In a Rush. Miłość na czas - Kate Canterbary - ebook
NOWOŚĆ

In a Rush. Miłość na czas ebook

Kate Canterbary

0,0

549 osób interesuje się tą książką

Opis

Zdradzona. Zraniona. Gotowa na zemstę.

Dla Emme Ahlborg wszystko kończy się w jednej chwili –kiedy odkrywa, że jej chłopak od miesięcy ją okłamywał. Zamiast rozpaczać, postanawia jednak odzyskać kontrolę nad swoim życiem. A najlepszym sposobem na to może być…fałszywe małżeństwo.

Ryan Ralston–gwiazda futbolu i jej dawny przyjaciel–składa jej szaloną propozycję: związek na pokaz, który jemu pomoże w interesach, a jej da szansę na słodką zemstę. Udawane małżeństwo, kilka wspólnych zdjęć, odrobina publicznej gry miały być planem idealnym...

Ale granica między pozorami a rzeczywistością zaczyna się zacierać. Ryan robi wszystko, by pokazać Emme, że jego uczucia nigdy nie były kłamstwem. Kiedy jednak na jaw wychodzą jego sekrety, dziewczyna staje przed najtrudniejszym wyborem: zaufać jeszcze raz… czy odejść, zanim znów zostanie zraniona.

Ta historia jest naprawdę SPICY. Sugerowany wiek: 18+

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 541

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla mięciutkich dziewczyn

Rozdział 1

Emme

Cel dzisiejszej lekcji:

Uczniowie poznają zasady efektownego wyjścia.

Już po pierwszej próbie zamachu na moje życie powinnam była się zorientować, że nie czeka mnie z nim żaden happy end.

Obśmiałam temat, podchodząc do tego jak do zwykłej niewinnej pomyłki, chociaż kurczowo przyciskałam do twarzy maskę z tlenem grubymi, spuchniętymi palcami, a język praktycznie nie mieścił mi się w jamie ustnej. Śmiałam się mniej więcej tak, jak śmiałaby się każda inna osoba, którą układ odpornościowy potraktował jak zakładnika. Cóż, nie raczył wspomnieć, że w składzie jego słynnej zupy kukurydzianej znalazła się hojna porcja krabiego mięsa. To mało istotny drobiazg, o ile od małego nie ma się megaalergii na owoce morza.

W każdym razie Teddy Lazarone był strażakiem. Wiedział, jak postąpić w razie obrzęku krtani i znał na tyle dobrze ratowników medycznych, którzy transportowali mnie do szpitala, że zajmowali się wspólnie porównywaniem statystyk jakichś tam meczów, podczas gdy ja z trudem łapałam oddech. Spędziłam noc na ostrym dyżurze wraz z lekarzami, którzy nie mogli się nadziwić intensywności reakcji alergicznej, jaką zafundował mi mój organizm, i ściągali z najdalszych zakamarków budynku szpitala studentów medycyny, aby ci na własne oczy mogli zobaczyć, że można się zakneblować własnym językiem.

Tyle że w ciągu roku zdarzyło się to jeszcze dwa razy, a teraz… Teraz, gdy stałam przed drzwiami jego mieszkania, dzierżąc w dłoni torbę z jedzeniem niezawierającym w składzie skorupiaków, i już miałam włożyć klucz do zamka, usłyszałam:

– Mocniej! Jeszcze mocniej!

Głos należał kobiety.

Było jasne jak słońce, że oprócz Teddy’ego za drzwiami był ktoś jeszcze. Nie były to odgłosy dochodzące z telewizora ani z filmu pornograficznego. Teddy był w swoim loftowym apartamencie typu studio z kobietą. I to taką, która domagała się intensywniejszych doznań.

Zawsze irytowało mnie to, że ustawił łóżko tuż obok wejścia, więc wszyscy goście momentalnie lądowali w jego sypialni. To chyba był błąd.

Boże, jeden z wielu.

– Kochanie, będzie tak mocno, jak tylko sobie życzysz! – wyartykułował, a cienkie ściany ani trochę nie tłumiły odgłosów uginających się sprężyn materaca i klapsów na gołą pupę. – Ale jutro nie będziesz mogła chodzić.

Policzki zaczęły mnie palić, jakby ktoś dał mi w twarz. Dokładnie te same słowa usłyszałam od niego nie dalej jak cztery wieczory temu. Mówił do mnie per kochanie, a ja byłam w siódmym niebie.

Czułam się wyjątkowa, wybrana i kochana. Miałam wrażenie, że to, co nas łączy, jest prawdziwe. I że pierścionek, który w zeszłym miesiącu znalazłam w jego szufladzie, jest przeznaczony dla mnie.

Ale nie byłam wyjątkowa. Nigdy i dla nikogo.

Zrobiło mi się gorąco. Wręcz kipiałam gniewem i czułam palący wstyd, a jednocześnie w moim wnętrzu ziała lodowata pustka. Na domiar złego, o ile w ogóle mogło nastąpić coś jeszcze gorszego, wrzynająca mi się w nadgarstek torba pękła, a chwiejna piramida złożona z okręconych folią opakowań z jedzeniem rozpadła się i wylądowała na podłodze. Smażony kurczak, makaron zapiekany z serem, fasolka w sosie pomidorowym i sałatka coleslaw – wszystko to znalazło się na moich zimowych butach.

Po dłuższym dyżurze w remizie Teddy lubił zjeść domowy posiłek. Chciałam zrobić mu niespodziankę, takie przyspieszone walentynki, które przypadały w weekend, a on akurat wtedy miał mieć służbę, więc nie moglibyśmy świętować razem. Własnoręcznie starłam ser do makaronu. Przez całe popołudnie powtarzałam sobie, że będzie zachwycony, i to tak bardzo, że może nawet w końcu mi się oświadczy…

Nawet i sobie ugotowałam rewelacyjny rosół. Poprzednio, kiedy przygotowałam dla niego cały posiłek, dał mi do zrozumienia, że moje zapotrzebowanie kaloryczne jest inne niż jego. Chciał, żebym zaczęła jadać trochę lżej. Śniadaniowe wypieki mojego autorstwa i kremowa zapiekanka z ziemniaków smakowały rewelacyjnie, ale tłuszcz i węglowodany jego zdaniem nie były mi potrzebne.

Słuchałam tych bzdur. Ba! Ja w nie wierzyłam!

Ależ byłam głupia!

Tempo uderzeń starej, zardzewiałej ramy łóżka o ścianę spadło. Teddy wymamrotał coś, czego nie byłam w stanie zrozumieć, a potem ona zadała pytanie:

– Słyszałeś to?

– Sąsiedzi. Nie przejmuj się tym. – Klepnął ją w pupę. Ten dźwięk rozpoznałabym wszędzie. Jeszcze pięć minut temu głęboko wierzyłam w jego zapewnienia, że dopóki nie zetknął się z moją pupą, nie miał ochoty zostawiać odcisku swojej dłoni na niczym. – Bądź cicho i pozwól mi skończyć.

Taaaaak. To także brzmiało znajomo.

Wybuchłam gorzkim, gardłowym śmiechem. Wpatrywałam się w fasolkę i makaron na butach i w kurczaka przemieszanego z sałatką – i nie mogłam przestać się śmiać.

Z mieszkania dobiegło mnie więcej dźwięków, a potem odgłos ciężkich kroków. Drzwi się otwarły, ukazując Teddy’ego trzymającego ręcznik w pasie. Najpierw w złości obnażył zęby, a potem ryknął:

– Co jest, do kurwy nędzy?! – Potem zamrugał, ale na mój widok opadła mu szczęka. Zerknął na bok, w kierunku łóżka, a następnie spokojniejszym głosem dodał: – O! Hej! Co słychać?

Śmiech zamarł mi na ustach i potrząsnęłam głową. Oczy mnie piekły, ale nie mogłam pozwolić sobie na łzy. Nie dziś. Nie tutaj. I nie teraz, kiedy na mnie patrzył.

No i nie byliśmy sami.

Zza framugi wychyliła się ładna buzia. Ciemne, potargane w czasie pieszczot włosy spływały na ramiona, a ich właścicielka starała się naciągnąć brzeg T-shirtu Teddy’ego na uda.

– Wszystko w porządku? – spytała.

Rzuciłam Teddy’emu najbardziej lodowate i wrogie spojrzenie, na jakie było mnie stać. W ten sposób odcinałam wszystkie emocjonalne więzy, jakie mnie z nim łączyły.

– W porządeczku – powiedziałam, przeciągając samogłoski. W jego oczach dostrzegłam panikę. – Ale na twoim miejscu nie liczyłabym na wyjaśnienia Teddy’ego. Najwyraźniej ma problem z zapamiętywaniem ważnych informacji.

Machając stopami, zrzuciłam z butów kurczaka i fasolkę, po czym zeszłam po schodach jak gdyby nigdy nic.

Byłam dobra w odgrywaniu roli osoby, która udaje, że nic jej nie wzrusza.

Rozdział 2

Emme

Cel dzisiejszej lekcji:

Uczniowie nauczą się wybierać mniejsze zło.

Moja najlepsza przyjaciółka krążyła tam i z powrotem.

– Zabiję go.

– Chyba, że to ja go wcześniej zabiję – wymamrotał Ben, jej narzeczony.

Przełożyłam kubek z gorącym napojem do drugiej ręki i zapatrzyłam się w pianki marshmallow unoszące się na powierzchni. Kakao i likier kahlúa, zimowe lekarstwo Grace na wszystkie bolączki tego świata.

W lecie to zadanie spełniała wódka z wiśniami i sokiem ananasowym. Przyjaźniłyśmy się ponad dziesięć lat i te lekarstwa nigdy nas nie zawiodły. Nawet w najgorszych sytuacjach zawsze pomagały złagodzić zły nastrój na tyle, że byłyśmy w stanie przetrwać.

Ale złośliwy głos z tyłu głowy stwierdził, że taka ilość cukru wcale nie wyjdzie mi na dobre.

Nigdy nie przejmowałam się opinią innych na temat mojego ciała, a przynajmniej nie nadmiernie. Byłam niska i przy kości. Może nie rozmiar plus, ale z pewnością pulchna. W niektórych ubraniach krągła. Pełne biodra i duży biust dodawały mi pewności siebie. Moja figura różniła się nieco od sylwetek innych dziewcząt, a ja przekonałam samą siebie, że jestem wyjątkowa.

Miałam świetny biust i doskonale o tym wiedziałam. Uwielbiałam nosić swetry z dekoltem karo i sukienki kopertowe. Lubiłam swój niski wzrost i pulchność, podobało mi się, że przypominam renesansowego cherubinka.

Jednak w ostatnim roku zaczęłam akceptować bezsensowne uwagi Teddy’ego i ukrywać swoje ciało pod rozpinanymi bluzkami oversize i luźnymi dżinsami. Pozwalałam, żeby dźgał mnie palcem w brzuch, mówiąc: „Kochanie, trzeba coś zrobić z tą oponką”.

Odebrał mi praktycznie całą pewność siebie.

Jęknęłam. Nie byłam przekonana, że tym razem sobie poradzę. Nawet nie byłam w stanie dać sobie przyzwolenia na to, żeby podnieść kubek do ust.

Nie mogłam sobie przypomnieć jak tu przyjechałam. Prawie nie pamiętałam niczego, co się zdarzyło od momentu, gdy odeszłam od Teddy’ego. W głowie natrętnie kołatało mi się tylko jedno wspomnienie: jednoznaczne odgłosy dobiegające zza ściany. Każdy jęk i każdy dźwięk były jak gwóźdź do mojej trumny.

I jeszcze jej twarz. Nie mogłam wymazać jej z pamięci.

Założę się, że ją okłamał na temat mojej osoby, pewnie powiedział, że jestem szurniętą eks. A może po prostu nie rozumiem aluzji? Nie zawracał sobie głowy wyznawaniem jej prawdy, tak jak miał gdzieś moje zdrowie, gdy dorzucał owoce morza do wszystkiego, co dla mnie przygotowywał.

Ale to nie była przygoda na jedną noc. To nie był wypadek. Przez cały czas trzymał w szufladzie pierścionek… Jak długo to mogło trwać?

– Wiedziałeś o tym? – Grace zwróciła się do Bena. – Bo jeśli wiedziałeś, to zabiję też ciebie.

Stanął jej na drodze i położył ręce na ramionach.

– Wiem, że to nie jest poważne pytanie, ale chcę usłyszeć od ciebie, że sama wiesz, że to pytanie jest niepoważne.

Ich spojrzenia się spotkały, a Grace prowokacyjnie uniosła podbródek. Robiła to zawsze, gdy ktoś się od niej czegoś domagał.

– I nigdy nic takiego nie obiło ci się o uszy? Plotki w remizie? Męskie pogaduszki w szatni, które wy, faceci, tak uwielbiacie?

Ben poruszył palcami na jej ramionach.

– Powiedziałbym ci o tym, Grace, i, do cholery, ty dobrze o tym wiesz.

Przeniosłam uwagę z powrotem na kubek i poczułam, jak rozgrzewają mi się palce, a dno wrzyna mi się w dłoń. Ci dwoje tak dobrze się znali, trudno mi było na to patrzeć.

Dawno temu, gdy jeszcze miałam złudzenia, wyobrażałam sobie naszą czwórkę razem, już na zawsze. Za kilka miesięcy, w lecie, Grace miała poślubić Bena, a potem prędzej czy później byłby nasz ślub, mój i Teddy’ego. Organizowalibyśmy sobie wspólne wypady we czwórkę i na zmianę urządzali przyjęcia albo obchodzili święta raz u jednych, raz u drugich. Zamieszkalibyśmy w sąsiedztwie pod miastem, a potem Grace i ja w tym samym czasie zaszłybyśmy w ciążę. Nasze dzieci by się zaprzyjaźniły, a mężowie sprzeczali na sportowe tematy i wszystko byłoby dobrze. Wszystko byłoby w porządku między nami.

Przestałam przysłuchiwać się ich rozmowie i pogrążyłam się w mentalnej otchłani, gdzie nie było niczego poza kubkiem, gorącym kakao i piankami marshmallow. Byłam sama. Sama w ciemnej nicości. I pewnie tam zostanę, bo lada moment Grace przypomni sobie o tym, że…

– Musisz znaleźć sobie nowego drużbę.

No i proszę. Moje naiwne nadzieje dotyczące tego, co miało być na wieki, komplikują jej wielki dzień.

– Wiem, że to twój najlepszy przyjaciel, ale… – Przeczesała palcami swoje ciemne, długie włosy. – Nie może być na weselu.

Ben opuścił ręce na biodra.

– Grace.

Problem z pogrążaniem się we własnych myślach polegał na tym, że często mi się to przytrafiało w towarzystwie innych osób. Byłam obecna tu i teraz, działo się coś, w czym brałam udział, a jednocześnie się wyłączałam. Tak jak teraz – Ben w osłupieniu wpatrywał się w Grace, a mnie to nie ruszało. Już nie. Tak było od momentu, gdy do nich dotarłam w pobrudzonych serem butach, a potem, gdy czkając, opowiedziałam całą historię o ładnej dziewczynie z włosami potarganymi podczas łóżkowych ekscesów.

Czy to ona miała dostać ten pierścionek? Najpewniej tak.

Chyba że były jeszcze inne kobiety…

Skoro była jedna, to równie dobrze mogło być ich więcej…

Jeśli dalej będę się nad tym zastanawiać, to nigdy nie przestanę.

Grace przyjęła dokładnie tę samą pozycję co Ben.

– Nie ma takiej możliwości, żebym zmusiła moją druhnę do przejścia pod ołtarz z gościem, który ją zdradził.

– No to nie pójdą razem. Mamy dużo czasu, żeby opracować całą logistykę. Nie musimy podejmować decyzji dzisiaj.

Grace wróciła do dreptania tam i z powrotem i po chwili sarknęła:

– W ogóle nie ma konieczności, żebyśmy się pobierali.

– Słucham? Zechciałabyś to jeszcze ze mną skonsultować, kochanie?

Gdy po raz kolejny Ben wszedł jej w drogę, ponownie skupiłam całą uwagę na kakao. Pianki podgrzały się i straciły kształt, co zauważałam w jakiś dziwny i pokręcony sposób. Wiedziałam, że coś się ze mną dzieje, najprawdopodobniej coś, co sama wywołałam, bo byłam jedynym wspólnym mianownikiem w całej tej szopce.

Grace coś mówiła, ale jej nie słuchałam. Ben wzdychał, jakby dostał cios w brzuch. Nie czułam żadnej potrzeby dowiedzenia się, co takiego powiedziała. Zapewne były to jakieś absurdy, coś dramatycznego, pewnie postawiła ultimatum, jedno czy dwa. Mocno inspirowała się postaciami złych królowych z bajek.

Grace stylizowała się na czarny charakter i chociaż taki wizerunek do niej pasował, to wcale nie była taka z natury. Moja przyjaciółka wiedziała, kim jest, i nie zawracała sobie głowy tym, czy ktoś miał z tym problem, czy nie.

Ja nie byłam taka jednoznaczna.

Znałam Grace (od dawna i na wylot) i wiedziałam, że jest gotowa puścić całą imprezę weselną z dymem, jeśli jej nie powstrzymam. Właśnie tak by postąpiła, i to bez skrupułów, choć to nikomu by nie pomogło, a ja i tak dalej bym się pogrążała w smutku, dochodząc do stanu, w którym sama bym się nie poznawała. Załamywałabym się tak długo, aż wszystkie rany pokryłyby się grubymi bliznami.

Dlatego nie ma mowy, żebym pozwoliła jej odwołać ślub!

Dam radę. Udźwignę to. Znajdę jakiś sposób, żeby sobie poradzić z Teddym przez najbliższe miesiące. Uśmiechnę się i zrobię to dla Grace…

O, nie! Nie!

Nagle uświadomiłam sobie, że zasadniczo się mylę. To nie ja powinnam kryć się w cieniu z moimi bliznami. To nie ja mam chodzić z rozmazanym tuszem do rzęs i złamanym sercem. On zrobił to, co zrobił, i to on powinien odczuwać dyskomfort. Niech się teraz przekona, że nie zamierzam poświęcać ani minuty więcej na żałobę po nim. Po nas. Po naszym związku. Niech zda sobie sprawę z tego, co miał, a co odrzucił. To on powinien cierpieć.

– Grace, nie ma sprawy – powiedziałam sucho, dzieląc całą wypowiedź na pojedyncze wyrazy. – Kutas z niego, to fakt, ale nie ma sensu z tego powodu odwoływać wesela. Jestem zbyt zmęczona, żeby się z tobą o to kłócić, więc musisz przyznać mi rację, zanim Ben dostanie zawału.

Moja przyjaciółka skrzyżowała ręce na piersi, patrząc na mnie. Po chwili odwróciła się do swojego narzeczonego.

– Dlaczego przyjaźnisz się z takim kutafonem? – zapytała.

Ben uniósł brwi, a w jego oczach dostrzegłam nadzieję na miękkie lądowanie. Wzruszył ramionami.

– Nie wiem. Kilka razy ocalił mi życie, ale to oczywiście nie ma znaczenia w tej sytuacji.

– Absolutnie nie ma – powtórzyła Grace.

– Dobrze, dobrze – wymruczał, masując się po karku. – Cieszę się, że mamy jasną sytuację.

Przez moment mu się przypatrywała, w milczeniu rozważając dostępne możliwości. Wiedziałam, że nie chciałaby odwoływać wesela. Ukradkiem ciągle oglądała zdjęcia zrobione w dniu, gdy znalazła sukienkę ślubną. Nasza przyjaciółka Shay zaproponowała organizację wesela na jej rodzinnej farmie tulipanowej, a Grace z trudem powstrzymywała się, żeby nie opowiadać wszystkim o tym, co ją urzekło w tamtym miejscu. No i mocno kochała Bena, nawet jeśli tego nie okazywała.

– To co zamierzasz zrobić w tej sprawie? – zapytała go.

– Miałem do niego zadzwonić i mu nawymyślać, ale jeśli wolisz, mogę mu powiedzieć, że od teraz nie ma co liczyć na moje wsparcie podczas pożarów. – Ben wzruszył ramionami i wyciągnął ręce. – Mnie pasuje jedno i drugie.

Ach, ci dwoje! Gdybym była w stanie się śmiać, to bym to zrobiła. Muszą się pobrać. Muszą mieć swoją wielką imprezę i swój specjalny dzień.

A ja muszę wymyślić, jak robić dobrą minę do złej gry, kiedy kawałek po kawałku będę miękła, rozpuszczała się, aż zniknę, całkiem jak te słodkie pianki.

Rozdział 3

Emme

Cel dzisiejszej lekcji:

Uczniowie nauczą się wspominać stare, dobre czasy (nago i wysmarowani olejkiem).

Tupałam na wycieraczce, a z moich butów odrywały się mokre grudki śniegu. Spod szkoły odjeżdżał właśnie ostatni autobus szkolny. Dyżur na parkingu był znacznie lepszy niż nadzorowanie ruchu samochodów podwożących uczniów do szkoły. Nawet jeśli niektóre busy się spóźniały, to nie trzeba było walczyć z zacinającymi się drzwiami przesuwnymi w minivanie ani kierować ruchem na środku ulicy, żeby kolejka aut zaczęła się posuwać.

Mimo to dni dyżurowania na tym parkingu, kiedy lodowaty i wilgotny zimowy wiatr przenikał przez płaszcz aż do kości, nie należały do najłatwiejszych.

Chociaż może teraz byłam nadmiernie na wszystko wyczulona. W ostatnim czasie każdy chłodny dzień, każdy korek samochodowy, każde skaleczenie papierem, każda drobna niedogodność sprawiały, że trudno mi było oddychać. Ciężko było mi też pohamować chęć naciągnięcia koca na głowę, skrycia się pod nim przed całym światem i zaczekania na lepsze czasy.

Mimo że palce prawie mi odmarzały, wyjęłam telefon i napisałam krótką wiadomość z życzeniami urodzinowymi do mojego przyjaciela z domu. To znaczy ze szkoły średniej, którą traktowałam jak dom. Miałam dużo domów. Zadanie mi pytania, skąd pochodzę i gdzie jest mój dom, było ryzykowne.

Wróciłam do sali lekcyjnej, ale od razu skierowałam się do przyległego pomieszczenia, prowadzącego do pierwszej klasy, w której uczyła Jamie Rouselle. U niej zawsze było ciepło, a i przekąski były z najwyższej półki. Jeszcze jeden bonus: przy niej nie musiałam udawać, że sprawnie funkcjonuję.

Czułam się jako tako, bo nie było innego wyjścia. Dlaczego?

Bo krzywo patrzono by na osobę, która chodziła niedomyta, stroniła od wszystkich, garściami jadła suche płatki śniadaniowe i oglądała komedie romantyczne, a po szczęśliwym zakończeniu ni krzyczała, ni łkała: „Kłamstwa!”.

Dlaczego? Ponieważ miałam pracę, w której wymagano ode mnie, abym przez siedem godzin dziennie zabawiała dwudziestu sześciu drugoklasistów.

Ponieważ porywcza Grace zawsze mogła wcielić w życie pomysł odwołania ślubu, nie było istotne, że tkwiłam w samym środku emocjonalnego bagna. Nie miałam zamiaru ani na to pozwolić, ani wyrzucić w błoto pieniędzy, które wydałam na suknię druhny.

Tak więc czułam się jako tako. W porządku. Byłam w stanie funkcjonować. Ale tylko wtedy, gdy było to konieczne.

Ujrzałam Jamie. Przyciskała właśnie puszkę dietetycznej coli do czoła.

– Ile jeszcze zostało do ferii w kwietniu? – zapytała z zamkniętymi oczami.

– Piętnaście dni roboczych. – Opadłam na siedzenie naprzeciwko niej przy stoliku do czytania w niewielkich grupach i sięgnęłam do torby z popcornem, która tam stała. – Zakładając, że uda nam się przetrwać tak długo.

Jamie z westchnieniem otworzyła puszkę z napojem.

– Uda się.

– Mów za siebie – powiedziałam, wrzucając garść popcornu do ust. Miałam maniery. – Twoi uczniowie nie próbują codziennie przeprowadzić zamachu stanu.

– Ja z nimi wytrzymałam, to i tobie się uda – odrzekła.

W ubiegłym roku, gdy moi drugoklasiści byli w pierwszej klasie, ona była ich wychowawczynią. Rozrabiaki. W naszej szkole było za mało nauczycieli wspomagających, którzy wspieraliby proces nauczania i potrzeby rozwojowe uczniów, a ten, którego przydzielono w mojej klasie, musiał pomagać także w innej. Szkoła przez cały rok próbowała zwiększyć liczebność kadry, ale był już koniec marca i musiałam pogodzić się z sytuacją.

Jamie wskazała brodą w kierunku korytarza, nie przerywając konsumpcji popcornu.

– Grace już wyszła?

Udało mi się powstrzymać rozwój hipotermii i wreszcie mogłam zdjąć płaszcz.

– Ma spotkanie z fotografem przed lekcjami.

– Słuchaj… – zaczęła Jamie i skrzywiła się, patrząc na puszkę. – Chciałabym ją wesprzeć w tej dodatkowej pracy, ale martwię się, że coś by się między nami zmieniło.

– Wiesz, jak się robi depilację bikini woskiem? Ja tak, bo z nią mieszkałam i mi opowiadała. – Potrząsnęłam głową. – Nie rób tego. I nie dlatego, że wtedy trzeba rozewrzeć pośladki, żeby kosmetyczka mogła dotrzeć do najbardziej intymnych części ciała.

– Hm, mam pewne doświadczenie, jeśli chodzi o dziwne pozycje i dziwnych ludzi.

Zdusiłam śmiech.

– Nie musisz decydować się na depilację woskiem. Wsparcie moralne wystarczy.

Przez cały okres nauki w college’u Grace dorabiała sobie jako kosmetyczka. Nadal po lekcjach i w czasie wakacji zdarzało jej się świadczyć te usługi, a w ostatnich miesiącach robiła to nawet częściej, najwyraźniej wesele oznaczało zwiększone wydatki. Z tego, co słyszałam, była w tym dobra i zawsze miała klientki, chociaż nie wiem, czy chciałabym się poddać depilacji akurat u niej. Zbyt dobrze znałam jej złą stronę.

Mój leżący na stoliku telefon zawibrował kilka razy. Rzuciłam okiem na ekran, nie przerywając pochłaniania popcornu.

WILDCAT: Dzięki.

WILDCAT: Fajnie, że się odezwałaś.

WILDCAT: Myślałem o tobie wczoraj cały dzień.

WILDCAT: Czy byłaby jakaś szansa na wspólną kolację w niedługim czasie?

WILDCAT: Będę w ten weekend.

– Jeśli znowu kontaktuje się z tobą ten Teddy, to chyba przemówię mu do rozsądku. – Jamie pochyliła się, żeby spojrzeć na ekran. – Emmeline, skarbie, moje serce, moja miłości, kim, u licha, jest Wildcat?

– To znajomy z liceum – odpowiedziałam ze śmiechem. – Dziś ma urodziny.

– I naprawdę nazywa się Wildcat? – Jamie splotła palce pod brodą. – Jak to możliwe, że nigdy o nim nie słyszałam?

Śmiałam się dalej. To było dziwne uczucie. Jakbym zardzewiała. Jakby moje mięśnie musiały nauczyć się właściwego ruchu. Wygląda na to, że ostatnimi czasy miałam mało powodów do śmiechu.

– Grał w futbol na Uniwersytecie Stanu Arizona, a maskotką tamtejszej drużyny jest żbik. Miałam wątpliwości co do wyboru uczelni przez niego, więc taką mu dałam ksywkę i tak zapisałam sobie jego numer w kontaktach w telefonie. Naprawdę nazywa się Ryan.

– Będę szczera. Liczyłam na ciekawszą historyjkę. Na przykład o dorastaniu w jakiejś dziczy, gdzie panował kult przetrwania. Albo coś o zmianie kształtów. To byłoby bardzo zabawne. – Jamie upiła łyk coli, mrucząc z zadowoleniem. – Opowiedz mi o tym Ryanie.

– Futbolista. Rozgrywający w drużynie Bostonu czy bodajże Nowej Anglii – rzuciłam, szczerząc się do telefonu.

– I wysyłasz gościowi, którego znasz z liceum i który jest zawodowym sportowcem, życzenia urodzinowe SMS-em?

Oparłam stopy o niewielkie krzesło obok mnie. Byłam wyczerpana. Do tego miałam na sobie zapinane na guziki spodnie, a gumka cisnęła mnie w pasie, bo miałam wzdęcia. Bolesne. Powinnam była pamiętać, że pierwsza połowa cyklu za mną i czas przejść na miękkie, wygodne, nieopinające ubrania.

– Tak.

– No dobra, muszę zapytać… Dlaczego nic mi o tym nie wiadomo?

Wskazałam telefon.

– Nie miałam z nim kontaktu przez ostatnie kilka miesięcy aż do dziś. Zwykle wysyłamy sobie życzenia urodzinowe i czasem jakieś wiadomości na lokalne tematy. On jest bardzo zajęty. Nie widuję go częściej niż raz do roku.

– Ale myślał o tobie.

To mogło oznaczać wszystko i nic. Może usłyszał jakąś piosenkę, której w kółko razem słuchaliśmy na jednej parze słuchawek, albo obił mu się o uszy jakiś cytat z filmu, który powtarzaliśmy wielokrotnie. Może zauważył mandarynki w sklepie spożywczym, o ile w ogóle jeszcze sam robił sobie zakupy, bo pewnie miał od tego odpowiednich ludzi. A najprawdopodobniej mógł przypadkiem natknąć się na mojego obecnego ojczyma lub któregoś z moich byłych ojczymów.

Przeczytałam wiadomości od niego jeszcze raz. Znałam Ryana. To zupełnie nic nie znaczyło.

– To przyjaciel czy chłopak z liceum? – drążyła.

– Przyjaciel – doprecyzowałam. – Zawsze byliśmy przyjaciółmi.

Przyjaźń zawsze wydawała mi się krucha i ulotna. W dzieciństwie wiele razy się przeprowadzałam, w efekcie nie zbudowałam zbyt wielu trwałych więzi. Gdy tylko się gdzieś osiedliłam i nawiązałam jakieś znajomości, następowała zmiana i przeprowadzka. Przez długi czas przyjaźniłam się tylko z Ryanem. Grace poznałam dopiero w college’u, a z czasem pojawiły się Jamie i inne nauczycielki, z którymi się zaprzyjaźniłam.

Jamie spojrzała na mnie oceniająco.

– Spotkasz się z nim?

– Tak – odpowiedziałam automatycznie. Tak naprawdę miałam ochotę powylegiwać się w łóżku przez cały weekend, ale dla Ryana zawsze znajdę czas. Założenie prawdziwych ubrań i zachowywanie się jak człowiek przez jeden wieczór to nie wyczyn na miarę zdobycia Mount Everestu. – W końcu jego grafik nawet poza sezonem pęka w szwach.

– W takim wypadku jestem zmuszona go prześwietlić. – Sięgnęła po telefon. – Dla twojego i mojego dobrego samopoczucia nie wolno ci zadawać się z nikim, kto nie został wstępnie zaakceptowany. To jest element mojego naukowego planu rekonwalescencji po zerwaniu, więc nie podlega dyskusji. Jak ma na nazwisko ten twój żbik?

– Ralston – odpowiedziałam i sięgnęłam po popcorn.

– Ryan… Ralston? Skądś znam to nazwisko. – Zmarszczyła czoło, wpisując te dwa słowa w wyszukiwarkę. – Nie, nie, nie! To nie może być… No, nie! To niemożliwe, żebyś ot tak sobie chodziła do szkoły razem z jedną z największych gwiazd zawodowego futbolu, Emme! – Pokazała mi nagłówek artykułu na temat przedłużenia kontraktu z Ryanem, dzięki czemu stał się najlepiej opłacanym graczem w NFL.

Kiwnęłam głową.

– Tak, dobrze sobie ułożył życie.

– Zawsze fascynuje mnie pani życie, panno Ahlborg – Jamie sapnęła z niedowierzaniem i odwróciła ekran telefonu w moją stronę. – Jest jeszcze to.

Powiększyła zdjęcie Ryana, na którym był zupełnie nagi, a przyrodzenie zasłaniał, trzymając w tym miejscu piłkę. Zdjęcie pochodziło z artykułu w jednym z magazynów sportowych i wszyscy opisywani zawodnicy zostali przedstawieni nago, ale ze smakiem. Kiedy tekst się ukazał, Ryan napisał do mnie wiadomość, podał link i zapytał, ile hejtu wyleją na niego byli uczniowie naszej szkoły. Zgodziliśmy się ze sobą, że sporo.

Wprawdzie był uwielbiany w swojej rodzinnej miejscowości, ale jej mieszkańcy w gruncie rzeczy potrafili być wredni.

– Ktoś został zatrudniony do tego, żeby przed sesją wysmarować jego ciało olejem – stwierdziła Jamie. – Przychodzisz któregoś dnia do pracy, dają ci do ręki naczynie z olejem najwyższej jakości i dostajesz polecenie, żeby natrzeć ciało takiego napakowanego sportowca. I jeszcze ci za to płacą! – Potrząsnęła głową. – Powinnam zmienić pracę.

– Kochanie, wylaliby cię od razu, gdybyś klęknęła przed nim i powiedziała: „Jestem cała twoja”.

Znów pokazała mi ekran.

– Chyba nic dziwnego, co?

Przyłożyłam rękę do czoła, wpatrując się w ciemne wzory tatuaży na błyszczących od oleju ramionach, przedramionach i klatce piersiowej. Do tego niewiarygodny sześciopak i wcięcia na biodrach widoczne tuż nad piłką do futbolu amerykańskiego.

– Za powiększenie dziękuję.

– A ja wprost przeciwnie. – Zaczęła przechylać głowę to na jedną, to na drugą stronę, jakby była w stanie podejrzeć, co kryło się za piłką. – Emme, on jest piękny. Niczym statua. Michał Anioł by czegoś takiego nie wymyślił. Mój Boże, i jeszcze te włosy!

Zgadzałam się ze wszystkim, co powiedziała, a w szczególności z ostatnią obserwacją. To była czysta niesprawiedliwość, że swoje kasztanowe włosy Ryan musiał trzymać tyle czasu pod kaskiem, bo były wprost wspaniałe. Gęste, z połyskiem i z naturalnymi jasnymi pasmami, które mogły stanowić niedościgniony wzór dla każdego fryzjera. W dodatku zawsze układające się bez zarzutu, i to niezależnie od tego, ile razy przeczesał je palcami.

Zawsze żartowałam, że stosuje jakiś tajny zabieg pielęgnacyjny na włosy, aczkolwiek irytująca prawda była taka, że nie było mu to potrzebne. Mógł umyć włosy mydłem w kostce, pozostawić do wyschnięcia, a one wyglądały tak, że śmiało mógł­by reklamować szampony do włosów. Ostatnio zawarł umowę promocyjną na sporą kwotę z pewną firmą produkującą ekskluzywne kosmetyki do pielęgnacji włosów.

– Pewnie nie wyglądał tak w szkole średniej – westchnęła Jamie. – W przyrodzie musi panować równowaga. Przysięgnij, że był wysoki jak tyczka i niezgrabny.

Otworzyłam aplikację ze zdjęciami i zaczęłam skrolować galerię, cofając się o wiele lat.

– To – powiedziałam – trzecia klasa liceum. Nie przyjmuję krytyki dotyczącej pasemek ani ilości bronzera na twarzy w wersji barwy wojenne. Byłam jeszcze dzieciakiem.

Wręczyłam jej telefon, a ona podniosła palce jednej ręki do ust, a drugą delikatnie naciskała ekran, przesuwając fotki.

– Cóż, przyroda chyba dba o równowagę w innym miejscu, bo jemu niczego nie odebrała. – Urwała, żeby wyartykułować wszystkie ochy i achy, a potem uszczypnęła mnie w policzek. – Ojej, ale był z ciebie słodziak! I ta mała buźka!

Machnęłam ręką w reakcji na jej słowa.

– Przestań, mamo! Zawstydzasz mnie!

Jamie się roześmiała.

– A teraz powiedz, czemu trzymasz dwie pomarańcze przed oczami.

– Pewnie dlatego, że moja kora czołowa jeszcze się w pełni nie rozwinęła i robiłam idiotyczne rzeczy, jak każdy na tym etapie życia. – Wzruszyłam ramionami. – Nie wiem. Przepadałam za mandarynkami, w szkolnej szafce trzymałam ich całą torbę, kilka pakowałam po kieszeniach i przez cały dzień je zajadałam. Stale miałam pomarańczowe paznokcie od obierania skórki.

Jamie mamrotała coś pod nosem.

– Ja też pewnie robiłam takie głupotki w szkole średniej, ale nie przychodzi mi do głowy nic innego poza przeprowadzaniem seansów spirytystycznych w łazience. Chociaż to żadna ekstrawagancja. – Wskazała na ekran i zdjęcie zrobione na linii bocznej po meczu.

Na tej fotce Ryan trzymał pod jedną pachą kask, a pod drugą mnie. Minę, jak zawsze, miał poważną.

– Chyba byliście ze sobą blisko? Popatrz na jego rękę i na to, jak cię obejmuje. Opiera dłoń na twojej klatce piersiowej, jakby chciał cię obmacać! Cóż za zaborczość!

Ale to nie było tak. Byliśmy przyjaciółmi, najlepszymi przyjaciółmi. Dzieliliśmy się wszystkim, nawet kanapkami. Nie mieliśmy przed sobą tajemnic. Nasi znajomi żartowali, że kiedy jesteśmy razem, porozumiewamy się ze sobą w jakimś innym języku. Po latach nadal uważałam, że tak było w porządku. Rozmawialiśmy językiem, który służył do komunikacji w miejscu, gdzie wszystko było popieprzone na maksa i trzeba było jakoś przetrwać, dlatego tak do siebie pasowaliśmy.

Ale nasza relacja wolna była od namiętności i romansu.

W szkole każde z nas umawiało się z innymi i nigdy, przez cały ten czas, nawet przez chwilę, żadne z nas nie liczyło na nic więcej. Gdybym miała wybierać, myślę, że zostałabym przy tym, co nas łączyło. Oprócz niego nie miałam nikogo i nie chciałam go stracić. Nie mogłam ryzykować.

– I nie zapominajmy o tym, że jest bardzo spocony – ciągnęła Jamie. – A tobie najwyraźniej wcale to nie przeszkadza. Zero problemu. Zupełnie jakbyś pozwalała mu na to, żeby cię oznaczył swoim zapachem. To bardzo pierwotne.

– Wcale nie – odparłam. – Skąd ta teoria?

– Po prostu mówię ci, co czytam z tej fotki, kochanie.

– Naprawdę jesteśmy tylko przyjaciółmi. Między nami nic nie było. Na pewno dokopiesz się do mnóstwa jego zdjęć na czerwonych dywanach z supermodelkami i gwiazdami pop w dużo bardziej poufałych pozach. Odkąd trafił do NFL, jest jak puchar przechodni.

– Ależ zamieniam się w słuch. – Oddała mi telefon i wzięła do ręki swój. – Chętnie pobawiłabym się w odczytywanie mowy ciała, ale założę się, że nie ma żadnego zdjęcia, na którym jakaś top modelka pada mu w objęcia akurat wtedy, kiedy leje się z niego pot. W przeciwieństwie do niektórych osób.

Skupiłam się na dłubaniu przy paznokciach. Niepotrzebnie pokazałam Jamie to zdjęcie. Trudno było wyjaśnić, jak było ze mną i Ryanem. Zawsze byliśmy… blisko. Żeby to zrozumieć, trzeba było to przeżyć.

– Jestem pewna, że musi być jakieś zdjęcie zrobione po meczu barażowym, na boisku.

– Hm… nie. Niczego takiego nie widzę. Tylko ten twój chłoptaś, czyściutki i świeżutki, z jakimiś blond klonami. A może porozmawiajmy o tej kwaśnej minie? Czy on się nigdy nie uśmiecha? To jedyne mięśnie, których nie posiada?

Wzruszyłam ramionami.

– Jest specyficzny.

Jamie oderwała wzrok od ekranu, żeby mnie zlustrować przez sekundę.

– Wy to chyba jesteście jak dwie krople wody. Mętnej.

– Nie, wcale nie.

Ale to była prawda. Każde z nas miało swoje humory. Czy byliśmy poważni bez specjalnego powodu? Tak. Zupełnie nieporuszeni światem wokół nas i ludźmi? Zawsze.

– Czym się interesowała Emme w szkole średniej? Byłaś wywrotowcem i miałaś konto na Tumblr? A może wpadłaś w otchłań społeczności fanów Gwiezdnych wojen? Założę się, że pisałaś doskonałe fanfiki na temat Reylo, z momentami… A może byłaś fanką Paramore, która za żadne skarby świata nie zrezygnowałaby z malowania oczu w stylu ich wokalistki?

Westchnęłam.

– Byłam fanką musicalu Les Misérables.

– O, cholera.

Kiwnęłam głową.

– Mój pseudonim literacki to Eponine1817.

– Acha, no tak. Wszystko się zgadza.

– Tak poznałam Grace – powiedziałam. – Podczas spotkania wprowadzającego dla studentów pierwszego roku obie miałyśmy na sobie T-shirt z napisem „Obóz teatralny Anne Hathaway”. Wypatrzyłyśmy się na dwóch końcach sali klubu studenckiego. Miłość od pierwszego wejrzenia.

Jamie zmarszczyła czoło.

– Sądziłam, że dzieliłyście pokój w akademiku.

– Tak, po tym, jak przekonałyśmy nasze pierwotne współlokatorki do zmiany. – Po chwili dodałam: – Na pierwszym roku słuchałyśmy muzyki z musicalu do oporu. Na naszym piętrze mieli nas już dość. A do tego zrobiłam drugi fakultet z francuskiego.

Jamie wzięła kolejny łyk coli.

– Ale ty nie byłaś zasępiona.

– Zasępiona? Nie. Nigdy.

Dała mi do zrozumienia, że nie zamierza mnie przekonywać, żebym przestała zmyślać, a potem uderzyła dłonią w stół.

– Czekaj, czekaj! Już wiem, dlaczego jego nazwisko wydało mi się tak znajome!

Kiedy tym razem odwróciła ekran telefonu w moją stronę, zobaczyłam zdjęcie Ryana na linii boiska w czasie meczu NFL. Twarz miał mocno spoconą, a szczęki zaciśnięte. W jego oczach dostrzegłam bezwzględne skupienie, które było dla niego charakterystyczne i tak dobrze mi znane.

Ale Jamie nie o to chodziło. Powiększyła obraz i wskazała palcem zauważalne wybrzuszenie w spodniach futbolisty.

– Pamiętam, jak w zeszłym roku cały internet aż huczał na ten temat.

Wyrwałam jej telefon z ręki i położyłam go ekranem w stronę blatu.

– Wydaje mi się, że to nie jest to, co ci się wydaje. W tym miejscu nosi się różnego rodzaju ochraniacze i zabezpieczenia. To nie takie proste. Pomyśl tylko, przecież gracze wpadają na siebie, więc muszą się należycie zabezpieczać tu i ówdzie.

– To jak mapa topograficzna.

Sięgnęła po telefon, ale byłam szybsza i przytrzymałam go tuż przy klatce piersiowej. Nie miałam ochoty już niczego więcej oglądać.

Chociaż wspierałam Ryana i byłam świadkiem jego zwycięstw na boisku w liceum, to nie lubiłam już futbolu. Pragnęłam wyłącznie tego, co najlepsze dla mojego starego przyjaciela, ale robiłam wszystko, co w mojej mocy, aby w Bostonie unikać dyskusji na sportowe tematy. Niemniej jednak dużo wiedziałam o tym sporcie, graczach, pozycjach i zasadach. O sprzęcie też. Jamie prawdopodobnie niewiele się pomyliła w swojej ocenie topografii tamtych rejonów Ryana, aczkolwiek nie miałam zamiaru jej tego mówić. Przy tematach tego typu potrzebowałyśmy jednak jakichś choćby śladowych granic.

– Kochanie, rozumiem – stwierdziłam. – Po prostu mówię, że nie mam zamiaru bawić się w zgadywankę w kwestii zawartości spodni Ryana.

Jamie przełknęła resztę coli i zmrużyła oczy. W końcu odstawiła puszkę i opierając się o blat, skrzyżowała ramiona. Pochyliła głowę w kierunku mojego telefonu.

– Powiedziałaś mu, że masz czas? – zapytała.

Sięgnęłam po telefon i spojrzałam na jego odpowiedź.

WILDCAT: Sobota? 19? 20?

WILDCAT: Zrobię rezerwację.

EMME: Pasuje mi sobota o 19.

WILDCAT: Podam ci szczegóły, jak tylko będę je mieć.

WILDCAT: Czy przysłać po ciebie auto?

EMME: Nie trzeba, ale dziękuję za troskę.

– Tak i…

– Pokaż. – Znowu porwała mój telefon i przejrzała wiadomości, a po chwili oddała mi go z powrotem. – Jesteś prawnie zobowiązana, żeby dokładnie mi opowiedzieć, jak było.

Znów się zaśmiałam i tym razem to też nie był wymuszony śmiech. Poczułam, że jest lepiej.

– Już się domyśliłam.

– Jako koordynatorka twojej rekonwalescencji po zerwaniu mogłabym z tobą pójść, żeby cię wspierać i nadzorować. Nie pisnęłabym ani słowa. Zero gadania o natłuszczaniu ciała czy topografii. Byłabym kompletnie niewidzialna.

– Przecież zauważylibyśmy trzecią osobę przy stole.

– Nic bym nie mówiła. No, chyba że zrobiłabyś coś głupiego – dodała.

Gapiłam się na nią.

– Chyba nie ma żadnej głupoty, którą mogłabym zrobić w obecności Ryana. Między nami to tak nie działa.

– Pożyjemy, zobaczymy.

Rozdział 4

Emme

Cel dzisiejszej lekcji:

Uczniowie nauczą się topić smutki w topionym serze.

Nie miałam obsesji na punkcie punktualności, ale kiedy się spóźniałam, zmieniałam się w małego wrednego gremlina, a jeśli do spóźnienia dochodziło nie z mojej winy, było jeszcze gorzej.

Oto przykład: połowa chodników w mieście była zamknięta z powodu prac budowlanych lub zablokowana ludźmi, którzy dopiero planowali swoje sobotnie wieczorne poczynania, wystając na środku Boylston Street.

Gdy wreszcie udało mi się dotrzeć do restauracji przy Newbury Street, było piętnaście minut po czasie. Zrobiło mi się gorąco od meandrowania w ruchu ulicznym i przepychania się łokciami między wszystkimi osobami, które wchodziły mi w drogę.

Czułam, jak płoną mi policzki. Nigdy nie były mniej czy bardziej zaróżowione, zawsze wykwitała na nich czerwień, jakbym byłam dzieckiem z epoki wiktoriańskiej chorym na szkarlatynę.

Zatrzymałam się przed restauracją, żeby poprawić fryzurę i schłodzić się zimnym powietrzem, bo miałam na sobie kilka warstw ubrań. Nie była to najelegantsza pozycja: stałam zgarbiona w rozpiętym płaszczu i poruszałam przodem swetra tak, jakby za dekolt wpadło mi ciastko. Przy moim pechu nie powinnam się dziwić, że w tym samym momencie za plecami usłyszałam trzaśnięcie zamykanych drzwi auta i pytanie:

– Muggsy, wszystko w porządku?

– Cholera – zaklęłam pod nosem. Wyprostowałam się, wygładziłam dłonią sweter i włosy. Nadal z twarzą tak czerwoną, jakbym wygrała pojedynek na policzkowanie się, odwróciłam się i ujrzałam Ryana Ralstona w pełnej okazałości jego stu dziewięćdziesięciu sześciu centymetrów wzrostu. Przyglądał mi się. Ruszyłam wprost ku niemu z otwartymi ramionami. – Świetnie cię widzieć!

Złapał mnie, moje stopy pofrunęły w górę, a z gardła wyrwał mi się lekki śmiech. Dobrze było znowu zobaczyć starego przyjaciela, zupełnie jakbym wróciła do domu, choć teraz to my zajmowaliśmy całą szerokość chodnika, zupełnie jak ludzie, między którymi jeszcze przed pięcioma minutami się przeciskałam, złorzecząc pod nosem.

– Czyli mam nie dociekać, co tam przed chwilą robiłaś? – zapytał półgłosem.

– Przyjmij optymalną wersję wydarzeń i nie dopytuj o nic. Im mniej szczegółów ujawnię, tym bezpieczniej dla ciebie.

Postawił mnie z powrotem na chodnik, na chwilę zatrzymując dłonie na moich biodrach, gdy łapałam równowagę. Rzucił mi spokojne spojrzenie, zatrzymując wzrok na moich czerwonych policzkach, a potem wskazał restaurację.

– Pasuje ci?

Wróciłam do wachlowania się.

– Wszystko mi pasuje.

– Oboje wiemy, że rzadko tak jest. Obejrzałaś kartę?

– Jeśli tobie wszystko jedno, to ja jestem w nastroju na to, żeby w moich żyłach zamiast krwi popłynęła czysta wódka. Jedzenie jest nieistotne.

Zaśmiał się niskim głosem. Miał najlepszy śmiech. Uśmiechał się rzadko, ale zawsze mogłam liczyć na to, że jego śmiech trafi wprost do mojej duszy.

– Jak rozumiem, mamy sporo do nadrobienia?

Ruszyłam w kierunku wejścia do lokalu.

– Nie uwierzysz nawet w połowę tego, co ci opowiem.

Przytrzymał przede mną drzwi.

– Przekonajmy się.

Oparłam się o okazałe aksamitne oparcie półokrągłej kanapy w naszym boksie, a nogi skrzyżowałam po turecku, bo i tak nie sięgały podłogi.

– Powiedz mi, co u ciebie słychać, żebym nie musiała źle się czuć z powodu tego, że zmonopolizuję kolejną godzinę na opowiadanie o moich bezsensowych kryzysach i osobistych dramatach.

Wpatrywał się we mnie, siedząc przy drugim końcu stołu,a w jego piwnych oczach dostrzegłam rozbawienie.

– Tylko godzinę?

Podszedł do nas kelner z zamówionymi napojami: piwem dla Ryana i czymś dla mnie, co było mętne i zawierało jagody, zioła i sporą dawkę alkoholu. Podniosłam szklankę, wznosząc toast.

– Wszystkiego najlepszego, staruszku! Ciesz się życiem, póki jeszcze możesz. Słyszałam, że po trzydziestce to już z górki.

Gdy nasze szklanki się stuknęły, dostrzegłam nieznaczny uśmiech, który czaił się w kąciku jego ust. Jego uśmiechy kojarzyły mi się z kolorowym papierem do prac plastycznych, były szorstkie i często nieprzewidywalne, nawet te najszersze i najszczersze. I bardzo, bardzo rzadkie.

– No, będziesz mogła sama się przekonać, gdy za trzy miesiące wrócimy tu, żeby wznieść urodzinowy toast za ciebie.

Upiłam spory łyk i odstawiłam szklankę na świeży, biały obrus. Próbowałam nie zwiększać tempa picia, chociaż owoce w drinku wysyłały do mojego mózgu komunikat, że to sok i można go wypić duszkiem, ale nie chciałam popaść w ckliwy i łzawy nastrój. Tak rzadko się widywaliśmy, że żal byłoby mi zepsuć nasze spotkanie, upijając się w niemądry sposób. Lokal był bardzo przyjemny. Pewnie dlatego dowiedziałam się o jego istnieniu dopiero wtedy, gdy Ryan wysłał mi link do menu.

– Jak się miewa twoja rodzina? – zapytałam.

Ryan spojrzał na mnie, a potem przeniósł wzrok na blat stołu, co mniej więcej oznaczało: „Wszyscy mają się dobrze, nadal jest ciężko, ale jest okej. Zmieńmy temat”.

– Claudia po zakończeniu nauki wróciła do domu. Pracuje dla firmy produkującej odzież outdoorową w Maine, zarządza contentem do mediów społecznościowych. Jest bardzo dumna z serii filmików, które nakręciła o myszy kupującej zimowe ubrania.

– O, brzmi fajnie – stwierdziłam, chociaż w moim obecnym, kiepskim, stanie myśl o powrocie do miasteczka położonego na wybrzeżu New Hampshire, z którego wyjechaliśmy, równała się niewymownemu dołowi.

– Ruthie skończyła studia prawnicze zeszłej wiosny, tak? Pracuje teraz gdzieś lokalnie?

Przytaknął i wsunął palec za dekolt swojego granatowego swetra, który wyglądał jakby był miękki i jedwabisty, na pewno miał w składzie kaszmir. Wątpię, żeby Ryan o tym wiedział, a najpewniej wcale nie obchodziło go, z czego był wykonany ani że jego wartość przekraczała wysokość mojego miesięcznego czynszu za mieszkanie.

– A reszta? Co u nich, wszystko dobrze?

Ralstonowie mieli pięcioro dzieci. Ryan mniej więcej plasował się w środku, miał starsze i młodsze siostry. Dwie młodsze, Ruthie i Claudię, znałam dużo lepiej niż starsze, Chloe i Amber.

– U mamy w porządku. Nadal dużo pracuje, choć zredukowała liczbę pacjentek położniczych. – Przeczesał ręką włosy. – Dobrze, że Claudia jest w domu. Mama może na niej skupić swoją energię, bo babcia nie przepada, jak ktoś się nad nią rozczula. Babcia CeCe dzwoni do mnie co tydzień, żeby mi poczytać o okropnych rzeczach, które ludzie wypisują na mój temat w internecie, czyli miewa się świetnie.

– Tak, z przyjemnością dołączę do waszej telekonferencji w następnym tygodniu. Dzięki, że zapytałeś.

Nie dodał, czy dopytywała go, kiedy wpadnę z wizytą albo czemu nie przyjeżdżam do domu, skoro mieszkam tylko godzinę drogi od miasteczka. Znał zasady, tak samo jak ja.

Zajęłam się kartą. Różniła się nieco od wersji opublikowanej w internecie, co sprawiło, że mój mózg trochę zgłupiał, ale znalazło się kilka dodatków, które były warte tej niedogodności.

– O! Co powiesz na dip z karczochami? Moja przyjaciółka Grace… pamiętasz Grace? …pochodzi z karczochowej rodziny i dzięki niej…

– Co to znaczy „karczochowa rodzina”? – zapytał, śmiejąc się i ściągając brwi, jakbym naprawdę, ale to naprawdę, sprawdzała granice jego cierpliwości.

Tak łatwo było to robić.

– Wiesz, o co mi chodzi. – Splotłam palce i pochyliłam się w jego stronę. – Są rodziny, które wiedzą, jak kupować, przygotowywać i jeść karczochy, i robią to na okrągło. Tak żyją. Ja nie jestem z rodziny, która zna się na karczochach, i ty też nie. Nikt mnie nie zapoznał z kulturą karczochową.

Odchylił się na oparcie kanapy i skrzyżował ramiona na szerokiej klatce piersiowej. Przez moment wpatrywał się we mnie, jakby próbował się czegoś domyślić. Podciągnął rękawy swetra, ukazując wytatuowane przedramiona. Zawsze chciałam się przyjrzeć jego tatuażom i poznać ich znaczenie. Na nadgarstku miał masywny zegarek. Cyfry poszczególnych godzin wysadzane były skrzącymi się kamieniami szlachetnymi.

– Podpuszczasz mnie? – zapytał.

– Czemu miałabym to robić w kwestii karczochów?

– Wkręcałaś mnie w wielu innych sprawach.

– Podaj choć jeden przykład – odpowiedziałam.

Uniósł dłoń i rozprostował kciuk.

– Powiedziałaś mi kiedyś, że musisz płacić czynsz za najem w gotówce i zawozić pieniądze do sklepiku osiedlowego w Charlestown.

– To wszystko prawda – powiedziałam. – I jestem na dziewięćdziesiąt dwa procent pewna, że ten sklep prowadzi tamtejsza mafia.

– Mhm. – Odliczając, rozprostował palec wskazujący. – Ostatnim razem, kiedy się widzieliśmy, mówiłaś, że jedna z zaprzyjaźnionych nauczycielek przeprowadziła się na Rhode Island, żeby wyjść za mąż za jakiegoś faceta i odziedziczyć farmę z tulipanami.

– To też prawda! – wykrzyknęłam.

– Tulipany kwitną przez mniej więcej trzy tygodnie w roku. Nie da się wyżyć z uprawy tulipanów.

– Czyli w to nie wierzysz? W te tulipany?

– Całość brzmi jak klasyka gatunku: podpierdalanka w wykonaniu Emme, ale aspekty ekonomiczne związane z hodowlą tulipanów to coś, z czym mocno przesadziłaś. Podobnie jak z tym szefem mafii, od którego wynajmujesz mieszkanie.

– Masz mało wiary we mnie – zadumałam się.

Rozprostował środkowy palec.

– A ta opowieść, jak to razem z Grace zostałyście aresztowane w Montrealu, ale udało wam się uniknąć odsiadki, bo odtworzyłyście starą wiadomość z poczty głosowej od jednego z twoich ojczymów, po czym wmówiłyście pracownikom aresztu, że macie immunitet dyplomatyczny?

Dźgnęłam go palcem.

– To autentyczne zdarzenie! To był rok, kiedy drużyna Jima zdobyła Puchar Stanleya i wszyscy po raz pierwszy w jego żałosnym życiu go wielbili.

– Immunitet dyplomatyczny?

– Dyplomacja hokejowa – doprecyzowałam z udawanym szacunkiem. – Byłam ambasadorką.

– Byłaś pijaną studentką – podsumował ze śmiechem.

– Ale rozwiązałam problem. Dyplomatycznie.

Ryan rozprostował palec serdeczny, kontynuując wyliczanie.

– Powiedziałaś mi, że miałaś anemię i stale było ci zimno, dlatego musiałaś pożyczać… – Wycelował we mnie srogie spojrzenie. – Ukradłaś moje bluzy.

– Miałam anemię. – Potarłam jedną dłoń o drugą. Obie były lodowate jak zawsze. – Pewnie nadal ją mam. – Ryan gapił się na mnie, a ja wzruszyłam ramionami. – Przyrzekam, że karczochy to nie podpucha.

– Przyznaj, że lubisz mnie podpuszczać.

– Pod warunkiem, że przyznasz się do tego, że i tobie sprawia to przyjemność.

– Może – wymamrotał, opuszczając dłoń na udo. – Zamów już ten dip.

– Nie dość, że to mój najtrudniejszy rok nauczania w systemie publicznym, to do tego wszystkiego w styczniu Grace wyprowadziła się do swojego narzeczonego – powiedziałam, maczając frytkę w dipie. – Cieszę się ze względu na nią. Naprawdę się cieszę, nie jestem zazdrosna i nie mówię tego po to, żeby okłamywać samą siebie, ale nie minął nawet tydzień od jej wyprowadzki, a ja dostałam wiadomość od Ines, że nie ma gdzie mieszkać.

– Co się stało z akademikami MIT?

– Jej ojciec „zapomniał” zapłacić czesne za semestr wiosenny i nie przyznali jej pokoju. – Wymachiwałam frytką w jego stronę. – Naprawdę, jestem w szoku, że udało jej się tam zaliczyć trzy i pół roku nauki, a Gary nie zbankrutował ponownie.

– Lepiej nie dociekaj, skąd Gary w ogóle wziął na to pieniądze – skomentował pod nosem Ryan. – Bo mogą cię wziąć na celownik w trakcie dochodzenia badającego legalność źródeł zarobku.

– Och ten Gary, nie uczy się na błędach – westchnęłam.

Gary był moim pierwszym ojczymem, tym ulubionym. Moja mama zostawiła go, gdy nasz dom w Miami zajęły władze federalne, a my zostaliśmy eksmitowani. Ale był z niego naprawdę poczciwy facet, o wiele bardziej niż moi kolejni dwaj ojczymowie.

– Rozumiem, że zaproponowałaś Ines, żeby z tobą zamieszkała? – zapytał Ryan.

– Co innego miałam zrobić? Miałam wolny pokój, a ona jest jak rodzina.

Uniósł brew w reakcji na to stwierdzenie, ale nie skomentował go i zaraz wrócił do dipu.

– Ma mnóstwo zajęć, laboratoriów i masę innych rzeczy, więc praktycznie się nie widujemy. W zeszłym tygodniu widziałam ją może raz i tyle. – Upiłam łyk drinka. – Ale kiedy jest na miejscu, to znaczy chyba w środku nocy, to zajmuje się rozbieraniem wszystkiego na części. Nie mam już mikrofalówki, suszarki do włosów, blendera. Nawet klamki. Interesuje ją dosłownie wszystko. Budzę się rano i zastaję różne urządzenia na podłodze, rozłożone na milion części, a po Ines od dawna już nie ma śladu. Zażądałam zwrotu suszarki do włosów, a smoothie nie robiłam od lutego. Wróciłam do jedzenia ciastek na słodko z tostera.

Przesunął kilka frytek na moją stronę talerza.

– Chciałaś zrobić dobry uczynek, a to się na tobie zemściło.

– Tak, najwyraźniej w kilku innych przypadkach też byłam za dobra, bo ciągle coś się na mnie mści.

Kiwnęłam głową, wskazując, żeby się przesunął. Od razu zrozumiał, o co chodzi, i zmienił miejsce. Wprawdzie siedzieliśmy w najbardziej ustronnej części sali, ale nie dało się ukryć faktu, że mój towarzysz jest w tym mieście wielką gwiazdą. Goście w lokalu chcieli na niego popatrzeć albo posłuchać fragmentów naszej rozmowy, by móc potem opowiadać przyjaciołom i znajomym, że widzieli Ryana Ralstona na kolacji z jakąś czerwoną jak burak dziewczyną, która nienawidzi swojej pracy i została zdradzona przez swojego byłego.

Kiedy już się przegrupowaliśmy, ciągnęłam swoją opowieść.

– Spotykałam się z jednym gościem i wydawało mi się, że całkiem dobrze nam się układało.

Ryan przesunął się odrobinę, muskając kolanem moje udo. Spojrzał w dół, a potem przeniósł wzrok na mnie i znowu skrzyżował ramiona na klatce.

– Z tym strażakiem?

Przytaknęłam. Najlepsze w naszej relacji było to, że mogłam Ryanowi opowiedzieć o wszystkich okropnych i żenujących rzeczach, jak ta historia ze strażakiem, a on mnie nie oceniał. Dla niego to były fakty w danej historii. Nie mogłam przypomnieć sobie ani jednego razu, kiedy Ryan wykorzystałby coś, co mu powiedziałam, przeciwko mnie.

– Tak. No i jednego wieczoru poszłam do niego, do jego mieszkania, myśląc, że się niedługo zaręczymy, i zastałam go w łóżku z inną.

Ryan się skrzywił.

– Muggsy.

– Moje życie to powolna tragikomedia.

Potrząsnął głową.

– Jak ty to robisz? Wynajdujesz najbardziej beznadziejnych facetów, gdziekolwiek się nie ruszysz.

– Taki dar. – Przewróciłam oczami, ale Ryan znowu się skrzywił, jak gdybym nie rozumiała, o co mu chodzi. – Najsmutniejsze jest to, że ten gość jest drużbą na weselu Grace, a ja powinnam dać z siebie wszystko, żeby to był jej wyjątkowy dzień. Tymczasem ledwie jestem w stanie w pojedynkę wytrzymać to całe cholerne planowanie wesela i nie wiem, jak mam sprostać zadaniu bycia jej druhną z powodu tego kretyna, który trzymał pierścionek zaręczynowy w szufladzie, bynajmniej nieprzeznaczony dla mnie, a ja jestem skazana na kontakt z nim przez kolejne miesiące.

Sięgnęłam przez stół po szklankę z wodą, ale nie z pragnienia. Chciałam dać rękom zajęcie. Kolano Ryana wciskało się w moje udo, a on masował sobie łokieć. Znowu zapatrzyłam się na fragment tatuażu wyzierający spod swetra. Wszystkie zrobił sobie po szkole średniej: część pod koniec studiów, a większość dopiero gdy został zawodowym graczem. Gdybyśmy mieli więcej czasu na rozmowę, chętnie posłuchałabym historii każdego z nich.

– Chciałabym pójść na to wesele z kimś innym i byłaby to forma zemsty – powiedziałam ze śmiechem, bo nie chciałam, żeby górę wzięły zgorzknienie i ból po stracie, które nadal czaiły się gdzieś pod powierzchnią, potrzeba krzyku aż do utraty głosu albo palące pragnienie, żeby Teddy pożałował każdej minuty tego wszystkiego. Chciałam, by zrozumiał, jak bardzo się mylił. Względem wszystkiego. – Starałam się jakoś rozwiązać tę kwestię, ale nie masz pojęcia, jak trudno jest znaleźć przyzwoitego, znośnego faceta, który rzeczywiście jest singlem, a nie jakimś czubkiem z internetu. To prawie niewykonalne. Od lat szukam takiej osoby, Ryanie, od lat. Jestem już bardzo zmęczona umawianiem się na randki. Męczy mnie to staranie się, męczą mnie rozmowy i poznawanie ludzi, a potem patrzenie, jak któregoś dnia to wszystko bierze w łeb. Zapędzam się w jedną ślepą uliczkę po drugiej.

Obwiodłam palcem krawędź szklanki, a Ryan powoli wziął głęboki wdech. Nadal bębnił palcami w łokieć. To musiało boleć. Nie wiedziałam, jak to robił, że po każdym meczu i treningu nadal jakoś się ruszał. Moje ciało z pewnością byłoby jednym wielkim bólem.

– To po co to robisz? – zapytał cicho, jak gdyby nie był pewien, czy chciał, żebym go usłyszała.

– A co mam zrobić? Czekać aż mój przyszły mąż zmaterializuje się na schodach przeciwpożarowych tuż przy kuchennym oknie? Chciałabym przestać to robić, ale co mi to da? Wiem, że to nie brzmi fajnie, bo powinnam rozkoszować się swoją niezależnością i tym, że nie potrzebuję nikogo, aby moje życie było pełne. Tylko proszę, nawet nie zaczynajmy tematu rodziców i ich małżeństw! Ja po prostu chciałabym wyjść za mąż, mieć stabilną sytuację i wreszcie przestać się czuć, jakbym żyła pomiędzy jednym związkiem a drugim. Chciałabym przestać szukać kogoś, kto mnie pokocha.

Kiedy skończyłam wylewać swoje żale, Ryan spojrzał na mnie uważnie swoimi ciemnymi, poważnymi oczami.

– To jest możliwe – powiedział.

– Co? – Obróciłam szklankę z wodą, a na dłoniach pojawiła się skroplona para wodna. – Co przez to rozumiesz?

– Przestań szukać. Wyjdź za mnie.

Rozdział 5

Emme

Cel dzisiejszej lekcji:

Uczniowie zgłębią nowe ekscytujące możliwości.

Nie mogłam przestać się śmiać. W oczach pojawiły mi się łzy i brzuch rozbolał mnie ze śmiechu. Znowu miałam rozognioną twarz, ale nic nie mogłam na to poradzić.

– Jesteś kochany – powiedziałam, poklepując go po twardych jak skała bicepsach. – O, mój Boże, od lat się tak nie uśmiałam.

Wytarłam twarz serwetką, za jednym zamachem likwidując połowę makijażu. Gdy podniosłam wzrok, Ryan wpatrywał się we mnie bez śladu rozbawienia na twarzy. Możliwe, że w kącikach jego oczu czaiło się coś na kształt… bólu?

Przesunęłam się, żeby usiąść naprzeciwko niego i znowu skrzyżowałam nogi. W takich lokalach siedzenie po turecku nie było mile widziane, ale skorzystałam z tego, że obok mnie siedzi miejscowy złoty chłopiec amerykańskiego futbolu.

– Następnym razem, gdy znów dopadną mnie jakieś silne emocje, zadzwonię do ciebie, a ty powiesz coś szalonego, na przykład, że chcesz, żebym była matką twoich dzieci z dużymi głowami.

Zmarszczył czoło.

– Nie mam dużej głowy.

Pokiwałam palcem, wskazując jego długie, smukłe kończyny i barki, które ledwie mieściły się w standardowej ramie drzwi.

– Tylko na siebie popatrz. Będziesz miał duże, nieznośne dzieciaki.

Nadal wpatrywał się we mnie, jakbym sprawiała mu ból. Zaczął coś mówić, ale akurat podszedł kelner z naszymi zamówieniami, więc kwestia dużych, nieznośnych dzieci musiała zostać odłożona na później.

Ryan nie poruszył się, kiedy kelner odszedł, nie zabrał się też do jedzenia. Spojrzenie miał nieobecne, jakby roztargnione. Wzięłam kilka kęsów do ust.

– Chcesz się zamienić? – zapytałam.

Zawsze wymienialiśmy się zamówionymi daniami, i nawet wtedy, gdy on zamówił coś, czego nie lubiłam jeść, to ostatecznie i tak zjadałam połowę jego porcji albo mieszaliśmy nasze dania i zjadaliśmy je razem.

Przesunęłam talerz w jego stronę, ale podniósł rękę.

– Pamiętasz naszą umowę, że się pobierzemy, jeśli do trzydziestki oboje nie będziemy po ślubie?

– Ja… – Wzięłam łyk wody, żeby powstrzymać się od powiedzenia czegoś, czego będę żałować, ponieważ tak, oczywiście, że pamiętałam. Ale to było mniej więcej tak samo, jak pamiętałam o tym, że w torebce noszę gaz pieprzowy: miło było wiedzieć, że go mam, ale nie byłam przekonana, że kiedykolwiek będzie mi potrzebny, a jeśli nawet, to istniała duża szansa, że koncertowo spieprzę temat i zrobię krzywdę sobie, a nie potencjalnemu napastnikowi.

– Dlaczego nagle ci się to przypomniało? – zapytałam.

Znowu skrzyżował ręce na klatce piersiowej. To była pozycja, którą często przyjmował. Zawsze cieszyło go to, że sprawiał wrażenie, jakby coś przeczuwał. Starał się być nieprzystępny. W rzeczywistości jednak nie chciał dopuszczać innych za blisko do swoich tajemnic ani czułych punktów, bo kryły się tuż za chłodnymi spojrzeniami i onieśmielającymi postawami, jakie przyjmował. I, rzecz jasna, za dużą głową.

– Myślę, że możemy sobie nawzajem pomóc – stwierdził.

– Biorąc… ze sobą ślub? – Dopiłam resztę drinka.

A niech to! Upicie się dziś wieczorem to był pikuś.

– No tak – odpowiedział, unosząc wyzywająco podbródek, a ja w reakcji na jego odpowiedź wręcz zachłysnęłam się maniakalnym śmiechem. – Powiedziałaś, że potrzebujesz kogoś na randkę, żeby się zemścić na strażaku. To może zemścisz się, wychodząc za mąż?

Tym razem byłam zbyt zaskoczona, żeby się zaśmiać. Wpatrywałam się w niego z otwartymi ustami i kurczowo chwyciłam za naszyjnik z perłami, który miałam na szyi. Czułam drobne wyładowania elektryczne na całym ciele, jak gdyby ktoś przesuwał po mnie paznokciami.

Wpatrywaliśmy się w siebie przez długi czas. Nawet nie wiem, czy oddychałam. Sprawiał wrażenie niezwykle poważnego, znacznie bardziej niż zwykle. Nie mogłam się powstrzymać, więc dotknęłam jego głowy i lekko ją poklepałam.

– Ile razy w ostatnim sezonie doznałeś wstrząśnienia mózgu?

– Tylko raz.

Odsunęłam się od niego, bo zrobiłam coś naprawdę upokarzającego, to znaczy, przeczesałam palcami jego włosy. Ta rozmowa była jak spacer po cholernym polu minowym. Jeden błędny ruch i z hukiem można pożegnać piętnaście lat przyjaźni.

– To o jedno za dużo – stwierdziłam. – Martwię się o ciebie, Wildcat. To totalnie bez sensu.

– A co, jeśli nie?

Co?! Co to w ogóle ma znaczyć?! O co chodzi?!

Wskazałam jego talerz.

– Nie musisz przypadkiem jeść co trzy kwadranse, żeby nie spadła ci masa mięśniowa? Ważysz, zdaje się, ponad sto kilo?

Kącik jego ust drgnął na podobieństwo uśmiechu.

– Niecałe sto.

– No, tak, więc nie zmarnuj tego, co masz. – Kiwnęłam karcąco głową. – Na pewno dziś już jesteś po treningu.

Wzruszył ramionami.

– Tylko dwie godziny. Po sezonie.

– Proszę, częstuj się – zachęciłam go, przesuwając talerz w jego stronę. – Ucieszę się, bo mam na oku to coś, co wygląda jak zapiekanka z wegańskim serem.

Zamieniliśmy się talerzami, a ja od razu rzuciłam się na niewielkie żeliwne naczynie, na wierzchu którego znajdował się zapieczony ser. Jeśli zjadałam coś, co nie było w wersji light, od razu w mojej głowie słyszałam głos Teddy’ego, ale miałam już sporą praktykę w ignorowaniu jego uwag.

Ryan błyskawicznie, w trzech kęsach, dokończył moją rybę, ale gdy tylko odłożył widelec na krawędź talerza i spojrzał na mnie, dostrzegłam, że coś się zmieniło. Zupełnie jakby ktoś przełączył energię na wyższą częstotliwość. Czułam, jak jego spojrzenie wprost mnie pali. Nie rozumiałam, co się dzieje i jak wrócić w to miejsce, w którym do tej pory przebywaliśmy, ale czułam taką potrzebę.

– Em, mówiłem serio…

– Najpierw musisz mi powiedzieć, skąd ten pomysł – odrzekłam. Chwyciłam go za nadgarstek, a moje palce znalazły się w miejscu, gdzie mierzy się puls. Wydawało mi się, że będzie szybki, ale był spokojny i miarowy. – Albo powiesz mi, co się naprawdę dzieje, albo jedziemy do najbliższego szpitala, żeby ci zbadali głowę.

Przez chwilę wpatrywał się w moją rękę, widać było, że w głowie kłębi mu się mnóstwo myśli.

– Uważam, że możemy sobie pomóc – odrzekł powoli. – Mogę zdjąć z ciebie cały ten stres, który odczuwasz w związku z weselem. Pójdę z tobą na wesele Grace i na wszystkie inne imprezy, zadbam o to, żeby ten sukinsyn trzymał się od ciebie z daleka. Wiesz, że nie wdaję się w bójki, ale jeśli ten gnojek spojrzy na ciebie krzywo, to tak go urządzę, że popamięta.

Nie mogłam zlekceważyć uczucia ulgi, którego doznałam. Napięcie towarzyszące mi od tego wieczoru, kiedy dowiedziałam się o zdradzie Teddy’ego, trochę zmalało, a moje ramiona opadły. Z moich ust wydobył się głęboki, znużony oddech i ze wszystkich sił starałam się powstrzymać łzy.

Nie miało znaczenia to, że Ryan ratował mnie z opresji i był niczym bezpieczny port podczas sztormu. Przez chwilę nie musiałam z całych sił walczyć o to, aby utrzymać się na powierzchni i nie zatonąć. Nie byłam w tym wszystkim zupełnie sama.

Gdy zyskałam pewność, że głos mi się nie załamie, postanowiłam się odezwać.

– A co ty z tego będziesz miał? – spytałam.

Zrobił minę, jakby już znienawidził odpowiedź, która miała paść.

– Mój wizerunek wymaga trochę pracy. Zamierzam wykonać jakieś ruchy dotyczące kolejnego etapu życia, już po zakończeniu kariery w NFL, a jeśli zależy mi, żeby było tak, jak sobie to zaplanowałem, to muszę zadbać o coś na podobieństwo życia rodzinnego.

Po tych słowach napił się piwa, a ja puściłam jego nadgarstek i wróciłam do konsumpcji zapiekanki, zaraz jednak skierowałam widelec w jego stronę. Kawałek brokułu przeleciał nad stołem.

– Nie kupuję tego.

Potarł dłonią brwi.

– Nie okłamywałbym cię.

– Okej, ale w NFL i w ogóle w sporcie zawodowym aż roi się od naciągaczy, sępów, ludzi nietolerancyjnych i głupków, którzy szukają zwady, a mimo to po przejściu na sportową emeryturę czekają na nich intratne umowy sponsorskie i zlecenia.

– Nie mylisz się w tej kwestii – powiedział, podnosząc upuszczony przeze mnie kawałek brokułu i kładąc go na brzegu talerza. – Ale jeśli chodzi o mnie i moją obecną sytuację, to tak nie działa.

– Nad czym musisz popracować? Nawet jeśli w ciągu ostatnich pięciu lat ciężko zasuwałeś na to, by zyskać reputację nieczułego podrywacza, który wyrywa po kolei wszystkie nowe supermodelki i wschodzące gwiazdki, to ja osobiście naprawdę nie widzę, jak to miałoby ci zaszkodzić w takim stopniu, żebyś musiał brać udawany ślub.

Drgnęła mu szczęka, gdy dał znać ręką kelnerowi, żeby przyniósł nam kolejną kolejkę drinków.

– Nieczułego? – odezwał się wreszcie.

Znów zaczęłam wymachiwać widelcem i tym razem sfrunęły z niego okruchy grzanki.

– Czy ta brytyjska gwiazdka pop nie wypuściła w zeszłym roku singla z piosenką o bolesnym rozstaniu z tobą? Poppy… jak jej tam było?

Mrugnął, kierując wzrok do sufitu.

– To nie o mnie.

– Powszechnie przyjęto, że o tobie.

– To nie o mnie.

– Obsmarowała cię jak złoto – powiedziałam. – Praktycznie zarzuciła ci, że odszedłeś, zostawiwszy ją na stercie emocjonalnego brudnego prania bez oglądania się za siebie.

– To. Nie. O. Mnie – wycedził każde słowo oddzielnie, całkowicie wykończony naszą sprzeczką.

Nie w tym rzecz, że mu nie wierzyłam, bo tak nie było. Albo inaczej: chciałam mu wierzyć, ale kiedy ukazała się ta piosenka, internauci zebrali dowody i w bardzo przekonujący sposób dowiedli jego winy w tej sprawie. Rozmawialiśmy wtedy, ale nie miał ochoty wdawać się w szczegóły, a ja nie naciskałam.

Całkiem możliwe, że nie naciskałam, bo nie mogłam zrozumieć, jak mógł się związać z bardzo młodą i bardzo emocjonalną piosenkarką, która na każdym kroku mieszała. Jasne. Albo że media dokumentowały każdą minutę ich związku i po raz pierwszy w życiu odwracałam wzrok, widząc twarz przyjaciela w wiadomościach publikowanych na platformach społecznościowych. Istniały przynajmniej dwa powody nienaciskania.

Wydawało mi się, że nie lubię jego dziewczyny tylko dlatego, iż wiedziałam, że doprowadzała go do szału. Uznałam to za przejaw braku lojalności z mojej strony, więc postanowiłam milczeć. Zero wiadomości z komentarzem o tym, że na okładki magazynów trafiło zdjęcie, na którym trzyma dłoń w tylnej kieszeni jej dżinsów. Zero długich głosówek z odczytywaniem postów z mediów społecznościowych z dyskusjami na temat tego, czy odnosił korzyści, romansując z nią (niemożliwe), albo czy ona odwracała jego uwagę od futbolu (również niemożliwe). Zero komentarzy na temat utworu sugerującego, że jemu nie zależało na kobiecie, która chciała oddać mu cały świat.

Nie dzieliłam się tym z nim. Tak było zawsze między nami. Nie rozmawialiśmy za wiele o ludziach, z którymi każde z nas się umawiało. Przez większość czasu taki układ się sprawdzał. Dawno temu nauczyłam się być uprzejma wobec dziewcząt, z którymi się spotykał, a on nie zauważał facetów, którzy pojawiali się w moim życiu. Tak było w porządku.

– Jeśli chodzi o to, nad czym pracuję – powiedział, a jego głos w dalszym ciągu zdradzał wyczerpanie – to muszę zacząć nowy rozdział.

Wróciłam do warzyw.

– I uważasz, że ślub załatwi sprawę?

– Emme. – Wyjął mi z ręki widelec, zanim zdążyłam nabić na niego różyczkę kalafiora.

Uniosłam pytająco brwi, ale on zignorował moją minę. Przesunął się nieco w moją stronę i ścisnął dłońmi moją rękę.

Z wysiłkiem przełknęłam ślinę.

– Uważam, że poślubienie najlepszej przyjaciółki, dziewczyny z tej samej miejscowości, tej, której media przyznały tytuł „miłości ze szkolnej ławy” na podstawie cholernych zdjęć, jakie nam robili razem po moich meczach, tej, która cały czas czekała, żebym do niej wrócił, załatwi sprawę.

– Okej – powiedziałam, zanim zdążyłam przemyśleć to, co wynikało z jego odpowiedzi.

Granat, który mógł zniszczyć naszą przyjaźń i całe moje życie, właśnie wybuchł.

Wyszliśmy z restauracji na rześkie wieczorne powietrze, ale nawet to nie sprawiło, że doszłam do siebie. Co tam się wydarzyło?

Czułam, jakby moja głowa była oddzielona od reszty ciała, zupełnie, jakbym miała silną infekcję zatok. Myśli pojawiały się i odpływały w nicość, zanim zdążyłam pojąć ich sens. Czy to wina alkoholu? Raczej nie.

W pierwszej chwili nie zauważyłam grupki złożonej z samych mężczyzn, w większości młodszych, tuż po dwudziestce, stojących na chodniku. Rozmawiali jeden przez drugiego, a niektórzy starali się naśladować pozycję podania Ryana, podczas gdy inni balansowali na piętach, ciesząc się, iż mają okazję ujrzeć Ryana Ralstona we własnej osobie.

Czasem zapominałam o tym, że tak właśnie wyglądało jego życie i że dla świata był zawodnikiem drużyny futbolowej.

Dla mnie zawsze był Ryanem, humorzastym dzieciakiem, który w tajemnicy kochał matematykę i dbał o to, żeby nie zabrakło mi mandarynek.

Mężczyźni zbliżyli się do nas, a ja zrobiłam spory krok w tył. Ryan przytrzymał mnie za ramię i wyciągnął w ich kierunku drugą rękę.

– Panowie, zróbcie trochę miejsca dla mojej dziewczyny – zwrócił się do nich.

W mojej głowie wszystko się zakotłowało.

Gapie natychmiast się odsunęli, przekrzykując się po pijacku: „Już się robi, przepraszamy szanowną panią”, „Cholera, Doug, wszystko zepsułeś!”.

Pewnie było po mnie widać, że nie wiedziałam, jak się zachować, bo Ryan pochylił się do mnie i wyszeptał:

– Spokojnie, ja się tym zajmę.

Chciałam wykręcić się od zdjęć, bo po co miałabym być widoczna na zdjęciu Ryana z fanami, ale obejmował mnie mocno za ramię. Uśmiechałam się przez cały czas, także wtedy, gdy Ryan warknął przez zęby: „Nawet o tym nie myśl” w reakcji na to, że jeden z mężczyzn ruszył z chęcią wyściskania mnie, chociaż nie garnęłam się do takiej poufałości.

Zabawne było zobaczyć, jak Ryan obnaża kły. Rzadko to robił, częściej uciekał się do lodowatych spojrzeń, które w jego wykonaniu były bardziej wymowne niż słowa.

Każdy z mężczyzn zrobił sobie fotkę z Ryanem, nawet Doug, który rzeczywiście miał talent do psucia wszystkiego, a na końcu Ryan żwawo pomachał im na pożegnanie.

– Dzięki za wsparcie, chłopaki!

Poprowadził mnie w kierunku SUV-a, który stał przy krawężniku, a którego wcześniej nie zauważyłam. Mężczyźni nadal rozmawiali i przekrzykiwali się, udzielając mu rad, jak ma grać w następnym sezonie. Może kiedyś i ja, jeśli mocno nad tym popracuję, zbuduję w sobie tyle pewności siebie, żeby z pozycji obserwatora radzić zawodowcom, jak mają wykonywać swoją robotę.

– Ależ nie, dziękuję, nie trzeba – powiedziałam, gdy otworzył przede mną drzwi auta. – Przespaceruję się.

– Jeśli ci się wydaje, że cię tu zostawię, to chyba zwariowałaś. – Mocno wsparł dłonie na moich biodrach. – Jest wpół do jedenastej w nocy, mróz, a tam stoi siedmiu podpitych facetów, którzy bez zastanowienia ruszą twoim śladem. Wsiadaj do samochodu, Emmeline.

Nadal cierpiąc na zbyt duży emocjonalny ucisk w okolicy zatok, aby móc sprawnie przetwarzać docierające do mnie informacje, kiwnęłam głową, ale nie wykonałam żadnego ruchu. Ryan wydał z siebie jakiś mrukliwy odgłos, a następnie podniósł mnie bez jednego stęknięcia i posadził na tylnym siedzeniu. Ostatnia próba podniesienia mnie miała miejsce, gdy przeszłam wstrząs anafilaktyczny. Teddy dał mi wówczas jasno do zrozumienia, że była to ciężka praca.

Ryan usiadł z tyłu obok mnie, rzucając mężczyznom, którzy nadal coś do niego wykrzykiwali, lodowate spojrzenie przez przyciemnianą szybę. Auto momentalnie ruszyło z miejsca.

– Bowen, jedziemy do North End – padło z jego ust polecenie dla kierowcy.

Bowen kiwnął głową i skręcił ostro w prawo. Zerknęłam i dostrzegłam, że Ryan nadal się we mnie wpatrywał surowym wzrokiem. Nie mówił nic, a w mojej głowie trwała gonitwa myśli.

Czy ja się przed chwilą zaręczyłam?

Czy może były to udawane zaręczyny?

Jak to się stało?

Jak mam to wyjaśnić przyjaciołom?

Albo matce?

W jaki sposób miałoby to być lepsze rozwiązanie niż poprzednie? Owszem, zaradzałam kilku moim problemom, ale nie tym poważnym, tragicznym, oznaczającym samotność, które i tak pozostaną aktualne, gdy układ z Ryanem się zakończy. I czy potem nie będzie jeszcze gorzej?

– Wszystko w porządku? – zapytał.

– Nie wiem… – Nie byłam w stanie wykrztusić nic więcej.

Patrzył na mnie, a Bowen przedzierał się przez ulice Bostonu. Choć nigdy nie podałam mu swojego adresu, zaparkował tuż przed budynkiem, w którym mieszkałam, jakby od lat bywał na tym narożniku.

Sięgnęłam do klamki, ale Ryan mnie powstrzymał.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 16

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 17

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 18

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 19

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 20

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 21

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 22

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 23

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 24

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 25

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 26

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 27

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 28

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 29

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 30

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 31

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 32

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 33

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 34

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 35

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 36

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 37

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

TYTUŁ ORYGINAŁU:

In a Rush

Redaktorka prowadząca i wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska

Redakcja: Katarzyna Sarna

Korekta: Patrycja Klempas

Projekt okładki: Wojciech Bryda

Zdjęcie na okładce i stronach rozdziałowych: © Eva / Stock.Adobe.com

Wyklejka: © Tayisiya / Stock.Adobe.com

Copyright © 2025 by Kate Canterbary

All rights reserved.

Copyright © 2026, Papierowe Serca an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Karolina Kłosowska, 2026

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-618-4

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa: Kate Canterbary, In a rush. Miłość na czas

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Epilog