Jesteś jeszcze ty (Trzy Przyjaciółki #3) - Milena Wójtowicz - ebook
NOWOŚĆ

Jesteś jeszcze ty (Trzy Przyjaciółki #3) ebook

Milena Wójtowicz

5,0

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Nic tak nie psuje spokojnego wieczoru jak były chłopak klęczący na zabłoconej wycieraczce z pierścionkiem w zębach i… morderstwem w tle.

Matylda Pawłowska przez lata opanowała Seba-management do perfekcji, ale nawet ona nie była przygotowana na taki obrót spraw. Aktualna dziewczyna Sebuli jest bardzo martwa, a policja uważa, że to właśnie on pomógł jej przenieść się na tamten świat. I to Matylda ma dać mu niepodważalne alibi!

Wciągnięta w karuzelę absurdalnych zdarzeń Matylda na szczęście może liczyć na swój niezawodny babski system wsparcia. Celina i Iwona, bogatsze o własne kryminalne przejścia i konfrontacje z podkomisarzem Zacharczykiem, ruszają do akcji!

Czy przyjaciółkom uda się odkryć prawdę, zanim Sebula zdąży się oświadczyć komuś innemu? I jaką rolę w całej sprawie odgrywa martwa narzeczona Jana Zbendy?

Jesteś jeszcze ty to lekka, zwariowana komedia kryminalna o tym, że stara miłość nie rdzewieje.

Czasem po prostu zostaje objęta śledztwem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 216

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Iskra80

Nie oderwiesz się od lektury

Znakomita! Tylko zakończenie jakoś urwane. Wzięło mnie z zaskoczenia i mam zdecydowany niedosyt!
00



Prolog

Sebastian Cybulski, zwany swojsko Sebulą, był mężczyzną przystojnym, czarującym, a ponadto utalentowanym – ale nie aż tak, by uchodził za geniusza sztuki, obiekt czci i nieskończonego uwielbienia, przynajmniej w oczach Matyldy Pawłowskiej.

Kochała go, a jakże, od ponad dziesięciu lat, z dłuższymi i krótszymi przerwami. Nieustannie się rozchodzili, niekiedy w sposób wybuchowy, a potem ponownie wpadali sobie w ramiona i w życie, niekiedy w towarzystwie fajerwerków i trzęsień ziemi. Matylda sama nie była pewna, ile razy się rozstawali – gdyby kiedykolwiek stwierdziła, że musi to koniecznie wiedzieć, zawsze mogła spytać swoją przyjaciółkę Celinę Nowacką. Celka była niewiarygodnie zorganizowana i pamiętała takie rzeczy – dzięki czemu Pawłowska nie musiała sobie zaprzątać głowy drobiazgami.

Ale nawet bez pomocy Celiny wiedziała, że ostatnie rozstanie miało miejsce ponad pół roku temu, a towarzyszył mu jeden mały wybuch histerii po stronie Sebuli. Głupek uroił sobie, że nowy facet Nowackiej chce go zamordować i nijak nie dał sobie przetłumaczyć, że nawet jeśli Jan Zbenda był mordercą – a ze względu na Celkę cały jej krąg towarzyski zgodził się, że podejrzewanie go to potwarz, nieuzasadnione posądzenie i nietakt ze strony policji – to Sebastian naprawdę nie był w typie jego ofiar, bo Zbenda, gdyby – oczywiście hipotetycznie! – jednak miał zbrodnię na sumieniu, to po zabiciu poprzedniej narzeczonej zabrałby się za aktualną partnerkę, czyli Celinę.

Do Sebuli nijak to nie docierało. W jego świecie było miejsce tylko na jedną gwiazdę – jego samego, jedynego, niepowtarzalnego Sebastiana Cybulskiego, nie z tych Cybulskich co prawda, ale kto by tam o takich szczegółach głośno mówił… Grunt, że jeśli ktoś chciał wielbić, to jego, jeśli ktoś chciał czyhać na czyjeś życie – to też na jego, wszak inne życia drugoplanowe nie były warte czyhania…!

Po kolejnym dramatycznym trzaśnięciu drzwiami Matylda machnęła ręką i przyjęła do wiadomości, że znowu się rozchodzą… i że wcześniej czy później się zejdą, jak zwykle. Rozstanie nie spędzało jej snu z powiek, przyjaciółki Celina i Iwona dostarczały rozrywek kryminalistycznych, a znajomy z benefitem w pakiecie, czyli Areczek na dochodne, dbał o to, żeby była na bieżąco z literaturą erotyczną i orgazmami.

W życiu niczego jej nie brakowało i doprawdy ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewała, był klęczący na wycieraczce Sebula z pierścionkiem w zębach.

Ze względu na wysoki wzrost w pozycji klęczącej sprawiał wrażenie źle poskładanego scyzoryka. Ciemne włosy miał jak zwykle starannie rozczochrane, tak by tworzyły idealny obraz artystycznego nieładu i przy okazji prawie całkiem zakrywały mu oczy. Wąskie usta miały być chyba wygięte w grymas proszący, ale w rzeczywistości przybrały wyraz pogardliwy, pewnie przez to, że musiał wyszczerzać zęby, które zaciskał na pierścionku. Poły długiego płaszcza i ciemne spodnie zamiatały podłogę klatki schodowej.

Matylda nigdy nie fantazjowała na temat zaręczyn. Ale gdyby kiedykolwiek jej się to zdarzyło, na pewno nie odbyłoby się w lutym, wczesnym, ale już szarzejącym popołudniem, na brudnej wycieraczce, w towarzystwie taszczonej przez nią megapaki papieru toaletowego i wystającego z siatki pęku szczypiorku. A jeszcze na wieczór miała zaplanowane spotkanie z Areczkiem i naprawdę w tym momencie – i właściwie to w każdym innym też – oświadczyny były jej mocno nie na rękę.

Nie wspominając już o tym, że nawet gdyby chciała przyjąć pierścionek, to ze względu na papier toaletowy i siatkę zwyczajnie nie miała wolnej ręki.

– Makkkylto – wywarczał przez zaciśnięte na pierścionku zęby Sebula. – Ky jesssysss hhhedyna!

Przy wydychanym z impetem „hhhh” pierścionek wypadł mu z zębów i poleciał na zabłocone schody. Cybulski najpierw zamarł w oszołomieniu, a potem rzucił się za biżuterią, prawie tratując przy tym Matyldę i jej zakupy.

– Uważaj! – krzyknęła ze zgrozą Pawłowska. – Nie bierz tego do gęby, odbiło ci? Masz pojęcie, jaki tu jest syf?!

Sebastian zamarł na półpiętrze w pierścionkiem w pół drogi do ust. Spojrzał na przybrudzoną biżuterię, potem na schody, własne spodnie, noszące ślady klęczenia, aż wreszcie przeniósł pełen pretensji wzrok na Matyldę, zupełnie jakby to ona osobiście odpowiadała za to, że scenografia i rekwizyty zawiodły.

– Nie mam na to teraz czasu – stwierdziła trochę bezradnie Mati. Ręce by jej opadły, ale już i tak miała je opadnięte od siat. – Sebuś, to jakiś nowy performance? Bo wiesz, szał i wszystko, ale klatka schodowa cała w błocie, sąsiedzi nieprzyzwyczajeni, a ja plany mam, rozumiesz…

Cybulski wyprostował się na całą wysokość – mroczne i szczupłe sto osiemdziesiąt dziewięć centymetrów, plus jakieś trzy dodawane przez obcasy butów w stylu kowbojskim, oczywiście czarnych.

– Matyldo! Ja ci się tu oświadczam – zganił ukochaną. – A poza tym musimy porozmawiać!

Mati wypuściła z objęć papier toaletowy, westchnęła ciężko i zajęła się szukaniem kluczy. Wydobyła je wreszcie, otworzyła drzwi i weszła do środka. Sebastian, wcześ­niej niecierpliwie sterczący za jej plecami, już, już miał wparować do przedpokoju, kiedy go zatrzymała.

– Papier wnieś.

Cybulski ze wstrętem spojrzał na wielopak.

– Mati, ja tu się oświadczam – wycedził.

– A ja z zakupów wracam. Wnoś albo zaczekaj, aż odstawię siaty i sama wniosę.

Sebastian westchnął boleśnie, całym sobą wyrażając głębokie rozczarowanie przyziemnością sytuacji i tym, że Matylda w ogóle nie przygotowała się na jego deklaracje, ale papier wniósł. I o to chodziło. Pawłowska przez ostatnie dziesięć lat związku nauczyła się partner-managementu, a właściwie to Seba-managementu, na poziomie profesjonalnym.

Postawiła siatkę na podłodze w kuchni i miłosiernie odłożyła wypakowanie jej na później. Odwróciła się do Cybulskiego, który tkwił w przedpokoju.

– No to teraz możesz nawijać. Normalnie to bym ci kawkę zrobiła, ale serio mam plany.

Nozdrza Sebastiana zafalowały niczym u byczka Fernando.

– Mati, ja ci się oświadczyłem!

– Słyszałam, cały czas to powtarzasz. Ale serio, Sebuś… serio? Sześć miesięcy ciszy… Może nie ciszy, gdzieś się u ludzi widywaliśmy… i nagle wyskakujesz z pierścionkiem na klatce schodowej? W lutym? Nawet rozumiem, pewnie się znowu zejdziemy, zawsze się schodzimy. – Westchnęła. – Ale oświadczyny? To trochę przesada, nie uważasz? A poza tym… co z tą twoją… jak ona się nazywała… o, Izą?

Izabela, o ile Mati dobrze pamiętała, była młoda, ładna i absolutnie zachwycona „ahtystyczną” stroną Cybulskiego. Wpatrywała się w niego jak w obrazek, a Pawłowską z oddali omiatała nienawistnym spojrzeniem lwicy pilnującej swojego terytorium. Miała tendencję do noszenia dużej i wyrazistej biżuterii artystycznej z nietypowych materiałów i robiła na Matyldzie wrażenie kogoś, kto w przypadku walki o terytorium typu mężczyzna, użyłby jej jako broni obuchowej, tnącej albo ciskanej.

Sebula na wspomnienie o Izie wyraźnie zmarkotniał i zaczął wodzić spojrzeniem po ścianach przedpokoju. Pawłowska, zainspirowana przez ciotkę przyjaciółki, przemalowała je ostatnio na purpurowo. Wyszło trochę za mrocznie, więc systematycznie uzupełniała tło o pomarańczowe kwiaty.

– Bardzo fajnie się urządziłaś – pochwalił Cybulski. – Czuję tę dobrą energię, te wibracje…

Rozglądał się wręcz ostentacyjnie po mieszkaniu. Nie był tu ani razu, Matylda wprowadziła się do kawalerki po ich ostatnim rozstaniu. Sebastian już, już przesuwał się w stronę drzwi do pokoju, kiedy zastąpiła mu drogę.

– Sebuś, do brzegu – ponagliła. – To nie program wnętrzarski. Czy ta twoja Izabela w ogóle wie, co ty wyprawiasz? Tydzień temu widziałam was razem i raczej bym się spodziewała, że to jej będziesz się oświadczał.

A najprędzej tego, że to Iza oświadczy się jemu. Ściskała go za ramię przez cały czas, jednego oka nie spuszczała z ukochanego, a drugim próbowała słać ukradkiem mordercze spojrzenia w stronę Matyldy. Cud, że nie skończyła z permanentnym zezem rozbieżnym albo sobie czegoś nie uszkodziła… Pawłowska nie miała pewności, ale chyba można było sobie zwichnąć oko? Albo coś w nim naciągnąć?

– Bella nie miałaby nic przeciwko… – oznajmił Cybulski, uciekając wzrokiem.

Matylda ujęła się pod boki. Doskonale znała te uniki, doprawdy, przecież to nie było jej pierwsze Sebulkowe rodeo!

– Serio? A zerwałeś z nią chociaż, zanim zacząłeś błoto na schodach spodniami wycierać?

– Yyyy… nnnniezupełnie – wyznał, zerkając przy okazji niedyskretnie na nogawki i starając się je otrzepać niby przypadkowym gestem.

– No wiesz co! Tak się nie robi. Najpierw z jedną laską zrywasz, potem się oświadczasz drugiej, tylko nie od razu, żeby było jasne, nie tego samego dnia! Taki myk to działa tylko w głupiej komedii romantycznej, nie w życiu. W życiu to prędzej mnie ta Izabela będzie chciała zamordować.

– Nie będzie – stwierdził natychmiast jej niedoszły narzeczony.

– Skąd wiesz? Ona wyglądała na zaborczą, jak tak się na tobie uwieszała przez cały wernisaż. Seba, serio, ja tu chcę zostać przy życiu, sam wiesz, co się wokoło dzieje… – Urwała, bo dotarło do niej, że Cybulski nie był na bieżąco ani z jej życiem, ani z tym, ileż to ona miała ostatnio do czynienia, pośrednio, ale jednak!, z nagłymi zgonami i policją. – Okej, nie wiesz, ale ja nie chcę żadnych dram z twoją Izą czy Bellą, naszło cię sentymentem, to najpierw z nią sobie poukładaj, a właściwie porozkładaj na dwa czynniki osobne… a potem zadzwoń, może wyjdziemy na kawę, pogadamy, co tam u nas słychać…

Wzruszyła ramionami. Tak to zwykle było. Wpadali na siebie, zaczynali rozmawiać, a potem, zanim się obejrzała, już miała w życiu, w łóżku i na głowie kolejny związek z tym samym facetem. Pewnych zasad należało jednak przestrzegać – Matylda mogła być tą byłą, mogła być tą przyszłą, ale nigdy nie zamierzała być tą trzecią.

– Nie mamy co układać – oznajmił Sebastian.

– Co…? Jak nie ma, przecież tydzień temu was widziałam… – wyrwało się zaskoczonej Pawłowskiej.

– To było tydzień temu! A dziś jej nie ma!

– Sebulka, tak mi przykro!

Naprawdę było jej przykro. Matylda była empatyczna, do tego znała doskonale Cybulskiego i z przejęciem i współczuciem rzuciła się go przytulać i obejmować, ale Sebastian strząsnął ją z siebie.

– Zabierz te ręce! To tragiczne i w ogóle, ale są teraz ważniejsze sprawy!

Matylda zrobiła krok w tył, ostentacyjnie trzymając ręce przy sobie.

– Nie ma ważniejszych spraw – przypomniała łagodnie. – Rozstaliście się, trudno, ale tydzień minął i lądujesz u mnie z pierścionkiem? Rozumiem rozżalenie, ale wyczucie czasu, Seba, wyczucie czasu ci szwankuje. Izabela pomyśli, że jesteś szurniętym desperatem, ba, o mnie też tak pomyśli, a to… nie znam laski za bardzo, niby wisi mi jej opinia, ale jednak, rozumiesz, nie. Nie ma takiej opcji.

Cybulski złapał się za głowę.

– Nic nie pomyśli, bo nie żyje! – wykrzyczał. – Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Nie ma Izabeli, jest trup!

Takich wiadomości Matylda się nie spodziewała. Tydzień temu tę laskę widziała: żywiuteńką, owiniętą w jakieś powłóczyste, artystycznie udrapowane szatki, promieniującą urodą, witalnością i zazdrością. Temu ostatniemu Mati się nie dziwiła – wszystkie związkowe zwroty i upadki, które ona i Sebula mieli za sobą, wyjątkowo negatywnie nastawiały do niej wszystkie kobiety, z którymi jej były-i-prawdopodobnie-przyszły facet się spotykał. Podejrzewały, że wcześniej czy później ona i Cybulski ponownie się zejdą – i jak dotąd zawsze miały rację.

– Jak to… nie żyje? Seba, co się stało? Jakiś wypadek, cały jesteś?

Zrobiła krok w jego stronę.

Sebula otrząsnął się niczym zmokły pies i odsunął od niej.

– Zabierz ręce, mówiłem! – Zaczął chodzić tam i z powrotem po przedpokoju. Ze względu na rozmiar pomieszczenia robił dwa kroki w jedną stronę, po czym musiał zawracać, ale w ogóle go to nie zrażało. Wyglądało na to, że potrzebował fizycznie wyrazić swoje emocje. – Żaden wypadek! Zamordowano ją!

Dramatyczna pauza, którą uczynił, na nic się zdała, bo Pawłowska w pierwszej chwili w ogóle nie zrozumiała, co Sebastian do niej mówi.

– Straszne, straszne… Czekaj… Zamordowano? Znowu?

– Jak znowu? Raz zamordowano i wystarczy, jakie ­znowu?

Matylda odwróciła się na pięcie i poszła do kuchni. O ile dobrze pamiętała, w ekspresie jeszcze powinna być kawa – i była, zimna, już za mocna i ogólnie obrzydliwa, dokładnie taka, jaką powinna strzelić, żeby brutalnie przywrócić sobie jasność umysłu.

Wzdrygnęła się, ale dzielnie przełknęła pół kubka.

– Co ty robisz? – zapytał podejrzliwie stojący w drzwiach kuchni Cybulski.

– Otrzeźwiam się. Chcesz? – Wyciągnęła kubek w jego stronę.

Sebula aż zasłonił się ręką.

– Nie chcę.

Minę miał taką, że Pawłowska poczuła się zmuszona do wyjaśnień.

– Sorry za reakcję, to szok. Ostatnio w okolicy co rusz ktoś pada trupem, wiesz, od byłej Janka się zaczęło, a potem ten sąsiad Iwony…

– Iwony?

– Znasz Iwonę, przyjaciółka Celki. Ale to teraz nieważne, Izabela została zamordowana? Sebuś, tak mi przykro! Jak ty się trzymasz?

– Fatalnie! Fatalnie!

Przestał się czaić w drzwiach, wszedł do kuchni i padł na jedno z dwóch krzeseł, które miała Matylda. Na poły zawisł na nim, wsparty jednym ramieniem na oparciu. Problem miał tylko z nogami, bo taka poza wymagała dramatycznego spływania kończyn na podłogę, a ze względu na rozmiar kuchni i ustawienie mebli było to niewykonalne – musiał ugiąć nogi w kolanach, a stopy schować pod krzesło.

– Kiedy się dowiedziałem… To było wstrząsające – oznajmił.

Wewnętrzny głos Matyldy, który brzmiał niczym Celina i Iwona razem wzięte, zaczął wyrażać wątpliwość, czy aby właściwą reakcją wstrząśniętego faceta na śmierć aktualnej dziewczyny jest ślizg na kolanach pod drzwi byłej z pierścionkiem – dosłownie! – w zębach, ale Pawłowska niemal przemocą go w sobie uciszyła. Doskonale znała Cybulskiego i jego Sebulocentryczne podejście do świata. Gdyby Sebastian zareagował inaczej, uznałaby to za podejrzane, nienaturalne i niepokojące.

Rozejrzała się po kuchni. Miała wodę, wino, mogła zrobić świeżej kawy albo nawet zaparzyć jakąś herbatę… ale to by zachęciło Cybulskiego do dłuższej nasiadówy i być może, odpukać, do powrotu do radzenia sobie z traumą przez oświadczyny… A ona naprawdę miała plany i myśl o zrezygnowaniu z nich, żeby pocieszać byłego po śmierci swojej następczyni… Nie, jakieś resztki godności i egoizmu należało zachować!

– Bardzo mi przykro – powiedziała w końcu. – Policja szuka sprawcy?

– Szuka! – Sebula poderwał się gwałtownie z krzesła i wzniósł pięści do nieba, po czym znowu opadł na siedzisko. Mebel wydał z siebie lekkie stęknięcie. – Mati, oni myślą, że ja ją zabiłem! Rozumiesz? Ja!

Wewnętrzna Celina podszepnęła Matyldzie, że skoro w Sebulocentrycznym świecie Cybulskiego jedyną osobą, na którą mógłby czyhać morderca, był właśnie on, to zgodnie z zasadami logiki – jedynym głównym podejrzanym też powinien być on sam!

– Ty byś nikogo nie zamordował… – wyrwało się Pawłowskiej.

– To samo im mówiłem!

– …przecież byś się zmęczył.

– Co?

Zaperzył się, jakby mordercze predyspozycje były zaszczytem, którego bezczelnie mu odmówiła. Matylda zwalczyła chęć poklepania go pocieszająco po ramieniu.

– Mordowanie ludzi to jest skomplikowana i ciężka robota – powiedziała. – W sensie, tak sobie to wyobrażam, hipotetycznie. Trzeba dużo rzeczy ogarnąć, wysilić się i jeszcze kogoś faktycznie ubić... Tak to teoretycznie bym ujęła. To nie jest na twoją wrażliwość, Sebuś, ty jesteś artystą.

– No tak – zgodził się najwyraźniej nieco ugłaskany Cybulski. – Jestem artystą i to nie na moją wrażliwość!

– Właśnie.

– To teraz musisz to powiedzieć policji.

– Co?

– Policji! Oni mnie podejrzewają, rozumiesz, w ogóle zero uważności na to, co mi ta sytuacja robi.

– Ale to spoko, mówisz im, gdzie byłeś, co robiłeś, masz alibi i się odczepiają.

– Tak! To też im musisz powiedzieć!

Matyldzie po raz kolejny tego wieczoru zgrzytnęła rzeczywistość. Wzięła jeszcze jeden łyk ohydnej kawy, żeby się trochę otrzeźwić i ogarnąć myśli.

– Co mam im powiedzieć? – zapytała ostrożnie.

– Że byłem z tobą!

– Sebastian… – zaczęła łagodnie Pawłowska. – Nie byłeś. Ostatnio cię widziałam tydzień temu, z Izabelą u boku.

– Szczegóły! Nieistotne w ogóle wobec tego, że jej nie zabiłem, ale policja się czepia, Mati, jak oni się czepiają… Gdzie pan był, z kim pan był, kto może to potwierdzić, może ktoś pana widział… Maluczcy, wegetujący z zegarkami w rękach, wierzący, że każdy powinien się rozliczać z każdej godziny, ba, minuty dnia! Ja taki nie jestem, Mati, przecież wiesz. Muszę być wolny, nieskrępowany, nie mogę tak żyć!

– Zaryzykuję stwierdzenie, że policja nie każe ci tak żyć, tylko chciałaby cię wykluczyć z grona podejrzanych – podsunęła Pawłowska. – Rozumiesz, mówisz im wszystko i masz temat z głowy.

– Nie mam! Nie wiem, co akurat robiłem, jak Iza zginęła. Może chodziłem po mieście, wiesz, że lubię chłonąć, może akurat malowałem albo szukałem materiałów do nowego projektu, tego o przemijaniu i degeneracji egzystencji. Nie pilnowałem czasu, a tym ludziom to się w ogóle w głowie nie mieści.

Matylda współczująco pokiwała głową. Akurat ten problem rozumiała doskonale. Sama najchętniej żyłaby własnym rytmem, ale się nie dało – rozmaite zlecenia wymagały pojawiania się w określonym miejscu o określonym czasie, rozmaite terminy wymagały dotrzymania, no i na dodatek przyjaźniła się z najbardziej zorganizowaną osobą świata, Celiną Nowacką. Na samym początku znajomości ścierały się niesamowicie na tle punktualności i porządku właśnie, tak bardzo, że mogło się to skończyć albo wojną totalną, albo przyjaźnią na całe życie. W końcu Celka trochę wyluzowała, Mati za to przyjęła do wiadomości, że pewien poziom zorganizowania ułatwia życie w społeczeństwie.

Sebula ignorował ten koncept zawsze, gdy tylko mógł sobie na to pozwolić albo zrzucić rolę asystentki życia codziennego na aktualną partnerkę. Pawłowska nie dawała się w to wrabiać od piątego roku znajomości, co wówczas przyczyniło się do kolejnego rozstania. Potem się zeszli, oczywiście, a Cybulski opornie zaakceptował fakt, że przy Matyldzie musi samodzielnie zarządzać swoim życiem. I nawet sprawnie to robił, ale tylko, póki musiał. Jeśli znalazła się laska pełna podziwu dla jego artystycznej duszy i chęci zadbania o bardziej przyziemne elementy egzystencji – Sebastian w kwadrans ewoluował w bezradnego twórcę wymagającego wsparcia.

– Musisz się po prostu skupić i wszystko sobie poprzypominać. Może rozpisz na kartce, to pomaga.

– Nie, Mati, nie. To bez sensu, prozaiczny wysiłek sprowadzający cały dzień do powtarzalnych czynności. Próbowałem sobie przypomnieć, kto mnie widział, z kim się spotykałem i myślałem, myślałem o Dzikim, ale on się nie nadaje na świadka, myślałem o Turlaku, ale ostatnio się spięliśmy, myślałem o Alicji, ale ona wiesz, przyjaźniła się z Izą i trochę było między nimi średnio, z Zuzą się ostatnio nie widywałem, Ewelina przestała mi odpisywać na SMS-y, Elka ma lekką urazę, ale to był jej pomysł, żeby odwoływać ślub, mnie nie przeszkadzało, że ona się chajta, Baśka jest strasznie czepliwa i po jednym telefonie pół roku by mnie napastowała…

– Nie kojarzę połowy tych osób – wtrąciła Matylda.

– …dobra, nieważne. To skrócę. Wszyscy wokół są beznadziejni i nikt z nich nie nadaje się do potwierdzenia mojego alibi. Poczułem, że jestem w potrzasku, Mati, w klatce, jak dzikie zwierzę osaczone przez łowców w policyjnych mundurach. I wtedy mnie właśnie olśniło, wiesz, ten nagły przebłysk geniuszu, ta myśl ratująca życie: przecież zawsze jesteś jeszcze ty! – zakończył Sebula, z emfazą wskazując obiema dłońmi przed siebie, jakby stojąca tam Matylda Pawłowska mogła w ogóle pomyśleć, że chodzi o kogokolwiek innego.

Bez wątpienia cała ta skomplikowana, pełna patosu, miejscami histerii, a przede wszystkim niesamowicie uwłaczająca wyliczanka Sebastiana Cybulskiego miała ją przekonać, że…

– Czekaj, ty myślisz, że ja ci teraz zapewnię alibi? – upewniła się.

– Słuchaj, ja wszystko już sobie przemyślałem…

– To owszem, zauważyłam…

– …schodzimy się i rozchodzimy, każdy uwierzy, że byliśmy razem, musisz tylko to potwierdzić glinom… Nie powinni się czepiać…

– Nie.

– …a nawet jeśli, to zawsze przecież możemy wziąć ślub, nie tak na poważnie, wiadomix, ale żona nie może zeznawać przeciw mężowi, w filmach zawsze tak jest, więc nic z ciebie nie wyciągną!

Pawłowska zaniemówiła. Nie potrafiła określić, co spowodowało większe zamieszanie w jej wnętrzu – Sebulowa wyliczanka z nią na ostatnim, OSTATNIM miejscu, absolutne przekonanie jej byłego, że ona już, zaraz bez wahania rzuci się kłamać dla niego policji, czy to, że ten idiota nawet z tego powodu rzucił się oświadczać! Do tego jeszcze laska Sebastiana została zamordowana, a on nie miał alibi i planował składać fałszywe zeznania… Do czegoś takiego zimna kawa jej nie wystarczała, ba, nawet kubek pełen wina to byłoby za mało.

Komórka Matyldy piknęła SMS-em. Wyciągnęła telefon z kieszeni i zerknęła na wyświetlacz. Areczek… Cholera, wyleciało jej zupełnie z głowy, że ma plany… Musiała czym prędzej spławić Sebastiana i zacząć szykować się na wieczór…

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – oburzył się Sebula.

– Słucham, słucham – zgodziła się Pawłowska, pochłonięta treścią wiadomości. Musiała ją przeczytać trzy razy, żeby zrozumieć. Areczek odwoływał nie tylko aktualne spotkanie, ale i wszystkie kolejne, powołując się na konflikt interesów i… etyki zawodowej? Co Matylda miała do jego etyki, była artystką, a on technikiem kryminalistyki!

Podniosła gwałtownie głowę znad telefonu i spojrzała na Cybulskiego strasznym wzrokiem.

– Sebuś, czy ty mnie już na policji wskazałeś jako to twoje święte, nienaruszalne alibi? – spytała podejrzliwie.

Sebula nie miał nawet na tyle rozsądku, żeby wyglądać na speszonego.

– No oczywiście – potwierdził, a przekonanie, że Matylda zaraz rzuci wszystko, przyjmie oświadczyny, nakłamie policji, a potem niebo i ziemię poruszy, byle tylko wszystko ułożyło się po Sebulkowej myśli, wręcz z niego promieniowało.

I w ten oto sposób pikantne i zajmujące wieczorne plany Matyldy Pawłowskiej poszły się… paść.

Rozdział 1

Wyrzucenie Sebastiana za drzwi okazało się zaskakująco trudne. Próbował jednocześnie tłumaczyć szczegóły fałszywego alibi, powtórzyć oświadczyny i skorzystać z okazji, żeby umówić się na seks.

Matylda zdecydowanie odrzuciła dwie ostatnie propozycje, a w kwestii alibi ograniczała się do niezobowiązujących półsłówek – zdecydowana odmowa mogłaby uniemożliwić jej pozbycie się towarzystwa Cybulskiego. Co prawda na wieczór z Areczkiem nie miała już co liczyć, ale potrzebowała czasu dla siebie, żeby rozplątać przerażający kłąb uczuć i faktów, który zrzucił na nią Sebula.

Poszedł sobie wreszcie, odwracając się do niej na schodach, by machać i posyłać buziaczki. Pawłowska cierpliwie stała na piętrze i odmachiwała, póki zgrzyt drzwi klatki schodowej nie zasygnalizował, że Sebastian ostatecznie zniknął.

Zanim Matylda zdążyła wrócić do siebie, uchyliły się drzwi sąsiadów i wyjrzała przez nie kobieta w wieku okołoemerytalnym, szczupła, krótko obcięta, w straszliwie puchatym swetrze, który zostawiał różowe kłaczki na jej czarnej spódnicy. Sweter był cudny i Mati już, już miała zapytać, gdzie można taką odzież zakupić, ale sąsiadka ją uprzedziła.

– Jak tu mieszkała pani Kowalczyk, to był spokój – powiedziała potępiająco.

– Musiało być pani strasznie nudno – westchnęła ze współczuciem Pawłowska. – Ale przykro mi, takie atrakcje to jednorazowo, dalej będzie nudno i spokój.

Sąsiadka miała wyraz twarzy kogoś, kto nie tylko wie swoje, ale jeszcze do tego wie lepiej.

– Policja pani szukała – poinformowała, nie kryjąc satysfakcji. – Aż dwóch.

Jeśli oczekiwała ze strony Matyldy dramatycznej reakcji, to pewnie się rozczarowała. Pawłowska w ogóle nie była zaskoczona; po tym, co glinom główny podejrzany Sebulek nagadał, to jak nic popędzili raz dwa zweryfikować jego alibi.

– Zaoferowałam, że przekażę pani wiadomość, ale nie chcieli – dodała sąsiadka. – Dwóch ich było, jeden taki czarrrrrny… – wymruczała tęsknie pod nosem.

Na to już Pawłowska zareagowała: pełnym rezygnacji zdziwieniem. Ilu mogło być we Wrocławiu monochromatycznych policjantów budzących w kobietach zwierzęce pomruki? Już wcześniej uznała, że ma temat do przegadania z przyjaciółkami, a po rewelacjach od sąsiadki konsultacje okazały się pilne.

– Dziękuję za informację, do widzenia. – Uśmiechnęła się do sąsiadki promiennie i zanim tamta zdążyła coś odpowiedzieć, Matylda już była w swoim mieszkaniu i przekręcała zamek w drzwiach.

Oparła się plecami o ścianę w przedpokoju i wyciąg­nęła z kieszeni telefon. Przez chwilę rozważała: Celina czy Iwona? Iwona czy Celina? Z Celką przyjaźniła się dłużej, ale Iwona miała świeższe doświadczenia z policją, poza tym nie antagonizowała gliniarzy… Celina za to była lepsza w rozkładaniu wszystkiego na czynniki pierwsze…

Matylda uznała w końcu, że nie ma siły na wybory i zda się na wolę nieba. Otworzyła wspólny czat, który założyły sobie po aferze z sąsiadem Iwony.

„Sebula jest podejrzany o morderstwo swojej laski. Był u mnie, żeby się oświadczyć i żebym mu dała alibi. Policja mnie szukała. Sąsiadka mówi, że taki czarny przystojny glina o mnie pytał”.

Wcisnęła „wyślij”. Nie zdążyła jeszcze opuścić ręki, kiedy komórka się rozdzwoniła.

– Co ty sobie w ogóle wyobrażasz! – ryknęła jej w ucho Iwona Borkowska. – Takie rzeczy pisać tak bez uprzedzenia, przecież ja na zawał zejdę!

– Chciałam do was obu jednocześnie…

Przerwało jej nachalne pikanie komórki, najwyraźniej na czat przychodziły jedna po drugiej wiadomości od Celiny.

– Tak się nie da rozmawiać! – zirytowała się Iwona. – TADEUSZ! Zadzwoń do Celki i powiedz jej, że ja teraz z Matyldą gadam! Niech się do niej nie dobija!

Odpowiedzi męża Iwony Pawłowska nie dosłyszała, może stał dalej od żony, a może Mati ogłuchła od wrzas­ku, który trafił ją boleśnie prosto w bębenek.

– Weź nie krzycz, to mi źle robi na ciało i nerwy – poprosiła.

– Na pewno! Przecież ty musisz być roztrzęsiona! – przejęła się Iwona. – Nic się nie martw, wszystko ogarniemy, mamy już doświadczenie… TAK, POWIEDZ CELINIE, ŻE OGARNIAM!

Matylda odsunęła słuchawkę od ucha i umknęła jej część wypowiedzi.

– …i pakuj się w ogóle, czy ty się już pakujesz? – zapytała natarczywie Borkowska.

– Nie, po co?

– Jak to po co? Morderca zna twój adres! Matylda, to jest poważna sprawa, gość cię nachodzi w domu, sama mieszkasz, to nie są warunki na taką sytuację!

– Jaki morderca, to Sebula…

– Sebula, który nie ma alibi, a potrzebuje go tak bardzo, że cię namawia do kłamstwa! Nie dyskutuj ze mną, tylko się pakuj…

– I gdzie niby się będę przed nim ukrywać?

– Jak to gdzie, u mnie! On tu nigdy nie był, przyszłoby mu w ogóle do głowy, że możesz być u mnie?

– Nie, ale…

– Żadne „ale”, miejscówka idealna. Drzwi zamykaj na zamek, nikogo nie wpuszczaj i pakuj się!

– Ale ja pracę mam, warsztaty…

– Bierz wszystko, zmieści się. TADEUSZ! OPRÓŻNIAJ BAGAŻNIK, JEDZIEMY PO MATYLDĘ! Mati, nikomu nie otwieraj drzwi, przyjedziemy po ciebie! Celką się nie przejmuj, zadzwonię do niej po drodze!

*

Sąsiadka Matyldy tego dnia na pewno nie mogła narzekać na nudę – najpierw policjanci, potem ekspresyjny Sebula, a na koniec Iwona kręcąca głową na boki niczym ochroniarz z nerwicą i towarzyszący jej Tadeusz, który z racji pokaźnego wzrostu, umięśnienia i aparycji lekko ucywilizowanego wikinga budził respekt samą obecnością.

Borkowska, mimo prezentowanej nerwowości, wyglądała jak zwykle nienagannie – miała idealnie skrojony szary płaszcz, kozaki na obcasach, którymi można było zabić kogoś albo siebie, a bujne blond włosy upięte tak solidnie, że nawet gwałtowne ruchy głową nie zaszkodziły fryzurze.

Tadeusz najwyraźniej korzystał z tych samych kosmetyków utrwalających, bo jego nieco przydługa, jasna czupryna była wręcz idealnie niestarannie zmierzwiona i pozostała taka nawet po tym, gdy zaaferowana poganianiem Matyldy i przyspieszaniem pakowania Iwona przyłożyła mu niechcący w głowę poduszką.

We troje zdołali za jednym razem wynieść walizkę, sztalugi, płótna, plecak z laptopem, jedną ogromną torbę z Ikei pełną farb, kredek i flamastrów oraz dwie kolejne pełne patyczków i kłębków sznura. Wszystko na szczęście zmieściło się w pojemnym bagażniku auta Tadeusza.

– Po co ci tyle sznurków? – zapytała nieufnie Iwona, której tego typu rzeczy kojarzyły się tylko z potencjalną zbrodnią.

– Prowadzę warsztaty makramy, to jest teraz hit na socjalach.

– Socjalach?

– W social mediach. Wszyscy chcą kręcić filmiki, jak to robią, jak wieszają, szał wizualny. Trzy grupy prowadzę i jeszcze mam jednorazówki, dla takich minimalnie zaangażowanych, wiesz, zrobią jeden liść ze sznurka i lecą filmować coś następnego.

– Mógłbym zrobić makramę. Znam węzły – wtrącił siedzący za kierownicą Tadeusz. – A teraz mamy dużo miejsca na ścianach…

Jeszcze kilka miesięcy wcześniej w domu Borkowskich gołych ścian było jak na lekarstwo – niemal na każdej wisiały rogi, głowy i popiersia nieszczęsnych upolowanych zwierząt. Iwona całymi latami zgrzytała zębami, ale godziła się z tym wystrojem wnętrz, przekonana, że to cenna i sentymentalna pamiątka po nieżyjącym teściu. Dopiero dłuższa wizyta ciotki Tadeusza i rzekome morderstwo w sąsiednim ogródku zapoczątkowały ciąg zdarzeń, który zakończyła efektowna i podobno kosztowna eksmisja trofeów.

Iwona uparcie odmawiała odpowiedzi na pytanie, co się właściwie z martwymi zwierzątkami stało: oddali je, sprzedali, zutylizowali? Upierała się, że to nieistotne wobec faktu, że wypchany bażant już nie gapił się na korzystających z toalety – i w sumie miała rację.

– Zapisz się do Mati na zajęcia i zobaczymy – zgodziła się łaskawie Iwona. – Zawsze możemy w garażu powiesić…

– Ranisz moje uczucia – oznajmił jej mąż z godnością.

– Jasno i wyraźnie określam moje granice – odparowała natychmiast zaczepnie Iwona.

Pawłowska przesunęła się do skraj tylnej kanapy.

– U was wszystko okej? – spytała. Wysunęła głowę między przednimi siedzeniami i zerkała to na Iwonę, to na Tadeusza.

– Absolutnie okej – potwierdziła Borkowska. – Terapia małżeńska działa. Komunikujemy się otwarcie i bez przemocy.

– Słuchamy aktywnie – dodał jej mąż.

– Mam dziwne poczucie, że powinnam wbić Celce na chatę…

– Wykluczone, Sebula wie, gdzie Celina mieszka, i jeśli nie znajdzie cię w mieszkaniu, to najpierw zacznie szukać u niej. Uprzedziłam ją, że powinna się zabunkrować u Jana, na wszelki wypadek. Twój były chyba nie wie, gdzie on mieszka?

– Nawet gdyby, to tam nie pojedzie. Boi się, że Janek go zamorduje.

– To paranoik? – zainteresował się Tadeusz. – Bo Janek to spoko gość jest, a poza tym z tego, co Iwonka mówiła, to gość raczej narzeczone morduje, nie Sebiksów…

– Plotkujesz z mężem o Janie? – zdziwiła się Pawłowska.

W zasadzie sytuacja Nowackiej i Zbendy nie była tajemnicą, pół miasta wiedziało o podejrzeniach policji, ale do tej pory roztrząsały tę sytuację we trzy.

– Terapeutka nawijała o szczerości i otwartej komunikacji i się złamałam – przyznała Iwona. – Tylko na chwilę i wszystkiego nie wychlapałam, spoko, plus kazałam jej zatkać uszy, więc tylko Tadeusz słuchał.

– Nie powiedziałaś mi wszystkiego? – oburzył się Borkowski. – No wiesz! To nie jest otwarta komunikacja!

– I co, na następnej sesji naskarżysz pani Lucynie? Powiedziałam ci wystarczająco dużo. Ja cię nie wypytuję, o czym nawijasz z kumplami.

– Bo cię to nie interesuje! A poza tym to o rajdach rozmawiamy!

– A my o morderstwach i podejrzanych, w małżeństwie trzeba mieć jakieś indywidualne hobby! Granice, pysiu, granice!

– A, jak tak, to okej – uspokoił się natychmiast Tadeusz. – Trzeba było tak od razu.

Oboje zachowywali się, jakby wcześniej nie doszło do żadnego zgrzytu, i Matylda uznała za stosowne subtelnie wycofać się na tylne siedzenie i zająć się obserwowaniem Wrocławia przez okno, póki miała okazję. Z dzielnicy Psie Pole na Ołtaszyn, gdzie mieszkali Borkowscy, najszybciej było dojechać obwodnicą autostradową, więc szybko widok na miasto ustąpił miejsca ekranom dźwiękoszczelnym i polom.

– Celka coś nie pisze – zauważyła Pawłowska, spoglądając na telefon.

– Mówiłam, że ją ogarnę – przypomniała Borkowska. – Pewnie już jest pod naszym domem.

Ich komórki piknęły jednocześnie, gdy nadeszła wiadomość.

– Jeszcze nie, pyta, czy ma po drodze wino kupować…

– Nie! – spanikowała Iwona. – Jest środek tygodnia, może najwyżej po jednym drinku… O! Tadeusz nam zrobi seksy!

Borkowski entuzjastycznie pokiwał głową.

– Jakie seksy? – spytała podejrzliwie Matylda, co prawda otwarta na nowe doświadczenia, ale niekoniecznie z mężem przyjaciółki.

– Takie na plaży – doprecyzowała Iwona. – Jak siedział w domu ze złamaną nogą, to z nudów rzeźbił klatę i oglądał te wszystkie kanały lajfstajlowe. Wiesz, gotowanie, miksowanie, wnętrza. I tam była seria o drinkach, więc Tadzio ma teraz mistrza, jak zamiesza, to się rozpływasz!

– Celina pisze, że jak seksy od Tadeusza, to ona sobie życzy z palemką.

– Mam palemki – oznajmił ucieszony Borkowski. – Dwa rodzaje!

Jesteś jeszcze ty

Copyright © Milena Wójtowicz 2026

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026

Redaktorka prowadząca – Kasia Kotynia

Redakcja – Piotr Chojnacki

Korekta – Kornelia Dąbrowska, Magdalena Świerczek-Gryboś

Skład i łamanie – Kasia Kotynia

Przygotowanie e-booka – Julia Dominika Rombel

Okładka – Agata Wawryniuk

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2026

ISBN epub: 9788383303291

ISBN mobi: 9788383303284

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia, Edyta Gara

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska

Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Martyna Całusińska, Ola Doligalska, Magdalena Ignaciuk-Rakowska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga

E-commercei IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz

Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec

Finanse: Karolina Żak

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl

Spis treści

Okładka

Spis treści

Strony tytułowe

Prolog

Rozdział 1

Strona redakcyjna

Reklamy

Punkty orientacyjne