Jak sprzedać nawiedzony dom - Grady Hendrix - ebook

Jak sprzedać nawiedzony dom ebook

Hendrix Grady

3,9

33 osoby interesują się tą książką

Opis

Przerażająca, a równocześnie mrocznie zabawna opowieść, w której nawiedzony dom przywołuje sekrety z rodzinnej przeszłości

Kiedy Louise dowiaduje się, że jej rodzice zmarli, boi się wracać do domu. Nie chce zostawiać córki z byłym mężem i lecieć do Charleston. Nie chce mieć do czynienia z domem rodzinnym, wypchanym po brzegi pozostałościami po karierze naukowej ojca i życiowej obsesji matki na punkcie lalek. Nie chce uczyć się żyć bez dwóch osób, które najlepiej znała i najbardziej kochała.

Przede wszystkim zaś nie chce mieć do czynienia ze swoim bratem Markiem, który nigdy nie opuścił ich rodzinnego miasta, jest bezrobotny i ma siostrze za złe jej życiowy sukces. Niestety, będzie potrzebowała jego pomocy, aby przygotować dom do sprzedaży, ponieważ wprowadzenie go na rynek będzie wymagało czegoś więcej niż tylko pomalowania ścian i usunięcia wspomnień z całego życia. Niektóre domy nie chcą bowiem zostać sprzedane – ten również ma inne plany…

„Mistrzowskie połączenie horroru i humoru, ale największy atut książki Jak sprzedać nawiedzony dom to emocjonalność, analiza dynamiki stosunków między bratem i siostrą. Hendrix znakomicie relacjonuje podróż do koszmarów z dzieciństwa”.

Josh Malerman, autor bestsellera Nie otwieraj oczu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 521

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (120 ocen)
46
33
28
9
4
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
dzust

Nie oderwiesz się od lektury

Jeden z lepszych horrorów, jakie czytałam! Mądrze, uczuciowo, kliszowo, z przegięciem, pulpowo, ale straszno! Uwielbiam Hendrixa!
10
MagdaTanka

Nie oderwiesz się od lektury

Jestem pod ogromnym wrazeniem! Straszy i bawi, czyta sie jednym tchem!
10
Miyuna

Dobrze spędzony czas

Dobry horror
00
Everesting

Dobrze spędzony czas

Spoko horror, na początku wydawał mi się trochę dziwny, ale potem tak mniej więcej od połowy zaczął się rozkręcać. Ciekawe zwroty akcji i wątki humorystyczne też ok.
00
mrocznyszpinak

Nie oderwiesz się od lektury

Fajne czyta się jak serial netflixa
00

Popularność




Grady Hendrix Jak sprzedać nawiedzony dom Tytuł oryginału How to Sell a Haunted House ISBN Copyright © 2023 by Grady HendrixAll rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2024 Adiustacja Anna Szymczak, Adriana Staniszewska Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dedykacja

Amando, Jesteś ze mną wszędzie, Widzę cię tam, dokąd idę, Zawsze krążysz wokół mnie, Chociaż Wiem Dokładnie, gdzie Cię pochowałem.

Rozdział 1

Lou­ise sądziła, że jej rodzice niekoniecznie ucieszą się z tej wiadomości, więc o swojej ciąży powiedziała im przez telefon z oddalonego o pięć tysięcy kilometrów San Francisco. Nie żeby miała jakieś wątp­liwości co do swojej decyzji. Kiedy w okienku pojawiły się dwie równo­ległe różowe kreski, zniknął cały jej strach, a w głowie pojawił się wyraźny, stanowczy głos, który powiedział:

Jestem teraz matką.

Ale nawet w dwudziestym pierwszym wieku trudno było przewidzieć, jak dwoje rodziców z Południa zareaguje na wieść, że ich trzydziestoczteroletnia niezamężna córka jest w ciąży. Lou­ise przez cały dzień wymyślała różne scenariusze oswojenia ich z tą informacją, ale kiedy tylko mama podniosła słuchawkę, a tata drugą w kuchni, przygotowany tekst natychmiast wyparował jej z głowy i wyrzuciła z siebie prostolinijnie:

— Jestem w ciąży.

Szykowała się na kanonadę pytań.

Jesteś pewna? Ian wie? Zamierzasz urodzić? Myślisz o powrocie do Charlestonu? Jesteś pewna, że to dobry pomysł? Masz pojęcie, jak ciężko będzie ci samej? Jak sobie poradzisz?

W długiej ciszy przygotowywała odpowiedzi: Tak, jeszcze nie, oczywiście, Boże, nie, nie, ale i tak to zrobię, tak, poradzę sobie.

Usłyszała w słuchawce, jak ktoś robi wdech jakby przez usta pełne wody, i zdała sobie sprawę, że mama płacze.

— Och, Lou­ise — powiedziała ciężkim głosem matka, a Lou­ise przygotowała się na najgorsze. — Tak się cieszę! Będziesz taką matką, jaką ja nie byłam.

Tata zapytał tylko o jedno: dokładny adres.

— Nie chcę żadnych nieporozumień z taksówkarzem, kiedy wylądujemy.

— Tato — powiedziała Lou­ise — nie musicie od razu przylatywać.

— Oczywiście, że musimy — odparł. — Jesteś naszą Lou­ise.

Czekała na nich na chodniku, serce jej waliło za każdym razem, kiedy zza rogu wyjeżdżał samochód, aż w końcu przed budynkiem zatrzymał się ciemnoniebieski nissan i tata pomógł mamie wysiąść. Nie mogąc się doczekać, Lou­ise padła mamie w ramiona, jakby znowu była małym dzieckiem.

Zabrali ją na zakupy łóżeczkowo-wózkowe i powiedzieli, że chyba zwariowała, skoro w ogóle bierze pod uwagę zamówienie usługi przywozu i wywozu pieluch, omówili z nią techniki karmienia, kwestię szczepień i miliony decyzji, które ją czekały, i kupili smoczki, pieluchy i śpioszki, kocyki i przewijaki, chusteczki, kremy na odparzenia i śliniaki, grzechotki i lampki nocne, i Lou­ise pewnie by pomyślała, że kupili o wiele za dużo, gdyby matka nie powiedziała:

— Prawie nic nie kupiłaś.

Nie mogła nawet mieć do nich pretensji, że źle znoszą całą tę sprawę z Ianem.

— Po ślubie czy bez ślubu, musimy poznać jego rodzinę — powiedziała mama. — Będziemy współdziadkami.

— Jeszcze mu nie powiedziałam — odparła Lou­ise. — Jestem dopiero w jedenastym tygodniu.

— Ale ciąży ci nie ubywa — zauważyła mama.

— Z małżeństwem wiążą się wymierne korzyści finansowe — dodał tata. — Jesteś pewna, że nie chcesz jeszcze raz wszystkiego przemyśleć?

Lou­ise nie chciała jeszcze raz wszystkiego przemyśleć.

Ian, człowiek wesoły i inteligentny, osiągał nieprzyzwoicie wysokie dochody ze znajdowania rzadkich płyt winylowych bogatym ludziom z Bay Area, którzy tęsknili za swoim dzieciństwem. Stworzył kompletną kolekcję płyt Beatlesów „z pierwszego tłoczenia” dla czwartego największego udziałowca Facebooka i znalazł pirackie nagranie koncertu Grateful Dead, na którym członek zarządu Twittera oświadczył się swojej pierwszej żonie. Lou­ise nie mogła uwierzyć, ile za to zapłacili.

Jednocześnie kiedy zasugerowała, że powinni zrobić sobie przerwę, uznał to za sygnał, żeby paść na jedno kolano w atrium Muzeum Sztuki Nowoczesnej w San Francisco i oświadczyć się jej. Był tak zdołowany, kiedy odmówiła, że skończyło się seksem z litości, który poskutkował jej obecnym stanem.

W momencie oświadczyn Ian miał na sobie oryginalną koszulkę In Utero Nirvany z dziurą w kołnierzyku, która kosztowała go czterysta dolarów. Co roku wydawał tysiące na trampki, które uparcie nazywał „kicks”. Grzebał w telefonie, kiedy mu opowiadała, jak jej minął dzień; wyśmiewał się z niej, kiedy pomyliła Rolling Stonesów z The Who; a za każdym razem, kiedy zamawiała deser, pytał: „Jesteś pewna?”.

— Tato — powiedziała Lou­ise. — Ian nie jest gotowy na rodzicielstwo.

— A kto jest? — odparła mama.

Ale Lou­ise wiedziała, że Ian naprawdę nie jest gotowy.

Każda rodzinna wizyta trwała o trzy dni za długo i pod koniec tygodnia Lou­ise liczyła godziny do momentu, kiedy znów będzie mogła zostać sama w swoim mieszkaniu. Dzień przed odlotem rodziców do domu zaszyła się w swojej sypialni, żeby „zająć się e-mai­lami”. Mama zdjęła kolczyki, by się zdrzemnąć, a tata wyszedł po „Financial Times”. Lou­ise uznała, że gdyby mogło tak pozostać do lunchu, a potem poszliby na spacer po Presidio i na kolację, to byłoby w miarę w porządku.

Ciało Lou­ise miało jednak inne plany. Już teraz czuła głód. Już teraz potrzebowała jajek na twardo. Już teraz musiała wstać i pójść do kuchni. Skradała się więc przez salon w skarpetkach, starając się nie obudzić mamy, bo nie zniosłaby kolejnej rozmowy o tym, dlaczego nie pozwoli włosom odrosnąć albo dlaczego powinna się ­przeprowadzić z powrotem do Charlestonu, albo dlaczego powinna znowu zacząć rysować.

Mama spała na kanapie, na boku, z żółtym kocem zsuniętym do pasa. Światło późnego przedpołudnia uwydatniało jej zarys, drobne zmarszczki wokół ust, przerzedzone włosy, obwisłe policzki. Po raz pierwszy w życiu Lou­ise zobaczyła, jak wyglądałaby jej matka ­martwa.

— Kocham cię — powiedziała mama, nie otwierając oczu.

Lou­ise zamarła.

— Wiem — powiedziała po chwili.

— Nie — odparła mama — nie wiesz.

Lou­ise czekała na ciąg dalszy, ale oddech mamy stopniowo przeszedł w regularne chrapanie.

Lou­ise poszła do kuchni. Czyżby podsłuchała fragment rozmowy ze snu? A może mama chciała powiedzieć, że Lou­ise nie wie, że ona ją kocha? Albo jak bardzo ją kocha? Albo że nie zrozumie, jak bardzo mama ją kocha, dopóki nie będzie miała własnej córki?

Martwiła się tym, jedząc jajko na twardo. Czy mama miała na myśli to, że ona mieszka w San Francisco? Może uważa, że Lou­ise zamieszkała tak daleko od domu, żeby zwiększyć dystans między nimi? Lou­ise wyjechała tutaj na studia, a potem po prostu znalazła pracę. Ale kiedy w okresie dorastania wszystkie koleżanki i koledzy ci mówili, jaką masz fajną mamę, a potem nawet twoi byli o nią pytali przy jakichś przypadkowych spotkaniach, to potrzebujesz pewnego dystansu, jeśli chcesz żyć własnym życiem — i zdarzały się chwile, gdy nawet pięć tysięcy kilometrów to było dla Lou­ise za mało. Zadawała sobie pytanie, czy mama to wyczuwa.

Była też kwestia jej brata. Podczas całej wizyty wspomniano o Marku tylko dwa razy i Lou­ise wiedziała, że mama bardzo przeżywa to, że nie ma między nimi „naturalnej” więzi, ale szczerze mówiąc, nie chciała mieć ze swoim bratem żadnej więzi, naturalnej czy sztucznej. W San Francisco mogła udawać jedynaczkę.

Lou­ise wiedziała, że jest typowym starszym dzieckiem, pierworodnym. Czytała artykuły, przeglądała listy cech i we wszystkich się odnajdywała: niezawodna, zorganizowana, odpowiedzialna, pracowita. Zetknęła się nawet z zaburzeniem o nazwie zespół pierworodnego dziecka, co kazało jej zadać sobie pytanie, jakie zaburzenie ma Mark. Pewnie zespół nieuleczalnego dupka.

Kiedy ludzie pytali, dlaczego nie rozmawia z bratem, Lou­ise opowiadała im historię z Bożego Narodzenia 2016 roku, kiedy mama spędziła cały dzień na gotowaniu, ale Mark się uparł, żeby spotkali się z nim na kolacji w P. F. Chang’s, gdzie pojawił się spóźniony i pijany, próbował zamówić całe menu, a potem film mu się urwał.

— Dlaczego pozwalacie mu się tak zachowywać? — zapytała ­Lou­ise.

— Postaraj się trochę bardziej zrozumieć swojego brata — powiedziała mama.

Lou­ise aż za dobrze rozumiała swojego brata. Ona zdobywała nagrody, a Mark z trudem skończył liceum. Ona była magistrem wzornictwa przemysłowego, a Mark na pierwszym roku rzucił studia. Tworzyła produkty, których ludzie używali na co dzień, w tym część interfejsu użytkownika najnowszej wersji iPhone’a, a Mark miał misję, żeby wylecieć z każdego baru w Charlestonie. Mieszkał zaledwie dwadzieścia minut drogi od rodziców, ale nawet nie kiwnął palcem, by im pomóc.

Cokolwiek zrobił, rodzice obsypywali go pochwałami. Wynajął nowe mieszkanie, a oni zachowywali się tak, jakby obalił mur berliński. Kupił za pięćset dolarów pikapa i doprowadził go do stanu używalności, ale gdyby oceniać to po reakcji rodziców, można by sądzić, że wylądował na Księżycu. Kiedy Lou­ise zdobyła studencką nagrodę Amerykańskiego Stowarzyszenia Wzornictwa Przemysłowego, dała trofeum rodzicom w ramach podziękowania. Schowali je w szafie.

— Twojemu bratu będzie przykro, że trzymamy na wierzchu twoją nagrodę, a od niego nic nie mamy.

Lou­ise wiedziała, że nieutrzymywanie przez nią kontaktów z Markiem zawsze będzie nad nimi wisiało jak jakiś natrętny, nieprzyjemny upiór i zatruwało wszelkie rozmowy, zwłaszcza z mamą, która nie znosiła „przykrości”, jak to nazywała. Mama zawsze emanowała dobrym ­humorem i energią, lecz o ile Lou­ise nie widziała nic złego w okazywaniu radości, o tyle wymuszona radość mamy wydawała jej się niezdrowa. Matka Lou­ise unikała trudnych rozmów na bolesne tematy. Prowadziła chrześcijański teatrzyk lalkowy i zachowywała się tak, jakby zawsze była na scenie. Kilka razy zdarzyło jej się stracić panowanie nad sobą i krzyknąć: „Przynosisz mi wstyd!”, tak jakby to była najgorsza rzecz na świecie.

Może dlatego Lou­ise była taka pewna swojej decyzji o urodzeniu dziecka. Macierzyństwo dałoby jej i mamie jakiś wspólny temat. Zbliżyłoby je do siebie. Podejrzewała, że to wszystko, co ją w matce denerwuje, uczyni z niej wspaniałą babcię.

Strzepując z blatu kawałki skorupki jajka, Lou­ise pomyślała, że macierzyństwo może stworzyć między nimi pomost, dzięki czemu mury, którymi się obudowała, stopniowo przestaną być potrzebne. To się nie stanie z dnia na dzień, pomyślała, ale nie szkodzi. Będą miały całe życie na przystosowanie się do swoich nowych ról — córka zostaje matką, matka zostaje babcią. Będą to miały na wiele lat.

Jak się okazało, tylko pięć.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 2

Telefon zadzwonił w momencie, kiedy Lou­ise rozpaczliwie próbowała przekonać córkę, że nie spodoba się jej Aksamitny ­Królik*.

— Właśnie wypożyczyłyśmy te wszystkie nowe książeczki z biblioteki — powiedziała. — Nie chcesz…

— Aksamitny Królik — upierała się Poppy.

— To jest straszniejsze niż Rodzinne Święta Muppetów — powiedziała jej Lou­ise. — Pamiętasz, jakie to było przerażające, kiedy kołatka do drzwi zmieniła się w twarz człowieka?

— Chcę Aksamitnego Królika — powiedziała Poppy stanowczym tonem.

Lou­ise wiedziała, że powinna pójść po linii najmniejszego oporu i po prostu przeczytać Poppy Aksamitnego Królika, ale jej serce mówiło „po moim trupie”. Należało sprawdzić paczkę, zanim pozwoliła Poppy ją otworzyć, bo oczywiście mama nie posłała czeku na obóz letni Dinosaur Dig, tak jak obiecała, ale w ciemno wysłała Aksamitnego Królika, bo uważała, że to ulubiona książka Lou­ise.

To nie była ulubiona książka Lou­ise, tylko źródło koszmarów z dzieciństwa. Kiedy mama jej to przeczytała pierwszy raz, Lou­ise była w wieku Poppy i zalała się łzami, gdy Królika zabrali na zewnątrz, żeby go spalić.

— Wiem — odparła mama, na opak odczytując sytuację. — To też jest moja ulubiona książeczka.

Emocjonalne okrucieństwo tej książki sprawiło, że pięcioletnią Lou­ise rozbolał brzuch: bezmyślny Chłopiec, który znęcał się nad swoimi zabawkami, zakompleksione zabawki pragnące jego aprobaty, chociaż tak je zaniedbywał, surowa i groźna Niania, okrutne dla innych dziko żyjące króliki. Ale mama wciąż czytała jej na dobranoc tę książeczkę, nie zdając sobie sprawy, że Lou­ise leży cała sztywna, ściska w dłoniach prześcieradło i wpatruje się w sufit.

Mama czytała bajkę na głosy. Aktorstwo klasa mistrzowska, gwiazdorska rola Nancy Joyner — mama wciąż sięgała po tę książeczkę właś­nie dlatego, żeby móc po raz kolejny odegrać to przedstawienie. Na koniec obie płakały, ale z bardzo różnych powodów.

— Boli? — zapytał Królik.

— Czasami — powiedział Koń ze Skóry. — Kiedy jesteś Prawdziwy, nie przeszkadza ci, że ktoś cię zranił.

Lou­ise umawiała się w Berkeley z dziewczyną, która miała dokładnie ten cytat wytatuowany na przedramieniu, i nie była zaskoczona informacją, że jej przyjaciółka robi sobie tatuaże za pomocą przyklejonej do długopisu BIC igły do szycia.

Aksamitny Królik mylił masochizm z miłością, pławił się w samotności, a ten cały Koń ze Skóry to jakaś paskudna istota.

Lou­ise nie zamierzała popełniać tego samego błędu z Poppy. W tym domu nie będzie Aksamitnego Królika, nawet gdyby musiała uciec się do nieczystych chwytów.

— Tym wszystkim nowym książeczkom z biblioteki będzie przykro — powiedziała Lou­ise i Poppy zrobiła wielkie oczy. — Będzie im smutno, że nie chciałaś ich najpierw przeczytać. Doprowadzisz je do płaczu.

Okłamywanie Poppy było okropne, udawanie, że przedmioty martwe mają uczucia, było manipulacją, ale za każdym razem Lou­ise odczuwała mniejsze wyrzuty sumienia. Mama manipulowała nią i Markiem przez całe dzieciństwo, składała obietnice nie do spełnienia i kłamała („elfy naprawdę istnieją, ale jeśli chcecie jakiegoś zobaczyć, to nie możecie się odzywać, zanim nie dojedziemy na miejsce; nie możemy mieć psa, bo jestem uczulona na sierść”), a ona przyrzekła sobie, że wobec własnego dziecka będzie zawsze szczera i uczciwa. Rzecz jasna, kiedy się okazało, że Poppy wcześnie zaczyna mówić, Lou­ise skorygowała swoje podejście, ale do manipulanctwa uciekała się znacznie rzadziej niż jej matka. Miało to dla niej duże znaczenie.

— Naprawdę będą płakać? — zapytała Poppy.

Kurde, mamo.

— Tak — odparła Lou­ise. — Kartki będą całe mokre.

I wtedy, dzięki Bogu, zadzwonił telefon, a histerycznie narastające akordy durowe Summit z szaleńczymi świstami ptaków anonsowały, że dzwoni ktoś z rodziny. Spojrzała na ekran, spodziewając się, że będzie na nim napisane „Mama i Tata stacjonarny” albo „Ciocia Honey”. Zobaczyła jednak napis „Mark”.

Jej ręce zrobiły się zimne.

Potrzebuje pieniędzy, pomyślała Lou­ise. Jest w San Francisco i nie ma gdzie się zatrzymać. Aresztowali go, a mama i tata w końcu powiedzieli „dość”.

— Mark — odparła, czując, jak puls dudni jej w gardle. — Wszystko w porządku?

— Lepiej usiądź — powiedział.

Odruchowo wstała.

— Co się stało? — zapytała.

— Tylko się nie przestrasz — odpowiedział.

Przestraszyła się.

— Co żeś zrobił? — zapytała.

— Mama i tata są w lepszym miejscu — powiedział.

— Co masz na myśli?

— Mam na myśli… — powiedział i urwał, starannie dobierając słowa. — Już nie cierpią.

— Rozmawiałam z nimi we wtorek — powiedziała Lou­ise. — We wtorek nie cierpieli. Mów, co się dzieje.

— Staram się! — warknął naburmuszony. — Jezu, przepraszam, że nie umiem tego zrobić. Jestem pewien, że ty byś to zrobiła dużo lepiej. Mama i tata nie żyją.

W całej północnej Kalifornii zgasły światła. Zgasły nad zatoką. W Oakland i Alamedzie zrobiło się ciemno. Ciemność przetoczyła się przez most Bay Bridge, a Yerba Buena zrobiła się tak czarna jak obmywająca jej brzegi woda. Światła zgasły w terminalu promowym, w Tenderloin i w Theater District; ciemność przybliżała się do Lou­ise ulica po ulicy, od Mission przez park do jej budynku, do mieszkania na dole, do przedpokoju. Cały świat stał się czarny, z wyjątkiem jednej lampki oświetlającej z góry Lou­ise, która stała w salonie z telefonem w ręku.

— Nie — odparła, bo Mark cały czas mylił się w różnych sprawach.

Kiedyś zainwestował w farmę węży.

— Na rogu Coleman i McCants potrącił ich jakiś debil w ­SUV-ie — powiedział Mark. — Już rozmawiałem z prawnikiem. Uważa, że ponieważ straciliśmy oboje rodziców, dostaniemy gigantyczne odszkodowanie.

To nie ma sensu, pomyślała Lou­ise.

— To nie ma sensu — powiedziała.

— Tata siedział na miejscu pasażera, więc wiesz, on mocniej zaliczył — kontynuował Mark. — Mama prowadziła, czego kompletnie nie powinna była robić, bo wiesz, jak ona kiepsko widzi w nocy, i lał deszcz. Samochód dachował i odcięło jej rękę w barku. Makabra. Zmarła w karetce. Jakoś lżej mi się zrobiło, kiedy poznałem te szczegóły.

— Mark… — powiedziała Lou­ise, ale nie mogła oddychać.

— Posłuchaj — powiedział miękko i niewyraźnie. — Rozumiem, co teraz czujesz. Jesteś na tym etapie, na którym ja byłem wcześniej, ale trzeba o nich myśleć jak o energii. Nie cierpieli, prawda? Bo nasze ciała to tylko naczynia na energię, a energia nie może odczuwać bólu.

Palce Lou­ise zacisnęły się na telefonie.

— Jesteś pijany?

Natychmiast się najeżył, co oznaczało, że tak jest.

— Nie było mi łatwo do ciebie zadzwonić — powiedział — ale chciałem wyciągnąć do ciebie rękę i powiedzieć ci, że wszystko będzie dobrze.

— Muszę do kogoś zadzwonić — powiedziała zdesperowana Lou­ise. — Muszę zadzwonić do cioci Honey.

— Dzwoń, do kogo chcesz — powiedział Mark — ale chcę, żebyś wiedziała, że wszystko naprawdę będzie dobrze.

— Mark — warknęła Lou­ise — nie rozmawialiśmy od trzech lat, a ty dzwonisz pijany i mówisz, że mama i tata… — przypomniała sobie o Poppy i zniżyła głos — …mają się nie najlepiej, ale to jest w porządku, bo są energią. To nie jest porządku.

— Ty też powinnaś się napić — odparł.

— Kiedy to się stało?

Cisza po drugiej stronie. A potem:

— Te szczegóły nie mają znaczenia… — W jej głowie rozległy się dzwonki alarmowe.

— Jakoś tak wczoraj koło drugiej nad ranem — odpowiedział, siląc się na swobodny ton. — Mam dużo rzeczy na głowie.

— Czterdzieści jeden godzin temu? — powiedziała po wykonaniu niezbędnych obliczeń.

Jej rodzice nie żyli od prawie dwóch dni, a ona chodziła sobie po świecie tak, jakby nic się nie stało, bo Mark nie pofatygował się chwycić za telefon. Rozłączyła się.

Spojrzała na Poppy, która klęczała na podłodze koło stołka przy fortepianie, szeptała do książeczek z biblioteki i głaskała je. W tym momencie zobaczyła swoją mamę. Córeczka miała jej blond włosy, jej delikatnie spiczasty podbródek, duże brązowe oczy, jej drobną posturę. Lou­ise miała ochotę osunąć się na podłogę, postawić Poppy na nogi i zanurzyć twarz w słodkim zapachu, ale to byłby patetyczny teatralny gest z repertuaru jej matki, której nigdy nie przyszło do głowy, że może w ten sposób wystraszyć Poppy.

— To była babcia? — zapytała Poppy, bo uwielbiała swoją babcię i rozpoznawała rodzinny dzwonek.

— Nie, ciocia Honey — skłamała Lou­ise, ledwo trzymając się na nogach. — Muszę zadzwonić do babci. Zostaniesz tutaj i obejrzysz jeden odcinek Psiego patrolu, a jak skończysz, zrobimy specjalną kolację.

Poppy aż podskoczyła. Nigdy nie wolno jej było używać iPada samej, więc ten ekscytujący nowy przywilej odwrócił jej uwagę od smutnych książeczek z biblioteki i od tego, z kim jej mama rozmawiała przez telefon. Lou­ise posadziła ją z iPadem na kanapie, poszła do sypialni i zamknęła drzwi.

Mark się pomylił. Był pijany. Kiedyś zainwestował tysiące dolarów w fabrykę choinek w Meksyku, która okazała się przekrętem, bo takiego miał „czuja”. Pomyślała, że nie zniosłaby, gdyby zadzwoniła do domu i nikt by nie odebrał, więc zatelefonowała do cioci Honey.

Palce jej nie słuchały i ciągle klikały w aplikację pogodową, ale w końcu zmusiła je do wybrania numeru cioci Honey w kontaktach.

Jej ciocia (a właściwie ciocia-babcia) odebrała po pierwszym dzwonku.

— Co? — warknęła przez zaflegmione struny głosowe.

— Ciociu — powiedziała Lou­ise, po czym ścisnęło ją w gardle i nie mogła nic powiedzieć.

— Och, Lulu — zaskrzeczała ciocia Honey, zamykając w tych dwóch słowach całe cierpienie świata.

Wszystko ucichło. Układ nerwowy Lou­ise zapiszczał jej w uszach. Nie wiedziała, co powiedzieć.

— Nie wiem, co robić — powiedziała w końcu cichutkim, zbolałym głosem.

— Kochanie — powiedziała ciocia Honey — spakuj ładną sukienkę. I przyjeżdżaj.

Mama Lou­ise również była patologicznie niezdolna do rozmawiania o śmierci. Kiedy wujek Arthur miał atak serca i wjechał kosiarką w szklarnię, powiedziała Markowi i Lou­ise, że jadą z ojcem na wakacje do Myrtle Beach, a potem zawiozła ich do cioci Honey. Kiedy w piątej klasie starsza siostra Sue Estes zmarła na białaczkę, mama Lou­ise powiedziała jej, że jest za młoda, żeby pójść na pogrzeb. Od tego czasu nie przyjaźniły się już z Sue tak jak dawniej. Mama Lou­ise przez całe dzieciństwo twierdziła, że jest uczulona na wszystkie zwierzęta domowe, w tym złote rybki. Dopiero kiedy Lou­ise skończyła studia, mama wyjawiła jej, że po prostu nie chciała mieć w domu niczego, co mogłoby umrzeć.

— To by za bardzo zasmuciło ciebie i twojego brata — tłumaczyła.

Gdy Lou­ise urodziła Poppy, przyrzekła sobie, że będzie z nią szczerze rozmawiała o śmierci. Wiedziała, że jasne przedstawienie faktów to najlepszy sposób na uświadomienie Poppy, że śmierć jest częścią życia. Odpowiadała na wszystkie pytania Poppy z całkowitą szczerością, a jeśli czegoś nie wiedziała, razem się nad tym zastanawiały.

— Jutro jadę do Charlestonu — powiedziała Lou­ise do Poppy tego wieczoru, siedząc na krześle do czytania bajek na dobranoc w świetle plastikowej lampki w kształcie gęsi. — I chcę, żebyś zrozumiała dlaczego. Twoja babcia i dziadek mieli bardzo poważny wypadek. — Lou­ise wyobraziła sobie rozpryskującą się przednią szybę, rozrywany i skręcający się metal. — A ich ciała bardzo ucierpiały. Tak bardzo, że przestały działać. Babcia i dziadek umarli.

Poppy aż podskoczyła i uderzyła w Louise jak kula armatnia, po czym mocno się do niej przytuliła i zaczęła głośno zawodzić.

— Nie! — krzyczała Poppy. — Nie! Nie!

Lou­ise próbowała jej wyjaśnić, że to w porządku, że ona też jest smutna, że będą smutne razem i że smutek po czyjejś śmierci jest normalny, ale za każdym razem, kiedy zaczynała mówić, Poppy wycierała o nią twarz, jakby chciała ją z siebie zeskrobać, i krzyczała: „Nie! Nie! Nie!”.

W końcu, gdy Lou­ise zrozumiała, że Poppy nieprędko przestanie, przeniosła się na łóżko i trzymała córkę w ramionach, dopóki płacz nie uśpił małej.

To by było na tyle w kwestii szczerego przedstawiania dzieciom zagadnienia śmierci.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

*Margery Williams, Aksamitny Królik, czyli jak zabawki stają się prawdziwe (1922), odniesienia według przekładu Barbary Grabowskiej i Doroty Koman, Warszawa: Prószyński i S-ka, 2017. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).