Husky i jego biały kot Shizun - Rou Bao Bu Chi Rou - ebook
NOWOŚĆ

Husky i jego biały kot Shizun ebook

Rou Bao Bu Chi Rou

4,3
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły z Katalogu Klubowego+ w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Mo Weiyu był Cesarzem Ludzkiego Wymiaru, Czcigodnym Depczącym Nieśmiertelnych, niepokonanym tyranem budzącym strach w sercach zarówno zwykłych ludzi, jak i najpotężniejszych kultywatorów. Miał wszystko.

Znaleźli się tacy, którzy pragnęli go obalić, którzy pałali gniewem i pragnieniem zemsty, odebrał im jednak zwycięstwo, zażywając truciznę. Trzydziestoletni cesarz świata kultywacji odszedł na własnych warunkach.

Ale zamiast trafić pod sąd Yanluo, obudził się w przeszłości.

Czy to kara? Czy szansa na naprawienie błędów?

Mo Ran znów ma szesnaście lat i całe życie przed sobą. Znów u boku ma tych, których kocha i tych, których, jak mu się w tym i w poprzednim życiu zdawało, nienawidzi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 501

Oceny
4,3 (16 ocen)
7
7
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
goa66

Dobrze spędzony czas

Interesujące, odmienne spojrzenie. Początek trochę mnie zniechęcił, ale potem wciąga
00
HEwelina

Całkiem niezła

ok
00
olcia_05

Nie oderwiesz się od lektury

cudo🥰
00
azutodragon

Dobrze spędzony czas

Przeczytałam. Jest świetna ale czy książki z tego gatunku muszą się tak kończyć. Jak ja się mam doczekać kolejnego tomu. Przecież to się nie uda😂
00
Sandi98

Dobrze spędzony czas

That was crazy. I’ve never actually experienced that sort of atmosphere before, it was absolutely electric!!!!!! Buja oj buja. Jestem gotowa na te 10 części. Dawać mi je
00

Popularność




Publi­shed ori­gi­nally under the title of 《二哈和他的白猫师尊》 (The Husky and His White Cat Shi­zun)

Copy­ri­ght © 肉包不吃肉(Rou Bao Bu Chi Rou) Polish edi­tion rights under license gran­ted by海南千禾星摇文化创意有限公司 Hainan Qianhe Xin­gyao Wen Hua Chu­ang Yi You Xian Gong Si Polish edi­tion copy­ri­ght © 2026 Wydaw­nic­two Czarna Owca Polish edi­tion arran­ged thro­ugh JS Agency Co., Ltd Copy­ri­ght © 2026 for the Polish trans­la­tion by Alek­san­dra Woź­niak-Mar­chewka, Wero­nika Zie­liń­ska, Pau­lina Brzo­zow­ska, Kinga Budzyń­ska

All rights rese­rved

Ostrze­że­nieKsiążka zawiera dra­styczne sceny, opisy tor­tur, oka­le­czeń i śmierci, a także prze­moc na tle sek­su­al­nym oraz wul­garny język i jest prze­zna­czona dla doro­słych czy­tel­ni­czek i czy­tel­ni­ków.

Redak­torka pro­wa­dząca: Agnieszka Radzi­kow­ska Redak­cja i kon­sul­ta­cja: Agnieszka Szma­toła Korekta: Ewa Ski­biń­ska, Lena Mar­ci­niak, Marta Tyczyń­ska-Lewicka Ilu­stra­cja okład­kowa, czarno-białe białe ilu­stra­cje scen: Anna Pode­dworna Pro­jekt okładki i przy­go­to­wa­nie do druku: Nata­lia Twardy Kon­sul­ta­cja: Ali­cja „Luśka” Rybak, Mał­go­rzata „Roshanke” Dere­wicz, Wero­nika „Liu­hao” Sko­czek Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN 978-83-8382-994-4

Od autora

Mam nadzieję, że spodoba się Wam ta histo­ria.

Rou Bao Bu Chi Rou

Lista postaci

Lista postaci

Szczyt Życia i Śmierci1

Mo Ran – Cesarz Ludz­kiego Wymiaru, Czci­godny Dep­czący Nie­śmier­tel­nych, obec­nie uczeń ze Szczytu Życia i Śmierci, bar­dzo lubi Shi Meia, nie wie, co czuje do Chu Wan­ninga.

Chu Wan­ning – mistrz ze Szczytu Życia i Śmierci, Shi­zun Mo Rana, Xue Menga i Shi Meia.

Xue Meng – młody panicz Szczytu Życia i Śmierci, kuzyn Mo Rana.

Shi Mei – uczeń Szczytu Życia i Śmierci, uko­chany Mo Rana.

Pani Wang – matka Xue Menga, żona Xue Zhen­gy­onga.

Xue Zhen­gy­ong – Wielki Mistrz Szczytu Życia i Śmierci, ojciec Xue Menga i wuj Mo Rana.

A Li – kotka pani Wang.

Starsi ze Szczytu Życia i Śmierci

Star­szy Strze­gący Praw (Jièlǜ)– dba o prze­strze­ga­nie zasad Szczytu Życia i Śmierci i wymie­rza kary za ich zła­ma­nie.

Star­szy Czte­rech Gwiazd (Xuánjī) – bar­dzo popu­larny wśród uczniów Szczytu Życia i Śmierci, ponie­waż jego metody kul­ty­wa­cji są łatwe do naucze­nia, a on sam jest bar­dzo miły.

Star­szy Siód­mej Gwiazdy (Pòjūn).

Star­szy Pię­ciu Gwiazd (Qīshā) – nie prze­pada za star­szym Trze­ciej Gwiazdy. Bar­dzo.

Star­szy Pierw­szej Gwiazdy (Tānláng) – jest zna­ko­mi­tym alche­mi­kiem i zna się na medy­cy­nie i uzdra­wia­niu.

Star­szy Trze­ciej Gwiazdy (Lùcún) – przy­stojny i tro­chę znie­wie­ściały.

Mia­steczko Motyli

Pan Chen – głowa rodziny Chen.

Pani Chen – mał­żonka pana Chen.

Pani Chen-Yao – żona Chen Bohu­ana, córka sza­now­nego sędziego Yao.

Chen Bohuan – naj­star­szy syn rodziny Chen.

Chen Yanji – naj­młod­szy syn rodziny Chen.

Córka rodziny Chen – naj­młod­sza spo­śród rodzeń­stwa Chen.

Luo Xia­nxian – dziew­czyna pocho­dząca z Mia­steczka Motyli.

Uczony Luo – ojciec Luo Xia­nxian, nie­speł­niony uczony.

Mistrzyni Cere­mo­nii – bożek czczony w świą­tyni na obrze­żach Mia­steczka Motyli przez jego miesz­kań­ców.

Sza­lony da-gege – tajem­ni­czy nie­zna­jomy, który pew­nej nocy poja­wił się przed domem małej Luo Xia­nxian.

Złote Jezioro

Gou­chen Wywyż­szony – bóg zamiesz­ku­jący Złote Jezioro.

Wan­gyue – smok słu­żący Gou­che­nowi Wywyż­szo­nemu.

Ji Baihua – lisi duch zamiesz­ku­jący Złote Jezioro.

Zha­ixin Liu – duch drzewa wierzby rezy­du­jący w Zło­tym Jezio­rze.

Inni

Rong Jiu – chło­pak do towa­rzy­stwa pra­cu­jący w domu uciech w mie­ście opo­dal Szczytu Życia i Śmierci.

Dachang/Changda – naj­star­szy syn z boga­tej rodziny kupiec­kiej, patron Rong Jiu.

Song Qiu­tong – w prze­szło­ści żona Mo Rana, człon­kini sekty Myśli Kon­fu­cjań­skiej.

KSIĘGA PIERW­SZA

Odmienne drogi

CZĘŚĆ PIERW­SZA

Rozdział 1. Ten Czcigodny nie żyje

Roz­dział 1

Ten Czci­godny nie żyje

Mo Ran jesz­cze nie był wtedy cesa­rzem, a wszy­scy wyzy­wali go od psów.

Ludzie z wio­ski nazy­wali go psu­bra­tem, kuzyni – kun­dlem, ale naj­gor­sza była kobieta, która się nim zaj­mo­wała, ta wymy­ślała mu od psich pomio­tów.

Oczy­wi­ście były też pewne podo­bień­stwa z psami, które mógł uznać za nie­naj­gor­sze. Na przy­kład obiekty jego jed­no­noc­nych roman­sów zawsze wyra­żały tro­chę uda­wa­nego gniewu, że siła jego lędźwi jest w łóżku niczym u dzi­kiego psa, że słod­kimi słów­kami wabi ludz­kie dusze, a jego potężna broń pra­wie odbiera życie, ale potem szybko bie­gły się chwa­lić innym, tak żeby wszy­scy w przy­bytku wie­dzieli, że on, Mo Weiyu, jest uro­dzi­wym, dobrze wypo­sa­żo­nym męż­czy­zną. Kto spró­bo­wał, tego ape­tyty zostały zaspo­ko­jone, kto nie – ten aż prze­bie­rał nogami, by spró­bo­wać.

Trzeba przy­znać, że ci wszy­scy ludzie mieli rację: Mo Ran przy­po­mi­nał mer­da­ją­cego ogo­nem, głu­piego psa.

Dopiero gdy został cesa­rzem świata kul­ty­wa­cji, te prze­zwi­ska znik­nęły. W oka­mgnie­niu.

Pew­nego dnia mała sekta z odle­głych stron poda­ro­wała mu szcze­niaka.

Pies był szaro-biały, z trzema jasnymi gwiazd­kami na czole, tro­chę przy­po­mi­nał wilka. Był jed­nak wiel­ko­ści główki kapu­sty, wyglą­dał jak główka kapu­sty i miał tyle samo roz­sądku, pulchny i okrą­gły. Wciąż jed­nak myślał, że robi wra­że­nie wiel­kiego, bie­gał więc po głów­nej sali, kilka razy chciał się wspiąć na wyso­kie schody, zoba­czyć dobrze czło­wieka, który zasia­dał na tro­nie, ale miał za krót­kie łapy, zawsze więc koń­czyło się to nie­po­wo­dze­niem.

Mo Ran patrzył na tę kulkę sier­ści, pełną siły, ale nie­świa­domą, jak jej użyć, i kom­plet­nie pozba­wioną roz­sądku. Obser­wo­wał psiaka przez chwilę, po czym wybu­chał śmie­chem, śmiał się i łajał to głu­pie stwo­rze­nie.

Szcze­niak szybko wyrósł na dużego psa, duży pies stał się sta­rym psem, a stary – mar­twym.

Mo Ran led­wie mru­gnął, a już trzy­dzie­ści dwa lata jego życia prze­mknęły pośród chwały i hańby, wzlo­tów i upad­ków.

Znu­dził się już zabawą, czuł się utru­dzony i samotny. Coraz mniej było wokół niego ludzi, któ­rych znał, nawet pies z trzema gwiazd­kami na czole doko­nał żywota. Dla­tego Mo Ran pomy­ślał, że nad­szedł czas, by to wszystko zakoń­czyć.

Z tacy na owoce wziął kry­sta­licz­nie czy­ste wino­grono i obrał je z fio­le­to­wej skórki.

Jego ruchy były spo­kojne i zręczne, jak u króla Qiang, który w namio­cie wyłu­ski­wał z szat kon­ku­binę Hu, z pew­nym leni­wym znie­chę­ce­niem. Zie­lony miąższ drgał deli­kat­nie w jego pal­cach, sok roz­lał się deli­kat­nym odcie­niem, jak dzi­kie gęsi nio­sące czer­woną jutrzenkę, jak opa­da­jące kwiaty jabłoni.

Jak brudna krew.

Poły­kał słodki miąższ, oglą­da­jąc swoje palce, po czym leni­wie pod­niósł powieki. Sie­dział tak i myślał dwie godziny2.

Powi­nien zstą­pić do pie­kieł. Mo Ran o imie­niu Weiyu. Pierw­szy władca świata kul­ty­wa­cji.

Nie­ła­two było zasiąść na tym miej­scu. Wyma­gało to nie tylko ogrom­nej mocy, lecz także skóry twar­dej niczym skała.

W cza­sach przed nim dzie­sięć wiel­kich sekt świata kul­ty­wa­cji rywa­li­zo­wało ze sobą, utrzy­mu­jąc podobną pozy­cję i pil­nu­jąc się nawza­jem. Nikt nie mógł zmie­nić świata sam jeden. Co wię­cej, każdy z przy­wód­ców był wielce uta­len­to­wa­nym czło­wie­kiem, oczy­ta­nym w kla­sycz­nych tek­stach, i nawet gdyby dla zabawy zechciał się­gnąć po tytuł, bałby się pióra histo­ry­ków, bałby się, że przez tysiące lat jego imię będzie ska­lane.

Ale Mo Ran był inny. Był wyrzut­kiem.

Robił to, czego inni nie ośmie­lili się robić. Pił naj­moc­niej­szy alko­hol, brał za żony naj­pięk­niej­sze kobiety, stał się przy­wódcą świata kul­ty­wa­cji – Czci­god­nym Dep­czą­cym Nie­śmier­tel­nych – a póź­niej ogło­sił się cesa­rzem.

Wszy­scy przed nim uklęk­neli.

Tych, któ­rzy się nie ugięli, wycięto w pień. W latach jego pano­wa­nia świat kul­ty­wa­cji uto­nął we krwi i w jękach ofiar. Nie­zli­czeni boha­te­ro­wie ginęli dziel­nie, a jedną z dzie­się­ciu wiel­kich sekt, Sektę Myśli Kon­fu­cjań­skiej, uni­ce­stwiono.

I sam mistrz Mo Rana nie umknął jego pazu­rom, prze­grał poje­dy­nek, po czym jego nie­gdyś uko­chany uczeń zabrał go do pałacu i uwię­ził. Nikt nie poznał miej­sca jego pobytu.

Nie­gdyś mle­kiem i mio­dem pły­nąca kra­ina stała się pobo­jo­wi­skiem.

Dla psiego cesa­rza Mo Rana, który nauce poświę­cił może kilka dni, nie ist­niały żadne gra­nice. Dla­tego też czasy jego pano­wa­nia nazna­czyło nie­skoń­cze­nie wiele absur­dów, począw­szy od samej nazwy epoki.

Pierw­sze trzy lata swo­jego pano­wa­nia nazwał „erą sukin­syna”, co wymy­ślił, sie­dząc nad sta­wem i kar­miąc ryby.

Kolejne trzy – „erą rechotu”, ponie­waż pew­nego let­niego dnia usły­szał na dzie­dzińcu recho­ta­nie żab i uznał, że jest to zesłana z nie­bios inspi­ra­cja, któ­rej nie wolno zigno­ro­wać.

Uczeni uznali, że nie można stwo­rzyć nazw bar­dziej nie­for­tun­nych, oka­zało się jed­nak, że nic nie wie­dzieli o Mo Weiyu.

W ciągu kolej­nych trzech lat lud zaczął się burzyć. Bud­dy­ści, tao­iści czy spi­ry­tu­ali­ści, wszy­scy oni byli szla­chet­nymi mężami, któ­rzy nie mogli znieść tyra­nii Mo Weiyu. Wznie­cali jedno powsta­nie za dru­gim. Dla­tego też Mo Ran myślał cały dzień, aż po nie­zli­czo­nych pró­bach powstała nazwa, która wstrzą­snęła nie­bem i zie­mią – „nasta­nie pokój”.

Zna­cze­nie było pomyślne. Nazwa, nad którą gło­wił się pierw­szy cesarz, miała ozna­czać „porzu­cić broń, przy­wró­cić pokój”, ale wer­sja krą­żąca wśród ludu brzmiała dość nie­zręcz­nie.

Zwłasz­cza jeśli ktoś nie umiał pisać.

Pierw­szy rok nazy­wał się „pokój”, co dla ludu brzmiało jak „po chuj”. Kolejny rok nazy­wał się „dru­gim rokiem po chuj”. Trzeci rok – „po chuj”.

Nie­któ­rzy wykli­nali za zamknię­tymi drzwiami:

– To doprawdy absur­dalne! Czemu nie mówić po pro­stu „rok nasta­nia pokoju”! Przyj­dzie czas, że nie trzeba będzie pytać męż­czy­zny o wiek, tylko o wiek chuja! Stu­letni sta­rzec będzie stu­let­nim chu­jem!

Po trzy­let­nich zma­ga­niach era ta dobie­gła końca.

Cały świat zamarł w ocze­ki­wa­niu na nazwę czwar­tej ery, ale tym razem Mo Ran żad­nej nie wybrał, bo w tym wła­śnie roku świat kul­ty­wa­cji pogrą­żył się w cha­osie. Prze­ły­ka­jący upo­ko­rze­nie i powstrzy­mu­jący gniew przez dzie­sięć lat, szla­chetni wojow­nicy w końcu zawarli przy­mie­rze i zebrali ogromną armię, któ­rej milion żoł­nie­rzy miał zmu­sić Mo Weiyu do ustą­pie­nia z tronu.

Świat kul­ty­wa­cji nie potrze­bo­wał cesa­rza.

A już zwłasz­cza nie potrze­bo­wał takiego tyrana.

Po wielu mie­sią­cach krwa­wych bitew armia powstań­cza dotarła do Szczytu Życia i Śmierci. Ta góra o stro­mych zbo­czach stała w pro­win­cji Syczuan, a na jej szczy­cie spo­wi­tym przez cały rok mgłą maje­sta­tycz­nie wzno­siła się rezy­den­cja Mo Rana.

Strzały były już na cię­ci­wach, wystar­czył jeden osta­teczny cios, by dosię­gnąć pałacu. Osta­teczny, ale i naj­bar­dziej nie­bez­pieczny. Mieli już zwy­cię­stwo w zasięgu wzroku, gdy wśród zjed­no­czo­nych armii, które wcze­śniej połą­czył wspólny wróg, nastą­piły pewne spory. Stary cesarz upad­nie, nasta­nie nowy porzą­dek. Nikt nie chciał w takiej chwili mar­no­wać sił, nie było więc komu zadać ciosu i zaata­ko­wać górę.

Bali się, że ten prze­bie­gły i pod­stępny tyran zstąpi nagle z nieba, obnaży zęby białe jak u dzi­kiej bestii i roze­drze na strzępy tych, któ­rzy ośmie­lili się oble­gać jego pałac.

Nie­któ­rzy mówili, śmier­tel­nie poważni:

– Moc Mo Weiyu jest wielka, a on sam jak tru­ci­zna dla ludzi, bądźmy ostrożni, nie wchodźmy mu w drogę.

Gene­ra­ło­wie jeden za dru­gim powta­rzali to samo. Ale wtedy wystą­pił pewien mło­dzie­niec o uro­dzi­wych rysach i dostoj­nym wyglą­dzie. Nosił sre­brzy­sto-błę­kitną zbroję, pas z głową lwa, włosy miał upięte wysoko za pomocą pięk­nej srebr­nej klamry. Nie­przy­jemny miał tylko wyraz twa­rzy.

– Jeste­śmy wszy­scy u stóp góry, a wy się wciąż waha­cie, czy na nią wejść? Czyż­by­ście się spo­dzie­wali, że Mo Weiyu sam do was zej­dzie? Banda tchórz­li­wych śmieci!

– Co ty wyga­du­jesz, pani­czu Xue? – pro­te­sto­wali ota­cza­jący go ludzie. – Jak to, my, tchó­rze? W spra­wach wojny naj­waż­niej­sza jest ostroż­ność. Gdyby każdy był tak bez­tro­ski jak ty, kto by wziął odpo­wie­dzial­ność, gdyby stało się coś złego?

Ktoś zaśmiał się kpiąco.

– Panicz Xue jest wybrań­cem Nie­bios, my tutaj to zwy­kłe sza­raczki. Skoro wybra­niec nie może się docze­kać, by sta­wić czoła cesa­rzowi, niech ruszy sam. My wypra­wimy ucztę u stóp góry i pocze­kamy, aż przy­nie­siesz nam głowę Mo Weiyu, tak będzie naj­le­piej.

Mocne to były słowa. Pewien stary mnich, który znaj­do­wał się wśród sprzy­mie­rzo­nych armii, powstrzy­mał mło­dzieńca przed wybu­chem.

– Pani­czu Xue – powie­dział łagod­nym tonem, przy­bie­ra­jąc dys­tyn­go­wany wyraz twa­rzy. – Posłu­chaj, pro­szę, sta­rego mni­cha. Wiemy, jak wielką urazę żywisz do Mo Weiyu. Ale zmu­sze­nie cesa­rza do ustą­pie­nia jest bar­dzo ważną sprawą. Musisz myśleć o wszyst­kich i nie możesz dzia­łać impul­syw­nie.

Panicz Xue, który zna­lazł się w ogniu kry­tyki, nazy­wał się Xue Meng. Dzie­sięć lat wcze­śniej był mło­dzień­cem o wiel­kich talen­tach, praw­dzi­wym wybrań­cem Nie­bios, któ­remu wszy­scy schle­biali. Ale czas pły­nie, a oko­licz­no­ści się zmie­niają. Ktoś, kto kie­dyś był u wła­dzy, póź­niej sta­nie się celem innych. Musiał wytrzy­mać ich kpiny i śmiech, by dostać się na górę i raz jesz­cze spo­tkać się z Mo Ranem.

Twarz Xue Menga wykrzy­wił gniew, usta mu drżały, ale ze wszyst­kich sił sta­rał się zacho­wać spo­kój.

– Jak długo więc zamier­za­cie cze­kać?

– Zobaczmy cho­ciaż, co się sta­nie.

– Wła­śnie, co, jeśli Mo Weiyu zasta­wił pułapkę?

– Pani­czu Xue – napo­mi­nał stary mnich, który przed chwilą pró­bo­wał zała­go­dzić sytu­ację – nie dener­wuj się, wszy­scy dotar­li­śmy już do pod­nóża góry, lepiej być ostroż­nym. Mo Weiyu jest uwię­ziony w pałacu, nie zej­dzie z góry. Jest u kresu sił, nie jest w sta­nie doko­nać żad­nych wiel­kich rze­czy, dla­czego więc mamy dzia­łać pochop­nie i przy­spie­szać sprawy? U stóp góry jest nas tak wielu, tak wielu zna­mie­ni­tych moż­nych, jeśli ktoś z nich straci życie, kto będzie za to odpo­wie­dzialny?

– Odpo­wie­dzialny? – Panicz Xue wybuch­nął nagłym gnie­wem. – Spy­tam cię więc: kto weź­mie odpo­wie­dzial­ność za życie mojego Shi­zuna? Mo Ran od dzie­się­ciu lat trzyma go w aresz­cie domo­wym. Całe dzie­sięć lat! Jak mogę cze­kać, gdy mój Shi­zun jest tam, na górze?

Gdy tylko zebrani usły­szeli o Shi­zu­nie Xue Menga, na ich twa­rzach poja­wiło się zmie­sza­nie. Jedni wyda­wali się zawsty­dzeni, inni patrzyli to w prawo, to w lewo, jesz­cze inni mam­ro­tali coś pod nosem.

– Dzie­sięć lat temu Mo Ran ogło­sił się Czci­god­nym Dep­czą­cym Nie­śmier­tel­nych. Wyrżnął sie­dem­dzie­siąt dwa mia­sta Sekty Myśli Kon­fu­cjań­skiej, pra­gnął też obró­cić w pył pozo­stałe dzie­więć wiel­kich sekt. Póź­niej ogło­sił się cesa­rzem, chciał zabić was wszyst­kich. Kto w końcu zapo­biegł tym dwóm kata­stro­fom? Gdyby nie mój Shi­zun, czy wciąż byście żyli? Czy wciąż mogli­by­ście ze mną roz­ma­wiać?

Ktoś w tłu­mie odchrząk­nął dwu­krot­nie i ode­zwał się łagod­nie:

– Pani­czu Xue, nie pozwól, by opa­no­wał cię gniew. Wszy­scy czu­jemy się winni w spra­wie mistrza Chu i jeste­śmy mu wdzięczni. Ale jak mówisz, prze­bywa w aresz­cie domo­wym już dzie­sięć lat, gdyby coś już się… Cze­ka­łeś dzie­sięć lat, nie spiesz się więc i teraz, co sądzisz?

– Gówno sądzę!

– Jak śmiesz tak się do nas zwra­cać? – Czło­wiek ten wyba­łu­szył oczy.

– A dla­czego nie? Shi­zun posta­wił na szali swoje życie, wła­śnie po to, by was rato­wać, wy… wy… – Nie dokoń­czył, szloch ści­snął mu gar­dło. – Nie jestem go godzien.

Odwró­cił gwał­tow­nie głowę, jego ramiona zaczęły deli­kat­nie drżeć, powstrzy­my­wał łzy.

– Nie powie­dzie­li­śmy, że nie ura­tu­jemy mistrza Chu…

– No wła­śnie, wszy­scy pamię­tamy, jak dobry był dla nas, nie zapo­mnie­li­śmy tego. To, co mówisz, pani­czu Xue, zna­czy nas wszyst­kich pięt­nem nie­wdzięcz­no­ści, naprawdę nie do znie­sie­nia.

– Ale czyż Mo Ran nie jest uczniem mistrza Chu? – wtrą­cił ktoś inny. – Moim zda­niem, jeśli uczeń zrobi coś złego, rów­nież jego mistrz ponosi za to odpo­wie­dzial­ność. Nie­do­ucze­nie syna jest winą ojca, a brak suro­wo­ści u nauczy­ciela świad­czy o jego leni­stwie. To zro­zu­miałe, nie ma o co mieć żalu.

Były to mocne słowa, natych­miast więc ktoś zapro­te­sto­wał.

– Co to za bzdury! Uwa­żaj na słowa! – Po czym zwró­cił się łagod­nie do Xue Menga: – Pani­czu Xue, nie dener­wuj się…

– Jak mam się nie dener­wo­wać? – Xue Meng z nabie­głymi krwią oczami wszedł mu w słowo. – Nie potra­fi­cie może się posta­wić w tej sytu­acji, ale to jest mój Shi­zun! Mój!!! Nie widzia­łem go tyle lat! Nie wiem, czy żyje, czy umarł, nie wiem, jak mu się wie­dzie. Jak myśli­cie, dla­czego tutaj jestem? – Dyszał ciężko, a jego oczy były czer­wone z wście­kło­ści. – Myśli­cie, że jeżeli będzie­cie cze­kać, to Mo Weiyu sam zej­dzie z góry, uklęk­nie przed wami i będzie bła­gał o łaskę?

– Pani­czu Xue…

– Nie mam na świe­cie nikogo bli­skiego prócz niego. – Xue Meng wyszarp­nął rąbek szaty z rąk sta­rego mni­cha. – Jeśli wy nie chce­cie, pójdę sam.

Powie­dziaw­szy to, wyru­szył na górę.

Zimny, wil­gotny wiatr niósł szmer tysięcy liści, zda­wało się, że w gęstej mgle, sze­lesz­cząc, szep­czą nie­zli­czone zbłą­kane złe duchy skryte w gór­skim lesie.

Xue Meng samot­nie dotarł na szczyt, gdzie w mroku nocy wspa­niały pałac Mo Rana lśnił spo­koj­nym bla­skiem. Przed Wieżą Prze­ci­na­jącą Niebo zauwa­żył trzy groby. Pod­szedł, by się im przyj­rzeć. Pierw­szy poro­sła trawa, a na pły­cie nagrob­nej wid­niały krzywe znaki: „Tu spo­czywa surowa (jak kapu­sta) kon­ku­bina Chu”.

Drugi grób był nowy, zasy­pany świeżą zie­mią. Na pły­cie wyryto słowa: „Tu spo­czywa pulchna (jak bułeczka) cesa­rzowa Song”.

Gdyby zoba­czył te absur­dalne nagrobki dzie­sięć lat temu, nie mógłby powstrzy­mać się od śmie­chu. Wtedy byli uczniami tego samego mistrza. Mo Ran był naj­lep­szy w wymy­śla­niu żar­tów, a cho­ciaż Xue Meng od początku patrzył na niego nie­przy­chyl­nym okiem, od czasu do czasu bawiły go te dow­cipy. Nie wie­dział, o co cho­dzi z surową kon­ku­biną i pulchną cesa­rzową, pew­nie wielce uta­len­to­wany Mo wymy­ślił te inskryp­cje dla swo­ich żon. Styl przy­po­mi­nał ery sukin­syna, rechotu i „po chuj”. Ale dla­czego swoim mał­żon­kom nadał takie pośmiertne tytuły? Tego Xue Meng nie wie­dział.

Spoj­rzał na trzeci grób.

Nawet w ciem­no­ści dostrzegł, że jest otwarty, a w środku leży trumna. Pusta, a do tego na pły­cie nic nie napi­sano. Przed gro­bem stały tylko dzba­nek wina – Kwiatu Bia­łej Gru­szy, won­tony w pikant­nym czer­wo­nym sosie i kilka pikant­nych prze­ką­sek – same ulu­bione dania Mo Rana. Zdzi­wiony Xue Meng wpa­try­wał się w nie przez chwilę, po czym nagle zaświ­tała mu myśl: „Czyżby Mo Ran zde­cy­do­wał się pod­dać bez walki i sam wyko­pał sobie grób?”.

Zde­cy­do­wał się umrzeć?

Oblał go zimny pot.

Nie, nie wie­rzył w to. Taki czło­wiek jak Mo Ran wal­czył do ostatka, nie znał znu­że­nia ani się nie pod­da­wał. Jego dotych­cza­sowe czyny wska­zy­wały raczej na to, że wal­czyłby z bun­tow­ni­kami aż po kres, jak więc by mógł…

Przez ostat­nie dzie­sięć lat Mo Ran stał na szczy­cie. Co tam zoba­czył, co się wyda­rzyło? Nikt tego nie wie­dział.

Xue Meng wszedł w noc, wiel­kimi kro­kami zmie­rza­jąc do oświe­tlo­nego Pałacu Wushan.

Wewnątrz Mo Ran zaci­snął powieki, twarz miał kre­do­wo­białą.

Xue Meng odgadł popraw­nie, Mo Ran zde­cy­do­wał, że umrze, i istot­nie, to dla sie­bie wyko­pał grób. Dwie godziny wcze­śniej za pomocą tele­por­ta­cji ode­słał swo­ich przy­bocz­nych, a sam wziął tru­ci­znę. Kul­ty­wo­wał tak długo, że tru­ci­zna w jego ciele roz­prze­strze­niała się bar­dzo wolno, dla­tego też ból poże­ra­nych, tra­wio­nych wnętrz­no­ści wyda­wał się głęb­szy i ostrzej­szy.

Skrzyp­nęły otwie­rane drzwi.

Mo Ran nie uniósł nawet głowy, tylko ode­zwał się ochry­płym gło­sem:

– Xue Meng. To ty? Przy­by­łeś?

Xue Meng stał samot­nie na zło­tej pod­ło­dze pałacu, koń­ski ogon miał w nie­ła­dzie, a lekka zbroja lśniła.

Dawni współ­to­wa­rzy­sze w nauce znów się spo­tkali. Mo Ran miał twarz bez wyrazu. Sie­dział bokiem, pod­pie­ra­jąc dło­nią pod­bró­dek, a kur­tyna gęstych rzęs spły­wała mu z powiek. Ludzie powia­dali, że to trzy­głowy demon z sze­ścior­giem ramion, ale w grun­cie rze­czy był uro­dziwy, z łagod­nym grzbie­tem nosa, cien­kimi, gład­kimi war­gami, miał w sobie jakąś natu­ralną sło­dycz. Oce­nia­jąc po samym wyglą­dzie, można pomy­śleć, że to dobry, łagodny czło­wiek.

Led­wie Xue Meng zoba­czył jego twarz, zro­zu­miał, że Mo Ran zażył tru­ci­znę. W sercu poczuł ukłu­cie nie­zna­nego uczu­cia. Chciał coś powie­dzieć, ale tylko zaci­snął mocno pię­ści i spy­tał:

– A Shi­zun?

– Co?

– Pytam cię, co z Shi­zu­nem! Twoim, moim, naszym Shi­zu­nem! – krzyk­nął ostro.

– Aaa… – Mo Ran wresz­cie otwo­rzył powoli oczy, czarne z odro­biną fio­letu.

Prze­ni­ka­jące przez gór­skie szczyty lata spły­nęły na Xue Menga.

– Nie widzie­li­ście się od dwóch lat, od roz­sta­nia w Pałacu Śnież­nych Kro­ków na Kun­lun – powie­dział Mo Ran, uśmie­cha­jąc się lekko. – Tęsk­ni­łeś za nim, Xue Meng?

– Dość tych bzdur! Oddaj mi go!

Mo Ran spoj­rzał na niego spo­koj­nie, wytrzy­mał prze­wier­ca­jący mu brzuch ból, uniósł kącik ust w iro­nicz­nym uśmie­chu i odchy­lił się na opar­cie tronu. Przed oczami mu pociem­niało, nie­mal czuł, jak jego wnętrz­no­ści się skrę­cają, roz­pusz­czają i zmie­niają w cuch­nące błoto.

– Oddać ci go? – spy­tał leni­wie. – Bzdury. Pomyśl tylko, jest mię­dzy nami tak głę­boka nie­na­wiść, jakże mógł­bym mu pozwo­lić żyć na tym świe­cie.

– Ty…! – Xue Men­gowi krew odpły­nęła z twa­rzy, wytrzesz­czył oczy i cof­nął się parę kro­ków. – Nie możesz… Nie możesz…

– Czego nie mogę? – Mo Ran lekko się zaśmiał. – Powiedz mi, dla­czego cze­goś nie mogę?

– Jest twoim… – zaczął Xue Meng drżą­cym gło­sem. – Prze­cież jest twoim Shi­zu­nem… Jak możesz tak go trak­to­wać!

Uniósł głowę i patrzył na sie­dzą­cego na wyso­kim tro­nie Mo Rana. W Nie­bio­sach był Nie­biań­ski Cesarz, w pod­zie­miach – Król Pie­kieł, a w świe­cie ludzi – Mo Weiyu. Ale Xue Meng uwa­żał, że nawet jeżeli Mo Ran stał się cesa­rzem świata ludzi, nie powi­nien być taki. Cały się trząsł, wście­kły tak, że z oczu popły­nęły mu łzy.

– Mo Weiyu, czy ty wciąż jesteś czło­wie­kiem? On kie­dyś…

– On kie­dyś co? – Mo Ran pod­niósł na niego obo­jętny wzrok.

– To, jak cię kie­dyś trak­to­wał. – Głos Xue Menga drżał. – Powi­nie­neś wie­dzieć…

– Chcesz mi przy­po­mnieć – Mo Ran się zaśmiał – jak kie­dyś mnie tłukł na mia­zgę, jak kazał klę­kać przed ludźmi i wyzna­wać winy? A może chcesz mi przy­po­mnieć, jak sta­nął mię­dzy mną a tobą, zupeł­nie postronną osobą, jak wiele razy niwe­czył moje dobre uczynki, jak nisz­czył moje dzieła?

Xue Meng potrzą­snął głową, jakby w bole­ści.

„Nie, Mo Ranie. Prze­myśl to dobrze, odrzuć sza­loną nie­na­wiść. Odwróć się i patrz. Kie­dyś pozwo­lił ci kul­ty­wo­wać i uczyć się sztuk walki, chro­nił cię. Kie­dyś uczył cię czy­tać i pisać, ukła­dać wier­sze i malo­wać. Kie­dyś dla cie­bie uczył się goto­wać, miał dwie lewe ręce, ranił się, led­wie coś zro­bił. Kie­dyś… cze­kał dniem i nocą na twój powrót, sam jeden cze­kał na cie­bie od zmierz­chu do świtu”.

Tak wiele słów utkwiło mu w gar­dle.

– On… – wykrztu­sił wresz­cie z tru­dem. – Ma trudny cha­rak­ter, mówi nie­wła­ściwe rze­czy, ale nawet ja wiem, jak dobrze cię trak­to­wał. Dla­czego… Jak możesz…

Xue Meng pod­niósł głowę. Powstrzy­my­wane łzy ści­snęły mu gar­dło, nie mógł dalej mówić. Po dłuż­szej chwili od strony tronu dobie­gło ciche wes­tchnie­nie.

– Tak… Ale wiesz co, Xue Meng? – Głos Mo Rana wyda­wał się zmę­czony. – Kie­dyś skrzyw­dził jedyną osobę, którą kocha­łem. Jedyną.

Zapa­dła mar­twa cisza.

Żołą­dek pło­nął mu żywym ogniem, wnętrz­no­ści wyda­wały się roz­pa­dać na nie­zli­czone kawałki.

– Byli­śmy jed­nak mistrzem i uczniem. Jego ciało spo­czywa w Pawi­lo­nie Czer­wo­nego Lotosu na Połu­dnio­wym Szczy­cie. Leży wśród kwia­tów, dobrze zacho­wane, jakby po pro­stu spał. – Mo Ran ode­tchnął, siląc się na spo­kój. Gdy wypo­wia­dał te słowa, jego rysy ani drgnęły, palce spo­czywały na san­da­ło­wym pod­ło­kiet­niku, knyk­cie miał blade i sine. – Dzięki mojej ener­gii jego ciało nie gnije. Jeśli za nim tęsk­nisz, nie trać czasu, gada­jąc ze mną po próż­nicy i cze­ka­jąc, aż umrę, ale pędź tam. – W gar­dle wez­brał mu słodko-zgniły posmak. Odkaszl­nął kilka razy. Gdy znów otwo­rzył usta, mię­dzy war­gami a zębami poczuł krew, jego oczy jed­nak na­dal były spo­kojne. – Idź. Idź go zoba­czyć – ode­zwał się ochry­ple. – Jeżeli się spóź­nisz, umrę, moc odej­dzie, a on zamieni się w pył. – Powie­dziaw­szy to, przy­gnę­biony zamknął powieki.

Tru­ci­zna dotarła do serca, tra­wił go ogień. Wnętrz­no­ści roz­dzie­rał mu ból tak wielki, że roz­pacz­liwe wycie Xue Menga zda­wało się dobie­gać z daleka, jakby zza odle­głego oce­anu, jakby z jego głębi. Krew nie­ustan­nie wypeł­niała mu usta. Mo Ran pocią­gnął rękawy, mię­śnie mu drżały. Zamro­czony otwo­rzył oczy. Xue Meng już wybiegł. Był szybki, więc dotar­cie na Połu­dniowy Szczyt nie powinno mu zająć zbyt długo. Powi­nien móc po raz ostatni spoj­rzeć w twarz Shi­zuna.

Mo Ran się pod­niósł, wstał chwiej­nie, zło­żył spla­mione krwią palce w mudrę i prze­niósł się przed Wieżę Prze­ci­na­jącą Niebo.

Była już późna jesień, kwiaty jabłoni kwi­tły pięk­nie i dostoj­nie. Nie wie­dział, dla­czego wła­śnie to miej­sce wybrał na zakoń­cze­nie swo­jego złego życia. Ale kwiaty kwi­tły tak pięk­nie, czuł, jakby miał spo­cząć w won­nym gro­bowcu.

Poło­żył się w otwar­tej trum­nie, patrząc na kwiaty na tle noc­nego nieba, na opa­da­jące bez­sze­lest­nie płatki. Wpa­dały do trumny, opa­dały mu na policzki. Tań­czyły w powie­trzu i odpły­wały, jak odpływa prze­szłość.

Prze­żył wiele, z nie­po­sia­da­ją­cego nic dziecka z nie­pra­wego łoża stał się jedy­nym panem i cesa­rzem świata ludzi. Był podły do szpiku kości, ręce miał spla­mione krwią, wszystko kochał i wszyst­kiego nie­na­wi­dził, wszyst­kiego pra­gnął i wszyst­kim gar­dził, ale na końcu i tak nie zostało mu nic.

Nie napi­sał też swą nie­po­skro­mioną dło­nią nic na wła­snym nagrobku. Nie­ważne, czy bez­wstyd­nego „cesarz wszech cza­sów”, czy absur­dal­nego jak „surowa” i „pulchna”, nie napi­sał nic.

Trwa­jąca od dzie­się­ciu lat farsa zakoń­czyła się gro­bową ciszą.

Kilka godzin póź­niej, gdy, niczym ogni­sty wąż, na górę wspięli się jeden za dru­gim, ludzie z pochod­niami, cze­kały na nich tylko pusty pałac, opu­sto­szały Szczyt Życia i Śmierci i szlo­cha­jący wśród popio­łów w Pawi­lo­nie Czer­wo­nego Lotosu Xue Meng.

Przed Wieżą Prze­ci­na­jącą Niebo leżało zimne ciało Mo Weiyu.

Rozdział 2. Ten Czcigodny żyje

Roz­dział 2

Ten Czci­godny żyje

Moje serce było jak mar­twa woda, stra­ci­łam całą nadzieję, gdy nagle zimną nocą trzy­dzie­stego dzie­wią­tego dnia zalśniło wio­senne świa­tło, czy moż­liwe, że Nie­biosa żałują trawy w doli­nie? Boję się tylko nie­szcze­ro­ści i mrozu…

Dobie­gał go czy­sty i piękny głos kobiety, słowa brzę­czały jak perły, ale ude­rzały w głowę Mo Rana bólem. Skro­nie mu pul­so­wały. Co to za wycie? Skąd się wzięła ta płaczka? Niech ktoś wyba­toży tę nędzną dziewkę tak, że spad­nie z góry!

Wykrzy­czał te gniewne słowa i nagle zdał sobie sprawę z tego, że coś było nie tak.

…Czyż nie był mar­twy?

Nie­na­wiść i chłód, cier­pie­nie i samot­ność prze­szyły jego pierś bólem. Mo Ran gwał­tow­nie otwo­rzył oczy.

Wszystko, co zda­rzyło się przed jego śmier­cią, było jak śnieg wiru­jący na wie­trze. A teraz leżał na łóżku, jed­nak nie na tym ze Szczytu Życia i Śmierci. To było rzeź­bione w smoki i feniksy, nad drew­nem uno­sił się ciężki zapach pudru. Pościel, różowa i pur­pu­rowa, hafto­wana w bawiące się w wodzie kaczki man­da­rynki, była z rodzaju tych, jakich uży­wały kobiety w domach uciech.

Zesztyw­niał nagle. Wie­dział, gdzie jest.

Teatr nie­da­leko Szczytu Życia i Śmierci. Ten tak zwany teatr znaj­do­wał się w domu uciech. Zgod­nie z powie­dze­niem „Łatwo się zebrać, łatwo odejść” goście i piękne kobiety mogli według uzna­nia przy­cho­dzić i wycho­dzić.

Był w mło­do­ści Mo Rana czas wyjąt­ko­wej roz­pu­sty, kiedy spę­dzał w tym domu uciech ponad dzie­sięć nocy w ciągu połowy mie­siąca. Gdy miał dwa­dzie­ścia kilka lat, dom został sprze­dany i zamie­niony w gospodę. Mo Ran umarł i zna­lazł się w miej­scu, które już nie ist­niało. Co się wyda­rzyło? Czy to moż­liwe, że uczy­nił w życiu tyle zła, skrzyw­dził tylu chłop­ców i tyle dziew­cząt, że Yan­luo3 ska­zał go na służbę w bur­delu?

Mo Ran prze­wró­cił się na drugi bok.

I zna­lazł się twa­rzą w twarz ze śpią­cym czło­wie­kiem.

Co się dzieje?! Dla­czego koło niego ktoś leży? I dla­czego to nagi męż­czy­zna?!

Do tego nie­zna­jomy miał deli­katną twarz, wytworne rysy i wyglą­dał tak pięk­nie, że trudno było stwier­dzić, czy jest męż­czy­zną, czy kobietą.

I choć twarz Mo Rana nie wyra­żała nic, w jego sercu sza­lał sztorm. Patrzył długo na pogrą­żo­nego we śnie chło­paka i nagle sobie przy­po­mniał.

Czy to nie ten chło­piec do towa­rzy­stwa, któ­rego tak uwiel­biał w mło­do­ści? Rong San? Albo Rong Jiu. San czy Jiu, nie­istotne, istotne było, że ten chło­pak zacho­ro­wał na syfi­lis i zmarł wiele lat temu. Jego ciało powinno już zgnić. A jed­nak był tu, żywy, taki deli­katny leżał obok. Spod bro­ka­to­wej koł­dry wyła­niały się ramiona i szyja, pokryte dziw­nymi, fio­le­to­wymi sinia­kami.

Z ponurą miną Mo Ran pod­niósł koł­drę. Powę­dro­wał wzro­kiem w dół.

Całe powabne ciało tego Ronga, San czy też Jiu, dla uprosz­cze­nia spraw wybierzmy może Jiu, pokry­wały ślady po biczu, a jedno z bia­łych jak jadeit ud było kilka razy obwią­zane czer­wo­nymi linami.

Mo Ran potarł pod­bró­dek i wes­tchnął z uzna­niem: inte­re­su­jące.

Patrzył na te misterne wią­za­nia, na tę zręczną sztukę, na ten jakże zna­jomy obra­zek.

Czy on, kurwa, sam go zwią­zał?

Był czło­wie­kiem kul­ty­wa­cji, miał jakąś pobieżną wie­dzę w tema­cie odro­dze­nia. W tym momen­cie zaczął podej­rze­wać, że naj­wy­raź­niej wró­cił do świata żywych.

Żeby potwier­dzić swoje obawy, Mo Ran zna­lazł lustro z brązu. Wpraw­dzie bar­dzo wysłu­żone, ale w mdłym świe­tle był w sta­nie dostrzec swoje nie­wy­raźne odbi­cie. Gdy umarł, miał trzy­dzie­ści dwa lata, był w wieku sta­no­wie­nia4, jed­nak ten, kto spo­glą­dał na niego z lustra, wyda­wał się o wiele młod­szy. W jego uro­dzi­wym wyglą­dzie było coś aro­ganc­kiego, wła­ści­wego tylko mło­dym. Gdyby oce­niać na tej jedy­nie pod­sta­wie, nie mógł mieć wię­cej niż pięt­na­ście, szes­na­ście lat.

W sypialni nie było nikogo innego.

Tak więc tyran świata kul­ty­wa­cji, zły hege­mon Syczu­anu, Cesarz Ludz­kiego Wymiaru, pan Szczytu Życia i Śmierci, Czci­godny Dep­czący Nie­śmier­tel­nych Mo Ran po dłuż­szej chwili mil­cze­nia szcze­rze wyznał, co leżało mu na sercu:

– Kurwa…

Ta „kurwa” obu­dziła Rong Jiu.

Uro­dziwy mło­dzie­niec usiadł leni­wie, a cien­kie bro­ka­towe okry­cie spły­nęło mu z ramion, odsła­nia­jąc białą jak śnieg skórę. Ujął w dłoń swoje mięk­kie, dłu­gie włosy, uniósł powieki mig­da­ło­wych oczu, w kąci­kach któ­rych wciąż był ślad czer­wieni, i ziew­nął.

– O… pani­czu Mo, wsta­łeś dziś wyjąt­kowo wcze­śnie.

Mo Ran nie odpo­wie­dział. Jesz­cze kil­ka­na­ście lat temu rze­czy­wi­ście podo­bała mu się deli­katna, andro­gi­niczna uroda Rong Jiu, ale teraz był trzy­dzie­sto­dwu­let­nim Czci­god­nym Dep­czą­cym Nie­śmier­tel­nych i jak­kol­wiek by patrzeć, musiał mieć coś z głową, skoro kie­dy­kol­wiek uwa­żał ten typ męż­czy­zny za piękny.

– Czyż­byś tej nocy nie spał dobrze? Mia­łeś kosz­mary?

„Umar­łem, sam oceń, czy można to uznać za kosz­mar”.

Rong Jiu zauwa­żył, że jego towa­rzysz nic nie mówi, mało tego, jest w złym nastroju, zszedł więc z łóżka, pod­szedł do rzeź­bio­nego okna i objął Mo Rana od tyłu.

– Pani­czu Mo, spójrz na mnie, dla­czego tak sto­isz, dla­czego nie zwra­casz na mnie uwagi?

Twarz Mo Rana pociem­niała, miał ochotę strzą­snąć z sie­bie tego małego demona, a potem kil­ka­na­ście razy spo­licz­ko­wać tę jego deli­katną twa­rzyczkę, ale się powstrzy­mał. Wciąż krę­ciło mu się w gło­wie, nie potra­fił dobrze oce­nić sytu­acji. Jeśli naprawdę naro­dził się ponow­nie, to wczo­raj jesz­cze spał z Rong Jiu, a dziś zbił go do krwi? Takie zacho­wa­nie niczym się nie różni od cho­roby umy­sło­wej, nie­wła­ściwe, bar­dzo, bar­dzo nie­wła­ściwe.

Upo­rząd­ko­wał myśli.

– Jaki dzi­siaj dzień? – spy­tał, jak gdyby ni­gdy nic.

Rong Jiu wahał się chwilę, ale odparł z uśmie­chem:

– Czwarty dzień pią­tego mie­siąca.

– Roku ogni­stej małpy?

– To zeszły rok. Teraz mamy rok ogni­stego koguta. Panicz Mo naprawdę sporo zapo­mina.

Rok ogni­stego koguta…

Źre­nice Mo Rana się powięk­szyły, jego umysł wiro­wał w zastra­sza­ją­cym tem­pie. W roku ogni­stego koguta miał szes­na­ście lat. Zale­d­wie rok wcze­śniej pan Szczytu Życia i Śmierci roz­po­znał w nim swo­jego zagi­nio­nego bra­tanka i tak pogar­dzany przez wszyst­kich par­szywy pies prze­ro­dził się w feniksa.

Czy naprawdę się odro­dził?

Czy też śni pusty sen po śmierci…?

– Pani­czu Mo – powie­dział Rong Jiu z uśmie­chem. – Chyba głód cię zamro­czył, nie pamię­tasz nawet dat. Usiądź na chwilę, pójdę do kuchni i przy­niosę coś do jedze­nia. Co powiesz na sma­żone ciastka?

Mo Ran dopiero co się odro­dził, nie wie­dział, jak sobie z tym wszyst­kim radzić. Ale zawsze naj­le­piej podą­żać zna­nymi dro­gami. Dla­tego też przy­po­mniał sobie swoje dawne maniery i powstrzy­mu­jąc mdło­ści, uszczyp­nął Rong Jiu w udo.

– Świet­nie, weź jesz­cze miskę ryżanki, nakar­misz mnie.

Rong Jiu się ubrał i wyszedł. Wró­cił po chwili, nio­sąc drew­nianą tacę z dyniową ryżanką, dwoma sma­żo­nymi ciast­kami i tale­rzem przy­sta­wek.

Mo Ran fak­tycz­nie był głodny, już miał zła­pać ciastko, kiedy Rong Jiu chwy­cił jego dłoń i ode­zwał się cza­ru­jąco:

– Nakar­mię cię, pani­czu.

Wziął kawa­łek ciastka i usiadł na kola­nach Mo Rana.

Miał na sobie cienką szatę i nic pod spodem. Deli­katne uda były roz­chy­lone, sty­kały się ze skórą Mo Rana, ocie­rał się nimi bez ustanku, ewi­dent­nie go kusił.

Mo Ran wpa­try­wał się w jego twarz i Rong Jiu myślał, że znowu ogar­nęło go pożą­da­nie.

– Dla­czego tak na mnie patrzysz? Jedze­nie wysty­gnie – powie­dział znie­cier­pli­wiony.

Mo Ran mil­czał. Gdy przy­po­mniał sobie to wszystko, czego Rong Jiu dopusz­czał się za jego ple­cami, kącik jego ust wygiął się w zna­czą­cym uśmie­chu. Gdy był Czci­god­nym Dep­czą­cym Nie­śmier­tel­nych, robił wiele obrzy­dli­wych rze­czy, wystar­czyło, że tego chciał. Mógł robić wszystko, jak­kol­wiek odstrę­cza­jące by nie było. To, co robił teraz Rong Jiu, to tylko przed­sta­wie­nie, dzie­cinne sztuczki, które na niego nie dzia­łały.

Roz­parł się wygod­nie w fotelu.

– Usiądź – zachę­cił z uśmie­chem.

– Prze­cież… prze­cież sie­dzę.

– Wiesz, o czym mówię.

Twarz Rong Jiu poczer­wie­niała.

– Tak szybko? Może naj­pierw panicz coś zje… A!

Zanim skoń­czył, Mo Ran zła­pał go, rzu­cił na łóżko i przy­ci­snął do mate­raca. Ręce Rong Jiu zadrżały, miska z ryżanką upa­dła na pod­łogę. Prze­stra­szony gwał­tow­nie wcią­gnął powie­trze.

– Pani­czu Mo, miska… – wyszep­tał.

– Nie­ważne.

– Ale może naj­pierw coś zjesz… em… a…

– A czy wła­śnie nie jem? – Mo Ran chwy­cił go w pasie, w parze smo­li­ście czar­nych oczu błysz­czało świa­tło, w źre­ni­cach odbi­jały się deli­katna twarz Rong Jiu i odchy­lona w tył szyja.

W poprzed­nim życiu tak bar­dzo chciał cało­wać te czer­wone usta, w końcu ten chło­pak był uro­dziwy, sprytny i umiał mówić rze­czy, które przy­pra­wiały Mo Rana o moc­niej­sze bicie serca. Nie­prawdą byłoby stwier­dze­nie, że w ogóle go to nie ruszało. Ale wie­dział, co te usta robiły za jego ple­cami, wydały mu się więc cuch­nące i nie chciał ich cało­wać.

Trzy­dzie­sto­dwu­letni Mo Ran róż­nił się od pięt­na­sto­let­niego.

Tam­ten znał jesz­cze miłość i czu­łość, a temu została tylko prze­moc.

Po wszyst­kim patrzył na spo­nie­wie­ra­nego do nie­przy­tom­no­ści Rong Jiu. Zmru­żył oczy w lek­kim uśmie­chu. Uśmiech­nięty wyglą­dał naprawdę ład­nie, z tymi źre­ni­cami w kolo­rze głę­bo­kiej czerni, które gdy patrzeć na nie pod pew­nym kątem, były nakra­piane plam­kami aro­ganc­kiego fio­letu. Z lek­kim uśmie­chem na twa­rzy zła­pał Rong Jiu za włosy i prze­niósł nie­przy­tom­nego na ławę. Drugą ręką się­gnął po kawa­łek roz­bi­tej por­ce­lany i zastygł z nim nad twa­rzą Rong Jiu.

Zawsze był mściwy, teraz też.

Pomy­ślał o tym, jak w poprzed­nim życiu go ochra­niał, nawet chciał go odku­pić, a Rong Jiu spi­sko­wał z innymi prze­ciw niemu. Nie mógł powstrzy­mać lek­kiego uśmie­chu, który uniósł kąciki jego oczu. Przy­ło­żył chło­pa­kowi do policzka ostry kawa­łek por­ce­lany.

Rong Jiu han­dlo­wał swoim cia­łem, jeśli nie będzie miał tej twa­rzy, nie będzie miał niczego. Ten piękny nie­gdyś męż­czy­zna będzie się włó­czył po uli­cach jak pies, czoł­gał po ziemi, kopany, dep­tany, wyzy­wany i oplu­wany, ech… To wyobra­że­nie naprawdę przy­nio­sło mu radość. Nawet mdło­ści wywo­łane tym, że wła­śnie go pie­przył, znik­nęły jak kam­fora.

Uśmiech Mo Rana stał się jesz­cze bar­dziej uro­czy.

Przy­ci­snął dłoń, spod por­ce­lany wypły­nęła czer­wona kro­pla krwi.

Zda­wało się, że nie­przy­tomny chło­pak poczuł ból, jęk­nął cicho i ochry­ple, na rzę­sach zawi­sła mu łza. Wyglą­dał żało­śnie.

Ręka Mo Rana zamarła.

Pomy­ślał o pew­nym sta­rym przy­ja­cielu. I w jed­nej chwili uświa­do­mił sobie, co wła­ści­wie robi. Wahał się jesz­cze kilka sekund, w końcu powoli opu­ścił dłoń.

Naprawdę przy­zwy­czaił się do czy­nie­nia zła. Aż zapo­mniał, że naro­dził się na nowo. Że to wszystko jesz­cze się nie wyda­rzyło, wiel­kie błędy nie zostały popeł­nione, a ten czło­wiek… nie umarł. Dla­czego więc on miałby znowu iść drogą okru­cień­stwa i prze­mocy? Na pewno mógł zacząć od nowa.

Usiadł, oparł stopę na kra­wę­dzi łóżka i bawił się od nie­chce­nia kawał­kiem por­ce­lany, gdy zauwa­żył, że na sto­liku wciąż leżą sma­żone ciastka. Wziął jedno i odsu­nąw­szy otłusz­czony papier, zaczął je gryźć dużymi kęsami, aż w ustach miał pełno okru­chów, a wargi błysz­czały ole­jem. Te ciastka były spe­cjal­no­ścią tego miej­sca. Nic takiego, zwłasz­cza w porów­na­niu do przy­sma­ków, któ­rych miał oka­zję pró­bo­wać póź­niej, tro­chę jakby żuł wosk. Jed­nak po upadku domu uciech Mo Ran nie miał już oka­zji jeść takich cia­stek. Zna­jomy smak poja­wił się na koniuszku języka razem ze wspo­mnie­niem prze­szło­ści. Z każ­dym kęsem coraz mniej odczu­wał nie­re­al­ność swo­jego ponow­nego naro­dze­nia, a kiedy skoń­czył jeść, wresz­cie otrzą­snął się z począt­ko­wego oszo­ło­mie­nia.

Naprawdę naro­dził się na nowo.

Całe zło w jego życiu, wszyst­kie wyda­rze­nia, któ­rych nie można cof­nąć, nic z tego jesz­cze się nie zaczęło. Nie zabił wuja i ciotki, nie zma­sa­kro­wał sie­dem­dzie­się­ciu dwóch miast, nie zdra­dził swo­ich mistrzów i przod­ków, nie oże­nił się, nie… Nikt jesz­cze nie umarł.

Cmok­nął i prze­cią­gnął języ­kiem po zębach. Poczuł, jak tląca się w jego piersi radość rośnie, jak zmie­nia się w nie­po­skro­miony entu­zjazm i pod­nie­ce­nie. W poprzed­nim życiu był wszech­władny, wie­dział co nieco o Trzech Zaka­za­nych Tech­ni­kach ludz­kiego wymiaru. Opa­no­wał dwie pierw­sze, ale ostat­nia, „odro­dze­nie”, pozo­sta­wała poza jego zasię­giem, cho­ciaż był bar­dzo inte­li­gentny.

Kto by pomy­ślał, że to, czego nie zdo­łał osią­gnąć za życia, zosta­nie mu dane po śmierci? W piersi na­dal kłę­biły się nie­chęć, przy­gnę­bie­nie, samot­ność i inne uczu­cia, przed oczami wciąż miał strze­la­jące w górę pło­mie­nie na Szczy­cie Życia i Śmierci, obraz nacie­ra­ją­cej armii.

Wtedy naprawdę nie chciał dłu­żej żyć, ludzie powia­dali, że jest ska­zany na samot­ność, opusz­czony przez wszyst­kich. W końcu i on czuł się jak cho­dzący trup, samotny i znu­dzony do gra­nic moż­li­wo­ści.

Nie wie­dział, co się stało, że ktoś tak zły jak on dostał, i to po śmierci z wła­snej ręki, szansę odro­dze­nia się.

Dla­czego miałby nisz­czyć twarz Rong Jiu, by pomścić dawne urazy? Rong Jiu naj­bar­dziej kochał pie­nią­dze. By go uka­rać, nie zapłaci mu i zabie­rze odro­binę sre­bra. Nie pra­gnął jesz­cze brać na sie­bie odpo­wie­dzial­no­ści tak dużej jak ludz­kie życie.

– Tym razem ci daruję, Rong Jiu – powie­dział Mo Ran z uśmie­chem i wyrzu­cił za okno kawa­łek por­ce­lany.

Następ­nie opróż­nił wszyst­kie skrytki, a kosz­tow­no­ści umie­ścił w swo­ich kie­sze­niach. Dopiero wtedy tro­chę się uspo­koił, spo­koj­nie się opo­rzą­dził, po czym nie­spiesz­nie opu­ścił dom uciech.

Wuj, ciotka, kuzyn Xue Meng, Shi­zun i jesz­cze… Gdy o nim pomy­ślał, jego spoj­rze­nie zła­god­niało.

„Shige, idę po cie­bie”.

Rozdział 3. Ten Czcigodny spotyka swojego shige

Roz­dział 3

Ten Czci­godny spo­tyka swo­jego shige

Hm… Skoro powró­ciła jego dusza, czy powró­ciła też moc pły­nąca z kul­ty­wa­cji?

Mo Ran wypo­wie­dział zaklę­cie, poczuł, jak jego ciało wypeł­nia ener­gia. Mimo że było jej dużo, pozo­sta­wała nie­zbyt silna. Innymi słowy, jego zdol­no­ści kul­ty­wa­cyjne nie prze­nio­sły się z nim do nowego wcie­le­nia. Ale to nic takiego, dzięki wyso­kiej inte­li­gen­cji szybko się uczył, naj­gor­sze, co mogło się zda­rzyć, to koniecz­ność roz­po­czę­cia wszyst­kiego od nowa – nic strasz­nego. W końcu naro­dze­nie się na nowo to nie­zwy­kle rado­sne wyda­rze­nie, nawet jeśli przy­tra­fią się przy tym jakieś nie­do­god­no­ści, trzeba je sobie poczy­tać za normę. Z takimi myślami w gło­wie Mo Ran scho­wał głę­boko cały swój mrok i kły, po czym roz­ra­do­wany jak szes­na­sto­la­tek przy­go­to­wy­wał się do powrotu do sekty.

Na przed­mie­ściach pano­wało lato w peł­nym roz­kwi­cie, co jakiś czas mijały go z ter­ko­tem konne powozy. Nikt nie zwra­cał uwagi na szes­na­sto­let­niego Mo Rana. Tylko cza­sem pra­cu­jące w polu wie­śniaczki, które zatrzy­mały się na chwilę, by otrzeć pot z czoła, zauwa­żały tego wyjąt­kowo przy­stoj­nego chło­paka i roz­iskrzo­nymi oczami wpa­try­wały się w niego przez moment. Mo Ran też się uśmie­chał, odwza­jem­niał spoj­rze­nia bez wstydu, spra­wiał, że zamężne kobiety się czer­wie­niły i spusz­czały głowy.

O zmierz­chu Mo Ran dotarł do mia­steczka Wuchang, skąd nie­da­leko już było do Szczytu Życia i Śmierci. Zacho­dzące słońce wyda­wało się czer­wone jak krew, a różo­wawe chmury kła­dły się na gór­skich szczy­tach. Tro­chę głodny dotknął brzu­cha i wszedł do zna­nej sobie restau­ra­cji. Przy­pa­try­wał się wypi­sa­nemu czar­nymi zna­kami na czer­wo­nym tle spi­sowi dań, po czym zapu­kał w ladę i zamó­wił szybko:

– Karcz­ma­rzu, raz kur­czak bang bang5, skrawki męża i żony6, dwa jiny7 alko­holu i talerz kro­jo­nej woło­winy.

Było dość gwarno, wielu ludzi zatrzy­my­wało się tutaj, by zjeść. Opo­wia­dacz na sce­nie, wachlu­jąc się, snuł histo­rię Szczytu Życia i Śmierci. Mówił z wiel­kim entu­zja­zmem i try­skał śliną na wszystko dookoła.

Mo Ran zaży­czył sobie loży przy oknie, jed­no­cze­śnie jadł i słu­chał opo­wie­ści.

– Jak wszy­scy tu wie­dzą, świat kul­ty­wa­cji dzieli się na wymiar wyż­szy i niż­szy. Dzi­siaj opo­wiem histo­rię naj­więk­szej sekty niż­szego wymiaru, czyli Szczytu Życia i Śmierci. Ech, trzeba wam wie­dzieć, że sto lat temu nasze mia­steczko było ubo­gie, szar­gane wichrami wojny. Ponie­waż nie­da­leko znaj­duje się wej­ście do świata duchów i demo­nów, po zmroku nikt nie ośmie­lał się wyjść z domu. Jeśli ktoś koniecz­nie już musiał podró­żo­wać nocą, powi­nien mieć przy sobie dzwo­nek egzor­cy­sty, roz­rzu­cać popiół z kadzi­dła i papie­rowe pie­nią­dze dla duchów, krzy­cząc przy tym: „Ludzi oddziela góra, duchy oddziela papier” i umy­ka­jąc śpiesz­nie. Ale dzi­siaj nasze Wuchang kwit­nie, nie różni się od innych, a to wszystko dzięki ochro­nie Szczytu Życia i Śmierci, któ­rej święta sie­dziba poło­żona jest dokład­nie przy wej­ściu do świata duchów i demo­nów, na gra­nicy yin i yang. Cho­ciaż sekta powstała nie­dawno, to…

Mo Ran sły­szał tę histo­rię tyle razy, że aż mu uszy zdrę­twiały, jego uwaga pod­ry­fo­wała więc w stronę okna. Aku­rat pod nim stał stra­gan, na któ­rym kilku ubra­nych w tao­istyczne szaty nie­tu­tej­szych zaba­wiało gawiedź sztucz­kami. Mieli ze sobą klatkę prze­sło­niętą czar­nym mate­ria­łem.

To było znacz­nie bar­dziej inte­re­su­jące niż stary opo­wia­dacz i jego histo­rie.

– Patrz­cie, patrz­cie, tylko zobacz­cie, młode okazy pixiu8, zła­pane przez nas! Teraz są posłuszne jak małe dzieci, umieją nawet żon­glo­wać i liczyć! Boha­ter­stwo i pomoc innym nie są łatwe, pro­simy więc tych, któ­rzy mają pie­nią­dze, o wspar­cie finan­sowe, a tych, któ­rzy nie mają, o wspar­cie nas swoją obec­no­ścią. Zapra­szamy na pierw­szy pokaz: bestie liczą!

Tao­iści zerwali czarną zasłonę, odsła­nia­jąc kłę­biące się w klatce stwory o ludz­kich gło­wach i cia­łach niedź­wie­dzi.

Te spo­kojne, kudłate niedź­wiadki? Mają czel­ność nazy­wać je bestiami? To wał tak wielki, że zaraz roz­sa­dzi niebo. Tylko ktoś nie­spełna rozumu mógł w to uwie­rzyć.

Ale po chwili Mo Ran zoba­czył to na wła­sne oczy. Dwu­dzie­stu, trzy­dzie­stu pozba­wio­nych rozumu ludzi zgro­ma­dziło się wokół tao­istów, kibi­co­wało i kla­skało. Zro­biło się tak gwarno, że nawet goście w gospo­dzie nie powstrzy­mali się od zer­ka­nia na zewnątrz, przez co opo­wia­dacz czuł się dość nie­zręcz­nie.

– Obecny przy­wódca Szczytu Życia i Śmierci jest znany wielu, jego sława zata­cza coraz szer­sze kręgi…

– Świet­nie! Jesz­cze jeden!

Zachę­cony opo­wia­dacz spoj­rzał w kie­runku, z któ­rego dobie­gał głos. Twarz gościa poczer­wie­niała cała z emo­cji i pod­nie­ce­nia, ale wzrok miał sku­piony nie na nim, a na stra­ga­nie żon­gle­rów.

– Ojej, a bestie będą liczyć na aba­ku­sie?

– Ooo, nie­źle!

– Wspa­niale! Dobre! Niech jesz­cze raz rzu­cają jabł­kami!

Cały budy­nek trząsł się od śmie­chu, wszy­scy zgro­ma­dzili się przy oknie, żeby oglą­dać zbie­go­wi­sko na ulicy.

– Naj­słyn­niej­szy jest jed­nak wachlarz przy­wódcy, on… – kon­ty­nu­ował żało­śnie opo­wia­dacz.

– Ha, ha, ha, ta bestia o naj­ja­śniej­szej sier­ści pró­buje ukraść jabłko, zobacz­cie, tarza się po ziemi!

Opo­wia­dacz otarł twarz chustką, był tak zagnie­wany, że drżały mu kąciki ust.

Mo Ran uśmiech­nął się i ode­zwał nie­spiesz­nie zza kora­li­ko­wej zasłony:

– Nie mów o Szczy­cie Życia i Śmierci, zaśpie­waj raczej Osiem­na­ście dotknięć9, to na pewno ścią­gnie wszyst­kich z powro­tem.

Opo­wia­dacz nie wie­dział, że za zasłoną sie­dzi we wła­snej oso­bie panicz Mo Ran ze Szczytu Życia i Śmierci, w wiel­kim unie­sie­niu wyce­dził więc przez zęby:

– Wul­garny, wul­garny język, nie nadaje się, abso­lut­nie się nie nadaje do tak ele­ganc­kiego miej­sca.

– Ele­ganc­kie? To miej­sce? – zakpił Mo Ran. – Nie rób sobie wstydu.

Nagle z dołu dobiegł ich gwar.

– Ajaj! Ależ rączy koń!

– Dostojny ze Szczytu Życia i Śmierci!

Wśród zgiełku pędzący od strony Szczytu Życia i Śmierci czarny koń jak bły­ska­wica wpadł pomię­dzy sztuk­mi­strzów. Na jego grzbie­cie sie­działo dwoje ludzi, jeden, kry­jący twarz pod czar­nym słom­ko­wym kape­lu­szem, owi­nięty był czarną pele­ryną, która cał­ko­wi­cie unie­moż­li­wiała odgad­nię­cie jego toż­sa­mo­ści, wieku czy płci. Druga osoba oka­zała się kobietą w wieku trzy­dzie­stu, czter­dzie­stu lat, miała wymi­ze­ro­waną twarz i spra­wiała wra­że­nie nie­zdar­nej. Gdy ujrzała niedź­wie­dzio-ludzi, wybuch­nęła pła­czem, w pośpie­chu zsia­dła z konia i zata­cza­jąc się, ruszyła do przodu. Uklęk­nęła, obej­mu­jąc jed­nego z nich.

– Synu! Mój synu… – zawo­dziła.

Gapie zamarli. Nie­któ­rzy mam­ro­tali, dra­piąc się po gło­wach:

– Co? To nie jest młode legen­dar­nej bestii? Dla­czego ta kobieta nazwała je synem?

– Czy to samica bestii…

– Ojej, nie­źle. Nawet przy­brała ludzką postać.

Wie­śniacy się nie znali i gadali bzdury, ale Mo Ran przej­rzał wszystko na wylot.

Krą­żyły plotki, jakoby nie­któ­rzy tao­iści pory­wali małe dzieci i wyry­wali im języki, żeby nie mogły mówić, za pomocą wrzą­cej wody ścią­gali z nich skórę, przy­kle­ja­jąc w jej miej­sce zwie­rzęcą. Kiedy rany się zaskle­piły, skóra zra­stała się z cia­łem dziecka i zaczy­nało ono wyglą­dać jak potwór. Takie dzieci nie umiały mówić ani pisać, mogły tylko wyko­ny­wać sztuczki takie jak licze­nie na aba­ku­sie, a kiedy się sprze­ci­wiały, bito je pał­kami albo pej­czem.

Nic dziw­nego, że nie wyczuł żad­nej ciem­nej mocy, te „bestie” nie były żad­nymi demo­nami, ale żywymi ludźmi…

Kiedy tak trwał pogrą­żony w roz­my­śla­niach, czło­wiek w pele­ry­nie powie­dział cicho do kilku tao­istów coś, co spra­wiło, że wpa­dli w furię.

– Prze­pra­szam? Nie wiem, jak się zapi­suje takie słowo! – krzy­czeli.

– Co takiego nie­zwy­kłego jest w Szczy­cie Życia i Śmierci?

– Pil­nuj swo­ich spraw! Na niego!

Oto­czyli męż­czy­znę w czerni i zaczęli go bić.

– Ojej. – Widząc, jak towa­rzysz z sekty dostaje razy, Mo Ran zaśmiał się cicho. – Groź­nie.

Nie miał naj­mniej­szej chęci, by się ruszyć i mu pomóc. W poprzed­nim życiu nie zno­sił tej wiszą­cej nad sektą atmos­fery pra­wo­ści, tego nakazu, że gdy się widzi nie­spra­wie­dli­wość, trzeba reago­wać, i od razu rzu­cał się jeden z dru­gim jak głupi. Nawet kiedy kociak ciotki Wang utknął na drze­wie, wszy­scy musieli poma­gać, od przy­wód­ców po sługi. Sami głupcy.

Na świe­cie jest tyle nie­spra­wie­dli­wo­ści, jak miał się tym wszyst­kim zaj­mo­wać, jakże męczące by to było.

– Biją się, biją się! Ale cios!

Gospoda pękała w szwach, ludzie się tło­czyli, aby śle­dzić, co takiego się dzieje.

– Tylu naraz bije jed­nego, co to ma być?

– Panie, uwa­żaj, z tyłu! Aj! Pra­wie!

– Nie­zły unik!

Ci ludzie może kochali oglą­dać bija­tyki, ale Mo Ran nie. Widział za dużo krwa­wych łaźni, gdy więc miał coś takiego przed oczami, wyda­wało mu się nużące niczym bzy­cze­nie muchy. Nie­spiesz­nie strzep­nął z ubra­nia łupiny orze­chów, wstał i wyszedł. Zszedł na dół, tao­iści na­dal wal­czyli zacie­kle z czło­wie­kiem w czar­nej pele­ry­nie, migały ostrza mie­czy. Mo Ran skrzy­żo­wał ręce na piersi i oparł się o drzwi gospody. Rzu­cił tylko okiem i nie mógł powstrzy­mać się od cmok­nię­cia. Żało­sne.

Człon­ko­wie Szczytu Życia i Śmierci byli odważ­nymi, groź­nymi wojow­ni­kami, każdy z nich mógł poko­nać dzie­się­ciu mężów. Ale ten w czar­nej pele­ry­nie nie wal­czył za dobrze. Tao­iści ścią­gnęli go z konia, oto­czyli i kopali, ale nie odpo­wie­dział im z taką samą siłą.

– Szla­chetni roz­są­dzają spory sło­wem, a nie prze­mocą – pokrzy­ki­wał słabo. – Chcia­łem wam prze­mó­wić do roz­sądku, dla­czego nie słu­cha­cie?

„O co cho­dzi?”, myśleli sobie tao­iści. Ten czło­wiek, choć dotkli­wie pobity, mówi takie rze­czy? Czy zamiast głowy ma bułeczkę bez nadzie­nia?

Nagle wyraz twa­rzy Mo Rana się zmie­nił. Poczuł, jakby świat zawi­ro­wał. Wstrzy­mał oddech, wytrzesz­czył oczy w nie­do­wie­rza­niu. Ten głos…

– Shi Mei! – krzyk­nął i popę­dził w ich stronę.

Jed­nym cio­sem mocy odgo­nił pod­łych tao­istów. Przy­klęk­nął na ziemi, pod­niósł męż­czy­znę w czar­nej pele­ry­nie, pokry­tej śla­dami butów, brud­nymi od błota i kurzu. Głos lekko mu drżał.

– Shi Mei, to ty?

Rozdział 4. Kuzyn Tego Czcigodnego

Roz­dział 4

Kuzyn Tego Czci­god­nego

Shi Mei to nie shi­mei. Wbrew pozo­rom Shi Mei był męż­czy­zną, a od kiedy dołą­czył do sekty, rów­nież shi­xion­giem Mo Rana. Swoje nie­for­tunne imię zawdzię­czał igno­ran­cji Xue Zhen­gy­onga, Wiel­kiego Mistrza Szczytu Życia i Śmierci.

Shi Mei był bowiem sie­rotą, którą mistrz zna­lazł w dzi­czy. Do tego zawsze był cho­ro­wity, mistrz więc uznał, że trzeba dać mu „skromne imię”10, wtedy lepiej się będzie cho­wał. Dziecko miało czer­wone usta i białe zęby, wyglą­dało jak uro­cza dziew­czynka, mistrz gło­wił się i gło­wił, aż wresz­cie wymy­ślił: Xue Ya11.

Xue Ya rósł i robił się coraz bar­dziej uro­dziwy. Miał ładną twarz i pro­por­cjo­nalną syl­wetkę, powabne brwi i unie­sione zalot­nie kąciki oczu, czar w swo­ich cza­sach nie­zrów­nany. Jego imię paso­wało do wie­śniaka, ale czy ktoś widział osza­ła­mia­jąco piękną osobę, która nazy­wała się „Pies” albo „Żela­zny Drąg”?

Inni ucznio­wie uwa­żali to za nie­wła­ściwe, stop­niowo prze­stali więc uży­wać jego imie­nia, choć nie ośmie­lili się go zmie­nić. Żar­to­bli­wie więc nazwali go Shi­mei.

Shi­mei to, Shi­mei tamto. W końcu mistrz mach­nął ręką i powie­dział, jakby wycho­dził naprze­ciw ich ocze­ki­wa­niom:

– Xue Ya, zmie­nimy ci imię na Shi Mei, mei jak „igno­ran­cja”, co ty na to?

Jesz­cze się pyta, co on na to… Jak ludzie mają znieść takie imię? Ale Shi Mei miał łagodny cha­rak­ter. Pod­niósł wzrok na mistrza i zoba­czył, że ten patrzy na niego z rado­ścią, jakby wła­śnie zro­bił coś dobrego. Nie mógł znieść myśli, że cho­ciaż sam czuje się z tym źle, nie może zawsty­dzić mistrza. Klęk­nął więc posłusz­nie i od tej pory uży­wał tego imie­nia.

Męż­czy­zna w czar­nej pele­ry­nie odkaszl­nął dwu­krot­nie i wresz­cie zła­pał oddech. Pod­niósł wzrok na Mo Rana.

– Hm? A Ran? Co ty tu robisz?

Mo Ran jak przez nie­wy­raźną zasłonę dostrzegł te oczy, mięk­kie jak źró­dlana woda i błysz­czące jak gwiazdy, oczy, które prze­biły jego serce na wylot. Jedno spoj­rze­nie i te wszyst­kie sub­telne uczu­cia oraz mło­dzień­cze myśli, które we wspo­mnie­niach Czci­god­nego Dep­czą­cego Nie­śmier­tel­nych już dawno pokryły się kurzem, w mgnie­niu oka powró­ciły.

To był Shi Mei. Bez wąt­pie­nia.

Mo Ran był w poprzed­nim życiu łaj­da­kiem, zaba­wiał się z wie­loma męż­czy­znami i kobie­tami. Aż dziwne, że nie umarł od nad­miaru tejże zabawy. Jego to też zdu­mie­wało. Był przy tym bar­dzo ostrożny i nie zbli­żył się ni­gdy do tego, na kim w głębi serca naprawdę mu zale­żało. Ich rela­cję w tam­tych cza­sach można okre­ślić jako roman­tycz­nie nie­jed­no­znaczną. Do śmierci Shi Meia Mo Ran tylko trzy­mał go za rękę, poca­ło­wał zale­d­wie raz, przez przy­pa­dek. Wyda­wało mu się, że jest zbru­kany, nie zasłu­gi­wał na deli­kat­nego, czy­stego Shi Meia.

Tak bar­dzo go hołu­bił, gdy ten jesz­cze żył, nie mówiąc nawet o tym, jak trosz­czył się o niego po śmierci. Jak stał się dla Czci­god­nego Dep­czą­cego Nie­śmier­tel­nych świa­tłem księ­życa doty­ka­ją­cym jego serca. Ale nie­za­leż­nie od tego, ile Mo Ran o tym roz­my­ślał, jego shige już obró­cił się w proch, to, co zostało, znik­nęło gdzieś w zaświa­tach.

Ale wła­śnie w tej chwili żywy Shi Mei poja­wił się przed jego oczami. Mo Ran musiał się z całych sił powstrzy­my­wać, by nie dać się ponieść emo­cjom.

Pod­trzy­mał go, otrze­pał brud z jego płasz­cza, a serce bolało go tak, że czuł nie­mal fizyczny ból.

– Jak by cię potrak­to­wali, gdyby mnie tu nie było? Dla­czego nic nie robisz, kiedy cię biją?

– Chcia­łem im naj­pierw prze­mó­wić do roz­sądku…

– Takim ludziom nie da się prze­mó­wić do roz­sądku! Zra­nili cię? Gdzie cię boli?

Shi Mei odkaszl­nął.

– Nic mi nie jest, A Ran.

Mo Ran się odwró­cił i z groź­nym wyra­zem twa­rzy rzu­cił do tao­istów:

– Śmie­cie pod­no­sić rękę na kogoś ze Szczytu Życia i Śmierci? Tacy­ście odważni?

– A Ran… Daj spo­kój.

– Chce­cie się bić? Chodź­cie! Spró­buj­cie ze mną!

Pobici przez Mo Rana tao­iści wie­dzieli już, że w kul­ty­wa­cji jest on dalece bar­dziej roz­wi­nięty niż oni. Wszy­scy byli tchó­rzami, któ­rzy gnę­bią słab­szych od sie­bie, a boją się sil­niej­szych. Gdzieżby śmieli wystą­pić prze­ciw niemu. Wyco­fali się szybko.

Shi Mei wzdy­chał raz za razem.

– A Ran – upo­mi­nał. – Nie trzeba, cza­sem lepiej prze­ba­czyć.

Mo Ran spoj­rzał na niego i nie mógł powstrzy­mać napły­wa­ją­cego do jego serca smutku, a oczy go zapie­kły. Shi Mei zawsze był dobry. Gdy zmarł w poprzed­nim życiu, nie było w nim ani gory­czy, ani nie­na­wi­ści. Wręcz nakła­niał Mo Rana, by ten nie cho­wał urazy do Shi­zuna, który mógł go ura­to­wać, ale zamiast tego stał z zało­żo­nymi rękami.

– Ale oni…

– Prze­cież wszystko ze mną dobrze, nic mi nie jest. Lepiej mieć mniej kło­po­tów, słu­chaj swo­jego shige.

– Ech, no dobrze, posłu­cham cię, zawsze cię słu­cham. – Mo Ran pokrę­cił głową. Łyp­nął na tao­istów. – Sły­sze­li­ście? Mój shige prosi o litość dla was! Jesz­cze się nie wynie­śli­ście? Wciąż tu tkwi­cie, mam was odpro­wa­dzić?

– Tak, tak, tak! Już sobie idziemy! Już się wyno­simy!

– Spo­koj­nie – pró­bo­wał ich zapew­nić Shi Mei.

Oba­wiali się jed­nak, że dopiero co pobity przez nich Shi Mei nie odpu­ści tak łatwo, uklęk­nęli i raz za razem bili głową w zie­mię.

– Panie, panie, zro­bi­li­śmy źle, nie potra­fimy dostrzec praw­dzi­wej szla­chet­no­ści. Bła­gamy, panie, odpuść nam!

– Przed chwilą pró­bo­wa­łem wam prze­mó­wić do rozumu, ale nie słu­cha­li­ście. – Shi Mei znowu wes­tchnął. – Porwa­li­ście czy­jeś dzieci, przy­spo­rzy­li­ście im tyle cier­pie­nia, przy­pra­wi­li­ście matkę i ojca o ból serca, jakże można zacho­wać spo­kój ducha?

– Żału­jemy! Żału­jemy! Panie, zro­bi­li­śmy źle! Już wię­cej się to nie powtó­rzy! Nie powtó­rzy się!

– Od tej pory musi­cie być pra­wymi ludźmi, nie mie­szać się już w podłe uczynki, rozu­mie­cie?

– Tak! Tak jak mówisz, dostojny panie! Otrzy­ma­li­śmy lek­cję!

– Skoro tak, to pro­szę was, byście prze­pro­sili tę damę, a potem zajęli się lecze­niem jej dzieci.

Gdy sprawa została zała­twiona, Mo Ran pomógł Shi Meiowi wsiąść na konia, a sam wypo­ży­czył z gospody dru­giego, po czym we dwóch, uzda w uzdę, wra­cali powoli do sekty. Sierp księ­życa wisiał wysoko, świa­tło prze­są­czało się przez bal­da­chim drzew, roz­le­wało na leśnej dro­dze. Gdy tak jechali, Mo Ran był coraz bar­dziej zado­wo­lony: myślał, że aby zoba­czyć Shi Meia, będzie musiał dotrzeć na Szczyt Życia i Śmierci, nie spo­dzie­wał się, że ten zej­dzie z gór i szczę­śli­wie na sie­bie wpadną. Mo Ran coraz głę­biej wie­rzył, że są sobie prze­zna­czeni.

Cho­ciaż teraz jesz­cze nie byli razem, to w poprzed­nim życiu prze­cież coś się mię­dzy nimi tliło, powinno wró­cić, wszystko w swoim cza­sie. Jego jedy­nym zmar­twie­niem było teraz ochro­nić Shi Meia, nie pozwo­lić mu, jak tam­tego roku, umrzeć w swo­ich ramio­nach…

Shi Mei nie miał poję­cia o odro­dze­niu Mo Rana, roz­ma­wiał z nim jak co dzień. Gawę­dzili tak, aż dotarli do stóp Szczytu Życia i Śmierci. A tam, w środku głę­bo­kiej nocy, sto­jąca przy bra­mie postać zmie­rzyła ich podejrz­li­wym wzro­kiem.

– Mo Ran! Na­dal znasz drogę powrotną?

Mo Ran pod­niósł wzrok. „Ech, co za gniewny aro­gant”, pomy­ślał. Pyta­ją­cym był bowiem nikt inny jak mło­dziutki Xue Meng.

W porów­na­niu do Xue Menga, któ­rego spo­tkał przed śmier­cią, ten pięt­na­sto-, szes­na­sto­letni wyda­wał się jesz­cze bar­dziej nie­okieł­znany i uro­dziwy. Miał na sobie lekką, czarną zbroję z nie­bie­skimi kra­wę­dziami, na gło­wie wysoki koń­ski ogon spięty srebr­nymi szpil­kami, pas z głową lwa opla­tał smu­kłą talię. Chro­nione miał rów­nież nogi i ręce, na ple­cach lśniła zim­nym świa­tłem cienka, zakrzy­wiona sza­bla, a na lewym ramie­niu błysz­czał sre­brzy­ście koł­czan.

Mo Ran wes­tchnął dys­kret­nie i pomy­ślał, że to kuszące, nie­mal kusi­ciel­skie. Xue Meng, czy jako mło­dzie­niec, czy jako doro­sły, nie­zmien­nie pozo­sta­wał bar­dzo atrak­cyjny. Mo Ran patrzył na niego, tego dorod­nego mło­dzieńca, który głę­boką nocą, zamiast spać, nosił pełną zbroję, i zasta­na­wiał się, co on wła­ści­wie zamie­rza? Będzie tu odsta­wiał taniec godowy jak jakiś paw?

Mo Ran nie lubił Xue Menga, a Xue Meng nie­ko­niecz­nie lubił jego.

Mo Ran był nie­ślub­nym synem, w dzie­ciń­stwie nie wie­dział, kim był jego ojciec. Żył z zała­twia­nia róż­nych spraw w xiang­tań­skim teatrze. Kiedy miał czter­na­ście lat, rodzina zapro­wa­dziła go do Szczytu Życia i Śmierci.

A Xue Meng był pani­czem ze Szczytu Życia i Śmierci, wła­ści­wie nawet kuzy­nem Mo Rana. Dorósł bar­dzo szybko, uwa­żano go za wielki talent, nazy­wano „synem Nie­bios” i „fenik­sem”. Zazwy­czaj poło­że­nie fun­da­men­tów zaj­mo­wało ludziom trzy lata, kolej­nych dzie­się­ciu potrze­bo­wali, aby wykształ­cić duchowy rdzeń12. Ale Xue Meng był wyjąt­kowo pojętny – od momentu, kiedy wszedł do sekty, do wykształ­ce­nia rdze­nia minęło zale­d­wie pięć lat. Spra­wił tym wielką radość rodzi­com i zyskał powszechne uzna­nie. W oczach Mo Rana jed­nak, czy był fenik­sem czy kurą, pawiem czy kaczką, to zawsze tylko ptak. Różni się jedy­nie dłu­go­ścią piór. Dla Mo Rana więc Xue Meng był tylko pta­kiem stro­szą­cym piórka. A Mo Ran dla Xue Menga psim pomio­tem. Być może to kwe­stia rodzinna, ale talent Mo Rana zdu­mie­wał. Nawet bar­dziej niż talent Xue Menga. Gdy przy­był Mo Ran, Xue Meng uwa­żał się za wielce dys­tyn­go­wa­nego, dobrze wycho­wa­nego, z dużą wie­dzą i ze zdol­no­ściami w zakre­sie sztuk walki, a także przy­stoj­nego. Nie to, co tam­ten, nie­po­rządny łaj­dak. I tak oto zako­chany w sobie feniks począł śpie­wać swoim towa­rzy­szom pieśń, mówił im:

– Posłu­chaj­cie dobrze, ten Mo Ran to leniwe bez­ta­len­cie, to po pro­stu uliczny ban­dzior, nie powin­ni­ście się z nim zada­wać, trak­tuj­cie go jak psa.

– Dobrze mówisz, pani­czu – przy­ta­ki­wała jego świta. – Ten Mo Ran ma już czter­na­ście lat, a dopiero zaczął kul­ty­wa­cję, pew­nie zaj­mie mu co naj­mniej dzie­sięć lat, aby poło­żyć fun­da­menty, a dwa­dzie­ścia kolej­nych, by wykształ­cić rdzeń. Do tego czasu nasz panicz już dawno podej­mie wyzwa­nie Nie­bios i wnie­bo­wstąpi, a tam­ten będzie mógł tylko patrzeć z zazdro­ścią.

Zado­wo­lony Xue Meng uśmiech­nął się zimno.

– Dwa­dzie­ścia lat? Ech, ja myślę, że ten śmieć i przez całe życie nie wykształci w sobie rdze­nia.

Kto by się spo­dzie­wał, że śmie­ciowi wystar­czy rok nauki u Shi­zuna i już mu się uda wypra­co­wać rdzeń.

Feniksa jakby raził pio­run, czuł się upo­ko­rzony, nie mógł prze­łknąć tej znie­wagi. Zada­wał mu ciosy w plecy, prze­kli­nał i życzył, by gdy Mo Ran będzie latał na mie­czu, jego stopy się ześli­zgnęły, by język mu się plą­tał pod­czas recy­to­wa­nia inkan­ta­cji. Za każ­dym razem, kiedy widział Mo Rana, młody feniks Xue Meng wywra­cał oczami, a jego par­sk­nię­cia było sły­chać kilka kilo­me­trów dalej.

Kiedy Mo Ran pomy­ślał o tych spra­wach z cza­sów dzie­ciń­stwa, zmru­żył oczy i nie mógł powstrzy­mać rado­ści, od tak dawna nie zda­rzyło mu się odczu­wać takich zwy­kłych przy­jem­no­ści. Był samotny przez dekadę, teraz więc nawet to, co wtedy bolało, dziś zda­wało się sma­ko­wać wybor­nie i zachwy­cać aro­ma­tem.

Gdy Shi Mei spo­strzegł Xue Menga, natych­miast zsiadł z konia i zdjął kape­lusz z ciem­nym woalem, odsła­nia­jąc swoją piękną twarz. Nic dziw­nego, że się tak ubie­rał, kiedy wyjeż­dżał samot­nie. Mo Ran zer­kał ukrad­kiem, czuł, jak trze­po­cze mu serce, jak umysł ucieka w nie­znane rejony. Pomy­ślał przy tym, że ten czło­wiek jest tak nie­sły­cha­nie uro­dziwy, aż poru­sza duszę.

– Pani­czu – przy­wi­tał się z Xue Men­giem Shi Mei.

Xue Meng ski­nął głową.

– Wró­ci­łeś? Roz­wią­za­łeś sprawę ludzi-niedź­wie­dzi?

– Roz­wią­za­łem. – Xue Meng się uśmiech­nął. – Całe szczę­ście, że spo­tka­łem A Rana, bar­dzo mi pomógł.

Dumne spoj­rze­nie Xue Menga prze­szyło Mo Rana jak ostrze, prze­śli­zgnęło się po nim szybko i natych­miast znik­nęło. Xue Meng zmarsz­czył brwi, na twa­rzy miał wypi­saną pogardę, jakby patrze­nie na Mo Rana zbru­kało jego oczy.

– Shi Mei, idź odpo­cząć. Nie zada­waj się już z nim, to podła kre­atura, jeśli będziesz z nim prze­by­wać, spro­wa­dzi cię na złą drogę.

Ale Mo Ran nie oka­zał sła­bo­ści, odpo­wie­dział z prze­ką­sem:

– Shi Mei nie ma się uczyć ode mnie, czyżby więc miał się uczyć od cie­bie? Para­du­jesz po nocach w takim stroju i peł­nej zbroi, jak ptak, który stro­szy piórka, syn Nie­bios… Ha, ha, ha, chyba raczej córka!

– Mo Ran, lepiej uwa­żaj, co mówisz! To mój dom! Za kogo ty się masz? – Xue Meng się roz­gnie­wał.

– Jestem twoim star­szym kuzy­nem, zasad­ni­czo więc jestem nad tobą – powie­dział Mo Ran, wyli­cza­jąc na pal­cach.

Xue Meng zro­bił minę, jakby wła­śnie dostał psim łaj­nem w twarz, i ścią­gnął brwi z obrzy­dze­nia.

– Kto by chciał mieć takiego kuzyna? – spy­tał surowo. – Nie pochle­biaj sobie, dla mnie jesteś niczym wię­cej jak psem unu­rza­nym w bło­cie!

Xue Meng uwiel­biał wyzy­wać innych od psów, psi syn, psi pomiot, wycho­wany przez sukę sukin­syn – prze­kli­nał bez zająk­nię­cia. Mo Ran przy­zwy­czaił się już dawno, teraz więc tylko zatkał uszy i nie zwra­cał na niego uwagi. Ale słu­cha­jący tego z boku Shi Mei czuł się nie­zręcz­nie i powie­dział cicho kilka słów. Xue Meng w końcu prych­nął lodo­wato i zamknął swój sza­nowny ptasi dziób.

– Pani­czu, już późno, cze­kasz na kogoś przy bra­mie? – spy­tał łagod­nie roze­śmiany Shi Mei.

– A cóżby innego? Mam podzi­wiać księ­życ?

Mo Ran wybuch­nął śmie­chem.

– Już mówi­łem, że się odsta­wi­łeś, a tu się oka­zuje, że umó­wi­łeś się na schadzkę. Oj, kto ma takiego pecha, żeby zostać twoją wybranką? Bar­dzo jej współ­czuję, ha, ha, ha.

Twarz Xue Menga pociem­niała tak, że można by było zeskro­bać z niej węgiel paznok­ciem.

– Ty! – oznaj­mił szorstko.

– Ja?

– Cze­kam wła­śnie na cie­bie. I co ty na to?

Rozdział 5. Ten Czcigodny nie ukradł

Roz­dział 5

Ten Czci­godny nie ukradł

Sala Wier­nego Serca była jasno oświe­tlona. Shi Mei sobie poszedł, a zdez­o­rien­to­wany Mo Ran podą­żył za Xue Men­giem do budynku. Kiedy wszedł do środka, zro­zu­miał.

To ta ciota Rong Jiu.

Mo Ran przed wyj­ściem ukradł mu tro­chę sre­bra, a ten ośmie­lił się szu­kać go na Szczy­cie Życia i Śmierci. A teraz tonął w obję­ciach wyso­kiego męż­czy­zny i uro­czo zano­sił się roz­pacz­li­wym pła­czem. Gdy Mo Ran i Xue Meng weszli do pawi­lonu, jego szloch stał się gło­śniej­szy o trzy tony. Wyda­wało się, że gdyby męż­czy­zna go nie pod­trzy­my­wał, padłby na miej­scu, tocząc pianę z ust.

Na pod­wyż­sze­niu, za zasłoną z kora­li­ków, sie­działa kru­cha kobieta, która wyglą­dała na tro­chę zdez­o­rien­to­waną.

Mo Ran nawet nie zaszczy­cił spoj­rze­niem tych dwóch cho­ler­nych męż­czyzn, naj­pierw zwró­cił się do niej z sza­cun­kiem:

– Ciotko, wró­ci­łem.

Była prze­cież wielką mistrzy­nią Szczytu Życia i Śmierci, panią Wang.

Nie była jak te boha­terki, które niczym nie ustę­pują męż­czy­znom, nie inte­re­so­wała się świa­tem zewnętrz­nym, kiedy ktoś przy­cho­dził z jakąś sprawą, a męża nie było na miej­scu, nie miała poję­cia, jak to roz­wią­zać.

– A Ran, jesteś – powie­działa sła­bym gło­sem.

Mo Ran uda­wał, że nie widzi tych dwóch, któ­rzy przy­szli ze skargą.

– Tak późno, a ty nie śpisz. Czy coś się stało, że chcia­łaś się ze mną zoba­czyć? – spy­tał z uśmie­chem na twa­rzy.

– Mhm. Panicz Rong mówi, że… że ukra­dłeś mu sre­bro.

Była wsty­dliwa, nie ważyła się powie­dzieć, że Mo Ran odwie­dzał dom uciech, więc to pomi­nęła.

Oczy Mo Rana roz­ja­śniły się uśmie­chem.

– Co takiego? Prze­cież nie bra­kuje mi sre­bra, po co miał­bym brać jego? Poza tym ci dwaj nie wyglą­dają zna­jomo. Znam was?

Potężny męż­czy­zna uśmiech­nął się lodo­wato.

– Nazy­wam się Chang, jestem naj­star­szy w mojej rodzi­nie. Rody kupiec­kie nie przej­mują się cere­mo­nia­łem, nazy­waj mnie więc po pro­stu Changda.

Mo Ran uśmiech­nął się lekko i prze­krę­cił jego imię.

– A więc to panicz Dachang, cała przy­jem­ność po mojej stro­nie, pro­szę wyba­czyć moje zacho­wa­nie. A ten drugi to…

– He, he, panicz Mo Ran jest naprawdę dobry w rżnię­ciu głupa. Mnie fak­tycz­nie widzisz po raz pierw­szy, ale połowę z ostat­nich trzy­dzie­stu dni spę­dzi­łeś, śpiąc u A Jiu, ślepy jesteś? Jak możesz go nie pozna­wać?

Mo Ran nawet się nie zaru­mie­nił, puls mu nie przy­spie­szył. Spoj­rzał z uśmie­chem na Rong Jiu.

– Pró­bu­jesz mnie oszu­kać? Jestem porząd­nym czło­wie­kiem, nie spa­łem z żad­nym San czy Jiu.

Twarz Rong Jiu poczer­wie­niała ze zło­ści, zato­pił się jesz­cze bar­dziej w ramio­nach Changa, a po jego uro­dzi­wej twa­rzy popły­nęły łzy.

– Pani­czu Mo, pani­czu Mo, wiem, że jestem nisko uro­dzony, nie­warty wspo­mnie­nia, gdy­byś tylko nie potrak­to­wał mnie aż tak źle, nie śmiał­bym tu za tobą podą­żać, ale że odwró­ci­łeś się tak ode mnie, to ja… ja…

– Naprawdę cię nie znam – odparł Mo Ran współ­czu­jąco. – Nawet nie wiem, czy jesteś kobietą, czy męż­czy­zną. Jakże mogli­śmy się wcze­śniej poznać?

– Jesz­cze wczo­raj doglą­da­łeś moich inte­re­sów, jak mogłeś stać się tak nie­czu­łym? Pani­czu Chang, pani­czu Chang, musisz się za mną wsta­wić. – Mówiąc to, Rong Jiu jesz­cze bar­dziej zapa­dał się w obję­cia Changa i pła­kał coraz rzew­niej.

Xue Meng stał z boku i słu­chał z posza­rzałą twa­rzą, brwi mu drżały. Wyglą­dało na to, że gdyby nie ogra­ni­czała go powścią­gli­wość mło­dego pani­cza, już dawno prze­pę­dziłby tych dwóch kijami.

Panicz Dachang gła­skał Rong Jiu po gło­wie i pocie­szał go łagod­nym gło­sem.

– Pani Wang – powie­dział z unie­sioną dum­nie głową. – Szczyt Życia i Śmierci jest wielką i prawą sektą, ale panicz Mo to podły kun­del. A Jiu zara­bia w znoju, żeby móc się jak naj­szyb­ciej wyku­pić, a ten nie dość, że trak­tuje go źle, to jesz­cze krad­nie jego krwa­wicę. Jeśli dzi­siaj nie potrak­tujecie nas poważ­nie, moja rodzina sprawi, że nie będzie­cie mile widziani w Syczu­anie! Choć nie zaj­mu­jemy się kul­ty­wa­cją, jeste­śmy kup­cami od poko­leń, a nasze bogac­twa się­gają nieba.

– Pani­czu Chang, pro­szę się nie zło­ścić, ja… ja… – odparła zmie­szana pani Wang.

Mo Ran w głębi serca zaśmiał się chłodno. Chan­go­wie, rodzina sol­nych kup­ców, opły­wali w bogac­twa, a panicz Dachang nie mógł wyku­pić Rong Jiu? Rong Jiu miał sam na to zaro­bić, któż by uwie­rzył, że nie dzieje się tu nic podej­rza­nego? Ale powie­dział tylko z uśmie­chem:

– Ach, a więc jesteś, Dachang, synem boga­tych kup­ców z Yizhou, rze­czy­wi­ście impo­nu­jące. Wielki sza­cu­nek!

– Przy­naj­mniej zda­jesz sobie sprawę z tego, jak wygląda sytu­acja. – Na twa­rzy pani­cza Dachanga poja­wiła się duma. – A skoro tak, znaj swoje miej­sce, oszczędź sobie nie­przy­jem­no­ści. Zabra­łeś rze­czy A Jiu, czemu mu ich szybko nie oddasz?

– To naprawdę dziwne. – Mo Ran się uśmiech­nął. – Twój A Jiu przyj­muje codzien­nie tylu gości, dla­czego więc o kra­dzież oskarża tylko mnie?

– Ty! – Panicz Dachang zazgrzy­tał zębami i uśmiech­nął się lodo­wato. – Nie­źle, nie­źle, wie­dzia­łem, że będziesz coś knuł. Pani Wang, sama pani widzi. Panicz Mo zacho­wuje się cał­kiem nie­do­rzecz­nie, nie przy­znaje się do winy, mimo że wszystko świad­czy na jego nie­ko­rzyść. Nie będę z nim wię­cej roz­ma­wiał. Jesteś panią tego miej­sca, to do cie­bie należy decy­zja!

Pani Wang była kobietą nie­obe­znaną ze spra­wami świata, zde­ner­wo­wała się więc tak bar­dzo, że zaczął jej się plą­tać język.

– Ja… A Ran… A Meng…

Xue Meng stał z boku, widział, że matka sobie nie radzi, wypro­sto­wał się więc i wystą­pił:

– Pani­czu Chang, Szczyt Życia i Śmierci sły­nie z suro­wej dys­cy­pliny, jeśli więc mówisz prawdę, jeżeli Mo Ran rze­czy­wi­ście sprze­nie­wie­rzył się zaka­zom doty­czą­cym pożą­dli­wo­ści i chci­wo­ści, sami wymie­rzymy mu dotkliwą karę. Ale twoje słowa nie mają umo­co­wa­nia. Czy posia­dasz dowód na to, że to Mo Ran okradł Rong Jiu?

– Wie­dzia­łem, że o to zapy­ta­cie. – Panicz Dachang uśmiech­nął się zimno. – Dla­tego też nie tra­ci­łem czasu i zanim Mo Ran powró­cił, poroz­ma­wia­łem z panią Wang. – Odchrząk­nął. – Posłu­chaj­cie mnie dobrze, A Jiu stra­cił kilka gar­ści pereł, dzie­sięć szta­bek sre­bra, parę zło­tych bran­so­let w kształ­cie kwia­tów śliwy, dwie jade­itowe szpilki do wło­sów, a do tego jade­itowy wisior w kształ­cie motyla. Trzeba jedy­nie spraw­dzić, czy Mo Ran ma te rze­czy przy sobie, a będziemy wie­dzieć, czy nie­słusz­nie go oskar­ży­łem.

– W imię czego chcesz mnie prze­szu­kać? – zapro­te­sto­wał Mo Ran.

– Myślę, że po pro­stu czu­jesz się winny. – Panicz Dachang uniósł dum­nie pod­bró­dek. – Pani Wang, jak w Szczy­cie Życia i Śmierci karze­cie kra­dzież i roz­wią­złość?

– Spra­wami sekty… zawsze zaj­mo­wał się mał­żo­nek, naprawdę… nie wiem… – odparła pani Wang cicho.

– Nie, nie, myślę, że pani Wang nie tyle nie wie, ile umyśl­nie stara się chro­nić swo­jego sio­strzeńca. Nie zda­wa­łem sobie sprawy, że Szczyt Życia i Śmierci to tak zepsute i brudne miej­sce…

– Dobrze, dobrze. Moja ciotka już powie­działa, że nie wie, co ma zro­bić, dla­czego tak ją drę­czysz? Jesz­cze ci mało? – Mo Ran znie­cier­pli­wił się jego tyradą, a jego bez­tro­ski zwy­kle uśmiech znik­nął. Spoj­rzał na tam­tych dwóch. – Dobrze, pozwolę ci się prze­szu­kać, ale jeśli nic nie znaj­dziesz, a usta masz pełne oszczerstw pod adre­sem mojej sekty, co wtedy zro­bimy?

– Od razu cię prze­pro­szę, pani­czu Mo.

– Niech będzie – odparł Mo Ran wyjąt­kowo rado­śnie. – Jesz­cze jedno. Jeżeli się pomy­li­łeś, żeby oka­zać skru­chę, musisz zejść ze Szczytu Życia i Śmierci na kola­nach.

Gdy panicz Dachang zoba­czył, jak pewny sie­bie jest Mo Ran, w jego sercu zago­ściła wąt­pli­wość. Od dzie­ciń­stwa zazdro­ścił tym, któ­rzy kul­ty­wo­wali ku nie­śmier­tel­no­ści, ale bra­ko­wało mu talen­tów, nie potra­fił pojąć pod­staw. Kilka dni wcze­śniej dowie­dział się, że jego dawny kocha­nek Rong Jiu cie­szy się wzglę­dami Mo Rana. Usta­lili więc, że Rong Jiu znaj­dzie oka­zję, by prze­szko­dzić Mo Ranowi w dro­dze kul­ty­wa­cji, a panicz Dachang wykupi go i nie tylko – zabie­rze go do domu i zapewni życie w dostatku i bez trosk.

Panicz Dachang dążył do nie­śmier­tel­no­ści, Rong Jiu do bogac­twa, połą­czyli więc siły i pozo­stali w świet­nej komi­ty­wie.

W poprzed­nim życiu Mo Ran wpadł w ich pułapkę i cho­ciaż póź­niej udało mu się wszystko napro­sto­wać, kosz­to­wało go to nie­mało wysiłku. Ale w tym życiu wyj­dzie im to bokiem. Mo Ran, nie wia­domo dla­czego, nagle zmie­nił się cał­ko­wi­cie, choć jesz­cze kilka dni wcze­śniej leżał pijany w gniazdku miło­ści i powta­rzał: „A Jiu to, A Jiu tamto”. A dzi­siaj rano spo­nie­wie­rał go dwu­krot­nie, po czym zabrał jego kosz­tow­no­ści i uciekł.