Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
18 osób interesuje się tą książką
Rodzina potrafi obudzić prawdziwego potwora.
Istnieje tylko jedna rzecz, która może przerazić Sabinę Piechotę. Jej ojciec śpiewający szlagiery. Albo choćby otwierający usta.
Tak się składa, że rodzice strzygi to artyści estradowi i zdecydowali się przybyć do Brzegu, by zagrać koncert specjalnie dla swojej córki. Sabina szykuje już więc ochraniacze uszu… W ramach behape, oczywiście!
Sytuacji nie poprawia nawet najmilszy głos inspektora Majewskiego, rozbrzmiewający w jej biurze za sprawą toczącej się kontroli ze skarbówki. Dużo jak na jedną krwiożerczą Sabinę, nawet wyterapeutyzowaną i na diecie słodyczowej, posiadającą emocjonalno-biznesowe wsparcie pod postacią inkuba coacha i babki borowej.
Rodzice Sabiny na jej nieszczęście są jednak dość popularni. Nic dziwnego, że tuż przed koncertem robi się w okolicy tłoczno – młode wilkołaki rzucają się na półki sklepowe po pierniczki, wysuszone na kość wampiry czują głód przygody, a witające gości staruszki wyciągają z torebek nabijane ćwiekami bejsbole…
Będzie bardzo rodzinnie, co na ogół nie zapowiada niczego dobrego, a w przypadku nienormatywnych grozi tylko lokalną apokalipsą.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 316
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Płyt DVD było trzydzieści sześć, wszystkie w wielkim pudle, które, jak Ludmiła Marciniak była skłonna przyznać, nawet całkiem, całkiem się prezentowało. Można by je na upartego wstawić gdzieś na półkę i nawet nie rzucałoby się w oczy, pytanie tylko – po co?
– Wiesz, że Sabinka miała dobre intencje – przypomniała subtelnie Marysia Strzelecka.
Ludka na chwilę zaprzestała wpatrywania się w prezent od Piechotówny – doprawdy, co ta mała w ogóle wymyśliła, po cóż, na wszelkich Van Helsingów tego świata, Marciniakowej były wszystkie sezony Xeny? – i zerknęła na swoją partnerkę biznesową i życiową. Słusznie podejrzewała, że Maria chichocze pod nosem.
– To co, będziesz ze mną oglądać? – zaproponowała przebiegle.
– Och nie. Nie gustuję w takiej estetyce. Ale jeśli nie chcesz sama, to zawsze możesz Sabinkę poprosić. Tylko ona notatki w trakcie robi i dużo komentuje, oglądałam z nią serial o takiej dziewczynce z warkoczykami… – Marysia lekko się wzdrygnęła, aż zagrzechotały bransoletki na jej nadgarstkach. – Bardzo dużo się dowiedziałam o zasadach bezpieczeństwa w szkole i w opiece nad dziećmi. Te biedne, małe, amerykańskie wiedźmiątka cud, że wyżyły… Tam już nawet tego Hajda nie było trzeba, szkoła by je sama wykończyła… To nie, może z Sabinką tego nie oglądaj, bo potem już ci się perspektywa permanentnie wypaczy… – uznała. – Z Piotrkiem obejrzyj! Takie sympatyczne, niezobowiązujące zajęcie, w sam raz, żeby się zintegrować.
Ludmiła wydała z siebie dyplomatyczne chrząknięcie. Kiedyś podczas wizyty u swojej bratowej Irenki przejrzała coś szumnie zwanego prasą kobiecą i wyczytała tam między innymi, że związki osób dojrzałych są łatwiejsze. Partnerzy mają większe doświadczenie życiowe, wiedzą, czego chcą, a dzieci, już odchowane, zajmują się swoimi sprawami. Teraz mogła już stwierdzić z całą pewnością, że to kłamstwa i bzdury były, podstępnie zapakowane w zgrabne zdania i urocze zdjęcia białowłosych starszych państwa.
Po pierwsze i najbardziej oczywiste, nikt tu nie siwiał na biało. Ludce włosy jakoś tak wyblakły, na nijaki szpakowaty kolor, a loki Marysi wciąż lśniły niczym złocista aureola za każdym razem, gdy witała słońce.
Po drugie, doświadczenia życiowe obie miały liczne, obfite i troszkę sprzeczne. Strzelecka była szamanką pierwszej klasy, ekolożką, a także instruktorką jogi i technik relaksacyjnych. A Ludmiła… cóż, Ludmiła przed przejściem na emeryturę pracowała w szkolnym sekretariacie, a po godzinach polowała na potwory.
Tak po prawdzie drugi zawód porzuciła już dawno temu. Na dobre wtedy, gdy poznała Reginę Piechotę, babkę Sabiny. A wcześniej też tak niespecjalnie się w niego angażowała. Bardziej szanowała tradycję rodzinną, niż ją aktywnie kontynuowała, i jeśli cioteczny wuj Antoni, który na łożu śmierci przekazał jej buławę Martinusów, miał z tym jakiś problem, to zawsze mógł wstać z trumny i zgłosić pretensje.
Ach, nie mógł, wszak go skremowali. A to pech.
Po trzecie, był jeszcze Piotr, syn Marysi. Dorosły, odchowany, samodzielny, nienormatywny. Niepoprawnie politycznie mówiąc: potwór.
Tak samo zresztą jak występująca z nim w komplecie cholerna Sabinka. Regina była dla Ludmiły… kimś. Może pierwszym potworem z tak bardzo ludzką twarzą, może przyjaciółką, może niespełnioną pierwszą miłością. Ludka sama nie wiedziała i szczerze przed sobą przyznawała, że nie zamierza się nad tym zbytnio zastanawiać. Po co? Regina od lat leżała na cmentarzu, w trumnie owiniętej zaspawanymi łańcuchami, po śmierci tak bardzo nieludzka, że bardziej się nie da. A Marciniakowa żyła dalej i nawet była szczęśliwa. Odrobinę. Trochę. Bardzo.
– Piotr i Sabina mają na razie dość na głowie przez tę kontrolę ze skarbówki – stwierdziła dyplomatycznie, uśmiechając się do swojej partnerki.
– No tak – westchnęła Marysia. – Do nas pewnie też w końcu przyjdą…
Na samą myśl o tym Marciniakowa zgrzytnęła zębami. Nie znosiła kontroli, żadnych. Z wieloma miała do czynienia przez całe swoje życie, zarówno przed emeryturą, kiedy jeszcze pracowała w szkole, jak i teraz, gdy miała własny biznes. Kuratorium, Sanepid, skarbówka – wszyscy tak samo działali jej na nerwy.
– Spokojnie, Zosia wszystko prowadzi tip-top – pocieszyła ją zupełnie niepotrzebnie Marysia. – Żadnych nieścisłości nie znajdą.
A gdyby znaleźli, to nie mieliby głowy do nakładania jakichkolwiek kar, bo wkurzony duch księgowej prześladowałby ich dniami i nocami, dopowiedziała sobie Ludmiła.
– Poza tym zdaje się, że u Piotrusia i Sabinki wszystko jak na razie dobrze się układa.
Marciniakowa ugryzła się w język, żeby nie powiedzieć czegoś niewłaściwego, na przykład, że musi im się układać całkiem dobrze, skoro jeszcze wszyscy żyją. Jakoś łatwiej jej było unikać mówienia rzeczy niepoprawnych politycznie, kiedy jeszcze całe to nienormatywne towarzystwo trzymało się z dala. Piechotówna wpadała do nich tylko służbowo, Piotrek czwartkowe kolacje jadał tylko z matką, a Ludka nie musiała odnajdywać się w roli, tfu, tfu, macochy.
Macochy dorosłego, coachingującego półinkuba.
Zdecydowanie kiedyś życie było prostsze, nawet wtedy, gdy dostała w spadku obowiązek polowania na potwory.
– O! Jak już się te kontrole pokończą, to możemy zrobić sobie wieczór filmowy – ucieszyła się Strzelecka. – I wtedy zaprosimy Piotrusia i Sabinkę. Upiekę ciasto i zrobię kanapki. Może nawet Zosia się zmaterializuje, wiesz, że ona po śmierci dopiero odkryła seriale, Xeny chyba jeszcze nie oglądała. A w większym towarzystwie to Sabinka może się będzie trochę stopować…
To był absolutnie straszliwy i przerażający pomysł, ale Ludmiła spojrzała w radosną twarz Marysi, na jej pełne czułości oczy i wciąż jeszcze złote włosy, opadające falami na barwną chustę otulającą ramiona i po prostu musiała się zgodzić.
Była pewna, że tego pożałuje, ale kto powiedział, że na starość nie można robić głupich rzeczy z miłości.
*
Kontrola ze skarbówki była dla Żanety Wawrzyniec zdarzeniem niezwykle stresującym, chociaż może nie z powodów oczywistych. Piotr Strzelecki, połowa duetu tworzącego PS Professional Business Consulting, jeszcze wczesną wiosną, kiedy przyszły pierwsze zawiadomienia, wziął praktykantkę na stronę i bardzo stanowczo oraz bez ogródek wyjaśnił jej, że w przypadku kontroli skarbowej, a zwłaszcza kontroli skarbowej przeprowadzanej przez inspektora Jacka Majewskiego, obowiązuje jedna, podstawowa zasada: pilnować, żeby obsesja Sabiny nie wymknęła się spod kontroli.
Żaneta początkowo myślała, że Piotr sobie żartuje. Piechota, druga połowa duetu behapowsko-coachingowego, owszem, była stabilna inaczej, ale żeby od razu walić z grubej rury takimi brzydkimi słowami jak „stalking”, „fetyszyzm foniczny”, „kajdanki i kaloryfer”? To się Żanie w głowie nie mieściło, przynajmniej do dnia, kiedy zastała rano w biurze ekipę z firmy ochroniarskiej montującą podsłuchy, żeby strzyga mogła sobie nagrać każde westchnienie i chrząknięcie inspektora nad fakturami.
Potem było tylko lepiej, a właściwie to gorzej. PS Professional Business Consulting zajmowało trzy pomieszczenia: poczekalnio-recepcję, gdzie stało biurko Żanety, stolik oraz fotele dla czekających petentów, z której wchodziło się do dwóch pokoi: kojąco szaro-turkusowego gabinetu coachingu i psychoterapii Piotra Strzeleckiego oraz nadmiernie uporządkowanego, biało-czarno-czerwonego biura BHP Sabiny Piechoty. Piotr już dawno wygłuszył swoje biuro ze względu na prywatność klientów, Sabina niestety nie i już niebawem do uszu Żanety zaczęły regularnie dobiegać upiorne dźwięki Obsession Army of Lovers, ponoć ulubionego przeboju inspektora, uroczo pasującego do sytuacji, a kwota na fakturach za słodycze uległa podwojeniu. Sabina przesunęła swoje biurko tak, żeby po otwarciu drzwi od biura mieć widok na poczekalnię i fotele przy stoliku – miejsce, które planowali udostępnić inspektorowi na czas kontroli.
– Jeśli będziemy mieli fart, to Sabina będzie tam siedzieć, gapić się na niego i żreć pierniczki – stwierdził wtedy Strzelecki, obserwujący to przemeblowanie z poczekalni. – Jeśli będziemy mieli naprawdę duży fart, to przydarzy się jakiś wypadek przy pracy i ona tam będzie musiała pojechać. Nie żebym komuś źle życzył… Albo może te nowe wampiry się znowu pobiją… nie, odpukać, tfu, tfu, nie mogę im źle życzyć, to nieetyczne…
Wbił smętne i zrezygnowane spojrzenie w pusty fragment ściany tuż nad drzwiami do biura Sabiny, wyraźnie rozdarty między etyką zawodu psychologa a pragnieniem zapewnienia strzydze jakiegoś zajęcia poza biurem na czas kontroli.
– A jeśli będziemy mieli pecha? – zapytała niepewnie Żaneta, przyglądając się, jak Sabina po raz dziesiąty przestawia swoje biurko, tak żeby mieć odpowiedni kąt do obserwacji. Na szczęście mimo dość drobnej postury była najsilniejsza z nich wszystkich, więc całe przemeblowanie odbębniała samodzielnie.
– To będziemy mieli na głowie policję szukającą zaginionego inspektora skarbówki, i ta policja go może nawet w końcu znajdzie, albo w Sabiny mieszkaniu, albo u Ewki w piwnicy, przykutego do kaloryfera i zmuszonego do czytania na głos Dyrektywy Maszynowej albo Rozporządzenia w sprawie ogólnych przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy. No i jeszcze nam się potem na pewno do faktur przyczepią…
Z boku dobiegło ich znaczące chrząknięcie. Pani Zofia, unosząca się w powietrzu przy stoliku zastawionym segregatorami z fakturami z ostatniego roku, gromiła Piotra spojrzeniem spod gniewnie zmarszczonych brwi. Ponieważ pani Zofia była duchem, w sytuacji tkwił aspekt grozy i Żanetę nawet przeszedł dreszcz.
Strzelecki, regularnie przeprowadzający sesje terapeutyczne post mortem, był na takie niuanse całkowicie odporny.
– Pani Zofio, jestem absolutnie pewien, że z księgowego punktu widzenia wszystko nam pani wyprowadziła tip-top, ale zgodzi się pani ze mną, że pewne zakupy Sabiny mogą być uznane za… kontrowersyjne. A przecież nie chcemy, żeby inspektor ją o nie zapytał. W ogóle nie chcemy, żeby inspektor z nią rozmawiał. Najlepiej niech na nią nawet specjalnie nie patrzy, jeszcze się zorientuje, że ona mu regularnie parkuje pod domem i pod miejscem pracy.
– To może być trudne – stwierdziła Żaneta. – Przecież ona po prostu będzie tu cały dzień siedzieć i na niego patrzeć…
– Och nie. – Piotrkowi błysnęło coś w oku. – Majewski to nie jest jedyna obsesja Sabiny, jest jeszcze BHP. Nie zaniedba pracy, nawet jeśli nie będzie żadnych wypadków! Audyty, oceny ryzyka, przeglądy… Żaneto, czy mieliście już na studiach coś o zarządzaniu kryzysem?
– Studiuję ochronę środowiska, tego chyba nie ma w programie – przypomniała praktykantka. – Ale zarządzenie kryzysem w wydaniu środowiskowym to chyba będzie takie „ups, wylało nam się milion ton ropy na młode delfinki, czy uda nam się to sprzedać publice jako nawożenie oceanów”?
– Patrząc w skali makro, to pewnie tak – zgodził się Strzelecki. – Ale my tu mamy skalę mikro, żadnych oceanów, jedna Odra raptem i jedna obsesja do ogarnięcia. Damy radę – podsumował optymistycznie.
I, ku szczeremu zaskoczeniu Żanety, prawie miał rację.
*
Sabina faktycznie była obowiązkowa i najpierw robiła, co do niej należało, a dopiero potem, jeśli inspektor akurat ich nie nawiedził, to odpalała w biurze Obsession, a jeśli był, to rozsiadała się za biurkiem, nieruchomiała i przez uchylone drzwi wpatrywała się w siedzącego przy stoliku w recepcji pracownika skarbówki, od czasu do czasu mrugając trzecią powieką.
Majewski też był obowiązkowy, skoncentrowany na pracy i – zdaniem Żanety – kompletnie ślepy, albo przyzwyczajony do tego, że laski z kontrolowanych firm patrzą na niego jak na pierniczek w czekoladzie. Może zresztą patrzyły; gość, jak na swój wiek, wyglądał całkiem atrakcyjnie, z ciemnymi włosami, niebieskimi oczami oraz mocno zarysowanymi liniami szczęki i nosa. Miał już trochę zmarszczek – widocznych zwłaszcza, gdy się uśmiechał – i włosy zaczynały umykać mu na tył głowy, robiąc miejsce dla czoła. Ale było oczywiste, że mógł mieć mordeczkę jak Gollum z Władcy Pierścieni, a Sabina i tak by go słuchała jak sroka śpiewającego malowanego gnata, pod warunkiem, że przy zmianie powierzchowności zachowałby swój głos.
Strzygi, według wszystkich informacji, jakimi Żanetę przez ostatnie kilka miesięcy zasypywali Piotr, pani Ludmiła i sama Piechota, były stworzeniami bazującymi przede wszystkim na słuchu. Albo im coś brzmiało, albo nie. Jeśli nie, zwykle kończyło się to krwawo i nieprzyjemnie, za to jeśli tak…
Jeśli tak, to dokonywały wątpliwych wyborów muzycznych, pożerały jeszcze więcej słodyczy niż normalnie i spędzały każdą wolną chwilę, wpatrując się w obiekt swojej fonicznej fascynacji, niczym gargulec przybiurkowy.
Najgorzej było, gdy kontroler miał jakieś pytania. Piechota wtedy podrywała się zza biurka i z wręcz nieludzką szybkością pojawiała się obok stolika Majewskiego, gotowa udzielić odpowiedzi. A raczej zadać milion własnych pytań, domagać się doprecyzowania i objaśnienia przez kontrolera każdego niuansu, zanim w końcu odpowie – zwykle monosylabowo, bo zarówno pani Zofia, jak i Piotr nalegali, żeby komunikację ze skarbówką ograniczyć do minimum. W związku z tym odzywał się głównie Majewski, a Sabina pożerała wzrokiem i słuchem wydobywające się z jego ust fale dźwiękowe.
Cała kontrola była z punktu widzenia siedzącej zaledwie półtora metra od tego wszystkiego Żanety Wawrzyniak szalenie niekomfortowa.
Na szczęście Piotr się nie mylił – Sabina miała dość dużo obowiązków wymagających wizyt w obsługiwanych zakładach, musiała więc odrywać się od wrażeń słuchowych i opuszczać biuro. W ten poniedziałek na przykład była u Kokoszki na audycie BHP, co okazało się korzystne potrójnie: Żanecie zdecydowanie spokojniej mijał dzień pracy, na pytania inspektora odpowiadał Piotr, który nie upajał się głosem Majewskiego i nie wymagał zbyt wielu dodatkowych wyjaśnień, więc kontrola szła sprawnie i zbliżała się do kresu w całkiem szybkim tempie, a do tego Kokoszka był klientem solidnym i zawsze regulował faktury przed czasem. Aktualnie Piotr właśnie kończył sesję z klientką, a Majewski zaczął zbierać swoje notatki do teczki.
– Pani Żaneto, na dziś kończę – poinformował uprzejmie, zamykając segregator z fakturami. – Dziękuję za kawę.
Żaneta uśmiechnęła się profesjonalnie i nawet w miarę szczerze. Inspektor był całkiem sympatyczny i sam w sobie niekłopotliwy – na tyle, na ile niekłopotliwy może być ktoś przeprowadzający kontrolę skarbową. Potrzebował tylko faktur, zawsze uprzejmie dziękował, gdy robiła mu kawę, i na razie nic nie wskazywało na to, że zamierzał kogoś oskarżyć o przestępstwa skarbowe albo wlepiać jakieś kary.
– Proszę. Do zobaczenia jutro?
– Oczywiście. Do widzenia. Proszę pożegnać ode mnie panią Piechotę i pana Strzeleckiego. Życzę państwu udanego popołudnia.
Ukłonił jej się na pożegnanie i wyszedł.
Piętnaście minut później z gabinetu Piotra wymaszerowała chuda i blada dziewczyna w długiej sukience, otulona dodatkowo szalem i z ciemnymi okularami na nosie. Żaneta znała tylko jej nazwisko i na więcej nie miała szans, bo Strzelecki był upiornie etyczny i w życiu by nie zdradził informacji o kliencie, ale tak po symptomach to recepcjonistka obstawiała wampirzycę, od krwiopijców ostatnio było w okolicy gęsto… Anemiczna, chowająca się przed słońcem, mało gadatliwa – wszystko pasowało. Jak na stworzenie nocne, dziwną porę sobie wybrała na terapię, ale to już była jej sprawa.
W biurze zostali w końcu tylko we dwoje, praktykantka i psycholog, i to był układ, który jej pasował najbardziej. Strzelecki był sympatyczny i prawie nieinwazyjny, miał swoją robotę, ona miała swoją – i mogli sobie w spokoju zajmować się każde własnymi obowiązkami.
Takie poniedziałki były okej.
Ledwie zdążyła to pomyśleć i zapeszyć, drzwi wejściowe otworzyły się z impetem i stanęła w nich Sabina Piechota, w całej swojej poirytowanej krasie. Czarne włosy miała zmierzwione i dość niestarannie związane na karku, czarne dżinsy nosiły ślady profesjonalnych przetarć, a na biały T-shirt narzuciła grafitowy żakiet. Całą sobą prezentowała monochromatyczny wizerunek niepokoju wewnętrznego. W oczach błyszczało jej coś pomiędzy błyskawicą a pożarem lasu, a w zaciśniętej dłoni mięła jakiś rulon. Żanecie zrobiło się trochę szkoda, że Majewski już wyszedł, może jakby sobie spojrzał na wkurzoną strzygę, to by mu w duszy to Obsession zagrało.
Sabina błysnęła wściekle oczami, oceniła sytuację i zarejestrowała brak inspektora przy stoliku.
– Poszedł?
– Tak, kazał przekazać…
– To dobrze.
Żanecie z zaskoczenia odebrało mowę i zamarła tak w pół słowa, z otwartymi ustami. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby Piechota powitała nieobecność Majewskiego czymś innym niż niezadowoleniem i jeszcze większą konsumpcją słodyczy.
Piotr, zwabiony może niepokojącą ciszą, a może coachingową intuicją, wyjrzał ze swojego gabinetu. Jak zwykle wyglądał niczym uosobienie wsparcia duchowego, z wyrazem troski na twarzy, przyodziany w kojąco błękitny sweter i szare spodnie i roztaczający wokół delikatny aromat lawendy.
– Coś się stało? – zapytał, gdy dostrzegł wyraz twarzy wspólniczki.
– To się stało! – Strzyga złowrogo zamachnęła się rulonem, w dwóch szybkich krokach dopadła biurka praktykantki i rozwinęła na nim papier.
To był plakat zapowiadający koncert z okazji początku lata. Plakat był kolorowy i nadgorliwie ozdobiony nie tylko nazwami zespołów, ale też dość chamsko wfotoszopowanymi podobiznami zespołów i wykonawców.
– Oj – powiedział Piotr.
– Jakie oj? – Żaneta, nierozumiejąca, się dzieje, pochyliła się nad plakatem. Wodziła po nim spojrzeniem, próbując dojść, co tak poirytowało szefową, aż wreszcie…
Z plakatu patrzyła na nią twarz Sabiny Piechoty. Chociaż nie do końca. Gdyby strzyga była piękniejsza, wynioślejsza, bardziej perfekcyjna, odrobinę starsza i wykuta z kamienia, to wtedy by mogła tak wyglądać. Obok sobowtóra Sabiny szczerzył się radośnie gość w typie przebrzmiałego amanta w średnim wieku, opalonego niczym jakiś małomiasteczkowy substytut latynoskiego kochanka. Wielki, kolorowy napis ogłaszał, że oto są „Ziggy & Karina Polish Cover Band”, gwiazda piątkowego koncertu, prosto z Ameryki, i ich hitowy program Serenada dla Sabinki!
– Kto to?
– Moi rodzice – jęknęła Sabina. – Całe miasto jest tym wytapetowane.
Piotr położył jej dłoń na ramieniu.
– Wiedziałaś, że przyjadą – powiedział tonem kojącym.
– Ale nie że będą robić za gwiazdę wieczoru! Godzinny koncert! Z cholerną dedykacją dla mnie! Bisy pewnie będą! Mama na pewno wiedziała, ale nie odezwała się ani słowem, strzyga jedna!
Sabina opadła na fotel zajmowany wcześniej przez Majewskiego i zgięła się wpół, aż położyła czoło na blacie stolika. Strzelecki zasępił się, spoglądając na rozłożony plakat.
– Wyjedziesz z miasta – podsunął. – Zaparkujesz sobie w Gaci, poczekasz…
– Nie mogę wyjechać z miasta i ominąć zagranego specjalnie dla mnie koncertu własnego ojca, który i tak myśli, że go nienawidzę – poinformowała blat stolika Piechota.
– A nienawidzisz go? – zapytała podejrzliwie Żaneta.
– Skąd! Tylko go słuchać nie mogę, nie brzmi mi. Jak by się nie odzywał, to byłby super gość. Chyba. Może. Nie wiem, od urodzenia nie mogę słuchać, jak do mnie mówi, więc go praktycznie nie znam!
Piotr, który miał okazję zetknąć się z Ziggym Piechotą i nawet parę razy go posłuchać, rozsądnie zmilczał. Sabina porzuciła dramatyczne leżenie twarzą na stoliku na rzecz dramatycznego rozwalania się na fotelu.
– Poza tym, jeśli zasmucę tatę, to mama się wkurzy i pewnie mi kogoś zamorduje. Ciebie raczej nie – rzuciła pod adresem Piotra. – Ewci też chyba nie ruszy. Panią Ludmiłę by chętnie rozszarpała, ale się jej trochę boi. Żanetę pewnie dopadnie.
– Dlaczego mnie? – zaprotestowała Wawrzyniec. – Już to przerabialiśmy, że nie życzę sobie być obiektem gróźb i sugestii, one nam serio zasmradzają współpracę.
– Bo to logiczne. – Sabina wzruszyła ramionami. – Nie bierz do siebie, nic osobistego. Piotrek jest dla niej za silny, Ewę tak obłożyłam zabezpieczeniami, że jej nic nie ruszy, plus mama chyba podejrzewa, do czego ona jest zdolna… Ludmiła to łowczyni, niepraktykująca i na emeryturze, ale jednak. A ty jesteś chomikiem: małe, słodkie, niezbyt groźne, a ja trochę czuję z tobą pewną więź emocjonalną. Mama jest dobra w te klocki, morduje tak, żeby bolało. Jak pomyśli. Jak nie, to po prostu morduje.
Praktykantkę zatchnęło z oburzenia.
– Mieliśmy skończyć z tą cholerną metaforą! Żadnych więcej chomików!
– Już tak o tobie nie myślę i widzę cię jako osobę, a nie puchatego gryzonia – zapewniła ją z ręką na sercu Piechota. – Ale moja mama na to tak nie spojrzy i jeśli będzie szukała celu, to pewnie wylądujesz na szczycie listy. Na jej miejscu ja bym tak zrobiła. Gdybym nie była po terapii i ulegała naturalnym instynktom, oczywiście.
Zerwała się z fotela, jednym susem pokonała pół biura i przechyliła się przez biurko Żanety. Odsunęła jedną z szuflad, tę, w której praktykantka trzymała pierniczki na szczególne okazje: na przykład gdyby szefową trzeba było spacyfikować słodyczami. Strzyga rozerwała jedno opakowanie i od razu wepchnęła ciasteczko do ust.
– Może jej Majewski nie będzie brzmiał i za niego się weźmie? – podsunęła wkurzona Żaneta, która nie po to zredefiniowała swoje jestestwo, zyskała pewność siebie i zaczęła odnajdywać się w swojej nienormatywnej sytuacji, żeby znowu robić za ofiarę. – W końcu macie odmienne gusta muzyczne.
Sabina wyprostowała się gwałtownie, przełykając pośpiesznie pierniczka.
– O cholera, ty masz rację. On jej nie zabrzmi! Piotrze! – Odwróciła się i złapała wspólnika za kołnierz swetra, wspinając się na palce, żeby spojrzeć Strzeleckiemu prosto w oczy. – Piotrze! – Niemal przytknęła swój czubek nosa do jego. – Piotrze! Kontrola skarbowa musi się skończyć, zanim moi rodzice tu przyjadą.
– Kontrola skończyłaby się miesiąc temu, gdybyś nie zadawała tylu pytań i nie udawała, że zgubiłaś faktury. Jesteśmy na drugim przedłużeniu terminu! – wypomniał delikatnie psycholog, z lekkim wysiłkiem wyplątując palce strzygi ze swojej odzieży. Szpony jej wylazły i zaciągała nitki wełny.
– Masz rację.
Piechota przestała wczepiać się w jego sweter i gwałtownie odwróciła się na pięcie. Otworzyła drzwi swojego biura z takim impetem, że prawie je wyrwała z zawiasów, i wparowała tam krokiem pełnym determinacji. Wyciągnęła z szafy plastikową skrzynkę i zaczęła do niej ładować segregatory i sprzęt pomiarowy.
– Co robisz? – zapytał Piotr, na wszelki wypadek zatrzymując się w progu. Praktykantka wyglądała mu zza ramienia.
– Wynoszę się z biura – oznajmiła strzyga.
– Wynosisz się z biura? – powtórzyła Żaneta. W głowie jej się to nie mieściło. Sabina miałaby z własnej woli zrezygnować z wysłuchiwania, jak Majewski mówi o vacie, sracie i czymkolwiek… – Czekaj, serio? Sprawa jest na tyle poważna, że się tu przez tydzień nie pokażesz i nie będziesz gościa słuchać?
– Tak – oznajmiła bohatersko Piechota. – Zabiorę sobie co trzeba i popracuję w domu albo u Ewci. Może nawet lepiej u Ewci, ona przypilnuje mojej silnej woli. Albo w terenie! Jakimś dalekim! Pod Kępnem jest zagłębie przemysłu meblarskiego, na pewno mają zapotrzebowanie na nienormatywne BHP. Pozyskam nowych klientów!
– Nie żartujesz z tym, że twoja matka będzie mordować?
– Moja matka jest strzygą tak jakby bardziej, ale okazyjnie – wyjaśniła Sabina.
– Nie czaję.
– Ja jestem po terapii. Przystosowana do życia w społeczeństwie dzięki Piotrusiowi, plus akceptuję się taką, jaka jestem. Moja matka nie miała w swoim życiu Piotrusia ani terapii. Jest full morderczą strzygą, ale od trzydziestu paru lat ukrywa to przed moim ojcem. Udaje człowieka dwadzieścia cztery godziny na dobę i jak już dłużej nie daje rady, to idzie na całego, ale tak, żeby się tata nie dowiedział.
– Dochodzą do głosu tłumione popędy – doprecyzował Piotr.
– Czyli przyjeżdżają do nas miły, naiwny gość, którego Sabina nie może słuchać, i jego żona, seryjna morderczyni? – podsumowała Żaneta. – I jak podpadniemy gościowi, to jego żona się wkurzy i zacznie mordować? I zacznie pewnie ode mnie?
– Tak w skrócie, to tak – zgodziła się strzyga.
– Potrzebuję pięciu minut.
Praktykantka odwróciła się na pięcie i wyszła z biura. Na korytarzu znajdowała się łazienka, wspólna dla wszystkich firm wynajmujących pomieszczenia w tej części budynku. Żaneta zamknęła się w niej od środka, oparła o umywalkę i spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Turkus z włosów już się trochę sprał i teraz były mysio-niebieskie, ale nawet jej się takie podobały.
Jak się na ten odcień pierwszy raz zafarbowała, to Piechota całkiem serio zapytała, czy Żaneta zinternalizowała fakt bycia babką borową i daje temu wyraz przez upodabnianie się do popkulturowej wersji rusałki. Żaneta pokazała jej faka, a potem z trudem powstrzymała się od walnięciem twarzą w biurko, bo do biura wszedł jej drugi szef i zadał jej dokładnie to samo pytanie, tylko tonem o wiele bardziej terapeutyczno-coachingowym. Piechota zachichotała pod nosem, a kiedy Żaneta próbowała zabić ją wzrokiem, tylko wzruszyła ramionami, jakby dając do zrozumienia, że „hej, laska, bez takich, ja tylko cię przygotowywałam na nieuchronność wsparcia psychologicznego, którym zaraz cię z dobrego serca obecny tu Piotruś Strzelecki obdarzy, a jemu faka nie pokażesz, bo nie kopie się szczeniaczków”.
A potem jeszcze, kiedy Wawrzyniak wpadła na konsultacje do zakładu Kokoszki, Łukasz, kierownik produkcji, zapytał ją, czy idzie w Mermaid Chic, bo starsza córka mu w to ostatnio wsiąkła i może Żaneta ma namiary na kogoś, kto by dwunastolatce ogon syrenki uszył, ale taki na wypasie, żeby nie zaczął farbować, jak się go wsadzi do wody… Wtedy Żaneta się poddała. Jak już jej Edzio, zasadniczo miły gość, ale ze skazą w życiorysie – byciem fanem numer jeden Piechoty – zaczął coś klarować o byciu sobą i czuciu się dobrze w swojej nienormatywnej skórze, to nawet jej nie ruszyło.
Serio, ona chciała sobie tylko kolorek rzucić, bo różowy jej się sprał i nawet za całkiem spoko podkład pod turkus robił. A tu się okazało, że cały świat – a przynajmniej ten jego mały kawałek, w którym znalazła swoją niszę – ma jakieś poglądy na temat związków koloroterapii z jej dziadostwem borowym, albo, o zgrozo, z syrenami…
Zapytała potem Ludmiłę o syreny. Stara łowczyni splunęła, skrzywiła się i zapowiedziała, że jak któreś z tych fląder się pojawi w Odrze, to ona sama, osobiście, da jej czy jemu wiosłem po łbie i każe spływać. I to będzie bardzo pacyfistyczne i humanistyczne rozwiązanie, bo przynajmniej Sabina wtedy półryby nie dorwie. Strzygom ponoć syreny wyjątkowo nie brzmiały, za to smakowało im sushi.
Żaneta nawet nie poczuła się specjalnie wstrząśnięta tą informacją, co tylko dobitnie świadczyło o tym, że jej życie już dawno opuściło przystanek z napisem „normalność” i zasuwało Pendolino nienormatywności w nowe, nieznane obszary.
Właściwie, skoro nie ruszyło jej syrenie sushi, to czy był powód, żeby przejmować się matką Sabiny? W końcu przez ostatnie kilka miesięcy odkryła własną i cudzą nienormatywność, poszła na studia, została porwana przez oszalałe wilkołaki, uratowana, zakolegowała się z wampirami, postawiła się wszystkim wkurzającym osobom w swoim życiu i wypracowała sobie całkiem znośne status quo.
I co, miała teraz… Właściwie to co miała zrobić? Spanikować, bo do miasta przyjeżdża kolejna strzyga? Poczuć się źle, bo podobno była oczywistym wyborem na ofiarę? Zdołować się, że znowu ją od tych cholernych chomików wyzywają?
Takiego, stwierdziła mściwie. Nie była żadnym chomikiem. Była Żanetą Wawrzyniec, babką borową, studentką ochrony środowiska nienormatywnego, praktykantką u strzygi i inkuba, okazyjnie uczennicą emerytowanej łowczyni potworów.
Zarzuciła włosami w kolorze spranego turkusu i godnym krokiem wyszła na korytarz. Niemal zderzyła się z czatującym pod drzwiami Piotrem.
– Chcesz o czymś porozmawiać? – zapytał podstępnie.
– Nie w tej chwili – odpowiedziała mu sprytnie. Zwykłe „nie” mogłoby sprowokować przemowę na temat tłumienia emocji, problemów i wypierania. „Tak” oznaczało niezręczną godzinę spędzoną w gabinecie Strzeleckiego na odkrywaniu siebie. Przez kilka miesięcy praktyk Wawrzyniak nauczyła się, jak najlepiej manewrować i udzielać wymijających odpowiedzi, żeby wszystkim w biurze żyło się i pracowało lepiej.
– Pamiętaj, że jeśli tylko będziesz chciała porozmawiać…
– …to jesteś dostępny – dokończyła Żaneta. I faktycznie tak było. Piotr traktował swoje powinności coacha, szefa, mentora i nawet trochę przyjaciela szalenie poważnie i zawsze służył życzliwym uchem i pełnią uwagi.
Jedno i drugie w większych dawkach powodowało, że Wawrzyniec miała ochotę rzucać w niego ciężkimi przedmiotami. Takie słuchanie i uważanie było nienaturalne i szalenie stresujące dla kogoś nieprzyzwyczajonego do bycia absolutnym centrum koncentracji.
– Spoko – dodała, żeby go spacyfikować. – Jestem Żaneta Wawrzyniec, babka borowa, studentka ochrony środowiska nienormatywnego, wasza praktykantka i uczennica miejscowej łowczyni potworów. Jestem hardkorką i badasską, musiałam sobie tylko o tym przypomnieć.
– Napiszemy ci to na jakimś plakacie na ścianie, to przestaniesz zapominać – zaproponowała Sabina, wyglądając zza ramienia psychologa.
Wyszła właśnie na korytarz z biura PS Professional Business Consulting z pudłem wyładowanym szpargałami. Na samym szczycie sterty papierów i pudełek chwiały się delikatnie kask ochronny i dwie pary ochronników słuchu. Zdaniem Żanety trochę przesada, bo strzygi parę uszu miały tylko jedną, ale jeśli Sabinie rzeczywiście ojciec tak bardzo nie brzmiał…
– To znaczy Piotruś ci napisze – doprecyzowała Piechota. – Ja spadam. Piszcie, nie dzwońcie, żebym nie słyszała, co się w biurze dzieje.
Nie czekając na pożegnania, odwróciła się na pięcie. Niosła swój bagaż, jakby to było piórko; pokonała schody, przeskakując po dwa stopnie, i prawie wybiegła z budynku dworca.
– Pierwszy raz widzę, jak Sabina przed czymś ucieka – stwierdziła po chwili milczenia Żaneta. – To nienaturalne.
– To nie ucieczka, tylko strategiczna relokacja – pouczył ją Strzelecki. – I nie kracz, chodź, lepiej ci zamówimy ten plakat na ścianę.
Alter Ego
Copyright © Milena Wójtowicz, 2026
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026
Redakcja – Magdalena Świerczek-Gryboś
Korekta – Kornelia Dąbrowska, Julia Młodzińska, Anna Strożek
Projekt typograficzny i skład – Paulina Soból-Hara
Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl
Ilustracja na okładce – Agnieszka Dąbrowiecka
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek
inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana
elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu
bez pisemnej zgody wydawcy.
Drogi Czytelniku,
niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.
Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.
Dziękujemy!
Ekipa Wydawnictwa SQN
Wydanie I, Kraków 2026
ISBN epub: 9788384064900
ISBN mobi: 9788384064894
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:
Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia
Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska
Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Magdalena Ignaciuk-Rakowska, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska
Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga
E-commerce i IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz
Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec
Finanse: Karolina Żak
Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak
www.sqn.pl
www.sqnstore.pl
www.labotiga.pl
Okładka
Strony tytułowe
1. Poniedziałek
Reklamy
Strona redakcyjna
Cover
