Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
193 osoby interesują się tą książką
Ten arogancki miliarder był moją zmorą, a teraz stanie się moją codziennością.
Nigdy wcześniej nie miałam problemów ze znalezieniem pary dla klienta. Do czasu, gdy Jackson Sinclair przeciągnął mnie przez osiem miesięcy matchmakingowego piekła, zostawiając za sobą tylko złamane serca. Nie zamierzam jednak stracić wymarzonej pracy przez jakiegoś irytująco przystojnego miliardera, który wymyślił absurdalne kryteria dla swojej przyszłej żony.
Plan jest prosty.
Muszę tylko dostać się do jego apartamentu pod pretekstem randki w ciemno i sprawdzić, co właściwie jest z nim nie tak. On nie wie, jak wyglądam. Ale po tym, jak omal nie topię się w jego olbrzymim basenie, Sinclair domyśla się, kim jestem, i zmusza mnie, bym spędziła u jego boku najbliższy miesiąc.
To koszmar… do czasu. Jackson Sinclair nie wierzy w miłość ani pokrewieństwo dusz – ale jeszcze nie wie, że trafił na kobietę, która w końcu dorówna mu w tej grze.
W książce znajdziecie:
• enemies to lovers
• obsessed man
• matchmaker
• opposites attract
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Failure to Match
Redaktorka inicjująca: Agnieszka Mazurkiewicz
Tłumaczenie: Marta Komorowska (rozdz. 1-4), Agnieszka Mazurkiewicz
Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska
Korekta: Sandra Popławska, Kornelia Dąbrowska
Konsultacja językowa: Paulina Sobolak
Projekt okładki: Chloe Quinn Astound US Inc
Przygotowanie polskiej wersji okładki: Maciej Trzebiecki
Opracowanie graficzne i skład: Elżbieta Wastkowska
Redaktor prowadzący: Marcin Kicki
Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
www.wydawnictwoagora.pl
Copyright © by 20TK 2641198 Alberta Ltd., 2024. All rights reserved
Copyright for the Polish translation © by Marta Komorowska and Agnieszka Mazurkiewicz, 2026
Copyright for this edition © by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.
Warszawa 2026
ISBN: 978-83-8380-325-8
Wydanie pierwsze
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
Epilog
Posłowie
Przypisy
Proszę mieć na uwadze, że niniejsza książka może być nieodpowiednia dla niektórych osób. Zawiera wulgarny język, wzmianki o nadużywaniu alkoholu, przemocy wobec dzieci (fizycznej i psychicznej) oraz elementy soft BDSM.
Pełną listę uwag dotyczących treści moich książek można znaleźć na mojej stronie internetowej: kyraparsi.com.
– SZEŚĆDZIESIĄT SIEDEM nieudanych dopasowań. Sześćdziesiąt siedem.
Wiedziałam, co teraz nastąpi, ale i tak wzdrygnęłam się na odgłos uderzenia skórzanej teczki o dębowy stół konferencyjny.
Właściwie powinnam już była do tego przywyknąć. Alice i Mitch najwyraźniej do tego przywykli.
– Jak, do cholery, jest to możliwe, że nie udało wam się znaleźć ani jednej odpowiedniej kandydatki dla jedynego klienta, który naprawdę się liczy? No jak? Za co ja wam płacę, do kurwy nędzy?
To było podchwytliwe pytanie. Nie należało na nie odpowiadać.
– No niech mi któreś odpowie. I to już.
Spuściłam wzrok. To był poważny błąd. Vivian Hale nie znosiła niekompetentnych pracowników, ale słabeuszy wręcz nienawidziła.
Oczywiście, w tej samej nanosekundzie, gdy tylko się skuliłam, ta skupiła na mnie całą uwagę i wyciągnęła szyję, cofając głowę jak żmija przygotowująca się do ataku.
– Jamie – warknęła. – Bardzo cichutka jesteś dzisiaj. Masz coś do dodania?
Nic a nic. Po co miałam się odzywać, skoro w ogóle nie słuchała?
Uniosłam jednak głowę i ściągnęłam łopatki. Zdążyłam już nauczyć się odpowiedzi na pamięć. Teraz wystarczyło je wyrecytować.
Rzecz w tym, że Vivian wcale nie spodziewała się wyjaśnień, dlatego że przez ostatnich osiem miesięcy naszej trójce nie udało się wspólnie wykonać powierzonego nam zadania. W gruncie rzeczy wcale nie chciała się dowiedzieć, dlaczego mieliśmy problemy ze znalezieniem odpowiedniej partii dla (prawdopodobnie) najbardziej pożądanego kawalera w Ameryce Północnej i (zdecydowanie) jej najbardziej prestiżowego klienta.
Gdyby nasza szefowa faktycznie pragnęła poznać odpowiedzi, wysłuchałaby nas pół roku wcześniej, gdy ostrzegaliśmy, że może do tego dojść.
Dyrektorka generalna Charmed Elite chciała słuchać jedynie o tym, że wdrożyliśmy Bardzo Kompleksowy Plan Rozwiązania Problemu, który już za chwileczkę, już za momencik miał przynieść pożądane efekty. Bo przecież w ostatecznym rozrachunku nieznalezienie właściwej partii dla Jacksona Sinclaira oznaczałoby nieodwracalne szkody dla jej reputacji jako najlepszej matchmakerki świata, pieczołowicie budowanej od ponad dwudziestu lat.
Branża była niszowa, a Sinclairowie byli... no cóż, Sinclairami – jedną z najbogatszych i najbardziej wpływowych rodzin w kraju. Pieniądze rządzą światem, a w tym biznesie liczą się przede wszystkim informacje przekazywane pocztą pantoflową. Nasze niepowodzenie wywołałoby plotki, że Vivian straciła wyczucie, a konkurencja zaczęłaby krążyć jak sępy nad naszymi pozostałymi klientami w oczekiwaniu na exodus, do którego nieuchronnie by doszło, gdyby Minerva Sinclair zdecydowała się zmienić agencję.
Najzabawniejsze było to, że Vivian całkowicie wypierała ten fakt. Nie chciała przyjąć do wiadomości, że już ponieśliśmy porażkę. Dlatego przez ostatnich kilka dni, zamiast pracować, razem z Alice i Mitchem dopieszczaliśmy nasze CV. Wiedzieliśmy, że kiedy wreszcie dojdzie do nieuniknionej katastrofy, Vivian będzie potrzebować kogoś, na kogo mogłaby zrzucić winę. Zwolnienie było więc tylko kwestią czasu.
Odkaszlnęłam, posłałam jej pokrzepiający uśmiech i rzuciłam:
– To nie nasza wina!
Zacisnęłam usta i skierowałam znaczące spojrzenie na Alice.
Vivian baaardzo powoooli odwróciła głowę w jej stronę i wbiła w nią morderczy wzrok.
– Słucham?
– To nie nasza wina, Vivian – powtórzyła Alice spokojnie. Zbyt spokojnie. Brzmiała niemal na znudzoną. – Tylko jego.
Mitch i ja popatrzyliśmy po sobie ze zdziwieniem, a milczenie naszej szefowej tylko przedłużało niezręczną ciszę.
Alice nie dała się jednak zniechęcić. Zamiast trzymać gębę na kłódkę, wzruszyła ramionami w geście całkowicie pozbawionym skruchy. Nie po raz pierwszy odniosłam wrażenie, że nie odczuwa lęku w taki sposób jak pozostali z nas, co zapewne było zasługą warunków, w jakich dorastała.
Też czułabym się niezwyciężona, gdybym miała taką poduszkę finansową.
– On jest po prostu niemożliwy. – Alice z niezmąconym spokojem wytrzymała spojrzenie Vivian. – Jamie próbowała cię uprzedzić już pół roku temu, ale nie chciałaś tego słuchać.
Siedzący obok mnie Mitch drgnął gwałtownie. Poczułam, jak kopie Alice pod stołem. Został jednak zignorowany.
Zainspirowana jej tumiwisizmem, nieco wyprostowałam plecy. Może to będzie ten dzień. Może dziś Vivian w końcu nas wysłucha.
– Viv, w całej Ameryce Północnej jest mniej niż sto singielek spełniających jego kryteria. Do wczoraj odrzucił sześćdziesiąt siedem z nich.
– No i?
Wydawało mi się, że ta część nie wymaga dalszych wyjaśnień – ale oczywiście mogłam ich udzielić.
– Nie wiem, co jeszcze moglibyśmy zrobić. Mitch i Alice poświęcali wieczory i weekendy na poszukiwania odpowiednich osób na umówione terminy spotkań, a ja zarywałam noce, starając się ograniczać szkody po rzezi, jaką facet urządzał na randkach, i tamować rzekę łez po kolejnym zranionym ego. Jesteśmy wykończeni.
– Jest spora szansa, że zanim znajdziemy mu partnerkę, skończą nam się kandydatki. To nie nasza wina, tylko jego – powtórzyła Alice. – Jackson Sinclair nie potrzebuje matchmakera, tylko cudotwórcy. I, prawdę mówiąc, bardzo dobrego terapeuty.
Mitch lekko skulił się na krześle.
– No i? – drążyła Vivian. – Jaki jest plan? Jak możemy obejść ten problem...
– Nie możemy. Trzeba się go pozbyć – stwierdziła bez zająknięcia Alice.
Tym razem Mitch się wzdrygnął i kopnął ją na tyle mocno, że spiorunowała go wzrokiem.
Vivian podeszła do stołu, wykrzywiając usta w drwiącym uśmiechu. Poczułam, jak ściska mnie w dołku.
– Twoją propozycją rozwiązania problemu jest rezygnacja z Jacksona Sinclaira jako klienta? Czy zdajesz sobie sprawę, jak by to wpłynęło na naszą reputację? Połowa obecnych klientów zgłosiła się do nas po tym, jak Minerva ogłosiła na swoim lunchu, że będzie korzystać z naszych usług. Jak ci się wydaje, co będzie, gdy pójdzie do konkurencji?
Pewnie będą mieli z nim te same problemy co my, pomyślałam, ale darowałam sobie komentarz. Za to Alice najwyraźniej nie zamierzała się hamować.
– Powtarzam. Uprzedzaliśmy, że może do tego dojść, zaraz po tym, jak na wstępną rozmowę przysłał w zastępstwie jednego ze swoich asystentów – przypomniała. – Nadal nie poznaliśmy go osobiście.
Vivian zbyła ją machnięciem dłoni i znów zaczęła maszerować po sali.
– Nie było mowy, żeby wtedy nie przyjąć tego zlecenia. I nadal jest to wykluczone. Chcę, żebyście znaleźli rozwiązanie.
– Problem polega na tym, że ono nie istnieje – wyjaśniłam. – Próbowaliśmy wszystkiego poza Immersyjnym, a to tylko dlatego, że nie chce się na niego zgodzić.
I jak dla mnie? Na całe szczęście. Byłam zbyt niska rangą, żeby ktokolwiek w ogóle brał mnie pod uwagę do tej roli. Nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, że spędzam miesiąc przyklejona do Jacksona Sinclaira po tym, czego się o nim dowiedziałam.
Immersyjny Pakiet Coachingowy zwykle był zarezerwowany dla naszych najbardziej wymagających klientów. Przydzielano im pełnoetatowego konsultanta do spraw związków i coacha randkowego, który przez cztery tygodnie badał ich życie codzienne, rozkład dnia, zachowania i nawyki, a następnie wykorzystywał zebrane dane, aby znaleźć dla nich odpowiednią partię. Było to bardzo intensywne przeżycie.
Konsultant musiał nawet uczestniczyć w randkach klienta i obserwować je z dystansu, aby móc później „coachować” go w razie konieczności (u klientów w sytuacji na tyle kryzysowej, by decydowali się na ten wariant, coaching istotnie okazywał się konieczny w dziewięciu przypadkach na dziesięć).
– Zgadzam się z Jamie – stwierdziła Alice. – Jeśli nie zgodzi się złagodzić niektórych kryteriów i poświęcić nam choć trochę czasu, nie mamy już pola manewru.
Vivian skrzyżowała ręce, ale zamiast wyładować na nas wściekłość, stanowczo skinęła głową.
– Zgoda. Muszę przyznać, że przez jego napięty grafik i wysokie oczekiwania wobec partnerki sprawa staje się bardzo trudna. Ale nie niemożliwa. Porażka nie wchodzi w grę. W żadnym razie. Musimy znaleźć sposób, żeby jakoś pokonać te ograniczenia.
Wyparcie. Znowu.
Zgarbiłam się na krześle, ale Alice nie zamierzała spuszczać z tonu. Niechęć Vivian do spojrzenia prawdzie w oczy tylko ją rozsierdziła.
– Zrobiliśmy wszystko, co się dało przy takiej ilości danych, jaką dysponujemy. Sześćdziesiąt siedem kobiet jakimś cudem spełniło jego obłędne kryteria i żadnej z nich nie udało się nawet umówić z nim na drugą randkę. Ani jednej. Skoro tak się dzieje, w naszych danych musi być jakiś błąd, ale ponieważ nie zgadza się osobiście uczestniczyć w analizach, musimy opierać się na posiadanej wiedzy. Wszystkie testy, kwestionariusze i wywiady wypełnili jego pracownicy, a w części z nich pozostawili puste pola. Jego zespół próbuje narzucać nam, jakich informacji potrzebujemy, by wykonywać swoją pracę, ale ten układ się nie sprawdza. Viv, gdyby chodziło o kogoś innego, nie szlibyśmy na te wszystkie ustępstwa.
Podejrzewałam, że Jackson wcale nie chce znaleźć partnerki, ale nie mogłam zrozumieć, po co w takim razie marnuje czas i zasoby wszystkich zaangażowanych w to osób, w tym swoje.
Opłata wstępna w Charmed była siedmiocyfrowa, a programy w początkowej fazie wymagały ogromnego zaangażowania. Nasza firma zajmowała się najbogatszym procentem najbogatszego procenta, a ich wszystkich (poza niewyobrażalnym majątkiem) łączyła niechęć do marnowania własnego czasu. Właśnie dlatego zatrudniali nas, byśmy wykonali za nich weryfikację i resztę brudnej roboty.
– Dlaczego? – spytała Vivian, mierząc nas po kolei surowym wzrokiem. – Dlaczego żadnej z kandydatek nie udało się umówić z nim na drugą randkę?
– Wiemy tyle co ty – odparłam.
– Co to ma znaczyć?
Wychyliłam się do przodu na krześle.
– Informacje zwrotne, które otrzymujemy od jego zespołu, są niejasne i dezorientujące, więc możemy jedynie opierać się na wersji wydarzeń przedstawionej przez kobiety. Ale nic nam po niej, bo musimy się dowiedzieć, dlaczego to jemu nie podobało się na randkach.
Kandydatki nigdy nie zgłaszały skarg po spotkaniach, a większość z nich była mocno zawiedziona, gdy okazywało się, że Jackson nie zamierza rozwijać z nimi znajomości.
To kolejna cecha wspólna wielu naszych klientów. Nie przywykli do odmów i część z nich nie wiedziała, jak się w takiej sytuacji zachować.
Vivian znów skinęła głową i po raz pierwszy, odkąd przydzielono nam tego koszmarnego klienta, odniosłam wrażenie, że dociera do niej cokolwiek z tego, co mówimy.
– W porządku – stwierdziła. – Czyli wiemy, na czym stoimy i jak ma wyglądać wasz kolejny krok.
– Jak? – spytałam, marszcząc brwi.
– Musicie sprawdzić, co właściwie dzieje się podczas tych randek.
Przychodził mi do głowy tylko jeden sposób, by to zrobić, ale wiedziałam, że się na niego nie zgodzi.
– Może moglibyśmy wziąć udział w jednym z twoich spotkań z Minervą i przekonać się, czy ma coś do dodania...
– Wykluczone.
Na tym kończyły się moje pomysły.
Mitch postukał się w druciane oprawki okularów i wreszcie postanowił przejąć pałeczkę.
– Vivian, nie ma w tym ani krzty przesady. Nie da się z nim umówić nawet na pięciominutową rozmowę. A skoro nie wyraził zgody na Pakiet Immersyjny, nie możemy wysłać na randki obserwatora... – Urwał, kiedy ta zaczęła kręcić głową.
– Nie – stwierdziła. – Próbujcie dalej. Nie pójdzie na żadne ustępstwa w kwestii grafiku. Musicie wymyślić co innego. Potrzebujecie danych. Jak możecie je zdobyć, skoro nie jest skłonny do współpracy?
– Próbujemy to zrobić od ośmiu miesięcy. On nie... – Alice nagle zamilkła. Przez chwilę wyglądała, jakby intensywnie skupiła na czymś wzrok, a potem gwałtownie wciągnęła powietrze. – Aha.
Aha?
Jakie znowu aha?
Zanim zdążyłam zapytać, Vivian odchrząknęła i wygładziła przód plisowanej sukienki.
– Ogarnijcie sprawę, i to szybko. Nie interesuje mnie, co w związku z tym będziecie zmuszeni zrobić. Minervie kończy się cierpliwość, a jeśli zdecyduje się iść do konkurencji, połowa naszych klientów ruszy za nią. A to będzie oznaczać zwolnienia. Koniec kropka.
Posłała Alice porozumiewawcze spojrzenie i wyszła z sali. Drzwi z mrożonego szkła zasunęły się za jej plecami.
– Jasna cholera – wysapał Mitch, opadając na stół górną połową ciała. – Ty to, kurwa, masz jaja, Alice.
Spiorunowała go wzrokiem.
– Następnym razem, gdy wpadniesz na pomysł urządzania sobie końskich zalotów pod stołem, daj sobie siana. Mało nie rozerwałeś mi rajstop tym ostatnim kopniakiem.
– Próbowałem cię ocalić przed samą sobą. Kiedy zaczęłaś pyskować Vivian, wyglądało, jakby chciała cię zwolnić w trybie natychmiastowym.
Alice przewróciła oczami.
– I tak zwolni całą naszą trójkę. Od początku doskonale wiedziała, że to będzie rzeźbienie w gównie. Niby dlaczego przydzieliła tak ważnemu klientowi troje młodszych konsultantów, zamiast samodzielnie się nim zająć?
– Bo jesteśmy młodzi, ambitni i gotowi robić nadgodziny, których wymaga to zadanie? – zasugerował Mitch.
– Nie. Bo jesteśmy młodzi, naiwni i łatwo zastępowalni.
– To strasznie dołujące – stwierdziłam.
– Taka jest prawda.
Z westchnieniem wtopiłam się głębiej w krzesło. Bardzo, ale to bardzo nie chciałam stracić tej roboty – nie po tym, jak długo i ciężko pracowałam, by ją dostać. Charmed było absolutną elitą wśród firm matchmakingowych, więc wszędzie indziej czułabym się, jakbym spadła o dziesięć szczebli na drabinie kariery. Nie brzmiało to zbyt dobrze.
Moje życie zawodowe przed Jacksonem Sinclairem układało się idealnie. Uwielbiałam swoją pracę, spotykane w niej osoby i równowagę między nią a życiem osobistym. Nawet z Vivian dawało się wytrzymać, o ile nie czuła się nami nieustannie zawiedziona.
Zaczęłam obracać się na krześle.
– No wiesz... jak nas wyleje i przyjdzie nam szukać nowej roboty, będziemy musieli wyjaśnić, jak to się stało, że nie znaleźliśmy odpowiedniej partii dla samego Sinclaira. – Branża była mała i pełna plotek. Nie było szans, żeby sprawa się nie wydała. – Wszyscy będą pytać.
Mitch przeczesał dłonią włosy.
– Bardziej martwi mnie jutrzejszy wieczór. Nie mamy kandydatki na umówiony termin, a wątpię, czy uda nam się kogoś znaleźć w mniej niż trzydzieści godzin. A jeśli znów będziemy musieli zarwać noc i przekimać się tutaj, to, kurwa, oszaleję. Nie dam rady.
– A poza tym, jak niby, do cholery, mamy uzyskać obiektywne dane o randkach? – Przesunęłam wzrokiem od jednego do drugiego ze współpracowników. – Użyć dronów? Zhakować kamery monitoringu?
– Mam pomysł, który rozwiązałby oba problemy za jednym zamachem – wtrąciła Alice. – Ale na bank wam się nie spodoba.
– Mowy nie ma. Chyba ochujałaś.
Nie było takiej opcji. Nie zamierzałam dać się namówić. Nigdy w życiu.
Alice pochyliła się i rozłożyła dłonie na blacie.
– No weeeeź. Nie będzie aż tak źle.
Czy ona w ogóle słyszała, co mówi?
– Chcesz mnie wysłać na randkę z pieprzonym Kubą Rozpruwaczem i twierdzisz, że nie będzie aż tak źle?
– Przecież nie pójdziesz jako ty, będziesz pod przykrywką – przekonywała.
– I nie sądzisz, że to jest tysiąc razy gorsze?
Nie dość, że plan był fatalny i z góry skazany na porażkę, to byłam ostatnią osobą, która nadawała się do jego realizacji. Nie znosiłam kłamać. Wszystko mnie od tego swędziało, a podtrzymywanie pozorów prawie zawsze okazywało się tak stresujące, że gra nie była warta świeczki.
– Nie myśl o tym za dużo – zbyła mnie. – Założymy ci dyskretny sprzęt do podsłuchu i zrobimy fejkowy profil. Dasz sobie radę.
– To ty nie zastanawiasz się nad tym wystarczająco długo – upomniałam ją.
– Zgadzam się. – Mitch zastukał knykciami w stół. – Za dużo rzeczy może pójść nie tak. A gdyby Sinclair się o tym dowiedział, mielibyśmy przesrane.
Otóż to.
– Poza tym totalnie nie odpowiadam jego fizycznym wymaganiom.
Byłam blondynką. Miałam metr siedemdziesiąt wzrostu i dwadzieścia osiem lat.
Jackson Sinclair umawiał się wyłącznie z brunetkami w wieku od trzydziestu do trzydziestu sześciu lat, o wzroście co najmniej stu siedemdziesięciu ośmiu centymetrów. Ostatnia kandydatka (numer sześćdziesiąt siedem) była dawną Miss Świata i aktualną dyrektorką generalną dużej firmy PR-owej. Wystarczyło, by raz na mnie spojrzał, a odwróciłby się na pięcie i wyszedł, tak jak zrobił, gdy zobaczył Allison Park (numer dwadzieścia dziewięć), która później przez bitą godzinę wrzeszczała na mnie przez telefon, jakbym była temu w jakikolwiek sposób winna.
Po tym incydencie Vivian zadzwoniła do Minervy z prośbą, by Jackson uszanował przynajmniej minimalny godzinny limit, obowiązujący dla wszystkich pierwszych randek organizowanych przez Charmed i mający zapewnić, że nasi klienci w ogóle dadzą wybranym kandydatom szansę.
Alice wzruszyła ramionami.
– Załatwimy ci perukę, buty na koturnie i kieckę na tyle długą, żeby zakryła stopy, a potem przywieziemy cię wcześniej na miejsce, żebyś już siedziała przy stoliku, kiedy on do niego dotrze. Nie zorientuje się.
– Skoro to takie proste, dlaczego sama tego nie zrobisz?
– Jamie, jestem od ciebie pięć lat młodsza i pięć centymetrów niższa. Nawet gdybyś wsadziła mnie w szpilki na tyle wysokie, żebym spełniała w nich ten absurdalny wymóg wzrostu, nie dałabym rady w nich chodzić. Poza tym zajmujesz się tym zdecydowanie dłużej niż ja, masz znacznie większe doświadczenie w obsłudze klienta i świetnie umiesz odczytywać mowę ciała.
Bzdura.
– Chciałam przypomnieć, że przyjaźniłam się z Rią dziesięć lat, zanim poznała twojego brata, a dopiero on zauważył, że gdy kłamie, zaczyna jej drgać nozdrze.
Jej brat i moja najlepsza przyjaciółka byli teraz małżeństwem. W ten sposób poznałam Alice, po czym ją skrzywdziłam, załatwiając jej tę cholerną robotę.
– Z Rią jesteś zbyt mocno związana. To twój słaby punkt, ale w przypadku Jacksona nie będzie takiego problemu.
– Jeśli wyposażymy cię w kamerę, będę wyraźnie widzieć jego twarz na ekranie. A dopóki będziesz siedzieć, pewnie w ogóle nie zauważy, ile masz wzrostu...
– Nie – wykrztusił nagle Mitch. – Nie, yyyy, to nie... To Jamie powinna się tym zająć. Głosuję na Jamie.
– Coś z tobą nie tak? – spytała Alice, marszcząc brwi.
– Twój tors – stwierdził.
– Że co?
– Twój... eee, chodzi o wzrost. Nawet gdybyś siedziała, zauważyłby... przez twój tors. Jest... krótki – wyjaśnił elokwentnie.
Alice wpatrywała się w niego przez całą minutę w niewzruszonym milczeniu, a potem odwróciła się z powrotem do mnie.
– No widzisz? Ja nie mogę iść. Mam za krótki tors.
Szyja Mitcha przybrała purpurowy odcień.
– No trudno. Ja tego nie zrobię – odparłam. – Nie i koniec.
– Dobra. – Alice wypuściła głośno powietrze. – Czyli wracamy do punktu wyjścia.
Otóż to. Właśnie tak. Znakomicie.
Coś wykombinujemy. Jak zawsze.
– Twój tors wcale nie jest zły. Tylko... kompaktowy.
Alice znów zmierzyła Mitcha spojrzeniem, bezgłośnie pytając, co z nim nie tak, po czym wstała.
– Idę po kawę. Będziemy jej potrzebować.
Gdy tylko wyszła z sali, Mitch już totalnie sflaczał i z rozpaczliwym plaskiem uderzył głową w stół.
– Nieźle to rozegrałeś – rzuciłam.
– Zamknij się.
– NIE WIERZĘ, że dałam się na to namówić.
Oblewałam się potem, swędziały mnie szyja, kolana i głowa, istniała też spora szansa, że nim uda mi się dotrzeć do stolika, to puszczę pawia.
– Wyluzuj – odezwał się w słuchawce głos Mitcha. – Będzie dobrze. Tylko trzymaj się planu.
– Słuchajcie, ja naprawdę mam złe przeczucia. – Głośno przełknęłam ślinę, nerwowo rozglądając się po patio na dachu wieżowca.
Musiałam przyznać, że wystrój był piękny. Wokół zaokrąglonego basenu wyłożonego mozaiką znajdowały się ozdobne latarnie i donice wypełnione po brzegi różowymi różami, a pośrodku tego wszystkiego stał stolik oświetlony światłem świec. Gdy dodać do tego bezchmurne nocne niebo i niesamowitą panoramę miasta, atmosfera stawała się przytłaczająco romantyczna.
– Może i pomysł jest fatalny, ale innego nie mamy – przypomniała Alice. – A ty świetnie dasz sobie radę. Znasz swój profil na pamięć, wiesz, jakich danych potrzebujemy i jakie pytania zadawać, by je zdobyć, a my będziemy przy tobie na każdym kroku. Trzymaj się planu tak, jak mówił Mitch, i nie myśl za dużo.
Ich słowa wcale nie poprawiły mi samopoczucia, bo byłam za bardzo zajęta uważaniem, by nie potknąć się o skraj zbyt długiej sukienki (a właściwie sukni), żeby naprawdę skupiać się na tym, co mówią. Szpilki były idiotycznie wysokie, a w peruce było mi gorąco i swędziała mnie...
– Jest.
Zamarłam w pół kroku. Z sercem w gardle zaczęłam rozglądać się dookoła.
Przyjechał wcześniej.
Ale po co?
Z relacji kandydatek wynikało, że nigdy nie zjawiał się przed czasem. Zawsze był punktualnie o dwudziestej i kończył randkę punktualnie o dwudziestej pierwszej.
Cała reszta danych się zgadzała: na parterze powitała mnie osoba pracująca dla Sinclaira, wjechała ze mną na górę, a następnie, prowadząc uprzejmą rozmowę, poinformowała, że jej szef wkrótce do mnie dołączy, by na koniec przeprosić i wyjść.
Dlaczego, do cholery, akurat dzisiaj zjawił się wcześniej? Czyżby wiedział, że coś nie gra? Czy już zdążyliśmy spieprzyć sprawę?
– Nikogo nie widzę – wyszeptałam, po raz trzeci obracając się wokół własnej osi.
– Kurde. Sorry. To było tylko twoje odbicie w basenie – odezwał się Mitch. – Jestem jakiś przeczulony. Ta twoja czarna kiecka wyglądała trochę jak garnitur... – Przerwał nagle, syknął z bólu, a w słuchawce zapanowała cisza.
– Halo? – Nikt nie odpowiedział. Poczułam ukłucie paniki. – Alice? Mitch?
– Wybacz. Mitch na razie stracił dostęp do mikrofonu. Jest dziewiętnasta pięćdziesiąt siedem, więc masz jeszcze trzy minuty do jego przybycia. Wszystko gra.
– Okej. Dzięki.
– Lepiej usiądź. Wzrost to jedno, ale poza tym wyglądałoby trochę dziwnie, gdyby zastał cię nad basenem, rozglądającą się dookoła, jakby ktoś cię ścigał.
– Skąd wiesz, że się rozglądam? – spytałam, marszcząc brwi.
– Poruszasz cyckiem.
No tak. Kamera została ukryta na sukience, wśród mnóstwa ręcznie naszytych koralików. Przez te zdobienia i niezliczone warstwy materiału suknia ważyła prawie tyle co ja. Była wypożyczona, bo ten model kosztował więcej niż mój samochód.
Skoro miałam odegrać swoją rolę, to musiałam odpowiednio wyglądać. Żadna z kandydatek nie pojawiła się na randce z Sinclairem w sukience z sieciówki za pięćdziesiąt dolców.
Odetchnęłam głęboko, wbiłam świeżo wymanikiurowane paznokcie w kopertówkę i powoli zajęłam miejsce przy stole.
– Została mniej niż minuta, Jamie – powiedziała cicho Alice. – Od tego momentu na wszelki wypadek nie odzywaj się już do nas. My postaramy się mówić jak najmniej, żebyś mogła się skupić.
Kiwnęłam głową, chociaż wiedziałam, że nie mogą mnie zobaczyć.
– Piętnaście sekund.
Wygładziłam spódnicę i próbowałam uspokoić szalejące tętno. Moja intuicja wręcz krzyczała, że mam uciekać.
– Trzy.
Wbiłam zęby w dolną wargę. Oddychałam coraz szybciej i płyciej. Trzeba było wypić ten shot tequili, który zaproponował mi Mitch, zanim wsadził mnie do Ubera.
– Dwa.
Nie należało jednak było proponować odliczania, bo to wcale nie ułatwiało sprawy.
– Jeden.
Gwałtownie wciągnęłam powietrze.
Wstrzymałam oddech.
Wstrzymywałam go... i wstrzymywałam...
Powietrze z głośnym świstem wyrwało mi się z płuc, gdy obróciłam się na krześle, by spojrzeć na podwójne drzwi, przez które wcześniej mnie wprowadzono.
– Dziwne. Wszystkie kandydatki twierdziły, że był dokładnie o czasie.
Z przyzwyczajenia wzruszyłam ramionami.
– To tylko piętnaście sekund, może...
Gdy się odwróciłam, zobaczyłam olbrzyma górującego nad stolikiem. Mimowolnie jęknęłam i poczułam, jak moja dusza momentalnie opuszcza ciało.
– O kurde, sorry! Zasłoniłaś ramieniem kamerę, gdy się obracałaś. Nie widziałam, jak wszedł.
A ja nie słyszałam.
Jakby się nagle zmaterializował.
– Hej – wydyszałam, spoglądając w górę na potężnego faceta z grymasem niezadowolenia na twarzy. Przycisnęłam dłoń do piersi, by opanować przerażenie. – Wybacz... eee... nie słyszałam, jak wszedłeś.
Mężczyzna skrzywił się jeszcze bardziej, a jego spojrzenie było zimne niczym sople lodu.
– Do kogo mówiłaś?
Jego głos brzmiał zaskakująco głęboko i melodyjnie. Jak dymna whisky i miód.
Czy wiedzieliśmy wcześniej, że Jackson Sinclair ma lekki brytyjski akcent? Nie miałam tego w notatkach. Pamiętałabym.
– Słucham? – spytałam głupio.
– Rozmawiałaś z kimś, gdy wszedłem.
– Eee... nikogo tu nie ma.
Zmrużył oczy jeszcze bardziej.
– Wiem.
Odchrząknęłam, odwróciłam wzrok od jego intensywnego spojrzenia i oderwałam dłoń od piersi. Dyskretnie wytarłam ją o sukienkę i wyciągnęłam do niego.
– Jestem Grace – rzuciłam, zmuszając wargi, by ułożyły się w niepewny uśmiech. – Grace Lambton. A ty musisz być Jackson Sinclair.
Uważnie przyjrzał się mojej wyciągniętej dłoni, jakby szukał... sama nie wiem czego. To była tylko dłoń. Kiedy w końcu podał mi rękę, opuścił kąciki ust z wyraźnym niezadowoleniem.
Było to tak ostentacyjne i odpychające, że instynktownie chciałam się wyrwać, ale zacisnęłam zęby i nie przestawałam się uśmiechać, gdy jego duża, gładka dłoń lekko owinęła się wokół mojej. Na niecałą sekundę.
Potem wyciągnął z kieszeni białą chusteczkę i wytarł palce jeden po drugim, jakbym czymś go ubrudziła.
Mój wymuszony uśmiech zniknął, gdy szeroko otworzyłam usta. W słuchawce usłyszałam, jak Alice wydaje stłumiony dźwięk.
– Czy on właśnie...
Owszem.
W dodatku zrobił to, utrzymując nieprzerwany kontakt wzrokowy, jakby czekał, aż poczuję się urażona i zwrócę mu uwagę. Gdy zachowałam milczenie, uniósł wzrok ku nocnemu niebu.
On tak serio? Czy robił sobie ze mnie jaja?
Za moimi plecami pojawił się nagle ubrany w garnitur kelner i zaczął nalewać nam wodę gazowaną do wysokich kieliszków do szampana.
– Napije się pani czegoś, madame?
– Poproszę martini – złożyłam zamówienie, gdy Jackson zajmował miejsce przy stoliku.
– Oj, będziesz go potrzebować. Dlaczego on tak ci się przygląda? Co z nim nie tak?
Nie miałam zielonego pojęcia. Bardzo starałam się omijać wzrokiem jego lodowate spojrzenie, które wbijał we mnie z drugiego końca stolika.
Miałam rację. Przyjście tutaj było kurewsko złym pomysłem.
Plan zakładał, że zaczekam, aż Jackson zacznie mówić pierwszy – chcieliśmy zobaczyć, w jaki sposób zwykle przełamuje lody, jakie pytania zadaje i ile zainteresowania początkowo okazuje kandydatkom. Nie wzięliśmy pod uwagę tylko jednej możliwości: że nie odezwie się ani słowem.
Siedziałam, nerwowo bawiąc się cieniutkimi pierścionkami, których miałam kilka na środkowym palcu, i czekałam.
I czekałam.
I czekałam.
Aż poczułam, że ta cisza zaczyna mnie dusić.
– No – wypaliłam. – Jackson, opowiedz mi coś o sobie.
Skrzywiłam się, gdy tylko usłyszałam swój głos. Brzmiałam jak na rozmowie o pracę.
Potem popełniłam kolejny błąd i spojrzałam mu w oczy, w których było teraz znacznie mniej irytacji i zdecydowanie więcej nudy. Zerknął na zegarek, ze zniecierpliwieniem wypuścił powietrze nosem i spytał:
– A czego jeszcze nie wiesz?
Zamrugałam.
– Słucham?
Nieznacznie przechylił głowę i spytał drwiąco:
– Ma pani problemy ze słuchem, panno Pennington, czy po prostu lubi pani marnować cudzy czas?
Uświadomiłam sobie, że opadła mi szczęka, gdy lodowate oczy skierowały się na nią, nim znów się zmrużyły. Nawet Alice zaniemówiła.
– Nazywam się... eee... Lambton. Grace Lambton – poprawiłam delikatnie. – Nie Pennington.
Nie wyglądał na zakłopotanego – ani nie przeprosił za pomyłkę.
– Przepraszam, czy cię czymś uraziłam? – spytałam, poprawiając się na krześle.
Czułam, że oblewam się rumieńcem, gdy ten znów zerknął na zegarek. Poczułam gorąco i nieprzyjemny ciężar w żołądku, gdy tylko dotarło do mnie, co tu się dzieje.
TO był ten facet, po którym pocieszałam kobiety przez ostatnich osiem miesięcy? To przez niego wszystkie płakały? Serio?
Nigdy w życiu tak szybko nie sięgnęłam po drinka. Wyrwałam martini niepodejrzewającemu nic kelnerowi, nim zdążył postawić je na stole. Rzucając ciche „dziękuję”, wzięłam je wprost z obleczonej w rękawiczkę dłoni – i wypiłam duszkiem.
– Czy mogę prosić jeszcze jedno? – spytałam mężczyzny, który, jeśli wierzyć plakietce, miał na imię Henry.
Jeśli Henry poczuł się zaskoczony, dobrze to ukrywał.
– Oczywiście.
– Jamie – upomniała mnie cicho Alice.
Uzgodniłyśmy, że mogę wypić jednego drinka dla rozluźnienia. Nie więcej.
Położyłam dłonie na kolanach i odchyliłam się do tyłu na krześle. Miałam przygotowaną długą listę pytań. Pół dnia spędziliśmy na wymyślaniu ich i formułowaniu tak, by pozwoliły nam zyskać jak najwięcej przydatnych informacji w czasie, który miałam do dyspozycji.
Informacji, które były nam potrzebne – żeby pomóc jemu.
Ale sytuacja się zmieniła.
– Co ty wyprawiasz? Dlaczego się nie odzywasz?
Osiem miesięcy.
Przez ostatnich osiem miesięcy znosiłam krzyki, płacze i zwierzenia, które były jego winą. A on zachowywał się w taki sposób? Tak traktował cały nasz wysiłek? Nasze osiemdziesięciogodzinne tygodnie pracy?
Dlaczego, do cholery, żadna z kobiet nie zająknęła się słowem na ten temat?
Poczułam, jak zaczyna buzować we mnie gniew. Posłałam Jacksonowi sarkastyczny uśmiech.
– Powiedz: na ilu takich już byłeś?
Uniósł brew.
– Słucham?
– Na takich randkach – wyjaśniłam krótko, oschłym tonem. – Mija pół roku, odkąd zgłosiłam się do Charmed, i nadal nikogo mi nie znaleźli. Nie bardzo im to wychodzi, co nie?
Znów zmrużył oczy. Czy w ogóle potrafił nadać im jakikolwiek inny wyraz, czy to była jedyna dostępna opcja?
– No co? Nie zgadzasz się? – spytałam, gdy nie doczekałam się odpowiedzi.
– Co ty wyprawiasz?
Jackson lekko otworzył usta, jakby miał zamiar coś powiedzieć, ale zamknął je, gdy znów pojawił się Henry, a za nim kolejny kelner.
– Przystawka: ostrygi Belon w delikatnym sosie mignonette – powiedział, stawiając przed nami dwa elegancko przybrane talerze i moje drugie martini. – Szef kuchni, pan Russo, poleca do tego kieliszek Domaine Raveneau Blanchot Chablis, rocznik tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty szósty, dla podkreślenia świeżego smaku dania.
Sinclair potaknął, a drugi kelner odkorkował butelkę.
– Bon appétit.
Wzrok miałam wbity w mężczyznę siedzącego naprzeciwko, więc nie skupiałam się szczególnie na całej otoczce.
Grace Lambton, z którą został umówiony na randkę, nie brzydziła się zbyt wielu rzeczy – w przeciwnym razie Jamie Paquin miałaby problem, by je wszystkie spamiętać. Dział „Awersje żywnościowe” w jej kwestionariuszu osobowym zawierał jedną pozycję: owoce morza.
Grace Lambton nie znosiła owoców morza.
Jamie uwielbiała ostrygi, ale Grace zbierało się od nich na wymioty.
Czyli albo nikt z zespołu nie przeczytał przesłanych przez nas informacji, albo...
– Szlag by to trafił. Czy on...? Ten sukinsyn celowo sabotuje randkę?
Zaraz mieliśmy się o tym przekonać.
– Coś nie tak? – spytał spokojnie Jackson, unosząc kącik ust w uśmieszku pełnym samozadowolenia.
– Bynajmniej.
Nie wydawał się zaskoczony, gdy sięgnęłam po pierwszą ostrygę. W gruncie rzeczy chyba się tego spodziewał. Przyglądał mi się, delikatnie kołysząc kieliszkiem. Arogancki chujek musiał być przyzwyczajony, że inni stają na głowie, byle mu się przypodobać.
Mina mu zrzedła, gdy po jej zjedzeniu natychmiast sięgnęłam po drugą. Chyba spodziewał się lekkiego zawahania, a może nawet oznak wewnętrznej walki.
– O mój Boże, to jest przepyszne – stwierdziłam, porzucając dobre maniery i sięgając po kolejną.
Sinclair zmarszczył brwi, lekko rozchylił wargi i przestał kołysać kieliszkiem.
Nie czułam żadnego smaku poza goryczą buzującego we mnie gniewu. Moim kubkom smakowym nie zrobiłoby różnicy, gdybym łyżkami pakowała sobie do ust mokry piach.
Kiedy skończyłam z ostrygami, wypiłam martini. A potem kieliszek wina.
Błyskawicznie poczułam lekkie mrowienie pod skórą, a w moich żyłach zapłonął ogień.
– A ty nic nie zjesz? – spytałam Jacksona, który od pięciu minut nie robił nic poza gapieniem się na mnie. – Im szybciej uporamy się z posiłkiem, tym wcześniej skończy się wieczór. Wolałabym nie siedzieć tu przez całą godzinę, jeśli da się tego uniknąć.
– Jamie. Pohamuj się.
Jackson zamrugał powoli, a jego niesamowicie jasne oczy prześlizgnęły się po mojej twarzy, jakby bezskutecznie próbowały coś z niej wyczytać. To dziwne, bo nie kryłam się z czystą pogardą do niego. Byłam pewna, że mam ją wypisaną na twarzy.
– Chcesz skończyć wcześniej? – spytał ostrożnie.
Niech go, miał cudownie głęboki głos, a delikatny akcent dodawał każdemu z wypowiadanych słów atrakcyjnej melodyjności.
Ależ mnie to wkurzało.
– Owszem – odpowiedziałam. – I to bardzo.
Dowiedzieliśmy się już wszystkiego, czego potrzebowaliśmy. Jeśli Jackson faktycznie celowo niweczył randki, nie mogliśmy nic zrobić. Wychodziło na to, że zmarnował nam osiem miesięcy życia, a w dodatku wkrótce mieliśmy stracić przez niego pracę.
W tym momencie perspektywa spędzenia w jego towarzystwie kolejnych czterdziestu minut wydawała się równie kusząca jak wielokrotna depilacja rzęs woskiem przy grającym w tle ASMR z odgłosami mlaskania.
Nawet gdyby przyznał się przed kamerą do celowego sabotażu, nic by to nie pomogło – i tak wylecielibyśmy z pracy za naruszenie zaufania klienta i wprowadzenie go w błąd. Byliśmy na przegranej pozycji.
– A ty nie chcesz zakończyć jej wcześniej? – spytałam, krzyżując ramiona.
Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę, a potem uniósł rękę, zapewne sygnalizując w ten sposób obsłudze, aby nie przynosiła kolejnych dań.
– Przyznasz chyba, że nie idzie nam zbyt dobrze? – naciskałam, gdy nie doczekałam się odpowiedzi. – Wiem, że w Charmed obowiązuje godzinne minimum dla pierwszej randki, ale jeśli ty im nie naskarżysz, to ja też nie.
Zbiło mnie z tropu to, że on wyglądał na zbitego z tropu. Serio wydawało mu się, że randka przebiega pomyślnie? Czy tylko się nie spodziewał, że powiem to na głos?
Jakim cudem żadna z kandydatek nie wspomniała o jego skandalicznym zachowaniu? I jakim cudem ten facet zjadł sześćdziesiąt siedem kolacji z kobietami, z których żadna nie wyszła wcześniej?
Kusiło mnie.
Oj, jak mnie kusiło.
Już przesunęłam stopy i zacisnęłam palce na trzymanej na kolanach kopertówce. Z każdą mijającą sekundą ciszy pokusa stawała się silniejsza. Aż w końcu nie mogłam dłużej się jej oprzeć.
– Rozpruwacz – rzuciłam.
Jackson zamrugał.
– Słucham?
– No dobra – westchnęła mi do ucha Alice. – Możesz się zbierać. Wszystko już wiemy. Od jutra możemy zacząć rozsyłać CV.
Wstałam gwałtownie, jeszcze zanim skończyła mówić, zapominając, ile alkoholu wlałam w siebie w ciągu kwadransa. Świat na chwilę zawirował, a ja zaczęłam chwiać się na obcasach.
Sinclair zerwał się na równe nogi i próbował złapać mnie za ramię, co przyniosło efekt katastrofalnie odwrotny od zamierzonego.
Jak do tego doszło? Nie wiem. W jednej chwili instynktownie się wyszarpnęłam, uciekając przed jego dotykiem, by w kolejnej obcasy zaplątały mi się w rąbek sukni, a im bardziej starałam się odzyskać równowagę, tym bardziej ją traciłam.
– Ej, co tam się dzieje, do ku...
Następne słowa Alice zagłuszył chlupot wody wlewającej mi się do uszu.
MIAŁAM KOSZMAR. PRZERAŻAJĄCO realistyczny, ale wciąż tylko koszmar. Chociaż układał się w spójną całość.
Na szczęście zdążyłam już zdać sobie sprawę, że śnię, więc lada chwila powinnam się obudzić.
Zapewne tuż po tym, jak utonę.
Widziałam ciepłe światło latarni załamujące się na powierzchni wody w basenie. Nie byłam jednak w stanie ich dosięgnąć, choć z całej siły wierzgałam nogami i machałam rękami. Przeciwnie – zamiast się do nich zbliżać, czułam, jakby coś ciągnęło mnie w dół.
Zorientowałam się w sytuacji, gdy dotknęłam obcasami dna basenu.
I wpadłam w panikę.
Sukienka.
Niezliczone warstwy materiału nie tylko krępowały mi ruchy, lecz także stały się chyba z pięćdziesiąt kilogramów cięższe, gdy nasiąknęły wodą. Czułam się, jakby ktoś przyczepił do mnie kotwicę.
I to wcale nie był sen. Zaraz naprawdę miałam utonąć.
Wypuściłam z dłoni kopertówkę i sięgnęłam za plecy. Jednak choć rozpaczliwie machałam rękami i macałam materiał, nie mogłam trafić palcami na maleńką końcówkę suwaka.
Wiedziałam, że Ria mnie zabije, gdy dowie się, że zginęłam podczas jej miesiąca miodowego. Ależ by się na mnie wściekła. Fochom nie byłoby końca, zwłaszcza gdyby się okazało, że całe to życie pozagrobowe istnieje naprawdę. Odszukałaby mnie natychmiast po znalezieniu się w zaświatach.
Osiem lat temu zawarłyśmy pakt: miałyśmy razem umrzeć we śnie, trzymając się za ręce, w domu spokojnej starości, którego spokój zakłócałybyśmy naszymi wybrykami przez ostatnich dziesięć lat. Jak w Pamiętniku, tyle że z chaotycznymi najlepszymi przyjaciółkami w rolach głównych.
W dodatku Puszek pomyślałby, że go porzuciłam. Chociaż musiałam szczerze przyznać, że pewnie szybko by się po tym otrząsnął. Ria by go adoptowała, a skoro tak uwielbiał przytulasy z jej mężem, to zapomniałby o moim istnieniu...
Moje ponure rozważania przerwała para potężnych rąk, które objęły mnie od tyłu w pasie i zaczęły ciągnąć w górę, coraz wyżej... i wyżej...
A potem znów opuściły. Poczułam, jak pali mnie w płucach.
Z czego, do cholery, była zrobiona ta głupia sukienka? Z betonu?
Gdy kolejny raz poczułam pod stopami dno, obróciłam się (z wielkim trudem) – i znów znalazłam się twarzą w twarz z bardzo wkurzonym Jacksonem Sinclairem. Ten człowiek do perfekcji opanował sztukę wykrzywiania się z wściekłości.
Pokręciłam głową i gestem wskazałam sukienkę. Ale zanim udało mi się pokazać mu zamek błyskawiczny na plecach, wsunął palce pod dekolt w kształcie serca i zaczął rozdzierać tę głupią kieckę. Jakby była zrobiona z papieru.
Wyszczerzył zęby, wyrzeźbione mięśnie mocniej zarysowały się pod jego białą koszulą, rozerwał materiał i pomógł mi się z niego wyplątać. Byłabym pod wielkim wrażeniem, gdyby tylko moje płuca nie płonęły żywym ogniem.
Wystrzeliłam ku powierzchni. Moje ciało krzyczało, wrzeszczało, błagało o ulgę. I prawie udało mi się wypłynąć. Byłam już tak blisko – zaledwie centymetry dzieliły mnie od migocących świateł – gdy moje spazmatycznie pracujące płuca się poddały. Wzięłam wdech i zaczęłam się krztusić. Gdy moje ciało próbowało pozbyć się wody, coś znów chwyciło mnie w pasie i pociągnęło w stronę światła.
Wynurzyłam się na powierzchnię, gwałtownie łapiąc powietrze. Niewiele widziałam, a moje płuca pracowały jak szalone, by nabrać jak najwięcej powietrza mimo gwałtownego kaszlu. Bezładnie machałam rękami, łapałam spazmatyczne wdechy, wierzgałam nogami, oślepiona łzami, wodą z basenu, i z przerażeniem szukałam czegoś, czego mogłabym się chwycić. Jak przez mgłę uświadomiłam sobie, że jakaś zewnętrzna siła mnie obraca, a potem moje palce natrafiły na coś ciepłego i twardego.
Desperacko złapałam się tego drżącymi dłońmi, nie przestając kasłać i się krztusić. Po chwili znów zaryłam obcasami w dno basenu – ale tym razem moja głowa i ramiona pozostały nad wodą.
– Bensen!
Twarda, ciepła rzecz, do której zdążyłam już przylgnąć całym ciałem, zawibrowała, gdy głęboki, ochrypły głos wykrzykiwał polecenia.
– Wszystkim się zająłem, sir. Obsługa jest w drodze, wysłałem też kogoś, by powiadomił panie Harrison. Będą państwa oczekiwać.
– Wezwij doktora Santosa. Wciągnęła do płuc sporo wody.
– Już się robi, sir.
Chciałam otrzeć oczy, ale moje kurczowo zaciśnięte palce nie zamierzały dać się wyprostować. Trzymałam w garściach koszulę Jacksona, jakby od tego zależało moje życie – bo naprawdę miałam poczucie, że tak właśnie jest. Mój ogarnięty paniką umysł był przekonany, że jeśli wypuszczę go z rąk, natychmiast opadnę z powrotem na dno basenu.
Nie wiem, jak długo staliśmy w wodzie – ale zdążyłam przez ten czas odzyskać wzrok, przestać kasłać i ochłonąć na tyle, by zdać sobie sprawę, że jestem naga. Sukienka miała usztywniane miseczki, więc nie założyłam stanika – i teraz miałam na sobie tylko buty i majtki. Nadal ciasno przywierałam do klatki piersiowej Jacksona Sinclaira.
Zmusiłam się, by rozluźnić pięści, odsunęłam się od niego i zanurzyłam w wodzie po szyję, osłaniając piersi rękami.
Nie żeby miało to jakiekolwiek znaczenie. Jackson wznosił wzrok ku niebu, a dłonie, mocno zaciśnięte w pięści, trzymał przy bokach. Wypuścił mnie z rąk zaraz po tym, jak dobrnęliśmy do płytszego końca basenu. To ja kurczowo się go trzymałam.
– Dasz radę sama wyjść z wody? – rzucił w stronę gwiazd przez zaciśnięte zęby.
– Tak. Dzięki.
– Bensen.
– Zrobione, sir.
Podążyłam wzrokiem za głosem – jego właścicielem okazał się mężczyzna ubrany w typowy strój lokaja. Stał na brzegu basenu, a obleczone w rękawiczki dłonie miał splecione za plecami, którymi był w tej chwili odwrócony do mnie.
– Madame, kiedy będzie pani gotowa, znajdzie pani świeże ręczniki na stojaku po lewej. Gdyby potrzebowała pani jakiejkolwiek pomocy, do pani dyspozycji są dwie członkinie personelu.
– Eee... nie trzeba. – Oblałam się rumieńcem i poczłapałam w kierunku schodków, nadal zasłaniając piersi.
Po wyjściu z basenu niemal biegiem ruszyłam po ręczniki, stukając szpilkami, w których chlupotała woda.
– Już w porządku, dziękuję – oświadczyłam, gdy tylko owinęłam się ręcznikiem.
Bensen wciąż stał odwrócony, a Sinclair wyszedł z basenu długimi, gniewnymi krokami. Jednak zamiast wziąć drugi ręcznik, przyszpilił mnie pełnym złości spojrzeniem.
– Chodź za mną – rozkazał.
Po pierwsze, nie wiedziałam, co go tak rozgniewało. Przecież nie wpadłam do basenu celowo. Po drugie, nie miałam zamiaru nigdzie z nim iść. Pragnęłam jedynie zabrać swoje rzeczy z dna i wynieść się, nim wieczór zdąży przybrać jeszcze bardziej katastrofalny obrót.
– Nie, dziękuję. – Chlupocąc i postukując, podeszłam do drugiego końca basenu.
Jak dla mnie sukienka mogła sobie zgnić w wodzie, ale musiałam odzyskać kopertówkę, w której miałam telefon i prawko...
Serce mi zadrżało, gdy zobaczyłam falujące pasmo mahoniowego brązu, wyzierające spod wielkiego stosu czarnego materiału.
Moja peruka.
Moja peruka leżała na dnie basenu.
Kurwa mać.
Kurwa kurwa kurwa kurwa kurwa.
Zamarłam, wbiłam wzrok w lustro wody i gorączkowo zastanawiałam się, co teraz. Z wody przyglądało mi się moje pofalowane odbicie ze spiętymi, ściągniętymi do tyłu blond włosami i rozmazanym makijażem.
Tak wyglądała karma. Przyszła po mnie.
– Twoje rzeczy wyłowi obsługa – rzucił Jackson.
Przynajmniej teraz wiedziałam, o co tak się wściekł.
– Nie trzeba – pisnęłam. Nie byłam w stanie na niego spojrzeć. – Mogę... eee... zrobić to sama.
Po chwili nerwowej ciszy odpowiedział:
– Myślisz, że pozwolę ci wejść z powrotem do wody?
Niestety, decyzja nie należała do niego.
– Możesz się odwrócić?
Nie chciałam wskakiwać do basenu w ręczniku, a jeszcze bardziej nie chciałam go zdejmować na oczach Sinclaira.
Wciąż jednak czułam na skórze gorąco wywołane jego wściekłym spojrzeniem, co oznaczało, że jeszcze się nie odwrócił – i coś mi mówiło, że nie zamierza tego zrobić.
– Madame, jeśli mogę coś dodać – odezwał się Bensen spokojnym głosem – wyszkolony personel, wyposażony w odpowiedni sprzęt, jest już w drodze. Odzyska pani rzeczy i mogę osobiście zagwarantować, że już wkrótce znajdą się one ponownie w pani posiadaniu. Jeśli będzie pani uprzejma pójść za panem Sinclairem, zostanie pani odprowadzona do jego apartamentu, gdzie gosposie, pani Harrison i pani Harrison, czekają na panią ze świeżą zmianą odzieży. Chyba że woli pani zostać odwieziona do domu w pani obecnym stanie. Jeśli tak, mogę to zorganizować.
Bensen miał rację.
[...]
