Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
54 osoby interesują się tą książką
Mo Weiyu był Cesarzem Ludzkiego Wymiaru, Czcigodnym Depczącym Nieśmiertelnych, niepokonanym tyranem budzącym strach w sercach zarówno zwykłych ludzi, jak i najpotężniejszych kultywatorów. Miał wszystko.
Znaleźli się tacy, którzy pragnęli go obalić, którzy pałali gniewem i pragnieniem zemsty, odebrał im jednak zwycięstwo, zażywając truciznę. Trzydziestoletni cesarz świata kultywacji odszedł na własnych warunkach.
Ale zamiast trafić pod sąd Yanluo, obudził się w przeszłości.
Czy to kara? Czy szansa na naprawienie błędów?
Mo Ran znów ma szesnaście lat i całe życie przed sobą. Znów u boku ma tych, których kocha i tych, których, jak mu się w tym i w poprzednim życiu zdawało, nienawidzi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 501
Published originally under the title of 《二哈和他的白猫师尊》 (The Husky and His White Cat Shizun)
Copyright © 肉包不吃肉(Rou Bao Bu Chi Rou) Polish edition rights under license granted by海南千禾星摇文化创意有限公司 Hainan Qianhe Xingyao Wen Hua Chuang Yi You Xian Gong Si Polish edition copyright © 2026 Wydawnictwo Czarna Owca Polish edition arranged through JS Agency Co., Ltd Copyright © 2026 for the Polish translation by Aleksandra Woźniak-Marchewka, Weronika Zielińska, Paulina Brzozowska, Kinga Budzyńska
All rights reserved
OstrzeżenieKsiążka zawiera drastyczne sceny, opisy tortur, okaleczeń i śmierci, a także przemoc na tle seksualnym oraz wulgarny język i jest przeznaczona dla dorosłych czytelniczek i czytelników.
Redaktorka prowadząca: Agnieszka Radzikowska Redakcja i konsultacja: Agnieszka Szmatoła Korekta: Ewa Skibińska, Lena Marciniak, Marta Tyczyńska-Lewicka Ilustracja okładkowa, czarno-białe białe ilustracje scen: Anna Podedworna Projekt okładki i przygotowanie do druku: Natalia Twardy Konsultacja: Alicja „Luśka” Rybak, Małgorzata „Roshanke” Derewicz, Weronika „Liuhao” Skoczek Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie pierwsze Warszawa 2026 ISBN 978-83-8382-994-4
Mam nadzieję, że spodoba się Wam ta historia.
Rou Bao Bu Chi Rou
Lista postaci
Szczyt Życia i Śmierci1
Mo Ran – Cesarz Ludzkiego Wymiaru, Czcigodny Depczący Nieśmiertelnych, obecnie uczeń ze Szczytu Życia i Śmierci, bardzo lubi Shi Meia, nie wie, co czuje do Chu Wanninga.
Chu Wanning – mistrz ze Szczytu Życia i Śmierci, Shizun Mo Rana, Xue Menga i Shi Meia.
Xue Meng – młody panicz Szczytu Życia i Śmierci, kuzyn Mo Rana.
Shi Mei – uczeń Szczytu Życia i Śmierci, ukochany Mo Rana.
Pani Wang – matka Xue Menga, żona Xue Zhengyonga.
Xue Zhengyong – Wielki Mistrz Szczytu Życia i Śmierci, ojciec Xue Menga i wuj Mo Rana.
A Li – kotka pani Wang.
Starsi ze Szczytu Życia i Śmierci
Starszy Strzegący Praw (Jièlǜ)– dba o przestrzeganie zasad Szczytu Życia i Śmierci i wymierza kary za ich złamanie.
Starszy Czterech Gwiazd (Xuánjī) – bardzo popularny wśród uczniów Szczytu Życia i Śmierci, ponieważ jego metody kultywacji są łatwe do nauczenia, a on sam jest bardzo miły.
Starszy Siódmej Gwiazdy (Pòjūn).
Starszy Pięciu Gwiazd (Qīshā) – nie przepada za starszym Trzeciej Gwiazdy. Bardzo.
Starszy Pierwszej Gwiazdy (Tānláng) – jest znakomitym alchemikiem i zna się na medycynie i uzdrawianiu.
Starszy Trzeciej Gwiazdy (Lùcún) – przystojny i trochę zniewieściały.
Miasteczko Motyli
Pan Chen – głowa rodziny Chen.
Pani Chen – małżonka pana Chen.
Pani Chen-Yao – żona Chen Bohuana, córka szanownego sędziego Yao.
Chen Bohuan – najstarszy syn rodziny Chen.
Chen Yanji – najmłodszy syn rodziny Chen.
Córka rodziny Chen – najmłodsza spośród rodzeństwa Chen.
Luo Xianxian – dziewczyna pochodząca z Miasteczka Motyli.
Uczony Luo – ojciec Luo Xianxian, niespełniony uczony.
Mistrzyni Ceremonii – bożek czczony w świątyni na obrzeżach Miasteczka Motyli przez jego mieszkańców.
Szalony da-gege – tajemniczy nieznajomy, który pewnej nocy pojawił się przed domem małej Luo Xianxian.
Złote Jezioro
Gouchen Wywyższony – bóg zamieszkujący Złote Jezioro.
Wangyue – smok służący Gouchenowi Wywyższonemu.
Ji Baihua – lisi duch zamieszkujący Złote Jezioro.
Zhaixin Liu – duch drzewa wierzby rezydujący w Złotym Jeziorze.
Inni
Rong Jiu – chłopak do towarzystwa pracujący w domu uciech w mieście opodal Szczytu Życia i Śmierci.
Dachang/Changda – najstarszy syn z bogatej rodziny kupieckiej, patron Rong Jiu.
Song Qiutong – w przeszłości żona Mo Rana, członkini sekty Myśli Konfucjańskiej.
KSIĘGA PIERWSZA
CZĘŚĆ PIERWSZA
Rozdział 1
Ten Czcigodny nie żyje
Mo Ran jeszcze nie był wtedy cesarzem, a wszyscy wyzywali go od psów.
Ludzie z wioski nazywali go psubratem, kuzyni – kundlem, ale najgorsza była kobieta, która się nim zajmowała, ta wymyślała mu od psich pomiotów.
Oczywiście były też pewne podobieństwa z psami, które mógł uznać za nienajgorsze. Na przykład obiekty jego jednonocnych romansów zawsze wyrażały trochę udawanego gniewu, że siła jego lędźwi jest w łóżku niczym u dzikiego psa, że słodkimi słówkami wabi ludzkie dusze, a jego potężna broń prawie odbiera życie, ale potem szybko biegły się chwalić innym, tak żeby wszyscy w przybytku wiedzieli, że on, Mo Weiyu, jest urodziwym, dobrze wyposażonym mężczyzną. Kto spróbował, tego apetyty zostały zaspokojone, kto nie – ten aż przebierał nogami, by spróbować.
Trzeba przyznać, że ci wszyscy ludzie mieli rację: Mo Ran przypominał merdającego ogonem, głupiego psa.
Dopiero gdy został cesarzem świata kultywacji, te przezwiska zniknęły. W okamgnieniu.
Pewnego dnia mała sekta z odległych stron podarowała mu szczeniaka.
Pies był szaro-biały, z trzema jasnymi gwiazdkami na czole, trochę przypominał wilka. Był jednak wielkości główki kapusty, wyglądał jak główka kapusty i miał tyle samo rozsądku, pulchny i okrągły. Wciąż jednak myślał, że robi wrażenie wielkiego, biegał więc po głównej sali, kilka razy chciał się wspiąć na wysokie schody, zobaczyć dobrze człowieka, który zasiadał na tronie, ale miał za krótkie łapy, zawsze więc kończyło się to niepowodzeniem.
Mo Ran patrzył na tę kulkę sierści, pełną siły, ale nieświadomą, jak jej użyć, i kompletnie pozbawioną rozsądku. Obserwował psiaka przez chwilę, po czym wybuchał śmiechem, śmiał się i łajał to głupie stworzenie.
Szczeniak szybko wyrósł na dużego psa, duży pies stał się starym psem, a stary – martwym.
Mo Ran ledwie mrugnął, a już trzydzieści dwa lata jego życia przemknęły pośród chwały i hańby, wzlotów i upadków.
Znudził się już zabawą, czuł się utrudzony i samotny. Coraz mniej było wokół niego ludzi, których znał, nawet pies z trzema gwiazdkami na czole dokonał żywota. Dlatego Mo Ran pomyślał, że nadszedł czas, by to wszystko zakończyć.
Z tacy na owoce wziął krystalicznie czyste winogrono i obrał je z fioletowej skórki.
Jego ruchy były spokojne i zręczne, jak u króla Qiang, który w namiocie wyłuskiwał z szat konkubinę Hu, z pewnym leniwym zniechęceniem. Zielony miąższ drgał delikatnie w jego palcach, sok rozlał się delikatnym odcieniem, jak dzikie gęsi niosące czerwoną jutrzenkę, jak opadające kwiaty jabłoni.
Jak brudna krew.
Połykał słodki miąższ, oglądając swoje palce, po czym leniwie podniósł powieki. Siedział tak i myślał dwie godziny2.
Powinien zstąpić do piekieł. Mo Ran o imieniu Weiyu. Pierwszy władca świata kultywacji.
Niełatwo było zasiąść na tym miejscu. Wymagało to nie tylko ogromnej mocy, lecz także skóry twardej niczym skała.
W czasach przed nim dziesięć wielkich sekt świata kultywacji rywalizowało ze sobą, utrzymując podobną pozycję i pilnując się nawzajem. Nikt nie mógł zmienić świata sam jeden. Co więcej, każdy z przywódców był wielce utalentowanym człowiekiem, oczytanym w klasycznych tekstach, i nawet gdyby dla zabawy zechciał sięgnąć po tytuł, bałby się pióra historyków, bałby się, że przez tysiące lat jego imię będzie skalane.
Ale Mo Ran był inny. Był wyrzutkiem.
Robił to, czego inni nie ośmielili się robić. Pił najmocniejszy alkohol, brał za żony najpiękniejsze kobiety, stał się przywódcą świata kultywacji – Czcigodnym Depczącym Nieśmiertelnych – a później ogłosił się cesarzem.
Wszyscy przed nim uklękneli.
Tych, którzy się nie ugięli, wycięto w pień. W latach jego panowania świat kultywacji utonął we krwi i w jękach ofiar. Niezliczeni bohaterowie ginęli dzielnie, a jedną z dziesięciu wielkich sekt, Sektę Myśli Konfucjańskiej, unicestwiono.
I sam mistrz Mo Rana nie umknął jego pazurom, przegrał pojedynek, po czym jego niegdyś ukochany uczeń zabrał go do pałacu i uwięził. Nikt nie poznał miejsca jego pobytu.
Niegdyś mlekiem i miodem płynąca kraina stała się pobojowiskiem.
Dla psiego cesarza Mo Rana, który nauce poświęcił może kilka dni, nie istniały żadne granice. Dlatego też czasy jego panowania naznaczyło nieskończenie wiele absurdów, począwszy od samej nazwy epoki.
Pierwsze trzy lata swojego panowania nazwał „erą sukinsyna”, co wymyślił, siedząc nad stawem i karmiąc ryby.
Kolejne trzy – „erą rechotu”, ponieważ pewnego letniego dnia usłyszał na dziedzińcu rechotanie żab i uznał, że jest to zesłana z niebios inspiracja, której nie wolno zignorować.
Uczeni uznali, że nie można stworzyć nazw bardziej niefortunnych, okazało się jednak, że nic nie wiedzieli o Mo Weiyu.
W ciągu kolejnych trzech lat lud zaczął się burzyć. Buddyści, taoiści czy spirytualiści, wszyscy oni byli szlachetnymi mężami, którzy nie mogli znieść tyranii Mo Weiyu. Wzniecali jedno powstanie za drugim. Dlatego też Mo Ran myślał cały dzień, aż po niezliczonych próbach powstała nazwa, która wstrząsnęła niebem i ziemią – „nastanie pokój”.
Znaczenie było pomyślne. Nazwa, nad którą głowił się pierwszy cesarz, miała oznaczać „porzucić broń, przywrócić pokój”, ale wersja krążąca wśród ludu brzmiała dość niezręcznie.
Zwłaszcza jeśli ktoś nie umiał pisać.
Pierwszy rok nazywał się „pokój”, co dla ludu brzmiało jak „po chuj”. Kolejny rok nazywał się „drugim rokiem po chuj”. Trzeci rok – „po chuj”.
Niektórzy wyklinali za zamkniętymi drzwiami:
– To doprawdy absurdalne! Czemu nie mówić po prostu „rok nastania pokoju”! Przyjdzie czas, że nie trzeba będzie pytać mężczyzny o wiek, tylko o wiek chuja! Stuletni starzec będzie stuletnim chujem!
Po trzyletnich zmaganiach era ta dobiegła końca.
Cały świat zamarł w oczekiwaniu na nazwę czwartej ery, ale tym razem Mo Ran żadnej nie wybrał, bo w tym właśnie roku świat kultywacji pogrążył się w chaosie. Przełykający upokorzenie i powstrzymujący gniew przez dziesięć lat, szlachetni wojownicy w końcu zawarli przymierze i zebrali ogromną armię, której milion żołnierzy miał zmusić Mo Weiyu do ustąpienia z tronu.
Świat kultywacji nie potrzebował cesarza.
A już zwłaszcza nie potrzebował takiego tyrana.
Po wielu miesiącach krwawych bitew armia powstańcza dotarła do Szczytu Życia i Śmierci. Ta góra o stromych zboczach stała w prowincji Syczuan, a na jej szczycie spowitym przez cały rok mgłą majestatycznie wznosiła się rezydencja Mo Rana.
Strzały były już na cięciwach, wystarczył jeden ostateczny cios, by dosięgnąć pałacu. Ostateczny, ale i najbardziej niebezpieczny. Mieli już zwycięstwo w zasięgu wzroku, gdy wśród zjednoczonych armii, które wcześniej połączył wspólny wróg, nastąpiły pewne spory. Stary cesarz upadnie, nastanie nowy porządek. Nikt nie chciał w takiej chwili marnować sił, nie było więc komu zadać ciosu i zaatakować górę.
Bali się, że ten przebiegły i podstępny tyran zstąpi nagle z nieba, obnaży zęby białe jak u dzikiej bestii i rozedrze na strzępy tych, którzy ośmielili się oblegać jego pałac.
Niektórzy mówili, śmiertelnie poważni:
– Moc Mo Weiyu jest wielka, a on sam jak trucizna dla ludzi, bądźmy ostrożni, nie wchodźmy mu w drogę.
Generałowie jeden za drugim powtarzali to samo. Ale wtedy wystąpił pewien młodzieniec o urodziwych rysach i dostojnym wyglądzie. Nosił srebrzysto-błękitną zbroję, pas z głową lwa, włosy miał upięte wysoko za pomocą pięknej srebrnej klamry. Nieprzyjemny miał tylko wyraz twarzy.
– Jesteśmy wszyscy u stóp góry, a wy się wciąż wahacie, czy na nią wejść? Czyżbyście się spodziewali, że Mo Weiyu sam do was zejdzie? Banda tchórzliwych śmieci!
– Co ty wygadujesz, paniczu Xue? – protestowali otaczający go ludzie. – Jak to, my, tchórze? W sprawach wojny najważniejsza jest ostrożność. Gdyby każdy był tak beztroski jak ty, kto by wziął odpowiedzialność, gdyby stało się coś złego?
Ktoś zaśmiał się kpiąco.
– Panicz Xue jest wybrańcem Niebios, my tutaj to zwykłe szaraczki. Skoro wybraniec nie może się doczekać, by stawić czoła cesarzowi, niech ruszy sam. My wyprawimy ucztę u stóp góry i poczekamy, aż przyniesiesz nam głowę Mo Weiyu, tak będzie najlepiej.
Mocne to były słowa. Pewien stary mnich, który znajdował się wśród sprzymierzonych armii, powstrzymał młodzieńca przed wybuchem.
– Paniczu Xue – powiedział łagodnym tonem, przybierając dystyngowany wyraz twarzy. – Posłuchaj, proszę, starego mnicha. Wiemy, jak wielką urazę żywisz do Mo Weiyu. Ale zmuszenie cesarza do ustąpienia jest bardzo ważną sprawą. Musisz myśleć o wszystkich i nie możesz działać impulsywnie.
Panicz Xue, który znalazł się w ogniu krytyki, nazywał się Xue Meng. Dziesięć lat wcześniej był młodzieńcem o wielkich talentach, prawdziwym wybrańcem Niebios, któremu wszyscy schlebiali. Ale czas płynie, a okoliczności się zmieniają. Ktoś, kto kiedyś był u władzy, później stanie się celem innych. Musiał wytrzymać ich kpiny i śmiech, by dostać się na górę i raz jeszcze spotkać się z Mo Ranem.
Twarz Xue Menga wykrzywił gniew, usta mu drżały, ale ze wszystkich sił starał się zachować spokój.
– Jak długo więc zamierzacie czekać?
– Zobaczmy chociaż, co się stanie.
– Właśnie, co, jeśli Mo Weiyu zastawił pułapkę?
– Paniczu Xue – napominał stary mnich, który przed chwilą próbował załagodzić sytuację – nie denerwuj się, wszyscy dotarliśmy już do podnóża góry, lepiej być ostrożnym. Mo Weiyu jest uwięziony w pałacu, nie zejdzie z góry. Jest u kresu sił, nie jest w stanie dokonać żadnych wielkich rzeczy, dlaczego więc mamy działać pochopnie i przyspieszać sprawy? U stóp góry jest nas tak wielu, tak wielu znamienitych możnych, jeśli ktoś z nich straci życie, kto będzie za to odpowiedzialny?
– Odpowiedzialny? – Panicz Xue wybuchnął nagłym gniewem. – Spytam cię więc: kto weźmie odpowiedzialność za życie mojego Shizuna? Mo Ran od dziesięciu lat trzyma go w areszcie domowym. Całe dziesięć lat! Jak mogę czekać, gdy mój Shizun jest tam, na górze?
Gdy tylko zebrani usłyszeli o Shizunie Xue Menga, na ich twarzach pojawiło się zmieszanie. Jedni wydawali się zawstydzeni, inni patrzyli to w prawo, to w lewo, jeszcze inni mamrotali coś pod nosem.
– Dziesięć lat temu Mo Ran ogłosił się Czcigodnym Depczącym Nieśmiertelnych. Wyrżnął siedemdziesiąt dwa miasta Sekty Myśli Konfucjańskiej, pragnął też obrócić w pył pozostałe dziewięć wielkich sekt. Później ogłosił się cesarzem, chciał zabić was wszystkich. Kto w końcu zapobiegł tym dwóm katastrofom? Gdyby nie mój Shizun, czy wciąż byście żyli? Czy wciąż moglibyście ze mną rozmawiać?
Ktoś w tłumie odchrząknął dwukrotnie i odezwał się łagodnie:
– Paniczu Xue, nie pozwól, by opanował cię gniew. Wszyscy czujemy się winni w sprawie mistrza Chu i jesteśmy mu wdzięczni. Ale jak mówisz, przebywa w areszcie domowym już dziesięć lat, gdyby coś już się… Czekałeś dziesięć lat, nie spiesz się więc i teraz, co sądzisz?
– Gówno sądzę!
– Jak śmiesz tak się do nas zwracać? – Człowiek ten wybałuszył oczy.
– A dlaczego nie? Shizun postawił na szali swoje życie, właśnie po to, by was ratować, wy… wy… – Nie dokończył, szloch ścisnął mu gardło. – Nie jestem go godzien.
Odwrócił gwałtownie głowę, jego ramiona zaczęły delikatnie drżeć, powstrzymywał łzy.
– Nie powiedzieliśmy, że nie uratujemy mistrza Chu…
– No właśnie, wszyscy pamiętamy, jak dobry był dla nas, nie zapomnieliśmy tego. To, co mówisz, paniczu Xue, znaczy nas wszystkich piętnem niewdzięczności, naprawdę nie do zniesienia.
– Ale czyż Mo Ran nie jest uczniem mistrza Chu? – wtrącił ktoś inny. – Moim zdaniem, jeśli uczeń zrobi coś złego, również jego mistrz ponosi za to odpowiedzialność. Niedouczenie syna jest winą ojca, a brak surowości u nauczyciela świadczy o jego lenistwie. To zrozumiałe, nie ma o co mieć żalu.
Były to mocne słowa, natychmiast więc ktoś zaprotestował.
– Co to za bzdury! Uważaj na słowa! – Po czym zwrócił się łagodnie do Xue Menga: – Paniczu Xue, nie denerwuj się…
– Jak mam się nie denerwować? – Xue Meng z nabiegłymi krwią oczami wszedł mu w słowo. – Nie potraficie może się postawić w tej sytuacji, ale to jest mój Shizun! Mój!!! Nie widziałem go tyle lat! Nie wiem, czy żyje, czy umarł, nie wiem, jak mu się wiedzie. Jak myślicie, dlaczego tutaj jestem? – Dyszał ciężko, a jego oczy były czerwone z wściekłości. – Myślicie, że jeżeli będziecie czekać, to Mo Weiyu sam zejdzie z góry, uklęknie przed wami i będzie błagał o łaskę?
– Paniczu Xue…
– Nie mam na świecie nikogo bliskiego prócz niego. – Xue Meng wyszarpnął rąbek szaty z rąk starego mnicha. – Jeśli wy nie chcecie, pójdę sam.
Powiedziawszy to, wyruszył na górę.
Zimny, wilgotny wiatr niósł szmer tysięcy liści, zdawało się, że w gęstej mgle, szeleszcząc, szepczą niezliczone zbłąkane złe duchy skryte w górskim lesie.
Xue Meng samotnie dotarł na szczyt, gdzie w mroku nocy wspaniały pałac Mo Rana lśnił spokojnym blaskiem. Przed Wieżą Przecinającą Niebo zauważył trzy groby. Podszedł, by się im przyjrzeć. Pierwszy porosła trawa, a na płycie nagrobnej widniały krzywe znaki: „Tu spoczywa surowa (jak kapusta) konkubina Chu”.
Drugi grób był nowy, zasypany świeżą ziemią. Na płycie wyryto słowa: „Tu spoczywa pulchna (jak bułeczka) cesarzowa Song”.
Gdyby zobaczył te absurdalne nagrobki dziesięć lat temu, nie mógłby powstrzymać się od śmiechu. Wtedy byli uczniami tego samego mistrza. Mo Ran był najlepszy w wymyślaniu żartów, a chociaż Xue Meng od początku patrzył na niego nieprzychylnym okiem, od czasu do czasu bawiły go te dowcipy. Nie wiedział, o co chodzi z surową konkubiną i pulchną cesarzową, pewnie wielce utalentowany Mo wymyślił te inskrypcje dla swoich żon. Styl przypominał ery sukinsyna, rechotu i „po chuj”. Ale dlaczego swoim małżonkom nadał takie pośmiertne tytuły? Tego Xue Meng nie wiedział.
Spojrzał na trzeci grób.
Nawet w ciemności dostrzegł, że jest otwarty, a w środku leży trumna. Pusta, a do tego na płycie nic nie napisano. Przed grobem stały tylko dzbanek wina – Kwiatu Białej Gruszy, wontony w pikantnym czerwonym sosie i kilka pikantnych przekąsek – same ulubione dania Mo Rana. Zdziwiony Xue Meng wpatrywał się w nie przez chwilę, po czym nagle zaświtała mu myśl: „Czyżby Mo Ran zdecydował się poddać bez walki i sam wykopał sobie grób?”.
Zdecydował się umrzeć?
Oblał go zimny pot.
Nie, nie wierzył w to. Taki człowiek jak Mo Ran walczył do ostatka, nie znał znużenia ani się nie poddawał. Jego dotychczasowe czyny wskazywały raczej na to, że walczyłby z buntownikami aż po kres, jak więc by mógł…
Przez ostatnie dziesięć lat Mo Ran stał na szczycie. Co tam zobaczył, co się wydarzyło? Nikt tego nie wiedział.
Xue Meng wszedł w noc, wielkimi krokami zmierzając do oświetlonego Pałacu Wushan.
Wewnątrz Mo Ran zacisnął powieki, twarz miał kredowobiałą.
Xue Meng odgadł poprawnie, Mo Ran zdecydował, że umrze, i istotnie, to dla siebie wykopał grób. Dwie godziny wcześniej za pomocą teleportacji odesłał swoich przybocznych, a sam wziął truciznę. Kultywował tak długo, że trucizna w jego ciele rozprzestrzeniała się bardzo wolno, dlatego też ból pożeranych, trawionych wnętrzności wydawał się głębszy i ostrzejszy.
Skrzypnęły otwierane drzwi.
Mo Ran nie uniósł nawet głowy, tylko odezwał się ochrypłym głosem:
– Xue Meng. To ty? Przybyłeś?
Xue Meng stał samotnie na złotej podłodze pałacu, koński ogon miał w nieładzie, a lekka zbroja lśniła.
Dawni współtowarzysze w nauce znów się spotkali. Mo Ran miał twarz bez wyrazu. Siedział bokiem, podpierając dłonią podbródek, a kurtyna gęstych rzęs spływała mu z powiek. Ludzie powiadali, że to trzygłowy demon z sześciorgiem ramion, ale w gruncie rzeczy był urodziwy, z łagodnym grzbietem nosa, cienkimi, gładkimi wargami, miał w sobie jakąś naturalną słodycz. Oceniając po samym wyglądzie, można pomyśleć, że to dobry, łagodny człowiek.
Ledwie Xue Meng zobaczył jego twarz, zrozumiał, że Mo Ran zażył truciznę. W sercu poczuł ukłucie nieznanego uczucia. Chciał coś powiedzieć, ale tylko zacisnął mocno pięści i spytał:
– A Shizun?
– Co?
– Pytam cię, co z Shizunem! Twoim, moim, naszym Shizunem! – krzyknął ostro.
– Aaa… – Mo Ran wreszcie otworzył powoli oczy, czarne z odrobiną fioletu.
Przenikające przez górskie szczyty lata spłynęły na Xue Menga.
– Nie widzieliście się od dwóch lat, od rozstania w Pałacu Śnieżnych Kroków na Kunlun – powiedział Mo Ran, uśmiechając się lekko. – Tęskniłeś za nim, Xue Meng?
– Dość tych bzdur! Oddaj mi go!
Mo Ran spojrzał na niego spokojnie, wytrzymał przewiercający mu brzuch ból, uniósł kącik ust w ironicznym uśmiechu i odchylił się na oparcie tronu. Przed oczami mu pociemniało, niemal czuł, jak jego wnętrzności się skręcają, rozpuszczają i zmieniają w cuchnące błoto.
– Oddać ci go? – spytał leniwie. – Bzdury. Pomyśl tylko, jest między nami tak głęboka nienawiść, jakże mógłbym mu pozwolić żyć na tym świecie.
– Ty…! – Xue Mengowi krew odpłynęła z twarzy, wytrzeszczył oczy i cofnął się parę kroków. – Nie możesz… Nie możesz…
– Czego nie mogę? – Mo Ran lekko się zaśmiał. – Powiedz mi, dlaczego czegoś nie mogę?
– Jest twoim… – zaczął Xue Meng drżącym głosem. – Przecież jest twoim Shizunem… Jak możesz tak go traktować!
Uniósł głowę i patrzył na siedzącego na wysokim tronie Mo Rana. W Niebiosach był Niebiański Cesarz, w podziemiach – Król Piekieł, a w świecie ludzi – Mo Weiyu. Ale Xue Meng uważał, że nawet jeżeli Mo Ran stał się cesarzem świata ludzi, nie powinien być taki. Cały się trząsł, wściekły tak, że z oczu popłynęły mu łzy.
– Mo Weiyu, czy ty wciąż jesteś człowiekiem? On kiedyś…
– On kiedyś co? – Mo Ran podniósł na niego obojętny wzrok.
– To, jak cię kiedyś traktował. – Głos Xue Menga drżał. – Powinieneś wiedzieć…
– Chcesz mi przypomnieć – Mo Ran się zaśmiał – jak kiedyś mnie tłukł na miazgę, jak kazał klękać przed ludźmi i wyznawać winy? A może chcesz mi przypomnieć, jak stanął między mną a tobą, zupełnie postronną osobą, jak wiele razy niweczył moje dobre uczynki, jak niszczył moje dzieła?
Xue Meng potrząsnął głową, jakby w boleści.
„Nie, Mo Ranie. Przemyśl to dobrze, odrzuć szaloną nienawiść. Odwróć się i patrz. Kiedyś pozwolił ci kultywować i uczyć się sztuk walki, chronił cię. Kiedyś uczył cię czytać i pisać, układać wiersze i malować. Kiedyś dla ciebie uczył się gotować, miał dwie lewe ręce, ranił się, ledwie coś zrobił. Kiedyś… czekał dniem i nocą na twój powrót, sam jeden czekał na ciebie od zmierzchu do świtu”.
Tak wiele słów utkwiło mu w gardle.
– On… – wykrztusił wreszcie z trudem. – Ma trudny charakter, mówi niewłaściwe rzeczy, ale nawet ja wiem, jak dobrze cię traktował. Dlaczego… Jak możesz…
Xue Meng podniósł głowę. Powstrzymywane łzy ścisnęły mu gardło, nie mógł dalej mówić. Po dłuższej chwili od strony tronu dobiegło ciche westchnienie.
– Tak… Ale wiesz co, Xue Meng? – Głos Mo Rana wydawał się zmęczony. – Kiedyś skrzywdził jedyną osobę, którą kochałem. Jedyną.
Zapadła martwa cisza.
Żołądek płonął mu żywym ogniem, wnętrzności wydawały się rozpadać na niezliczone kawałki.
– Byliśmy jednak mistrzem i uczniem. Jego ciało spoczywa w Pawilonie Czerwonego Lotosu na Południowym Szczycie. Leży wśród kwiatów, dobrze zachowane, jakby po prostu spał. – Mo Ran odetchnął, siląc się na spokój. Gdy wypowiadał te słowa, jego rysy ani drgnęły, palce spoczywały na sandałowym podłokietniku, knykcie miał blade i sine. – Dzięki mojej energii jego ciało nie gnije. Jeśli za nim tęsknisz, nie trać czasu, gadając ze mną po próżnicy i czekając, aż umrę, ale pędź tam. – W gardle wezbrał mu słodko-zgniły posmak. Odkaszlnął kilka razy. Gdy znów otworzył usta, między wargami a zębami poczuł krew, jego oczy jednak nadal były spokojne. – Idź. Idź go zobaczyć – odezwał się ochryple. – Jeżeli się spóźnisz, umrę, moc odejdzie, a on zamieni się w pył. – Powiedziawszy to, przygnębiony zamknął powieki.
Trucizna dotarła do serca, trawił go ogień. Wnętrzności rozdzierał mu ból tak wielki, że rozpaczliwe wycie Xue Menga zdawało się dobiegać z daleka, jakby zza odległego oceanu, jakby z jego głębi. Krew nieustannie wypełniała mu usta. Mo Ran pociągnął rękawy, mięśnie mu drżały. Zamroczony otworzył oczy. Xue Meng już wybiegł. Był szybki, więc dotarcie na Południowy Szczyt nie powinno mu zająć zbyt długo. Powinien móc po raz ostatni spojrzeć w twarz Shizuna.
Mo Ran się podniósł, wstał chwiejnie, złożył splamione krwią palce w mudrę i przeniósł się przed Wieżę Przecinającą Niebo.
Była już późna jesień, kwiaty jabłoni kwitły pięknie i dostojnie. Nie wiedział, dlaczego właśnie to miejsce wybrał na zakończenie swojego złego życia. Ale kwiaty kwitły tak pięknie, czuł, jakby miał spocząć w wonnym grobowcu.
Położył się w otwartej trumnie, patrząc na kwiaty na tle nocnego nieba, na opadające bezszelestnie płatki. Wpadały do trumny, opadały mu na policzki. Tańczyły w powietrzu i odpływały, jak odpływa przeszłość.
Przeżył wiele, z nieposiadającego nic dziecka z nieprawego łoża stał się jedynym panem i cesarzem świata ludzi. Był podły do szpiku kości, ręce miał splamione krwią, wszystko kochał i wszystkiego nienawidził, wszystkiego pragnął i wszystkim gardził, ale na końcu i tak nie zostało mu nic.
Nie napisał też swą nieposkromioną dłonią nic na własnym nagrobku. Nieważne, czy bezwstydnego „cesarz wszech czasów”, czy absurdalnego jak „surowa” i „pulchna”, nie napisał nic.
Trwająca od dziesięciu lat farsa zakończyła się grobową ciszą.
Kilka godzin później, gdy, niczym ognisty wąż, na górę wspięli się jeden za drugim, ludzie z pochodniami, czekały na nich tylko pusty pałac, opustoszały Szczyt Życia i Śmierci i szlochający wśród popiołów w Pawilonie Czerwonego Lotosu Xue Meng.
Przed Wieżą Przecinającą Niebo leżało zimne ciało Mo Weiyu.
Rozdział 2
Ten Czcigodny żyje
Moje serce było jak martwa woda, straciłam całą nadzieję, gdy nagle zimną nocą trzydziestego dziewiątego dnia zalśniło wiosenne światło, czy możliwe, że Niebiosa żałują trawy w dolinie? Boję się tylko nieszczerości i mrozu…
Dobiegał go czysty i piękny głos kobiety, słowa brzęczały jak perły, ale uderzały w głowę Mo Rana bólem. Skronie mu pulsowały. Co to za wycie? Skąd się wzięła ta płaczka? Niech ktoś wybatoży tę nędzną dziewkę tak, że spadnie z góry!
Wykrzyczał te gniewne słowa i nagle zdał sobie sprawę z tego, że coś było nie tak.
…Czyż nie był martwy?
Nienawiść i chłód, cierpienie i samotność przeszyły jego pierś bólem. Mo Ran gwałtownie otworzył oczy.
Wszystko, co zdarzyło się przed jego śmiercią, było jak śnieg wirujący na wietrze. A teraz leżał na łóżku, jednak nie na tym ze Szczytu Życia i Śmierci. To było rzeźbione w smoki i feniksy, nad drewnem unosił się ciężki zapach pudru. Pościel, różowa i purpurowa, haftowana w bawiące się w wodzie kaczki mandarynki, była z rodzaju tych, jakich używały kobiety w domach uciech.
Zesztywniał nagle. Wiedział, gdzie jest.
Teatr niedaleko Szczytu Życia i Śmierci. Ten tak zwany teatr znajdował się w domu uciech. Zgodnie z powiedzeniem „Łatwo się zebrać, łatwo odejść” goście i piękne kobiety mogli według uznania przychodzić i wychodzić.
Był w młodości Mo Rana czas wyjątkowej rozpusty, kiedy spędzał w tym domu uciech ponad dziesięć nocy w ciągu połowy miesiąca. Gdy miał dwadzieścia kilka lat, dom został sprzedany i zamieniony w gospodę. Mo Ran umarł i znalazł się w miejscu, które już nie istniało. Co się wydarzyło? Czy to możliwe, że uczynił w życiu tyle zła, skrzywdził tylu chłopców i tyle dziewcząt, że Yanluo3 skazał go na służbę w burdelu?
Mo Ran przewrócił się na drugi bok.
I znalazł się twarzą w twarz ze śpiącym człowiekiem.
Co się dzieje?! Dlaczego koło niego ktoś leży? I dlaczego to nagi mężczyzna?!
Do tego nieznajomy miał delikatną twarz, wytworne rysy i wyglądał tak pięknie, że trudno było stwierdzić, czy jest mężczyzną, czy kobietą.
I choć twarz Mo Rana nie wyrażała nic, w jego sercu szalał sztorm. Patrzył długo na pogrążonego we śnie chłopaka i nagle sobie przypomniał.
Czy to nie ten chłopiec do towarzystwa, którego tak uwielbiał w młodości? Rong San? Albo Rong Jiu. San czy Jiu, nieistotne, istotne było, że ten chłopak zachorował na syfilis i zmarł wiele lat temu. Jego ciało powinno już zgnić. A jednak był tu, żywy, taki delikatny leżał obok. Spod brokatowej kołdry wyłaniały się ramiona i szyja, pokryte dziwnymi, fioletowymi siniakami.
Z ponurą miną Mo Ran podniósł kołdrę. Powędrował wzrokiem w dół.
Całe powabne ciało tego Ronga, San czy też Jiu, dla uproszczenia spraw wybierzmy może Jiu, pokrywały ślady po biczu, a jedno z białych jak jadeit ud było kilka razy obwiązane czerwonymi linami.
Mo Ran potarł podbródek i westchnął z uznaniem: interesujące.
Patrzył na te misterne wiązania, na tę zręczną sztukę, na ten jakże znajomy obrazek.
Czy on, kurwa, sam go związał?
Był człowiekiem kultywacji, miał jakąś pobieżną wiedzę w temacie odrodzenia. W tym momencie zaczął podejrzewać, że najwyraźniej wrócił do świata żywych.
Żeby potwierdzić swoje obawy, Mo Ran znalazł lustro z brązu. Wprawdzie bardzo wysłużone, ale w mdłym świetle był w stanie dostrzec swoje niewyraźne odbicie. Gdy umarł, miał trzydzieści dwa lata, był w wieku stanowienia4, jednak ten, kto spoglądał na niego z lustra, wydawał się o wiele młodszy. W jego urodziwym wyglądzie było coś aroganckiego, właściwego tylko młodym. Gdyby oceniać na tej jedynie podstawie, nie mógł mieć więcej niż piętnaście, szesnaście lat.
W sypialni nie było nikogo innego.
Tak więc tyran świata kultywacji, zły hegemon Syczuanu, Cesarz Ludzkiego Wymiaru, pan Szczytu Życia i Śmierci, Czcigodny Depczący Nieśmiertelnych Mo Ran po dłuższej chwili milczenia szczerze wyznał, co leżało mu na sercu:
– Kurwa…
Ta „kurwa” obudziła Rong Jiu.
Urodziwy młodzieniec usiadł leniwie, a cienkie brokatowe okrycie spłynęło mu z ramion, odsłaniając białą jak śnieg skórę. Ujął w dłoń swoje miękkie, długie włosy, uniósł powieki migdałowych oczu, w kącikach których wciąż był ślad czerwieni, i ziewnął.
– O… paniczu Mo, wstałeś dziś wyjątkowo wcześnie.
Mo Ran nie odpowiedział. Jeszcze kilkanaście lat temu rzeczywiście podobała mu się delikatna, androginiczna uroda Rong Jiu, ale teraz był trzydziestodwuletnim Czcigodnym Depczącym Nieśmiertelnych i jakkolwiek by patrzeć, musiał mieć coś z głową, skoro kiedykolwiek uważał ten typ mężczyzny za piękny.
– Czyżbyś tej nocy nie spał dobrze? Miałeś koszmary?
„Umarłem, sam oceń, czy można to uznać za koszmar”.
Rong Jiu zauważył, że jego towarzysz nic nie mówi, mało tego, jest w złym nastroju, zszedł więc z łóżka, podszedł do rzeźbionego okna i objął Mo Rana od tyłu.
– Paniczu Mo, spójrz na mnie, dlaczego tak stoisz, dlaczego nie zwracasz na mnie uwagi?
Twarz Mo Rana pociemniała, miał ochotę strząsnąć z siebie tego małego demona, a potem kilkanaście razy spoliczkować tę jego delikatną twarzyczkę, ale się powstrzymał. Wciąż kręciło mu się w głowie, nie potrafił dobrze ocenić sytuacji. Jeśli naprawdę narodził się ponownie, to wczoraj jeszcze spał z Rong Jiu, a dziś zbił go do krwi? Takie zachowanie niczym się nie różni od choroby umysłowej, niewłaściwe, bardzo, bardzo niewłaściwe.
Uporządkował myśli.
– Jaki dzisiaj dzień? – spytał, jak gdyby nigdy nic.
Rong Jiu wahał się chwilę, ale odparł z uśmiechem:
– Czwarty dzień piątego miesiąca.
– Roku ognistej małpy?
– To zeszły rok. Teraz mamy rok ognistego koguta. Panicz Mo naprawdę sporo zapomina.
Rok ognistego koguta…
Źrenice Mo Rana się powiększyły, jego umysł wirował w zastraszającym tempie. W roku ognistego koguta miał szesnaście lat. Zaledwie rok wcześniej pan Szczytu Życia i Śmierci rozpoznał w nim swojego zaginionego bratanka i tak pogardzany przez wszystkich parszywy pies przerodził się w feniksa.
Czy naprawdę się odrodził?
Czy też śni pusty sen po śmierci…?
– Paniczu Mo – powiedział Rong Jiu z uśmiechem. – Chyba głód cię zamroczył, nie pamiętasz nawet dat. Usiądź na chwilę, pójdę do kuchni i przyniosę coś do jedzenia. Co powiesz na smażone ciastka?
Mo Ran dopiero co się odrodził, nie wiedział, jak sobie z tym wszystkim radzić. Ale zawsze najlepiej podążać znanymi drogami. Dlatego też przypomniał sobie swoje dawne maniery i powstrzymując mdłości, uszczypnął Rong Jiu w udo.
– Świetnie, weź jeszcze miskę ryżanki, nakarmisz mnie.
Rong Jiu się ubrał i wyszedł. Wrócił po chwili, niosąc drewnianą tacę z dyniową ryżanką, dwoma smażonymi ciastkami i talerzem przystawek.
Mo Ran faktycznie był głodny, już miał złapać ciastko, kiedy Rong Jiu chwycił jego dłoń i odezwał się czarująco:
– Nakarmię cię, paniczu.
Wziął kawałek ciastka i usiadł na kolanach Mo Rana.
Miał na sobie cienką szatę i nic pod spodem. Delikatne uda były rozchylone, stykały się ze skórą Mo Rana, ocierał się nimi bez ustanku, ewidentnie go kusił.
Mo Ran wpatrywał się w jego twarz i Rong Jiu myślał, że znowu ogarnęło go pożądanie.
– Dlaczego tak na mnie patrzysz? Jedzenie wystygnie – powiedział zniecierpliwiony.
Mo Ran milczał. Gdy przypomniał sobie to wszystko, czego Rong Jiu dopuszczał się za jego plecami, kącik jego ust wygiął się w znaczącym uśmiechu. Gdy był Czcigodnym Depczącym Nieśmiertelnych, robił wiele obrzydliwych rzeczy, wystarczyło, że tego chciał. Mógł robić wszystko, jakkolwiek odstręczające by nie było. To, co robił teraz Rong Jiu, to tylko przedstawienie, dziecinne sztuczki, które na niego nie działały.
Rozparł się wygodnie w fotelu.
– Usiądź – zachęcił z uśmiechem.
– Przecież… przecież siedzę.
– Wiesz, o czym mówię.
Twarz Rong Jiu poczerwieniała.
– Tak szybko? Może najpierw panicz coś zje… A!
Zanim skończył, Mo Ran złapał go, rzucił na łóżko i przycisnął do materaca. Ręce Rong Jiu zadrżały, miska z ryżanką upadła na podłogę. Przestraszony gwałtownie wciągnął powietrze.
– Paniczu Mo, miska… – wyszeptał.
– Nieważne.
– Ale może najpierw coś zjesz… em… a…
– A czy właśnie nie jem? – Mo Ran chwycił go w pasie, w parze smoliście czarnych oczu błyszczało światło, w źrenicach odbijały się delikatna twarz Rong Jiu i odchylona w tył szyja.
W poprzednim życiu tak bardzo chciał całować te czerwone usta, w końcu ten chłopak był urodziwy, sprytny i umiał mówić rzeczy, które przyprawiały Mo Rana o mocniejsze bicie serca. Nieprawdą byłoby stwierdzenie, że w ogóle go to nie ruszało. Ale wiedział, co te usta robiły za jego plecami, wydały mu się więc cuchnące i nie chciał ich całować.
Trzydziestodwuletni Mo Ran różnił się od piętnastoletniego.
Tamten znał jeszcze miłość i czułość, a temu została tylko przemoc.
Po wszystkim patrzył na sponiewieranego do nieprzytomności Rong Jiu. Zmrużył oczy w lekkim uśmiechu. Uśmiechnięty wyglądał naprawdę ładnie, z tymi źrenicami w kolorze głębokiej czerni, które gdy patrzeć na nie pod pewnym kątem, były nakrapiane plamkami aroganckiego fioletu. Z lekkim uśmiechem na twarzy złapał Rong Jiu za włosy i przeniósł nieprzytomnego na ławę. Drugą ręką sięgnął po kawałek rozbitej porcelany i zastygł z nim nad twarzą Rong Jiu.
Zawsze był mściwy, teraz też.
Pomyślał o tym, jak w poprzednim życiu go ochraniał, nawet chciał go odkupić, a Rong Jiu spiskował z innymi przeciw niemu. Nie mógł powstrzymać lekkiego uśmiechu, który uniósł kąciki jego oczu. Przyłożył chłopakowi do policzka ostry kawałek porcelany.
Rong Jiu handlował swoim ciałem, jeśli nie będzie miał tej twarzy, nie będzie miał niczego. Ten piękny niegdyś mężczyzna będzie się włóczył po ulicach jak pies, czołgał po ziemi, kopany, deptany, wyzywany i opluwany, ech… To wyobrażenie naprawdę przyniosło mu radość. Nawet mdłości wywołane tym, że właśnie go pieprzył, zniknęły jak kamfora.
Uśmiech Mo Rana stał się jeszcze bardziej uroczy.
Przycisnął dłoń, spod porcelany wypłynęła czerwona kropla krwi.
Zdawało się, że nieprzytomny chłopak poczuł ból, jęknął cicho i ochryple, na rzęsach zawisła mu łza. Wyglądał żałośnie.
Ręka Mo Rana zamarła.
Pomyślał o pewnym starym przyjacielu. I w jednej chwili uświadomił sobie, co właściwie robi. Wahał się jeszcze kilka sekund, w końcu powoli opuścił dłoń.
Naprawdę przyzwyczaił się do czynienia zła. Aż zapomniał, że narodził się na nowo. Że to wszystko jeszcze się nie wydarzyło, wielkie błędy nie zostały popełnione, a ten człowiek… nie umarł. Dlaczego więc on miałby znowu iść drogą okrucieństwa i przemocy? Na pewno mógł zacząć od nowa.
Usiadł, oparł stopę na krawędzi łóżka i bawił się od niechcenia kawałkiem porcelany, gdy zauważył, że na stoliku wciąż leżą smażone ciastka. Wziął jedno i odsunąwszy otłuszczony papier, zaczął je gryźć dużymi kęsami, aż w ustach miał pełno okruchów, a wargi błyszczały olejem. Te ciastka były specjalnością tego miejsca. Nic takiego, zwłaszcza w porównaniu do przysmaków, których miał okazję próbować później, trochę jakby żuł wosk. Jednak po upadku domu uciech Mo Ran nie miał już okazji jeść takich ciastek. Znajomy smak pojawił się na koniuszku języka razem ze wspomnieniem przeszłości. Z każdym kęsem coraz mniej odczuwał nierealność swojego ponownego narodzenia, a kiedy skończył jeść, wreszcie otrząsnął się z początkowego oszołomienia.
Naprawdę narodził się na nowo.
Całe zło w jego życiu, wszystkie wydarzenia, których nie można cofnąć, nic z tego jeszcze się nie zaczęło. Nie zabił wuja i ciotki, nie zmasakrował siedemdziesięciu dwóch miast, nie zdradził swoich mistrzów i przodków, nie ożenił się, nie… Nikt jeszcze nie umarł.
Cmoknął i przeciągnął językiem po zębach. Poczuł, jak tląca się w jego piersi radość rośnie, jak zmienia się w nieposkromiony entuzjazm i podniecenie. W poprzednim życiu był wszechwładny, wiedział co nieco o Trzech Zakazanych Technikach ludzkiego wymiaru. Opanował dwie pierwsze, ale ostatnia, „odrodzenie”, pozostawała poza jego zasięgiem, chociaż był bardzo inteligentny.
Kto by pomyślał, że to, czego nie zdołał osiągnąć za życia, zostanie mu dane po śmierci? W piersi nadal kłębiły się niechęć, przygnębienie, samotność i inne uczucia, przed oczami wciąż miał strzelające w górę płomienie na Szczycie Życia i Śmierci, obraz nacierającej armii.
Wtedy naprawdę nie chciał dłużej żyć, ludzie powiadali, że jest skazany na samotność, opuszczony przez wszystkich. W końcu i on czuł się jak chodzący trup, samotny i znudzony do granic możliwości.
Nie wiedział, co się stało, że ktoś tak zły jak on dostał, i to po śmierci z własnej ręki, szansę odrodzenia się.
Dlaczego miałby niszczyć twarz Rong Jiu, by pomścić dawne urazy? Rong Jiu najbardziej kochał pieniądze. By go ukarać, nie zapłaci mu i zabierze odrobinę srebra. Nie pragnął jeszcze brać na siebie odpowiedzialności tak dużej jak ludzkie życie.
– Tym razem ci daruję, Rong Jiu – powiedział Mo Ran z uśmiechem i wyrzucił za okno kawałek porcelany.
Następnie opróżnił wszystkie skrytki, a kosztowności umieścił w swoich kieszeniach. Dopiero wtedy trochę się uspokoił, spokojnie się oporządził, po czym niespiesznie opuścił dom uciech.
Wuj, ciotka, kuzyn Xue Meng, Shizun i jeszcze… Gdy o nim pomyślał, jego spojrzenie złagodniało.
„Shige, idę po ciebie”.
Rozdział 3
Ten Czcigodny spotyka swojego shige
Hm… Skoro powróciła jego dusza, czy powróciła też moc płynąca z kultywacji?
Mo Ran wypowiedział zaklęcie, poczuł, jak jego ciało wypełnia energia. Mimo że było jej dużo, pozostawała niezbyt silna. Innymi słowy, jego zdolności kultywacyjne nie przeniosły się z nim do nowego wcielenia. Ale to nic takiego, dzięki wysokiej inteligencji szybko się uczył, najgorsze, co mogło się zdarzyć, to konieczność rozpoczęcia wszystkiego od nowa – nic strasznego. W końcu narodzenie się na nowo to niezwykle radosne wydarzenie, nawet jeśli przytrafią się przy tym jakieś niedogodności, trzeba je sobie poczytać za normę. Z takimi myślami w głowie Mo Ran schował głęboko cały swój mrok i kły, po czym rozradowany jak szesnastolatek przygotowywał się do powrotu do sekty.
Na przedmieściach panowało lato w pełnym rozkwicie, co jakiś czas mijały go z terkotem konne powozy. Nikt nie zwracał uwagi na szesnastoletniego Mo Rana. Tylko czasem pracujące w polu wieśniaczki, które zatrzymały się na chwilę, by otrzeć pot z czoła, zauważały tego wyjątkowo przystojnego chłopaka i roziskrzonymi oczami wpatrywały się w niego przez moment. Mo Ran też się uśmiechał, odwzajemniał spojrzenia bez wstydu, sprawiał, że zamężne kobiety się czerwieniły i spuszczały głowy.
O zmierzchu Mo Ran dotarł do miasteczka Wuchang, skąd niedaleko już było do Szczytu Życia i Śmierci. Zachodzące słońce wydawało się czerwone jak krew, a różowawe chmury kładły się na górskich szczytach. Trochę głodny dotknął brzucha i wszedł do znanej sobie restauracji. Przypatrywał się wypisanemu czarnymi znakami na czerwonym tle spisowi dań, po czym zapukał w ladę i zamówił szybko:
– Karczmarzu, raz kurczak bang bang5, skrawki męża i żony6, dwa jiny7 alkoholu i talerz krojonej wołowiny.
Było dość gwarno, wielu ludzi zatrzymywało się tutaj, by zjeść. Opowiadacz na scenie, wachlując się, snuł historię Szczytu Życia i Śmierci. Mówił z wielkim entuzjazmem i tryskał śliną na wszystko dookoła.
Mo Ran zażyczył sobie loży przy oknie, jednocześnie jadł i słuchał opowieści.
– Jak wszyscy tu wiedzą, świat kultywacji dzieli się na wymiar wyższy i niższy. Dzisiaj opowiem historię największej sekty niższego wymiaru, czyli Szczytu Życia i Śmierci. Ech, trzeba wam wiedzieć, że sto lat temu nasze miasteczko było ubogie, szargane wichrami wojny. Ponieważ niedaleko znajduje się wejście do świata duchów i demonów, po zmroku nikt nie ośmielał się wyjść z domu. Jeśli ktoś koniecznie już musiał podróżować nocą, powinien mieć przy sobie dzwonek egzorcysty, rozrzucać popiół z kadzidła i papierowe pieniądze dla duchów, krzycząc przy tym: „Ludzi oddziela góra, duchy oddziela papier” i umykając śpiesznie. Ale dzisiaj nasze Wuchang kwitnie, nie różni się od innych, a to wszystko dzięki ochronie Szczytu Życia i Śmierci, której święta siedziba położona jest dokładnie przy wejściu do świata duchów i demonów, na granicy yin i yang. Chociaż sekta powstała niedawno, to…
Mo Ran słyszał tę historię tyle razy, że aż mu uszy zdrętwiały, jego uwaga podryfowała więc w stronę okna. Akurat pod nim stał stragan, na którym kilku ubranych w taoistyczne szaty nietutejszych zabawiało gawiedź sztuczkami. Mieli ze sobą klatkę przesłoniętą czarnym materiałem.
To było znacznie bardziej interesujące niż stary opowiadacz i jego historie.
– Patrzcie, patrzcie, tylko zobaczcie, młode okazy pixiu8, złapane przez nas! Teraz są posłuszne jak małe dzieci, umieją nawet żonglować i liczyć! Bohaterstwo i pomoc innym nie są łatwe, prosimy więc tych, którzy mają pieniądze, o wsparcie finansowe, a tych, którzy nie mają, o wsparcie nas swoją obecnością. Zapraszamy na pierwszy pokaz: bestie liczą!
Taoiści zerwali czarną zasłonę, odsłaniając kłębiące się w klatce stwory o ludzkich głowach i ciałach niedźwiedzi.
Te spokojne, kudłate niedźwiadki? Mają czelność nazywać je bestiami? To wał tak wielki, że zaraz rozsadzi niebo. Tylko ktoś niespełna rozumu mógł w to uwierzyć.
Ale po chwili Mo Ran zobaczył to na własne oczy. Dwudziestu, trzydziestu pozbawionych rozumu ludzi zgromadziło się wokół taoistów, kibicowało i klaskało. Zrobiło się tak gwarno, że nawet goście w gospodzie nie powstrzymali się od zerkania na zewnątrz, przez co opowiadacz czuł się dość niezręcznie.
– Obecny przywódca Szczytu Życia i Śmierci jest znany wielu, jego sława zatacza coraz szersze kręgi…
– Świetnie! Jeszcze jeden!
Zachęcony opowiadacz spojrzał w kierunku, z którego dobiegał głos. Twarz gościa poczerwieniała cała z emocji i podniecenia, ale wzrok miał skupiony nie na nim, a na straganie żonglerów.
– Ojej, a bestie będą liczyć na abakusie?
– Ooo, nieźle!
– Wspaniale! Dobre! Niech jeszcze raz rzucają jabłkami!
Cały budynek trząsł się od śmiechu, wszyscy zgromadzili się przy oknie, żeby oglądać zbiegowisko na ulicy.
– Najsłynniejszy jest jednak wachlarz przywódcy, on… – kontynuował żałośnie opowiadacz.
– Ha, ha, ha, ta bestia o najjaśniejszej sierści próbuje ukraść jabłko, zobaczcie, tarza się po ziemi!
Opowiadacz otarł twarz chustką, był tak zagniewany, że drżały mu kąciki ust.
Mo Ran uśmiechnął się i odezwał niespiesznie zza koralikowej zasłony:
– Nie mów o Szczycie Życia i Śmierci, zaśpiewaj raczej Osiemnaście dotknięć9, to na pewno ściągnie wszystkich z powrotem.
Opowiadacz nie wiedział, że za zasłoną siedzi we własnej osobie panicz Mo Ran ze Szczytu Życia i Śmierci, w wielkim uniesieniu wycedził więc przez zęby:
– Wulgarny, wulgarny język, nie nadaje się, absolutnie się nie nadaje do tak eleganckiego miejsca.
– Eleganckie? To miejsce? – zakpił Mo Ran. – Nie rób sobie wstydu.
Nagle z dołu dobiegł ich gwar.
– Ajaj! Ależ rączy koń!
– Dostojny ze Szczytu Życia i Śmierci!
Wśród zgiełku pędzący od strony Szczytu Życia i Śmierci czarny koń jak błyskawica wpadł pomiędzy sztukmistrzów. Na jego grzbiecie siedziało dwoje ludzi, jeden, kryjący twarz pod czarnym słomkowym kapeluszem, owinięty był czarną peleryną, która całkowicie uniemożliwiała odgadnięcie jego tożsamości, wieku czy płci. Druga osoba okazała się kobietą w wieku trzydziestu, czterdziestu lat, miała wymizerowaną twarz i sprawiała wrażenie niezdarnej. Gdy ujrzała niedźwiedzio-ludzi, wybuchnęła płaczem, w pośpiechu zsiadła z konia i zataczając się, ruszyła do przodu. Uklęknęła, obejmując jednego z nich.
– Synu! Mój synu… – zawodziła.
Gapie zamarli. Niektórzy mamrotali, drapiąc się po głowach:
– Co? To nie jest młode legendarnej bestii? Dlaczego ta kobieta nazwała je synem?
– Czy to samica bestii…
– Ojej, nieźle. Nawet przybrała ludzką postać.
Wieśniacy się nie znali i gadali bzdury, ale Mo Ran przejrzał wszystko na wylot.
Krążyły plotki, jakoby niektórzy taoiści porywali małe dzieci i wyrywali im języki, żeby nie mogły mówić, za pomocą wrzącej wody ściągali z nich skórę, przyklejając w jej miejsce zwierzęcą. Kiedy rany się zasklepiły, skóra zrastała się z ciałem dziecka i zaczynało ono wyglądać jak potwór. Takie dzieci nie umiały mówić ani pisać, mogły tylko wykonywać sztuczki takie jak liczenie na abakusie, a kiedy się sprzeciwiały, bito je pałkami albo pejczem.
Nic dziwnego, że nie wyczuł żadnej ciemnej mocy, te „bestie” nie były żadnymi demonami, ale żywymi ludźmi…
Kiedy tak trwał pogrążony w rozmyślaniach, człowiek w pelerynie powiedział cicho do kilku taoistów coś, co sprawiło, że wpadli w furię.
– Przepraszam? Nie wiem, jak się zapisuje takie słowo! – krzyczeli.
– Co takiego niezwykłego jest w Szczycie Życia i Śmierci?
– Pilnuj swoich spraw! Na niego!
Otoczyli mężczyznę w czerni i zaczęli go bić.
– Ojej. – Widząc, jak towarzysz z sekty dostaje razy, Mo Ran zaśmiał się cicho. – Groźnie.
Nie miał najmniejszej chęci, by się ruszyć i mu pomóc. W poprzednim życiu nie znosił tej wiszącej nad sektą atmosfery prawości, tego nakazu, że gdy się widzi niesprawiedliwość, trzeba reagować, i od razu rzucał się jeden z drugim jak głupi. Nawet kiedy kociak ciotki Wang utknął na drzewie, wszyscy musieli pomagać, od przywódców po sługi. Sami głupcy.
Na świecie jest tyle niesprawiedliwości, jak miał się tym wszystkim zajmować, jakże męczące by to było.
– Biją się, biją się! Ale cios!
Gospoda pękała w szwach, ludzie się tłoczyli, aby śledzić, co takiego się dzieje.
– Tylu naraz bije jednego, co to ma być?
– Panie, uważaj, z tyłu! Aj! Prawie!
– Niezły unik!
Ci ludzie może kochali oglądać bijatyki, ale Mo Ran nie. Widział za dużo krwawych łaźni, gdy więc miał coś takiego przed oczami, wydawało mu się nużące niczym bzyczenie muchy. Niespiesznie strzepnął z ubrania łupiny orzechów, wstał i wyszedł. Zszedł na dół, taoiści nadal walczyli zaciekle z człowiekiem w czarnej pelerynie, migały ostrza mieczy. Mo Ran skrzyżował ręce na piersi i oparł się o drzwi gospody. Rzucił tylko okiem i nie mógł powstrzymać się od cmoknięcia. Żałosne.
Członkowie Szczytu Życia i Śmierci byli odważnymi, groźnymi wojownikami, każdy z nich mógł pokonać dziesięciu mężów. Ale ten w czarnej pelerynie nie walczył za dobrze. Taoiści ściągnęli go z konia, otoczyli i kopali, ale nie odpowiedział im z taką samą siłą.
– Szlachetni rozsądzają spory słowem, a nie przemocą – pokrzykiwał słabo. – Chciałem wam przemówić do rozsądku, dlaczego nie słuchacie?
„O co chodzi?”, myśleli sobie taoiści. Ten człowiek, choć dotkliwie pobity, mówi takie rzeczy? Czy zamiast głowy ma bułeczkę bez nadzienia?
Nagle wyraz twarzy Mo Rana się zmienił. Poczuł, jakby świat zawirował. Wstrzymał oddech, wytrzeszczył oczy w niedowierzaniu. Ten głos…
– Shi Mei! – krzyknął i popędził w ich stronę.
Jednym ciosem mocy odgonił podłych taoistów. Przyklęknął na ziemi, podniósł mężczyznę w czarnej pelerynie, pokrytej śladami butów, brudnymi od błota i kurzu. Głos lekko mu drżał.
– Shi Mei, to ty?
Rozdział 4
Kuzyn Tego Czcigodnego
Shi Mei to nie shimei. Wbrew pozorom Shi Mei był mężczyzną, a od kiedy dołączył do sekty, również shixiongiem Mo Rana. Swoje niefortunne imię zawdzięczał ignorancji Xue Zhengyonga, Wielkiego Mistrza Szczytu Życia i Śmierci.
Shi Mei był bowiem sierotą, którą mistrz znalazł w dziczy. Do tego zawsze był chorowity, mistrz więc uznał, że trzeba dać mu „skromne imię”10, wtedy lepiej się będzie chował. Dziecko miało czerwone usta i białe zęby, wyglądało jak urocza dziewczynka, mistrz głowił się i głowił, aż wreszcie wymyślił: Xue Ya11.
Xue Ya rósł i robił się coraz bardziej urodziwy. Miał ładną twarz i proporcjonalną sylwetkę, powabne brwi i uniesione zalotnie kąciki oczu, czar w swoich czasach niezrównany. Jego imię pasowało do wieśniaka, ale czy ktoś widział oszałamiająco piękną osobę, która nazywała się „Pies” albo „Żelazny Drąg”?
Inni uczniowie uważali to za niewłaściwe, stopniowo przestali więc używać jego imienia, choć nie ośmielili się go zmienić. Żartobliwie więc nazwali go Shimei.
Shimei to, Shimei tamto. W końcu mistrz machnął ręką i powiedział, jakby wychodził naprzeciw ich oczekiwaniom:
– Xue Ya, zmienimy ci imię na Shi Mei, mei jak „ignorancja”, co ty na to?
Jeszcze się pyta, co on na to… Jak ludzie mają znieść takie imię? Ale Shi Mei miał łagodny charakter. Podniósł wzrok na mistrza i zobaczył, że ten patrzy na niego z radością, jakby właśnie zrobił coś dobrego. Nie mógł znieść myśli, że chociaż sam czuje się z tym źle, nie może zawstydzić mistrza. Klęknął więc posłusznie i od tej pory używał tego imienia.
Mężczyzna w czarnej pelerynie odkaszlnął dwukrotnie i wreszcie złapał oddech. Podniósł wzrok na Mo Rana.
– Hm? A Ran? Co ty tu robisz?
Mo Ran jak przez niewyraźną zasłonę dostrzegł te oczy, miękkie jak źródlana woda i błyszczące jak gwiazdy, oczy, które przebiły jego serce na wylot. Jedno spojrzenie i te wszystkie subtelne uczucia oraz młodzieńcze myśli, które we wspomnieniach Czcigodnego Depczącego Nieśmiertelnych już dawno pokryły się kurzem, w mgnieniu oka powróciły.
To był Shi Mei. Bez wątpienia.
Mo Ran był w poprzednim życiu łajdakiem, zabawiał się z wieloma mężczyznami i kobietami. Aż dziwne, że nie umarł od nadmiaru tejże zabawy. Jego to też zdumiewało. Był przy tym bardzo ostrożny i nie zbliżył się nigdy do tego, na kim w głębi serca naprawdę mu zależało. Ich relację w tamtych czasach można określić jako romantycznie niejednoznaczną. Do śmierci Shi Meia Mo Ran tylko trzymał go za rękę, pocałował zaledwie raz, przez przypadek. Wydawało mu się, że jest zbrukany, nie zasługiwał na delikatnego, czystego Shi Meia.
Tak bardzo go hołubił, gdy ten jeszcze żył, nie mówiąc nawet o tym, jak troszczył się o niego po śmierci. Jak stał się dla Czcigodnego Depczącego Nieśmiertelnych światłem księżyca dotykającym jego serca. Ale niezależnie od tego, ile Mo Ran o tym rozmyślał, jego shige już obrócił się w proch, to, co zostało, zniknęło gdzieś w zaświatach.
Ale właśnie w tej chwili żywy Shi Mei pojawił się przed jego oczami. Mo Ran musiał się z całych sił powstrzymywać, by nie dać się ponieść emocjom.
Podtrzymał go, otrzepał brud z jego płaszcza, a serce bolało go tak, że czuł niemal fizyczny ból.
– Jak by cię potraktowali, gdyby mnie tu nie było? Dlaczego nic nie robisz, kiedy cię biją?
– Chciałem im najpierw przemówić do rozsądku…
– Takim ludziom nie da się przemówić do rozsądku! Zranili cię? Gdzie cię boli?
Shi Mei odkaszlnął.
– Nic mi nie jest, A Ran.
Mo Ran się odwrócił i z groźnym wyrazem twarzy rzucił do taoistów:
– Śmiecie podnosić rękę na kogoś ze Szczytu Życia i Śmierci? Tacyście odważni?
– A Ran… Daj spokój.
– Chcecie się bić? Chodźcie! Spróbujcie ze mną!
Pobici przez Mo Rana taoiści wiedzieli już, że w kultywacji jest on dalece bardziej rozwinięty niż oni. Wszyscy byli tchórzami, którzy gnębią słabszych od siebie, a boją się silniejszych. Gdzieżby śmieli wystąpić przeciw niemu. Wycofali się szybko.
Shi Mei wzdychał raz za razem.
– A Ran – upominał. – Nie trzeba, czasem lepiej przebaczyć.
Mo Ran spojrzał na niego i nie mógł powstrzymać napływającego do jego serca smutku, a oczy go zapiekły. Shi Mei zawsze był dobry. Gdy zmarł w poprzednim życiu, nie było w nim ani goryczy, ani nienawiści. Wręcz nakłaniał Mo Rana, by ten nie chował urazy do Shizuna, który mógł go uratować, ale zamiast tego stał z założonymi rękami.
– Ale oni…
– Przecież wszystko ze mną dobrze, nic mi nie jest. Lepiej mieć mniej kłopotów, słuchaj swojego shige.
– Ech, no dobrze, posłucham cię, zawsze cię słucham. – Mo Ran pokręcił głową. Łypnął na taoistów. – Słyszeliście? Mój shige prosi o litość dla was! Jeszcze się nie wynieśliście? Wciąż tu tkwicie, mam was odprowadzić?
– Tak, tak, tak! Już sobie idziemy! Już się wynosimy!
– Spokojnie – próbował ich zapewnić Shi Mei.
Obawiali się jednak, że dopiero co pobity przez nich Shi Mei nie odpuści tak łatwo, uklęknęli i raz za razem bili głową w ziemię.
– Panie, panie, zrobiliśmy źle, nie potrafimy dostrzec prawdziwej szlachetności. Błagamy, panie, odpuść nam!
– Przed chwilą próbowałem wam przemówić do rozumu, ale nie słuchaliście. – Shi Mei znowu westchnął. – Porwaliście czyjeś dzieci, przysporzyliście im tyle cierpienia, przyprawiliście matkę i ojca o ból serca, jakże można zachować spokój ducha?
– Żałujemy! Żałujemy! Panie, zrobiliśmy źle! Już więcej się to nie powtórzy! Nie powtórzy się!
– Od tej pory musicie być prawymi ludźmi, nie mieszać się już w podłe uczynki, rozumiecie?
– Tak! Tak jak mówisz, dostojny panie! Otrzymaliśmy lekcję!
– Skoro tak, to proszę was, byście przeprosili tę damę, a potem zajęli się leczeniem jej dzieci.
Gdy sprawa została załatwiona, Mo Ran pomógł Shi Meiowi wsiąść na konia, a sam wypożyczył z gospody drugiego, po czym we dwóch, uzda w uzdę, wracali powoli do sekty. Sierp księżyca wisiał wysoko, światło przesączało się przez baldachim drzew, rozlewało na leśnej drodze. Gdy tak jechali, Mo Ran był coraz bardziej zadowolony: myślał, że aby zobaczyć Shi Meia, będzie musiał dotrzeć na Szczyt Życia i Śmierci, nie spodziewał się, że ten zejdzie z gór i szczęśliwie na siebie wpadną. Mo Ran coraz głębiej wierzył, że są sobie przeznaczeni.
Chociaż teraz jeszcze nie byli razem, to w poprzednim życiu przecież coś się między nimi tliło, powinno wrócić, wszystko w swoim czasie. Jego jedynym zmartwieniem było teraz ochronić Shi Meia, nie pozwolić mu, jak tamtego roku, umrzeć w swoich ramionach…
Shi Mei nie miał pojęcia o odrodzeniu Mo Rana, rozmawiał z nim jak co dzień. Gawędzili tak, aż dotarli do stóp Szczytu Życia i Śmierci. A tam, w środku głębokiej nocy, stojąca przy bramie postać zmierzyła ich podejrzliwym wzrokiem.
– Mo Ran! Nadal znasz drogę powrotną?
Mo Ran podniósł wzrok. „Ech, co za gniewny arogant”, pomyślał. Pytającym był bowiem nikt inny jak młodziutki Xue Meng.
W porównaniu do Xue Menga, którego spotkał przed śmiercią, ten piętnasto-, szesnastoletni wydawał się jeszcze bardziej nieokiełznany i urodziwy. Miał na sobie lekką, czarną zbroję z niebieskimi krawędziami, na głowie wysoki koński ogon spięty srebrnymi szpilkami, pas z głową lwa oplatał smukłą talię. Chronione miał również nogi i ręce, na plecach lśniła zimnym światłem cienka, zakrzywiona szabla, a na lewym ramieniu błyszczał srebrzyście kołczan.
Mo Ran westchnął dyskretnie i pomyślał, że to kuszące, niemal kusicielskie. Xue Meng, czy jako młodzieniec, czy jako dorosły, niezmiennie pozostawał bardzo atrakcyjny. Mo Ran patrzył na niego, tego dorodnego młodzieńca, który głęboką nocą, zamiast spać, nosił pełną zbroję, i zastanawiał się, co on właściwie zamierza? Będzie tu odstawiał taniec godowy jak jakiś paw?
Mo Ran nie lubił Xue Menga, a Xue Meng niekoniecznie lubił jego.
Mo Ran był nieślubnym synem, w dzieciństwie nie wiedział, kim był jego ojciec. Żył z załatwiania różnych spraw w xiangtańskim teatrze. Kiedy miał czternaście lat, rodzina zaprowadziła go do Szczytu Życia i Śmierci.
A Xue Meng był paniczem ze Szczytu Życia i Śmierci, właściwie nawet kuzynem Mo Rana. Dorósł bardzo szybko, uważano go za wielki talent, nazywano „synem Niebios” i „feniksem”. Zazwyczaj położenie fundamentów zajmowało ludziom trzy lata, kolejnych dziesięciu potrzebowali, aby wykształcić duchowy rdzeń12. Ale Xue Meng był wyjątkowo pojętny – od momentu, kiedy wszedł do sekty, do wykształcenia rdzenia minęło zaledwie pięć lat. Sprawił tym wielką radość rodzicom i zyskał powszechne uznanie. W oczach Mo Rana jednak, czy był feniksem czy kurą, pawiem czy kaczką, to zawsze tylko ptak. Różni się jedynie długością piór. Dla Mo Rana więc Xue Meng był tylko ptakiem stroszącym piórka. A Mo Ran dla Xue Menga psim pomiotem. Być może to kwestia rodzinna, ale talent Mo Rana zdumiewał. Nawet bardziej niż talent Xue Menga. Gdy przybył Mo Ran, Xue Meng uważał się za wielce dystyngowanego, dobrze wychowanego, z dużą wiedzą i ze zdolnościami w zakresie sztuk walki, a także przystojnego. Nie to, co tamten, nieporządny łajdak. I tak oto zakochany w sobie feniks począł śpiewać swoim towarzyszom pieśń, mówił im:
– Posłuchajcie dobrze, ten Mo Ran to leniwe beztalencie, to po prostu uliczny bandzior, nie powinniście się z nim zadawać, traktujcie go jak psa.
– Dobrze mówisz, paniczu – przytakiwała jego świta. – Ten Mo Ran ma już czternaście lat, a dopiero zaczął kultywację, pewnie zajmie mu co najmniej dziesięć lat, aby położyć fundamenty, a dwadzieścia kolejnych, by wykształcić rdzeń. Do tego czasu nasz panicz już dawno podejmie wyzwanie Niebios i wniebowstąpi, a tamten będzie mógł tylko patrzeć z zazdrością.
Zadowolony Xue Meng uśmiechnął się zimno.
– Dwadzieścia lat? Ech, ja myślę, że ten śmieć i przez całe życie nie wykształci w sobie rdzenia.
Kto by się spodziewał, że śmieciowi wystarczy rok nauki u Shizuna i już mu się uda wypracować rdzeń.
Feniksa jakby raził piorun, czuł się upokorzony, nie mógł przełknąć tej zniewagi. Zadawał mu ciosy w plecy, przeklinał i życzył, by gdy Mo Ran będzie latał na mieczu, jego stopy się ześlizgnęły, by język mu się plątał podczas recytowania inkantacji. Za każdym razem, kiedy widział Mo Rana, młody feniks Xue Meng wywracał oczami, a jego parsknięcia było słychać kilka kilometrów dalej.
Kiedy Mo Ran pomyślał o tych sprawach z czasów dzieciństwa, zmrużył oczy i nie mógł powstrzymać radości, od tak dawna nie zdarzyło mu się odczuwać takich zwykłych przyjemności. Był samotny przez dekadę, teraz więc nawet to, co wtedy bolało, dziś zdawało się smakować wybornie i zachwycać aromatem.
Gdy Shi Mei spostrzegł Xue Menga, natychmiast zsiadł z konia i zdjął kapelusz z ciemnym woalem, odsłaniając swoją piękną twarz. Nic dziwnego, że się tak ubierał, kiedy wyjeżdżał samotnie. Mo Ran zerkał ukradkiem, czuł, jak trzepocze mu serce, jak umysł ucieka w nieznane rejony. Pomyślał przy tym, że ten człowiek jest tak niesłychanie urodziwy, aż porusza duszę.
– Paniczu – przywitał się z Xue Mengiem Shi Mei.
Xue Meng skinął głową.
– Wróciłeś? Rozwiązałeś sprawę ludzi-niedźwiedzi?
– Rozwiązałem. – Xue Meng się uśmiechnął. – Całe szczęście, że spotkałem A Rana, bardzo mi pomógł.
Dumne spojrzenie Xue Menga przeszyło Mo Rana jak ostrze, prześlizgnęło się po nim szybko i natychmiast zniknęło. Xue Meng zmarszczył brwi, na twarzy miał wypisaną pogardę, jakby patrzenie na Mo Rana zbrukało jego oczy.
– Shi Mei, idź odpocząć. Nie zadawaj się już z nim, to podła kreatura, jeśli będziesz z nim przebywać, sprowadzi cię na złą drogę.
Ale Mo Ran nie okazał słabości, odpowiedział z przekąsem:
– Shi Mei nie ma się uczyć ode mnie, czyżby więc miał się uczyć od ciebie? Paradujesz po nocach w takim stroju i pełnej zbroi, jak ptak, który stroszy piórka, syn Niebios… Ha, ha, ha, chyba raczej córka!
– Mo Ran, lepiej uważaj, co mówisz! To mój dom! Za kogo ty się masz? – Xue Meng się rozgniewał.
– Jestem twoim starszym kuzynem, zasadniczo więc jestem nad tobą – powiedział Mo Ran, wyliczając na palcach.
Xue Meng zrobił minę, jakby właśnie dostał psim łajnem w twarz, i ściągnął brwi z obrzydzenia.
– Kto by chciał mieć takiego kuzyna? – spytał surowo. – Nie pochlebiaj sobie, dla mnie jesteś niczym więcej jak psem unurzanym w błocie!
Xue Meng uwielbiał wyzywać innych od psów, psi syn, psi pomiot, wychowany przez sukę sukinsyn – przeklinał bez zająknięcia. Mo Ran przyzwyczaił się już dawno, teraz więc tylko zatkał uszy i nie zwracał na niego uwagi. Ale słuchający tego z boku Shi Mei czuł się niezręcznie i powiedział cicho kilka słów. Xue Meng w końcu prychnął lodowato i zamknął swój szanowny ptasi dziób.
– Paniczu, już późno, czekasz na kogoś przy bramie? – spytał łagodnie roześmiany Shi Mei.
– A cóżby innego? Mam podziwiać księżyc?
Mo Ran wybuchnął śmiechem.
– Już mówiłem, że się odstawiłeś, a tu się okazuje, że umówiłeś się na schadzkę. Oj, kto ma takiego pecha, żeby zostać twoją wybranką? Bardzo jej współczuję, ha, ha, ha.
Twarz Xue Menga pociemniała tak, że można by było zeskrobać z niej węgiel paznokciem.
– Ty! – oznajmił szorstko.
– Ja?
– Czekam właśnie na ciebie. I co ty na to?
Rozdział 5
Ten Czcigodny nie ukradł
Sala Wiernego Serca była jasno oświetlona. Shi Mei sobie poszedł, a zdezorientowany Mo Ran podążył za Xue Mengiem do budynku. Kiedy wszedł do środka, zrozumiał.
To ta ciota Rong Jiu.
Mo Ran przed wyjściem ukradł mu trochę srebra, a ten ośmielił się szukać go na Szczycie Życia i Śmierci. A teraz tonął w objęciach wysokiego mężczyzny i uroczo zanosił się rozpaczliwym płaczem. Gdy Mo Ran i Xue Meng weszli do pawilonu, jego szloch stał się głośniejszy o trzy tony. Wydawało się, że gdyby mężczyzna go nie podtrzymywał, padłby na miejscu, tocząc pianę z ust.
Na podwyższeniu, za zasłoną z koralików, siedziała krucha kobieta, która wyglądała na trochę zdezorientowaną.
Mo Ran nawet nie zaszczycił spojrzeniem tych dwóch cholernych mężczyzn, najpierw zwrócił się do niej z szacunkiem:
– Ciotko, wróciłem.
Była przecież wielką mistrzynią Szczytu Życia i Śmierci, panią Wang.
Nie była jak te bohaterki, które niczym nie ustępują mężczyznom, nie interesowała się światem zewnętrznym, kiedy ktoś przychodził z jakąś sprawą, a męża nie było na miejscu, nie miała pojęcia, jak to rozwiązać.
– A Ran, jesteś – powiedziała słabym głosem.
Mo Ran udawał, że nie widzi tych dwóch, którzy przyszli ze skargą.
– Tak późno, a ty nie śpisz. Czy coś się stało, że chciałaś się ze mną zobaczyć? – spytał z uśmiechem na twarzy.
– Mhm. Panicz Rong mówi, że… że ukradłeś mu srebro.
Była wstydliwa, nie ważyła się powiedzieć, że Mo Ran odwiedzał dom uciech, więc to pominęła.
Oczy Mo Rana rozjaśniły się uśmiechem.
– Co takiego? Przecież nie brakuje mi srebra, po co miałbym brać jego? Poza tym ci dwaj nie wyglądają znajomo. Znam was?
Potężny mężczyzna uśmiechnął się lodowato.
– Nazywam się Chang, jestem najstarszy w mojej rodzinie. Rody kupieckie nie przejmują się ceremoniałem, nazywaj mnie więc po prostu Changda.
Mo Ran uśmiechnął się lekko i przekręcił jego imię.
– A więc to panicz Dachang, cała przyjemność po mojej stronie, proszę wybaczyć moje zachowanie. A ten drugi to…
– He, he, panicz Mo Ran jest naprawdę dobry w rżnięciu głupa. Mnie faktycznie widzisz po raz pierwszy, ale połowę z ostatnich trzydziestu dni spędziłeś, śpiąc u A Jiu, ślepy jesteś? Jak możesz go nie poznawać?
Mo Ran nawet się nie zarumienił, puls mu nie przyspieszył. Spojrzał z uśmiechem na Rong Jiu.
– Próbujesz mnie oszukać? Jestem porządnym człowiekiem, nie spałem z żadnym San czy Jiu.
Twarz Rong Jiu poczerwieniała ze złości, zatopił się jeszcze bardziej w ramionach Changa, a po jego urodziwej twarzy popłynęły łzy.
– Paniczu Mo, paniczu Mo, wiem, że jestem nisko urodzony, niewarty wspomnienia, gdybyś tylko nie potraktował mnie aż tak źle, nie śmiałbym tu za tobą podążać, ale że odwróciłeś się tak ode mnie, to ja… ja…
– Naprawdę cię nie znam – odparł Mo Ran współczująco. – Nawet nie wiem, czy jesteś kobietą, czy mężczyzną. Jakże mogliśmy się wcześniej poznać?
– Jeszcze wczoraj doglądałeś moich interesów, jak mogłeś stać się tak nieczułym? Paniczu Chang, paniczu Chang, musisz się za mną wstawić. – Mówiąc to, Rong Jiu jeszcze bardziej zapadał się w objęcia Changa i płakał coraz rzewniej.
Xue Meng stał z boku i słuchał z poszarzałą twarzą, brwi mu drżały. Wyglądało na to, że gdyby nie ograniczała go powściągliwość młodego panicza, już dawno przepędziłby tych dwóch kijami.
Panicz Dachang głaskał Rong Jiu po głowie i pocieszał go łagodnym głosem.
– Pani Wang – powiedział z uniesioną dumnie głową. – Szczyt Życia i Śmierci jest wielką i prawą sektą, ale panicz Mo to podły kundel. A Jiu zarabia w znoju, żeby móc się jak najszybciej wykupić, a ten nie dość, że traktuje go źle, to jeszcze kradnie jego krwawicę. Jeśli dzisiaj nie potraktujecie nas poważnie, moja rodzina sprawi, że nie będziecie mile widziani w Syczuanie! Choć nie zajmujemy się kultywacją, jesteśmy kupcami od pokoleń, a nasze bogactwa sięgają nieba.
– Paniczu Chang, proszę się nie złościć, ja… ja… – odparła zmieszana pani Wang.
Mo Ran w głębi serca zaśmiał się chłodno. Changowie, rodzina solnych kupców, opływali w bogactwa, a panicz Dachang nie mógł wykupić Rong Jiu? Rong Jiu miał sam na to zarobić, któż by uwierzył, że nie dzieje się tu nic podejrzanego? Ale powiedział tylko z uśmiechem:
– Ach, a więc jesteś, Dachang, synem bogatych kupców z Yizhou, rzeczywiście imponujące. Wielki szacunek!
– Przynajmniej zdajesz sobie sprawę z tego, jak wygląda sytuacja. – Na twarzy panicza Dachanga pojawiła się duma. – A skoro tak, znaj swoje miejsce, oszczędź sobie nieprzyjemności. Zabrałeś rzeczy A Jiu, czemu mu ich szybko nie oddasz?
– To naprawdę dziwne. – Mo Ran się uśmiechnął. – Twój A Jiu przyjmuje codziennie tylu gości, dlaczego więc o kradzież oskarża tylko mnie?
– Ty! – Panicz Dachang zazgrzytał zębami i uśmiechnął się lodowato. – Nieźle, nieźle, wiedziałem, że będziesz coś knuł. Pani Wang, sama pani widzi. Panicz Mo zachowuje się całkiem niedorzecznie, nie przyznaje się do winy, mimo że wszystko świadczy na jego niekorzyść. Nie będę z nim więcej rozmawiał. Jesteś panią tego miejsca, to do ciebie należy decyzja!
Pani Wang była kobietą nieobeznaną ze sprawami świata, zdenerwowała się więc tak bardzo, że zaczął jej się plątać język.
– Ja… A Ran… A Meng…
Xue Meng stał z boku, widział, że matka sobie nie radzi, wyprostował się więc i wystąpił:
– Paniczu Chang, Szczyt Życia i Śmierci słynie z surowej dyscypliny, jeśli więc mówisz prawdę, jeżeli Mo Ran rzeczywiście sprzeniewierzył się zakazom dotyczącym pożądliwości i chciwości, sami wymierzymy mu dotkliwą karę. Ale twoje słowa nie mają umocowania. Czy posiadasz dowód na to, że to Mo Ran okradł Rong Jiu?
– Wiedziałem, że o to zapytacie. – Panicz Dachang uśmiechnął się zimno. – Dlatego też nie traciłem czasu i zanim Mo Ran powrócił, porozmawiałem z panią Wang. – Odchrząknął. – Posłuchajcie mnie dobrze, A Jiu stracił kilka garści pereł, dziesięć sztabek srebra, parę złotych bransolet w kształcie kwiatów śliwy, dwie jadeitowe szpilki do włosów, a do tego jadeitowy wisior w kształcie motyla. Trzeba jedynie sprawdzić, czy Mo Ran ma te rzeczy przy sobie, a będziemy wiedzieć, czy niesłusznie go oskarżyłem.
– W imię czego chcesz mnie przeszukać? – zaprotestował Mo Ran.
– Myślę, że po prostu czujesz się winny. – Panicz Dachang uniósł dumnie podbródek. – Pani Wang, jak w Szczycie Życia i Śmierci karzecie kradzież i rozwiązłość?
– Sprawami sekty… zawsze zajmował się małżonek, naprawdę… nie wiem… – odparła pani Wang cicho.
– Nie, nie, myślę, że pani Wang nie tyle nie wie, ile umyślnie stara się chronić swojego siostrzeńca. Nie zdawałem sobie sprawy, że Szczyt Życia i Śmierci to tak zepsute i brudne miejsce…
– Dobrze, dobrze. Moja ciotka już powiedziała, że nie wie, co ma zrobić, dlaczego tak ją dręczysz? Jeszcze ci mało? – Mo Ran zniecierpliwił się jego tyradą, a jego beztroski zwykle uśmiech zniknął. Spojrzał na tamtych dwóch. – Dobrze, pozwolę ci się przeszukać, ale jeśli nic nie znajdziesz, a usta masz pełne oszczerstw pod adresem mojej sekty, co wtedy zrobimy?
– Od razu cię przeproszę, paniczu Mo.
– Niech będzie – odparł Mo Ran wyjątkowo radośnie. – Jeszcze jedno. Jeżeli się pomyliłeś, żeby okazać skruchę, musisz zejść ze Szczytu Życia i Śmierci na kolanach.
Gdy panicz Dachang zobaczył, jak pewny siebie jest Mo Ran, w jego sercu zagościła wątpliwość. Od dzieciństwa zazdrościł tym, którzy kultywowali ku nieśmiertelności, ale brakowało mu talentów, nie potrafił pojąć podstaw. Kilka dni wcześniej dowiedział się, że jego dawny kochanek Rong Jiu cieszy się względami Mo Rana. Ustalili więc, że Rong Jiu znajdzie okazję, by przeszkodzić Mo Ranowi w drodze kultywacji, a panicz Dachang wykupi go i nie tylko – zabierze go do domu i zapewni życie w dostatku i bez trosk.
Panicz Dachang dążył do nieśmiertelności, Rong Jiu do bogactwa, połączyli więc siły i pozostali w świetnej komitywie.
W poprzednim życiu Mo Ran wpadł w ich pułapkę i chociaż później udało mu się wszystko naprostować, kosztowało go to niemało wysiłku. Ale w tym życiu wyjdzie im to bokiem. Mo Ran, nie wiadomo dlaczego, nagle zmienił się całkowicie, choć jeszcze kilka dni wcześniej leżał pijany w gniazdku miłości i powtarzał: „A Jiu to, A Jiu tamto”. A dzisiaj rano sponiewierał go dwukrotnie, po czym zabrał jego kosztowności i uciekł.
