Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
15 osób interesuje się tą książką
JAMES BOND ZOSTAJE PODDANY PRÓBIE PRZEZ SOCJOPATYCZNEGO NAUKOWCA PROWADZĄCEGO NIEBEZPIECZNĄ INTRYGĘ.
M wysyła Bonda na Jamajkę, aby zbadał tajemnicze zniknięcie szefa tamtejszej ekspozytury MI6. Bond spodziewa się przyjemnego urlopu w ciepłym kraju, jednak gdy w swoim pokoju hotelowym odkrywa zabójczą skolopendrę, zdaje sobie sprawę, że nie ma mowy o wypoczynku.
Jeśli na wyspie dzieje się coś podejrzanego, trop nieuchronnie prowadzi do doktora Juliusa No, żyjącego w odosobnieniu megalomana, który zamiast dłoni ma stalowe szczypce. Aby poznać sekrety tajemniczego doktora, 007 musi skorzystać z pomocy miejscowego rybaka, Quarrela, oraz atrakcyjnej poławiaczki muszli, Honeychile Rider.
Cała trójka mierzy się z legendarnym potworem, w opowieściach okolicznych mieszkańców występującym jako „Smok”. Na koniec Bond przechodzi najbardziej morderczy test w życiu: musi pokonać tor przeszkód zaprojektowany osobiście przez Juliusa No. Sadystyczny doktor pragnie zmierzyć zdolność człowieka do znoszenia bólu…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 337
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
W SERII UKAŻĄ SIĘ:
Casino Royale
Żyj i pozwól umrzeć
Moonraker
Diamenty są wieczne
Pozdrowienia z Rosji
Doktor No
Goldfinger
Tylko dla twoich oczu
Operacja Piorun
Szpieg, który mnie kochał
W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości
Żyje się tylko dwa razy
Człowiek ze złotym rewolwerem
Ośmiorniczka / W obliczu śmierci
Okładka
Strona tytułowa
1. Słyszę cię głośno i wyraźnie
2. Wybór broni
O Autorze
Przypisy
Strona redakcyjna
Spis treści
Punktualnie o osiemnastej słońce po raz ostatni rozbłysło żółtym blaskiem i skryło się za grzbietem Gór Błękitnych, fala fioletowego cienia zalała Richmond Road, a świerszcze i rzekotki drzewne rozpoczęły swój koncert pełen świergotu i gdakania.
Jeśli nie liczyć gwaru owadów, na szerokiej, pustej ulicy było cicho. Majętni właściciele dużych willi cofniętych w głąb posesji – dyrektorzy banków, szefowie firm i wyżsi urzędnicy państwowi – już od siedemnastej byli w swoich domach i omawiali teraz z małżonkami przebieg dnia albo brali prysznic i przebierali się w wygodniejsze rzeczy. Za pół godziny, w porze koktajlu, zacznie tu ponownie tętnić życie, jednak na razie na tym bardzo ekskluzywnym półmilowym odcinku „Rich Road”, jak zwykli mawiać dostawcy towarów z Kingston, unosiły się tylko nastrój oczekiwania – niczym na pustej scenie w teatrze – oraz ciężki aromat otwierających się wieczorem kwiatów jaśminu.
Richmond Road to „najlepsza” ulica na Jamajce, tutejszy odpowiednik Park Avenue, Kensington Palace Gardens i avenue d’Iéna. „Najlepsi” obywatele mieszkają tu w wielkich staromodnych budynkach otoczonych akrem lub dwoma pięknie utrzymanego trawnika, na którym rozmieszczono, w nader starannie zaplanowany sposób, drzewa i kwiaty pochodzące z ogrodów botanicznych w Hope. Panują tu chłód i cisza – długa, prosta droga leży z dala od dusznych dzielnic Kingston z ich bezładną zabudową, czyli miejsc, w których mieszkańcy tej okolicy zarabiają na życie. U jej wylotu, na górze, po drugiej stronie skrzyżowania w kształcie litery T, znajdują się tereny King’s House, rezydencji zajmowanej przez gubernatora Jamajki i jego rodzinę. Trudno sobie wyobrazić, żeby jakaś ulica na wyspie kończyła się w bardziej spektakularny sposób.
Na wschodnim narożniku górnego skrzyżowania, pod numerem 1, stoi pokaźny piętrowy budynek z szerokimi, malowanymi na biało werandami otaczającymi obie kondygnacje. Od drogi do wspartego na kolumnach portyku nad wejściem prowadzi żwirowa ścieżka. Biegnie przez rozległe trawniki z wytyczonymi kortami tenisowymi i tego wieczoru, zresztą podobnie jak każdego innego, pracowały na nich zraszacze. Gmach stanowi towarzyską mekkę całej stolicy. To Queen’s Club, który od pięćdziesięciu lat słynie z wagi i bezwzględności tajnych głosowań nad przyjęciem nowych członków.
Można się było obawiać, że tego rodzaju oazy konserwatyzmu nie mają przed sobą długiej przyszłości na dzisiejszej Jamajce. Pewnego dnia ktoś powybija wszystkie okna w Queen’s Club, a być może nawet spali doszczętnie cały budynek, jednak na razie należało się cieszyć z obecności na podzwrotnikowej wyspie takiego miejsca – dobrze zarządzanego, zatrudniającego kompetentny personel i mogącego się pochwalić najlepszą kuchnią oraz najlepiej zaopatrzoną piwniczką na Karaibach.
O tej porze przez większość dni w roku na jezdni przed wejściem parkowały cztery samochody, zawsze te same. Należały do uczestników rozgrywek brydżowych o wysokie stawki, którzy spotykali się punktualnie o siedemnastej i grali mniej więcej do północy. Właściwie można było regulować zegarki według godziny przyjazdu tych aut. Były własnością – w kolejności, w jakiej stały przy krawężniku – brygadiera dowodzącego zachodnioindyjskimi siłami obronnymi, czołowego specjalisty od prawa karnego w Kingston oraz profesora wydziału matematyki stołecznego uniwersytetu. Na końcu szeregu znajdował się czarny Sunbeam Alpine komandora podporucznika Królewskiej Marynarki Wojennej (w stanie spoczynku), Johna Strangwaysa, regionalnego oficera odpowiedzialnego za obszar Karaibów – czyli mówiąc nieco bardziej wprost, miejscowego rezydenta brytyjskiej Tajnej Służby Wywiadowczej.
Tuż przed osiemnastą piętnaście ciszę na Richmond Road zakłócił jakiś niezbyt natarczywy odgłos. Zza rogu skrzyżowania wychynęli trzej niewidomi żebracy i powoli ruszyli trotuarem w kierunku czterech samochodów. Byli to Chigros – potomkowie chińskich i czarnych rodziców – postawni mężczyźni, którzy jednak człapali z pochylonymi głowami, postukując białymi laskami o krawężnik. Maszerowali gęsiego. Jeden z nich nosił okulary wyposażone w niebieskie szkła i prawdopodobnie miał lepszy wzrok niż jego koledzy – szedł na czele grupy, ściskając w lewej dłoni przy zgięciu laski blaszany kubek. Na ramieniu pierwszego spoczywała prawa dłoń drugiego człowieka, zaś na jego ramieniu prawa dłoń trzeciego. Drugi i trzeci żebrak szli z zamkniętymi oczami. Wszyscy byli odziani w łachmany, a na głowach mieli brudne czapeczki baseballowe z włókna palmowego, z długimi daszkami. Kiedy niespiesznie zmierzali ocienionym chodnikiem ku rządkowi aut, nie odzywali się ani słowem i nie wydawali żadnych dźwięków, jeśli nie liczyć cichego stukania lasek o bruk.
Widok trzech ociemniałych mężczyzn nie byłby niczym osobliwym w centrum Kingston, gdzie na ulicach można spotkać wielu chorych ludzi, jednak w tej spokojnej, bogatej okolicy robił nieprzyjemne wrażenie. Poza tym dość dziwne, że wszyscy byli Afroazjatami. To rzadko spotykane połączenie ras.
Tymczasem w sali gier opalona dłoń sięgnęła na środek zielonego kręgu głównego stolika, by zebrać cztery karty. Rozległ się cichy szmer, kiedy kolejna wziątka dołączyła do pozostałych.
– Sto punktów za koronkę – oznajmił Strangways – i dziewięćdziesiąt pod kreską. – Spojrzał na zegarek i uniósł się z miejsca. – Wrócę za dwadzieścia minut. Teraz ty rozdajesz, Bill. Zamów coś do picia. Dla mnie to co zwykle. I nie próbuj układać mi ręki! Pamiętaj, że potrafię się zorientować.
Bill Templar, brygadier, parsknął śmiechem. Brzęknął leżącym obok dzwonkiem, po czym zgarnął wszystkie karty.
– Tylko się pospiesz, do cholery! – powiedział. – Zawsze gasisz rozgrywkę akurat wtedy, kiedy twojemu partnerowi zaczyna dobrze iść.
Strangways był już jednak za drzwiami. Trzej mężczyźni z rezygnacją rozsiedli się na krzesłach. Gdy zbliżył się kolorowy steward, zamówili drinki, poprosili też o whisky z wodą dla Strangwaysa.
Taka nad wyraz irytująca przerwa zdarzała się codziennie o osiemnastej piętnaście, mniej więcej w połowie drugiego robra. Dokładnie o tej porze Strangways – czasami nawet w trakcie rozdania – musiał udać się „do biura”, żeby z kimś „przeprowadzić rozmowę”. Fakt, paskudnie uciążliwy zwyczaj, jednak ponieważ komandor był niezastąpionym członkiem ich czwórki, jakoś to znosili. Nigdy nie wyjaśnił, na czym polega ta rozmowa, zresztą nikt go o to nie dopytywał. Praca Strangwaysa kwalifikowała się jako „tajne przez poufne”, i to wystarczyło. Rzadko się zdarzało, żeby znikał na dłużej niż dwadzieścia minut, no i wszyscy wiedzieli, że musi zrewanżować się za swoją nieobecność postawieniem następnej kolejki.
Przyniesiono drinki i trzej gracze zaczęli dyskutować o wyścigach konnych.
W rzeczywistości był to najważniejszy moment w rozkładzie dnia Johna Strangwaysa – pora obowiązkowego kontaktu radiowego z potężnym nadajnikiem zamontowanym na dachu budynku w londyńskim Regent’s Park, siedziby Tajnej Służby Wywiadowczej. Codziennie o osiemnastej trzydzieści czasu miejscowego – o ile nie uprzedził dzień wcześniej, że nie będzie mógł nawiązać połączenia, na przykład w związku z zadaniami realizowanymi na innej wyspie wchodzącej w skład jego obszaru odpowiedzialności albo z powodu poważnej choroby – Strangways przesyłał bieżący raport i odbierał polecenia od centrali. Jeśli nie był dostępny punktualnie o wpół do siódmej, podejmowano kolejną próbę wywołania pół godziny później, tak zwany niebieski kontakt, a potem – o wpół do ósmej – czerwony. Jeśli jego radiostacja nadal milczała, zachodziła sytuacja nadzwyczajna, a wówczas sekcja C, której nadzorowi podlegał w Londynie, niezwłocznie rozpoczynała procedurę ustalenia, co się stało z jej człowiekiem.
Nawet „niebieskie” połączenie oznaczało wpisanie do akt agenta negatywnej oceny, chyba że przedstawione przez niego na piśmie „przyczyny opóźnienia” nie budziły żadnych wątpliwości. Harmonogram łączności radiowej Londynu z placówkami na świecie był niesłychanie napięty, więc również taką drobną korektę związaną z dodatkową próbą kontaktu uznawano za niebezpieczne zakłócenie. Strangways nigdy dotąd nie splamił honoru koniecznością „niebieskiego” wywołania, nie mówiąc już o „czerwonym”, i był przekonany, że nigdy do czegoś podobnego nie dojdzie. Każdego wieczoru dokładnie o osiemnastej piętnaście wychodził z Queen’s Club, wsiadał do samochodu i jechał ku podnóżom Gór Błękitnych do swojego eleganckiego bungalowu, z którego werandy rozciągała się wspaniała panorama portu w Kingston. O osiemnastej dwadzieścia pięć przemierzał przedpokój, kierując się do gabinetu na tyłach budynku. Otwierał drzwi, wchodził do wnętrza i ponownie zamykał pomieszczenie na klucz. W środku czekała już panna Trueblood, która odgrywała rolę jego sekretarki, choć tak naprawdę była jego zastępczynią, a do niedawna pełniła służbę w WRNS w randze odpowiadającej komandorowi porucznikowi. Siedziała ze słuchawkami na uszach przed panelem urządzenia ukrytego w atrapie szafy na dokumenty i nawiązywała kontakt z Londynem, wystukując na częstotliwości czternastu megaherców sygnał wywoławczy przełożonego, czyli WXN. Na jej eleganckich kolanach spoczywał blok stenograficzny. Strangways zasiadał na krześle obok niej i zakładał drugą parę słuchawek, a równo o osiemnastej dwadzieścia osiem przejmował nadawanie i czekał na moment głuchej ciszy w eterze oznaczający, że za chwilę WWW w Londynie zgłosi się z potwierdzeniem odbioru.
To była żelazna procedura. Strangways w ogóle był zwolennikiem żelaznego rygoru. Niestety ściśle przestrzegane wzorce zachowania mogą okazać się zabójcze, jeśli zostaną rozszyfrowane przez wroga.
Strangways – wysoki, szczupły mężczyzna z czarną opaską na prawym oku, o ostrych rysach i specyficznej urodzie, która dobrze by się sprawdziła na mostku kapitańskim jakiegoś niszczyciela – szybkim krokiem przeszedł przez wyłożony mahoniową boazerią hol Queen’s Club, pchnął lekkie drzwi z moskitierą i zbiegł po trzech stopniach na ścieżkę.
Niewiele rzeczy zaprzątało w tym momencie jego umysł, nie licząc fizycznej przyjemności, jaką dawało oddychanie wieczornym powietrzem, czystym i rześkim, a także wspomnienia impasu, dzięki któremu zdołał ugrać trzy piki. No i była jeszcze ta sprawa, ma się rozumieć – sprawa, którą się właśnie zajmował – dziwaczna i skomplikowana historia wrzucona mu przez M w dość nonszalancki sposób w trakcie kontaktu radiowego przed dwoma tygodniami. Dochodzenie posuwało się jednak naprzód. Przypadkowy trop prowadzący do miejscowej społeczności Chińczyków przyniósł po zbadaniu pewne rezultaty. Wyszło na jaw kilka niezwykłych powiązań – w zasadzie na razie chodziło jedynie o nikłe ślady powiązań – jednak jeśli nabiorą realnych kształtów – myślał Strangways, maszerując żwirową ścieżką ku Richmond Road – może to oznaczać, że wplątał się w naprawdę osobliwą aferę.
Wzruszył ramionami. Oczywiście nic takiego nie miało prawa się wydarzyć. W jego branży fantastyczne hipotezy nie materializowały się nigdy, na pewno znajdzie się jakieś strasznie nudne wyjaśnienie tych opowieści podkolorowanych przez rozpaloną wyobraźnię i histerię, której zazwyczaj ulegali Chińczycy.
Drugą częścią umysłu Strangways automatycznie odnotował obecność trzech niewidomych mężczyzn, którzy zbliżali się do niego powoli, stukając laskami o trotuar. Znajdowali się teraz w odległości mniej więcej dwudziestu jardów. Obliczył, że miną go sekundę albo dwie przed tym, jak dotrze do samochodu. Powodowany wyrzutami sumienia i poczuciem wdzięczności za swój stan zdrowia, wymacał w kieszeni monetę. Przesunął kciukiem wzdłuż brzegu, żeby sprawdzić, czy to na pewno dwuszylingówka, a nie pens. Wyjął ją i po chwili zrównał się z grupą żebraków. O dziwo, wszyscy byli Chigrosami. Doprawdy, bardzo to dziwne! Wyciągnął rękę i moneta zabrzęczała w blaszanym kubku.
– Bóg zapłać, łaskawy panie – powiedział człowiek idący na przedzie.
– Bóg zapłać – powtórzyli dwaj pozostali.
Strangways trzymał już w dłoni kluczyki do samochodu. Z roztargnieniem zarejestrował moment, w którym ustał stukot białych lasek i zapadła cisza. Było już jednak za późno.
Kiedy minął ostatniego mężczyznę, wszyscy trzej obrócili się na pięcie. Dwaj idący z tyłu rozstąpili się na boki, żeby mieć swobodne pole ostrzału. Trzy rewolwery z niezgrabnymi, grubymi jak serdelki tłumikami zostały błyskawicznie wyciągnięte z kabur ukrytych w łachmanach. Trzej strzelcy z metodyczną precyzją wycelowali broń w różne punkty przy kręgosłupie Strangwaysa – jeden między łopatkami, jeden powyżej kości krzyżowej, jeden na wysokości miednicy.
Trzy ostre kaszlnięcia niemal zlały się w jeden odgłos. Ciało Strangwaysa poleciało do przodu, jak gdyby ktoś wymierzył mu kopniaka. Po chwili leżało w całkowitym bezruchu, otoczone niewielkim obłokiem pyłu, który wzbił się z chodnika.
Była osiemnasta siedemnaście. Zmotoryzowany karawan, ozdobiony w czterech narożnikach dachu czarnymi pióropuszami, wjechał z piskiem opon na skrzyżowanie, skręcił w Richmond Road i pomknął ku grupce ludzi na trotuarze. Trzej żebracy zdążyli dźwignąć ciało Strangwaysa i w tym momencie pojazd zatrzymał się z poślizgiem tuż obok nich. Podwójne drzwi z tyłu były już otwarte, podobnie jak stojąca w środku prosta drewniana trumna. Mężczyźni wsunęli zwłoki do wnętrza i wepchnęli je do trumny, a potem sami wspięli się na platformę. Zatrzasnęli wieko, zamknęli za sobą drzwi i zajęli trzy z czterech niedużych siedzeń rozmieszczonych w kątach, po czym bez pośpiechu odłożyli białe laski. Nad siedzeniami wisiały obszerne czarne peleryny z alpaki i żebracy narzucili je na swoje obdarte ubrania. Następnie wszyscy zdjęli czapki baseballowe i podnieśli z podłogi czarne cylindry, by włożyć je na głowy.
Kierowca, również Afroazjata, nerwowo obejrzał się przez ramię.
– Jedź, człowieku, jedź! – rzucił najwyższy z zabójców. Zerknął na fosforyzującą tarczę zegarka. Była osiemnasta dwadzieścia. Robota wykonana w trzy minuty. Ściśle według planu.
Karawan z godnością zawrócił na jezdni i w statecznym tempie ruszył w stronę skrzyżowania, a gdy tam dotarł, skręcił w prawo i z prędkością trzydziestu mil na godzinę dostojnie potoczył się asfaltową szosą ku wzgórzom. Powiewające pióropusze stanowiły smutne świadectwo jego zawartości. Trzej żałobnicy siedzieli sztywno wyprostowani, z rękami splecionymi na sercu w pełnym szacunku geście.
WXN wzywa WWW… WXN wzywa WWW… WXN… WXN… WXN…
Środkowy palec prawej dłoni Mary Trueblood miękko i elegancko stukał w klucz telegraficzny. Mary uniosła lewe przedramię. Spóźniał się o minutę. Uśmiechnęła się, gdy pomyślała o małym odkrytym Sunbeamie, który pędził teraz ku niej szosą. Za chwilę, lada moment, usłyszy szybkie kroki i odgłos klucza w zamku, a potem szef zasiądzie na sąsiednim miejscu. Kiedy sięgnie po słuchawki, na jego twarzy pojawi się przepraszający uśmiech. „Przykro mi, Mary, ten cholerny wóz nie chciał zapalić”. Albo: „Durni gliniarze chyba powinni w końcu zapamiętać mój numer. Zatrzymali mnie w Half Way Tree”. Mary Trueblood wzięła drugą parę słuchawek i położyła ją na jego krześle, żeby zaoszczędził przynajmniej pół sekundy.
WXN wzywa WWW… WXN wzywa WWW…
Przesunęła pokrętło o ułamek obrotu i ponownie spróbowała nawiązać połączenie. Jej zegarek pokazywał osiemnastą dwadzieścia dziewięć. Poczuła niepokój. Londyn powinien zgłosić się już za parę sekund. Boże! – pomyślała nagle. Co mam zrobić, jeśli Strangways nie pojawi się na czas?
Potwierdzenie odbioru i udawanie przełożonego nie miało sensu, a do tego było ryzykowne. Służba bezpieczeństwa radiowego na pewno będzie prowadziła nasłuch połączenia, bo przecież monitoruje każdy kontakt z agentem. Specjalne przyrządy, które mierzą nawet najdrobniejsze odstępstwa od tak zwanej ręki operatora, od razu wykryją, że klucz naciska inna osoba. Mary Trueblood miała kiedyś okazję zobaczyć całą baterię urządzeń stojących w cichym pomieszczeniu na najwyższym piętrze budynku centrali. Obserwowała roztańczone wskazówki rejestrujące natężenie każdego impulsu, szybkość przesyłania poszczególnych grup znaków szyfrogramu, chwile zawahania przy konkretnych literach. Pięć lat temu, kiedy rozpoczęła pracę w sekcji do spraw Karaibów, inspektor nadzoru wszystko jej wytłumaczył – wyjaśnił, że jeśli transmisję rozpocznie niewłaściwy operator, rozlegnie się ostrzegawczy brzęczyk. Było to podstawowe zabezpieczenie, na wypadek gdyby nadajnik Tajnej Służby Wywiadowczej wpadł w ręce wroga. W sytuacji gdy agent dostał się do niewoli i torturami został zmuszony do nawiązania kontaktu z Londynem, wystarczyło, że dodał do wiadomości kilka drobnych anomalii w porównaniu ze swoją standardową „ręką”, a informacja o jego pojmaniu docierała do odbiorców równie wyraźnie, jak gdyby ogłosił to otwartym tekstem.
Teraz, już! Słyszała głuchą ciszę w eterze oznaczającą, że za chwilę zgłosi się Londyn. Znów zerknęła na zegarek. Osiemnasta trzydzieści. Wpadła w panikę. Na szczęście w końcu w przedpokoju rozległy się kroki. Dzięki Bogu! Wejdzie tutaj dosłownie za sekundę. Trzeba go za wszelką cenę ochronić przed konsekwencjami! W rozpaczy postanowiła zaryzykować i nie przerywać łączności.
WWW wzywa WXN… WWW wzywa WXN… Jak mnie słyszysz? Jak mnie słyszysz?
Sygnał z Londynu był mocny, nadawca czekał na odzew jamajskiej radiostacji.
Kroki dotarły już do drzwi.
Spokojnie, pewną ręką wystukała: Słyszę cię głośno i wyraźnie… Słyszę cię głośno i wyraźnie… Słyszę cię…
Za jej plecami rozległ się wybuch i coś uderzyło ją w kostkę. Skierowała wzrok w dół. To był zamek wyrwany z drzwi.
Obróciła się gwałtownie na krześle. Na progu stał mężczyzna – nie Strangways, tylko wielki Murzyn o żółtawej cerze i skośnych oczach. W dłoni trzymał rewolwer zakończony grubym czarnym walcem.
Mary Trueblood otworzyła usta do krzyku.
Nieznajomy uśmiechnął się szeroko. Powoli, z namaszczeniem uniósł broń i strzelił trzy razy, celując w okolice lewej piersi dziewczyny.
Mary zwaliła się z krzesła. Spadła na bok i słuchawki zsunęły się z jej złotych włosów na podłogę. Przez jakąś sekundę dobiegał z nich delikatny świergot sygnału z Londynu. Nagle umilkł. Brzęczyk na biurku inspektora nadzoru w siedzibie służby bezpieczeństwa radiowego musiał zasygnalizować, że pojawił się problem w komunikacji z WXN.
Zabójca wyszedł z gabinetu. Wrócił po chwili, niosąc pudło z kolorową etykietą opatrzoną napisem presto fire oraz duży worek po cukrze z nazwą tate & lyle. Odstawił pudło na podłogę, zbliżył się do zwłok i wepchnął głowę Mary do worka, po czym ściągnął go aż do jej kostek. Stopy wciąż wystawały, więc zgiął jej nogi i wcisnął je do środka. Wytaszczył pokaźny pakunek do przedpokoju i znowu wkroczył do gabinetu. W kącie znajdował się otwarty sejf, wyjęto z niego wcześniej książki szyfrów, które leżały teraz na biurku przygotowane do odkodowywania wiadomości z Londynu. Mężczyzna rzucił je na środek pomieszczenia wraz z resztą dokumentów. Następnie zerwał zasłony i również cisnął je na stos, a na jego szczycie umieścił jeszcze parę krzeseł. Otworzywszy opakowanie podpałki Presto, wyjął z niego kilka sztuk i wetknął je w stertę, a potem przyłożył do nich ogień. Skierował się do przedpokoju, gdzie rozpalił w odpowiednich miejscach podobne ogniska. Zeschnięte meble szybko się zajęły i po chwili płomienie zaczęły lizać boazerię na ścianach. Zabójca podszedł do frontowych drzwi i je otworzył. Za żywopłotem z hibiskusa dostrzegł błysk nadwozia karawanu. Nie docierały tu żadne dźwięki, jeśli nie liczyć cykania świerszczy i cichego terkotu pracującego na jałowym biegu silnika. Na drodze nie było żywego ducha, ani z lewej, ani z prawej strony. Mężczyzna wrócił do wypełnionego dymem przedpokoju, bez trudu zarzucił worek na ramiona, a potem znowu wyszedł, zostawiając za sobą otwarte drzwi, żeby zapewnić dopływ powietrza. Szybkim krokiem pomaszerował ścieżką do drogi. Tylne drzwi wozu były otwarte. Wsunął do środka worek i patrzył, jak dwaj pozostali wpychają go do trumny, przykrywając ciało Strangwaysa. W końcu wsiadł, zatrzasnął drzwi i zająwszy swoje miejsce, włożył cylinder.
Kiedy w górnych oknach bungalowu pokazały się pierwsze płomienie, karawan niespiesznie odjechał od trotuaru, by kontynuować podróż w górę, w kierunku zbiornika wodnego Mona. Obciążona trumna powinna się tam zsunąć do gotowego grobowca o głębokości pięćdziesięciu sążni. Minie zaledwie czterdzieści pięć minut od początku akcji, a po załodze i archiwach karaibskiej placówki Tajnej Służby Wywiadowczej nie pozostanie żaden ślad.
Trzy tygodnie później marzec zakradł się do Londynu niczym grzechotnik.
Już bladym świtem pierwszego dnia miesiąca grad i marznący deszcz ze śniegiem – niesione przez wicher o sile ośmiu stopni w skali Beauforta – wściekle rzuciły się na miasto i nie zaprzestały ataków, gdy ludzie z rezygnacją ruszyli do pracy. Burza smagała im nogi przemoczonymi połami płaszczy przeciwdeszczowych, a twarze poczerwieniały z zimna.
Dzień był paskudny, twierdzili tak wszyscy – również M, który rzadko zauważał istnienie czegoś takiego jak pogoda, nawet w jej najbardziej ekstremalnym wydaniu. Kiedy stary czarny Rolls-Royce Silver Wraith z zupełnie normalnymi tablicami rejestracyjnymi zatrzymał się przed wysokim gmachem stojącym w Regent’s Park i M sztywno wydostał się na trotuar, kulki gradu uderzyły go w twarz jak drobiny śrutu. Nie pospieszył jednak do budynku, tylko powoli obszedł samochód i zbliżył się do szyby po stronie kierowcy.
– Nie będę już dziś potrzebował wozu, Smith. Zabierzcie go i wróćcie do domu. Wieczorem skorzystam z metra. To nie jest pogoda na prowadzenie auta. Gorsza niż podczas arktycznych konwojów PQ.
Smith, były główny palacz okrętowy, uśmiechnął się z wdzięcznością.
– Tak jest! Dziękuję, sir. – Patrzył, jak wyprostowana, niemłoda już postać przechodzi przed maską Rollsa, przemierza trotuar i kieruje się do budynku. Jeden ze starej gwardii, zawsze myśli przede wszystkim o swoich ludziach. Smith wrzucił pierwszy bieg i odjechał, usiłując zobaczyć cokolwiek przez zalaną wodą przednią szybę. Tak, coraz trudniej spotkać takiego człowieka.
M dotarł windą na ósme piętro i pomaszerował pokrytym grubą wykładziną korytarzem do drzwi swojego gabinetu. Wszedł i zamknął je za sobą, po czym zdjął płaszcz oraz szalik i powiesił je w przedsionku. Wyciągnął z kieszeni dużą chustkę – jedwabną, w kolorze niebieskim – i energicznie przetarł twarz. Może to dziwne, ale nie miał zamiaru tego robić w obecności portierów ani windziarza. Zbliżył się do biurka, usiadł na krześle i pochylił się w stronę interkomu. Nacisnął przełącznik.
– Już jestem, panno Moneypenny. Poproszę o szyfrogramy i wszystko, co poza tym ma pani dla mnie. Potem niech mnie pani połączy z sir Jamesem Molonym. Mniej więcej o tej porze powinien kończyć obchód w szpitalu St Mary’s. Proszę też przekazać szefowi sztabu, że za pół godziny spotkam się z zero zero siedem. I chciałbym też dostać akta Strangwaysa. – Poczekał, aż rozlegnie się wyrecytowana metalicznym głosem odpowiedź „Dobrze, sir”, po czym puścił przełącznik.
Oparł się wygodniej na krześle, sięgnął po fajkę i zaczął ją w zamyśleniu nabijać. Nie uniósł głowy, kiedy sekretarka weszła ze stosem dokumentów, zignorował nawet kilka różowych formularzy depesz opatrzonych klauzulą „bardzo pilne”. Gdyby rzeczywiście chodziło o sprawy niecierpiące zwłoki, ktoś zadzwoniłby do niego w nocy.
Na interkomie zamigotało żółte światełko. M podniósł słuchawkę czarnego aparatu, jednego z czterech stojących w rzędzie.
– Czy to pan, sir Jamesie? Czy znalazłby pan dla mnie pięć minut?
– Dla pana nawet sześć. – Po drugiej stronie linii rozległ się śmiech słynnego neurologa. – Czyżby chciał pan zweryfikować stan zdrowia jednego z ministrów Jej Królewskiej Mości?
– Nie, nie dzisiaj. – M z irytacją zmarszczył brwi. Stary marynarz zawsze odnosił się z szacunkiem do kolejnych rządów. – Chodzi mi o człowieka, którym się pan zajmował. Mniejsza o nazwisko, jesteśmy na otwartej linii. Jak rozumiem, wczoraj został wypisany. Czy pańskim zdaniem jest zdolny do służby?
W słuchawce na moment zapadła cisza. Kiedy lekarz się odezwał, przemawiał profesjonalnym, rzeczowym tonem.
– Pod względem fizycznym jest zdrów jak ryba. Rana na nodze się zagoiła i nie powinno dojść do żadnych komplikacji. Tak, odzyskał siły. – Nastąpiła kolejna pauza. – Jest tylko jedna sprawa, M. Przyznam, że wyczuwam w nim sporo napięcia. Zmusza pan swoich ludzi do poważnego wysiłku. Czy na początek mógłby pan przydzielić mu jakieś łatwe zadanie? Sądząc po tym, co od pana usłyszałem, już od dobrych paru lat życie doświadcza go dość mocno.
– Za to mu właśnie płacimy – zauważył szorstko M. – Wkrótce się okaże, czy nadaje się do pracy. Nie byłby pierwszym agentem, który nie wytrzymał napięcia, jednak wziąwszy pod uwagę to, co pan mówi, wnioskuję, że jest w świetnej formie. Przecież nie odniósł naprawdę poważnych urazów, w odróżnieniu od paru pacjentów, których wcześniej miałem okazję do pana skierować. Ludzi naprawdę solidnie pokiereszowanych.
– Oczywiście tak, jeśli spojrzymy na to w ten sposób. Jednak cierpienie to osobliwa kwestia. Niewiele o nim wiemy. Nie potrafimy go zmierzyć, nie umiemy określić różnicy między bólem odczuwanym przez kobietę w trakcie porodu i mężczyznę dotkniętego atakiem kolki nerkowej. Dzięki Bogu nasze ciała dość szybko zapominają. Tyle że ten pański człowiek przeżył prawdziwy ból. M. Nawet jeśli nie odniósł trwałych obrażeń, proszę nie myśleć, że…
– Jasne, jasne. – Bond popełnił błąd i za niego zapłacił. Poza tym M nie lubił, kiedy ktoś pouczał go, w jaki sposób powinien prowadzić swoich agentów, nawet jeśli robił to jeden z najsławniejszych lekarzy na świecie. Na dodatek w głosie sir Jamesa Molony’ego pobrzmiewał krytyczny ton. – Czy obiło się panu o uszy nazwisko Steincrohn? – zapytał opryskliwie M. – Doktor Peter Steincrohn?
– Nie. Któż to taki?
– Amerykański lekarz. Napisał książkę, którą moi współpracownicy z Waszyngtonu sprowadzili do naszej biblioteki. Zastanawia się w niej, jak wiele jest w stanie znieść ludzkie ciało. Przedstawia też listę organów, bez których może się obejść przeciętny człowiek. Przyznam, że przepisałem ją sobie, na wypadek gdyby miała się przydać. Czy chciałby pan ją poznać? – M sięgnął do kieszeni marynarki, by wydobyć z niej kilka listów i skrawków papieru. Ułożył je przed sobą na biurku, lewą dłonią wybrał jedną z kartek, a następnie ją rozprostował. Nie przejął się ciszą po drugiej stronie linii. – Halo, sir Jamesie! Proszę bardzo, oto ona: „woreczek żółciowy, śledziona, migdałki, wyrostek robaczkowy, jedna z dwu nerek, jedno z dwóch płuc, dwie z czterech albo pięciu kwart krwi, dwie piąte wątroby, większa część żołądka, cztery z dwudziestu trzech stóp jelit i połowa mózgu”. – M poczekał chwilę. Ponieważ w słuchawce nadal panowała cisza, zapytał: – I co pan o tym sądzi, sir Jamesie?
Tym razem rozległo się niezdecydowane chrząknięcie.
– Dziwne, że nie wymienił ręki ani nogi, mógł zresztą wspomnieć o wszystkich kończynach. Nie bardzo rozumiem, co pan próbuje mi teraz udowodnić.
M roześmiał się oschle.
– Nie próbuję niczego udowadniać, sir Jamesie – powiedział. – Po prostu uznałem tę listę za interesującą. Staram się tylko dać do zrozumienia, że los obszedł się z moim podwładnym dość łaskawie, wziąwszy pod uwagę, co mogło go spotkać. Jednak nie kłóćmy się już o to – dodał nieco łagodniejszym tonem. – Tak się składa, że rzeczywiście miałem zamiar dać mu chwilę wytchnienia. Coś wydarzyło się na Jamajce. – M zerknął na ociekające wodą szyby. – Będzie to raczej urlop wypoczynkowy niż misja. Dwoje moich ludzi, mężczyzna i kobieta, opuściło razem placówkę, a przynajmniej tak to obecnie wygląda. Nasz znajomy może odegrać rolę prywatnego detektywa i przy okazji zaznać trochę słońca. Co pan o tym sądzi?
– Znakomity pomysł. W taki dzień jak dziś sam bym chętnie przyjął to zlecenie. – Sir James Molony uznał, że do rozmówcy powinno dotrzeć to, co zamierzał mu przekazać. – Proszę nie myśleć, M, że chcę się wtrącać w pańskie kompetencje – podjął łagodnym tonem – ale ludzka odwaga ma pewne granice. Wiem, że musi pan traktować agentów jak materiał i tak spisany na straty, chociaż prawdopodobnie wolałby pan, żeby nie załamali się w nieodpowiednim momencie. Ten, którym się zajmowałem, jest naprawdę wytrzymały. Moim zdaniem będzie pan jeszcze miał z niego dużo pożytku. Jednak wie pan przecież, co na temat odwagi napisał lord Moran w swojej książce.
– Nie przypominam sobie.
– Twierdzi, że odwaga to pewien kapitał, którego wielkość należy pomniejszyć o wydatki. Zgadzam się z nim. Staram się tylko powiedzieć, że ten konkretny człowiek zdążył się już pozbyć sporej części swojego kapitału, a zaczął go wydawać jeszcze przed wojną. Nie sądzę, żeby przekroczył limit. Na razie do tego nie doszło, istnieją jednak pewne granice.
– Istotnie. – M uznał, że pora zakończyć tę dyskusję. W dzisiejszych czasach wszędzie wkradał się brak zdecydowania. – Właśnie dlatego wysyłam go za granicę. Spędzi wakacje na Jamajce. Niech pan się nie obawia, sir Jamesie, zatroszczę się o niego. A tak przy okazji, czy udało się wam ustalić, jakie świństwo zaaplikowała mu ta Rosjanka?
– Wczoraj dostałem odpowiedź. – Sir James Molony również był zadowolony ze zmiany tematu. Stary okazał się równie bezwzględny jak dzisiejsza pogoda. Ciekawe, czy udało się coś wbić do tego zakutego łba. – Zajęło nam to trzy miesiące, a odkrycia dokonał pewien bystry kolega ze Szkoły Medycyny Tropikalnej. To trucizna fugu, używają jej Japończycy, którzy chcą popełnić samobójstwo. Jej źródłem są organy płciowe tamtejszej ryby, kolcobrzucha. Na Rosjan można liczyć, zawsze znajdą coś, o czym nikt wcześniej nie słyszał. Równie dobrze mogli użyć kurary, która działa w bardzo podobny sposób: powoduje porażenie ośrodkowego układu nerwowego. Naukowa nazwa fugu brzmi „tetrodotoksyna”. Potworne paskudztwo, a do tego działa bardzo szybko. Wystarczy jedna dawka, taka, jaką przyjął pański człowiek, i w ciągu paru sekund dochodzi do paraliżu mięśni ruchowych i oddechowych. Początkowo ofiara widzi podwójnie, potem nie jest już w stanie otworzyć powiek. Później traci zdolność do przełykania. Głowa opada i nie daje się już jej unieść. Następuje zgon z powodu porażenia układu oddechowego.
– Na szczęście zdołał się z tego wydostać.
– To prawdziwy cud. Wszystko dzięki temu Francuzowi, który mu towarzyszył. Ułożył go na podłodze i zastosował sztuczne oddychanie, jak gdyby chodziło o topielca. Jakoś udało mu się podtrzymać pracę płuc do chwili przybycia lekarza, który na szczęście pracował kiedyś w Ameryce Południowej. Zdiagnozował zatrucie kurarą i podjął odpowiednie kroki. Tak naprawdę mieliśmy jedną szansę na milion. A skoro o tym rozmawiamy, co się stało z tą Rosjanką?
– Och, już zmarła – rzucił szybko M. – No cóż, bardzo panu dziękuję, sir Jamesie. I proszę się nie obawiać o swojego pacjenta. Dopilnuję, żeby nie miał większych problemów. Do usłyszenia.
M odłożył słuchawkę. Jego twarz była teraz chłodna, pozbawiona emocji. Przysunął skoroszyt z szyfrogramami i szybko przejrzał jego zawartość. Na niektórych blankietach zrobił dopiski, odbył też kilka krótkich rozmów telefonicznych z różnymi sekcjami. Kiedy skończył, wrzucił akta do koszyczka z korespondencją wychodzącą i sięgnął po fajkę oraz pojemnik na tytoń wykonany z dolnej części czternastofuntowego pocisku artyleryjskiego. Na blacie została tylko szara teczka z czerwoną gwiazdą oznaczającą materiały ściśle tajne. Pośrodku okładki drukowanymi literami wypisano tytuł sekcja ds. karaibów, a poniżej pochyłym pismem dodano Strangways i Trueblood.
Na interkomie znów zamigotała lampka. M nacisnął przełącznik.
– Tak?
– Jest już zero zero siedem, sir.
– Niech wejdzie. I proszę powiedzieć zbrojmistrzowi, żeby pojawił się u mnie za pięć minut.
M odchylił się na krześle. Włożył fajkę w usta i przytknął do niej zapałkę. Przez chmurę dymu zaczął się wpatrywać w drzwi gabinetu sekretarki bardzo przenikliwym, czujnym wzrokiem.
James Bond wszedł do pomieszczenia i zamknął za sobą drzwi. Zbliżył się do biurka i zasiadł na krześle naprzeciw M.
– Dzień dobry, zero zero siedem.
– Dzień dobry, sir.
W pokoju przez chwilę słychać było jedynie chrapliwy odgłos pociągania z fajki. M musiał zużyć sporo zapałek, żeby podtrzymać żar. W tle rozbrzmiewał szum nawałnicy siekącej lodowymi pazurami dwa szerokie okna.
Wszystko wyglądało tak, jak Bond zapamiętał, a wracał do tego myślami w ciągu wielu miesięcy, w których był przerzucany ze szpitala do szpitala, w ciągu ponurych tygodni rekonwalescencji, podczas ciężkiej pracy związanej z odzyskiwaniem sprawności przez jego ciało. Doszedł do wniosku, że wreszcie stanął na nogi. Zajęcie miejsca w tym gabinecie naprzeciwko M było oznaką normalności, za którą tęsknił. Popatrzył przez kłęby dymu w bystre szare oczy. Obserwowały go. Co go teraz czekało? Analiza przyczyn katastrofy, którą zakończyła się jego ostatnia sprawa? Szybkie zesłanie do jednego z wydziałów krajowych, gdzie przez pewien czas będzie musiał pracować przy biurku? A może jakieś wspaniałe nowe zadanie, które M odłożył na później w oczekiwaniu na gotowość Bonda do służby?
M rzucił pudełko zapałek na pokryty czerwoną skórą blat. Odchylił się do tyłu i splótł dłonie za głową.
– No i jak się czujesz? Cieszysz się, że wróciłeś?
– Bardzo się cieszę, sir. I czuję się dobrze.
– Czy masz jeszcze jakieś przemyślenia na temat ostatniej sprawy? Nie chciałem cię tym męczyć, dopóki nie dojdziesz do siebie. Słyszałeś już, że zarządziłem dochodzenie. Zdaje się, że szef sztabu prosił cię o złożenie zeznania. Chciałbyś do tego coś dodać?
M przemawiał rzeczowym, chłodnym tonem. Bondowi niezbyt się to spodobało. Wiedział, że czeka go coś nieprzyjemnego.
– Nie, sir. To była porażka. Czuję się winny, że dałem się tej kobiecie tak podejść. To nie powinno było się wydarzyć.
M opuścił ręce i pochyliwszy się, położył je płasko na biurku. Patrzył surowo na podwładnego.
– Istotnie. – W miękkim głosie czaiła się groźba. – Jeśli dobrze pamiętam, zablokował ci się pistolet, ta twoja Beretta z tłumikiem. Coś tu jest nie tak, zero zero siedem. Nie możesz sobie pozwolić na tego typu błędy, jeśli masz nadal nosić numer z dwoma zerami. A może chciałbyś z niego zrezygnować i wrócić do normalnych obowiązków?
Bond zesztywniał. Z urazą spojrzał szefowi w oczy. Dwa zera na początku numeru oznaczały prawo do zabijania w imieniu Tajnej Służby Wywiadowczej i stanowiły ogromne wyróżnienie. Trzeba było na nie ciężko zapracować. Dzięki nim Bond dostawał jedynie te zlecenia, które go interesowały – czyli wiążące się z niebezpieczeństwem.
– Nie, sir. Nie chciałbym.
– W takim razie musimy wymienić ci sprzęt. Tak brzmiał jeden z wniosków komisji śledczej, a ja się z nim zgadzam. Zrozumiałeś?
– Przyzwyczaiłem się do tego pistoletu, sir – odparł Bond z uporem. – Lubię z niego korzystać w pracy. To, co się stało, mogło się przydarzyć każdemu, niezależnie od modelu broni.
– Mam inne zdanie, podobnie jak członkowie komisji. To ostateczna decyzja. Powstaje tylko pytanie, czego powinieneś używać zamiast Beretty. – M nachylił się nad interkomem. – Czy zbrojmistrz już przybył? Proszę go wpuścić. – Wrócił do poprzedniej pozycji i dodał: – Być może tego nie wiesz, zero zero siedem, ale major Boothroyd jest najlepszym na świecie specjalistą w dziedzinie broni ręcznej. Zresztą nie pracowałby tutaj, gdyby było inaczej. Wysłuchajmy zatem jego opinii.
Drzwi się otworzyły i do gabinetu wkroczył niski, szczupły mężczyzna o rudawozłotych włosach. Podszedł do biurka i stanął obok krzesła zajmowanego przez Bonda. Bond uniósł wzrok i przyjrzał się jego twarzy. Do tej pory widywał go raczej rzadko, ale zapamiętał bardzo szeroko rozstawione szare oczy, które zdawały się nigdy nie mrugać. Major rzucił mu przelotne spojrzenie, a potem stanął rozluźniony i popatrzył na M.
– Dzień dobry, sir – odezwał się spokojnym, beznamiętnym głosem.
– Dzień dobry, zbrojmistrzu. Chciałbym zadać panu kilka pytań – powiedział M swobodnie. – Przede wszystkim, co pan sądzi o Beretcie kaliber dwadzieścia pięć?
– To damski pistolecik, sir.
M uniósł brwi, spoglądając z ironią na Bonda. Bond pozwolił sobie na lekki uśmiech.
– Doprawdy? A dlaczego pan tak uważa?
– Znikoma moc obalająca, sir. Jednak jest łatwy w użyciu. No i dość fikuśnie wygląda, jeśli rozumie pan, co mam na myśli. Podoba się kobietom.
– A co będzie, jeśli przymocujemy do niego tłumik?
– Jeszcze mniejsza zdolność rażenia, sir. Poza tym nie przepadam za tłumikami. Są ciężkie i mogą zaczepić się o ubranie, kiedy strzelec wyciąga broń w pośpiechu. Nie zalecałbym nikomu takiej konfiguracji, sir. W każdym razie nikomu, kto myśli o czymś poważnym.
– Odniesiesz się jakoś do tego, zero zero siedem? – zapytał uprzejmie M.
Bond wzruszył ramionami.
– Nie zgadzam się, sir. Używam Beretty kaliber dwadzieścia pięć już od piętnastu lat. Jak dotąd nigdy się nie zacięła i nie zdarzyło się, żebym chybił. Jak na pistolet to chyba całkiem nieźle. Tak się składa, że się do niego przyzwyczaiłem i potrafię dobrze wycelować. Kiedy było to konieczne, korzystałem z większych sztuk broni, na przykład z Colta kaliber czterdzieści pięć z długą lufą, jednak jeśli zadanie wymaga bliskiego kontaktu, wolę Berettę. Poza tym łatwo ją ukryć. – Bond zamilkł na moment. Uznał, że powinien chociaż trochę ustąpić. – Podzielam wątpliwości dotyczące tłumika. To uciążliwość, ale czasami trzeba z niego skorzystać.
– Już się przekonaliśmy, do czego to prowadzi – zauważył oschle M. – A jeśli chodzi o zmianę pistoletu, wszystko jest wyłącznie kwestią praktyki. Wkrótce przywykniesz do nowego modelu. – W głosie M pojawiła się nuta współczucia. – Przykro mi, zero zero siedem, moja decyzja jest ostateczna. Wstań na moment, jeśli łaska. Chciałbym, żeby nasz zbrojmistrz ocenił twoją sylwetkę.
Bond podniósł się i stanął naprzeciw Boothroyda. Dwie pary oczu nie zdradzały życzliwości. W spojrzeniu Bonda widać było irytację, major patrzył chłodnym, obojętnym wzrokiem.
– Pan wybaczy… – powiedział. Pomacał bicepsy i przedramiona Bonda. – Czy mógłbym zobaczyć pański pistolet?
Bond powoli wsunął dłoń pod marynarkę. Podał zbrojmistrzowi swoją oklejoną taśmą Berettę z krótką lufą. Boothroyd uważnie obejrzał broń i zważył ją w dłoni, a potem odłożył ją na blat.
– A pańska kabura? – zapytał.
Bond zdjął okrycie i ściągnął uprząż z zamszową kaburą. Od razu ponownie włożył marynarkę.
Zerknąwszy na brzegi kabury – być może chciał sprawdzić, czy nie są rozdarte – Boothroyd rzucił ją obok pistoletu gestem pełnym wzgardy. Potem spojrzał na M.
– Sądzę, że stać nas na coś lepszego, sir – oświadczył.
Bond znał ten ton. Tak przemawiał pierwszy porządny krawiec, z którego usług miał okazję korzystać.
Usiadł. Zdołał się jakoś powstrzymać od bezczelnego gapienia się w sufit. Wpatrywał się bez emocji w przełożonego.
– No i co, zbrojmistrzu? Co pan proponuje?
Teraz major Boothroyd przybrał ton eksperta.
– Tak się składa, sir – odezwał się uprzejmie – że niedawno testowałem większość niewielkich pistoletów samopowtarzalnych. Oznaczało to w każdym przypadku pięć tysięcy sztuk amunicji wystrzelonych do celu z odległości dwudziestu pięciu jardów. Ze wszystkich modeli wybrałbym Walthera PPK kaliber siedem i sześćdziesiąt pięć setnych milimetra. W testach został wprawdzie sklasyfikowany dopiero na czwartym miejscu, za japońskim Nambu czternaście, rosyjskim Tokariewem TT i Sauerem trzydzieści osiem, jednak podoba mi się mały opór mechanizmu spustowego, a powiększona stopka magazynka tworzy chwyt, który powinien odpowiadać zero zero siedem. To pistolet o dużej sile rażenia, oczywiście dlatego, że ma kaliber trzydzieści dwa, a nie dwadzieścia pięć jak Beretta, ale nie zalecałbym niczego lżejszego. Poza tym amunicję do Walthera można zdobyć wszędzie na świecie, więc pod tym względem ma przewagę nad produktami japońskimi i rosyjskimi.
M odwrócił się w stronę Bonda.
– Masz jakieś uwagi?
– To niezły pistolet – przyznał Bond. – Troszkę masywniejszy niż Beretta. Jak miałbym go nosić zdaniem naszego zbrojmistrza?
– W kaburze Berns-Martin Lightnin’ Triple-Draw – odpowiedział zwięźle major Boothroyd. – Najlepiej ją przypiąć za paskiem spodni po lewej stronie, ale można również pod pachą. Wykonana ze sztywnej skóry rymarskiej, przytrzymuje broń za pomocą sprężyny. Pistolet daje się wydobyć szybciej niż z tego. – Wskazał ręką biurko. – Trzy piąte sekundy powinno wystarczyć na trafienie człowieka stojącego w odległości dwudziestu stóp.
– W takim razie wszystko ustalone – oświadczył M. – A gdybyśmy szukali czegoś większego?
– Mogę wskazać tylko jeden model, sir – odrzekł major rzeczowym tonem. – Smith and Wesson Centennial Airweight. Rewolwer kalibru trzydzieści osiem. Bez zewnętrznego kurka, więc nie zaczepi się o ubranie. Długość całkowita wynosi sześć i pół cala, a waga jedynie trzynaście uncji. Jest tak niewielka, ponieważ w bębnie mieści się tylko pięć nabojów, jednak zanim wszystkie zostaną wystrzelone – major Boothroyd pozwolił sobie na chłodny uśmiech – ktoś na pewno będzie martwy. Amunicja trzydzieści osiem Smith and Wesson Special zapewnia naprawdę bardzo dużą celność. Przy standardowym ładowaniu prędkość wylotowa pocisku wynosi osiemset sześćdziesiąt stóp na sekundę, a energia wylotowa trzysta pięćdziesiąt dżuli. Istnieją wersje różniące się długością lufy: trzy i pół cala, pięć cali…
– Jasne, jasne – rzucił M ze zniecierpliwieniem. – Uznajmy, że to już ustalone. Skoro pan mówi, że coś jest najlepsze, wierzę panu na słowo. Zatem Walther oraz Smith and Wesson. Proszę dostarczyć zero zero siedem po jednym egzemplarzu wraz z uprzężą. I trzeba mu zorganizować ćwiczenia na strzelnicy, począwszy od dziś. Musi stać się ekspertem w ciągu tygodnia. Rozumiemy się? W takim razie bardzo panu dziękuję, zbrojmistrzu. Nie będę pana zatrzymywać.
– Dziękuję, sir – odrzekł major Boothroyd i sztywnym krokiem wymaszerował z gabinetu.
Na pewien czas w pomieszczeniu zapadło milczenie. Grad z deszczem nadal zacinał o szyby. M obrócił się na krześle i zaczął się wpatrywać w okna zalane strugami wody. Bond skorzystał z okazji i zerknął na zegarek. Dziesiąta. Przesunąwszy wzrok na pistolet i kaburę leżące na biurku, pomyślał o swoim piętnastoletnim małżeństwie z tym paskudnym kawałkiem metalu. Przypomniał sobie wszystkie momenty, w których jedno wypowiedziane przez Berettę słowo ratowało mu skórę, a także sytuacje, w których wystarczyła sama groźba. Pomyślał o dniach spędzonych na przygotowaniach, które miały przynieść – dosłownie – zabójczy efekt, kiedy rozbierał broń, oliwił ją i ostrożnie wkładał naboje do magazynka ze sprężynowym mechanizmem, kiedy w jakimś hotelowym pokoju, w pewnym miejscu na świecie, kilkakrotnie przesuwał zamek, wyrzucając naboje na narzutę łóżka. Po raz ostatni przecierał pistolet suchą szmatką i umieszczał go w niewielkiej kaburze, a potem przystawał przed lustrem, żeby sprawdzić, czy niczego nie widać pod marynarką. W końcu otwierał drzwi i wyruszał na spotkanie, które miało się zakończyć pośród jasności albo w mroku. Ile razy Beretta ocaliła mu życie? Ile wyroków śmierci zatwierdziła? Bond odczuwał irracjonalny smutek. Jak można tak się przywiązać do martwego przedmiotu, na dodatek brzydkiego, a ponadto – musiał to przyznać – broni innej klasy niż modele wybrane przez zbrojmistrza? Związek taki jednak istniał, a M właśnie zamierzał go zakończyć.
M odwrócił się i ponownie spojrzał na Bonda.
– Przepraszam, Jamesie – powiedział tym razem bez cienia współczucia w głosie. – Wiem, jak lubisz ten kawałek żelastwa, jednak niestety musimy się go pozbyć. Broni nie można dawać drugiej szansy, zresztą podobnie jak człowiekowi. Nie wolno mi narażać sekcji Zero Zero na ryzyko, wszyscy musicie być odpowiednio wyposażeni. Chyba to rozumiesz? W twoim fachu pistolet jest czymś ważniejszym niż ręka czy noga.
Bond uśmiechnął się blado.
– Wiem o tym, sir. Nie zamierzam się sprzeczać, po prostu mi przykro, że go tracę.
– Zatem dobrze, nie będziemy już dyskutować na ten temat. Tak się składa, że mam też dla ciebie inne wieści. Jest zadanie do wykonania. Na Jamajce. Problemy natury osobistej, a przynajmniej tak to na razie wygląda. Rutynowe dochodzenie i raport. Trochę słońca dobrze ci zrobi, no i będziesz mógł poćwiczyć strzelanie z nowej broni na żółwiach czy innej zwierzynie, którą tam można spotkać. Przyda ci się odrobina wakacji. Przyjmiesz to zlecenie?
Ciągle jest na mnie zły z powodu ostatniej sprawy – pomyślał Bond. Uważa, że go zawiodłem. Nie ufa mi i nie wyśle mnie na trudniejszą misję. Chce mnie sprawdzić. A niech to!
– Wygląda to na spokojną robotę, sir, a spokoju ostatnio miałem aż w nadmiarze. Ale jeśli to konieczne… Jeśli wyda pan takie polecenie…
– Owszem – odparł M. – Tak właśnie zrobię.
Ian Lancaster Fleming urodził się 28 maja 1908 roku w Londynie. Uczęszczał do Eton College, a najważniejszy okres swojej młodości spędził w różnych krajach Europy, studiując języki obce. Pierwszą pracę zdobył w Agencji Reutera, potem przez krótki czas był maklerem giełdowym. Po wybuchu II wojny światowej został adiutantem admirała Johna Godfreya, dyrektora Wywiadu Marynarki Wojennej. Miał okazję odegrać znaczącą rolę w działaniach szpiegowskich prowadzonych przez Wielką Brytanię i inne sprzymierzone państwa.
Po wojnie został zatrudniony przez wydawnictwo Kemsley Newspapers na stanowisku szefa działu zagranicznego dziennika „The Sunday Times”. Był odpowiedzialny za siatkę korespondentów mocno zaangażowanych w wydarzenia okresu zimnej wojny.Jego pierwsza powieść, Casino Royale, została wydana w 1953 roku. Po raz pierwszy pojawia się w niej postać Jamesa Bonda, agenta specjalnego numer 007. Pierwszy nakład sprzedał się w ciągu miesiąca. W następstwie odniesionego sukcesu Fleming co roku aż do śmierci publikował kolejną książkę z cyklu o Bondzie. Jego podróże, zainteresowania i doświadczenia wojenne nadają wiarygodność wszystkim stworzonym przez niego dziełom. Raymond Chandler nazwał go „najbardziej dynamicznym i przebojowym autorem thrillerów w Anglii”. Piąta z kolei powieść, zatytułowana From Russia With Love (Pozdrowienia z Rosji), została przyjęta szczególnie dobrze, a jej sprzedaż gwałtownie wzrosła, kiedy prezydent John F. Kennedy wymienił ją wśród swoich ulubionych książek. Łącznie sprzedano ponad 100 milionów egzemplarzy powieści o Bondzie, stały się one również materiałem wyjściowym dla niezmiernie popularnej serii filmów, której pierwszą odsłoną był wprowadzony na ekrany w 1962 roku Doktor No. W rolę agenta 007 wcielił się w nim Sean Connery.
Książki z serii o Bondzie zostały napisane na Jamajce – w kraju, który Fleming pokochał podczas wojny i w którym zbudował swój dom znany pod nazwą Goldeneye. W roku 1952 poślubił Ann Rothermere. Jego historia o magicznym samochodzie, napisana w 1961 roku dla jedynego syna państwa Flemingów, Caspara, przybrała później postać powieści Chitty Chitty Bang Bang, która również została zekranizowana1.
Ian Fleming zmarł na zawał serca 12 sierpnia 1964 roku.
www.ianfleming.com
Twitter/X: TheIanFleming
Instagram: Ianflemings007
Facebook: IanFlemingBooks
1 Książkę wydano w Polsce nakładem wydawnictwa Znak Emotikon pod tytułem Bang Bang! Wystrzałowy samochód w tłumaczeniu Katarzyny Szczepańskiej-Kowalczuk; polski tytuł filmu to Nasz cudowny samochodzik (przyp. tłum.).
DR. NO
Copyright © Ian Fleming Publications Ltd, 1958
The moral rights of the author have been asserted.
JAMES BOND and 007 are the registered trade marks of Danjaq LLC, used under licence by Ian Fleming Publications Limited. The Ian Fleming Logo and the Ian Fleming Signature are both trade marks owned by The Ian Fleming Estate, used under licence by Ian Fleming Publications Ltd
Polish edition copyright © 2026 Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
Polish translation copyright © 2026 Tomasz Konatkowski
Autorskie prawa osobiste twórcy zostały zachowane.
Redakcja: Monika Orłowska
Tłumaczenie: Tomasz Konatkowski
Korekta: Joanna Rodkiewicz
Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz
Skład i łamanie wersji do druku: Agnieszka Kielak
Wydanie pierwsze
ISBN: 978-83-8430-126-5
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
