Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
JAMES BOND MUSI POWSTRZYMAĆ MILIONERA OPĘTANEGO ŻĄDZĄ ZŁOTA I UDAREMNIĆ NAPAD STULECIA
Auric Goldfinger jest najbogatszym człowiekiem w Anglii, jednak nie przechowuje swojego majątku w banku. Gromadzi ogromne ilości cennego kruszcu, którego nazwa pojawia się w jego nazwisku. Sprawa budzi podejrzenia przełożonych Bonda z MI6.
Bond wkracza do akcji i odkrywa skomplikowaną siatkę przemytu złota. Poznaje też najśmielszy jak dotąd plan Goldfingera: operacja "Wielki Szlem" może zachwiać światową gospodarką i pozostawić kraje Zachodu na łasce Smierszu. Jedynie 007 jest w stanie pokonać tajemniczego milionera ogarniętego chorobliwą obsesją na punkcie szlachetnego metalu…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 375
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
W SERII UKAŻĄ SIĘ:
Casino Royale
Żyj i pozwól umrzeć
Moonraker
Diamenty są wieczne
Pozdrowienia z Rosji
Doktor No
Goldfinger
Tylko dla twoich oczu
Operacja Piorun
Szpieg, który mnie kochał
W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości
Żyje się tylko dwa razy
Człowiek ze złotym rewolwerem
Ośmiorniczka / W obliczu śmierci
Okładka
Strona tytułowa
Część pierwsza. Zrządzenie losu
1
2
O Autorze
Przypisy
Strona redakcyjna
Spis treści
Rozważania nad podwójnym burbonem
James Bond, który zdążył już pochłonąć dwie podwójne szklaneczki burbona, siedział w hali odlotów portu lotniczego w Miami i rozmyślał o kwestiach życia i śmierci.
Zabijanie ludzi było częścią jego pracy. Nigdy nie lubił tego robić, ale kiedy już musiał zabić, wykonywał zadanie najsprawniej jak potrafił, a potem o nim zapominał. Jako tajny agent z numerem zaczynającym się od dwóch zer – które oznaczały prawo do zabijania w imieniu Tajnej Służby Wywiadowczej – miał obowiązek odnosić się do śmierci z dystansem, podobnie jak chirurg. Jeśli się zdarzyła, to się zdarzyła, i tyle. Żal był czymś nieprofesjonalnym – gorzej nawet, był świadectwem choroby, która zaczynała pożerać duszę.
Mimo to w śmierci tego Meksykanina było coś zaskakująco niezwykłego. Nie chodziło o to, że nie zasługiwał na swój los. Wprost przeciwnie, był złym człowiekiem, kimś, kogo w Meksyku określa się mianem capungo. Capungo to bandyta, który jest gotów zabić za marne czterdzieści pesos, czyli mniej więcej dwadzieścia pięć szylingów – chociaż zapewne za próbę zamordowania Bonda zapłacono mu więcej – a sądząc z jego wyglądu, musiał przez całe życie być dla innych źródłem bólu i nieszczęścia. Tak, bez wątpienia przyszedł na niego czas, jednak kiedy Bond go zabił, przed niespełna dwudziestoma czterema godzinami, życie opuściło jego ciało tak prędko, tak nieodwołalnie, że niemal można było dostrzec, jak ulatuje mu z ust, podobnie jak to się dzieje w haitańskich wierzeniach, w których przybiera ono kształt ptaka.
Różnica między ciałem wypełnionym duszą a pozbawionymi treści zwłokami jest doprawdy niewiarygodna! Oto w jednej chwili ktoś jest, w następnej już go nie ma. Meksykanin miał imię, nazwisko i adres, kartę zatrudnienia, być może także prawo jazdy. Potem coś z niego uciekło, uciekło z tej powłoki składającej się z ciała i tanich ciuchów, pozostała jedynie pusta papierowa torebka czekająca na przyjazd śmieciarki. A różnica – to, co wylazło z parszywego meksykańskiego bandziora – okazała się większa niż cały Meksyk.
Bond skierował spojrzenie na broń, która tego dokonała. Krawędź jego prawej dłoni była teraz zaczerwieniona i opuchnięta, wkrótce na pewno pojawi się siniak. Poruszył dłonią i zaczął ją masować lewą ręką. W trakcie krótkiej podróży samolotem robił to regularnie, i choć sprawiało mu to ból, wiedział, że uraz szybciej się zagoi, jeśli uda mu się utrzymać normalne krążenie krwi. Nigdy nie wiadomo, kiedy ta broń może się ponownie przydać. Bond uniósł kąciki ust w cynicznym grymasie.
– Uwaga, komunikat National Airlines, „To z nami podróżują gwiazdy”. Wszystkie osoby udające się do Nowego Jorku, rejs NA sto sześć do portu lotniczego La Guardia, proszone są o skierowanie się do wyjścia numer siedem. Rozpoczynamy przyjmowanie pasażerów na pokład.
Megafon wyłączył się z donośnym trzaskiem. Bond zerknął na zegarek. Lot linii Transamerica powinien zostać zapowiedziany nie wcześniej niż za dziesięć minut. Dał znak kelnerce i zamówił jeszcze jednego podwójnego burbona z lodem. Kiedy na blacie pojawiła się szeroka, masywna szklanka, zakręcił nią w dłoni, żeby trochę rozcieńczyć alkohol, po czym wychylił połowę jej zawartości. Zgasił niedopałek papierosa i podparłszy brodę lewą ręką, zaczął markotnie wpatrywać się ponad migoczącą płytą lotniska w horyzont, gdzie ostatni fragment słonecznej tarczy opadał majestatycznie w wody zatoki.
Śmierć Meksykanina była końcowym akcentem nieprzyjemnego zadania, jednego z najgorszych, jakie przyszło Bondowi wykonywać – brzydkiego, niebezpiecznego i pozbawionego jakichkolwiek pozytywnych stron, z wyjątkiem możliwości wyrwania się na jakiś czas z centrali.
Pewien ważny facet z Meksyku był właścicielem pól maku. Kwiatów nie uprawiano w celach dekoracyjnych – przerabiano je na opium, które szybko i po umiarkowanie niskiej cenie sprzedawali kelnerzy z niewielkiej stołecznej restauracji o nazwie Madre de Cacao. Lokal cieszył się solidną ochroną. Klient, który potrzebował opium, wchodził do środka i zamawiał potrzebny mu towar wraz z drinkiem. Za drinka płacił przy kasie, a obsługujący ją pracownik mówił, ile zer należy dopisać do rachunku. Był to dobrze zorganizowany biznes, który nie powinien interesować nikogo poza granicami kraju. Jednak w pewnym momencie w dalekiej Anglii rząd, kierując się wytycznymi Organizacji Narodów Zjednoczonych dotyczącymi walki z przemytem narkotyków, poinformował o zamiarze delegalizacji heroiny na terytorium Wielkiej Brytanii. Wiadomość wzbudziła niepokój zarówno w Soho, jak i wśród renomowanych lekarzy, którzy pragnęli oszczędzić cierpień swoim pacjentom. Prohibicja zawsze rodzi przestępczość. Wkrótce standardowe kanały przemytu z Chin, Turcji i Włoch zostały niemal całkowicie wyczerpane w związku z gromadzeniem nielegalnych zapasów w Anglii. Pewien przedsiębiorca ze stolicy Meksyku zajmujący się importem i eksportem towarów, sympatyczny człowiek o nazwisku Blackwell, miał w Anglii siostrę uzależnioną od heroiny. Kochał ją i jej współczuł, więc kiedy napisała mu w liście, że bez wątpienia umrze, jeśli nikt nie udzieli jej pomocy, uwierzył jej na słowo i postanowił przyjrzeć się bliżej nielegalnemu rynkowi środków odurzających w kraju, w którym mieszkał. Po pewnym czasie, dzięki pośrednictwu znajomych oraz znajomych tych znajomych, dotarł do Madre de Cacao, a potem do ważnego meksykańskiego plantatora maku. Przy okazji zdołał poznać zasady funkcjonowania tej branży i doszedł do wniosku, że jeśli udałoby mu się zbić majątek i jednocześnie pomóc cierpiącym ludziom, posiadłby tajemnicę życia. Blackwell trudnił się handlem nawozami. Był właścicielem magazynu i niewielkiego zakładu produkcyjnego, zatrudniał także trzech ludzi, którzy zajmowali się testami gleby i badaniem roślin. Bez trudu przekonał tego ważnego Meksykanina, że pod przykrywką normalnej działalności jego załoga może pozyskiwać heroinę z opium. Meksykanin szybko zorganizował kanał przerzutu towaru do Anglii. Co miesiąc jeden z kurierów dyplomatycznych Ministerstwa Spraw Zagranicznych, w zamian za równowartość tysiąca funtów za jeden kurs, zabierał do Londynu dodatkową walizkę. Cena za usługę była rozsądna. Zawartość walizki, którą kurier zostawiał w przechowalni bagażu na Victoria Station, by potem przesłać pokwitowanie niejakiemu panu Schwabowi z firmy Boox-an-Pix Ltd, Londyn, WC1, dawało się spieniężyć za dwadzieścia tysięcy funtów.
Niestety Schwab był złym człowiekiem i w ogóle nie przejmował się cierpieniami ludzkości. Przyszło mu do głowy, że skoro młodociani przestępcy z Ameryki mogą co roku konsumować heroinę o wartości liczonej w milionach dolarów, podobnie może być w wypadku ich angielskich krewnych, czyli Teddy boys i Teddy girls. W dwóch pokojach w Pimlico jego ludzie zajmowali się mieszaniem heroiny z lekarstwem na trawienie, końcowy produkt trafiał następnie do sal tanecznych i salonów gier.
Kiedy „brygada cieni” wydziału kryminalnego wpadła na jego trop, Schwab zdążył już zgromadzić sporą fortunę. Ludzie ze Scotland Yardu uznali, że warto dać mu zarobić jeszcze trochę pieniędzy, a w tym czasie podjąć próbę ustalenia źródła jego dostaw. Schwab został objęty ścisłą obserwacją i po pewnym czasie policjanci dotarli na Victoria Station, a następnie do meksykańskiego kuriera. W tym momencie – ponieważ sprawa dotyczyła innego kraju – zmuszeni byli poprosić o pomoc Tajną Służbę Wywiadowczą. Bond dostał polecenie odnalezienia miejsca, w którym kurier zaopatrywał się w towar, oraz zlikwidowania szlaku przerzutowego w punkcie wyjścia.
Bond wykonał rozkaz. Poleciał do stolicy Meksyku i szybko trafił do Madre de Cacao. Udając klienta zainteresowanego dystrybucją towaru w Londynie, nawiązał kontakt z ważnym Meksykaninem. Ten przyjął go bardzo uprzejmie i skierował do Blackwella. Bond nawet człowieka polubił. Nie wiedział nic na temat jego siostry, jednak facet bez wątpienia był amatorem, a jego frustracja związana z zakazem sprzedaży heroiny w Wielkiej Brytanii wydawała się autentyczna. Bond włamał się w nocy do magazynu Blackwella i podłożył tam termitowy ładunek zapalający. Potem udał się do niewielkiej restauracji znajdującej się jakąś milę dalej. Siedział i wsłuchując się w srebrzystą kaskadę dzwonków straży pożarnej, patrzył, jak płomienie wzbijają się ponad linię dachów na horyzoncie. Następnego ranka zadzwonił do Blackwella. Zanim zaczął mówić, osłonił mikrofon chusteczką do nosa.
– Przykro mi, że dzisiejszej nocy stracił pan swoją firmę. Obawiam się, że pańska polisa ubezpieczeniowa nie obejmuje tych próbek gleby, które pan tam badał.
– Kto mówi? Kim pan jest?
– Jestem z Anglii. Tak się składa, że pański produkt zabił u nas bardzo wielu młodych ludzi, a wielu innym zniszczył życie. Santos już nigdy nie wybierze się do Londynu z bagażem dyplomatycznym. Schwab do wieczora znajdzie się w areszcie. Ten gość, z którym pan się spotkał, Bond, też nie zdoła się wymknąć. Policja jest już na jego tropie – oznajmił, a gdy z drugiej strony linii dobiegło parę przerażonych słów, rzucił: – W porządku, ale niech już pan tego nie robi. Proszę ograniczyć się do nawozów sztucznych.
Bond odłożył słuchawkę.
Blackwell na pewno nie był wystarczająco sprytny, za to nie ulegało wątpliwości, że fałszywy trop nie zmylił Meksykanina. Bond na wszelki wypadek zmienił miejsce zamieszkania, jednak wieczorem tego samego dnia, kiedy po wypiciu ostatniego drinka w Copacabanie wracał do nowego hotelu, na jego drodze stanął niespodziewanie jakiś mężczyzna. Nieznajomy miał na sobie przybrudzony lniany garnitur, niegdyś biały, oraz zbyt dużą szoferską czapkę w tym samym kolorze. Pod jego azteckimi kośćmi policzkowymi kryły się mroczne sine cienie. W jednym kąciku wąskich ust znajdowała się wykałaczka, a w drugim papieros. Drobne, zwężone źrenice jarzyły się blaskiem marihuany.
– Chcesz kobitę? Bara-bara?
– Nie.
– Kolorową dziewczynę? Z dużym ciemnym zadem?
– Nie.
– To może obrazki?
Gest wsuwania dłoni pod marynarkę był Bondowi tak dobrze znany, tak bardzo kojarzył się z całą listą konkretnych zagrożeń, że kiedy ręka wyskoczyła na zewnątrz, a długi metalowy palec zbliżył się do jego szyi, przyjął to ze spokojem i był na to przygotowany.
Niemal automatycznie przełączył się w tryb „zasłony przed pchnięciem wyprowadzonym od dołu” prosto z podręcznika samoobrony. Jego prawa ręka wystrzeliła do przodu, a całe ciało wykonało przy tym lekki obrót. Dwa przedramiona spotkały się w połowie drogi i uzbrojona w nóż dłoń Meksykanina odsunęła się od celu, odsłaniając gardę i robiąc miejsce na piorunujący krótki cios lewą ręką w podbródek. Sztywny, napięty nadgarstek Bonda nie przebył dużej odległości, może jakieś dwie stopy, jednak nasada dłoni – z rozczapierzonymi palcami, co miało zwiększyć jej stabilność – uniosła się i trafiła w brodę mężczyzny z przerażającą siłą, niemal odrywając go od trotuaru. Być może właśnie to uderzenie zabiło Meksykanina, łamiąc mu szyję, jednak kiedy facet stracił równowagę i poleciał do tyłu, Bond cofnął prawą dłoń, a potem jeszcze przeciągnął nią w poprzek po odsłoniętej naprężonej grdyce. Był to zaczerpnięty z arsenału brytyjskich komandosów zabójczy cios w jabłko Adama, zadawany krawędzią dłoni z palcami ułożonymi w coś w rodzaju ostrza. Nawet jeśli przeciwnik w tym momencie nadal żył, bez wątpienia w momencie upadku był już martwy.
Bond stał przez chwilę i ciężko dysząc, przyglądał się kupce pomiętych tanich łachów ciśniętych na ziemię. Rozejrzał się dookoła. Na ulicy nie było nikogo. Minęło go parę aut, być może w trakcie pojedynku też ktoś przejeżdżał, jednak walka toczyła się w półmroku. Przyklęknął przy ciele mężczyzny. Nie wyczuł pulsu. Oczy, wcześniej tak rozjaśnione marihuaną, zaczęły robić się szkliste. Dom, w którym mieszkał do niedawna Meksykanin, był pusty. Jego lokator już się wyprowadził.
Bond podniósł zwłoki i oparł je o mur w nieoświetlonym miejscu. Wytarłszy dłonie o ubranie, sprawdził, czy nie przekrzywił mu się krawat, a potem ruszył do swojego hotelu.
Wstał o świcie. Ogolił się i pojechał na lotnisko, gdzie kupił bilet na pierwszy samolot wylatujący z Meksyku. Tak się złożyło, że był to lot do Caracas. Bond udał się zatem do stolicy Wenezueli i przez jakiś czas snuł się po hali tranzytowej, czekając na samolot do Miami, Lockheed Constellation linii Transamerica, którym jeszcze tego samego wieczoru miał dotrzeć do Nowego Jorku.
Znów zabrzęczał głośnik i w terminalu rozbrzmiał komunikat.
– Linie Transamerica z przykrością informują o opóźnieniu lotu TR sześćset osiemnaście do Nowego Jorku w związku z mechaniczną usterką maszyny. Aktualna przewidywana godzina odlotu to ósma zero zero. Prosimy wszystkich pasażerów o podejście do stanowiska linii Transamerica w celu zorganizowania noclegu. Dziękujemy państwu za zrozumienie.
No tak! Jeszcze i to! Bond nie wiedział, czy powinien zdecydować się na inny lot, czy spędzić noc w Miami. Przypomniał sobie o swoim drinku. Podniósł szklankę z blatu i odchyliwszy głowę do tyłu, wypił burbona do ostatniej kropelki. Kostki lodu wesoło zadzwoniły mu o zęby. O właśnie! To był jakiś pomysł. Doszedł do wniosku, że pozostanie w Miami i po prostu się upije, uwali się do nieprzytomności i lafirynda, która mu się tego wieczoru nawinie, będzie musiała zawlec go do łóżka. Już od wielu lat porządnie się nie upił. Najwyższy czas to zrobić. Ta dodatkowa noc, którą zupełnie niespodziewanie dostał w prezencie, była czymś nadmiarowym, czasem do stracenia. Wykorzysta ją we właściwy sposób. Pora trochę sobie odpuścić. Odczuwał zbyt wielkie napięcie, za bardzo pogrążał się w rozmyślaniach. Co właściwie, do diabła, robił, po co to użalanie się nad Meksykaninem, zwykłym capungo, który miał go załatwić? Prosta sprawa: trzeba kogoś zabić, żeby ktoś nie zabił ciebie. W końcu ludzie przez cały czas, na całym świecie, mordują się nawzajem. Pozbawiają innych życia za pomocą swoich samochodów. Roznoszą śmiertelne choroby, dmuchając spotykanym osobom zarazkami w twarz, zostawiają odkręcone palniki w kuchenkach gazowych, pompują tlenek węgla do wnętrza zamkniętych garaży. Ilu uczestników ma na przykład proces produkcji bomb wodorowych, począwszy od górników zajmujących się wydobyciem uranu i udziałowców kopalni? Czy w ogóle istniał na świecie człowiek, który w jakimś stopniu nie przykładałby ręki do zabijania swoich bliźnich, choćby ze statystycznego punktu widzenia?
Resztki dziennego blasku w końcu zniknęły. Pod niebem zabarwionym na kolor indygo migotały zielone i żółte światła pasa startowego, rzucając delikatne odblaski na oleistą powierzchnię drogi kołowania. Douglas DC-7 z ogłuszającym rykiem popędził głównym pasem rozjaśnionym zielonymi reflektorami. Szyby w oknach hali tranzytowej lekko zadygotały. Podróżni podnieśli się z miejsc, żeby wyjrzeć na zewnątrz. Bond próbował coś wyczytać z ich min. Czy oczekiwali, że samolot się rozbije, dzięki czemu dostaliby jakieś widowisko, mieliby o czym rozmawiać, znaleźliby coś, co wypełniłoby im pozbawione treści życie? A może było inaczej, może dobrze życzyli pilotom? Jakiego losu pragnęli dla sześćdziesięciorga pasażerów – życia czy śmierci?
Bond wykrzywił usta w grymasie. Dosyć tego! Skończ wreszcie z tym cholernym ponuractwem. To tylko reakcja na nieprzyjemne zlecenie. Jesteś wypalony, męczy cię już konieczność ciągłego bycia twardym człowiekiem. Potrzebujesz zmiany, zbyt często stykałeś się ze śmiercią. Potrzebujesz odrobiny normalnego życia – łatwego, przyjemnego, wygodnego.
Zarejestrował odgłos zbliżających się kroków. Zatrzymały się tuż obok. Uniósł wzrok. Zobaczył eleganckiego, zamożnego z wyglądu mężczyznę w średnim wieku. Nieznajomy miał zakłopotaną, niezbyt pewną minę.
– Bardzo przepraszam, pan Bond, prawda? Pan… hm, James Bond?
Wszak żyje się tylko raz
Bond cenił sobie anonimowość. Jego odpowiedź „Owszem, tak” była mało zachęcająca.
– Och, to doprawdy niezwykły zbieg okoliczności! – Mężczyzna wyciągnął rękę. Bond podniósł się powoli i ujął ją, by po chwili puścić. Była miękka i gąbczasta, niczym worek wypełniony błotem uformowany w kształt dłoni albo nadmuchana gumowa rękawica. – Nazywam się Du Pont, Junius Du Pont. Chyba mnie sobie pan nie przypomina, jednak już kiedyś się spotkaliśmy. Pozwoli pan, że się przysiądę?
Ta twarz, to nazwisko… Rzeczywiście było w nich coś znajomego. Dawno temu, nie w Ameryce… Bond przeszukiwał archiwum swojej pamięci, starając się dokonać oceny tego człowieka. Pan Du Pont miał mniej więcej pięćdziesiąt lat. Był różowy, gładko ogolony i ubrany w standardowy kostium, którym firma Brooks Brothers zwykła zakrywać ciała amerykańskich milionerów, składający się z ciemnobrązowego jednorzędowego garnituru z lekkiego materiału i jedwabnej białej koszuli z krótkim kołnierzykiem. Zawinięte skrzydełka kołnierzyka zostały spięte złotą agrafką, ukrytą pod węzłem wąskiego krawata w ciemnoniebieskie i ciemnoczerwone pasy, niezmiernie przypominającego krawat Brygady Gwardyjskiej. Mankiety koszuli wystawały na pół cala z rękawów marynarki, znajdowały się na nich kryształowe spinki z gładkim szlifem, w których były zatopione miniaturowe muchy wędkarskie. Jedwabne skarpetki miały kolor grafitowoszary, zaś buty uszyto ze starej, wypolerowanej skóry w kolorze mahoniu, należało przypuszczać, że to produkt firmy Peal. Mężczyzna miał na głowie ciemny słomkowy kapelusz z wąskim rondem i szeroką bordową wstążką.
Zasiadł naprzeciw Bonda, po czym wyciągnął papierosy i złotą zapalniczkę Zippo. Bond zauważył, że pan Du Pont lekko się poci. Doszedł do wniosku, że rzeczywiście jest tym, na kogo wygląda, czyli bardzo bogatym i odrobinę zakłopotanym Amerykaninem. Był przekonany, że go już wcześniej spotkał, wciąż nie miał jednak pojęcia, kiedy i gdzie.
– Zapali pan?
– Dziękuję, tak.
Były to papierosy marki Parliament. Bond udał, że nie dostrzega podstawionej zapalniczki. Nie znosił, kiedy ktoś podsuwał mu zapalniczkę. Wyjął swoją i zapalił papierosa.
– Francja, rok pięćdziesiąty pierwszy, Royale-les-Eaux. – Du Pont spojrzał na Bonda z przejęciem. – Kasyno, pamięta pan? Ethel, czyli pani Du Pont, siedziała wraz ze mną przy stole obok pana. Tego wieczoru, kiedy rozgrywał pan partię o dużą stawkę z tym Francuzem.
Bond szybko wrócił pamięcią do tamtych dni. Ależ tak, oczywiście! Państwo Du Pontowie zajmowali przy stole do bakarata miejsca oznaczone numerami 4 i 5, on miał numer 6. Sprawiali wrażenie ludzi nieszkodliwych. Wtedy, tego fantastycznego wieczoru, gdy doprowadził Le Chiffre’a do ruiny, był zadowolony, że ma po swojej lewej stronie tak solidne wsparcie. Znów to widział – jasną plamę światła na zielonym suknie, ręce bankiera jak różowe kraby biegnące ku kartom. Poczuł woń dymu i ostry zapach swojego potu. Cóż to była za noc! Bond popatrzył na pana Du Ponta i uśmiechnął się na jej wspomnienie.
– Tak, oczywiście, że sobie przypominam! Przepraszam, że nie od razu skojarzyłem, jednak to był wyjątkowy wieczór. Myślałem wtedy właściwie wyłącznie o swoich kartach, nie byłem w stanie się skupić na niczym innym.
Pan Du Pont odpowiedział uśmiechem, zadowolony i uspokojony.
– Nie, no jasne, panie Bond, oczywiście, że to rozumiem. Mam nadzieję, że mi pan wybaczy, że się panu naprzykrzam. Chodzi o to, że… – Pstryknął palcami, żeby przywołać kelnerkę. – Ale najpierw musimy się czegoś napić, żeby uczcić nasze spotkanie. Co chciałby pan zamówić?
– Dziękuję. Poproszę burbona z lodem.
– Dla mnie Haig Dimple z wodą.
Kiedy dziewczyna odeszła, pan Du Pont pochylił się z rozpromienioną miną. Z drugiej strony blatu doleciał zapach mydła, a może płynu po goleniu. Lentheric?
– Wiedziałem, że to pan, gdy tylko pana zobaczyłem. Pomyślałem jednak: „Posłuchaj, Juniusie, wprawdzie raczej nie masz problemu z rozpoznawaniem twarzy, ale na wszelki wypadek spróbuj się upewnić”. Leciałem dziś liniami Transamerica i kiedy podano informację o opóźnieniu, przyjrzałem się panu, i jeśli wolno mi tak powiedzieć, panie Bond, z pańskiej miny dało się bardzo łatwo wyczytać, że pan również podróżuje tym samolotem. – Poczekał, aż Bond skinie głową. Potem prędko dodał: – Zatem popędziłem do stanowiska biletowego i zerknąłem na listę pasażerów. No i faktycznie, znalazłem to, czego szukałem: „J. Bond”.
Pan Du Pont rozparł się wygodniej na krześle, dumny ze swojego sprytu. Po chwili przyniesiono drinki. Amerykanin uniósł szklankę.
– Pańskie zdrowie, sir! To bez wątpienia mój szczęśliwy dzień.
Bond uśmiechnął się niezobowiązująco i wypił nieco trunku.
Du Pont pochylił się ponownie. Rozejrzał się dookoła. Przy sąsiednich stolikach nikogo nie było, jednak mimo to zniżył głos.
– Zapewne zadaje pan sobie pytanie: no cóż, miło znów spotkać Juniusa Du Ponta, ale o co właściwie chodzi? Dlaczego ten facet tak się cieszy, że mnie spotkał akurat dzisiejszego wieczoru? – Poruszył brwiami, jak gdyby odgrywał rolę rozmówcy. Bond przybrał minę wyrażającą uprzejme zaciekawienie. Du Pont przysunął się jeszcze bliżej. – Panie Bond, mam nadzieję, że mi pan wybaczy. Nie zwykłem wściubiać nosa w cudze tajemnice, to znaczy, hm, cudze sprawy, jednak po naszej partii w Royale doszły mnie słuchy, że jest pan nie tylko wybitnym graczem, ale, hm… jak by to powiedzieć? Że jest pan również kimś w rodzaju, nazwijmy to, funkcjonariusza śledczego. Rozumie pan, tajnym agentem. – Dopuściwszy się tej niedyskrecji, pan Du Pont zrobił się czerwony jak burak. Odchylił plecy do tyłu, wyciągnął chustkę i przetarł czoło, a potem rzucił Bondowi pełne napięcia spojrzenie.
Bond wzruszył ramionami. Oczy Amerykanina spoglądały surowo i z uwagą mimo widocznego zakłopotania ich właściciela. Za to w szaroniebieskich oczach angielskiego agenta pojawił się wyraz szczerości połączonej z autoironią i dystansem do swoich dokonań.
– Kiedyś zajmowałem się takimi rzeczami – przyznał. – Wie pan, pozostałość z lat wojny. Wtedy wciąż myślałem, że taka zabawa w Indian i kowbojów jest całkiem zabawna. W czasie pokoju nie ma jednak większej przyszłości.
– Jasne, jasne. – Du Pont lekceważąco machnął dłonią, w której trzymał papierosa. Kiedy zadawał następne pytanie i czekał na kolejne kłamstwo, unikał wzroku Bonda. Ten uznał, że w skórze uszytej przez braci Brooks kryje się wilk. Ten człowiek był całkiem sprytny. – I co, teraz pan się ustatkował? – Du Pont posłał mu ojcowski uśmiech. – Jaką branżę pan wybrał, jeśli wolno spytać?
– Import i eksport. Pracuję dla firmy Universal, być może miał pan okazję się z nią zetknąć.
Du Pont nie przerywał podjętej gry.
– Hm, Universal, niech się zastanowię… A tak. Oczywiście, słyszałem o nich. Raczej nie prowadziłem z nimi interesów, chociaż pewnie da się to nadrobić. – Zaśmiał się bezceremonialnie. – Działam w najróżniejszych obszarach i właściwie nie interesuje mnie tylko jedna branża, a mianowicie chemikalia. Być może powinienem tego żałować, panie Bond, ale nie jestem jednym z Du Pontów związanych z przemysłem chemicznym.
Bond odniósł wrażenie, że ten człowiek jest całkowicie zadowolony z tego, do której gałęzi Du Pontów przyszło mu należeć. Nie odniósł się do jego słów, za to zerknął na zegarek, żeby nieco przyspieszyć kolejną zagrywkę rozmówcy. Odnotował również w pamięci, że należy zachować ostrożność, jeśli chodzi o ujawnianie swoich kart. Pan Du Pont miał miłą, różową, dziecinną twarz, łagodną, ze ściągniętymi, nieco kobiecymi ustami o wygiętych w dół kącikach. Wyglądał równie niegroźnie jak większość Amerykanów w średnim wieku wyposażonych w aparaty fotograficzne i stojących przez Pałacem Buckingham, Bond przeczuwał jednak, że pod tą staroświecką fasadą kryje się bystra osoba obdarzona wieloma konkretnymi przymiotami.
Czujne oczy Du Ponta odnotowały spojrzenie na zegarek. Amerykanin również zerknął na swój przegub.
– Ojej, ojej! Jest już siódma, a ja tu pana wciąż zagaduję i jeszcze nie dotarłem do sedna. Otóż widzi pan, panie Bond, natknąłem się na pewien problem i bardzo chętnie skorzystałbym z pańskiej porady. Jeśli zamierzał pan zatrzymać się na dzisiejszą noc w Miami i jeśli byłby pan gotów poświęcić mi odrobinę czasu, uznałbym za prawdziwy zaszczyt, gdyby zgodził się pan zostać moim gościem. – Du Pont uniósł rękę. – I chyba mogę obiecać, że nie będzie pan narzekał na niewygody. Tak się składa, że jestem współwłaścicielem Floridiany. Może słyszał pan o jej otwarciu w okolicy świąt? Z przyjemnością powiem, że interes nieźle prosperuje. Poczciwe stare Fountain Blue czuje nasz oddech na plecach! – Du Pont roześmiał się z pobłażaniem. – Tak mówimy tutaj na hotel Fontainebleau. Co pan o tym sądzi, panie Bond? Dostanie pan najlepszy apartament, nawet jeśli będzie oznaczało to wyrzucenie na bruk paru solidnych, zamożnych klientów. I naprawdę wyświadczy mi pan przysługę. – Popatrzył na Bonda błagalnym wzrokiem.
Bond już wcześniej postanowił przyjąć propozycję i nie dopytywać o szczegóły. Bez względu na to, jakie było źródło problemów Du Ponta – szantaż, gangsterzy, kobiety – musiało chodzić o jakiś typowy kłopot bogatego człowieka. Oto ta odrobina łatwego życia, o którą sam prosił. Trzeba skorzystać z okazji!
Spróbował odpowiedzieć w paru słowach, uprzejmie i bez zadęcia, jednak Du Pont nie dał mu dokończyć zdania.
– Ale proszę, proszę, panie Bond! Niech mi pan wierzy, jestem naprawdę wdzięczny, bardzo wdzięczny. – Pstryknął palcami i przywołał kelnerkę. Kiedy podeszła, odwrócił się od Bonda i dyskretnie uregulował rachunek. Podobnie jak wielu bardzo majętnych ludzi uznawał, że publiczne pokazywanie swoich pieniędzy i chwalenie się wysokością wręczanego napiwku to zachowania wręcz gorszące. Wsadził zwitek banknotów do bocznej kieszeni spodni – wśród bogaczy nie uchodzi trzymanie ich w tylnej kieszeni – i ujął Bonda za rękę. Wyczuwszy jego opór przed fizycznym kontaktem, cofnął dłoń. Obaj zeszli po schodach do głównej hali portu.
– Pozwoli pan, że załatwię kwestię pańskiej rezerwacji. – Du Pont zbliżył się do stanowiska biletowego linii Transamerica. W paru krótkich zdaniach zademonstrował władzę, którą dysponował, oraz skuteczność działania na swoim terenie, w swojej Ameryce.
– Tak, panie Du Pont. Oczywiście, panie Du Pont. Zaraz się tym zajmę, panie Du Pont…
Gdy znaleźli się na zewnątrz, pod krawężnik cicho podjechał błyszczący Chrysler Imperial. Szofer, groźnie wyglądający mężczyzna w biszkoptowym uniformie, wyskoczył z wozu i pospiesznie otworzył drzwi. Bond rozsiadł się wygodnie na miękkiej kanapie. We wnętrzu auta było przyjemnie chłodno, niemal zimno. Przedstawiciel linii lotniczych wybiegł z terminalu z walizką Bonda. Podał ją kierowcy i zgiąwszy się w ukłonie, wrócił do budynku.
– Zawieź nas do Bill’s on the Beach – polecił szoferowi Du Pont i wielkie auto zaczęło się przeciskać przez zatłoczone parkingi, kierując się ku głównej alei.
Du Pont odchylił się na oparcie fotela.
– Mam nadzieję, że lubi pan kraby z Florydy, panie Bond. Jadł je pan kiedyś?
Bond przytaknął i dodał, że bardzo mu smakowały.
Chrysler Imperial pomknął przez centrum Miami, wzdłuż Biscayne Boulevard, a potem wjechał na Douglas MacArthur Causeway i przeciął zatokę Biscayne. W tym czasie Du Pont opowiedział o restauracji Bill’s on the Beach i porównał zalety mięsa krabów łowionych na Florydzie oraz na Alasce. Bond od czasu do czasu wtrącał stosowne uwagi, poddając się łagodnemu rytmowi podróży wyznaczanemu przez prędkość, komfort i towarzyską rozmowę na konkretny temat.
Zatrzymali się przed pomalowaną na biało fasadą budynku w stylu nawiązującym do okresu regencji, tyle że obłożoną poziomymi deskami i ozdobioną stiukiem. Pochylone litery różowego neonu tworzyły napis bill’s on the beach. Gdy Bond wysiadał z wozu, Du Pont przekazał szoferowi kilka poleceń. Bond zdołał usłyszeć nazwę „apartament Aloha” i słowa: „Jeśli pojawią się jakieś problemy, powiedz panu Fairliemu, żeby do mnie zadzwonił. Jasne?”.
Dotarli po schodach do wejścia. W wystroju dużej sali dominowała biel, ale nad oknami rozwieszono różowe muślinowe lambrekiny, a na stolikach stały lampki z kloszami w tym samym kolorze. Lokal był pełen gości, opalonych ludzi w drogich tropikalnych kreacjach, na które składały się paskudne jaskrawe koszule, pobrzękujące złote bransolety, przyciemniane okulary w oprawkach ozdobionych kamieniami i sympatyczne karaibskie słomkowe kapelusze. W powietrzu unosiła się mieszanina najróżniejszych woni, na pierwszy plan wybijał się cierpki zapach ciał, które przez cały dzień przebywały na słońcu.
Ku nowo przybyłym pospieszył Bill, afektowany mężczyzna włoskiego pochodzenia.
– Ach, pan Du Pont! To zaszczyt pana gościć, sir. Trochę dziś u nas tłoczno, ale za moment znajdę dla panów miejsce! Proszę za mną, proszę. – Trzymając nad głową duże, oprawione w skórę menu, przecisnął się między klientami do najlepszego stołu w sali, stojącego w kącie i przeznaczonego dla sześciu osób. Wysunąwszy dwa krzesła, pstryknął palcami, by przywołać maître d’hôtel i sommeliera. Rozłożył przed obydwoma gośćmi jadłospisy, wymienił jeszcze parę uprzejmości z Juniusem Du Pontem, a potem zniknął.
Du Pont zatrzasnął menu.
– Cóż, a może po prostu zostawi pan to mnie? Jeśli coś panu nie będzie smakować, odeślemy zamówienie do kuchni. Florydzkie kraby – zwrócił się do maître d’hôtel. – Świeże, niemrożone. Z roztopionym masłem. Grube tosty. Jasne?
– Oczywiście, panie Du Pont.
Sommelier zatarł ręce i zajął miejsce kierownika sali.
– Dwie półkwarty różowego szampana – oświadczył Du Pont. – Pommery, rocznik pięćdziesiąty, w srebrnych kufelkach. Jasne?
– Ma się rozumieć, panie Du Pont. Jakiś koktajl na początek?
Du Pont odwrócił się do Bonda. Uśmiechnął się i zachęcająco uniósł brwi.
– Poproszę martini z wódką – powiedział Bond. – Z paskiem skórki z cytryny.
– W takim razie niech pan przyniesie dwa – rzucił Du Pont. – Podwójne.
Sommelier prędko oddalił się od stolika. Du Pont odchylił plecy na oparcie krzesła, po czym wyciągnął papierosy i zapalniczkę. Rozejrzawszy się po sali, odpowiedział na gesty powitania uśmiechem i podniesieniem dłoni. Przypatrzył się sąsiednim stolikom i przysunął swoje krzesło nieco bliżej Bonda.
– Niestety na hałas nic nie poradzimy – stwierdził przepraszającym tonem. – Odwiedzam to miejsce wyłącznie dla krabów, są tutaj wprost nieziemskie! Mam nadzieję, że nie jest pan uczulony na ich mięso. Kiedyś przyprowadziłem tu pewną dziewczynę i kiedy poczęstowałem ją krabami, jej wargi spuchły jak dętki rowerowe.
Bond był rozbawiony zmianą w zachowaniu Du Ponta – te ryzykowne żarty, władczy ton, który pojawił się w chwili, gdy Amerykanin uznał, że rozmówca złapał haczyk, że stał się jego człowiekiem… Du Pont przestał już być nieśmiałym, zakłopotanym natrętem, który zaczepił Bonda na lotnisku. Czego od niego chciał? Oferta powinna pojawić się lada chwila.
– Nie mam żadnych alergii – odparł.
– Świetnie, świetnie…
Na moment zapadło milczenie. Du Pont pstryknął parę razy w górę i w dół pokrywką zapalniczki. Zdał sobie sprawę, że dźwięk może być irytujący, więc odsunął przedmiot na bok. W końcu podjął decyzję.
– Czy grał pan kiedyś w kanastę, panie Bond? – zapytał, spoglądając na swoje dłonie oparte na blacie.
– Tak, to niezła gra. Lubię ją.
– A w dwuosobową wersję?
– Owszem, chociaż nie jest już tak ciekawa. Jeśli nie wygłupi się pan w żaden sposób, i drugi gracz również, to rozgrywka robi się wyrównana. Działa prawo średnich zastosowane do kart, nie ma możliwości uzyskania znacznej przewagi w dłuższej perspektywie.
Du Pont zdecydowanie pokiwał głową.
– No właśnie! Doszedłem do takiego samego wniosku. Po mniej więcej stu rozdaniach dwaj równorzędni gracze będą mieć podobny wynik. Kanasta nie jest tak emocjonująca jak remik gin czy Oklahoma, ale w pewnym sensie właśnie dlatego ją lubię. Czas płynie, człowiek przerzuca mnóstwo kart, raz jest na wozie, raz pod wozem, ale ostatecznie nikomu nie dzieje się krzywda. Mam rację?
Bond skinął głową. Kiedy dostarczono martini, Du Pont polecił sommelierowi:
– Proszę przynieść dwa kolejne za dziesięć minut.
Napili się obaj. Du Pont odwrócił się ku Bondowi i zmierzył go wzrokiem. Miał rozdrażnioną, przygnębioną minę.
– Co by pan powiedział, panie Bond, gdybym panu zdradził, że w ciągu tygodnia straciłem dwadzieścia pięć tysięcy dolarów, grając w dwuosobową odmianę kanasty? – zapytał. Bond chciał już odpowiedzieć, jednak Du Pont powstrzymał go uniesieniem ręki. – I niech pan weźmie pod uwagę, że jestem całkiem niezłym karciarzem. Należę do Regency Clubu, często grywam z ludźmi takimi jak Charlie Goren czy Johnny Crawford, oczywiście mam na myśli brydża. Chodzi mi o to, że wiem, jak zachować się przy zielonym stoliku. – Du Pont popatrzył Bondowi w oczy.
– Jeśli grał pan przez cały czas z jednym przeciwnikiem, to padł pan ofiarą oszustwa.
– No właśnie! – Du Pont uderzył dłońmi w obrus i wyprostował plecy. – No właśnie. To samo sobie pomyślałem, kiedy przegrałem, a właściwie kiedy przegrywałem już czwarty dzień z rzędu. Powiedziałem sobie: ten łajdak mnie oszukuje i, jak mi Bóg miły, dowiem się, jak mu się to udaje, a potem pogonię go z Miami. Zwiększyłem dwukrotnie stawkę, później zrobiłem to jeszcze raz. Nie wywarło to na nim wrażenia. Przyglądałem się każdej zagranej przez niego karcie, śledziłem każdy jego ruch. I nic! Żadnej wskazówki, żadnego tropu. Karty nie były znaczone, a kiedy tylko chciałem grać nową talią, dostawałem taką możliwość. Używałem własnych kart. Facet nigdy nie zajrzał mi do ręki, zresztą nie mógł, bo zawsze siedział dokładnie naprzeciwko mnie. Nie było kibiców, którzy mogliby mu coś podpowiedzieć! A on mimo to wciąż wygrywał… Wygrał także dzisiaj przed południem, po południu nic się nie zmieniło. W końcu miałem już serdecznie dosyć rozgrywki. Oczywiście nie dałem tego po sobie poznać – dodał, żeby Bond nie odniósł wrażenia, że nie umie przegrywać. – Zapłaciłem wszystko co do grosza, później jednak, w ogóle nie uprzedziwszy tego człowieka, spakowałem walizkę, pojechałem na lotnisko i kupiłem bilet na pierwszy samolot do Nowego Jorku. Proszę sobie wyobrazić! – Du Pont uniósł ręce. – Po prostu uciekłem. Ale dwadzieścia pięć kawałków to dwadzieścia pięć kawałków. Wkrótce mogło się z nich zrobić pięćdziesiąt, a nawet sto. Nie byłem w stanie rozegrać kolejnej przeklętej partii, nie byłem w stanie pogodzić się z tym, że nie potrafię przyłapać gościa na gorącym uczynku. Zatem zwiałem. Co pan o tym sądzi? Oto ja, Junius Du Pont, rzucam ręcznik na ring, ponieważ nie umiem przyjąć dalszych ciosów!
Na stoliku pojawiła się druga kolejka drinków. Bond chrząknął ze współczuciem. Sprawa go trochę zainteresowała, bo interesowało go wszystko, co wiązało się z kartami. Mógł sobie wyobrazić tę scenę: dwóch mężczyzn pogrążonych w rozgrywce, jeden z nich spokojnie tasuje, rozdaje i zapisuje zdobyte punkty, podczas gdy drugi ciągle rzuca karty na środek stołu z ukrywanym obrzydzeniem. Du Pont bez wątpienia był oszukiwany. W jaki sposób?
– Dwadzieścia pięć tysięcy dolarów to sporo pieniędzy – zauważył Bond. – O jaką stawkę panowie grali?
Du Pont wyglądał na zmieszanego.
– Ćwierć dolara za punkt, potem pięćdziesiąt centów, później dolar. Dosyć dużo, wziąwszy pod uwagę, że w rozdaniu średnio zdobywa się dwa tysiące punktów, więc nawet przy tej ćwiartce uzbiera się pięćset dolarów. Kiedy stawka dochodzi do dolara za punkt i ciągle się przegrywa, to już prawdziwa katastrofa.
– Chyba zdarzało się panu wygrywać?
– Och tak, oczywiście, ale jakimś cudem właśnie wtedy, kiedy miałem już sukinsyna na widelcu, wykładał tyle swoich kart, ile się dało, i wydostawał się z tarapatów. Jasne, wygrałem trochę drobnych, ale tylko wówczas, kiedy akurat potrzebował stu dwudziestu punktów, a ja miałem wszystkie dżokery. Ale sam pan wie, jak to jest w kanaście: trzeba zrzucać właściwe karty. Zastawia się pułapki, żeby przeciwnik oddał panu talię. No cóż, do diabła, on grał tak, jakby był jasnowidzem! Gdy tylko próbowałem wciągnąć go w pułapkę, unikał jej, za to niemal za każdym razem, kiedy on tego próbował, ja dawałem się złapać. A jeśli chodzi o oddanie talii, to kiedy musiał coś zrzucić, pozbywał się najgorszych kart: singli, asów, tego, co mu się akurat nawinęło, i zawsze jakoś sobie radził. Grał tak, jakby znał wszystkie karty, które miałem w ręku.
– Czy w pomieszczeniu były jakieś lustra?
– Ależ skąd! Zawsze graliśmy na powietrzu. Powiedział, że chce się opalić, i na pewno mu się to udało. Zrobił się różowy jak homar. Siadał do kart wyłącznie rano i po południu. Mówił, że gdyby spróbował grać wieczorem, nie mógłby potem zasnąć.
– Kim w ogóle jest ten człowiek? Jak się nazywa?
– Goldfinger.
– A imię?
– Auric. To znaczy „złoty”, prawda? Trzeba przyznać, że do niego pasuje. Ma ognistorude włosy.
– Narodowość?
– Nie uwierzy pan, ale to Brytyjczyk! Zamieszkały w Nassau. Sądząc z nazwiska, można by przypuszczać, że jest Żydem, ale nie wygląda na Żyda. Zresztą we Floridianie mamy ścisłe zasady, gdyby nim był, nie zostałby wpuszczony do budynku. Paszport wystawiony w Nassau, wiek: czterdzieści dwa lata, stan cywilny: wolny. Zawód: pośrednik handlowy. Wiem to wszystko z jego paszportu, mogłem do niego zajrzeć, bo gdy tylko zaczęliśmy grać, poprosiłem o pomoc hotelowego detektywa.
– Jakiego rodzaju pośrednik?
Du Pont uśmiechnął się ponuro.
– Zapytałem go o to. Powiedział: „Och, handluję wszystkim, co się nawinie”. Raczej skryty facet. Zamyka się w sobie, jeśli mu się zada bezpośrednie pytanie. Dużo gada, i nawet przyjemnie się go słucha, ale nie mówi nic konkretnego.
– Czy ma pieniądze?
– Ha! – huknął Du Pont. – I to w tym wszystkim najdziwniejsze. Jest nadziany, i to jak! Kazałem ludziom z mojego banku sprawdzić to w Nassau. Facet ma kupę forsy. Akurat w Nassau milionerów mamy na pęczki, jednak Goldfinger znajduje się na pierwszym albo drugim miejscu listy. Zdaje się, że inwestuje w sztaby złota. Przerzuca je po całym świecie, żeby wykorzystać wahania cen kruszcu na rynku. Działa jak jakiś cholerny bank federalny, nie ufa walutom. Nie ma w tym w zasadzie nic złego, a skoro facet stał się jednym z najbogatszych ludzi na świecie, coś w tym jego systemie musi być. Problem polega na tym, że skoro jest tak bogaty, to po jaką cholerę chce ode mnie wyciągnąć marne dwadzieścia pięć kawałków?!
Tłumek kelnerów krzątających się wokół stolika uchronił Bonda przed koniecznością wymyślenia jakiejś odpowiedzi. Z pompą umieścili pośrodku stołu duży, szeroki półmisek pełen wielkich krabów z rozciętymi już pancerzykami i szczypcami. Obok obu talerzy ustawili srebrne sosjerki wypełnione po brzegi roztopionym masłem oraz długie stojaki z tostami. W pucharkach z szampanem perliła się różowa piana. Wreszcie kierownik sali z przypochlebnym uśmiechem stanął za krzesłami gości, by zawiązać im wokół szyi długie białe śliniaki z jedwabiu, sięgające aż do kolan.
Bondowi przypomniał się Charles Laughton w roli żarłocznego Henryka VIII, jednak ani Du Pont, ani goście przy sąsiednich stolikach nie wydawali się zaskoczeni tą gargantuiczną ucztą. Amerykanin z radosnym okrzykiem: „A teraz każdy musi radzić sobie sam!” zgarnął kilka kawałków krabów na swój talerz, oblał je szczodrze masłem i rzucił się na nie z apetytem. Bond poszedł w jego ślady i zabrał się do jedzenia, a raczej pożerania, najwspanialszego posiłku, jaki zdarzyło mu się spożywać.
Mięso florydzkich krabów okazało się najdelikatniejszym i najsłodszym daniem spośród wszystkich owoców morza, które miał okazję spróbować. Doskonale uzupełniały je tosty i odznaczające się lekko palonym smakiem roztopione masło. Szampan został mocno schłodzony, dało się w nim wyczuć delikatną nutę truskawek. Trunek pity po kolejnych porcjach kraba pozwalał przepłukać podniebienie i przygotować się na kolejne kęsy.
Obaj siedzieli w skupieniu, pochłonięci jedzeniem, i właściwie nie zamienili ani słowa, dopóki z półmiska nie zniknęły wszystkie kawałki.
Z cichym beknięciem Du Pont po raz ostatni starł jedwabną płachtą masło z podbródka, po czym wyprostował się na krześle. Miał zaczerwienioną twarz. Spojrzał z dumą na Bonda.
– Panie Bond – oświadczył podniosłym tonem – nie sądzę, żeby gdziekolwiek na świecie tego wieczoru ktoś zjadł lepszą kolację niż my. Zgodzi się pan ze mną?
No cóż – pomyślał Bond – zachciało mi się przyjemnego, łatwego życia. I co, czy przypadło mi do gustu? Czy lubię obżerać się jak wieprz i słuchać takich komentarzy?
Niespodziewanie pomysł spożycia kolejnego tego rodzaju posiłku, a tak naprawdę dowolnego posiłku w towarzystwie Du Ponta, wzbudził w nim odrazę. Równie szybko zrobiło mu się głupio z powodu tego obrzydzenia. Przecież o coś takiego prosił i dostał to, czego chciał. Po prostu tkwiący w jego duszy purytanin nie był w stanie tego znieść. Sformułował swoje pragnienie i nie tylko zostało ono zaspokojone, ale wręcz wepchnięto mu je do gardła.
– Nie mam pojęcia – odparł – jednak muszę przyznać, że jedzenie było znakomite.
Du Pont wydawał się zadowolony. Poprosił o kawę. Bond nie skorzystał z możliwości zamówienia cygar i likierów. Zapaliwszy papierosa, z zainteresowaniem czekał na wyjaśnienie, na czym polega haczyk, bo wiedział, że należy się go spodziewać. Był przekonany, że to wszystko to jedynie element gry wstępnej. Najwyższa pora odkryć karty.
Amerykanin odchrząknął.
– A teraz, panie Bond, chciałbym przedstawić panu pewną propozycję. – Wpatrywał się w Bonda, starając się zawczasu ocenić jego reakcję.
– Tak?
– To naprawdę szczęśliwe zrządzenie losu, że mieliśmy okazję wpaść na siebie na lotnisku. – Głos Du Ponta zabrzmiał poważnie i szczerze. – Nigdy nie zapomniałem naszego pierwszego spotkania w Royale. Przypominam sobie wszystkie szczegóły: pańskie opanowanie i odwagę, pańską umiejętność operowania kartami. – Bond skierował wzrok na obrus, jednak Du Pont zdążył już się znudzić swoją przemową. – Panie Bond – rzucił pospiesznie – zapłacę panu dziesięć tysięcy dolarów, jeśli zostanie pan w Miami w charakterze mojego gościa, dopóki nie uda się panu ustalić, w jaki sposób ten Goldfinger zdołał ze mną wygrać w karty.
Bond popatrzył Du Pontowi w oczy.
– To atrakcyjna propozycja, panie Du Pont, tyle że powinienem jak najszybciej wrócić do Londynu. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin muszę dotrzeć do Nowego Jorku, żeby zdążyć na samolot. Jeśli zamierza pan rozegrać dwie rundy jak poprzednio, to znaczy rano i po południu, będę mieć mnóstwo czasu na znalezienie odpowiedzi. Jednak bez względu na to, czy uda mi się panu pomóc, czy nie, jutro wieczorem muszę stąd wyjechać. Zgoda?
– Zgoda – odrzekł Du Pont.
Ian Lancaster Fleming urodził się 28 maja 1908 roku w Londynie. Uczęszczał do Eton College, a najważniejszy okres swojej młodości spędził w różnych krajach Europy, studiując języki obce. Pierwszą pracę zdobył w Agencji Reutera, potem przez krótki czas był maklerem giełdowym. Po wybuchu II wojny światowej został adiutantem admirała Johna Godfreya, dyrektora Wywiadu Marynarki Wojennej. Miał okazję odegrać znaczącą rolę w działaniach szpiegowskich prowadzonych przez Wielką Brytanię i inne sprzymierzone państwa.
Po wojnie został zatrudniony przez wydawnictwo Kemsley Newspapers na stanowisku szefa działu zagranicznego dziennika „The Sunday Times”. Był odpowiedzialny za siatkę korespondentów mocno zaangażowanych w wydarzenia okresu zimnej wojny.Jego pierwsza powieść, Casino Royale, została wydana w 1953 roku. Po raz pierwszy pojawia się w niej postać Jamesa Bonda, agenta specjalnego numer 007. Pierwszy nakład sprzedał się w ciągu miesiąca. W następstwie odniesionego sukcesu Fleming co roku aż do śmierci publikował kolejną książkę z cyklu o Bondzie. Jego podróże, zainteresowania i doświadczenia wojenne nadają wiarygodność wszystkim stworzonym przez niego dziełom. Raymond Chandler nazwał go „najbardziej dynamicznym i przebojowym autorem thrillerów w Anglii”. Piąta z kolei powieść, zatytułowana From Russia With Love (Pozdrowienia z Rosji), została przyjęta szczególnie dobrze, a jej sprzedaż gwałtownie wzrosła, kiedy prezydent John F. Kennedy wymienił ją wśród swoich ulubionych książek. Łącznie sprzedano ponad 100 milionów egzemplarzy powieści o Bondzie, stały się one również materiałem wyjściowym dla niezmiernie popularnej serii filmów, której pierwszą odsłoną był wprowadzony na ekrany w 1962 roku Doktor No. W rolę agenta 007 wcielił się w nim Sean Connery.
Książki z serii o Bondzie zostały napisane na Jamajce – w kraju, który Fleming pokochał podczas wojny i w którym zbudował swój dom znany pod nazwą Goldeneye. W roku 1952 poślubił Ann Rothermere. Jego historia o magicznym samochodzie, napisana w 1961 roku dla jedynego syna państwa Flemingów, Caspara, przybrała później postać powieści Chitty Chitty Bang Bang, która również została zekranizowana1.
Ian Fleming zmarł na zawał serca 12 sierpnia 1964 roku.
www.ianfleming.com
Twitter/X: TheIanFleming
Instagram: Ianflemings007
Facebook: IanFlemingBooks
1 Książkę wydano w Polsce nakładem wydawnictwa Znak Emotikon pod tytułem Bang Bang! Wystrzałowy samochód w tłumaczeniu Katarzyny Szczepańskiej-Kowalczuk; polski tytuł filmu to Nasz cudowny samochodzik (przyp. tłum.).
GOLDFINGER
Copyright © Ian Fleming Publications Ltd, 1959
The moral rights of the author have been asserted. (in translated language and in English)
JAMES BOND and 007 are the registered trade marks of Danjaq LLC, used under licence by Ian Fleming Publications Limited. The Ian Fleming Logo and the Ian Fleming Signature are both trade marks owned by The Ian Fleming Estate, used under licence by Ian Fleming Publications Ltd
Polish edition copyright © 2026 Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
Polish translation copyright © 2026 Tomasz Konatkowski
Autorskie prawa osobiste twórcy zostały zachowane.
Tłumaczenie: Tomasz Konatkowski
Redakcja: Monika Orłowska
Korekta: Joanna Rodkiewicz
Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz
Skład i łamanie wersji do druku: Agnieszka Kielak
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384303047
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
