnętrze pomieszczenia, a sama postać pułkownika MO, skulona w swym fotelu, zdawała się częścią umeblowania. Prawdziwy człowiek bez właściwości! Żubr miał za sobą długie lata służby i nieustanne zmęczenie wyryte na twarzy, a wielkie wory pod oczami i żółtawe palce zdradzały słabość do papierosów oraz mocniejszych trunków. Cóż, warto mieć jakieś pasje!
Kowalski odchrząknął, ale cisza się przedłużała. Jego przełożony siedział za biurkiem z głową podpartą na ręce i Kowalski zaczął nawet podejrzewać, że Żubr zasnął.
– Pułkowniku! – Porucznik ryknął tak głośno, że szef komendy aż zerwał się z fotela. – Chciałbym przedstawić pewne informacje na temat Maliszewskiego.
Pułkownik spojrzał z zaskoczeniem na podwładnego.
– Znowu ten Maliszewski? – Wykrzywił twarz, siadając z powrotem za biurkiem. – Macie coś konkretnego?
Porucznik Kowalski wyprężył się przed biurkiem, żeby nadać swojej relacji bardziej oficjalny ton.
– Zdobyłem informacje, że Maliszewski zapisał się do technikum mechanicznego. Ukończył je z całkiem niezłymi ocenami… – Starał się brzmieć pewnie, chociaż wiedział, że nie ma mocnych dowodów na to, co zamierzał przedstawić.
– Niesamowite! Jak on śmiał mieć dobre oceny! – Widać było, że pułkownik jest już na granicy wybuchu. – Kurwa, z tym do mnie przychodzicie, Kowalski?! Chłopak uczył się, zdobył wykształcenie. To chwalebne.
Kowalski westchnął.
– Tylko że coś mi tu nie gra – zauważył. – Mam wrażenie, że to tylko dla zamydlenia oczu. On z pewnością coś knuje.
Pułkownik znowu oparł głowę o rękę, zamykając na chwilę oczy.
– Masz jakieś konkrety, potwierdzone sygnały w jego sprawie, Marian? – zapytał znudzony.
– Nie, obywatelu pułkowniku. Ale mam przeczucie…
Pułkownik przerwał mu, podnosząc rękę.
– Przeczucia nie wystarczą, poruczniku. Przyjdź do mnie, kiedy będziesz miał konkretne dowody. – Spojrzał na Kowalskiego z pewną dozą litości. – Przestań się interesować Maliszewskim, Marian. Masz poważniejsze sprawy na głowie.
Tak, zawsze są poważniejsze sprawy – pomyślał Kowalski, opuszczając gabinet.
Widzicie to? To właśnie ja, Jurek Maliszewski, nie dawałem mu spokoju. Skubaniec przeczuwał, że jest w tym coś więcej, coś, czego jeszcze nie dostrzegał. Czekał na moment, żeby mnie pokąsać. Tyle że ja nie byłem idiotą!
Gdy drzwi gabinetu pułkownika Żubra zamknęły się za Kowalskim, atmosfera na komendzie stała się bardziej napięta. Z wściekłością rzucone przez Kowalskiego papiery opadły na biurko z głośnym trzaskiem. Całe pomieszczenie, pełne milicjantów zanurzonych w swoich codziennych obowiązkach, na moment zamarło. Tak to sobie wyobrażam.
Porucznik wciąż gotował się z gniewu, a do tego jego oczy biły pogardą. Zawsze tak miał! Myśli o mnie przyprawiały go o zawrót głowy. Wyobrażał sobie, że gdy złapie mnie na gorącym uczynku, dojedzie mnie totalnie, podda najsurowszej karze.
W pewnym momencie, nie mogąc opanować wściekłości, Kowalski kopnął w blaszany kosz stojący obok biurka. Hałas przewróconego metalu i wysypanych śmieci rozniósł się po biurze. Pozostali milicjanci podnieśli na niego zdziwione spojrzenia.
– Co się tak gapicie? – warknął Kowalski, patrząc na nich z gniewem. – I pozbierać mi te śmieci! Jak możecie siedzieć w takim syfie?!
Kilka osób niechętnie wstało ze swoich miejsc, by przyjrzeć się rozrzuconym papierom i spróbować przywrócić porządek. Inni, bardziej ostrożni, postanowili po prostu wrócić do swojej pracy, udając, że nic się nie stało.
Kowalski, starając się nie zwracać uwagi na to, co się dzieje wokół, złapał za słuchawkę telefonu i wykręcił numer do archiwum.
– Potrzebuję wszystkich akt na temat Maliszewskiego. Tak, tego Maliszewskiego. Wszystko, co macie – syknął tonem, który nie pozostawiał wątpliwości, że nie zamierza czekać długo.
Potem rzucił słuchawkę, jakby chciał jej pokazać, kto tu rządzi.
– Dorwę skurwysyna! – wycedził przez zaciśnięte zęby.
Porucznik Kowalski miał rację. Nie do samej nauki sprowadzały się moje zainteresowania. W technikum mechanicznym poza uczeniem się, jak dokręcić śrubę i zrozumieć skomplikowane schematy, rozpocząłem też zupełnie inną edukację.
Wtedy właśnie zetknąłem się z grupą, której członkowie stali się moimi przyjaciółmi i bratnimi duszami. Henryś Brzózka, mimo młodego wieku, miał pewien rodzaj doświadczenia życiowego, które nadawało mu autorytetu. Zawsze o krok przed innymi, zawsze z planem i z planem awaryjnym do tego planu, był człowiekiem, na którym zawsze można było polegać.
Drugim gościem w grupie był Piotrek Waszul. Jak tygrys w klatce był zawsze gotowy do działania i wypełniała go niepohamowana energia. Gdyby istniała szkoła złodziei, Piotr byłby jej wyróżniającym się uczniem. Jego umiejętności i zwinność wkradania się, gdzie tylko sobie zażyczył, sprawiały, że reszta z nas wyglądała przy nim jak amatorzy.
Był jeszcze Jędruś Świerczewski – uosobienie spokoju. Gdziekolwiek się pojawiał, wnosił ze sobą atmosferę opanowania. Dzięki temu stał się naszym „negocjatorem” w trudnych sytuacjach. Jego umiejętność przekonywania ludzi do swojego zdania była nieoceniona.
Kolejnym członkiem naszej paczki był Boguś Chrzanowski, najstarszy z nas i jednocześnie najbardziej odpowiedzialny. Miał to coś w sobie, co przyciągało ludzi. Jego charyzma i doświadczenie sprawiały, że wszyscy liczyli się z jego zdaniem. Właśnie za Bogusia wyszła moja ukochana siostrunia, Krysia, świeżo upieczona absolwentka warszawskiej Akademii Medycznej. Nasze losy mocniej się wtedy splotły.
Wkrótce nasza grupa rozpoczęła aktywną działalność. Grzechem byłoby przecież nie wykorzystać naszych zdolności, nie wspominając już o zapale i ambicjach. A te ostatnie mieliśmy ogromne!
Wszystko dokładnie przedyskutowaliśmy. Po rozważeniu różnych argumentów, a niekiedy nawet po dąsach, zdecydowaliśmy się skupić na terenie Krakowa, Zakopanego, Nowego Targu i okolicy. Naszymi głównymi obiektami zainteresowania stały się mieszkania i samochody. Naprawdę ciekawe połączenie.
Pierwsza robota? Mieszkanie w Krakowie. Budynek był stary, a schody skrzypiały niemiłosiernie. W zasadzie to nie wiem, co za idiota wybrał ten obiekt. Tam po prostu nie dało się chodzić cicho!
– Dlaczego mam iść pierwszy? – spytałem szeptem, patrząc podejrzliwie na Brzózkę.
– Bo robisz najmniej hałasu – wypalił tamten. – Masz najmniejsze stopy, jesteś najlżejszy. Pod tobą tak mocno deski się nie uginają – wyjaśnił, próbując powstrzymać śmiech.
Miałem ochotę mu przywalić, ale się powstrzymałem. Pierwsza zasada: na robocie nie lejemy kompanów!
Dotarliśmy do drzwi mieszkania. Piotrek Waszul, nasz specjalista od zamków, wyjął swoje narzędzia.
– Macie minutę – szepnąłem, rozglądając się po korytarzu.
– Niech będą dwie – odparł Piotrek, skupiając się na zamku.
Nagle dotarło do nas szczeknięcie z mieszkania naprzeciwko.
– Pies? – zdziwił się Świerczewski. – Skąd tu pies?
To zapewne było pytanie retoryczne, ale i tak Brzózka nie mógł się powstrzymać, żeby nie odpowiedzieć.
– Stamtąd – Wskazał palcem na przeciwległe drzwi.
Świerczewski chciał coś odpowiedzieć, ale w końcu machnął tylko ręką poirytowany.
– Dlaczego nikt nie sprawdził, że sąsiad ma psa? – wyjąkał. – Jak bydlę zacznie szczekać na całego, to po nas!
Takie czasami wychodziły kwiatki, ale przecież różnie bywa w robocie. Poza tym pełna profeska.
Pięć minut! Całe pięć minut zajęło Piotrkowi otwarcie zamka. W końcu jednak skarbiec stanął przed nami otworem.
Kiedy drzwi się otworzyły, wszyscy weszliśmy do środka. Wnętrze było nieskazitelne i pełne luksusów, jakbyśmy znaleźli się w środku katalogu wnętrzarskiego. W pewnym momencie Bogdan podniósł jakiś niepozorny przedmiot.
– Chyba właśnie znalazłem zegarek na prezent dla Krystyny! – oznajmił z uśmiechem.
Ta moja siostra to jednak była szczęściara!
Potem było już standardowo – przedmioty mniejsze i większe oraz waluta polska i obcego pochodzenia zmieniały właściciela, lądując w naszych workach. Tak mniej więcej wyglądały nasze „wypady na miasto”.
Czasami, aby uniknąć nudy, zamienialiśmy mieszkania na samochody, na przykład w okolicy Zakopanego. Były to różne modele i może dlatego stanowiły dla nas pewne wyzwanie. Świerczewski pewnego dnia postanowił podkręcić atmosferę.
– Zakład, że ukradnę to radio w mniej niż trzy minuty? – rzucił wyzwanie, pokazując na stojące przed nami czerwone auto.
– W życiu! – Zaśmiałem się.
– Ja nie dam rady? – oburzył się Świerczewski. – Ja nie dam rady?! Stawiacie flaszkę, gdy wrócę błyskawicznie z radiem!
Nie czekając na naszą odpowiedź, pognał do upatrzonego samochodu. Tymczasem my z trudem powstrzymywaliśmy śmiech.
Świerczewski rzeczywiście wrócił błyskawicznie. Nie wyglądał jednak na zadowolonego.
– Cholera – mruknął – tam nie ma radia!
– Tego radia? – Wyjąłem zza pleców odbiornik samochodowy i wybuchłem śmiechem.
Tylko szybka reakcja kolegów uchroniła mnie od dostania w pysk od Świerczewskiego. Przytrzymali go, gdy chciał mi przyłożyć. Ale i tak było wesoło!
Tak właśnie wyglądały nasze akcje. Rozkręcaliśmy się z każdym tygodniem, więc nic dziwnego, że zaczęliśmy przyciągać zainteresowanie organów śledczych. Jednak ja czułem, że jesteśmy nieuchwytni jak wiatr. Co zatem mogło pójść nie tak? Cóż, wszystko!
Czując się coraz pewniej, wynajęliśmy małą chatkę u podnóża Tatr. To tam spędzaliśmy najwięcej czasu, planując kolejne akcje i dzieląc się łupem.
Była ciemna i bezgwiezdna noc, kiedy nagle coś zakłóciło sielankę naszego wieczoru.
– Ktoś się zbliża – szepnął Brzózka, przysłuchując się delikatnym dźwiękom kroków.
Nie zdążyłem odpowiedzieć, kiedy wokół chatki zaczęły rozbłyskiwać latarki, rzucając groteskowe cienie na ściany. Zanim zdołałem zareagować, drzwi zostały wyważone, a do środka wpadła grupa uzbrojonych funkcjonariuszy.
– Milicja! Nie ruszać się, kurwa! – krzyknął jeden z intruzów.
Dlaczego jednak tak niekulturalnie?
Nagle w drzwiach pojawiła się dobrze mi znana sylwetka. Porucznik Kowalski rozejrzał się badawczo. Jego surowe spojrzenie kontrastowało z lekkim uśmiechem, który zagościł na jego twarzy.
– Maliszewski, Maliszewski – cmoknął zadowolony. – Zdaje się, że mamy do uregulowania pewne sprawy. Mówiłem, że popełnisz błąd.
Wzruszyłem ramionami.
– Skoro już tu jesteś, Kowalski, mógłbyś chociaż podać mi kurtkę, bo strasznie piździ! – powiedziałem z drwiną.
Nie zdążyłem dodać niczego równie błyskotliwego, bo jeden z milicjantów postanowił sprawdzić wytrzymałość mojego splotu słonecznego. Dostałem zatem potężny cios, który sprowadził mnie do parteru. Padłem z hukiem na drewnianą podłogę.
– To tak nieelegancko – zauważył porucznik Kowalski. – Goście w dom, a ty leżysz jak łajza. Technikum skończyłeś, a nic nie zmądrzałeś, Jurek.
Jeden po drugim, wszyscy moi kompani zostali zakuci w kajdanki i odprowadzeni do milicyjnych wozów.
Z daleka słychać było odgłosy górskiego potoku i śpiew ptaków, które budziły się do porannego koncertu. Świat kręcił się dalej, ale dla nas jakby zwolnił. Przyszedł czas na konfrontację z rzeczywistością. W końcu podobno najlepiej uczyć się na błędach. Wydawało mi się jednak, że chodziło o cudze błędy.
Jakiś czas później siedziałem na twardym drewnianym siedzeniu w sali sądowej w Zakopanem, w otoczeniu skrzypiącej podłogi i ciasno ściśniętych ław. Nie byłoby źle, gdyby nie fakt, że byłem jedną z gwiazd przedstawienia, którego wolałbym nie oglądać. To przedstawienie nazywało się rozprawą.
Gdy sędzia ogłosił wyrok, myślałem, że wyjdę z siebie. Cztery lata! Cztery lata i dziesięć tysięcy złotych grzywny za… Za co dokładnie? Za odrobinę kreatywności w zdobywaniu gotówki? Powinienem dostać nagrodę za przedsiębiorczość, a nie być traktowany jak przestępca!
Rzuciłem okiem na resztę mojej bandy. Wszyscy byli tak samo oszołomieni z wyjątkiem jednego. Waszul. Ten, jako jedyny z nas, dostał tylko sześć miesięcy! Co za los mu się trafił? Może znalazł jakąś złotą rybkę, co spełnia życzenia, bo ja inaczej tego nie pojmuję.
– Wyjaśnijcie mi, bo nie mogę zrozumieć. Czy milicjanci stali się nagle geniuszami? Niby jak wpadli na nasz trop? – pytałem z drwiną, gdy wychodziliśmy z sali sądowej. – Przecież żeby złapać takiego gościa jak ja, psy musiałyby być inteligentniejsze, niż ustawa przewiduje, albo…
– Albo co? – Brzózka uniósł brew.
Wzruszyłem ramionami.
– Cóż, nie wszyscy z nas będą kiblowali cztery lata – zauważyłem.
Niestety, nie mogliśmy kontynuować naszej pasjonującej pogawędki, bo rozdzielono nas natychmiast i wyprowadzono z budynku sądu.
W ten oto sposób znowu wylądowałem w więzieniu. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. I właśnie o tym wam teraz opowiem.
Porucznik MO Kowalski dopiął swego i na skutek jego złośliwości, a nawet nienawiści do mojej skromnej osoby, zarówno ja, jak i Henryś, Jędruś oraz Boguś trafiliśmy za kraty. O Waszulu nie wspominam, bo… wspominać nie warto. Już wiecie, co myślałem na jego temat. W każdym razie przestał mnie zupełnie obchodzić jego los. Niech zatem zginie w odmętach niepamięci!
Nasza paczka wylądowała zupełnie bezpodstawnie w więzieniu. Na szczęście żaden z nas nie odbył kary w całości. Niespodziewana amnestia, o której mówiono już od dawna, wyciągnęła nas wcześniej, niż przewidywaliśmy. Zanim to jednak nastąpiło, mieliśmy okazję poznać nieco lepiej ekosystem więzienny i jego wieloletnich mieszkańców, którzy mogli się pochwalić ogromnym dorobkiem w dziedzinie pozyskiwania cennych fantów i gotówki z mieszkań, domów oraz wykonywania innych prac niemile widzianych przez tak zwane organy ścigania. Stosunkowo krótki okres pobytu w zakładzie karnym nie pozostał bez wpływu na naszą psychikę i na nasze dalsze poczynania. Tak przynajmniej twierdziła milicja i pracujący na jej usługach różnego rodzaju sługusi, dla niepoznaki nazywani psychologami.
Jednak prawdziwą niespodzianką było spotkanie za kratkami mojego starego kumpla, rudego Jachu. Jego obecność nie zaskoczyła mnie ani trochę. Zawsze wiedziałem, że Jachu wyląduje w więzieniu. Nie wiedziałem jednak, że będę mu tam towarzyszył. Nie widziałem go już od kilku lat, ale jego rudą głowę rozpoznałem od razu na spacerniaku. Ten widok wywołał u mnie serdeczny uśmiech.
– Hej, Jachu! Co cię tu sprowadza? Zabrakło miejsc w hotelu pięciogwiazdkowym?! – krzyknąłem do niego.
Jachu odwrócił się gwałtownie. Był zaskoczony. Dopiero po chwili jego twarz wykrzywiła się w uśmiechu, takim „pełną gębą” – jak to mówią.
– Kaskader! Ja pierdolę, Kaskader! – ryknął na cały głos – No nie, stary, tylko nie mów, że to naprawdę ty! Co tu robisz?
Wzruszyłem ramionami.
– Siedzę za niewinność – mruknąłem.
Jachu znowu się uśmiechnął.
– To tak jak tamten. – Wskazał na jakiegoś typa ze smutną miną, który stał w kącie spacerniaka. – I tak jak tamten! – Wskazał na innego. – I tamten. I…
– Takie tam drobne nieporozumienie z prawem – przerwałem mu, bojąc się, że szybko nie skończy z wyliczaniem niewinnych delikwentów.
– Zawsze miałeś talent do wpadania w tarapaty – powiedział Jachu z uśmiechem, który mógłby rozświetlić cały spacerniak.
– A ciebie za co dopadli? – zapytałem.
Machnął ręką.
– Nic wielkiego – stwierdził. – Po prostu chciałem pożyczyć samochód, a milicjanci nie zrozumieli moich intencji.
– Wydurniałeś się na oczach milicjantów?
– Zaraz tam na oczach. – Wzruszył ramionami. – Po prostu jeden bęcwał zadzwonił po gliniarzy.
– Jaki bęcwał?
– Właściciel samochodu.
Wybuchliśmy śmiechem. Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, wymieniając poglądy na temat naszego obecnego losu. W tym ponurym miejscu nasza dawna przyjaźń była jak promień słońca przebijający się przez szare chmury. Więzienie mogło ograniczać nas fizycznie, ale duchem byliśmy wolni.
Kontakty z doświadczonymi specami od nie zawsze legalnej roboty okazały się dla mnie i moich kompanów swoistą szkołą życia. W naszej celi i podczas spacerów nawiązywaliśmy rozmowy z tymi, którzy w półświatku byli legendami. Wymiana myśli i poglądów, a przede wszystkim analiza błędów, które zadecydowały o naszej wpadce, były nieocenione.
Wielu z tych sędziwych jegomości opowiadało historie o łatwym zdobywaniu fortun, o luksusach, w których można było się pławić, korzystając z majątków frajerów. Te historie, pełne przepychu i bogactwa, utrwaliły się w mojej wyobraźni. Bardzo na mnie działały! Dzięki nim, kiedy siedziałem w celi, myślałem, że świat poza murami więzienia oferuje nieskończone możliwości. I tak rzeczywiście było! Wkrótce zamierzałem to udowodnić.
Podczas jednego ze spacerów gawędziłem z Jachu o przyszłości.
– Wyobraź sobie, Kaskader, że wychodzimy stąd i zaczynamy wszystko od nowa. Tym razem będziemy mądrzejsi – mówił Jachu, patrząc na siatkę otaczającą spacerniak.
– Tak, mądrzejsi – powtórzyłem. – Wiesz, słuchałem tych starych wyjadaczy. Bardzo dokładnie ich słuchałem.
– I co? – zaciekawił się Jachu.
– Mówią, że wszystko sprowadza się do jednego.
Jachu znieruchomiał. Spojrzał na mnie pytająco.
– To znaczy? – Nachylił się w moim kierunku.
– Wszystko sprowadza się do jednego: nigdy nie daj się złapać – wyjaśniłem.
Jachu zrobił minę, jakby analizował dopiero otrzymaną informację. Po chwili spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
– Ale że jak? – Podrapał się po głowie.
– Planowanie, Jachu. – Poklepałem go po ramieniu. – Dokładne planowanie i dyskrecja. Musimy działać jak cienie. Wziąć to co nasze i zniknąć, zanim ktokolwiek zorientuje się, że coś zginęło.
– Brzmi jak scenariusz filmu – zaśmiał się Jachu.
– Tyle że u nas to będzie prawda, a nie film – zauważyłem.
Wracając do celi, czułem, jak marzenia o wielkich czynach i bogactwach krążą mi po głowie. Były jak wabik, który nieustannie ciągnął mnie w swoją stronę. Czy mogłem pozostać wobec nich obojętny?
Z każdym dniem spędzonym w murach więzienia moi kompani i ja stawaliśmy się coraz bardziej wyrafinowanymi uczniami naszych starszych mentorów – mistrzów ścieżki występku. Ich lekcje były surowe, ale pouczające. Nic dziwnego, że tymi kontaktami międzypokoleniowymi zainteresowało się szybko kierownictwo więzienia. W jego raportach pojawiło się na przykład stwierdzenie, że uczyliśmy się pogardy dla personelu więziennego. Jak to się objawiało? Na przykład takimi wydarzeniami jak to.
Klawisz z kolegą potrafił wtargnąć do naszej celi nad ranem. Wyrwani ze snu musieliśmy sterczeć przed swoimi pryczami. Może samo w sobie nie byłoby to najgorsze, gdyby nie fakt, że trzeba było stać na jednej nodze. W tym czasie klawisz przechadzał się między naszymi pryczami, rzucając obelgi w stronę któregoś z chłopaków. Och, jaką my wtedy wyrażaliśmy pogardę dla personelu więziennego, gdy klawisz nas wyzywał i poniżał na całego. A najbardziej wyrażaliśmy pogardę, gdy pałką bito jednego czy drugiego osadzonego do nieprzytomności. Jakże byliśmy wtedy bezwzględni, dając się tak bić! Przecież biedny klawisz mógł nadwyrężyć sobie dłoń, okładając nas pięściami! Takiego bezwzględnego złoczyńcę trzeba było potem wyciągać nieprzytomnego z celi, a to już było prawdziwe skurwysyństwo z jego strony! Przecież biedni strażnicy męczyli się przy takim wysiłku i z trudem łapali oddech.
Nie przejmowałem się tym jednak. Starałem się poznawać jak najwięcej rad naszych starszych kolegów. Wcześnie rano, gdy tylko zaczynał się dzień, zasypywałem ich pytaniami o szczegóły ich niedocenianych przez MO działań, szukając sposobów na uniknięcie błędów, które ich zgubiły.
– Ale jak to zrobiłeś, że cię nie złapali przez tyle lat? – wypytywałem jednego z tak zwanych recydywistów.
– Młody, daj spokój, chcę odpocząć – odpowiadał gość coraz częściej znużony moją niekończącą się ciekawością.
I tak było coraz częściej z kolejnymi „mentorami”. Widząc ich zmęczenie, próbowałem zmienić taktykę.
– Może mi pomożecie ulepszyć plan ucieczki, który wymyśliłem? – próbowałem ich zainteresować.
Ale moi mentorzy tylko obracali się na pryczach, udając, że śpią. W końcu zrozumiałem, że muszę sam opracować plan, wykorzystując zdobytą już wiedzę.
Moje próby ucieczek z więzienia stały się czymś w rodzaju lokalnej legendy. Byłem jak Houdini, tylko… bez sukcesów. Wiedziałem jednak, że te nadejdą. Ciągle zatem próbowałem.
O tych próbach ucieczki można w zasadzie napisać osobną książkę. Pewnego razu na przykład, w przypływie genialności, postanowiłem uciec, ukrywając się w worku na pranie. Myślałem, że strażnicy wyrzucą mnie wraz z brudnymi ubraniami do ciężarówki, jak zwykle to robili. Plan był idealny. Niestety, zostałem odkryty po ataku kichania. Nie przewidziałem, że w workach jest tak dużo kurzu.
Kolejnym pomysłem była ucieczka kanałem. W filmach zawsze się to udawało. Ileż to razy na dużym ekranie desperaci hasali kanałami, aby w końcu odnaleźć upragnioną wolność. Niestety, znowu się okazało, że życie to nie kino. Kanały prowadzące z więzienia okazały się solidnie zabezpieczone kratami. Pozostało mi tylko wrócić do celi.
Potem były jeszcze: plan na chorego, ucieczka dachem, klasyk z prześcieradłami i oknem oraz wiele, wiele innych „przedsięwzięć”. Chociaż wszystkie kończyły się klapą, wiedziałem, że każde takie zdarzenie, każda próba ucieczki dostarcza mi bezcennych informacji i doświadczenia. Byłem zatem coraz bardziej pewny, że czas mojego triumfu jest coraz bliższy. Potrzebna była tylko cierpliwość, a tej mi nie brakowało, podobnie jak uporu.
Tymczasem kierownictwo więzienia i klawisze wymyślali na mój temat coraz bardziej absurdalne historie. Na przykład pisali w raportach, że arogancko przyjmuję polecenia obsługi zakładu karnego. Za tym stwierdzeniem kryły się takie sytuacje jak ta, że przychodził klawisz i ze złością krzyczał:
– Nierobisz, chuju pierdolony, na kolana i jedziesz na szmacie przez cały korytarz!
A potem, gdy myłem już posłusznie podłogę na czworakach, nachylał się nade mną i wrzeszczał do mojego ucha:
– Dokładniej, skurwysynu! Bo zaraz będziesz żarł obiad z tej podłogi!
A potem kopał mnie, rechocząc. Natomiast w raporcie wpisywał, że byłem arogancki, bezczelny i agresywny.
Innym razem zostałem pobity niemal do nieprzytomności przez dwóch strażników. W raporcie napisali, że dopuściłem się wobec nich rękoczynów.
Za takie „agresywne” zachowania byłem regularnie karany zamykaniem w karcerze. Tam, w samotności i ciemności, miałem czas na przemyślenia.
– Następnym razem będzie lepiej – mówiłem sobie.
Ale czy na pewno? Czasami wydawało mi się, że moje życie to ciągła pętla z niekończącymi się „następnymi razami”. Cóż, każdy miewa słabsze dni, gdy nawiedzają go wątpliwości. Próbowałem jednak znaleźć w tym wszystkim pozytywy. Niekiedy się udawało.
Nadszedł dzień, który śmiało mogę określić jako pechowy. Ranek nie zapowiadał niczego dramatycznego. W południe było już wiadomo, że zbiera się na burzę. Strażnicy, z którymi miałem od dawna na pieńku, próbowali mnie coraz bardziej prowokować. Co prawda zaczęło się dość niewinnie, od standardowych wyzwisk, ale potem było już grubo.
– Nierobisz, chuju, może byś w końcu zaczął się zachowywać jak człowiek, a nie jak pierdolone zwierzę? – rzucił jeden ze strażników.
– Nie przypominam sobie, aby zwierzęta chodziły na dwóch nogach i odpowiadały na głupie pytania – wypaliłem bez zastanowienia.
Tylko na to czekali.
– Uważaj, Nierobisz, bo cię nauczymy manier! – dodał drugi strażnik, śmiejąc się z własnego dowcipu.
Mnie jednak nie było do śmiechu.
– Jak to możliwe, że takie gówno podskakuje? – Pierwszy strażnik spojrzał na swojego kompana.
– Chyba trzeba spuścić gówno w kiblu – zarechotał drugi.
Potem ten pierwszy obszedł mnie dookoła, a ja oczywiście musiałem stać na baczność bez ruchu. Zaśmiał się znowu za moimi plecami, a potem rzucił:
– Wiesz co, Nierobisz, może zajmiemy się twoją siostrunią. Słyszałem, że jest całkiem…
Nie pozwoliłem mu dokończyć. Obróciłem się i z całej siły uderzyłem go w twarz. Był to odruch, którego nie potrafiłem kontrolować. Strażnik przeleciał przez pół korytarza, a ja patrzyłem, jak sunie po płytkach.
W okamgnieniu rzuciło się na mnie kilku innych strażników. Uderzali pałkami z taką pasją, jakby właśnie dostali najlepszy prezent świąteczny. Ból rozchodził się po moim ciele, oblepiał mnie, a ja czułem, jak tracę przytomność.
Obudziłem się w izbie chorych kilka dni później.
Moje zachowanie zakwalifikowano jako czynną napaść na funkcjonariusza wykonującego obowiązki służbowe. Za ten czyn stanąłem przed sądem, który wymierzył mi karę jednego roku pozbawienia wolności. I tak odsiadka się wydłużyła.
Dzień, w którym opuściłem mury więzienia, był jak nowy rozdział w książce mojego życia. Słońce świeciło nad Warszawą z takim blaskiem, jakby chciało mi powiedzieć: „Zaczynamy od nowa, Jurek”. Moi koledzy z bandy, jeden po drugim, również rozpoczynali swoje nowe życie. Niektórzy znaleźli pracę, stali się uczciwymi obywatelami. Bogdan Chrzanowski na przykład wyjechał do Słońska, by szukać spokoju, jakiego nie mógł znaleźć w zgiełku stolicy (przynajmniej taka była oficjalna wersja).
Co do mnie – postanowiłem na nowo zdefiniować siebie. W dniu wyjścia na wolność, dwudziestego drugiego lipca 1969 roku, zmieniłem nazwisko. Już nie byłem Nierobiszem – tak jak mój ojciec. Tego dnia stałem się Maliszewskim, przyjmując nazwisko mojej matki. Symbolicznie odciąłem się od przeszłości i tego, kim byłem. Odciąłem się od swoich słabości. Teraz stałem się profesjonalistą, który potrafi korzystać z życia.
– To nowy początek, Maliszewski – powiedziałem do siebie, patrząc w lustro. – Czas napisać nowy rozdział.
Poczułem, jakbym zrzucił ciężar wielu lat. Zmiana nazwiska była symbolem – odrzuceniem dawnych błędów i stworzeniem nowej tożsamości.
Mój pierwszy dzień wolności spędziłem, spacerując po ulicach Warszawy.
Co teraz, Maliszewski? Zastanawiałem się, patrząc na miejską krzątaninę wokół. Odpowiedź na to pytanie miała nadejść już wkrótce.
Tymczasem mój zacięty wróg, porucznik Kowalski, nadal nie mógł pozbyć się obsesji dotyczącej mojej skromnej osoby.
– Jak ja nienawidzę tego skurwysyna! – mamrotał przy biurku po tym, jak się dowiedział, że właśnie opuściłem mury więzienne.
Jednak prawdziwy szlag trafił go dopiero następnego dnia. Przyszedł do roboty w dużo lepszym humorze niż poprzedniego dnia. Żartował nawet z innymi funkcjonariuszami, chociaż ci uważali Kowalskiego raczej za ponuraka i nadgorliwca.
– O, ten pierdolony chuj! – wykrzyknął porucznik około południa, gdy natrafił na jeden raport, który rozpalił go do czerwoności.
SPIS TREŚCI
OD AUTORKI
PROLOG
ROZDZIAŁ 1
ROZDZIAŁ 2
ROZDZIAŁ 3
ROZDZIAŁ 4
ROZDZIAŁ 5
ROZDZIAŁ 6
ROZDZIAŁ 7
ROZDZIAŁ 8
ROZDZIAŁ 9
ROZDZIAŁ 10
ROZDZIAŁ 11
ROZDZIAŁ 12
ROZDZIAŁ 13
ROZDZIAŁ 14
ROZDZIAŁ 15
ROZDZIAŁ 16
ROZDZIAŁ 17
ROZDZIAŁ 18
ROZDZIAŁ 19
ROZDZIAŁ 20
ROZDZIAŁ 21
ROZDZIAŁ 22
ROZDZIAŁ 23
ROZDZIAŁ 24
EPILOG
