Jak przetrwać swoją śmierć - Danielle Valentine - ebook + książka

Jak przetrwać swoją śmierć ebook

Valentine Danielle

3,7
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Alice to introwertyczka, która marzy o karierze patolożki sądowej, a wolne chwile spędza raczej na oglądaniu horrorów niż na imprezowaniu. Jej siostra Claire to jej przeciwieństwo: jest piękną, przebojową dziewczyną, kochającą występy w teatrze. Mimo różnic dziewczyny są dla siebie prawdziwymi przyjaciółkami i powierniczkami… Ale ta sielanka bezpowrotnie się kończy, gdy na imprezie halloweenowej Claire zostaje zamordowana.

W tym momencie życie Alice wywraca się do góry nogami, a kolejne dwanaście miesięcy to dla niej już tylko wegetacja i obserwowanie rozpadającej się rodziny oraz kończących się przyjaźni. Rok po śmieci ukochanej siostry dziewczyna przygotowuje się do złożenia zeznań przed sądem jako jedyny świadek w sprawie.

Pierwszego dnia procesu Alice zostaje ogłuszona w sądowej łazience przez tajemniczą nieznajomą. Kiedy odzyskuje przytomność, jest noc Halloween poprzedniego roku, tuż przed zabójstwem Claire. Alice ma czas do północy, by uratować siostrę i odnaleźć prawdziwego mordercę, zanim zaatakuje on kolejną ofiarę… ale czy na pewno ma szansę na szczęśliwe zakończenie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 375

Data ważności licencji: 11/22/2028

Oceny
3,7 (23 oceny)
6
7
6
4
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AgataMajk

Całkiem niezła

Całkiem ok
00
ksiazkochochliczka

Całkiem niezła

Ta książka wywołała we mnie sporo sprzecznych uczuć. Była całkiem wciągającą młodzieżówką, mocno wypchaną akcją. Trudno było się od niej oderwać. Bohaterka była momentami absurdalnie tępa, z drugiej strony wykazując w innych chwilach nadzwyczajną bystrość umysłu (dodatkowo wmawianą czytelnikowi przez narrację). Wiele wydarzeń totalnie bez sensu, przedstawionych bez ładu i składu. Zakończenie totalna klapa. Ale wiecie co? Bawiłam się zaskakująco dobrze i sama nie wiem, jak się z tym czuję 🤣
00
Oszka84

Dobrze spędzony czas

Co to za szaleństwo?! Przednia zabawa dla sympatyków horrorów/ slasherów i nie tylko! Zaskakujące, momentami zabawne, klimatyczne, pomysłowe! Polecam
00
cricette

Dobrze spędzony czas

książka niesamowicie mnie wciągnęła i bawiłam się na niej świetnie, ale to zakończenie... wtf
00
Book_besties__

Dobrze spędzony czas

„Jeśli ze mną nie pój­dziesz, mogę zgi­nąć”. 🎃Alice to introwertyczna miłośniczka horrorów, jest zupełnym przeciwieństwem swojej starszej siostry - Claire. Mimo wielu różnic siostry są ze sobą bardzo blisko. 🎃Tym razem, przyjaciołom Alie udaje się namówić ją na imprezę Halloweenową, organizowaną na polu kukurydzy. Nikt nie spodziewa się, że dojdzie tam do ogromnej tragedii i tej nocy Alice straci siostrę. 🎃Rok później, ma odbyć się rozprawa w sprawie Claire, Alie jednak na nią nie dociera. Budzi się w przeszłości, na chwilę przed morderstwem siostry. Teraz ma tylko 24 godziny, by zmienić bieg wydarzeń i zapobiec śmierci Claire. Czy próba zmiany przeszłości jest na pewno dobrym wyborem? Co może pójść nie tak? Podpowiem - wszystko 🔥 🎃Nikt nie spodziewał się, że uratowanie jednej osoby, może doprowadzić nie dość, że do śmierci innych, ale też do odkrycia tajemnic, których wcale nie chciało się poznać. 🎃Po dość długim ciągu romansów i fantastyki potrzebowałam czegoś odświeżające...
00

Popularność




NOC HALLOWEEN, W ZESZŁYM ROKU

Mark Evans tulił piłę łań­cu­chową, jakby ta była co naj­mniej nie­mow­lę­ciem.

– No nie wiem, Chloe… To mi nie wygląda na zbyt bez­pieczne.

– Nawet nie ma łań­cu­cha – wytknęła mu Chloe. – A piła łań­cu­chowa bez łań­cu­cha nie może prze­cież nikomu zro­bić krzywdy.

– Ale na­dal jest ciężka. I gło­śna. I co z tymi wszyst­kimi, no… jak to się mówi? Spa­li­nami? Czło­wiek się tego nawdy­cha i w ogóle…

Dziew­czyna zamknęła na moment oczy, wal­cząc z nara­sta­jącą fru­stra­cją. Mark był naj­bar­dziej rosłym gościem w dru­ży­nie lek­ko­atle­tycz­nej. Może i nawet naj­więk­szym typem z ich rocz­nika. Kiedy stał się takim mazga­jem?

Trzeba posta­wić sprawę uczci­wie: nie wybrała go dla­tego, że miała go za choj­raka czy kogoś w tym stylu. Wybrała go ze względu na jego barki – sze­ro­kie i musku­larne, naj­lep­sze w Omaha East. Uznała, że gdy naprężą się pod cię­ża­rem piły spa­li­no­wej, będą wyglą­dać naprawdę zło­wrogo – jak u tego typa ze strasz­nego filmu z piłami, Jasona czy jakoś tak.

– A nie mogli­by­śmy, nie wiem, odtwo­rzyć dźwięku pra­cu­ją­cej piły? – spy­tał Mark. – Albo sam będę wyda­wać z sie­bie odpo­wied­nie dźwięki, o, tak…

Zade­mon­stro­wał swój spo­sób na naśla­do­wa­nie sto­sow­nego odgłosu: wydmu­chi­wał powie­trze przez zaci­śnięte wargi, jed­no­cze­śnie jakby ter­ko­cząc języ­kiem.

Chloe zatkało. Ale co można powie­dzieć, gdy gość wydaje w twoim kie­runku odgłosy naśla­du­jące piłę łań­cu­chową?

Wie­działa już od pierw­szej chwili – od momentu, gdy prze­ko­nała rodzi­ców, by wyna­jęli tereny Lacy Farms na jej imprezę hal­lo­we­enową – że czę­ścią całego wyda­rze­nia muszą być prze­ra­ża­jące typki z piłami łań­cu­cho­wymi gania­jący za gośćmi po labi­ryn­cie w polu kuku­ry­dzy. Bez cze­goś takiego impreza byłaby żenu­jącą posia­dówką pośrodku pól. Jakim cudem jej wizja do nikogo nie docie­rała?

– Mark… – zaczęła ostroż­nie. – Posłu­chaj: włą­czysz tę piłę i będziesz z nią ganiać ludzi po labi­ryn­cie, a robiąc to, będziesz zaje­bi­ście straszny, albo opo­wiem wszyst­kim o tym, co robisz, gdy się cału­jesz.

Obści­ski­wali się na uro­dzi­nach Kylie Mack w zeszłym roku, gdy nagle Mark zaczął krę­cić języ­kiem wewnątrz jej ust – przy­po­mi­nało to dziwny, wil­gotny wir­nik śmi­głowca. I było naprawdę ohydne.

Chło­pak pobladł i prze­łknął ciężko ślinę.

– No, okej.

Dzięki Bogu – pomy­ślała Chloe.

Pole kuku­ry­dzy wła­śnie omio­tły świa­tła samo­chodu, dając tym samym sygnał, że zaczęli się poja­wiać pierwsi goście. Chloe kochała tę część imprezy – sam jej począ­tek. Na tym eta­pie mogło się wyda­rzyć abso­lut­nie wszystko. Spraw­dziła tele­fon i dokład­nie w tym momen­cie, na jej oczach, osiem­na­sta pięć­dzie­siąt dzie­więć prze­isto­czyła się w dzie­więt­na­stą.

Czas na przed­sta­wie­nie.

Geniusz jej imprezy pole­gał na tym, że ludzie, ści­gani przez typów z piłami, musieli naj­pierw prze­pra­wić się przez straszny labi­rynt znaj­du­jący się wśród łanów kuku­ry­dzy. Dopiero wtedy, w ramach nagrody, mogli się cie­szyć alko­ho­lem i muzyką pośrodku pola. Chloe była cał­kiem dumna z tej kon­cep­cji. Wie­działa, że wszystko jest już przy­go­to­wane, ale mimo wszystko spraw­dziła jesz­cze po raz drugi, czy latar­nie są zapa­lone, kra­nik z pro­cen­tami jest usta­wiony, a kapela szy­kuje swój sprzęt. Powi­tała pierw­szych gości, wypiła jed­nego szota, chwilę potem dru­giego w ramach bonusu (No co? Prze­cież to jej impreza!) i wła­śnie wtedy pod­słu­chała roz­mowę, w któ­rej ktoś stwier­dził, że cały ten kuku­ry­dziany labi­rynt nie jest nawet straszny, bo Mark Evans nie odpa­lił piły, tylko wydo­by­wał z sie­bie dziwne dźwięki.

Chloe poczuła, że jej szczęka mimo­wol­nie się zaci­ska.

No, chyba robi­cie sobie ze mnie jaja – pomy­ślała.

Słońce zdą­żyło już zajść i jedy­nymi źró­dłami świa­tła były latar­nie kem­pin­gowe ota­cza­jące pusty obszar pośrodku pola; gazowe pło­myczki migo­tały jak świe­tliki. Chloe ruszyła cięż­kim kro­kiem ku labi­ryn­towi, ale przy wej­ściu się zawa­hała. Było w nim ciem­niej, niż się spo­dzie­wała – o wiele ciem­niej, niż gdy dwa­dzie­ścia minut temu roz­ma­wiała tam z Mar­kiem. Przej­ście przy­po­mi­nało roz­dzia­wioną czarną pasz­czę. Dziew­czyna wyobra­ziła sobie, że gdy tylko wkro­czy w tę ciem­ność, za jej ple­cami kłapną mroczne szczęki.

Prze­łknęła ślinę.

– Mark? – wykrzy­czała szep­tem, sta­wia­jąc poje­dyn­czy krok.

Łodygi ścię­tej kuku­ry­dzy zachrzę­ściły pod jej sto­pami – ude­rzyło ją, jak suchy był to odgłos; przy­po­mi­nał łama­nie kości. Szybko ode­pchnęła to sko­ja­rze­nie, bo poczuła ukłu­cie stra­chu. Prze­cież to ten sam labi­rynt, w któ­rym była już miliony razy w ciągu dnia. Nie było sensu się nakrę­cać. Ode­zwała się więc ponow­nie, tym razem gło­śniej:

– Mark, weź stam­tąd wyjdź.

Zero odpo­wie­dzi.

Chce, żeby go szu­kała, co? Dobra, niech mu będzie. Skrę­ciła za róg, potem za kolejny i jesz­cze jeden…

Jest – pomy­ślała.

W cie­niu stała postać trzy­ma­jąca piłę łań­cu­chową.

Chloe wes­tchnęła ciężko.

– Myśla­łam, że to usta­li­li­śmy: masz włą­czyć tę piłę – powie­działa, szu­ka­jąc w pół­mroku sze­ro­kich bar­ków Marka. – Bo kiedy zamiast tego hała­su­jesz jedy­nie ustami, serio nie…

Księ­życ wyśli­zgnął się zza chmury i mięk­kie, sre­brzy­ste świa­tło nagle zami­go­tało na łań­cu­chu piły. A dziew­czyna umil­kła.

Chwila – powie­działa do sie­bie w myślach.

Łań­cuch…

Był stary i wyglą­dał na lekko prze­rdze­wiały; nawet z kilku metrów widać było jego krzywe meta­lowe zęby, jakże ostre.

Tego łań­cu­cha z całą pew­no­ścią nie powinno tam być.

Chloe zamru­gała, pró­bu­jąc poła­pać się w tym, co wła­śnie zoba­czyła.

– Co ty wła­ści­wie…?

Piła łań­cu­chowa z war­ko­tem obu­dziła się do życia, a jej krzywe zębi­ska zamie­niły się w meta­liczną mgiełkę. Dziew­czyna roz­chy­liła usta, ale nie była w sta­nie krzy­czeć. Głos jakby zasechł i uwiązł jej w gar­dle. Otwie­rała tylko i na powrót zamy­kała usta, a jej ręce unio­sły się odru­chowo, by ochro­nić twarz.

Krzyk i tak już by jej nie pomógł. Na coś takiego było sta­now­czo za późno. Piła zaczęła się zbli­żać, gwiż­dżąc i zgrzy­ta­jąc; jej odgłos prze­obra­ził się w iskrzący sko­wyt…

A potem tra­fiła w kość.

TRZY GODZINY WCZEŚNIEJ

Moi przy­ja­ciele, Mil­lie Kido i Xavier „X” O’Hare gapili się na mnie z roz­dzia­wio­nymi ustami. Ni­gdy nie sądzi­łam, że znaj­dzie się jakiś powód, dla któ­rego mia­ła­bym kie­dyś użyć słowa „roz­dzia­wione”, a tu pro­szę – jedy­nie ono odda­wało w pełni wyraz zasko­cze­nia i prze­ra­że­nia malu­jący się na ich twa­rzach. Nie tylko kom­plet­nie opa­dły im szczęki, ale ponadto powieki Mil­lie trze­po­tały dziko za szkłami jej oku­la­rów zeró­wek, a X uniósł swoje ciemne brwi tak wysoko, że nie­malże znik­nęły pod skra­jem jego czer­wo­nej czapki.

Ich reak­cja była, szcze­rze mówiąc, tro­chę prze­sa­dzona. Zacho­wy­wali się tak, jak­bym zapro­po­no­wała im wyko­py­wa­nie tru­pów. A prze­cież tylko wspo­mnia­łam o kimś, kto to robił.

– Ej, daj­cie spo­kój. Wie­cie, że mam rację – stwier­dzi­łam, podej­mu­jąc kolejną próbę. – Ed Gein był inspi­ra­cją dla Psy­chozy, Tek­sań­skiej masa­kry piłą mecha­niczną, a nawet Mil­cze­nia owiec. Jest ikoną.

– Chcia­łaś chyba powie­dzieć: jest par­szy­wym mon­strum – odparł X. – Takich słów fak­tycz­nie chcia­łaś użyć, prawda, Alice? „Par­szywy” oraz „mon­strum”?

Teraz chło­pak dra­pał się już po karku, ale może po pro­stu zała­sko­tała go wełna wszyta w koł­nierz jego kurtki. Odkąd go pozna­łam, X nosi dość jed­no­lity ubiór: dżinsy, koszulka hen­ley, glany. Ostat­nio nabrał nieco śmia­ło­ści przy kre­owa­niu swo­ich sty­ló­wek. Dziś ozna­czało to weł­nianą czapkę nacią­gniętą na czarne loki oraz dżin­sową kurtkę z jasno­brą­zową pod­szewką z polaru, ide­al­nie dopa­so­waną do jego kar­na­cji. To nie mógł być przy­pa­dek – musiał być jakiś koleś, o któ­rym X nam jesz­cze nie opo­wie­dział.

– „Ikoną” to możesz nazwać Beyoncé – dodała Mil­lie. – Ikoną jest, nie wiem, Malala. Ed Gein to po pro­stu kolejny zabu­rzony biały facet.

No cóż, nie mijała się z prawdą. Na tere­nie farmy Geina poli­cjanci zna­leźli cztery nosy, odciętą głowę, maski zro­bione z czy­ichś twa­rzy, aba­żur wyko­nany z ludz­kiej skóry, miseczki z cza­szek, a także wargi użyte jako uchwyt do sznurka od zasło­nek, no i pasek do spodni z sut­ków.

Ale prze­cież wcale nie chcia­łam zakła­dać jego fan­klubu!

– Skoro już zamie­rzamy zro­bić nowy pod­cast o praw­dzi­wej zbrodni, to może sko­rzy­stamy z oka­zji i opo­wiemy histo­rię, o któ­rej nikt nie sły­szał? – cią­gnęła Mil­lie. X cią­gle miał na sobie te same ciu­chy, ale ona prze­brała się już w swój strój hal­lo­we­enowy: odgry­wała Velmę z serii Sco­oby-Doo. Poko­chała tę postać, gdy zoba­czyła aktor­ski remake, w któ­rym zagrała Hay­ley Kiy­oko, aktorka o dwu­et­nicz­nym pocho­dze­niu, tak jak Mil­lie. – No wiesz, na przy­kład zaczniemy od odcinka o Samie Lit­tle? To seryjny zabójca z naj­więk­szą liczbą zabójstw w histo­rii Ame­ryki, ale więk­szość jego ofiar to czarne kobiety i pra­cow­nice sek­su­alne, więc nie jest choćby w poło­wie tak znany jak Gein.

– Podoba mi się ten pomysł – rzu­cił X, celu­jąc w nią pal­cem w geście uzna­nia. – I mogli­by­śmy użyć Sama Lit­tle jako pre­tek­stu do dys­ku­sji na temat tego, jak strasz­liwa jest codzien­ność pełna rasi­zmu oraz prze­mocy wobec czar­nych. O tym, jak zni­ka­nie czar­nych i ciem­no­skó­rych dziew­cząt ni­gdy nie spo­tyka się z taką samą uwagą ze strony mediów, jak przy­padki doty­czące bia­łych. Mogli­by­śmy też powią­zać ruch Black Lives Mat­ter z krę­co­nymi przez czar­nych hor­ro­rami w rodzaju Can­dy­man czy To my…

– I może wspo­mnieć o tym momen­cie w fil­mie Ucie­kaj!, gdy pod sam koniec postać Daniela Kalu­uya widzi poli­cyjne świa­tła? – doda­łam.

– No wła­śnie! – X przez moment zda­wał się pod­eks­cy­to­wany, ale potem zmarsz­czył czoło i dodał: – Tyle że filmy Jor­dana Peele’a nie są tak naprawdę sla­she­rami.

Znów wszy­scy umil­kli­śmy. Tema­tyką naszego pod­ca­stu miało być prze­ci­na­nie się praw­dzi­wej zbrodni z wąt­kami z hor­ro­rów, naj­le­piej naszych ulu­bio­nych sla­she­rów. Mil­lie, X i ja chcie­li­śmy oma­wiać to wszystko w spo­sób, który spra­wiałby wra­że­nie prze­my­śla­nego i peł­nego pogłę­bio­nych nawią­za­niań. Rezul­ta­tem miał być komen­tarz do tego, jak nasza kul­tura zafik­so­wała się na wątku śmierci nasto­let­nich dziew­cząt przy rów­no­cze­snym lek­ce­wa­że­niu śmierci osób o etnicz­no­ści innej niż biała, a prze­cież i one mogły być źró­dłem… yyy, roz­rywki? Czy można uży­wać słowa „roz­rywka” w kon­tek­ście mor­derstw?

Mniej­sza o to. Mie­li­śmy plan. Tym­cza­sem odkry­li­śmy, że łącze­nie ze sobą tych wąt­ków naje­żone jest pułap­kami. Bo prze­cież osta­tecz­nym celem hor­ro­rów jest – no wła­śnie! – dostar­czać roz­rywki. Nie­ważne, jak reali­stycz­nie mogły wyglą­dać roz­gry­wa­jące się w fil­mie wyda­rze­nia – wciąż mamy ten luk­sus, że możemy zaci­snąć powieki czy odwró­cić wzrok. Ale w praw­dzi­wym życiu tak wesoło już nie jest.

Mil­lie otwo­rzyła usta, ale zaraz je zamknęła. Znów zaczęła żywio­łowo mru­gać, ale to chyba dla­tego, że pobru­dziła sobie szkła w zerów­kach. X, który na co dzień nosił praw­dziwe oku­lary w dru­cia­nych opra­wach, zda­wał się ura­żony tym, że zało­żyła fał­szywki.

– Mil­lie, jeśli twoje oczy przez nie cier­pią, zdej­mij je – rzu­cił.

– Ale wtedy nikt się nie poła­pie, za kogo jestem prze­brana.

– Jesteś cała ubrana na poma­rań­czowo; serio, myślę, że ludzie się skapną.

Prze­by­wa­li­śmy w szkol­nym stu­diu do nagry­wa­nia pod­ca­stów. Sły­sząc słowa „stu­dio do nagry­wa­nia pod­ca­stów”, zapewne pomy­śle­li­ście sobie, że mamy tu bajery jak w szko­łach dla boga­tych dzie­cia­ków, gdzie każdy zamiast pod­ręcz­nika dostaje po iPa­dzie, a sto­łówka ser­wuje śmie­ciowe, ale mar­kowe żar­cie. Otóż nie, Omaha East nie była taką szkołą. Stu­dio było po pro­stu pomiesz­cze­niem w piw­nicy, gdzie w celu wygłu­sze­nia do ścian zszy­wa­czem tapi­cer­skim przy­twier­dzono stare dywany, a wypo­sa­że­nie uzu­peł­niało kilka prze­dłu­ża­czy z roz­ga­łęź­ni­kami, do któ­rych można było pod­łą­czać tele­fony i mikro­fony. Raczej cie­ni­zna.

Mój tele­fon zaczął wygry­wać motyw wio­dący z filmu Car­pen­tera Hal­lo­ween, co ozna­czało, że dosta­łam wia­do­mość. Zer­k­nę­łam na ekran.

skoń­czy­li­ście już z tym waszym paskud­nym klu­bem mor­derstw??

Wia­do­mość przy­szła od Elia1, mojego naj­lep­szego przy­ja­ciela od cza­sów przed­szkol­nych. Więk­szość ludzi nie potra­fiła ogar­nąć rozu­mem mojej przy­jaźni z Eliem, zwa­żyw­szy że: a) to jedyna bli­ska mi osoba nie­bę­dąca kom­plet­nym fana­ty­kiem true crime i sla­she­rów, i b) dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent naszych inte­rak­cji odbywa się za pomocą wia­do­mo­ści tek­sto­wych.

Mogę na ten temat powie­dzieć tylko tyle, że świat dzieli się na ludzi, któ­rzy stają w waszej obro­nie prze­ciwko takim dup­kom jak Kyle Stah­lic­ker, oznaj­mia­ją­cym w trze­ciej kla­sie, że przez włosy wyglą­da­cie na szur­nię­tego klauna, oraz na tych, któ­rzy tego nie robią. Ci z pierw­szej kate­go­rii są ludźmi, któ­rzy pójdą za wami w ogień. Eli nie był dla mnie jedy­nie naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Był dla mnie bra­tem.

Odpi­sa­łam mu:

jesz­cze 5 minut

Odpo­wiedź nade­szła mniej wię­cej dwa­dzie­ścia pięć tysięcz­nych sekundy po tym, gdy klik­nę­łam przy­cisk WYŚLIJ.

no trudno, ja spa­dam. GBBO samo się nie obej­rzy

GBBO to oczy­wi­ście Wiel­kie bry­tyj­ske wypieki – Great Bri­tish Bake Off. Z lojal­no­ści wzglę­dem Mary Berry Eli nie zamie­rzał sto­so­wać zame­ry­ka­ni­zo­wa­nej nazwy2. Wsu­nę­łam tele­fon na powrót do kie­szeni.

– Nie byłam nawet w sta­nie dokoń­czyć Tek­sań­skiej masa­kry… – mówiła wła­śnie Mil­lie.

– To dość obrzy­dliwy film – dodał X, choć w tonie jego głosu było wię­cej zachwytu niż zohy­dze­nia.

Sam pisał sce­na­riusz sla­shera. Miał to być film, w któ­rym zagra kilka czar­nych osób, i uzna­li­śmy, że dzieło to zrobi dla gatunku sla­she­rów to samo, co Jor­dan Peele osią­gnął dla czar­nego hor­roru. Jed­nym z powo­dów, dla któ­rych X w ogóle chciał robić ten pod­cast, było zjed­na­nie sobie czar­nych fanów hor­roru. Uznał, że gdy jego film trafi już na ekrany, będzie miał gotową bazę odbior­ców. Taki był z niego bystrzak.

– Ta scena z dziew­czyną na haku… – rzu­ciła Mil­lie i wstrzą­snął nią dreszcz.

– Zupeł­nie obrzy­dliwe – przy­tak­nął X, teraz już się szcze­rząc. – No, kom­plet­nie, mówię ci.

– Szkoda, że Sally Har­de­sty była tak kijowa w roli final girl – doda­łam, a Mil­lie raz jesz­cze się wzdry­gnęła, pew­nie na­dal myśląc o haku. Nie była, w prze­ci­wień­stwie do naszej dwójki, zago­rzałą ama­torką hor­ro­rów. Zno­siła je, a nawet była fanką kilku spo­koj­niej­szych, ale peł­nych napię­cia japoń­skich fil­mów grozy w rodzaju ory­gi­nal­nego Dark Water, cho­ciaż tak naprawdę to nie był jej ulu­biony gatu­nek. Połą­czył ją z nami przy tym pro­jek­cie aspekt kry­mi­nalno-sądow­ni­czy. A pod­cast Serial stał się dla niej prze­pustką do świata true crime, a stam­tąd była już pro­sta droga ku innym klu­czo­wym pro­gra­mom, jak My Favo­rite Mur­der czy I’ll Be Gone in the Dark. Ale to nawet nie opo­wie­ści o śmierci i mor­dzie były tym, co ją wcią­gnęło – cho­dziło o nie­spra­wie­dli­wość. Mil­lie chciała oca­lać świat, po jed­nej nie­słusz­nie osa­dzo­nej w wię­zie­niu oso­bie naraz.

Mia­łam taką teo­rię, że ludzi da się lepiej zro­zu­mieć, gdy ustali się, w jakim gatunku fil­mo­wym odna­leź­liby się jako postać. Weźmy taką Mil­lie. Gdy nie prze­bie­rała się za Velmę, naj­czę­ściej nosiła ogrod­niczki (z nogaw­kami pod­wi­nię­tymi chyba z pięć razy, bo była bar­dzo niska) i swoje uko­chane fio­le­towe mar­tensy, a fali­ste, ciemne włosy spi­nała w koczek lub war­kocz, czyli sta­no­wiła kwin­te­sen­cję stylu „fajna bez wysiłku”. Byłaby wyśmie­nita w fil­mie w rodzaju thril­le­rów z Julią Roberts z lat dzie­więć­dzie­sią­tych, w któ­rym pró­bo­wa­łaby nie­zmor­do­wa­nie roz­pra­co­wać jakiś nie­do­rzeczny spi­sek. Gdy­bym kie­dy­kol­wiek wplą­tała się w jakąś sekretną rzą­dową aferę, w pierw­szej kolej­no­ści skon­tak­to­wa­ła­bym się wła­śnie z Mil­lie.

– Wie­dzie­li­ście, że Chloe Bree urzą­dza w tym roku imprezę hal­lo­we­enową w kli­ma­cie Tek­sań­skiej masa­kry…? – spy­tał X.

– Doprawdy? – powie­dzia­łam bez entu­zja­zmu.

X, Mil­lie i ja nie byli­śmy raczej typami impre­zo­wi­czów. Każde Hal­lo­ween spę­dza­li­śmy na oglą­da­niu hor­ro­rów, zaże­ra­jąc się przy tym naj­ge­nial­niej­szym dese­rem, czyli lodami pump­kin spice posy­pa­nymi mie­szanką pokru­szo­nych hal­lo­we­eno­wych cukier­ków. Spę­dza­li­śmy wła­śnie piąt­kowe popo­łu­dnie w szkol­nej piw­nicy, więc chyba nie muszę się roz­wo­dzić nad tym, jak daleko nam było do „faj­nych dzie­cia­ków”.

– Wyna­jęła labi­rynt w kuku­ry­dzy na tere­nie Lacy Farms – dodała Mil­lie. – Cały rocz­nik się tam stawi.

Spoj­rzała na mnie, jakby ocze­ki­wała, że jakoś to sko­men­tuję. Prawdę mówiąc, oboje się na mnie gapili.

– No co? – spy­ta­łam, marsz­cząc brwi. Wpa­try­wali się we mnie z prze­ni­kliwą inten­syw­no­ścią, a gdy wresz­cie poję­łam, o co im cho­dzi, trze­wia aż mi fik­nęły koziołka. – No ludzie, nie.

– Pomyśl o tym w kate­go­riach eks­pe­ry­mentu spo­łecz­nego, jak prze­by­wa­nie Jane Goodall wśród małp człe­ko­kształt­nych… – rzu­cił X, prze­lot­nie uśmie­cha­jąc się tym swoim legen­dar­nym, sze­ro­kim uśmie­chem, odsła­nia­ją­cym kom­plet zębów.

Jego twarz cha­rak­te­ry­zo­wały też ciemne oczy oraz linia szczęki, która aż bła­gała o obec­ność kamer. Naj­waż­niej­sze jed­nak było to, że wszy­scy go uwiel­biali. Był w sta­nie zaga­dać dosłow­nie do kogo­kol­wiek. Gdyby jego życie było fil­mem, zosta­łoby zakwa­li­fi­ko­wane do histo­rii o ludziach podró­żu­ją­cych po świe­cie, by pochła­niać naj­lep­sze jedze­nie oraz lokalną kul­turę. Miał w sobie ten zaraź­liwy entu­zjazm, który spra­wiał, że zasta­na­wia­li­by­ście się: „A wła­ści­wie – dla­czego nie zjeść tego świersz­cza w pole­wie cze­ko­la­do­wej? Może się oka­zać pyszny!”. Było mi nie­mal szkoda, że zamie­rzał pra­co­wać za kamerą, a nie jako pro­wa­dzący w jakimś autor­skim serialu doku­men­tal­nym.

– X… – zaczę­łam, sta­ra­jąc się zacho­wać spo­kój. – …rozu­miem, jak na to patrzysz, ale mówimy o chłop­cach z liceum, a nie o mał­pi­szo­nach. Zresztą mie­li­śmy chyba obej­rzeć Czarne święta? Mil­lie jesz­cze nie zali­czyła tego filmu.

Eli powie­dział nawet, że przyj­dzie, gdy już obej­rzymy film, zapewne przy­no­sząc jakieś cudowne wypieki, które nauczył się robić dzięki oglą­da­niu GBBO. Zano­siło się na per­fek­cyjny wie­czór.

– Wiesz, myślę, że jakoś bez tego prze­żyję – powie­działa tym­cza­sem Mil­lie i zna­cząco zer­k­nęła na naszego przy­ja­ciela.

– A Hal­lo­ween wypada w tym roku w pią­tek, więc można prze­nieść seans dosłow­nie na dzień po – dodał pospiesz­nie X. – Możemy wtedy obej­rzeć Czarne święta.

A dziew­czyna dodała:

– Serio, myślę, że nasza noc z hor­ro­rami i tak zadziała lepiej dzień po Hal­lo­ween.

– Wszyst­kich Świę­tych – pod­chwy­cił X. – Wciąż bar­dzo straszne.

Ponow­nie zmarsz­czy­łam brwi. Było dla mnie jasne, że prze­ćwi­czyli ten dia­log już wcze­śniej. Beze mnie. Wie­dzieli, że nie będę się cie­szyć na myśl o impre­zie, więc zawczasu przy­go­to­wali spo­soby na prze­ko­na­nie mnie. A to ozna­czało, że sta­łam na prze­gra­nej pozy­cji.

– Ale… – zaczę­łam, po czym urwa­łam.

Nie mia­łam żad­nego dobrego argu­mentu. Kto by nie chciał pójść na taką imprezę?

Ja – oto kto. Nie chcia­łam tam iść. Nie­na­wi­dzi­łam imprez oraz ciem­no­ści. I labi­ryn­tów w polu kuku­ry­dzy. I Hal­lo­ween, skoro już o tym mowa. Wola­łam hor­ror wci­śnięty w trzy­na­sto­ca­lowy moni­tor mojego lap­topa – tam mogłam zatrzy­my­wać odtwa­rza­nie, cofać, prze­ska­ki­wać do przodu… innymi słowy, mia­łam nad tym tyle kon­troli, ile sobie zama­rzy­łam. I zawsze wie­dzia­łam, co nastąpi. Filmy, nawet te okropne, były bez­pieczne. Imprezy lice­alne – nie­ko­niecz­nie.

Wle­pi­łam spoj­rze­nie w moich przy­ja­ciół, przy­gry­za­jąc wargę i zasta­na­wia­jąc się, co powie­dzieć. Czy zadzia­ła­łaby dekla­ra­cja, że mam jakąś cho­robę? Nie wiem, aler­gię na kuku­ry­dzę? Ist­nieje coś takiego?

Gdy­by­śmy byli w hor­ro­rze, to byłby ide­alny moment na pierw­szego jump­scare’a. Nie mówię o stra­szaku w sam raz na koniec filmu w stylu „Jason łapie Alice w canoe”, ale o czymś w sam raz do pierw­szego aktu, w rodzaju „Billy wska­kuje przez okno Sid­ney”.

W moim odczu­ciu tego typu sceny słu­żyły dwóm celom.

Po pierw­sze usta­lały ton dla całego filmu, przy­po­mi­na­jąc widzom, że fak­tycz­nie oglą­dają hor­ror, zanim fabuła będzie miała szansę oka­zać się straszna. A po dru­gie unie­moż­li­wiały posta­ciom udzie­la­nie odpo­wie­dzi na pyta­nia, na które zupeł­nie nie chciały odpo­wia­dać.

Jak to, które przed chwilą mi zadano.

Uśmiech­nę­łam się słabo do przy­ja­ciół i cze­ka­łam na jump­scare, który wybawi mnie od tej roz­mowy.

Wiatr zaczął napie­rać na piw­niczne okna. W szkole, gdzieś nad nami, ktoś wybuch­nął śmie­chem.

Nie zano­siło się na to, że będę miała szczę­ście.

– Kochani… – zaczę­łam.

Cho­roba – pomy­śla­łam. Będę musiała spró­bo­wać manewru z cho­robą. Zaka­sła­łam sztucz­nie i kon­ty­nu­owa­łam na głos:

– Wie­cie, wydaje mi się, że…

– Halooo? – huk­nął jakiś głos z kory­ta­rza. – Czy ktoś tam jest?

Nasza trójka aż się wzdry­gnęła, gdy moja star­sza sio­stra, Cla­ire, wsu­nęła głowę do pomiesz­cze­nia.

Oto co musi­cie wie­dzieć o Cla­ire: jej maki­jaż był nie­ska­zi­telny, choć miała za sobą cały dzień w szkole, i była chyba jedyną znaną mi nasto­latką, któ­rej rude włosy nie tylko ucho­dziły na sucho, ale i spra­wiały, że wyglą­dała zaje­bi­ście.

Do waszej wia­do­mo­ści – far­bo­wała je. Cla­ire natu­ral­nie miała włosy koloru brud­nego blondu, tak jak ja. Obie mia­ły­śmy drobne syl­wetki i bar­dzo wyra­zi­ste rysy. Tyle że u mojej sio­stry oczy godne postaci z anime rów­no­wa­żyły usta – mające kształt ser­duszka, a rów­no­cze­śnie zdolne rzu­cać szo­ku­jąco sze­ro­kie uśmie­chy.

Ja tym­cza­sem odzie­dzi­czy­łam po tacie jego rzym­ski nos, a po mamie – wiecz­nie nie­za­do­wo­loną minę, czyli coś, co inter­net okre­śla mia­nem resting bitch face. I pod­czas gdy Cla­ire dostała od ojca jego pro­mienną kar­na­cję Wło­cha, która spra­wiała, że wyglą­dała zawsze jak po dniu czy dwóch spę­dzo­nych na plaży, ja zgar­nę­łam maminą natu­ralną bla­dość Irlandki, co ozna­czało koniecz­ność wyla­nia na sie­bie butelki olejku do opa­la­nia, nawet jeśli tylko pomy­śla­łam o słońcu. Wiel­kie oczy spra­wiały jedy­nie, że wyglą­dałam na wiecz­nie zdu­mioną – jak gdyby cały świat oka­zał się dla mnie zbyt przy­tła­cza­jący. Co nie mijało się zbyt­nio z prawdą.

W wypadku Cla­ire moja teo­ria fil­mowa roz­pa­dała się na kawałki. W prze­ci­wień­stwie do nas nie defi­nio­wał jej poje­dyn­czy gatu­nek. Ona była dziew­czyną, dla któ­rej powsta­wały filmy. Była Emmą Stone, Jen­ni­fer Law­rence, Saoirse Ronan. Magne­sem na Oskary. Sofia Cop­pola pew­nie wła­śnie sie­działa nad sce­na­riu­szem prze­zna­czo­nym dla mojej sio­stry.

– Hej, Ali­kotko! – powie­działa, wle­pia­jąc we mnie spoj­rze­nie swo­ich nie­do­rzecz­nie wiel­kich oczu. – Gotowa do drogi?

– Tak, zde­cy­do­wa­nie. – Pod­nio­słam się pospiesz­nie i zaczę­łam wrzu­cać rze­czy do torby, zanim Mil­lie i X zdążą wró­cić do roz­mowy o impre­zie. Oca­lona przez Cla­ire. Nie pierw­szy raz, oj, nie. – No to zoba­czymy się póź­niej.

– Na impre­zie? – spy­tała Mil­lie.

– O dzie­więt­na­stej? – dorzu­cił X.

– Się zoba­czy – odpo­wie­dzia­łam ze spusz­czoną głową, by wysoko upięty kucyk opadł na moją zakła­maną twarz i sku­tecz­nie ją zasło­nił. – Jesz­cze… no, pomy­ślę.

Już zamó­wi­łam Czarne święta na plat­for­mie stre­amin­go­wej i na obej­rze­nie filmu mia­łam czter­dzie­ści osiem godzin. Wiem, że brzmi to jak masa czasu, ale jeśli czło­wiek chce wyła­pać wszyst­kie smaczki i detale – na przy­kład to, że część śniegu jest sztuczna, albo że parę osób z ekipy poja­wia się też po dru­giej stro­nie kamery jako akto­rzy – powi­nien obej­rzeć taki film dwu­krot­nie.

– Napi­szę do was – doda­łam jesz­cze.

Prze­rzu­ci­łam sobie ple­cak przez ramię i wyszłam na kory­tarz, ale Cla­ire zła­pała mnie za rękę i zatrzy­mała.

– Chwila, zamie­rzasz nie iść na imprezę? – spy­tała, rów­no­cze­śnie spo­glą­da­jąc na mnie z opa­ten­to­waną Miną Cla­ire Numer Jeden.

Wyobraź­cie sobie smutne oczy Amy Adams połą­czone z drżącą dolną wargą Anne Hatha­way.

„Roz­cza­ro­wu­jesz mnie” – oto, co mówiła owa mina. Gdyby tylko Aka­de­mia Fil­mowa mogła ją teraz zoba­czyć!

– Cla­ire… – wymam­ro­ta­łam pod nosem.

Był powód, dla któ­rego mia­łam tę obse­sję na punk­cie hor­ro­rów. Nie cho­dziło tylko o jump­scare’y i sztuczną krew. W hor­ro­rach dziew­czyna, którą wszy­scy lek­ce­wa­żyli, ta prze­my­ka­jąca pod ścianą bystra dzie­wica, która nor­mal­nie nie mogłaby zostać pro­ta­go­nistką – czyli, bądźmy szcze­rzy, ktoś taki jak ja – zosta­wała final girl. Gwiazdą.

Tak, wiem, że Neve Camp­bell i Jen­ni­fer Love Hewitt też grały final girls, a prze­cież obie są zja­wi­skowe, ale daj­cie spo­kój – to jedy­nie teo­ria. Prze­cież nie­zbi­tym fak­tem jest to, że Hol­ly­wood nawet nie roz­waża obsa­dze­nia w roli kobiety, która wygląda jak praw­dziwa osoba. Spró­buj­cie pojąć mój punkt widze­nia.

W żad­nym innym gatunku fil­mo­wym główna rola nie tra­fi­łaby się dziew­czy­nie, którą kręci nauka i czy­ta­nie. W praw­dzi­wym życiu zresztą jest tak samo. W praw­dzi­wym życiu dziew­czyny takie jak ja stoją gdzieś z boku, nie wygry­wają w zawo­dach, a przede wszyst­kim sie­dzą w domu w piąt­kowe wie­czory.

Zna­łam swoją rolę i się z nią już pogo­dzi­łam. Dla­czego inni mieli z tym pro­blem?

Wle­pi­łam spoj­rze­nie w swoją star­szą sio­strę, bła­ga­jąc ją o to, by zro­zu­miała, że naprawdę nie chcia­łam tego robić. Cla­ire zmarsz­czyła brwi, a potem poki­wała głową. Tym razem nasza sio­strzana więź zadzia­łała na moją korzyść. Burza w moim wnę­trzu została zro­zu­miana. Tego byłam pewna. Poczu­łam ulgę. I ode­tchnę­łam.

– Alice nie musi o niczym myśleć – powie­działa Cla­ire, odwra­ca­jąc się do moich przy­ja­ciół. – Oczy­wi­ście, że idzie na tę imprezę. Widzimy się o dzie­więt­na­stej.

ZOSTAŁY DWIE GODZINY I TRZYDZIEŚCI TRZY MINUTY

Naprawdę nie powin­naś była mówić, że tam dziś przyjdę – powie­dzia­łam Cla­ire.

– Twoi przy­ja­ciele cię kochają i chcą z tobą impre­zo­wać. Nie rozu­miem, o co ci cho­dzi – oznaj­miła sio­stra, zer­ka­jąc na mnie z ukosa. – Zamie­rzasz stchó­rzyć, Ali­kotko?

– Ja niby tchó­rzę? To ty nie byłaś nawet w sta­nie prze­brnąć przez drugą połowę Hush.

Hush, sla­sher z 2016 roku opo­wia­da­jący histo­rię głu­cho­nie­mej pisarki, którą gnębi mor­der­czy psy­cho­pata w lesie, to film, który obej­rza­łam już pięć razy.

– Bo to fil­mi­dło było nudne. Nie straszne, nudne. Dla­czego laska mia­łaby miesz­kać w lesie, zupeł­nie sama, będąc osobą głu­cho­niemą? Prze­cież to się kupy nie trzyma.

– Nie­źle, czyli obwi­niamy ofiarę, co?

– Raczej sce­na­rzy­stę.

Zamru­ga­łam.

– Czyż­byś wła­śnie obra­ziła Mike’a Fla­na­gana w mojej obe…

– Hush to tylko film, Alice – weszła mi w słowo. – A tu mówimy o praw­dzi­wym życiu.

Zaczęła iść tyłem, by mojej uwa­dze nie uszło jej teatralne prze­wra­ca­nie oczami. Wszystko, co robiła, było teatralne, ale ten fiko­łek, który robiły jej śle­pia – to był maj­stersz­tyk.

Led­wie wyszły­śmy z liceum, a ja już tup­ta­łam za nią niczym szcze­nia­czek. Jak zwy­kle.

Jak na paź­dzier­nik dzień był wręcz obrzy­dli­wie ładny. Krysz­ta­łowo czy­ste jesienne powie­trze. Zło­ci­ste świa­tło. Warunki jak w jakimś hal­lo­we­eno­wym fil­mie . Ide­alna pogoda na wrzu­ce­nie na grzbiet skó­rza­nej kurtki w sta­rym stylu, którą zna­la­złam w secon­dhan­dzie Scout w miniony week­end. Deli­katne podmu­chy wia­tru mierz­wiły nam włosy.

– Na tej impre­zie trzeba mieć kostium, no nie? – spy­ta­łam, zer­ka­jąc na Cla­ire. – A ja nie mam nic, w co mogła­bym się prze­brać.

Moja sio­stra wydęła usta, po czym przyj­rzała mi się przez chwilę. Poza kurtką moja obecna sty­li­za­cja obej­mo­wała mocną szminkę rodem z lat dzie­więć­dzie­sią­tych, biały pod­ko­szu­lek na cien­kich ramiącz­kach, kilka naszyj­ni­ków i wysoko upięty kucyk.

– A to nie jest prze­bra­nie? – spy­tała Cla­ire, szcze­rze zdu­miona. – Myśla­łam, że się prze­bra­łaś za postać z tego filmu… Wiesz, grała ją ta dziew­czyna z Jeziora marzeń…

– Katie Hol­mes z Grzecz­nego świata – dopre­cy­zo­wa­łam. – Ale to nie jest prze­bra­nie, a raczej… hołd.

Grzeczny świat to straszna szmira, ale podo­bała mi się, bo w tym fil­mie Katie Hol­mes porzu­ciła typową dla sie­bie rolę chłop­czycy i wcie­liła się w ostrą alter­na­tywkę. To był klu­czowy moment dla mody lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Sprawdź­cie sami w sieci.

Więc gdy zna­la­złam skórę – iden­tyczną jak ta, którą nosi w fil­mie Katie – reszta sty­li­za­cji odna­la­zła się sama.

– Hołd, prze­bra­nie, jeden pies. – Cla­ire mach­nęła ręką. – Wyglą­dasz na hotówę. Korzy­staj.

Musia­łam się ugryźć w wargę, żeby się nie wyszcze­rzyć. Kom­ple­menty sio­stry zawsze zna­czyły dla mnie wię­cej niż czy­je­kol­wiek inne.

Prze­cho­dzi­ły­śmy wła­śnie przez ulicę, kie­ro­wa­ły­śmy się jed­nak nie w stronę par­kingu dla uczniów ostat­niej klasy, gdzie Cla­ire par­ko­wała swoją jettę, ale na kam­pus Mer­cer Col­lege.

– Idziemy do hali spor­to­wej taty? – spy­ta­łam.

Cho­dziło o halę nale­żącą do Mer­cer, a więc miej­sce, gdzie nasz ojciec tre­no­wał uczel­nianą dru­żynę siat­kar­ską i soft­bal­lową. Spę­dza­ły­śmy tam czas z Cla­ire już wtedy, gdy były­śmy brzdą­cami z kit­kami i stru­pami na kola­nach.

Tak wła­ści­wie to ja mia­łam strupy. Mojej sio­strze nie przy­da­rzały się pro­za­iczne przy­gody w rodzaju upad­ków.

– W szatni jest lep­sze świa­tło niż w domu – wyja­śniła. – Mają tam lustra oto­czone żarów­kami jak w sta­rych cha­rak­te­ry­za­tor­niach. I pro­dukty marki Kiehl pod prysz­ni­cami.

Poki­wa­łam głową, choć led­wie zwra­ca­łam uwagę na jej słowa. Już teraz zsu­wa­łam gumkę z wło­sów w spo­sób moż­li­wie naj­bar­dziej nie­dbały.

– Czy moje włosy powa­rio­wały?

Cla­ire pokrę­ciła głową.

– Nie, wyglą­dają bar­dzo dobrze. Sama Katie Hol­mes byłaby o nie zazdro­sna.

– Teraz już obie wiemy, że kła­miesz.

* * *

W hali spor­to­wej prak­tycz­nie nikogo nie było. Buczące rastry oświe­tle­niowe dawały świa­tło, które w kon­tra­ście z pięk­nym paź­dzier­ni­ko­wym słoń­cem było matowe i fał­szywe. W pomiesz­cze­niu wciąż uno­sił się przy­kry zapach potu, tak że nie­mal dało się go dostrzec. Gamy aro­ma­tów dopeł­niała ostra woń środ­ków czysz­czą­cych. Tem­pe­ra­tura wewnątrz hali zawsze była wyż­sza od zno­śnego poziomu o jakieś pięć czy sześć stopni, a do tego powie­trze pozo­sta­wało dzi­wacz­nie wil­gotne. Gdy omia­ta­łam pomiesz­cze­nie wzro­kiem, nie­mal czu­łam, jak gnie­cie się na mnie koszulka.

Na orbi­treku na tyłach hali sapała Erin Cle­ary. Była uczen­nicą ostat­niej klasy w Omaha East, ale wszy­scy repre­zen­tu­jący szkołę spor­towcy tre­no­wali na tere­nie col­lege’u. Erin była gwiazdą siat­kówki, więc wła­ści­wie miesz­kała tu na stałe, a przy­naj­mniej tak wyni­kało z moich obser­wa­cji. Zoba­czyć ją tutaj dziś – w pią­tek, a do tego w Hal­lo­ween – nie było dla mnie wiel­kim zasko­cze­niem.

Usły­sza­łam łoskot odważ­ni­ków docho­dzący z prze­ciw­nej strony hali i zer­k­nę­łam w poszu­ki­wa­niu źró­dła hałasu. Patrzy­łam aku­rat na tyle długo, by ujrzeć falu­jące brą­zowe włosy i mię­śnie drga­jące pod cienką war­stwą lśnią­cego potu. Zaraz jed­nak odwró­ci­łam wzrok jak ktoś, kto oba­wia się, że oślep­nie od gapie­nia się zbyt długo w zaćmie­nie słońca. Moje policzki pło­nęły.

Cla­ire zła­pała mnie za rękę.

– To Wesley James Han­son Trzeci.

Ależ oczy­wi­ście. Zda­wa­łam sobie z tego sprawę.

Wesley James Han­son III prze­pro­wa­dził się tutaj z Bostonu i zaczął poja­wiać się w hali mniej wię­cej na początku lata, co dało mi około pięć mie­sięcy, by go… zauwa­żyć. Mówili na niego Wes. Cla­ire i ja zda­wa­ły­śmy sobie z tego sprawę, ale żadna z nas nie potra­fiła mówić o nim ina­czej niż Wesley James Han­son III. Zasłu­gi­wał na każdą z sied­miu sylab.

W tym roku zaczął col­lege, a to ozna­czało, że mógłby się zain­te­re­so­wać dziew­czyną z liceum. Wyko­ny­wa­łam takie obli­cze­nia przy­naj­mniej raz w tygo­dniu.

Przez całe lato.

– Zauważy, że się gapisz – wymam­ro­ta­łam do Cla­ire.

Poło­ży­łam jej dłoń na ple­cach i spró­bo­wa­łam pokie­ro­wać ją ku szatni. W ciągu minio­nych pię­ciu mie­sięcy spę­dzi­łam dużo czasu na podej­mo­wa­niu prób trzy­ma­nia mojej sio­stry z dala od Wesa.

– Jestem nim zafa­scy­no­wana – odparła Cla­ire. Swoją drogą na­dal się gapiła. Nie była typem dziew­czyny, którą zmar­twiłby fakt, że podobny bogom chło­pak z pierw­szego roku col­lege’u przy­ła­pał ją na wle­pia­niu w niego spoj­rze­nia. – Sły­sza­łam, że jesz­cze w Bosto­nie wdał się w romans z czter­dzie­sto­let­nią roz­wódką oraz jej córką. Rów­no­cze­śnie. I że jego ojciec musiał zapła­cić byłemu mężowi-łamane-przez-ojcu sporą sumkę, by sprawa została zamie­ciona pod dywan.

Przy­gry­złam wargę, dorzu­ca­jąc tę plotkę do mojej roz­le­głej kolek­cji. Nie tylko Cla­ire fascy­no­wała tajem­nica, którą był Wesley James Han­son III. Led­wie wczo­raj Eli zdra­dził mi, co gdzieś pod­słu­chał: ktoś wspo­mniał, że Wesa wywa­lono z jakiejś wymu­ska­nej szkoły z inter­na­tem na Wschod­nim Wybrzeżu, bo urzą­dził w aka­de­miku klub, w któ­rym ludzie tłu­kli się za pie­nią­dze. Mil­lie twier­dziła, że podobno nale­żał do irlandz­kiej mafii. Tym­cza­sem X wspo­mniał, że gość szy­kuje się, by spró­bo­wać swo­ich sił w olim­pij­skiej dru­ży­nie wio­ślar­skiej.

Nie ist­niał żaden spo­sób, by zwe­ry­fi­ko­wać któ­rą­kol­wiek z tych plo­tek. Wes nie był obecny w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Gdy ten jeden raz pod­ję­łam próbę wyszu­ka­nia cze­goś o nim w inter­ne­cie, zna­la­złam tylko wzmiankę o Jame­sie Wesleyu Han­so­nie, który zmarł w Geo­r­gii w 1940 roku. I nic wię­cej.

Ten cały nimb tajem­nicy czy­nił go tylko bar­dziej fascy­nu­ją­cym. Wes nie przy­po­mi­nał nikogo, kogo wcze­śniej zna­łam. Wszy­scy wpi­sy­wa­li­śmy się w jakieś tropy postaci rodem z filmu dla nasto­lat­ków – ale nie on. Jemu udało się tego unik­nąć w spo­sób kom­pletny i doku­mentny. Był zamożny, ale nie krę­ciła go kasa. Był spor­tow­cem, ale nie kafa­rem (że pozwolę sobie użyć sta­ro­mod­nego okre­śle­nia, które usły­sza­łam w jakimś fil­mie). Był piękny, ale rów­nież… cudaczny. W atrak­cyjny spo­sób.

Znów pozwo­li­łam moim oczom spo­cząć na nim na jakąś sekundę – patrzy­łam, jak pod­nosi cię­żary po dru­giej stro­nie pomiesz­cze­nia. Od kolan w górę miał look stan­dar­do­wego boga­tego typka: szare szorty dre­sowe marki Nike, biała koszulka tego samego pro­du­centa eks­po­nu­jąca wiel­kie muły. Ale zauwa­ży­łam, że do teni­só­wek dobrał godne dziadka skar­pety w sta­ro­modne romby, które pod­cią­gnął do połowy łydek.

Zawsze wykrę­cał takie numery. Malo­wał paznok­cie u stóp na czarno. Do bar­dzo zwy­czaj­nej koszulki i dżin­sów dorzu­cał naszyj­nik z pereł. Tu detal, tam drobny szcze­gół, w sam raz, by deli­kat­nie dać do zro­zu­mie­nia, że nie przej­muje się nor­mami płcio­wymi i że nie da się zago­nić w róg żad­nym ocze­ki­wa­niom. Boże, jakie to było atrak­cyjne.

– Założę się, że on ogląda tylko mało znane, arty­styczne filmy z Nie­miec – mruk­nęła Cla­ire, wciąż się w niego wga­pia­jąc. – Albo tak zesta­wia Czar­no­księż­nika z Oz z albu­mem Dark Side of the Moon, by słowa pio­se­nek zgry­wały się z akcją.

– Total­nie – przy­tak­nę­łam, choć mia­łam stu­pro­cen­tową pew­ność, że Wes lubi hor­rory, zupeł­nie jak ja.

W zeszłym mie­siącu cze­ka­łam na tatę, by zawieźć go do domu, i oglą­da­łam na lap­to­pie Dzi­waka (nie­do­ce­niony, sty­li­zo­wany na found footage film z 2014 roku z Mar­kiem Duplas­sem w roli gościa, który pra­gnie nakrę­cić film dla jesz­cze nie­na­ro­dzo­nego dziecka; świetna rzecz!). Zoba­czy­łam go już nie­mal do końca i zaczy­na­łam się eks­cy­to­wać, bo wśród hor­ro­rów to wła­śnie ten film ma moje abso­lut­nie ulu­bione zakoń­cze­nie. I kto sta­nął obok, by obej­rzeć mi przez ramię ostat­nie dwie minuty? Sam Wesley James Han­son III.

– Widzia­łaś sequel? – spy­tał, gdy film się skoń­czył.

– Nie – odpo­wie­dzia­łam.

Co było dziwne, bo prze­cież oglą­da­łam rze­czony film ponad dwa­dzie­ścia razy, ale będę szczera: w tam­tym momen­cie mój mózg nie tyle pra­co­wał, co powta­rzał w kółko, raz za razem, bez prze­rwy, dwa słowa: „ale” oraz „cia­cho”. Powin­nam być więc nie­zmier­nie dumna, że w ogóle zdo­ła­łam wydo­być z sie­bie jakie­kol­wiek słowo.

– Sequel to nie­zły czad – powie­dział.

Czad! – pomy­śla­łam, a mój mózg zaczął krzy­czeć. Tym­cza­sem on dodał:

– Naprawdę powin­naś go obej­rzeć.

Zdaje się, że zare­je­stro­wa­łam wtedy, jak obczaja moje nogi, ale gdy tylko zorien­to­wał się, że to widzę, natych­miast spoj­rzał mi w oczy. Nie mia­łam jed­nak nic prze­ciwko – aku­rat tam­tego dnia czu­łam się dobrze ze swoim wyglą­dem. Nie jestem jakąś dzi­waczką, która non stop prze­biera się za postaci z fil­mów, ale hor­rory z lat dzie­więć­dzie­sią­tych nie­źle wkrę­ciły mnie w modę z tam­tej dekady. Mia­łam na sobie cudowną mini, masywne czarne buty i pod­wiązki - sty­li­za­cję w kli­ma­cie mło­dej Winony Ryder. Cla­ire mówiła, że w tej spód­niczce moje nogi wyglą­dają jak milion dolców. A gdy moja sio­stra mówi coś takiego, to musi być to prawdą.

– Nie­złe… pod­wiązki – powie­dział Wes.

– Nie­złe szorty – odbi­łam piłeczkę.

Przez cały dzień nosił na sobie te nie­do­rzecz­nie kuse spodenki spor­towe. Takie w typie wręcz obsce­nicz­nym. Tylko Wesley James Han­son III mógł spra­wić, że te gatki wyglą­dały na nim sek­sow­nie.

A ja wciąż nie mogłam uwie­rzyć, że odwa­ży­łam się je sko­men­to­wać.

Ale Wes wpa­try­wał się we mnie, jakby chciał powie­dzieć coś innego, i nastał ten nała­do­wany elek­trycz­no­ścią moment, w któ­rym każde ocze­kuje, że to ta druga osoba ode­zwie się pierw­sza. Tyle że żadne nic nie powie­działo. Nie mogłam usta­lić, czy Wes po pro­stu jest luza­kiem, czy może w rze­czy­wi­sto­ści cechuje go pewna nie­śmia­łość.

Po dłuż­szej chwili potarł dło­nią kark i rzu­cił:

– Do zoba­cze­nia, Alice.

W tam­tej chwili moje serce nie­mal sta­nęło. Wesley James Han­son III znał moje imię. Co musiało ozna­czać, że o mnie pytał.

Czy cho­dziło o te pod­wiązki? O to, że wyróż­nia­łam się w tym budynku, bo bo jako jedyna nie byłam osten­ta­cyj­nie wyspor­to­wana? Nie mia­łam poję­cia. Gdy Wes odszedł, zosta­wił za sobą ten nie­sa­mo­wity zapach, coś jak piżmo wymie­szane z wonią suchej trawy i zamszu – tak wyobra­ża­łam sobie zapach spo­co­nego kow­boja. Gdy­bym mogła, zro­bi­ła­bym sobie z niego świeczkę.

Od tego czasu, jeśli aku­rat prze­by­wa­li­śmy rów­no­cze­śnie w budynku hali spor­to­wej, mia­łam poczu­cie, jak­by­śmy dotkli­wie zda­wali sobie sprawę ze swo­jej obec­no­ści. Zauwa­ża­łam, że zerka w moją stronę, i czu­łam mro­wie­nie skóry, ile­kroć się do mnie zbli­żał. Cza­sem roz­ma­wia­li­śmy. Gdy widział, że oglą­dam film, zatrzy­my­wał się, by przez chwilę oglą­dać go przez moje ramię, a potem rzu­cał reko­men­da­cją, na co ja odwdzię­cza­łam się, pole­ca­jąc coś od sie­bie. Zaczę­łam dość czę­sto zakła­dać zestaw pod­wiązki-i-miniówka, po czym zare­je­stro­wa­łam, że on też czę­sto nosi swoje kuse spodenki. I, o rany, o rany, czy to był flirt? Czy my ze sobą flir­to­wa­li­śmy?

Nie wiem, co wła­ści­wie robi­li­śmy, ale zaczęło się to we wrze­śniu i cią­gnęło aż do teraz, do końca paź­dzier­nika. Nie powie­dzia­łam o tym Cla­ire. Nie chcia­łam w żaden spo­sób zape­szyć.

– Alice? Idziesz? – zapy­tała moja sio­stra; była już w pół drogi do szatni, ale zatrzy­mała się, cze­ka­jąc na mnie.

Zamru­ga­łam, odry­wa­jąc wzrok od Wesa.

– Yyy… w sumie to muszę poroz­ma­wiać z tatą. Widzimy się przed jego kan­tor­kiem?

Poki­wała głową, szu­ka­jąc cze­goś w torebce.

– Poży­czysz mi tę szminkę, którą masz na sobie?

– Mowy nie ma.

– Pro­szę? Świet­nie na tobie wygląda – nadą­sała się lekko. – Chcę ją wypró­bo­wać.

– Czy ist­nieje słowo moc­niej­sze od „nie”? Bo chcia­ła­bym w ade­kwatny spo­sób wyra­zić, jak wysoki jest poziom „nie” w moim sercu.

Gdy­bym poży­czyła Cla­ire moją szminkę, ta nagle sta­łaby się jej szminką i już po chwili wszy­scy mówi­liby, jak wspa­niale na niej wygląda, a potem nagle ten kolor byłby już kolo­rem Cla­ire, przez co ni­gdy wię­cej nie mogła­bym go uży­wać. Dokład­nie to samo stało się z parą moka­sy­nów na plat­for­mie, które zna­la­złam w Sco­ucie pod koniec ubie­głego roku. Tych samych moka­sy­nów, które miała obec­nie na nogach. Nie zamie­rza­łam więc ryzy­ko­wać.

Na szczę­ście odpu­ściła.

– Dobra. To widzimy się przed kan­tor­kiem taty.

Znik­nęła w szatni. A ja, zamiast kie­ro­wać się do kan­torka ojca, odwró­ci­łam się, pozwa­la­jąc sobie na ostat­nie spoj­rze­nie…

Wesley James Han­son III się na mnie gapił. Zoba­czył, że i ja patrzę w jego stronę, a na jego usta powoli wypełzł uśmiech.

Boże, ależ on miał piękne wargi. Wle­pia­jąc w nie wzrok, zasta­na­wia­łam się, jakby to było je cało­wać. Czy były szorst­kie, a może mięk­kie? Jak sma­ko­wały? Minęło zbyt wiele czasu od mojego ostat­niego poca­łunku. Poprzed­nim cału­ją­cym był X na impre­zie uro­dzi­no­wej Chloe, świeżo po roz­po­czę­ciu liceum. Wyja­wił mi, że jest gejem jakieś dwie sekundy póź­niej, ale nawet przed usły­sze­niem tej rewe­la­cji mia­łam poczu­cie, jak­bym cało­wała brata.

Ale poca­łu­nek z Wesem…

Całe moje ciało prze­szył dreszcz. Gdy ponow­nie się odwró­ci­łam, nogi mi drżały.

ZOSTAŁA GODZINA I CZTERDZIEŚCI MINUT

Kanto­rek mojego taty był roz­mia­rów gar­de­roby, nie miał okien, a wiel­kie biurko zaj­mo­wało całą jedną ścianę. Nad nim wisiała wręcz szo­ku­jąca liczba inspi­ra­cyj­nych pla­ka­tów. Poważ­nie. Wyobraź­cie sobie jakąś wielką liczbę pla­ka­tów i pomnóż­cie to przez dwa.

Zanim zdą­ży­łam otwo­rzyć drzwi, z pomiesz­cze­nia wyszła Chloe Bree.

– Alli­son, cześć – powie­działa, prze­rzu­ca­jąc swoje dłu­gie, pla­ty­no­wo­blond włosy przez jedno ramię.

Znała mnie od pod­sta­wówki, pobie­rała pry­watne lek­cje soft­ballu od mojego taty już od roku, a na­dal nie wie­działa, że nazy­wam się Alice, nie Alli­son.

Świet­nie spraw­dzi­łaby się w fil­mie gang­ster­skim, w któ­rym wszyst­kie kobiety mają tipsy i burzę wło­sów tle­niony blond, i są uza­leż­nione od koka­iny.

– Cześć, Chloe – odpo­wie­dzia­łam.

Spra­wiała wra­że­nie, jakby chciała powie­dzieć coś jesz­cze, ale wtedy zza rogu wynu­rzył się, zamia­ta­jąc pod­łogę, Owen Mad­dox, pierw­szo­rocz­niak z col­lege’u, który wie­czo­rami i w week­endy dora­biał sobie jako woźny. Miał dłu­gie, ciemne włosy opa­da­jące na twarz tłu­stą kur­tyną oraz bli­zny trą­dzi­kowe.

– Owen, no cześć – powie­działa Chloe gło­sem, który brzmiał odro­binę sztucz­nie. – Oczy­wi­ście będzie­cie oboje dziś wie­czo­rem na mojej impre­zie, nie?

Owen cza­sami kupo­wał piwo uczniom liceum, co ozna­czało, że poja­wiał się na szkol­nych impre­zach, ale zawsze stał gdzieś w kącie i raczej z nikim nie roz­ma­wiał. Mil­lie mówiła, że jest naszym szkol­nym Boo Radleyem. Było to dość celne porów­na­nie.

– Za nic bym tego nie prze­ga­pił – odpo­wie­dział z kamien­nym wyra­zem twa­rzy.

Zer­k­nął na mnie pospiesz­nie, po czym znik­nął za rogiem. Odgłos jego mio­tły szu­ra­ją­cej po pod­ło­dze zaczął się odda­lać.

– Ty też będziesz, prawda, Alli­son? Będzie rzeź­nia! – oznaj­miła Chloe.

Po czym poma­chała do mnie, prze­bie­ra­jąc pal­cami, i odma­sze­ro­wała, nim zdo­ła­łam w jaki­kol­wiek spo­sób jej odpo­wie­dzieć.

Weszłam do kan­torka taty i zapu­ka­łam we fra­mugę.

– Tato?

– Hej, Alice. – Okrę­cił się w fotelu; jego postura nie­wiele róż­niła się od syl­we­tek chłop­ców w moim wieku gar­bią­cych się nad ław­kami. Świa­tło wiszą­cej pod sufi­tem lampy zami­go­tało w jego poja­wia­ją­cych się tu i ówdzie siwych wło­sach oraz pogłę­biło cie­nie pod oczami, przez co wyglą­dał rów­no­cze­śnie na młod­szego i star­szego niż w rze­czy­wi­sto­ści. – Cla­ire jest z tobą?

Dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent wypo­wie­dzi ojca skie­ro­wa­nych do mnie brzmiało: „Czy Cla­ire jest z tobą?” albo „Widzia­łaś może Cla­ire?”. Mówię to na wypa­dek, gdy­by­ście się zasta­na­wiali, czy łączy nas silna więź.

– W szatni – odpo­wie­dzia­łam. – Yyy, zasta­na­wia­łam się… czy mia­łeś może czas zer­k­nąć na moje poda­nie? O staż w Mer­cer?

Letni Staż Badaw­czy w Szkole Medycz­nej Mer­cer był jedną z naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych form prak­tyk, jakie mogli zali­czyć lice­ali­ści w całym kraju. Czymś, co u rekru­te­rów w col­lege’ach wywo­ły­wało obfity śli­no­tok, zale­wa­jący im lap­topy. Sta­no­wił też furtkę do pro­gramu kur­sów wstęp­nych na medy­cynę, które pozo­sta­wały moim celem, odkąd byłam dzie­wię­cio­latką gra­jącą w wol­nym cza­sie w Ope­ra­cję i marzącą, by pew­nego dnia wydłu­by­wać praw­dziwe kości z praw­dzi­wych ludzi.

Pra­gnę­łam być pato­lożką sądową – dok­torką, która bada przy­czyny nagłej i nie­spo­dzie­wa­nej śmierci, a cza­sem nawet staje przed sądem, gdy podej­rzewa się, że zgon nastą­pił na sku­tek prze­stęp­stwa. Innymi słowy: praca marzeń.

A skoro mój tata pra­co­wał w Mer­cer, mia­łam nadzieję, że mógłby udzie­lić mi kilku wska­zó­wek odno­śnie do rze­czy, które chęt­nie widziałby w poda­niu komi­tet roz­pa­tru­jący takie wnio­ski.

Przez sekundę miał twarz tak abso­lut­nie pozba­wioną wyrazu, że byłam pewna, iż nie tylko nie prze­czy­tał doku­mentu, ale w ogóle zapo­mniał, że go o to popro­si­łam. Być może zapo­mniał nawet, iż w ogóle doro­bił się dru­giej córki.

A potem się uśmiech­nął. To był uśmiech króla zjazdu absol­wen­tów i prze­wod­ni­czą­cego klasy. Gdy cho­dził do liceum, był kró­lem wszyst­kiego. Kiedy pre­zen­to­wał światu ten uśmiech, łatwo było zro­zu­mieć, dla­czego.

Cla­ire odzie­dzi­czyła ten uśmiech. Ja już nie.

– Nie zapo­mnia­łem, Alice, serio. Rzucę na to okiem dziś wie­czo­rem.

Wyszłam z kan­torka i ruszy­łam przed sie­bie, cał­ko­wi­cie sku­piona na kwe­stii poda­nia. Wtedy jed­nak skrę­ci­łam za róg i wpa­dłam pro­sto na Wesleya Jamesa Han­sona III.

I kiedy mówię „wpa­dłam”, mam na myśli dosłowne wpad­nię­cie na niego. Jak w fil­mie. Jak w tej sce­nie w Krzyku, kiedy Sid­ney ucieka, gdy goni ją Gho­st­face, i skręca za róg, by zde­rzyć się z Bil­lym.

Zasta­na­wia­łam się, czy tu na mnie cze­kał.

– Alice – powie­dział. – Hej.

Przez moment wpa­try­wał się w moje usta, a ja poczu­łam w nich nagłą suchość.

– Hej – odpo­wie­dzia­łam.

Każdy cen­ty­metr jego skóry był opa­lony, jak gdyby wła­śnie wró­cił z plaży, choć miesz­ka­li­śmy ze trzy tysiące kilo­me­trów od naj­bliż­szej praw­dzi­wej plaży. W zębach obra­cał wyka­łaczkę, gdy do mnie mówił. Było w tym coś nie­sa­mo­wi­cie uwo­dzi­ciel­skiego.

Widzia­ła­bym go w hor­ro­rze. Widzia­ła­bym go w dowol­nym fil­mie. Miał w sobie to coś, co ni­gdy nie prze­sta­wało być sty­lowe – ten kli­mat boga­tego dzie­ciaka i nie­grzecz­nego chłopca. Był jak Skeet Ulrich, Heath Led­ger czy Timothée Cha­la­met.

I miał… spinkę do wło­sów z Hello Kitty.

– Hello Kitty – mruk­nę­łam; naj­wy­raź­niej nie byłam w sta­nie pomy­śleć o czymś i nie powie­dzieć tego na głos.

– Ano tak. – Dotknął spinki. – To z tej wspól­nej kolek­cji z Myszką Min­nie. Widzisz? Ma na gło­wie jej czer­woną kokardkę w gro­chy.

Fak­tycz­nie, miała na gło­wie czer­woną kokardkę w gro­chy.

– To… super – powie­dzia­łam, myśląc rów­no­cze­śnie: Szczę­śliwa kicia.

Bo oso­bi­ście cze­ka­łam na moż­li­wość dotknię­cia wło­sów Wesa od czasu, gdy tylko go zoba­czy­łam po raz pierw­szy.

Prze­su­nął wyka­łaczkę języ­kiem w kącik ust.

– Obej­rza­łem ten film, o któ­rym wspo­mi­na­łaś. Zapro­sze­nie. Bar­dzo inten­sywny. Dzięki za pole­cajkę.

Zapro­sze­nie to film z 2015 roku opo­wia­da­jący o ostro powa­lo­nej kola­cji.

Poczu­łam, że lekko się odprę­żam – zawsze tak było, gdy zaczy­na­łam roz­ma­wiać o hor­ro­rach.

– No nie? To, że pierw­sza połowa filmu w cało­ści poświę­cona jest budo­wa­niu poczu­cia klau­stro­fo­bii i napię­cia, więc widz tylko czeka, by zoba­czyć, co się wyda­rzy dalej, kom­bi­nu­jąc w gło­wie nad moż­li­wym prze­bie­giem akcji…

Urwa­łam, gdy Wes pochy­lił się nade mną i pod­niósł zło­ci­sty listek, który przy­cze­pił się do rękawa mojej kurtki.

Ostat­nio robił to coraz czę­ściej: znaj­do­wał pre­tek­sty, by mnie dotknąć. Rzęsa na policzku. Metka wysta­jąca z koszulki. Ile­kroć czu­łam dotyk jego skóry, przy­po­mi­nało to moment zapa­la­nia zapałki. To nagłe sycze­nie i uczu­cie gorąca.

– Chcia­łem po pro­stu powie­dzieć, że był straszny – powie­dział, wypusz­cza­jąc listek, który wiru­jąc, opadł na posadzkę. – Sporo wiesz o fil­mach, co?

Spoj­rza­łam na niego, led­wie ośmie­la­jąc się oddy­chać. Gdy się­gał po liść, zbli­żył się do mnie na tyle, by zna­leźć się w mojej prze­strzeni oso­bi­stej. To już nie była bli­skość z kate­go­rii przy­ja­ciele. To było coś wię­cej.

– Ow­szem – powie­dzia­łam.

Znów czu­łam ten jego kow­boj­ski zapach – na powrót ode­brał mi mowę.

– Roz­wa­żam zapro­sze­nie cię do obej­rze­nia cze­goś wspól­nie – oznaj­mił, przy­pa­tru­jąc się badaw­czo mojej twa­rzy.

Zamru­ga­łam.

– Jesteś pewien?

– Taa, ale tro­chę mnie to stre­suje. – Uśmiech­nął się nie­śmiało.

– Cóż, strach to bal­sam dla duszy – rzu­ci­łam, a jego uśmiech stał się szer­szy.

– Istot­nie, tak jest. – Podra­pał się po tyle głowy. – No, to co ty na to? Robisz coś dziś wie­czo­rem?

Jedną z moich ulu­bio­nych plo­tek na temat Wesa była ta suge­ru­jąca, że spę­dził ostat­nie cztery lata w Korei Połu­dnio­wej, pisząc i reży­se­ru­jąc hor­rory, i że musiał się ukry­wać tutaj, bo jego ostat­nia pro­duk­cja wku­rzyła Koreę Pół­nocną, przez co wylą­do­wał na jej czar­nej liście.

Gdy­by­ście mnie spy­tali na początku lata, powie­dzia­ła­bym, że prę­dzej ta plotka okaże się praw­dziwa, niż Wes zaprosi mnie na randkę.

Cza­sem życie bywa wręcz zdu­mie­wa­jąco nie­prze­wi­dy­walne.

Wciąż byłam na eta­pie przy­po­mi­na­nia sobie, jak to wła­ści­wie jest korzy­stać z daru mowy, gdy nagle iry­tu­jąco rado­sny gło­sik dobiegł gdzieś zza moich ple­ców:

– Och, cze­eeść.

Zamknę­łam oczy. Tem­pe­ra­tura mojej twa­rzy wzro­sła do tysiąca stopni.

Wes spoj­rzał nad moim ramie­niem.

– O, hej. Jesteś sio­strą Alice, prawda?

Aż poczu­łam, jak Cla­ire cała sztyw­nieje. Ni­gdy w życiu nie zda­rzyło się, by ktoś nazwał ją „sio­strą Alice”. W moich kosz­ma­rach na ogół bywa­łam naga, a ona poja­wiała się, prze­ry­wała roz­mowę z Wesem i mi go kra­dła. Chyba powin­nam być wdzięczna, że obec­nie mia­łam na sobie ubra­nie. Gdy zanosi się na to, że zoba­czy­cie, jak miłość waszego życia nagle zadu­rza się w waszej sio­strze, dobrze jest jed­nak być cał­ko­wi­cie ubra­nym.

Pró­bo­wa­łam się sku­pić na tej myśli, gdy Cla­ire poło­żyła mi dłoń na ramie­niu i oznaj­miła:

– Tak, Cla­ire to… ja. Cześć.

Oczy­wi­ście, że ta kwe­stia w jej ustach brzmiała cza­ru­jąco. Zare­je­stro­wa­łam nutę napię­cia w jej gło­sie tylko dla­tego, że zna­łam ją lepiej niż kto­kol­wiek.

– Wes.

Spoj­rzał na mnie, cze­ka­jąc, aż coś powiem, ale z jakie­goś powodu w mojej gło­wie poja­wiła się w tam­tym momen­cie przy­pad­kowa myśl o pogło­sce, że film Piła został zain­spi­ro­wany notką pra­sową o jakimś face­cie, który wła­my­wał się ludziom do domów, by łasko­tać śpiące dzieci w stopy.

Nie mów tego na głos, Alice – bła­ga­łam się w myślach.

– No więc, Wes – powie­działa tym­cza­sem Cla­ire. – Skąd znasz moją sio­strę?

Ponow­nie spoj­rzał na mnie, a potem na nią. Zmarsz­czył brwi.

– Cza­sem po szkole ogląda tutaj filmy.

– Tak, to prawda, Wesley. To prawda.

Spoj­rzała na mnie. Oboje się na mnie gapili. Nastał moment, bym to ja się ode­zwała, a jed­nak nic nie powie­dzia­łam, bo byłam w sta­nie myśleć jedy­nie o moich ide­al­nych moka­sy­nach vin­tage, a raczej o ide­al­nych moka­sy­nach vin­tage Cla­ire. To nawet nie była jej wina, że to ona je nosiła. Po pro­stu wyglą­dały na niej znacz­nie lepiej. Wszy­scy tak mówili. Zało­żyła je raz i prze­pa­dła wszelka magia, którą czu­łam pod­czas ich przy­mie­rza­nia w skle­pie. Po co mia­łam nosić wspa­niałe buty, skoro wie­dzia­łam, że ni­gdy nie będę wyglą­dać w nich lepiej niż Cla­ire? Już następ­nego dnia spre­zen­to­wa­łam jej te moka­syny.

A teraz naprawdę nie chcia­łam, by Wes poszedł w ich ślady. Cla­ire mogła zdo­być dowol­nego faceta. A kiedy mnie ponow­nie uda się spo­tkać gościa, który wygląda jak Heath Led­ger, lubi hor­rory i doce­nia moje nie­tu­zin­kowe wybory modowe?

Odpo­wiedź brzmiała: ni­gdy. Wes był jedyny w swoim rodzaju.

Wpa­try­wa­łam się w niego, ocze­ku­jąc tej oszo­ło­mio­nej miny, która poja­wiała się na twa­rzy każ­dego chło­paka oraz wielu dziew­czyn wcho­dzą­cych w inte­rak­cję z Cla­ire.

Ale Wes na­dal patrzył na mnie, w jakiś spo­sób dając odpór studni gra­wi­ta­cyj­nej wytwa­rza­nej przez per­fek­cję mojej sio­stry.

Może nie podo­bały mu się ide­ały? Sam prze­cież łączył skar­pety w romby ze spor­tową ele­gan­cją. Może dla kogoś takiego jak on per­fek­cja była zbyt nudna?

Zmarsz­czył brwi, jak gdyby dając mi znak, że ocze­kuje jakie­goś sygnału, a ja przy­po­mnia­łam sobie, że prze­cież przed chwilą zapro­sił mnie na randkę. Mnie, a nie Cla­ire.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Imię „Eli” w wer­sji angiel­skiej czy­taj się „Ilaj” i odmie­nia zgod­nie z wzor­cem: D., B. Elia [ilaja], C. Eliowi [ila­jowi], N. Eliem [ila­jem], Ms. Eliu [ilaju] [przyp. red.]. [wróć]

Mary Berry była do 2016 r. jedną z juro­rek bry­tyj­skiego ory­gi­nału. W USA show nosi nazwę Great Ame­ri­can Baking Show (przyp. red). [wróć]