Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
93 osoby interesują się tą książką
Najtrudniej jest napisać własną historię miłosną.
Ciara Sheridan nigdy nie planowała kończyć sagi swojego zmarłego ojca – uwielbianego autora fantasy, którego fani wciąż czekają na wielki finał. Ona sama dawno przestała wierzyć w szczęśliwe zakończenia, a irlandzki dom i rodzinne dziedzictwo od lat przygniatają ją bardziej, niż jest w stanie przyznać.
Sam Avery, pracowity redaktor z Nowego Jorku i oddany fan serii, przyjeżdża do County Kerry z jednym zadaniem: doprowadzić do powstania ostatniego tomu. Problem w tym, że Ciara od tygodni nie napisała ani linijki… i nie zamierza mu nic ułatwić.
Ich współpraca szybko przeradza się w pełen iskier pojedynek osobowości. Złośliwe uwagi, różnice zdań i brak zaufania nie wróżą nic dobrego–a jednak podczas wspólnego pisania, wertowania notatek i odkrywania inspiracji Franka Sheridana między Ciarą a Samem zaczyna kiełkować coś, czego żadne z nich nie przewidziało.
Bo książkę można zaplanować. Miłości–nigdy.
Ta historia jest naprawdę SPICY. Sugerowany wiek: 18+
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 344
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ta jest dla moich rodziców
Sam
Nowy Jork
– Nie zwolni cię.
– Może to zrobić.
– Nie zrobi. Sam, w zasadzie jesteś jego protegowanym. Oraz jednym z jakichś trzech heteroseksualnych mężczyzn w branży wydawniczej. Potrzebują cię, żeby nie popsuć sobie statystyk.
– Bardzo zabawne.
Przekładam telefon do drugiego ucha i biorę kubek z kawą od baristy, który już wygląda na wyczerpanego. Nie ma jeszcze ósmej rano, ale trwa właśnie poniedziałkowy poranny szczyt. Stojący za moimi plecami finansiści w świeżo odprasowanych koszulach z rozpiętymi kołnierzykami czytają maile w oczekiwaniu na złożenie zamówienia. Chociaż raz od nich nie odstaję. Oczywiście moja koszula nie jest ani tak idealnie wyprasowana, ani tak biała jak ich, ale tego ranka się postarałem. Jakby zrezygnowanie z mojego zwykłego uniformu, złożonego z ciemnych dżinsów i pierwszego swetra, który wpadł mi w ręce, miało sprawić, że szef powie: „Oto człowiek, którego potrzebuję w swojej ekipie”. Albo przynajmniej: „Oto człowiek, który ma żelazko”.
Cóż… Spróbować nie zaszkodzi.
– Poza tym poprosił cię, żebyś przyszedł wcześniej – ciągnie Lizzie, jakby czytała mi w myślach. – Gdyby chciał cię zwolnić, poprosiłby raczej, żebyś został po pracy.
– Skąd takie założenie?
– Bo ja tak właśnie bym zrobiła.
– Ale ty nie masz pracy.
– Słucham?! – Głos mojej siostry przybiera ostrzejszy ton. – Myślisz, że opieka nad trzema chłopcami w wieku poniżej pięciu lat nie jest pracą?
– Nie masz pracy biurowej – poprawiam się i przyciskając torbę z laptopem do piersi, przepycham obok kolejki. – Takiej jak ta, którą zaraz stracę.
– Mógłbyś przestać brzmieć tak defetystycznie? Albo chociaż wstrzymaj się z tym użalaniem nad sobą do czasu, kiedy rzeczywiście cię wyrzucą.
– Kiedy…
– Jeśli! – przerywa mi pośpiesznie. – Jeśli cię wyrzucą.
– Kiepsko ci wychodzą mowy motywacyjne.
– Wiem. – Jej głos ginie przytłumiony rykiem ruchu ulicznego, kiedy wychodzę na zewnątrz, więc podgłaśniam telefon. – Chcesz się przywitać z Oliverem, zanim się rozłączymy? – pyta.
– On ma trzy miesiące.
– Dokładnie tak. Rozwija się. Powinien znać głos wujka.
– Umówmy się tak: gdy zostanę bezrobotny, spędzę z nim cały dzień. Cały tydzień.
– Wszystko będzie w porządku. – W tych słowach pobrzmiewa tyle współczucia, że jej nie wierzę. – A poza tym… czy naprawdę byłoby aż tak źle?
– Czy naprawdę byłoby źle, gdybym stracił pracę?!
– Chodzi mi tylko o to, że pracujesz tak ciężko i…
– Lubię swoją pracę, Liz!
– Okej. Przepraszam. Po prostu daj mi znać, jak poszło, dobrze? I nie podejmuj w międzyczasie żadnych głupich decyzji.
– Tego nie mogę obiecać – odpowiadam i się rozłączamy, a ja ponownie przebiegam wzrokiem pięciowyrazowy mail, który przeczytałem ze sto razy, odkąd dostałem go wczoraj wieczorem.
Spotkaj się ze mną rano.
Poważnie? To może oznaczać wszystko. Od „dostajesz awans” po „pakuj swoje rzeczy”. I tego właśnie Lizzie nie rozumie. Nie ma znaczenia, jak dobrze mi idzie. Redukcja etatów to w tej branży wszechobecne zjawisko. Tylko w ubiegłym miesiącu zwolniono dwoje moich przyjaciół. Taki jest obecny stan rynku wydawniczego. Więcej książek. Mniej pracowników. A ci, którzy zostali, muszą zakasać rękawy. Nie jestem już w stanie policzyć zarwanych w ostatnim czasie nocek. Ani przepracowanych weekendów. Ani godzin poświęconych na czytanie w czasie dojazdów do pracy. I tak, może dotarłem do momentu, gdy zaczynam sobie wyobrażać świat, w którym całe moje życie towarzyskie nie zależałoby od tego, czy moi autorzy dostarczą tekst na czas. Ale myślałem o tym w taki sposób, jak ludzie myślą o ogoleniu głowy albo sprzedaniu całego majątku i wyruszeniu w podróż dookoła świata. Nie na poważnie.
I zdecydowanie nie teraz.
Upijam łyk kawy. Kiedy przeciskam się przez obrotowe drzwi naszego budynku i kieruję się do windy, żołądek zaciska mi się z obawy.
Wydawnictwo Richardson Books zajmuje dwa piętra biurowca w śródmieściu. Kiedy wchodzę, w środku jest niemal pusto. Mamy elastyczne godziny pracy, ale przy biurkach siedzi już kilka rannych ptaszków. Nie poświęcają mi ani jednego spojrzenia. Wzrok podnosi na mnie tylko Amy, jedna z naszych asystentek, która od razu wybucha śmiechem.
– Och, Sam… – Udaje, że ociera łzy. – Oj, Sammy, Sam Sam. Samothy…
– Co?
– Świetna koszula, szefie.
– Mam dziś spotkanie i… Cholera! – Zerkam w dół i w końcu do mnie dociera, o co jej chodziło. Na torsie mam wielką brązową plamę.
– Myślę, że na pewno zrobiłbyś wrażenie – mówi, kiedy odstawiam kawę.
– Jak, do diabła, do tego doszło?!
– Kubek ci przecieka – stwierdza Deborah, nieznacznie podnosząc wzrok znad komputera. Pracuje naprzeciwko mnie i lubię myśleć, że potajemnie cieszy się moim towarzystwem, choć na co dzień wyraźnie daje do zrozumienia, że tak nie jest. – Powinieneś był sprawdzić wieczko.
– Nic nie czułeś? – pyta Amy, kierując w moją stronę telefon.
– Jak widać, nie.
– Ja bym poczuła.
– I właśnie dlatego nie pijam kawy – wtrąca Deborah.
Amy szczerzy się od ucha do ucha.
– Wyglądasz w tej chwili jak ucieleśnienie poniedziałkowego chaosu. Gdybyś nosił szpilki, na pewno złamałbyś obcas.
– Więc dzięki Bogu, że ich nie noszę – mamroczę i rozpinam guziki, żeby odkryć, że kawa przemoczyła też podkoszulek.
Na ten widok Amy znów zaczyna rechotać i właśnie wtedy do biura wchodzi Laura, pracująca podobnie jak ja jako dyrektor do spraw wydawniczych. Z kubka w rozmiarze XXL sączy mrożone latte.
– Dlaczego Sam robi striptiz?
– Zaczynamy wydawać romanse – żartuje Amy, kiedy uwalniam się od pierwszej warstwy ubrań.
– Jestem pewna, że czytelnicy romansów mają lepszy gust… – stwierdza Laura i ignorując moje oburzone spojrzenie, rzuca mi jeden z wielu koców, które trzyma pod biurkiem.
– Nie słuchaj jej – mówi Amy. – Jesteś naprawdę seksowny. Gdybym była poli…
– To miejsce pracy! – przerywa jej Deborah.
Laura kopie w krzesło Amy.
– Czy ty robisz zdjęcia?
– Tylko jego ramion.
– Usuń je – ostrzega Laura. – W tej chwili.
– Ale on ich potrzebuje, żeby przyciągnąć kobiety w internecie.
– Wcale nie.
Amy czeka, aż Laura odwróci się do nas plecami, a potem przywołuje mnie gestem. Na ekranie jej telefonu widzę swoje całkiem niezłe zdjęcie.
Ma rację. Potrzebuję narzędzia do przyciągania.
– Wyślij je najpierw do mnie.
Potakuje z poważną miną.
– Jeśli będziesz udawał, że znowu ściągasz koszulę, mogę zrobić świetną fotkę twojej…
– Samuel!
Odwracamy się jak jeden mąż, kiedy z sąsiedniego pomieszczenia dobiega głośno moje imię.
No tak. Racja.
Amy prycha, kiedy zarzucam sobie koc na ramiona i próbuję się zakryć.
– Zostałeś wezwany – stwierdza Deborah.
– Chcesz mi powiedzieć, że nikt nie ma żadnego zapasowego T-shirtu? W zeszłym tygodniu pomogłem spakować trzy pudełka gadżetów dla blogerów. Nie została nam nawet jedna firmowa koszulka?
Amy trzepocze rzęsami.
– Mam w szufladzie małą czarną.
– Zlecę ci dzisiaj drukowania na trzy godziny – odpowiadam, po czym odwracam się z całą godnością, na jaką mnie w tej chwili stać, i ruszam do niewielkiego biura.
Laura dogania mnie, zanim pokonuję połowę drogi.
– Przyszedłeś wcześniej niż zwykle – rzuca tak nonszalancko, że zaczynam się śmiać.
– Chciał się ze mną spotkać.
– W jakiej sprawie?
– Jeszcze nie wiem. – Zatrzymuję się i odwracam przodem do niej. – A dlaczego ty przyszłaś wcześniej?
– Bo jestem kobietą sukcesu – mówi jak zawsze niewinnym tonem. – Chcesz, żebym poszła z tobą?
– Nie.
Spoglądamy na siebie, kiedy powoli upija łyk latte.
Laura to moja biurowa nemezis. W czysto zawodowym sensie. Dołączyła do firmy kilka lat temu, przeskoczyła cały jeden szczebel kariery i teraz pracuje ze mną ramię w ramię, nadzorując dział wydawniczy. Jest naprawdę dobra w swoim fachu, a to wspaniale dla Richardson Books, ale okropnie dla mnie, bo ja również jestem dobry w jej fachu. Do tej pory nie stanowiło to problemu, ale teraz oboje ubiegamy się o awans na to samo stanowisko.
Co stanowi tylko jeszcze jeden powód, żeby pozbyć się któregoś z nas.
– Przeraża mnie, kiedy robisz to coś z niemruganiem – przyznaję, gdy się nie rusza.
– Wiem.
– Samuel!
Cholera. Mocniej otulam się kocem.
– Przez twoją paranoję jestem spóźniony.
– To część mojego planu – odpowiada scenicznym szeptem i się odsuwa, a ja zaglądam przez drzwi i widzę szefa siedzącego za biurkiem.
Casey Richardson jest, jak sam o sobie mówi, „reliktem branży wydawniczej”. Wspiął się na sam szczyt, jeszcze zanim się urodziłem, a na temat jego umiejętności wyławiania talentów krążą legendy. Jego autorzy go kochają. Jego pracownicy również i to właśnie dlatego wielu z nich poszło za nim, kiedy trzydzieści lat temu założył własne wydawnictwo, którego celem jest zapełnianie półek na całym świecie najlepszymi utworami z gatunku science fiction i fantasy. I choć ma na karku siedemdziesiąt trzy lata, nic nie wskazuje na to, żeby planował zwolnić tempo. Nadal czyta więcej niż ktokolwiek, kogo znam. Nadal codziennie pojawia się w biurze – zazwyczaj przychodzi pierwszy i wychodzi ostatni. Zatrudnił mnie na stanowisko asystenta w dziale wydawniczym dziesięć lat temu i nie potrafię sobie wyobrazić, że miałbym pracować gdzieś indziej. Nie chcę tego robić.
– Wzywałeś mnie? – pytam, pukając we framugę.
– Właściwie to krzyczałem. – Odrywa wzrok od telefonu i spogląda na mnie znad okularów w cienkich oprawkach. – Nie masz na sobie koszuli.
– To prawda.
– W porządku. Zamknij drzwi.
Waham się, ale on od razu przechodzi do rzeczy.
– Nie zwalniam cię.
Co za ulga!
– Mogłeś o tym wspomnieć w mailu.
– Przepraszam.
Wskazuje na stojący przed biurkiem fotel, a ja zamykam drzwi, delikatnie odsunąwszy na bok Melville’a. Kot Casey’ego mnie nie lubi, ale ten zwierzak nie lubi nikogo (jest jak Deborah kociego świata), więc nie biorę tego do siebie, kiedy na mnie syczy.
– Co tam? – pytam zdecydowanie bardziej zrelaksowany, kiedy już wiem, że nie muszę się zmierzyć z wizją katastrofy.
Mężczyzna odkłada telefon i pochyla się do przodu, splatając palce dłoni.
– Ciara Sheridan.
Przez dłuższą chwilę czekam, aż coś doda, ale on nie kontynuuje.
– Co z nią?
– Ile o niej wiesz?
– Córka Franka Sheridana? Wiem, że jest córką Franka Sheridana.
Casey rzuca mi znaczące spojrzenie.
– Tutaj nie musisz udawać, Sam. Mam świadomość, że jesteś jego fanem. Dlatego cię zatrudniłem.
Racja. Ciara Sheridan.
– Jedynaczka. Około trzydziestki. Jej ulubiony kolor to niebieski.
Casey unosi brwi.
– Wspomniał o tym w wywiadzie dla „New Yorkera”.
– Rozumiem – stwierdza. – Chodziło mi o kwestie zawodowe.
No tak. To ma więcej sensu.
– Autorka kryminałów. A przynajmniej kiedyś nią była. Wydała serię książek pod pseudonimem.
– To prawda. Trzy powieści. Trzy dobre powieści, skoro już o tym mowa. Ale kiedy ujawniono jej prawdziwe nazwisko, dopadła ją trema i niczego więcej nie opublikowała.
– Słyszałem, że przeprowadziła się do Francji.
– Tak? A gdzie to słyszałeś?
Na Reddicie.
– Tu i tam.
– Chodziło o Londyn – prostuje i poprawiając okulary, odwraca się do komputera. – Ale niedługo przed śmiercią Franka wróciła do Irlandii. Obecnie tam mieszka.
– W jego domu?
– W jego domu.
Gwiżdżę cicho. Dom Franka jest znany. Niemal równie znany jak jego książki. Kupiony po sprzedaży pierwszego miliona egzemplarzy, szybko stał się dla jego czytelników niemal mitycznym celem pielgrzymek. Frank mieszkał pośrodku niczego, a lokalni mieszkańcy nie puszczali pary z ust, ale to nie powstrzymywało ludzi przed przemierzeniem choćby połowy świata po to, żeby spróbować go odnaleźć. Sam planowałem po ukończeniu college’u wybrać się na taką wyprawę, ale kiedy dostałem pracę w wydawnictwie, uznałem, że całe to stalkowanie jednego z naszych autorów mogłoby nie być mile widziane. Zwłaszcza w przypadku kogoś takiego jak on.
Nawet po śmierci Frank Sheridan jest naszym najbardziej znanym nazwiskiem. Jego książki z uniwersum raviańskiego, składające się na dziewięciotomową sagę z gatunku epic fantasy, sprzedano w dziesiątkach milionów egzemplarzy, do czego przyczynił się także ogromny sukces filmowej trylogii. Wszystko, co w jakikolwiek sposób się z nim łączy, zmienia się w złoto, więc jeśli Casey wspomina o jego córce…
– Pisze coś nowego? Pod własnym nazwiskiem? – Na samą myśl prostuję się na krześle. Plan marketingowy sam się pisze w mojej głowie.
Ale on jest oszczędny w słowach.
– Tak.
– Fantasy?
– Taki jest plan.
– W końcu idzie w ślady ojca.
– Można tak powiedzieć. Pisze Ostatnią górę.
Śmieję się, tak jak to robi każdy, kiedy szef opowiada żart. Ale Casey nie mówi nic więcej. Dalej stuka w klawiaturę, powoli i z namysłem, czekając, aż jego słowa do mnie dotrą.
Trwa to dobrą minutę.
– Ostatnią górę.
– Tak.
– Jak w…
– Tak.
– Ciara Sheridan pisze Ostatnią górę?!
Casey spogląda w kierunku drzwi, a ja zaciskam usta.
– Przepraszam – mówię, ściszając głos. – Ale… co?!
Raviańska seria nie miała liczyć dziewięciu tomów. Miała ich liczyć dziesięć. Przez długie lata Ostatnia góra była obiecaną czytelnikom kulminacją niemal dwóch dekad storytellingu. Zakończeniem wielkiej historii. Jak wszyscy inni po śmierci Franka pogodziłem się z myślą, że nigdy się nie dowiem, co miało się stać z postaciami, z którymi dorastałem, ze światem, który pokochałem. Więc… CO?!
– Zostawił obszerne notatki – ciągnie Casey.
– Powiedział, że nie chce, żeby napisał to ktokolwiek inny.
– Ktokolwiek poza nią, choć nie powiedział tego publicznie. Wiedział, z jaką presją musiałaby się wtedy zmierzyć.
– I ona rzeczywiście to pisze?
– Tak.
– Ale przecież jest… – Potrząsam głową. – Ale on nie…
– Sam?
– Chyba muszę usiąść.
– Przecież siedzisz.
Och.
Casey przesuwa w moją stronę szklankę wody.
– Frank skontaktował się ze mną kilka lat temu – wyjaśnia, kiedy biorę duży łyk. – Powiedział, że zaczął pisać tę książkę, ale nie liczyłem na to, że ją skończy. Wiedziałem, że nie czuł się dobrze, i założyłem, że po prostu robi się sentymentalny. Ale kiedy zmarł, przesłano mi kilka listów i rzeczy, które postanowił mi przekazać. Pośród nich były jasno sformułowane zalecenia dotyczące ostatniego rękopisu. Zasadniczo chciał, żeby Ciara go dokończyła. Odczekałem kilka miesięcy, by dać jej trochę przestrzeni, a potem się z nią skontaktowałem. Kiedy zapytałem, czy napisze tę książkę, powiedziała „tak”.
Powiedziała „tak”.
Ciara Sheridan powiedziała „tak”.
Nasz zespół oszaleje.
Nie żebyśmy musieli się przy tym napracować. Moglibyśmy sprzedawać tę książkę po pięćdziesiąt dolarów za sztukę, a ludzie i tak by ją kupili. Wydanie w twardej oprawie. Wydanie w miękkiej oprawie. Wydanie specjalne. Wydanie deluxe. Bonusowe materiały. Kompletna seria. Moglibyśmy wypuścić całość w nowej szacie graficznej. Koniec z gadaniem o redukcji etatów. Musielibyśmy pewnie podwoić obsadę, żeby to wszystko ogarnąć.
Moje serce zaczyna przyśpieszać na samą myśl. Ostatnia książka Franka Sheridana. Ostatnia książka Franka Sheridana! To jest to! To ten moment, który wynagradza każdą zarwaną noc i każdy długi mail. To ten moment, który…
Casey przekłada jakieś papiery.
– Nie sądzę, żeby była w stanie to zrobić.
Przysięgam, że w moim mózgu rozlega się zgrzyt zaciętej płyty.
– Co masz na myśli?
– Pierwsze rozdziały były dobre – wyjaśnia. – Tak dobre, że rozważałem powiedzenie o tym wam wszystkim już kilka tygodni temu, ale chciałem mieć książkę na biurku, zanim to ogłoszę. Nie możemy sobie pozwolić na błędy.
– Rozumiem – mówię powoli. – Więc w czym tkwi problem?
– Nie napisała nic więcej. Nie wysłała mi niczego od pięciu tygodni. A od dwóch właściwie nie odpowiada na maile.
– Może po prostu jest skupiona? – zauważam. – Zajęła się pracą.
– Może – zgadza się. – A może nie.
– Sądzisz, że próbuje się wycofać?
– Sądzę, że ma trudności. Właściwie to napisała mi tak w ostatniej wiadomości.
Prostuję się zdezorientowany.
– Więc zatrudnijmy ghostwritera. Umieścimy jej nazwisko na okładce. Ważne, żeby ta historia była dobrze napisana. – Casey marszczy brwi, ale ja nie widzę problemu. – Albo powiemy, że była współautorką – upieram się. – Że konsultowała się w czasie spotkań na Zoomie. Wymyśliła imiona postaci. Przecież tak właśnie robią wszyscy ci przypadkowi celebryci.
– Ale to nie jest przypadkowa książka. A Frank postawił sprawę jasno: chciał, żeby to ona i tylko ona ją napisała. Nikt inny. Kiedy zgodziła się tak szybko, miałem nadzieję, że jest na to gotowa. Ale sądzę, że trzeba ją trochę poprowadzić za rękę.
– Chcesz ją ściągnąć do Nowego Jorku?
– Zaproponowałem jej to, ale odmówiła. Powiedziała, że ma za dużo pracy związanej z domem.
– Więc co dalej?
– Właśnie dlatego chciałem z tobą porozmawiać. – Melville przeskakuje z jednego stosu papierów na drugi. – Miałem nadzieję, że polecisz do Irlandii zamiast mnie.
– Do… – Urywam z grymasem, kiedy kot ląduje na moich kolanach i wbija mi pazury w uda. – Słucham?
– Do Irlandii – powtarza Casey, kiedy zganiam Melville’a z kolan.
– I co miałbym tam robić?
– Przy pracy nad dziełem o tak ogromnym znaczeniu nie wystarczy wymiana kilku maili. Chcę, żebyście usiedli razem i przeanalizowali notatki Franka. Nie sądzę, żeby Ciara była w stanie poskładać to sama, a nikt nie zna tych postaci lepiej od ciebie.
– Chcesz w ten sposób powiedzieć, że jestem okropnym nerdem?
– Chcę w ten sposób powiedzieć, że to rozwiązanie pozwoli nam opublikować najważniejszą książkę w twoim zawodowym życiu.
– Paul powinien był mi wysłać rękopis kilka dni temu – przypominam. To autor, z którym najtrudniej mi się współpracuje, ale pisze świetnie sprzedające się książki. Jeśli oczywiście mu się chce.
– Możemy to wszystko przeorganizować. Jestem pewien, że Amy chętnie skorzysta z okazji, żeby zająć się kilkoma tytułami.
– I na pewno na to zasługuje, ale…
– Sam – przerywa mi Casey, a ja się zamykam. – Pytam, czy chciałbyś zostać redaktorem ostatniego tomu najpopularniejszej serii wszech czasów. Serii, z którą dorastałeś i która, jeśli odpowiednio ją wydamy, zdefiniuje twoją karierę. Jesteś zainteresowany?
– To moje największe marzenie – przyznaję i przysiągłbym, że kącik jego ust drga.
– W takim razie postanowione. Masz aktualny paszport?
– Tak sądzę. – Poprawiam się na siedzeniu, a Melville się przeciąga i układa wygodnie na parapecie. – Czy ktoś jeszcze o tym wie?
– Nikt. Na życzenie Ciary trzymamy to w tajemnicy. Nie przepada za rozgłosem.
– Powiedz mi, że nie jest jakimś odludkiem. – W mojej wyobraźni pojawia się wizja postaci, która spogląda na mnie przez wizjer i każe mi się wynosić ze swoje posesji, ale Casey potrząsa głową.
– Po prostu nie chce czuć presji, jaka wiązałaby się ze zwróceniem na siebie uwagi.
– W takim razie zabrała się do niewłaściwej książki – mamroczę.
Szef rzuca mi znaczące spojrzenie.
– Mogę poprosić Laurę, żeby się tym zajęła, jeśli…
– Nie – zapewniam szybko. – Przepraszam. Po prostu to wszystko jakoś nie mieści mi się w głowie.
– Wiem. I wiem, że to ci namiesza w kalendarzu, ale chcę, żebyś to ty się tym zajął. Ufam, że potrafisz to doprowadzić do końca.
– Ale jak mam…
– Wyślę ci maila ze wszystkimi szczegółami.
W języku Casey’ego to znaczy: „Do roboty!”.
– W porządku – mówię, a jego telefon zaczyna dzwonić. – W takim razie zacznę przekazywać obowiązki.
– Wspaniale. I jeszcze jedno…
– Tak?
– Znajdź sobie jakąś koszulę, dobrze?
Ciara
Hrabstwo Kerry, Irlandia
Trzy tygodnie później
Na plaży panuje dziś okropny tłok. Właściwie to okropny tłok panuje na niej od początku kwietnia, kiedy zmieniła się pogoda, ale dzisiaj ludzi jest szczególnie dużo. Chyba wcześniej wypuścili dzieciaki ze szkół. A może wszyscy wybrali się na wagary?
Nie mogę ich za to winić. Mój tata mawiał, że nie ma nic piękniejszego niż Irlandia w promieniach słońca. Pewnie dlatego, że nie mamy zbyt wielu słonecznych dni. Szczególnie na zachodnim wybrzeżu, gdzie pada przez połowę roku. Przywykliśmy tu do chmur. Do ponurej, nijakiej szarości przenikającej nasz świat. Więc kiedy chmury się rozsuwają, kiedy wielka ognista kula rozbłyskuje nad naszymi głowami, jest trochę, jakby Dorotka wkroczyła do Krainy Oz. Trawa wydaje się bardziej zielona, rzeki lśnią, a wszyscy chodzą ogłupiali i informują się nawzajem, że ostatnio przez dwie godziny było u nas goręcej niż w Sewilli.
„Proszę bardzo! – powtarzają triumfalnie. – Gdzie indziej można liczyć na coś takiego?”
Jest pięknie. Przynajmniej przez tydzień lub dwa. Bo jeśli nie jesteś za bardzo przyzwyczajony do takiej aury, budynki są zaprojektowane tak, żeby zatrzymywać ciepło, a cały twój uwielbiający wilgoć ekosystem opiera się na deszczu, na który tak często się skarżysz, w końcu zaczynasz tęsknić za bryzą. Za ubraniami, których jeszcze nie przepociłeś. Więc gdy w upalne majowe popołudnie pomagam w niewielkim food trucku serwującym smoothie i obserwuję matkę skrupulatnie smarującą swojego maluszka kremem do opalania od stóp po czubek głowy, zastanawiam się, jak długo jeszcze moi rodacy, moi umiarkowani, powtarzający w kółko: „Poczekaj, tylko wezmę kurtkę” rodacy, mogą udawać, że im się to podoba.
– Co ty, do cholery, wyprawiasz? – Głos Maddie przecina ciasne wnętrze food trucka niczym bicz. Wydaje się taka wściekła, że spoglądam w dół, żeby się upewnić, czy nadal obieram banany, a nie, no wiecie, morduję dziecko. – Ciara!
– Co? – odkrzykuję, kiedy wpada do środka. – Przestań na mnie wrzeszczeć. Mam okres.
– Wcale nie. Mamy zsynchronizowane okresy. Gdzie jest Natalie?
– Pozwoliłam jej wyjść wcześniej.
– Nie możesz tego robić. Nie pracujesz tu.
– Ona najwyraźniej o tym nie wie.
Maddie wyjmuje mi skórkę banana z dłoni i wrzuca ją do kosza, po czym gromi mnie spojrzeniem.
– Powinnaś być w domu. Pisać.
– Robię sobie przerwę.
– Prokrastynujesz.
– A przy okazji zapewniam ci darmową siłę roboczą. Przygotowuję smoothie – dodaję, kiedy próbuje się kłócić. – Nie zatrudniam się w kopalni na cały dzień. Poza tym masz tu klimatyzację. – Biorę z półki niewielki przenośny wentylator i unoszę go do twarzy. – Jesteśmy w samym środku fali upałów.
– Przez kilka dni będzie niecałe trzydzieści stopni. Trudno to uznać za falę upałów.
– Prognozują, że tak zostanie przez całe lato. W sklepach brakuje kremów z filtrem pięćdziesiątką.
– Wcale nie.
– Asfalt topi się na drogach.
– Wysiadaj z mojego food trucka.
– Jak tylko obsłużę tego dżentelmena.
Odsuwam ją z drogi i promiennie uśmiecham się do mężczyzny, który zbliża się do lady. Jest słodki. Otacza go surferska aura. Pewnie jest turystą. Można to łatwo rozpoznać po tym, że jako jeden z niewielu wygląda, jakby nie był bliski śmierci z powodu udaru słonecznego.
– Dzień dobry – mówi z uśmiechem. – Jak mija popołudnie?
– Bywało gorzej. Co mogę podać?
Przelotnie rzuca okiem na menu i wybiera pierwszą propozycję z listy.
– Poproszę bananowy zawrót głowy.
– Doskonały wybór. Dobrze się składa, że wszystko wcześniej przygotowałam, prawda? – droczę się z Maddie, która prycha pod nosem i zaczyna nakładać lód. – Życzy pan sobie miodu do tego?
– Bardzo chętnie… – zerka na moją plakietkę z imieniem – Sierra.
– Czyta się Kii-ra – poprawiam go. – Z „K” na początku.
– Uroczo.
– Należy się cztery pięćdziesiąt. – Maddie wychyla się zza mnie z terminalem do płatności kartą w dłoni, a uwaga mężczyzny skupia się na niej. Nie przestaje się uśmiechać.
– A jak ty masz…
– Nie. Proszę zapłacić. Dziękuję.
Och, czyli nie jest w dobrym nastroju. Mam ochotę powiedzieć panu Flirciarzowi, że nie w nim tkwi problem, ale łapię go na tym, że gapi mi się na cycki, więc tego nie robię.
– Sukces tego biznesu zawdzięczasz niewątpliwie swojemu wyjątkowemu podejściu do klientów – mówię do Maddie, kiedy mężczyzna odchodzi.
Ignoruje mnie.
– Dobrze spałaś? – pyta.
– Tak.
– Na pewno?
– Nie wiem, Mads. Spałam, okej?
W każdym razie przez godzinę czy dwie.
Obudziłam się dziś rano z żołądkiem zaciśniętym z niepokoju tak mocno, że byłam w stanie jedynie leżeć na łóżku do czasu, aż tak bardzo zachciało mi się siku, że musiałam wstać. A potem próbowałam. Naprawdę. Wzięłam prysznic i się ubrałam, i włączyłam komputer, i otworzyłam wszystko, czego potrzebowałam, ale w pokoju było tak gorąco, a w głowie miałam pustkę, a kiedy zeszłam na dół do kuchni, odkryłam, że zlew przecieka, zamrażarka nie mrozi, a jeden z obrazów, które powiesiłam wczoraj wieczorem, spadł na podłogę, przez co szkło z ramy się stłukło, a jego okruchy rozsypały się na płytkach. W dodatku John, mój listonosz, jak zwykle wpadł do domu ze zwyczajową już paczką siedmiu listów od fanów zaadresowanych do mojego ojca, więc musiałam znaleźć na nie nowe pudełko, bo poprzednie były już pełne.
Lubię Johna, ale zawsze przynosi mi siedem listów. Ta liczba jest tak konkretna, że zaczynam myśleć, że okłamuje mnie w ich kwestii. Jakby zgromadził ich o wiele więcej, ale myślał sobie: „Siedem wystarczy. Z siedmioma powinna sobie poradzić”.
Cóż… jego taktyka jest nieskuteczna.
Z niczym sobie nie radzę.
A jeśli sądzić po tym, jak patrzy na mnie w tej chwili Maddie, ona również to wie.
– Nie odesłałam Natalie do domu – przyznaję. – Poszła na przerwę. Wróci za pięć minut.
Maddie tylko potrząsa głową.
Ostatnimi czasy często to robi, ale rozumiem dlaczego. Jej frustracja bierze się z troski, a ta z miłości, ponieważ jest moją najlepszą przyjaciółką od czasów dzieciństwa, co oznacza, że ze mną utknęła. Od kiedy wróciłam, żeby zająć się tatą, codziennie wpada do mojego domu, żeby zobaczyć, co u mnie. Zachowanie pod hasłem „po prostu byłam w okolicy” nieszczególnie pasuje do kogoś, kto mieszka godzinę drogi w przeciwnym kierunku. Ale i tak nadal to robi. Ponieważ właśnie taka jest. Była przy mnie przez cały okres choroby taty, a potem w czasie jego pogrzebu. Pozwoliła mi rozpaczać, opłakiwać go i spędzać całe dnie w łóżku, a teraz, powoli, ale stanowczo, robi, co może, żeby się upewnić, że nie pogrążę się w tym stanie na zawsze.
I właśnie dlatego nie mam pewności, czy któregoś dnia nie obudzę się przykuta łańcuchem do laptopa.
– Gdzie właściwie się podziewałaś? – pytam. – Zostałam tu bez nadzoru na całe dwadzieścia minut.
– Poszłam obejrzeć kawiarnię. – Sprawdza zapasy truskawek. – Jedna z desek, którymi zabito okna, się obluzowała, i jeśli się odpowiednio zmruży oczy, można zerknąć do środka.
– To jest… – Potrząsam głową. – Masz problem, wiesz o tym?
Robi tęskną minę.
– Wiem.
Maddie jest dumną właścicielką food trucka, z którego sprzedaje smoothie, ale nie jest on spełnieniem jej marzeń. Jest nim od dawna opuszczony, rozpadający się budynek dziesięć minut drogi stąd. Chce w nim kiedyś otworzyć kawiarnię, ale to wymaga dużej ilości pieniędzy, których nie ma, a banki nie ustawiają się w kolejce, żeby udzielić kredytu na sezonowy biznes, bo takie zamykają się w całej okolicy.
Mimo tego Maddie pracuje, oszczędza i nie porzuca swojego marzenia, więc naprawdę powinna przyjąć każdą darmową pomoc, kiedy ktoś ją oferuje.
Uśmiecham się do niej z nadzieją.
– Chcesz, żebym obsługiwała maszynę do lodów?
– Chcę, żebyś pojechała do domu i zajęła się pisaniem – mówi. – Albo przynajmniej trochę pospała. Wyglądasz na wyczerpaną.
– To niegrzeczne.
– Ale szczere. Czytałaś ten artykuł o bezsenności, który ci wysłałam?
Kiedy ostatnio sprawdzałam, w mojej skrzynce mailowej było tysiąc dwanaście nieprzeczytanych wiadomości, więc… nie.
– Nic mi nie będzie – zapewniam, próbując złapać spojrzenie przechodzących nastolatek. Są jednak w fast foodowym nastroju, więc zmierzają do zaparkowanej obok burgerowni na kółkach.
Obecność sąsiadów to dla Maddie drażliwy temat. Tego lata jej food truck miał tu stać jako jedyny, więc teraz podąża za moim wzrokiem i marszczy brwi, kiedy dziewczęta ustawiają się w kolejce.
– Nadal odbieram jego dostawy.
– Czyje?
– Shane’a – odpowiada takim tonem, jakby samo jego imię wystarczyło, żeby wprawić ją w zły nastrój.
– Chłopaka od burgerów?
– Nigdy nie umieszczają jego nazwiska na formularzu zamówienia, więc dostawcy zostawiają wszystko mnie, ponieważ tylko ja jestem tu rano. A to oznacza, że muszę to przejrzeć i osobiście mu zanieść.
– Co oznacza pokonanie całych trzech metrów w lewo.
– Chodzi o zasady – mamrocze, przykładając do policzka butelkę z zimną wodą.
– Po prostu idź tam i z nim pogadaj. Powiedz, że przestaniesz zajmować się jego sprawami.
– Próbowałam! Ale jego nigdy tu nie ma! Pewnie zarządza interesem ze swojego penthouse’u. Założę się, że ma jakiś biznes na każdej plaży w kraju.
Potakuję, chociaż słyszałam tę przemowę już ze sto razy. Rozumiem to. Maddie martwi się konkurencją. Ale przecież w najbliższych miesiącach nie zabraknie jej klientów. Słońce nigdzie się nie wybiera.
– Może powinnyśmy zacząć serwować do stolików? – sugeruję. – Mogłybyśmy też przygotować partię soków.
– Czy ja ci nie kazałam iść?
– Poszukam tacy, żeby…
– Ciara. – Ręka Maddie ląduje na moim ramieniu, bezpośredni kontakt wzrokowy jest niemal denerwujący. – Jesteś najpiękniejszą, najbardziej utalentowaną i najwspanialszą przyjaciółką, jaką mogłabym mieć. Kocham cię całym sercem i codziennie dziękuję wszechświatowi, że dorastałyśmy w tym samym miejscu i tym samym czasie, ale jeśli nie pojedziesz do domu w przeciągu najbliższych pięciu minut i nie zabierzesz się do pisania książki, bez wahania wyleję ci na głowę całe opakowanie jogurtu.
– To byłoby marnowanie jedzenia.
– Wynocha z mojego food trucka.
Z tymi słowami mocno chwyta mnie za łokieć i wyprowadza na zewnątrz.
Trzydzieści minut później wyłączam radio i podjeżdżam pod dom. Już teraz brakuje mi rozpraszających uwagę ludzi. Klimatyzacja w moim aucie jest, delikatnie rzecz ujmując, słaba i tępe dudnienie u podstawy karku zwiastuje ból głowy, który wisiał nade mną przez cały dzień. Ostatnimi czasy ciągle miewam bóle głowy, ale myślę, że tak właśnie działa na człowieka sypianie po trzy, cztery godziny na dobę. Nie potrzebuję lekarza, żeby mi to powiedział.
Ten atak wydaje się szczególnie silny, więc sięgam po torbę leżącą na siedzeniu pasażera i przekopuję ją w poszukiwaniu leków przeciwbólowych. Ekran mojej komórki się rozświetla, kiedy dostaję wiadomość do Maddie.
Prawdopodobnie nie powinnam jej była mówić, że wydawnictwo zaproponowało mi napisanie Ostatniej góry. Szczerze powiedziawszy, miałam nadzieję, że przekona mnie, żebym się nie zgadzała. Ale nie. Uznała, że książka to świetny pomysł. Że jej napisanie zabierze mnie w jakąś magiczną podróż przez krainę żałoby i w końcu mnie z niej wyprowadzi. Teraz już wiem, że powinnam to była przed nią ukryć, tak samo jak ukrywam to przed innymi ludźmi. Ale mówię Maddie o wszystkim, no i jest jak jest.
Przyjaciółka wysyła mi link do kolejnego artykułu.
Myślę, że powinnaś rzucić na to okiem. To o blokadzie pisarskiej.
Prycham. Blokada pisarska.
Nie mam blokady pisarskiej. Mam nieżyjącego ojca i górę rachunków do opłacenia. Mam blokadę życiową.
Poza tym tacie nawet by nie przyszło do głowy, że mógłby mieć jakąś blokadę pisarską. Zawsze powtarzał, że nie ma na nią czasu. Wystarczy spojrzeć na jego dorobek, żeby zrozumieć dlaczego. Napisał dwadzieścia cztery powieści. Dwadzieścia cztery powieści, jedenaście opowiadań i całą bibliotekę zapisków, notatek i przemyśleń. Przez całe lata za dnia pracował jako nauczyciel, a nocami opowiadał historie – wychowując mnie przy tym jako samotny rodzic. I gdyby nie wymyślił raviańskiego świata, tak by pewnie pozostało.
Miałam siedem lat, kiedy do tego doszło. Kiedy jego marzenie stało się rzeczywistością. Czytelnicy przyjęli pierwszy tom nowej serii z prawdziwym zachwytem, choć trzeba przyznać, że początkowo ich grono było ograniczone. Większość książek fantasy nie należała wtedy do mainstreamu. Stały ukryte na półkach w głębi księgarni. Ale ta jedna trzymała się świetnie – poczta pantoflowa działała cuda i kiedy osiemnaście miesięcy później wyszedł drugi tom, mówiono o nim jak o najbardziej wyczekiwanej powieści dekady.
I wtedy tata zrobił coś magicznego.
Zrobił to ponownie. I ponownie, i ponownie, i ponownie.
Na początku to do mnie nie docierało. Przywykłam do tego, że widywałam jego twarz w lokalnej gazecie. Rozumiałam to. Byliśmy z małego miasteczka. Oczywiście, że wszyscy znali mojego tatę. Tutaj każdy znał każdego. Dopiero kiedy podrosłam, kiedy zaczęłam podróżować, naprawdę to poczułam. Niemcy w czasie szkolnej wycieczki. Francja w czasie wakacyjnej wymiany zagranicznej. Przetłumaczone wersje w nieznanych okładkach na przystankach autobusowych w Hiszpanii. Kobieta czytająca w samolocie egzemplarz z tak powyginanym grzbietem, że zdziwiło mnie, że się nie rozpadł przy przewracaniu strony.
Ale pomimo jego świeżo zdobytej sławy nasze życie się nie zmieniło. Tata nieszczególnie korzystał ze swoich pieniędzy. Właściwie to przez większość kariery je rozdawał. Stypendia, granty, nagrody. W Irlandii nie ma chyba uniwersytetu, w którym nie byłoby pamiątkowej tablicy na jego cześć. I nie chodziło jedynie o świat literatury. Schroniska dla psów, schroniska dla kotów. Obcy ludzie potrzebujący opieki medycznej. Sponsorował koszulki lokalnej drużynie piłkarskiej. Kupił autobus szkolny dla sąsiedniej wioski. Pieniądze były po to, żeby je wydawać, a życie po to, żeby żyć. Nie był nieodpowiedzialny. Po prostu nie wierzył w sens zatrzymywania majątku dla siebie.
Ale dokonał także pewnego zakupu tylko dla nas. Pewnego ogromnego, nierozważnego zakupu z rodzaju tych, który każdy powinien zrobić przynajmniej raz, jeśli jego życie i los tak gwałtownie zmieniają się na lepsze.
Kupił dom, przed którym teraz siedzę.
Cztery akry*, trzy piętra, dwa pokoje ukryte za regałami z książkami i żadnego architektonicznego stylu, którym można by go opisać.
Miał na jego punkcie obsesję. Czytelnicy również. Może dlatego, że zawsze pokazywał im tylko jego skrawki. Przebłyski w tle zdjęć autora. Krótkie wzmianki w artykułach, które pisał.
Myślę, że kochał go nawet bardziej niż swoje książki.
Kiedy umarł, zostawił go mnie.
A teraz ten dom rujnuje mi życie.
Problem z dużymi domami polega na tym, że potrzeba dużych zasobów finansowych, żeby je utrzymać. Zwłaszcza kiedy się walą. A jeśli nawet się nie walą, nadal pozostają podatki od własności i podatki gruntowe, i milion innych sposobów, żeby wyciągnąć ode mnie pieniądze, których nie mam.
Wiem, jakie jest mądre rozwiązanie. Najprostsze. Powinnam go sprzedać za równowartość małej fortuny i uwolnić się od niego. Nietrudno byłoby znaleźć nabywcę.
Ale nie mogę go sprzedać.
Nie zrobię tego.
Tata zostawił mi ten dom, bo było to jego ulubione miejsce na świecie. Nie chciał, żeby trafił w ręce kogoś innego. W głębi duszy, samolubnie wiem, że pozbycie się go byłoby jak ostateczne pożegnanie z tatą. A nie jestem jeszcze na to gotowa.
Więc kiedy kilka miesięcy temu dostałam maila od jego dawnego wydawcy, odpowiedziałam na niego. Po kilku dniach rozmów, kiedy Casey Richardson zaoferował mi wystarczająco dużo pieniędzy, żeby rozwiązać wszystkie moje problemy, powiedziałam „tak”.
Musiałam jedynie dokonać niemożliwego. Napisać ostatni tom cyklu raviańskiego.
Wtedy pomyślałam sobie, że czemu nie. Pisałam już wcześniej książki. A to, co Casey stwierdził w pierwszym mailu, było prawdą. Nikt nie zna tego świata lepiej ode mnie. Nikt nie mógłby poznać go lepiej, nawet gdyby spróbował. Nawet gdyby przeczytał wszystkie książki po sto razy. Nawet gdyby debatował nad nimi na forum, pisał fanfiki i spędził całe życie, dorastając z nimi u boku i kochając je. Inni ludzie nie mieli dostępu do choćby grama informacji, które miałam ja. Do notatników wypełnionych odręcznymi zapiskami mojego ojca. Surowych szkiców map kreślonych na serwetkach. Skrawków historii, których nigdy nie miał szans rozwinąć.
Zaczęłam badać materiały i napisałam kilka pierwszych rozdziałów w stanie oszołomienia, skupiona na wizji zarobku i niczym innym. Ale jak tylko Casey wyraził aprobatę, jak tylko to wszystko się urzeczywistniło, poczułam się, jakby na mój mózg opadła ciężka zasłona, która całkowicie mnie zastopowała.
Utknęłam i od tej pory tkwię w miejscu.
Dostaję kolejną wiadomość do Maddie, kolejny link do kolejnego artykułu. Wrzucam tabletki do ust i odchylając głowę w tył, przełykam je bez popijania.
Wyczerpanie uderza we mnie z ogromną siłą, jakbym dała na to przyzwolenie swojemu ciału. Na oślep wyciągam rękę, włączam radio i pozwalam, żeby ciche głosy dyskutujące o upałach zagłuszyły całą resztę.
Odpocząć.
Chociaż przez kilka minut.
Chociaż przez kilka minut, a potem to wszystko naprawię.
* Akr to używana w krajach anglosaskich jednostka miary powierzchni gruntów. Odpowiada ok. 0,4 hektara. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
Sam
Są takie chwile, kiedy wiesz, że decyzja, którą podejmujesz, na zawsze zmieni trajektorię twojego życia. Wybór studiów. Wkroczenie na konkretną ścieżkę kariery. Przesunięcie w prawo.
Ale jest też coś, czego nie da się z góry określić, czego nie jesteś w stanie przewidzieć. To znaczenie tych wszystkich drobnych momentów, które następują pomiędzy tymi decyzjami. Kiedy dowiadujesz się, że masz alergię na chomiki, bo twój współlokator uparł się, żeby go mieć. Kiedy niemal nabawiasz się odmrożeń, zasnąwszy w kolejce po bilety na koncert, ponieważ masz dwadzieścia jeden lat i jesteś idiotą.
Albo kiedy znajdujesz się trzy tysiące mil od domu i próbujesz złapać więcej niż jedną kreskę zasięgu, ponieważ jako trzynastolatek przeczytałeś pewną książkę i nigdy potem nie oglądałeś się za siebie.
– Poczekaj – mówię, kiedy głos Amy na przemian dociera do mnie i zanika. W Nowym Jorku ledwie minęła dziesiąta rano, a ona już próbowała zadzwonić do mnie dwukrotnie. – Nie słyszę cię.
Porzucam witrynę zamkniętego sklepu, do którego próbowałem zajrzeć, i przebiegam przez drogę do pubu. Zatrzymuję się pod znakiem, który informuje mnie: „Guinness dobrze ci zrobi”.
– Co mówiłaś? – pytam, kiedy jej głos ponownie rozlega się w moim uchu.
– Pytałam, czy pamiętasz, jak w czasie rozmowy o pracę powiedziałam, że zostanie redaktorką to moje marzenie.
– Pamiętam.
– Cóż… Cofam to! – rzuca nerwowo. – Nie chcę być redaktorką. Chcę pracować w dziale produkcji z wyluzowanymi dzieciakami.
Przeganiam muchę z twarzy i opieram się o ścianę. Ubrałem się odpowiednio do zmiennej pogody, jak radził przewodnik, ale słońce mocno dziś praży i już zaczynam się pocić w jego promieniach.
– Czyżby czar prysł? Po zaledwie, ile to minęło?, dwóch dniach beze mnie?
– Nie jestem stworzona do pracy z autorami.
– Chciałaś pracować nad książką Paula.
– Porwałam się z motyką na słońce, Sam. Nie wiem, co mam ci powiedzieć. Jestem Ikarem, Paul jest słońcem, a moje ambicje to skrzydła, które się roztapiają i obracają w nicość. Mam tę zaletę, że potrafię się przyznać do błędu. Więc się przyznaję, że nie jestem gotowa na ten awans. Bardzo proszę o degradację.
– Po prostu wyślij maila do…
– Zrobiłam to! – wykrzykuje, a ja się uśmiecham. Amy jest dobra w swojej pracy. Po prostu ma tendencję do dramatyzowania. – Napisałam do niego maila w niezwykle przyjaznym tonie, a kiedy nie odpowiedział, napisałam do jego agenta, a jego agent odpowiedział i zapewnił, że się tym zajmie, ale tego nie zrobił, Sam. Nie zrobił! Facet spóźnia się miesiąc z wysłaniem rękopisu, a ja jestem o włos od wybuchu.
– Bądź miła – ostrzegam. – Musimy utrzymać z nimi dobre relacje.
– Musimy? A nie możemy kazać im obu spadać na bambus?
– Wyślij jeszcze jednego maila z kopią do mnie – polecam. – Nic więcej nie możemy zrobić. Jeśli potem będą się skarżyć na przesunięcia w planie wydawniczym, będziemy mieli podkładkę.
– Nie płacą mi za to wystarczająco dużo. Chcę grzebać w spuściźnie po autorze, jak ty.
– Taaa… Bo rzeczywiście świetnie się tu bawię.
Ta przykrywka, którą zaserwowaliśmy reszcie zespołu, to pomysł Casey’ego. Oficjalnie jestem tu w poszukiwaniu dodatkowych materiałów, których moglibyśmy użyć w przyszłych wydaniach. Szef właściwie nie pozostawił mi w tej kwestii wyboru, ale i tak nie czuję się dobrze z tym, że okłamuję współpracowników. Zwłaszcza że Laura przyglądała mi się bardzo podejrzliwie, kiedy usłyszała nowinę.
– Przynajmniej wybrałeś się w podróż – ciągnie Amy, ignorując moje marudzenie.
– To nie do końca Paryż… – Rozglądam się w poszukiwaniu jakichś śladów życia, zastanawiając się, co robić.
Zarezerwowałem pokój w czymś, co wyglądało jak jedyny pensjonat w okolicy, ale zaczynam myśleć, że zostałem naciągnięty. Ulica, na której się znajduję, jest kompletnie opustoszała. Wiem, że trafiłem we właściwe miejsce, bo po drodze minąłem znak z napisem „Carrigwest”, ale w przeciwnym razie uznałbym, że wjechałem na opuszczony plan filmowy. Casey ostrzegał mnie, że to odludna okolica, ale jeśli nie liczyć kilku domów i maleńkiego sklepu spożywczego z wyblakłą tabliczką z napisem „Zamknięte na czas lunchu”, naprawdę znajduję się w samym środku niczego.
– A może zjawię się w jego domu?
– Co? – pytam z roztargnieniem, odwracając się, ponieważ słyszę cichy odgłos silnika.
– A może zjawię się w jego domu i rzucę: „Hej, gdzie ta książka, za którą zapłaciliśmy ci sześciocyfrową kwotę?” – Brzmi niepokojąco poważnie. – Zrobię to bardzo uprzejmie.
– Nie wątpię – odpowiadam, kiedy zza rogu wyjeżdża wysłużony Ford. – Ale nie. Nie rób tego.
– Ale…
– Posłuchaj, muszę lecieć. Mam tu bardzo słaby zasięg. Pewnie zaraz nam przerwie.
– Nie waż się…
Rozłączam się, kiedy samochód zatrzymuje się obok mnie i wysiada z niego jakiś mężczyzna. Wygląda, jakby był przed sześćdziesiątką. Jest szczupły, łysieje, a na ustach ma szeroki uśmiech.
– Ty jesteś tym chłopakiem, który zarezerwował pokój, co? – Akcent ma tak mocny, że potrzebuję chwili, żeby go zrozumieć.
– To ja. Sam Avery.
– Ronan Delaney. – Opiera dłonie na biodrach i mierzy mnie wzrokiem od góry do dołu. – Żadnych papierosów. Ani narkotyków.
– Nie ma problemu.
– Ani zwierząt.
– Jestem sam.
– Ani sera.
– Eee… Słucham?
– Kilka lat mieliśmy tu taki incydent…
Jasne.
– Żadnego sera. Rozumiem.
– Świetnie! Zaprowadzę cię. – Bierze moją walizkę i wskazuje gestem na budynek za nami. – Będziesz mieszkał nad pubem. Nie martw się – dodaje na widok mojej miny. – Nie mamy tu dużego ruchu. Ale powinieneś potem wpaść. Poznać lokalnych mieszkańców. Nowy Jork, prawda? Mój brat pracował tam kiedyś w budowlance. Chyba wygasła mu już wiza, ale to dobry chłopak. Teraz mieszka w Brisbane z żoną. Byłeś kiedyś w Brisbane?
– Nie. Ja…
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Ciara
Dostępne w wersji pełnej
Sam
Dostępne w wersji pełnej
Ciara
Dostępne w wersji pełnej
Sam
Dostępne w wersji pełnej
Ciara
Dostępne w wersji pełnej
Sam
Dostępne w wersji pełnej
Ciara
Dostępne w wersji pełnej
Sam
Dostępne w wersji pełnej
Ciara
Dostępne w wersji pełnej
Sam
Dostępne w wersji pełnej
Ciara
Dostępne w wersji pełnej
Sam
Dostępne w wersji pełnej
Ciara
Dostępne w wersji pełnej
Sam
Dostępne w wersji pełnej
Ciara
Dostępne w wersji pełnej
Sam
Dostępne w wersji pełnej
Ciara
Dostępne w wersji pełnej
Sam
Dostępne w wersji pełnej
Ciara
Dostępne w wersji pełnej
Sam
Dostępne w wersji pełnej
Ciara
Dostępne w wersji pełnej
Sam
Dostępne w wersji pełnej
Ciara
Dostępne w wersji pełnej
Sam
Dostępne w wersji pełnej
Ciara
Dostępne w wersji pełnej
Sam
Dostępne w wersji pełnej
Ciara
Dostępne w wersji pełnej
Sam
Dostępne w wersji pełnej
Ciara
Dostępne w wersji pełnej
Sam
Dostępne w wersji pełnej
Ciara
Dostępne w wersji pełnej
Sam
Dostępne w wersji pełnej
Ciara
Dostępne w wersji pełnej
Sam
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
TYTUŁ ORYGINAŁU:
How to Write a Love Story
Redaktorka prowadząca: Marta Budnik
Wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska
Redakcja: Agata Ługowska
Korekta: Małgorzata Lach
Ilustracja na okładce: Mark Davis, Form Play
Kierownictwo artystyczne: Charlotte Stroomer – LBBG
Opracowanie graficzne okładki: Łukasz Werpachowski
Copyright © Catherine Walsh 2026
Copyright © 2026, Papierowe Serca an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Copyright © for the Polish translation by Ewelina Gałdecka, 2026
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-651-1
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Weronika Panecka
Okładka
Karta tytułowa: Catherine Walsh, Jak napisać historię miłosną
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Epilog
Podziękowania
O autorce
Karta redakcyjna
