Hannah - Zbigniew Jarzembek - ebook

Hannah ebook

Zbigniew Jarzembek

0,0

Opis

Przeszłość odebrała jej wszystko. Przyszłość miała uczynić ją niebezpieczną.

Opis książki

Pomorze, 1944 rok. Pięcioletnia Aniela traci dom, matkę i dzieciństwo. Ocalała z wojennego koszmaru rozpoczyna podróż, która prowadzi ją przez pogrążoną w chaosie Europę aż do miejsca, gdzie otrzymuje nowe imię.

Dwadzieścia lat później, już jako Hannah, bierze udział w tajnej operacji w Neapolu. Jej celem jest człowiek, który po wojnie zbudował fortunę i starannie ukrył własną przeszłość. Plan wydaje się dopracowany, zespół niezawodny, a rozkazy jasne.

Do chwili, gdy ktoś zdradza.

„Hannah” to filmowa opowieść o ocaleniu, zemście i lojalności. O przeszłości, która nie pozwala o sobie zapomnieć. I o prawdzie, za którą czasem trzeba zapłacić wszystkim.

To propozycja dla czytelników, którzy lubią tajne operacje, historyczne zagadki, dynamiczną akcję oraz bohaterów zmuszonych do podejmowania trudnych decyzji.

Poznaj autora

Zbigniew Jarzembek jest autorem, przedsiębiorcą i mechanikiem samochodowym, który nie pozwala zamknąć się w jednej szufladce. Buduje, naprawia, projektuje i nieustannie realizuje nowe pomysły.

Jest osobą neuroróżnorodną z dysleksją i ADHD. Pisze prostym, bezpośrednim i dynamicznym językiem, skupiając się na historii, emocjach i tempie wydarzeń. Nie opisuje wszystkiego do ostatniego szczegółu, pozostawiając czytelnikowi przestrzeń do własnej interpretacji postaci oraz ich wyborów.

Jest autorem powieści „Dwie czwórki” oraz „Sekret czerwonego Mustanga”. „Hannah” to jego trzecia książka i jednocześnie nowy rozdział w twórczości, tym razem prowadzący czytelnika w świat tajnych operacji, wojennych sekretów i ludzi, którzy nigdy nie uwolnili się od swojej przeszłości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 264

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



HANNAH

Zbigniew Jarzembek

Szczecin 2026

Redakcja | Urszula Drabińska

Korekta | Maria Zagińska

Projekt okładki | Paweł Lewandowski

Skład i łamanie | ugrafikow.pl

Druk | Print Group sp. z o.o.

© Copyright by Zbigniew Jarzembek, Wydawnictwo Stary Warsztat 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, przedrukowywanie, rozpowszechnianie oraz wykorzystywanie całości lub fragmentów utworu bez pisemnej zgody właściciela praw autorskich jest zabronione, z wyjątkiem przypadków przewidzianych prawem.

Wydawnictwo Stary Warsztat

www.zbigniewjot.pl

Wydane pierwsze, 8,5 ark. wyd.

ISBN 978-83-980145-2-6

Spis treści

Prolog — Pomorze, 1944 rok

Rozdział 1 — Neapol, 1964 rok

Rozdział 2 — Polska, 1944 rok

Rozdział 3 — Neapol, 1964 rok

Rozdział 4 — Polska, 1944 rok

Rozdział 5 — Neapol, 1964 rok

Rozdział 6 — Polska, 1947 rok

Rozdział 7 — Neapol, 1964 rok

Rozdział 8 — Wielka ucieczka, lata 1947–1948

Rozdział 9 — Bari, 1948 rok

Rozdział 10 — Neapol, 1964 rok

Rozdział 11 — Rejs do nowego domu, 1948 rok

Rozdział 12 — Izrael, 1956 rok

Rozdział 13 — Izrael, Tel Awiw, 1964 rok, po akcji w Neapolu

Rozdział 14 — Izrael, Tel Awiw, 1959 rok

Rozdział 15 — Izrael, Tel Awiw, 1964 rok

Rozdział 16 — Izrael, 1960 rok

Rozdział 17 — Izrael, 1964 rok

Rozdział 18 — Operacja „Tango”, 1960 rok

Rozdział 19 — Buenos Aires, maj 1960 roku

Rozdział 20 — Tel Awiw, 1960 rok, po misji w Argentynie

Rozdział 21 — Izrael, 1964 rok

Rozdział 22 — Izrael, czerwiec 1960 roku

Rozdział 23 — Izrael, 1964 rok

Rozdział 24 — Tel Awiw, 1964 rok, po akcji w Neapolu

Rozdział 25 — Izrael, 1964 rok

Epilog

Od autora

Okładka

Spis treści

Treść książki

3

5

7

9

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

71

72

73

74

75

76

77

78

80

81

82

83

84

86

87

88

89

90

91

92

93

94

95

97

98

100

101

102

103

104

106

107

108

109

110

111

112

113

114

115

117

118

119

120

121

122

123

124

125

126

128

129

130

131

132

133

134

135

136

137

138

139

140

141

142

143

144

145

146

147

148

150

152

154

155

156

157

158

159

160

161

162

163

164

165

166

167

168

169

170

172

173

174

175

177

178

179

180

182

183

184

185

186

187

188

189

190

191

192

193

194

195

196

197

198

199

200

201

202

203

204

205

206

207

209

210

211

212

213

215

216

217

218

219

220

222

223

224

225

226

227

228

229

230

231

232

233

234

235

236

237

238

239

240

241

242

244

245

246

247

248

249

250

252

253

254

255

256

258

259

260

261

263

264

Prolog

Pomorze, 1944 rok

Krzyk Klary rozdarł poranną ciszę wsi:

– Aniela! Chowaj się! Niemcy we wsi!

Dziewczynka nie myślała. Jej ciało zareagowało szybciej niż rozum. Bose stopy uderzały o ciepłe deski chaty. Schowek pod podłogą kuchni był ciasny, wypełniony workami ziemniaków – pełnił funkcję podręcznej piwniczki. Jednak ostatnio stał się także schronieniem małej Anieli. Deski zaskrzypiały cicho, kiedy zaciągnęła właz z powrotem na swoje miejsce. Potem nastała ciemność.

Leżała skulona, obejmowała kolana. Zimno ziemi przenikało przez jej cienkie ubrania, ale nie to było najgorsze. Najgorsze były dźwięki.

Najpierw kroki na ganku – ciężkie, pewne. Potem drzwi do izby kopnięte tak, że zatrzymały się dopiero na ścianie. Następnie głosy. Choć znała ten język, sposób, w jaki mężczyźni wypowiadali słowa, sprawiał, że jej serce biło tak mocno, że zagłuszało myśli.

– Wo sind die Männer? 1

– Ich bin allein. Ich habe einen dreizehnjährigen Sohn. Er ist im Wald und versucht, etwas zu jagen. Wir haben seit gestern nichts gegessen 2. – Głos Klary drżał, łamał się na każdym słowie.

Ciche plaśnięcie. Aniela wiedziała, co ono znaczy. Kobieta upadła na podłogę, ale zaraz wstała.

– Sieh mir in die Augen, du deutsch-polnische Hure 3.

Klara z trudem podniosła wzrok na swojego oprawcę.

– Versteckst du hier Juden? 4 – zapytał, zbliżając do niej twarz, aby zobaczyć jej reakcję. Nagle wyprostował się i krzyknął: – Runter mit dem Kopftuch! 5

Patrząc na podłogę, wolno wypełniła jego polecenie.

– Du hast so schöne Haare 6. – Zaśmiał się szyderczo.

Przerażona zaczęła płakać.

– Von wem hast du so dunkle Haare, was? 7

Wtedy odezwał się inny z żołnierzy:

– Herr Hauptmann Müller, die sind jüdisch 8.

Mężczyzna złapał ją za włosy i nienaturalnie wygiął jej głowę do tyłu. Klara syknęła z bólu.

– Bist du hier sicher ganz allein? 9

Anieli łzy ciekły po policzkach, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku – tak jak kazała jej wcześniej mama. Niemiec wrzasnął przeraźliwie:

– Haus durchsuchen. Brett für Brett! Schnell, schnell! 10

W tym momencie Klara, zupełnie nieświadomie, zerknęła na niewidoczny właz do małej piwniczki. Niemiec powoli odwrócił się, usiłując namierzyć miejsce, które ta przed momentem zbadała wzrokiem. Puścił jej włosy, uśmiechnął się szeroko i spojrzał na nią. Powoli zaczął zbliżać się do kryjówki Anieli. Kobieta zapłakała i upadła na kolana.

– Bitte, bitte… nicht sie… 11

– Ihr seid so schwach. Bis heute verstehe ich nicht, wie es euch gelungen ist, mein Land so zu zerstören 12.

Żołnierze przeszukiwali cały dom, wyrzucając wszystko z szaf. Jeden sprawdzał poddasze, inny bagnetem usiłował podważać deski podłogowe. Müller krzyknął:

– Ihr könnt aufhören zu suchen! 13

Lufą pistoletu wskazał punkt w kuchni.

– Prüft den Fußboden unter dem Tisch 14.

Jeden z podwładnych przewrócił stół na bok i kucnął, przyglądając się drewnu. Dopiero po chwili zauważył nieregularne linie desek. Podważył sztyletem jedną z nich, a wraz z nią uniosło się jeszcze kilka innych.

– Da ist eine Luke zum Keller. Clever gemacht 15. – Dowódca pokiwał z uznaniem głową.

Oczy Klary były wielkie z przerażenia. Zdawało się, że zaraz wyjdą z orbit.

– Nein… nein… 16 – szeptała już zrezygnowana.

– Seht mal, was wir hier haben. Ein… ein jüdisches Mädchen 17 – rzucił chrapliwie mężczyzna, który podniósł wieko.

– Miejsce szczura jest w norze – dodał inny żołnierz łamaną polszczyzną. Śmiejąc się, pokazał swoje wybrakowane uzębienie.

Klara poderwała się z podłogi. Nie krzyczała już, nie błagała. Wyciągnęła tylko ręce w stronę córki, chcąc ją chronić przed najeźdźcami.

Seria z karabinu była krótka i natychmiastowa. Trzy strzały. Może cztery. Kobieta drgnęła raz, drugi. Krew trysnęła na podłogę. Ciało osunęło się bezwładnie.

Aniela patrzyła, nawet nie mrugnęła. Płuca paliły ją od wstrzymywania oddechu.

– Herr Hauptmann, Was ist mit ihr? 18 – dopytywał ten bez zębów.

– Werft sie auf den Lastwagen, zu dem anderen Müll 19 – odpowiedział zimnym tonem kapitan.

– J-javohl, Herr Hauptmann! 20

Żołnierz, śmiejąc się, wyciągnął ją za jedną nogę jak zwierzę. Przerzucił dziewczynkę jak szmacianą lalkę przez drewnianą burtę ciężarówki i jej drobne ciałko wylądowało na pace. Spadła na jakąś starą kobietę, ale nikt nie zareagował, nikt nie krzyknął. Wszyscy siedzieli w ciszy z opuszczonymi głowami.

Pojazd śmierdział benzyną, potem i moczem. Ludzie siedzieli stłoczeni, nikt nic nie mówił. Tylko ciche, zdławione szlochy wypełniały przestrzeń, w której się znaleźli. Gdy ruszyli, Aniela rzuciła się desperacko w stronę rozerwanej plandeki, która pozwalała jej ostatni raz spojrzeć na dom. Wpatrywała się w drzwi, czekając, aż mama wybiegnie i ją zawoła.

Nic takiego się nie wydarzyło. Silnik ciężarówki mocniej zawył. Aniela przez kawałek rozdartej szmaty widziała już jedynie las.

Rozdział 1

Neapol, 1964 rok

SS Galileo, nowoczesny transatlantyk Lloyd Triestino, zbliżał się do portu w Neapolu, zostawiając za sobą smugę białej piany. Na górnym pokładzie, przy kawiarnianym stoliku z widokiem na zbliżający się Neapol, siedziało troje pasażerów, ot kolejna zwykła rodzina.

– Już jesteśmy? Chyba przed czasem? – rzucił z wyraźną dezorientacją młody mężczyzna, podnosząc wzrok znad niedopitego cappuccino.

Daniel był najmłodszy, zaledwie cztery lata temu wszedł w trzecią dekadę życia. Gęsta, ciemna czupryna sterczała w nieposkromionym nieładzie, oczy miał wciąż półprzymknięte. Szczupłą sylwetkę otulał nonszalancki strój: rozpięta koszula w paski, lekkie spodnie i znoszone buty – całość budowała obraz kogoś, kto nigdy nie zawraca sobie głowy drobiazgami. Jednak stanowiło to tylko grę pozorów, bowiem w rzeczywistości mężczyzna był bardzo uważny. Do tego szybki i pełen energii, co wzorowo ukrywał pod maską lenistwa. Ponadto miał pamięć fotograficzną – jedną z tych rzadkich cech, które czyniły go idealnym człowiekiem do zadań wymagających precyzji.

Nieczęsto brał udział w dużych operacjach poza granicami kraju. Choć nie przyznawał się głośno do tego, że się denerwuje, jego dłonie zaciśnięte na filiżance kawy właśnie o tym świadczyły. Patrzył na zbliżający się brzeg i myślał o tym, jak daleko jest od domu – od Tel Awiwu, od znajomych ulic, od wszystkiego, co znał.

– Spokojnie, mamy jeszcze czas. Dopij spokojnie swoje cappuccino – odpowiedziała siedząca naprzeciwko niego Hannah.

Miała dwadzieścia pięć lat. Ciemne kręcone włosy związała w praktyczny kucyk. Jej szczupłą twarz zdobiły intensywnie brązowe oczy, które zawsze zdawały się widzieć więcej, niż dostrzegali inni ludzie. Ubierała się prosto, ale z klasą: spódnica do kolan, bluzka z długim rękawem i ciężkie kozaki, które dodawały jej wzrostu i pewności siebie. Dla kontrastu paliła papierosy – i to dużo, zbyt dużo jak na swój wiek. Jej lekko nerwowe ruchy zdradzały nie tyle niecierpliwość, ile zbyt dużą energię do działania. Nie była typem, który lubi czekać.

W jej głowie kłębiły się myśli o zadaniu: o celu, który czekał w tym mieście, o ryzyku i o tym, dlaczego akurat ona, tak młoda, została wybrana do roli córki. Wiedziała, że Assaf jej ufa, ale palce same sięgnęły po kolejnego papierosa. To nie była zwykła podróż. Hannah działała już wcześniej w terenie, ale pierwszy raz miała wejść do prawdziwej gry. Trenowała latami, a mimo to policzki ją paliły. Uparcie wbijała wzrok gdzieś obok, nie spoglądała w twarze pozostałych członków ekipy.

W pewnym momencie dołączyła do nich Moran. Pochyliła się nad Danielem i pocałowała go lekko w czoło. Czuły, matczyny gest, wykonany trochę z przyzwyczajenia, jakby wcześniej robiła to już setki razy. Wszystkie ich drobne ruchy miały odwrócić od nich zainteresowanie. Kobieta, nie wyrzekłszy ani słowa, usiadła obok młodego mężczyzny. Jej ciemne, grube kręcone włosy, przecięte kilkoma siwymi pasmami, opadały miękko na kark, nie zakrywając całkowicie zgrabnej szyi. Nienaganna prezencja i sposób, w jaki się poruszała, dodawały jej elegancji, która nie rzucała się w oczy. Określenie jej wieku było trudne: wyglądała młodo, ale jej ruchy i spojrzenie cechowała dojrzałość kogoś, kto miał już za sobą sporo wiosen. Siedziała cicho, popijając czarną kawę małymi łykami, i patrzyła na morze. Była dyskretna, prawie niewidzialna – jak cień, który towarzyszy, ale nie dominuje.

Obok niej siedział Assaf, najstarszy z grupy. Niewysoki, lekko łysiejący mężczyzna koło pięćdziesiątki, z sympatyczną, niemal pogodną twarzą, która potrafiła rozbroić każdego rozmówcę, uśmiechał się często, szeroko, jakby świat wciąż go bawił. Oliwkowa skóra i gęste czarne włosy na przedramionach kontrastowały z licznymi bliznami pokrywającymi jego ręce. Spośród nich wyróżniała się jedna – długa i blada, zaczynająca się przy nadgarstku i znikająca pod rękawem koszuli zapinanej na guziki.Assaf był doświadczonym dowódcą. Jego spokój przejawiał się nie tylko w rozmowie, lecz także w ruchach ciała. W jego głowie ta misja trwała już od miesięcy: planowanie, treningi, przykrywka. Teraz patrzył na Neapol i myślał o tym, ile razy już był w podobnych miastach, ile razy udawał kogoś innego. Jego blizny przypominały mu o błędach, które nie mogły się powtórzyć – nie dlatego, że na ciele już zaczynało brakować miejsca na kolejne. To była jedna z ważniejszych misji ostatnich lat.

– Zanim statek przycumuje i zaczną nas wypuszczać na ląd, warto się cieplej ubrać – odezwał się, przerywając ciszę.

– W Neapolu podobno jest trzynaście stopni – dodała Hannah, zerkając na niebo. Upiła łyk kawy i kontynuowała: – Taka pogoda, że na futro za ciepło, a na sukienki za zimno.

– Idealna na jeansy. – Moran uśmiechnęła się krótko, rozglądając po pokładzie.

Rozmowa była kurtuazyjna, lekka, jak między członkami rodziny na wakacjach. Mogłaby trwać dłużej, gdyby w tym momencie pokładowy tyfon nie przypomniał wszystkim, że wciąż są na morzu. Dźwięk był niski, wibrujący i sprawił, że kilka głów odwróciło się w stronę dziobu.

Statek SS Galileo był dumą włoskiej floty – ponad dwieście metrów długości, eleganckie linie, białe nadbudówki błyszczące w słońcu. Pasażerowie spacerowali po pokładach, dzieci biegały roześmiane, a kelnerzy roznosili ostatnie drinki. Dla większości był to zwykły rejs, dla ich czworga – coś zupełnie innego.

– No dobrze – powiedział Assaf, wstając powoli. – Idziemy do kajut po rzeczy. Widzimy się na lądzie, tuż za kontrolą paszportową.

Skinęli głowami. Moran podniosła się bez słowa, poprawiając kraciastą garsonkę. Jej ruchy były płynne, dyskretne.

Zejście ze statku zajęło prawie godzinę. Najpierw czekali w kolejce na pokładzie, potem powoli przesuwali się szerokim trapem, który skrzypiał pod stopami setek pasażerów. Od razu uderzyło ich portowe powietrze – mieszanka soli morskiej, ryb z pobliskich łodzi i dymu z kominów małych statków. Nosiciele bagaży krzyczeli po włosku, oferując usługi, dzieci niecierpliwiły się między nogami dorosłych, a znudzeni celnicy w mundurach rutynowo sprawdzali dokumenty.

Assaf, z małą walizką w ręku, szedł pierwszy. Uśmiechnął się do urzędnika. Hannah, udając młodą żonę podekscytowaną lądem, trzymała się blisko Daniela. Ten niósł na ramieniu lekką, skórzaną, brązową torbę, przy okazji zapamiętując układ portu, wyjścia, stanowiska taksówek czy też możliwe drogi ucieczki. Moran szła z tyłu, dyskretnie rozglądając się po licznych twarzach innych pasażerów, ale i pracowników portu. Jak zawsze szukała najmniejszej oznaki nietypowego zachowania czy wyglądu.

Kontrolę paszportową przeszli gładko – pieczątki uderzyły w dokumenty z głośnym stukiem, a celnik nawet nie podniósł na podróżnych wzroku. Wyszli z terminalu na zewnątrz, gdzie czekały rzędy identycznych taksówek.

W chłodnym Neapolu czuć było wilgoć znad morza. Taksówkarze instynktownie polowali na zmęczonych przyjezdnych, wyławiali ich z tłumu i kusili szybkim kursem do hotelu. Aby nikt im nie uciekł, błyskawicznie ładowali walizki do bagażników czarno-zielonych Fiatów 600 Multipla – tych praktycznych, kanciastych pudełek na kołach, sprawdzających się idealnie w labiryncie wąskich uliczek.

Hannah odsunęła się nieco na bok, by zapalić papierosa. Dym uniósł się powoli w wilgotnym powietrzu. Młoda kobieta uśmiechnęła się pod nosem.

– Niedługo będzie deszcz – powiedziała cicho.

– Wskakujesz? – krzyknął Daniel, już siedzący w taksówce. – Dawaj, bo wybiorą sobie lepszy pokój.

– Już, już – odpowiedziała energicznie, gasząc papierosa grubym obcasem kozaków.

Przejazd taksówką przez Neapol jak zwykle był czystym chaosem. Ulice wypełniało nieustanne trąbienie Vesp, które przemykały między samochodami niczym natrętne osy. Klaksonami kierowcy mówili wszystko: ustąp, jadę, uważaj. Fiaty lawirowały w tym tłumie, omijając rowerzystów, wyładowane po brzegi owocami trójkołowe Piaggio Ape i pieszych przechodzących przez jezdnię, gdzie popadnie.

Assaf i Moran zajęli miejsca w pierwszej taksówce. Mężczyzna usiadł z przodu, rozmawiał z kierowcą o pogodzie i zabytkach, ale co chwilę zerkał w lusterko. Czy ktoś za nimi jedzie? Kobieta siedziała sztywno, wzrok wbiła w okno, dłoń trzymała blisko torebki.

W drugiej taksówce Hannah dyskretnie lustrowała boczne uliczki. Ten sam skuter? Samochód trzymający dystans? Daniel pozował na zachwyconego turystę – Wezuwiusz, piazza, widoki – ale w pamięci zapisywał każdą ulicę i możliwą drogę ucieczki. .

Po kilkunastu minutach szalonego slalomu przez Neapol dotarli wreszcie na miejsce. Pierwszy pojazd zatrzymał się z charakterystycznym, metalicznym westchnieniem wysłużonego silnika. Kilka sekund później podjechał drugi i gwałtownie zahamował tuż za nim. Z boku wyglądali zupełnie niewinnie – jak rodzina lub grupa przyjaciół podróżująca dwoma samochodami.

Kierowcy wyskoczyli raźno, otworzyli bagażniki. Walizki podróżnych były banalne: stare, skórzane, lekko obtarte na krawędziach, bez etykiet, bez niczego krzykliwego, co mogłoby zwrócić czyjąś uwagę. Assaf i Daniel zapłacili kierowcom. Szybkie skinienie głową, kilka banknotów i już po chwili cała czwórka stała przed wejściem do hotelu, zadzierając głowy do góry.

Hotel Rex był idealny, ze średniej półki, ani luksusowy, ani podejrzanie tani. Taki, w którym zagraniczna rodzina nie wzbudza niczyjej ciekawości, a obsługa przyzwyczajona jest do gości, którzy wolą dyskrecję. Budynek stał przy wąskiej uliczce otoczonej kamienicami z odrapanymi fasadami i chaotycznie poprowadzonymi instalacjami elektrycznymi. Z balkonów zwieńczonych zdobionymi balustradami zwisało pranie – białe prześcieradła, kolorowe koszule, a nawet bielizna – i głośno trzepotało na wietrze znad zatoki.

– Co to za zapach? – zapytała Moran, patrząc, jak Assaf podnosi bagaże.

– Hm, ewidentnie coś smażonego. Może arancini?

Choć kolorowe skutery przelatywały co chwilę, ich silniki warczały głośno, a kierowcy trąbili na wszystko, co stanęło im na drodze, dało się słyszeć śmiechy dzieci grających w piłkę na brukowanej jezdni i nawoływania:

– Acqua! Fresca acqua!

Po chwili uliczny chaos ustąpił miejsca cichemu półmrokowi lobby.

– Czujesz kawę? – zapytała Hannah.

– Nie, głównie fajki i pot – odpowiedział krótko Daniel.

Goście z różnych stron świata zajmowali głębokie fotele. Starszy mężczyzna w okularach przeglądał „Corriere della Sera”, para Azjatów szeptała po angielsku, ktoś inny palił w milczeniu.

Nic we wnętrzu nie rzucało się w oczy: beżowe ściany bez obrazów, drewniana recepcja z mosiężnym dzwonkiem, w donicach kilka palm, których liście dawno straciły blask. Dywan o stonowanym wzorze tłumił kroki. Wszystko tu było tak dobrane, by nie zostawiać śladu w pamięci – idealne dla tych, którzy wolą pozostać niewidzialni.

– Buongiorno – odezwał się recepcjonista, młody mężczyzna z włosami zaczesanymi na bok.

– Dzień dobry – odpowiedział Assaf niemal idealną włoszczyzną. – Zarezerwowałem dwa pokoje dla mojej rodziny. Dla córki z mężem oraz dla siebie z żoną.

Na ladzie wylądowały cztery paszporty, nowiutkie, z pieczątkami z Triestu. Pracownik hotelu zerknął na nie obojętnie.

– Sì. Nazwisko Kohen. Dwa pokoje łączone. Są gotowe, ale doba zaczyna się za trzy godziny. Wcześniejszy meldunek jest możliwy za dopłatą.

– Ile?

– Pięćset lirów.

Assaf położył banknoty na blacie razem z odliczoną kwotą za cztery dni.

– I jeszcze prośba – dodał spokojnie. – Czy ma pan mapkę miasta z zabytkami? Chcielibyśmy poznać Neapol.

Recepcjonista podał złożony druk. Daniel uśmiechnął się pod nosem, ale Assaf spojrzał na niego karcąco.

– Idziemy do pokoi – powiedział. – Odświeżymy się i wyjdziemy na miasto.

Rozdzielili się: boy z wózkiem bagaży pojechał windą służbową, oni – elegancką windą dla gości. Wysiedli na ostatnim piętrze i bez słowa ruszyli za chłopakiem wąskim korytarzem. Przy drzwiach Assaf wręczył mu hojny napiwek. Ten uśmiechnął się szeroko i wniósł walizki do środka, po czym zniknął równie szybko, jak się pojawił. Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem. Zapadła cisza.

Bez zbędnych słów przeszli do działania: Hannah sprawdziła łazienkę i szafy, Daniel – lampy i gniazdka, Assaf – łóżka i stoliki, a Moran – obrazy i półki. Każdy zakamarek, każda szczelina. Musieli mieć absolutną pewność – zero mikrofonów, zero kamer. W Neapolu takie miejsca uwielbiały nie tylko służby wywiadowcze, lecz także camorra, która potrafiła zarobić fortunę na jednym kompromitującym nagraniu z hotelowego pokoju.

Hannah wyprostowała się pierwsza.

– Czysto.

Mogli wreszcie przestać udawać. Assaf skinął głową, podszedł do stołu i rozłożył otrzymaną w recepcji mapę Neapolu, jak się okazało dość starą, bo z 1961 roku. Zaznaczono na niej atrakcje, których już pewnie w połowie nie było. Mężczyzna przebiegł wzrokiem labirynt uliczek, wskazał palcem punkt blisko Porta Alba. Spojrzał na Daniela.

– Twoja kolej. Via Port’Alba, pizzeria Da Michele. Nie pomyl się. Kolejka będzie dość długa, ale to dobrze, wmieszasz się w tłum. Za ladą szukasz Antonia. Mówisz spokojnie: „Przyjechałem po pizzę numer dwanaście”. On wszystko wie. Da ci torbę. Nie otwieraj jej, wracaj prosto tutaj.

Daniel uniósł brew z lekkim uśmiechem.

– Pizza numer dwanaście? Brzmi jak margherita z ekstra serem.

Dowódca nie odwzajemnił grymasu.

– Nie żartuj. To nie gra.

Młody mężczyzna podszedł bliżej i jeszcze raz dokładnie spojrzał na plan, zapamiętując każdy zakręt i przecznicę.

– Dwanaście. Jak apostołowie.

– Właśnie. Dwa kilometry. Nie spiesz się i bądź ostrożny. Weź mapę, na wszelki wypadek.

Assaf podał mu złożony papier. Daniel pokręcił głową z lekkim uśmiechem.

– Nie trzeba. Już znam drogę. Zapamiętałem trasę.

Szef skinął z aprobatą. Pamięć chłopaka była jedną z przyczyn, dla których trafił do zespołu.

– Dobra. Idź.

Wyszedł ubrany lekko, jak turysta. Na szyi dla przykrywki dodatkowo zawiesił aparat. Spacer ulicami Neapolu zajął mu prawie pół godziny, celowo szedł wolno. Mijał sklepy z makaronami, stragany z owocami morza, kościoły z barokowymi fasadami. Hałas był dojmujący: skutery Vespa przelatywały obok, ich kierowcy w okularach przeciwsłonecznych trąbili na pieszych, rowery, na siebie nawzajem. Daniel szedł turystycznym krokiem, ale oczy miał dookoła głowy. Spoglądał na odbicia w witrynach, sprawdzał, czy ktoś nie idzie za nim zbyt długo. Nic. Dotarł do Via Port’Alba, wąskiej uliczki z księgarniami i małymi lokalami gastronomicznymi.

Kolejka z Da Michele wychodziła aż na ulicę. Pizzeria była dokładnie taka, jak opisał ją Assaf – skromna, bez zbędnych ozdób: wyblakły szyld, piec na drewno z buzującym ogniem w głębi, kilka stolików na zewnątrz i tłum czekających na pizzę na wynos. Zapach pieczonego ciasta i pomidorów mieszał się z wonią ulicy.

Daniel stał cierpliwie, z rękami w kieszeniach, udając znudzonego turystę. Gdy wreszcie dotarł do lady, starszy właściciel w fartuchu spojrzał na niego z szerokim, gościnnym uśmiechem.

– Salve! Mam do odebrania pizzę numer dwanaście – powiedział Daniel po włosku, z celowo niedbałym akcentem.

Mężczyzna skinął głową i zniknął na zapleczu wśród zapachów ciasta i dymu. Wrócił z jasnobrązową skórzaną torbą, prostą, bez żadnych oznaczeń. Tylko czarna lamówka i solidne zapięcie. Daniel chwycił ją mocno. Natychmiast odczuł jej wagę. Uniósł powieki, odsłaniając ciemne, skupione oczy.

– Ciężka – skwitował krótko.

– Smacznego – odparł Włoch z nieodgadnionym uśmiechem.

Klient zapłacił, wyszedł i skręcił w boczną uliczkę. Hałas skuterów i okrzyki ulicznych sprzedawców zagłuszały jego myśli. Wracał inną drogą, tak jak zaplanował.

Niecałą godzinę później był z powrotem – bez zmęczenia, wręcz naładowany adrenaliną. Gdy drzwi się zamknęły, Assaf natychmiast do niego podszedł.

– Masz?

Daniel położył torbę na łóżku. Hannah i Moran podniosły wzrok. Starszy mężczyzna otworzył ją powoli, jakby z namaszczeniem. W środku czekały cztery lśniące czernią pistolety Walther PP – eleganckie, dyskretne, z rękojeściami z orzechowego drewna. Model ten mieścił tylko osiem nabojów w magazynku, ale za to był bardzo dyskretnych rozmiarów, co w tej misji miało znaczenie. Ponadto w torbie znalazło się kilka kartoników amunicji, dwa niewielkie ładunki wybuchowe i spora liczba ręcznych granatów.

Assaf rozdał broń jak karty w grze, w której stawką było życie. Najpierw Moran. Jego partnerka wzięła Walthera bez słowa, sprawdzając mechanizm z wprawą kogoś, kto robił to setki razy. Potem Daniel przyjął pistolet z nonszalanckim skinieniem, jakby to była paczka papierosów. W końcu Hannah. Mężczyzna się zawahał. Spojrzał jej w oczy, jakby po raz ostatni pytał sam siebie, czy powinna tu być. Wreszcie podał.

Na twarzach Moran i Daniela pojawiły się uśmiechy. On od razu sprawdził magazynek. Hannah pozostała niewzruszona, tylko palce mocniej zacisnęła na rękojeści.

Assaf wziął swój pistolet jak zawsze ostatni. Dopiero wtedy młoda kobieta poczuła ciężar Walthera w dłoni, chłód jego lufy i ciepło drewna. Przesunęła palcem po spuście, wyjęła magazynek. To był jej pierwszy raz z prawdziwą bronią poza poligonem. Uśmiechnęła się szeroko, prawie dziko. Wsunęła magazynek z powrotem.

– Jest idealny – stwierdziła, uśmiechając się do Assafa.

– Idealny do czego? – zaciekawił się mężczyzna.

– Idealny dla mnie – odpowiedziała wpatrzona w kawałek czarnej stali.

Rozdział 2

Polska, 1944 rok


– Za cicho – syknął ten leżący na mokrej ściółce.

– Zamknij się – wyszeptał drugi, leżący pod pniem. Wzrok miał skupiony na leśnej drodze, jednak drzewa rosły tak gęsto, że zasłaniały większą jej część. – Gdy tylko coś zobaczę, dam znać. Na razie leż i się nie ruszaj.

Oddział Piotra Kałuży czekał w ukryciu już od godziny, w rowach wykopanych łopatami, za powalonymi kłodami, z bronią gotową do strzału. Dwudziestu kilku mężczyzn i kilka kobiet. Część miała lekko przymknięte powieki, innym drżały dłonie. Wiedzieli, że nie trafili tu przypadkiem. Jeden z partyzantów leżących na plecach ruszał ustami, jednak nikt nie słyszał wypowiadanych słów, dopiero wykonany pospiesznie znak krzyża wszystko wyjaśnił.

Piotr leżał na brzuchu z oczami przyklejonymi do lornetki. Jego twarz, doświadczona, poorana bliznami po wcześniejszych akcjach, była spokojna. Ścisnął karabin tak mocno, aż pobielały kostki.

– Czekaj, jeszcze chwila… – powiedział cicho do najbliższego towarzysza. – Informacja była pewna, nie panikuj.

W oddziale panowała dyscyplina. Nikt nie palił ani nie gadał. Słychać było tylko ledwie słyszalne oddechy i ciche kliknięcia bezpieczników.

– Ziemia drży – wyszeptał jeden z partyzantów.

– Czuję, zbliżają się – odpowiedział mu inny.

– Teraz! – Krzyk Piotra przeciął ciszę.

Las w jednym momencie eksplodował, kule przecinały tumany kurzu wydobywające się spod kół potężnych wojskowych ciężarówek. Kanonada strzałów uderzyła w kabiny Opli Blitz z obu stron naraz, gęsta i skoordynowana. Karabiny maszynowe Diegtiariowa ryczały basowo, Steny terkotały szybko, Mauzery świstały pojedynczo.

Zdecydowana większość niemieckich żołnierzy poległa natychmiast. Kilku uciekało w panice, ale nie zdołali odbiec daleko, bo ich także dopadły kule. Jedynie garstka zdecydowała się poddać.

Pierwszą z ciężarówek trawił ogień, który z każdą sekundą obejmował coraz to dalsze elementy pojazdu. Po chwili zaczęła palić się plandeka. Wtedy ktoś krzyknął z niemieckim akcentem:

– Nie strzelać!

Z paki zaczęli wyskakiwać żołnierze Wehrmachtu z rękami uniesionymi do góry. Kolejną ciężarówkę opuszczały kobiety i dzieci. Powietrze wypełnił ostry zapach prochu, spalonej gumy, benzyny i krwi.

– Brygada druga, rozładunek! Brygada trzecia, zabezpieczyć teren! – krzyknął Piotr.

Reszta oddziału ruszyła biegiem sprawdzać teren, z bronią gotową do strzału. Dowódca wskoczył na pakę ostatniej ciężarówki i odrzucił na bok brezentową plandekę.

– Wychodźcie! Jesteście wolni! Jesteśmy z Armii Krajowej! – krzyczał, machając ręką.

W skrzyni ładunkowej kuliła się grupa kobiet i dzieci, może dwadzieścia osób. Brudni, wychudzeni, w podartych ubraniach, z pustymi spojrzeniami. Dopiero po chwili Piotr zauważył ich blade twarze, zapadnięte oczy, drżące ciała. Nikt się nie ruszył. Mężczyzna usłyszał tylko ciche, stłumione szlochanie gdzieś z tyłu. Przykrył lekko nos, bo nieznośny smród moczu bez litości wdzierał się w jego nozdrza.

– Jesteście wolni – powtórzył.

Nie wierzyli. Za dużo razy słyszeli już kłamstwa. Za dużo razy „ratunek” oznaczał kulę w tył głowy albo komorę gazową. Transport do obozu nie mógł się ot tak dobrze skończyć. Nie w tym świecie.

Najstarsza kobieta, z siwymi włosami zakrytymi chustą, z twarzą pooraną głębokimi zmarszczkami, powoli uniosła głowę.

– Naprawdę jesteśmy wolne? – zapytała łamiącym się głosem po polsku, z lekkim wschodnim akcentem.

Piotr zatrzymał się, zdjął hełm, otarł pot z czoła. Jego głos stał się spokojniejszy, ludzki.

– Dzień dobry. Nazywam się Piotr Kałuża. Jestem dowódcą tego oddziału Armii Krajowej. Jesteście wolne. Proszę, wychodźcie powoli. Musimy was jeszcze tylko spisać i będziecie mogły ruszyć dalej. Będziecie musiały radzić sobie same. My wracamy w las. Każdy z was dostanie kromkę chleba i trochę wody, podzielimy się tym, co mamy – mówił bez triumfu, pośpiechu i nerwowości, którą mieli w sobie niemieccy żołnierze.

Kobieta stojąca najbliżej – młoda, może trzydziestoletnia, z zapadniętymi policzkami – poruszyła się pierwsza. Ostrożnie wychyliła się z paki. Zeskoczyła na ziemię. Nogi natychmiast ugięły się pod nią jak galareta. Upadła na kolana, ale wstała. Po chwili dołączyła do niej następna, potem kolejna. W końcu wszystkie stały na zewnątrz – na ściółce leśnej, między ciałami Niemców i dymiącymi wrakami. Jedna z osób natychmiast odwróciła wzrok. Inna zakryła oczy swojej córce.

– Nie patrz – dodała.

– Wolność ma gorzki smak – skwitował Piotr, po czym pogłaskał po głowie dziewczynkę wtuloną w matkę.

Kobiety rozglądały się wokół: las, ciała Niemców, krew wymieszana z piaskiem i tworząca krwiste błoto, partyzanci zbierający broń, amunicję, mundury i papiery. Dzieci płakały cicho, tuląc się do matek. Ktoś wziął kawałek chleba z rąk partyzanta i jadł łapczywie, ktoś inny tylko patrzył w dal. Niektórzy chowali jedzenie na trudniejsze chwile.

Pięcioletnia dziewczynka, brudna i zasmarkana, z kolanami podciągniętymi pod brodę została w ciężarówce. Siedziała w kącie wpatrzona w drewnianą burtę. Splątane, ciemne loki opadały na jej twarz. Oczy miała wielkie i puste. Nie płakała. Trzymała w rączce mały kawałek tkaniny, resztkę ubrania mamy. Gdyby nie spostrzegawczość jednej z kobiet – Hani, młodej, szczupłej, z oczami pełnymi energii i determinacji – dziewczynka zostałaby tam pewnie na zawsze.

– Chodź do mnie – powiedziała cicho, pochylając się nad burtą. Jej głos był miękki, ciepły, jakby mówiła do młodszej siostry. – Już jesteśmy bezpieczne. To nasi chłopcy. Polacy. Nie zrobią krzywdy.

Aniela drgnęła, jakby dopiero teraz ją usłyszała. Krzyki ucichły, nikt nie popychał, nie bił, nie krzyczał po niemiecku. Powoli uniosła głowę, skupiając wzrok na drewnianej podłodze ciężarówki. Zrobiła kilka kroków, zatrzymała się, nabrała głęboko powietrza i wyprostowała się, by spojrzeć prosto w oczy kobiety.

– Wrócę do mamy?

Twarz dziewczynki stężała. Oczy wypełniły się łzami, a policzki poczerwieniały.

– Co się stało, kochanie? – zapytała Hania, wyciągając rękę. – Nie bój się. Chodź.

Dziecko wciągnęło powietrze. Głos miało zaskakująco niski jak na swój wiek.

– Ja… moja mama… ona… ona została… tam.

I wtedy się rozpłakało. Jedna mała łza zmieniła się w prawdziwy potok. Dziewczynka łkała głośno, histerycznie, tracąc przy tym dech. Podbiegła do burty, zeskoczyła z paki i wtuliła się w Hanię. Ta objęła ją ostrożnie i zaczęła głaskać po splątanych włosach. Czuła, jak małe ciało drży od szlochu.

– Jak masz na imię?

– Aniela – odpowiedziała cicho, podnosząc zapłakaną twarz. Łzy zostawiały czyste smugi na brudnych policzkach.

– To bardzo piękne imię. Pasuje do ciebie, jak do aniołka. Ja mam na imię Hania. Jak chcesz, możesz iść z nami. Jestem tu z moją mamą. Będziemy się tobą opiekować.

Pięciolatka bardzo długo się w nią wpatrywała. W końcu kiwnęła głową.

– Tak – odrzekła w końcu. – Chcę z wami. Nie chcę być sama.

– Haniu, idziemy? – odezwała się starsza kobieta. Głos miała zmęczony, ale wybijała się w nim nuta ciepła.

– Tak, mamo. Ale już nie same. Weźmiemy małą.

Wanda spojrzała na dziecko. Zrozumiała w jednej chwili. Przytaknęła, choć w jej oczach błysnęło niezadowolenie – cień praktyczności w świecie, gdzie każda dodatkowa gęba do wykarmienia jest ciężarem. Małe, obce dziecko oznaczało więcej głodu, wolniejsze tempo i płacz w nocy. Ale nic nie powiedziała. Wojna nauczyła ją milczeć. Zamiast tego podała Anieli kawałek chleba z porcji partyzantów.

– Jedz, dziecko. Siły będą nam potrzebne – dokończyła pod nosem.

W lesie ponownie zapadła cisza. Partyzanci zniknęli z łupem: bronią, mundurami, papierami, nawet butami ściągniętymi z ciał zabitych. Po transporcie zostało tylko kilka dymiących wraków i martwi Niemcy.

Wanda, Hania i Aniela ruszyły zgodnie z sugestią partyzantów, na południe. Przez pierwsze dni szły w ciszy, przerywanej tylko chrzęstem ziemi pod stopami i odległym hukiem artylerii. Front się zbliżał. Nocowały w zagłębieniach ziemi, pod gałęziami świerków. Jadły, co znalazły: jagody, korzenie wykopane patykiem, czasem grzyby, które Wanda rozpoznała jako jadalne. Aniela przez cały ten czas trzymała się blisko Hani – mała rączka w starszej dłoni, krok w krok.

Trzeciego dnia, gdy odpoczywały nad strumieniem, po wypiciu zimnej wody i przemyciu twarzy Aniela pierwszy raz przerwała milczenie:

– Ciocia, a gdzie jest teraz moja mama?

Hania zamarła. Spojrzała na Wandę, która siedziała z boku, czyszcząc buty liśćmi.

– Twoja mama… jest w niebie, kochanie. Patrzy na ciebie z góry. I jest dumna, że jesteś taka dzielna.

Aniela pokiwała głową powoli, ale jej oczy znowu się zaszkliły.

– A tata?