Iluzja przeznaczenia - Elizabeth Lim - ebook

Iluzja przeznaczenia ebook

Lim Elizabeth

5,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

13 osób interesuje się tą książką

Opis

LEAD: Trzeba nie lada oszustki,by namalować potworną prawdę

Truyan Saigas nigdy nie chciała zostać oszustką, ale kiedy jej ojciec przepada bez wieści na morzu, to właśnie na jej barkach spoczywa utrzymanie matki i dwóch młodszych sióstr. Oprócz niezwykłego talentu do fałszowania dzieł sztuki Tru posiada dar, który czyni jej obrazy wyjątkowymi – potrafi na nich uchwycić przyszłość. Jednak nawet taka magia nie wystarczy, by poskładać rodzinę z powrotem ani powstrzymać przestępców, żądających spłaty matczynych długów… krwią.

Zmuszona do desperackiego kroku Tru przyjmuje propozycję małżeństwa od tajemniczego smoczego księcia. W zamian za obietnicę nowego początku dla matki i sióstr oraz odkrycia prawdy o losie ojca musi zamieszkać w opuszczonym pałacu na dnie oceanu. Tam czeka ją jeszcze bardziej niebezpieczne zadanie – pomoc w spisku mającym przeniknąć do kręgu tyranicznego Smoczego Króla i namalowanie iluzji przyszłości tak zdradzieckiej, że może wstrząsnąć zarówno światem ludzi, jak i istot nieśmiertelnych…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 539

Rok wydania: 2026

Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
_la0ra_

Nie oderwiesz się od lektury

wzruszyłam się, bardzo polecam!
00



Tytuł oryginału: A Forgery of Fate

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. No part of this book may be used or reproduced in any manner for the purpose of training artificial intelligence technologies or systems. This work is reserved from text and data mining (Article 4(3) Directive (EU) 2019/790). This edition published by arrangement with Random House Children’s Books, a division of Penguin Random House LLC.

Text copyright © 2025 by Elizabeth Lim

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Joanna Krystyna Radosz, 2026

Redaktorka prowadząca: Aleksandra Kotlewska

Marketing i promocja: Gabriela Wójtowicz, Marta Adrian

Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska

Korekta: Robert Narloch, Beata Buko

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt oryginalny okładki: Tran Nguyen

Projekt mapy: Virginia Ally

Adaptacja okładki, mapy i strony tytułowe: Magda Bloch

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68800-01-2

WE NEED YA Grupa Wydawnictwa Poznańskiego Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 [email protected]@weneedya.plwww.weneedya.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Książkę o trzech siostrach dedykujęmoim najlepszym trzem siostrom:Charlotte, Olivii i Penelope

.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Mama zwykła się mienić najlepszą wróżbitką w Gangsun – przynajmniej póki baba nie zaginął na morzu.

Parała się wróżeniem z twarzy. Umiała przepowiedzieć długość życia na podstawie struktury włosów, a z krzywizny ust czytała, czy ktoś będzie wiernym kochankiem. Nader często podchodziła do nieznajomych i szczypała ich za płatek ucha, sprawdzając w ten sposób, jakie bogactwo ich czeka. Pieniądze kochała ponad wszystko.

Można by pomyśleć, że z takim talentem poślubi najzamożniejszego mężczyznę, jakiego znajdzie. Na pewno nie babę – pośredniego kupca z niebieskimi włosami, wielkimi marzeniami i dziewięcioma miedziakami na koncie. Jakkolwiek jednak ja i moje siostry błagałyśmy, żadne z nich nie chciało nam o tym opowiedzieć. Mama prychała tylko, rzucając:

– Zamorskie twarze trudniej rozczytać. Gdybym wiedziała, że wasz ojciec wybierze przygody ponad majątek...

– I tak by ze mną była – dokończył baba pewnego jesiennego poranka. W oczach migotały mu iskierki. – Wasza mama od początku wiedziała, co ze mnie za typ.

– Pirat – wymamrotała mama. – Złodziej.

– Poszukiwacz przygód – podkreśliłam w tym samym momencie co baba.

Uśmiechnął się i zniżył głos do konspiracyjnego szeptu:

– Kiedyś, w innym życiu, wasza mama była taka sama.

Zrobiłam wielkie oczy, przekonana, że opowiada bajki. Nie wyobrażałam sobie, żeby moja sztywna mama nosiła rozpuszczone włosy, a cóż dopiero mówić o ściganiu bandytów albo żłopaniu wina ryżowego z marynarzami.

Na widok mojej sceptycznej miny mama machnęła ręką.

– To były straszne czasy, zanim jeszcze dorobiłam się moich trzech dziewcząt.

Bardzo chciałam się dowiedzieć czegoś więcej, ale baba i mama wymienili spojrzenia świadczące o tym, że zamykają temat przeszłości.

Mama posadziła mnie sobie na kolanach, a jej głos złagodniał.

– Na szczęście ciebie czeka inny los, Tru. – Dotknęła znamienia w prawym kąciku moich ust. – A to znaczy, że nigdy nie będzie cię dręczyć głód i otrzymasz dar pozwalający ci zarabiać pieniądze.

– A będzie mieć także dar ich oszczędzania? – zażartował baba. Kątem oka zerknął na jedwabną chustę na ramionach mamy i nowe bransolety na jej nadgarstkach. – Bo jej matka go zdecydowanie nie posiadła.

Mama spiorunowała go wzrokiem, lecz na jej ustach ujawnił się dyskretny uśmieszek.

– Naprawdę trudno mi zyskiwać sobie ludzkie zaufanie, skoro poślubiłam Balarczyka – odparowała. Jej wzrok przesunął się po włosach baby, lśniących granatem w promieniach letniego słońca. – Muszę wyglądać reprezentacyjnie, na wypadek gdybyś odstraszył wszystkich klientów.

– Twoja córka to nie klient. Nie prosiła cię o wróżbę.

– Nic nie szkodzi – zapewniłam pospiesznie. – Lubię, kiedy mama mi wróży.

Wtedy to była prawda. Byłam młoda i naiwna, i jak nikt wierzyłam w zdolności mamy.

Baba zacmokał z niezadowoleniem. Gdy mama nie mogła go już usłyszeć, pochylił się do mnie, aż nasze spojrzenia się spotkały, i oznajmił:

– Nikt nie jest w stanie dostrzec przyszłości, Tru. Nawet twoja matka.

– Ale ona mówi...

– Mama lubi... udawać – poinformował najcichszym możliwym głosem.

Zmarszczyłam czoło.

– Jak to?

– Pamiętasz tę historyjkę o rybie i smoku? – zapytał zamiast wyjaśnień. – Szczęście sprzyja tym, którzy skaczą, moja Tru. Gdziekolwiek kryje się twoja fortuna, w bogactwie, miłości czy przygodzie, sama musisz ją zdobyć. Nic nie jest z góry ustalone, ani przez bogów, ani przez linie twojej dłoni czy zmarszczki na czole. – Palcami zaczął liczyć kreski niepokoju przecinające moją twarz. – Według tych linii będziesz mieć siedemnaścioro dzieci.

Zaczęłam chichotać.

– Sama widzisz, to bzdura. – Baba zmierzwił mi włosy.

A potem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyciągnął mi zza kołnierza drewniany statek.

– Ojej – wykrztusiłam, gdy położył mi go na dłoni. Statek był malutki jak filiżanka i wciąż jeszcze nieociosany, ale wygładzone papierem ściernym żagle i postać majestatycznego Feniksa na dziobie zdradzały jego potencjał. – Ten będzie najpiękniejszy, jakiego zrobiłeś.

– Też tak uważam – przytaknął.

Sztuka i morze – to mój ojciec kochał najbardziej, nie licząc rodziny. Gdy wyjeżdżał, ciosał dla nas figurki przedstawiające cuda, które napotkał podczas podróży: małpy i tygrysy, cienistych lalkarzy, mosty przypominające półksiężyce. Razem z młodszymi siostrami miałyśmy pod łóżkiem całą kolekcję takich skarbów. A teraz po raz pierwszy pokazał mi coś, nad czym jeszcze pracował.

– Kiedy skończę, chciałbym, żebyś go dla mnie pomalowała.

Zrobiłam wielkie oczy.

– Ja?

– Tak. Falina powiada, że kiedy mnie tu nie ma, zaglądasz do mojej szafy. Tej z farbami i pędzlami.

– Na łajno demona! Oczywiście, że na mnie doniosła – burczałam sama do siebie, żałując, że moja młodsza siostra w ogóle przyszła na świat.

Chciałam zaprzeczyć, ale w domu mieliśmy zasadę: rodziny się nie okłamuje.

– Zrobiłam to tylko raz – przyznałam. – No, może dwa.

– Dlaczego?

– Byłam ciekawa. W piekarni cioci Lili widziałam obraz Gór Bliźniaczych Rzek. Wyglądały jak dwie gruszki jedna przy drugiej. Wspominała, że kupiła go za trzydzieści jenów. – Zamachałam rękami. – Aż trzydzieści! Miałam ochotę jej powiedzieć, że namalowałabym to lepiej za dwadzieścia.

– A namalowałabyś? Umiałabyś?

Uniosłam w uśmiechu kąciki ust. Ta duma kiedyś mnie zgubi.

– Tak.

Baba gruchnął serdecznym śmiechem.

– Właśnie to chciałem usłyszeć. Balarczycy mają dusze artystów, Tru. Miałem nadzieję, że któraś z moich dziewczynek zajmie się malowaniem. – Rozwinął skórzane etui, które trzymał przy pasie. Jego palce zatańczyły nad zestawem noży rzeźbiarskich, po czym wylądowały na cienkim pędzelku. – Proszę. Zacznij od tego.

Wzięłam pędzelek między palce, zaskoczona tym, jaki jest lekki. Był biały, spiczasty i przypominał koniuszek końskiego ogona. Rączkę wykonano z bambusa. Na rynku widziałam z tuzin takich, ale to, że baba kupił ten jeden właśnie dla mnie, uczyniło go najbardziej niezwykłym na świecie.

– Ma włosie łasicy – wyjaśnił lekko niepewnym głosem. – To niezbyt eleganckie, ale robi dzięki temu najcieńsze linie. Takiego włosia potrzeba w magicznym pędzlu.

– Magicznym pędzlu?

– To taka moja gra z dzieciństwa. Malowałem wszystko, co sobie wymarzyłem: latające statki, ptaki opowiadające historie, latarnie, które nigdy nie gasły. – Pochylił się i konspiracyjnym tonem wyszeptał: – A potem mówiłem „magiczny pędzel” i to wszystko ożywało.

– Naprawdę? – zapytałam z trudem.

– No, nie tak naprawdę – przyznał. – Tu chodzi o wyobraźnię. W tej grze wszystkie zasady i ograniczenia biorą się stąd. – Postukał mnie w czoło.

Z zachwytem wypuściłam powietrze.

– To skąd wiadomo, kto wygrywa?

– W najlepszych grach nie ma zwycięzców ani przegranych.

Wyobraziłam sobie, jak gram w to z siostrami. Fal marzyła tylko o sukniach i drogocennych klejnotach, a Nomi... tu pomyślałam z czułością... zapragnęłaby stosu książek. Nasza najmłodsza siostra była genialna; miała raptem cztery lata, a już czytała lepiej niż Fal i ja.

– Użyj tego pędzla, by namalować to, co prawdziwe, i to, co nieprawdziwe – powiedział baba. – Dopóki malowanie daje ci radość, jest najlepszym ćwiczeniem.

Zrobiło mi się ciepło na sercu.

– Dziękuję, tato.

– Od teraz moje farby należą do ciebie. – Zbliżył do mnie drewniany statek. – Zastanów się, na jakie kolory go pomalujesz. Kiedyś, jeśli los nam pozwoli, to będzie prawdziwy statek i razem nim popłyniemy.

– Jeśli los pozwoli? – zapytałam, unosząc brew. – Nie pamiętasz już, że to my sami tworzymy nasz los.

Zaśmiał się głośno.

– Faktycznie, Tru. Tak właśnie będzie.

W kolejnych tygodniach „magiczny pędzel” szybko stał się moją ulubioną grą. Grałyśmy w nią z siostrami każdego popołudnia, gdy mama w kuchni wróżyła z czół i odczytywała cudze losy.

Nomi uwielbiała nasze gry. Fal też, ale nie mówiła tego głośno. Zawisała mi nad ramieniem, gdy przywoływałam do życia gadające ryby i śpiewające drzewa z opowieści Nomi; krytycznie przyglądała się każdemu pociągnięciu pędzla. A potem nocą dyskutowałyśmy nad statkiem, który miałam pomalować dla baby. Fal chciała, żeby był różowy, Nomi – fioletowy. W moich marzeniach był nieodmiennie niebieski jak bezkresne niebo nad morzem. Miał skrzydła Feniksa zasilane światłem gwiazd. Gdy tylko dorosnę, popłynę nim z babą i obejmę świat we władanie.

Nie miałam wtedy pojęcia, że los planował dla mnie co innego.

Zaczęło się od włosów. Wkrótce po tym, jak skończyłam dziesięć lat, w jedną noc zmieniły kolor.

– Łotrzykowski niebieski – syknęła matka, gdy tylko je zobaczyła.

W mieście taki widok był wyrokiem; równie dobrze mogłabym przyjść na świat z trzema głowami i dodatkową parą rąk.

Mama była zrozpaczona. Szukała eliksirów, które miały przywrócić moim włosom czerń, ale magia była droga i trudno dostępna, więc sama tworzyła wszelkiego rodzaju nalewki, którymi następnie mnie poiła.

Nic nie przynosiło efektów. Żaden tonik, żadna farba ani kapelusz nie zdołały w pełni skryć intensywnie niebieskiego koloru moich włosów. Ścięte odrastały jeszcze szybciej. W skrytości ducha je uwielbiałam. W przeciwieństwie do Faliny, która przejęła to, co najlepsze, i po mamie, i po babie, ja byłam zupełnie przeciętna – z wyjątkiem włosów. Plotki, które wzbudzały, tylko irytowały Fal, aż nie chciała mieć ze mną nic wspólnego. A to oczywiście sprawiło, że pokochałam je jeszcze bardziej.

Nim skończyłam trzynaście lat, kolor stał się tak jaskrawy, że baba żartował, iż gdyby zdołał zrobić z nich farbę, zyskałby dość pieniędzy, by kupić dom na ulicy Oyang – a tam swoje rezydencje mieli tylko najzamożniejsi kupcy.

– Jak możesz stroić sobie żarty z takich rzeczy? – utyskiwała mama. – Teraz nikt nie zechce się z nią ożenić.

– To wspaniale – odpowiadał baba. – Będzie mogła wyruszyć ze mną na morze.

Mama patrzyła na niego wzburzona.

– Może wy, barbarzyńcy z Balaru, robicie z dziewcząt poszukiwaczy przygód, ale tu...

– Tu, w Gangsun, kobieta nie może prowadzić sklepu bez pozwolenia męża – wtrącał baba. – Ani nawet domu. Z moimi dziewczynkami będzie inaczej.

– Tak, bogato wyjdą za mąż – odpowiadała mama, która zawsze musiała mieć ostatnie słowo.

Więcej nie rozmawiali o moich włosach, kilka dni później bowiem baba obwieścił, że wyjeżdża. Przyjął propozycję pilnej wyprawy na drugi koniec świata. Nie mógł nam zdradzić nic więcej, ale my przywykłyśmy do jego tajnych misji.

– Będziecie żeglować po morzu Taidżin? – zapytała Nomi, gdy baba pakował do skrzyni podróżnej najcieplejsze płaszcze. W dłoni trzymała pół gniazdka, które zostało jej po śniadaniu, i chrupała podczas mówienia. – Słyszałam, że mają tam smoki. Jeśli jakiegoś spotkasz, zaprzyjaźnisz się z nim? Babo, obiecaj. Najbardziej na świecie chciałabym poznać smoka.

Baba zachichotał.

– Żeglowałem po morzu Taidżin trzynaście razy, Nomi, i ani razu nie spotkałem smoka. Ale jeśli zdarzy się inaczej, przekażę mu pozdrowienia od ciebie.

– Przekaż mu jeszcze to. – Nomi sięgnęła na patelnię mamy po ostatnie gniazdko. Z zamkniętymi oczami wciągnęła do płuc jego zapach, a potem podała wypiek babie niczym najcenniejszą z nagród. – Najlepsze przyjaźnie zawiera się podczas jedzenia.

Wtedy baba ją objął, ja też się przytuliłam. Choćbym miała i sto sióstr, Nomi i tak byłaby moją ulubioną.

– Dokąd się wybierasz, babo? – dopytywała Falina. – Czy to zawsze musi być tajemnica?

– To tajemnica tylko dlatego, że nie przekazano mi jeszcze szczegółów tej misji – odparł baba. – Wiem tylko, że na północy odnaleziono skarb, a ja mam go przetransportować do stolicy.

– Ile czasu cię nie będzie? – zapytałam.

– Wrócę nie później niż na zimę, tak liczę.

– Na zimę! – Falinie zrzedła mina. Ten jeden raz nie miałam do niej pretensji. – Przecież to za kilka miesięcy.

– Wrócę akurat na śniegi – odpowiedział baba. – A czyż nie kochamy śniegu, moja sosenko, moja śliweczko, mój bambusiku?

Słysząc ten zwrot, stłumiłyśmy dalsze protesty. Te zdrobnienia wzięły się od ulubionego obrazu baby, przedstawiającego trzy drzewa pokryte śniegiem: Nomi była bambusem, Falina – śliwą, a ja – sosną. Te trzy drzewa nie tylko przetrwały mimo chłodu, lecz także ukazały swój urok. To przypominało nam, że musimy być silne.

– Koniec z kwaśnymi minami – zarządził baba. – Tylko wasza matka się uśmiecha.

Mama była wniebowzięta, co dało się odgadnąć już po śniadaniu. Zazwyczaj o poranku jedliśmy rozwodniony wywar z warzyw i przypalony ryż, a dziś czekała nas prawdziwa uczta. Rybne congee z wszelkimi możliwymi dodatkami, szczypiorkiem, suszonymi krewetkami i solonymi jajkami, a do tego ogromna patelnia pełna gniazdek smażonych w głębokim tłuszczu. Jej specjalność. Mama robiła gniazdka tylko wtedy, gdy w naszej przyszłości widziała coś dobrego.

– Ta wyprawa zmieni wszystko – oznajmiła i wrzuciła do miski Nomi z congee kolejne gniazdko. – Czuję to.

Kiedy zjedliśmy, zebrała nas wokół baby.

– A teraz powiedzcie ojcu, jakie prezenty chciałybyście, by wam przywiózł.

– Perły i opale – wypaliła Falina, która zawsze musiała być pierwsza. – I nową suknię z jedwabiu, a do niej żakiet na każdy dzień tygodnia. I pantofle! Haftowane pantofle z zadartymi noskami. – Zrobiła pauzę i zerknęła na mnie. – Malujesz, Tru? Nie chcę, żeby baba zapomniał.

Ulubioną rozrywką Fal było granie mi na nerwach. Starając się nie wywracać oczami, zawiesiłam pędzel nad bezcennym płótnem, które zachowałam na dziś.

– To wszystko? – zapytałam i zaczęłam malować portret Faliny z opalowymi kolczykami i perłami na głowie.

Korciło mnie, żeby wszystkie jej suknie namalować podarte i poplamione, ale się powstrzymałam. Niezależnie od tego, czy była to moja najmniej lubiana siostra, malowanie magicznym pędzlem niemiłych rzeczy przynosiło pecha.

– Dodaj jeszcze lusterko w ramie z brązu – rzuciła – jak u księżniczek w Japporze.

– Skąd wiesz, co mają księżniczki w Japporze? – zapytał baba.

– Mama mi powiedziała.

– Ach, oczywiście. – Wymienił uśmiechy z naszą matką. – Lustra są drogie, Falino, ale zobaczę, co da się załatwić.

– Dziękuję, babo. – Fal cmoknęła go w policzek.

Następna była Nomi, która za każdym razem prosiła o to samo.

– Chciałabym dostać torbę pełną książek – oznajmiła najniższym, najpoważniejszym głosem, na jaki stać było ośmiolatkę. – A jeśli nie uda ci się znaleźć smoka, zadowolę się syrenką.

– Z zielonymi włosami i liliowym ogonem malowanym zmierzchem? – Ja już wiedziałam.

– I z perłami pod oczami – dodała przejęta Nomi. – Czytałam, że syreny płaczą perłami. Najczystszymi w całym morzu.

– To brzmi boleśnie – zauważyła Falina.

– Nie, kiedy jesteś syreną – zapewniła Nomi. – To tak naturalne jak fakt, że pszczoły produkują miód.

Fal zacmokała nad romantycznymi wizjami siostry, a ja postanowiłam ucieszyć Nomi, dodając do malunku smoka i syrenkę. Na płótnie robiło się już tłoczno przez wszystkie suknie Faliny, ale byłam dumna z wizerunku smoka. Nie wiedziałam, jak powinny wyglądać jego łuski i nozdrza, więc narysowałam serię nierównych owalnych kształtów podobnych raczej łezek oraz prosty, dumny nos – taki, o jakim mama mówiła, że przypomina wodospad pieniędzy – a do tego ogon rozpościerający się niczym płomień.

– Smoki chyba nie mają takich nóg – stwierdziła Fal, marszcząc nos. – Wygląda, jakby chodził, a nie pływał.

– A mnie się podoba. – Nomi wzięła moją stronę. – Wygląda dostojnie. Niemal prawdziwie.

Wyglądał prawdziwie, tylko jeszcze nie narysowałam mu źrenic. Baba powtarzał, że oczy smoka to jego dusza i że zawsze trzeba je rysować na końcu, gdy portretujemy tak nieprzewidywalne stworzenie: w przeciwnym razie wyskoczy z kartki i zmiecie mnie z powierzchni.

– Tylko zostaw miejsce na swoje życzenie, Tru – przypomniał mi baba. – Co byś chciała?

Nie musiałam się długo zastanawiać.

– Chciałabym, żebyś skończył go rzeźbić – odparłam i podałam mu drewniany stateczek, który zrobił dla mnie przed laty. – Jestem gotowa go pomalować.

Baba się uśmiechnął, ale w oczach błysnął mu smutek, gdy wziął figurkę z moich rąk.

– Powiedziałam coś nie tak? – zaniepokoiłam się.

– Nie, nie. – Włożył stateczek do torby. – Myślę tylko, o ile wyższe będą moje dziewczynki, gdy zobaczymy się następnym razem.

Z tymi słowy wziął Nomi w ramiona, poczochrał mi niebieskie włosy i poklepał warkocze Faliny, po czym objął mamę w pasie. Ta najpierw się skrzywiła, ale potem przytuliła się do niego, kiedy myślała, że nie patrzymy.

Malunek był skończony. Sportretowałam całą naszą piątkę przed statkiem baby, z sukniami Fal tańczącymi w powietrzu i smokiem Nomi przyglądającym się temu sceptycznie, i jeszcze z patelnią gniazdek na samym środku – na szczęście. Podmuchaliśmy na niego razem, żeby szybciej wysechł, a potem jednym głosem, niczym kapłanki przekazujące błogosławieństwo, wykrzyknęłyśmy, siostry i ja:

– Magiczny pędzel!

Baba objął każdą z nas po kolei. Kiedy przyszedł czas na mnie, nie mogłam go puścić.

– Zapomnij o drewnianym statku – wyszeptałam mu do ucha. – Zapomnij o sukniach Fal i syrenkach Nomi. Obiecaj tylko, że następnym razem weźmiesz nas wszystkie ze sobą.

Baba przekrzywił głowę na bok. Oczy mu zalśniły.

– Jesteś pewna, że Fal by tego chciała?

– Zatem weź Nomi i mnie. – Uśmiechnęłam się i przerzuciłam mu przez ramię końce jego zielonego szalika. – Ona będzie szukać smoków, a ja liczyć nasze skarby.

– To wy jesteście moim skarbem – oznajmił i pocałował mnie w czoło. – Ty, twoje siostry i wasza mama. – Z czułością dotknął moich włosów. – To ostatni raz, kiedy zostawiam swoje skarby.

A potem wyszedł do portu ze skrzynią podróżną pod jedną pachą i skórzaną torbą na ramieniu – spod na wpół otwartej klapy wystawał koniec mojego malunku. Razem z Nomi pobiegłyśmy do okna i obserwowałyśmy, jak przeciska się przez tłum na drodze. Byłam wdzięczna, że balarska krew dała mu wysoki wzrost, dzięki temu mogłam go śledzić, póki nie zniknął za rogiem.

A kiedy zniknął, zamknęłam okiennice i zajęłam się zmywaniem naczyń. Baba zostawiał nas już dziesiątki razy. Nie miałam powodu, by sądzić, że tym razem będzie inaczej niż zwykle.

Jakże się myliłam.

Cztery miesiące później, w szary zimowy poranek, ostatni w starym roku, w kuchni rozbiła się donica.

Nomi pierwsza to usłyszała. Z nas trzech to ona miała najlżejszy sen. Podskoczyła gwałtownie i obudziła mnie kopniakiem.

– Co to było?

Zamarłam, nasłuchując dalszych dźwięków. Odpowiedziała mi cisza.

– Nie wiem – odszepnęłam. – Może szczur.

Nomi pisnęła cicho.

– Szczur?

– Wyszły świętować koniec roku – zakpiłam i usiadłam, by wyjrzeć przez okno. Na gałęziach modrzewi wisiały latarnie, a w nocy rozkwitły niebieskie dzwoneczniki: miały kształt gwiazd z żółtymi dzwonkami i były pierwszymi zwiastunami wiosny... oraz moimi ulubionymi kwiatami. – Spójrz, na wszystkich sklepach są transparenty ze szczurami. Od jutra będzie ich rok.

Nomi potarła oczy.

– Nienawidzę roku szczura.

– Nie mów tak. To pierwszy rok cyklu.

– W Balarze nie ma roku szczura, tylko lata z liczbami. Łatwiej je rachować, nie sądzisz?

Nomi była taka mała i już tak straszliwie praktyczna.

Podniosła gwałtownie głowę i nagle usiadła na łóżku.

– Słyszę mamę.

Też ją usłyszałam.

– Zostań tutaj. Tu jest ciepło – powiedziałam jej i zaczęłam się wspinać po Falinie, która miała w uszach bawełniane zatyczki i mogłaby przespać nawet monsun. – Ja pójdę sprawdzić.

Znalazłam mamę w kuchni. Szlochała. Z początku myślałam, że chodzi o rozbitą donicę z dzwonecznikami, zniszczone kwiaty i kawałki pomarańczowej gliny rozrzucone po całym pomieszczeniu.

A potem zobaczyłam list w jej dłoni.

Moje serce ściskało się i ściskało coraz bardziej, aż brakło mi tchu. Wykrztusiłam chrapliwie tylko jedno słowo:

– Baba.

Nigdy nie zapomnę, jak z płuc mamy uciekło powietrze, gdy odwróciła się w moją stronę. Jak drgnął mięsień jej żuchwy, a usta zacisnęły się w wąską linię, jakby żałowała, że już nie śpię, że nie mogę już spać. Osunęła się po ścianie, a list wypadł jej z ręki. Złapałam go, nim opadł na kupkę ziemi.

Papier był mokry w zgięciach, a stary deszcz rozmazał jaskrawoczerwony tusz. W znakach składających się w imię baby brakowało kilku kresek – urzędnicy nie umieli przełożyć jego imienia na a’landiański – ale i tak było ono jasne: „Do rodziny Arbana Saigasa”.

Paliły mnie oczy, tusz rozmywał się podczas czytania. Sztorm złapał statek baby. Większość załogi przeżyła – dzięki niemu. Ale on zaginął.

Zaginął. Słowo eksplodowało mi w głowie i nagle poczułam się tak, jakbym pływała po stronach słownika Nomi, próbując znaleźć inne znaczenie tego wyrazu, inne niż zniknąć, rozpłynąć się...

Przepaść.

Nie, to niemożliwe.

– Czy baba nie...? – Nie umiałam dokończyć.

Kolana się pode mną ugięły, z gardła wydarł się zduszony krzyk. Mama zasłoniła mi usta dłonią.

– Nie budź sióstr. Niech jeszcze trochę pośpią.

Ale było już za późno. Nomi znalazła się za drzwiami i wychynęła z cienia z na wpół zapiętą kurtką. Wszystko słyszała. Falina też.

Falina wzięła Nomi w ramiona. Usta najmłodszej siostry zrobiły się ciemnoróżowe. Złapała się za pierś i zaczęła kaszleć, gdy jej płuca wiły się w konwulsjach szoku.

Do oczu Fal nabiegły łzy; klepała siostrę po plecach.

– Nomi, przestań.

Nie wiedząc, co innego miałabym zrobić, wzięłam Nomi za rękę i wytarłam jej nos rękawem. Wszystko będzie dobrze, chciałam jej powiedzieć. Fal i ja się tobą zajmiemy.

Ale słowa nie chciały ze mnie wyjść. Płynęły tylko łzy.

Objęłam siostry, w głowie rozpaczliwie przekształcając ten poranek w taki, kiedy baba wróciłby jak zawsze. Z prezentami, z rzeźbionymi figurkami zwierząt i słodyczami owiniętymi liśćmi bananowca. Z nowymi historiami. W każdej chwili mógł pojawić się w drzwiach.

Ale mijały sekundy i stało się jasne, że moja wizja to tylko iluzja. Pobożne życzenie. Nic nie mogło odmienić bolesnej rzeczywistości, w której mama zgarbiła się przy ścianie, a koniuszki jej paznokci zabarwiły się na czerwono od imienia baby. Martwego baby.

I właśnie wtedy mama powiedziała:

– Wasz ojciec żyje.

Nomi z trudem złapała powietrze.

– Co?

– Nie umarł – powtórzyła mama.

Fal podniosła na nią niepewny wzrok.

– Ale ten list... Baba... on... zaginął na morzu.

– Zaginął, a nie zginął. Czyli jeszcze go nie odnaleźli – wyjaśniła mama. – Jestem najlepszą wróżbitką w Gangsun. A to znaczy, że właściwie jestem najlepsza na świecie.

– I zdołasz go znaleźć? – zapytała ostrożnie Nomi.

– Tak – odparła. – Ale najpierw będę potrzebować pieniędzy. – Jej szczęka stężała. – Ojciec nie pozostawił nam ich wiele.

Mówiła z trudem. Nie z wyrzutem, ale ze zmartwieniem. Nigdy dotąd nie widziałam tej wersji mamy. Włożyła rękawiczki, wzięła swój koszyk.

– Zamiećcie podłogę. Wrócę za godzinę.

– Dokąd idziesz?

Mama się zawahała.

– Dokupić ryżu.

Wiedziałam, że ryż to tylko przykrywka. Zamierzała zdobyć odpowiedzi od partnerów biznesowych baby. Odpowiedzi – i pieniądze. Skoro nie wracał...

Znów otarłam łzy Nomi swoim rękawem.

– Płacz, ile potrzebujesz – powiedziałam i przycisnęłam ją do siebie.

Nomi szlochała mi w ramionach, a mama zniknęła bez dalszych wyjaśnień.

Fal dotknęła ramienia Nomi. Ona też najbardziej lubiła najmłodszą siostrę. Dogadywałyśmy się tylko dla niej.

– Nie słyszałaś, co powiedziała mama? – zapytała. – Znajdzie go.

Pewność w jej głosie sprawiła, że Nomi podniosła spojrzenie.

– I... i naprawdę myślicie, ż-że on... żyje? – zapytała drżącym głosem. Gwałtownie wciągnęła powietrze. – Myślicie, że... że mama zdoła go znaleźć?

Fal spojrzała na mnie, a w jej nabiegłych krwią oczach odbijała się ta sama rozpaczliwa nadzieja co w spojrzeniu Nomi.

List zamarł mi na kolanach, pognieciony papier poplamiony łzami. Czerwony atrament zabarwił opuszki palców, ten widok miał mi się na zawsze wryć w pamięć i zostać tam nawet po tym, jak wytrę palce do czysta.

Nie, powinnam była odpowiedzieć. Wcale tak nie uważam.

To byłaby prawda. Ale po raz pierwszy zobaczyłam pęknięcia w kamiennej postawie mamy. Wiedziałam, że udaje. Musiała udawać. Dla nas.

Widząc więc, jak nasz los rozsypuje się w pył, ja też udałam dzielną.

– Tak – okłamałam siostry. – Myślę, że tak właśnie będzie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki