Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
17 osób interesuje się tą książką
Mustang z 1966 roku zostaje znaleziony przed willą prezydenta Szczecina. Bez śladu przepada jego właściciel, dziennikarz śledczy Andrzej Stachura. Znika też prezydent. Jedno auto uruchamia lawinę wydarzeń, w której mieszają się skradzione przez nazistów skarby, trójmiejska mafia reprywatyzacyjna i tajemnice, których nikt nie chce ruszać. Jest rok 2004. Marcin i jego przyjaciele szukają zaginionego ojca.
Z każdym nowym tropem staje się jasne, że stawka jest większa, niż przypuszczali. Oni już wiedzą, że ktoś pilnuje, by prawda nigdy nie wyszła na jaw. Filmowe tempo porównywalne do kinowych produkcji z lat 90 i historia, która nie pozwala zwolnić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 269
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Zbigniew Jarzembek
SEKRET CZERWONEGO MUSTANGA
Copyright © 2026 Zbigniew Jarzembek
Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej książki nie może być kopiowana, powielana, przechowywana w systemach wyszukiwania ani przekazywana w jakiejkolwiek formie – elektronicznej, mechanicznej, fotokopiowania, nagrywania lub innej – bez uprzedniej pisemnej zgody właściciela praw autorskich. Książka jest utworem fikcyjnym. Wszelkie podobieństwo dorzeczywistych osób, zdarzeń lub miejsc jest całkowicie przypadkowe.
Prolog
Berlin, jesień 1959 roku
Ołowiane, nisko wiszące chmury zapowiadały deszcz. O tej porze nie był on niczym nadzwyczajnym. Jesienna aura w przedziwny sposób nawet najpiękniejsze okolice, takie jak ta, pozbawiała wyrazu i życia – jakby sam Stwórca, trochę już znudzony rokiem, nie miał pomysłu, co dalej. W powietrzu unosił się intensywny zapach mokrej gleby, a z oddali dochodził jedynie monotonny szum drzew, które wiatr wyginał bez najmniejszego wysiłku.
Oskar miał nieodparte wrażenie, że cały las napina się w oczekiwaniu na coś ważnego. Biorąc pod uwagę ich sytuację, wcale nie dziwiło go to ciągłe uczucie niepokoju. Ostatnie lata nauczyły go być czujnym. Twarz poorana drobnymi zmarszczkami, mimo zbliżającej się dopiero czterdziestki, świadczyła, że zbyt często zaglądał śmierci w oczy. Uważne i nieco nieufne spojrzenie kontrastowało z ciemnymi, przyprószonymi siwizną włosami. Teraz – po tylu ryzykownych zagraniach – miał naprawdę wiele do stracenia. W grę wchodziły losy całej ich czwórki.
Minęło blisko dziesięć lat, odkąd ostatnio odwiedzili te tereny. Przed 1950 rokiem granica była dziurawa jak szwajcarski ser – wystarczyło parę sprytnych forteli, by dwa wojskowe Ople, wypełnione po dach zrabowanymi dziełami sztuki, przedostały się na drugą stronę. Obecnie sytuacja była zdecydowanie bardziej skomplikowana: wzmocnione posterunki, nieufność między Wschodem a Zachodem i czujne jak nigdy oczy polskiej straży granicznej.
Całe szczęście, że Oskar, wraz z Franzem Müllerem, pracował w Stasi. Jego kolega miał szansę stać się kimś naprawdę znaczącym w całej Niemieckiej Republice Demokratycznej. Może nawet samym ministrem bezpieczeństwa? Wtedy dla Oskara, jako jego bliskiego współpracownika, drzwi do kariery też stałyby otworem. Ale na razie musieli dopiąć ten etap ich operacji – przetransportować trzecią ciężarówkę z bunkra. Ostatnią, czwartą mieli się zająć przy innej okazji, bo – jak mawiała jego matka – lepiej pić małymi łykami, niż zachłysnąć się za jednym razem. Gdyby tylko wiedziała, jak prorocze to będą słowa… Albo gdyby miała świadomość tego, co robił podczas wojny. Oskar zadrżał. Z rozważań wyrwał go Franz:
– Halo? Jesteś tutaj?
– Jestem, jestem! – odparł tamten, po czym szybko wrócił do rozmyślań, tym razem o Franzu.
Ten stary wyga potrafił tak pięknie mówić, że nie zdziwiłby się, gdyby został kiedyś pierwszym sekretarzem partii. Jemu wystarczyłoby stanowisko szefa Stasi. Brzmiało to jak bajka, ale z ich koneksjami wszystko było możliwe, a dzięki pieniądzom ze sprzedaży łupów wojennych mogli zagwarantować sobie przychylność nawet tych nieżyczliwych.
Wyruszali właśnie do Szczecina. Trzy godziny jazdy, może trochę więcej, zależnie od pogody i czasu kontroli na przejściu granicznym w Pomellen. Było otwarte tylko dla przejazdów państwowych, więc Oskar nie spodziewał się kolejek. Obawiał się powrotu z towarem.
Ich celem była jedna z obecnych dzielnic miasta – Żydowce, niegdysiejsza wieś Sydowsaue. Tam, w starym bunkrze skrytym u podnóża dużego wzniesienia, spoczywał cenny „dorobek wojenny”, ich wygodna emerytura.
Wsiedli do niebieskiego Wartburga 311, pięknej maszyny. Za kierownicą usiadł jej właściciel – Franz Müller, szef całej operacji, człowiek o chłodnym spojrzeniu i twarzy, której nie sposób było zapomnieć. Krótko ostrzyżone, siwe włosy dodawały mu powagi, a w każdym ruchu było coś z wojskowego – precyzja, opanowanie, brak zbędnych słów. Miał około pięćdziesiątki i jedną specyficzną cechę: widział trzy ruchy naprzód, zanim inni pomyśleli o pierwszym.
Obok niego zajął miejsce Jan Goerke – człowiek, który przed wojną gardził sztuką, a po wojnie został ich prywatnym marszandem. Dzięki urokowi osobistemu, znajomości kilku języków obcych, w tym angielskiego i francuskiego, oraz smykałce do handlu bezproblemowo zbywał skradzione podczas wojny dzieła sztuki. W jego świecie nie liczyło się piękno obrazu, tylko jego wartość.
Za nimi słychać było odgłos zamykanego bagażnika oraz szczęk obijających się o siebie szpadli i innych narzędzi. To przyjaciel Oskara kończył pakować potrzebny sprzęt. Kasimir Kleine, a właściwie Kazik Duszyński był urodzonym aktorem. Miał polskie korzenie, ale z czasem stał się bardziej niemiecki niż niejeden rodowity Niemiec. Potrafił kłamać z taką swobodą, z jaką inni oddychają, a jego urok osobisty rozbrajał nawet najbardziej podejrzliwych. Miał ciemną blond czuprynę, lekko kwadratową szczękę i chłopięcy uśmiech, który wyglądał, jakby był przyszyty na stałe. Prawie nikt nie wątpił w jego czysto niemiecką krew. A gdy ktoś się ośmielił, Kazik jednym spojrzeniem rozwiewał wszelkie wątpliwości.
Do swojego pochodzenia przyznał mu się zaledwie rok temu i wywołał tym szok. On, wytrawny szpieg, miał pod nosem człowieka, który przez tyle lat nie dał się odkryć. Może i lepiej – gdyby to wypłynęło na początku ich znajomości, pewnie by go zabił. Teraz Oskar był jego dłużnikiem, bez wahania powierzyłby mu życie.
Choć diametralnie się od siebie różnili, z czasem nauczyli się działać jak jeden organizm. Każdy był niezbędny: Franz – chłodny strateg, Oskar – uważny obserwator, Goerke – handlarz ludzkich sumień i Kazik – mistrz improwizacji. Razem działali tak precyzyjnie, że nawet przypadek zdawał się grać według ich zasad.
Do tej akcji szykowali się od kilkunastu dni. Wartburg w obłokach spalin ruszył dość ospale, co raczej nie było niczym dziwnym – przy czterech osobach i pełnym bagażniku był u granic swojej ładowności. Charakterystyczny i jednostajny dźwięk silnika, choć w dłuższej perspektywie bardzo irytujący, w tym momencie zdawał się nieistotny – kierowca i pasażerowie samochodu skupiali się na misji, analizując w myślach wszystkie możliwe scenariusze, także te złe.
Oskar koncentrował się na wariantach wydarzeń. Jak rozwinąć wcześniej przygotowaną historię żołnierzowi Grenztruppen, gdy coś zacznie budzić jego podejrzenia? Co zrobi, jeśli każe im otworzyć bagażnik i zechce przyjrzeć się szczegółowo jego zawartości? Franz również miał zaciętą minę, choć z jego twarzy zawsze trudno było wyczytać jakiekolwiek emocje. Może właśnie w tej stalowej, opanowanej postawie tkwił cały sekret jego kariery?
Niemiecki posterunek graniczny minęli błyskawicznie. Dokumenty ze Stasi budziły respekt u większości ludzi, nawet wojskowych. Zadowoleni powoli dotoczyli się do polskiej budki strażniczej.
Polski pogranicznik, tęgiej budowy, z twarzą zastygłą w znudzeniu – a może po prostu z tępym wyrazem twarzy – wyjrzał przez okienko i skinął ręką, by się zatrzymali. Franz opuścił szybę przy akompaniamencie uszczelki ocierającej się o szkło. Na ten dziwny dźwięk wszyscy pasażerowie się skrzywili, co wywołało u strażnika dyskretny uśmiech. Po chwili się zreflektował, znów spojrzał nijako i wypalił po polsku stanowczym tonem:
– Dokumenty!
Kasimir podał paszporty kierowcy, by przekazał je pogranicznikowi. Ten po kolei odczytywał nazwiska i sprawdzał zgodność fotografii z pasażerami Wartburga. Gdy skończył, zaczął pukać grzbietami książeczek o drewniany blat biurka, zastanawiając się, co powiedzieć. Język niemiecki znał tylko pobieżnie. Przypomniał sobie wyuczoną formułkę i w końcu zebrał się w sobie.
– A dokąd jedziecie? – rzucił szorstko, jakby chciał wykazać swoją wyższość.
– Do Szczecina. Mamy zabezpieczyć transport dzieł sztuki z tamtejszego muzeum do Berlina. Proszę spojrzeć na ten dokument – powiedział Franz z niemal nabożnym spokojem.
Strażnik zrozumiał co drugie słowo, skwitował wszystko prosto:
– Ja, ja, alles klar1.
Oddał im dokumenty, ale nie wydał jeszcze zgody na otwarcie szlabanu. Na sekundę zamarł w bezruchu. Kasimir uznał, że nie ma czasu do stracenia, i natychmiast zareagował:
– Muzeum zamykają za godzinę – powiedział po polsku, starając się mówić z niemieckim akcentem. – Musimy być tam wcześniej. Wtedy rusza cała procedura: kontrola eksponatów, załadunek… Wiele godzin pracy przed nami, więc jeżeli to już wszystko… – dorzucił do tego niewinny chłopięcy uśmiech.
– Uhm… W porządku – odparł strażnik, po czym dał sygnał ręką wartownikowi przy szlabanie, aby go uniósł i przepuścił Wartburga.
Franzowi udało się wbić bieg. Miał już ruszać, gdy pogranicznik krzyknął:
– Stop!
Wszyscy zamarli. Oskar i Jan spojrzeli na siebie porozumiewawczo, łapiąc dyskretnie za broń. Funkcjonariusz podszedł do drzwi i nachylił się.
– Mówi pan świetnie po polsku. Gdyby nie niemiecki akcent, powiedziałbym, że rozmawiam z rodakiem – stwierdził, po czym zaśmiał się rubasznie i klepnął dłonią w dach. – Szerokiej drogi, panowie.
Odjechali bez zbędnego gadania. Dopiero gdy przejście graniczne stało się małym punktem we wstecznym lusterku, niemal równocześnie odetchnęli z ulgą. Pierwszy odezwał się Oskar:
– Podczas żadnej akcji nie spociłem się tak jak dzisiaj.
– Czuć – skwitował Jan, uśmiechając się od ucha do ucha.
Jedynie Franz nie był zadowolony.
– Pieprzone Polaczki… – wymruczał coś pod nosem.
– Co masz na myśli? – zapytał Kasimir.
– Jak to co?! – wybuchł Müller. – Na rozmowę was wzięło? Teraz? Po cholerę się odzywałeś? – Dwaj roześmiani pasażerowie na tylnej kanapie zamilkli, czekając na rozwój zdarzeń. Franz kontynuował: – Scenariusz przecież był ustalony, rozpracowaliśmy wszystkie opcje. Kasimir, to, co zrobiłeś, wykraczało poza nasze uzgodnienia. Teraz ten gnojek nas zapamięta i na powrocie może chcieć więcej informacji, skoro wie, że mówisz po polsku.
Kasimir się zasępił.
– Masz rację – przyznał po chwili. – Ale sam widziałeś, że trzeba było działać nieszablonowo. Cholera wie, co mu tam w głowie siedziało. Gdyby w bagażniku zobaczył sprzęt ogrodniczy, uznałby, że to co najmniej dziwne, prawda?
Franz głośno westchnął, po czym wyciągnął ostatniego papierosa z paczki, przyłożył go do ust, a dźwięk silnika uzupełniło głośne otwarcie metalowej, amerykańskiej zapalniczki.
– Czy to Zippo? – zapytał Oskar, nie zważając na gęstą atmosferę panującą w aucie.
Kierowca zaciągnął się papierosem i przekazał mu zapalniczkę, by ten mógł ją obejrzeć. Bardziej skupiał się przy tym na prowadzeniu Wartburga. By zakończyć jakoś rozmowę, syknął:
– A ten papieros to Marlboro. Pierwsza klasa. Nie to, co nasze dziadostwo.
Uwaga pozwoliła grupce mężczyzn rozładować napięcie, choć nie mogli jeszcze odetchnąć z ulgą. Był to bowiem dopiero początek ich misji, zaledwie pierwszą połowę najtrudniejszego etapu mieli za sobą. Drugą stanowił powrót do Niemiec.
Jak na razie ich przejazd nie wzbudzał podejrzeń. Można by nawet pomyśleć, że był to specjalnie wkomponowany element zmyłki, by straż kojarzyła ich przy kolejnym przekraczaniu granicy. Wtedy mieli już jechać w towarzystwie wypełnionego po brzegi Opla Blitza. Jeśli cokolwiek wzbudziłoby alarm na granicy, cała misterna intryga poszłaby na marne.
Wkrótce przejeżdżali przez zniszczone przedmieścia Szczecina, wciąż noszące ślady działań wojennych. Gdzieniegdzie Oskar widział popękane mury, ostrzelane elewacje i zawalone dachy. Potem skręcili w kierunku dawnych wsi Sydowsaue i Klütz.
Kasimir przez chwilę się zastanawiał, czy się odezwać.
– Wyobraźcie sobie, że Sydowsaue i Klütz to teraz osiedle Szczecina zwane Żydowce-Klucz – powiedział wreszcie do kolegów.
– Serio? – zapytał Jan. – Czyli to prawda, że Żydzi są wszędzie? – zaśmiał się chrapliwie, po czym umilkł, wracając myślami do strasznych obrazów z czasów wojny.
Jechali jeszcze chwilę w ciszy, gdy Franz zdecydował się rozluźnić tę krępującą atmosferę. Zaczął opowiadać Kasimirowi historię tych okolic, wiedząc, że ten – polityk i wschodząca gwiazda NRD – uwielbiał później wykorzystywać takie informacje i chwalić się swoją wiedzą.
– Przed wojną to była spokojna, sielska kraina: łąki, gospodarstwa… Ale gdy Rosjanie i Polacy zbliżali się do Szczecina, znaczna część budynków spłonęła. Teraz nie ma nawet połowy tego, co przed wojną – zauważył Franz. – Bunkier, w którym trzymamy nasze skarby, stworzono właśnie wtedy. Na szczęście w odpowiednim momencie udało mi się zniszczyć wszystkie dokumenty dotyczące jego powstania. Plusem jest też to, że w jego budowie uczestniczyli sami Niemcy, a ich potem przesiedlono. Lokalnie nikt nie mógł się więc wygadać.
Oskar słuchał jednym uchem. Jako agent Stasi nauczył się, że najważniejsze jest obserwowanie otoczenia. Każdy zakręt, każde rozwidlenie drogi, każdy podejrzany cień mógł przesądzić o sukcesie lub porażce.
W końcu dotarli do wąskiej, leśnej ścieżki. Ziemia była rozjeżdżona, pełna głębokich kolein. Gałęzie zwisały nisko, smagając dach, a nawet drzwi i maskę błękitnego Wartburga.
– Cholera jasna! Jak ja to wytłumaczę żonie? – warknął Franz.
– Powiesz, że byliśmy na grzybach – rzucił wesoło Jan, pokazując rząd pięknych i równych zębów.
Dotarli na niewielką polanę, ukrytą między drzewami. Oskar wysiadł z samochodu, wziął głęboki oddech i zaczął obchodzić teren dookoła, sprawdzając, czy nikt się nie kręci. Było ciemno, ponadto zaczynała unosić się mgła – cichy wspólnik, maskujący ich obecność. Mimo to Oskar nie miał stuprocentowej pewności, że są sami, ale instynkt podpowiadał mu, że tak właśnie jest.
– Musimy znaleźć stary właz – stwierdził Goerke.
– Według notatek jest zaraz za tamtymi brzozami – dodał Kasimir i ruszył w ich stronę.
Już po kilku chwilach zabierał się do kopania. Ziemia była twarda i przesiąknięta wilgocią. Franz stał nieco z tyłu, wpatrzony w ciemny pas drzew. Oskar, poczuwszy chłód wpełzający pod ubranie, poprawił kołnierz płaszcza.
– Jednak dziesięć lat to szmat czasu… Zupełnie nie wiem, gdzie jesteśmy – mruknął Franz.
Pozostali uruchomili w tym czasie wojskowe lampy, rozłożyli saperki i wzięli się do roboty. Dźwięk metalu uderzającego o mokrą ziemię rozbrzmiewał głucho wśród drzew. Każda kolejna minuta zawieszona była pomiędzy nadzieją a strachem. Oskar miał w głowie obraz zastających ich tu polskich milicjantów albo radzieckich patroli – przecież zupełnie niedaleko, tylko jakieś cztery kilometry stąd, były koszary.
Wreszcie łopata Kasimira z metalicznym brzękiem uderzyła w coś twardszego. Odsunęli mokrą glebę i ich oczom ukazał się mocno skorodowany, ale nadal solidny dwuczęściowy właz.
– No i mamy to – powiedział ciut za głośno Oskar.
Momentalnie skarcił go za to Franz, klepiąc saperką w plecy.
– Dobra, dawajcie łomy. Tym razem nie pójdzie tak łatwo jak ostatnio – wyszeptał.
Po kilku minutach szarpania, robienia dźwigni i innych czynności właz drgnął. Efektem ubocznym był przeraźliwy smród. Kasimir, chcąc rozładować atmosferę, rzucił:
– Dobrze, że wiemy, co tam jest. W przeciwnym razie ten zapach przekonałby mnie do rezygnacji.
– Dajmy bunkrowi parę minut na wymianę powietrza – zdecydował Franz. – Niech nawieje do środka trochę tlenu.
Kilkanaście minut później Oskar chwycił jedną z lamp i pierwszy ruszył do wnętrza. Zaraz za nim szła cała reszta – po betonowej pochylni prosto w dół. Przyglądali się długiemu, szerokiemu na cztery metry korytarzowi.
Po kilkudziesięciu krokach dotarli do zdecydowanie szerszej części bunkra. Oświetlone tylko sztucznym światłem wnętrze ukazało betonowe ściany z odciśnięciami po deskach szalunkowych. W wielu miejscach wykwitła pleśń.
Dwie ciężarówki ustawione były jedna za drugą. Gdyby nie spora warstwa kurzu, szczurzych odchodów oraz opony pozbawione powietrza, wyglądałyby tak, jakby zaparkowano je wczoraj. Obecna gdzieniegdzie rdza dobrze maskowała militarne barwy karoserii.
– Dobrze, że nie mają wojskowych oznaczeń, bo mielibyśmy dodatkową robotę – stwierdził Goerke.
– I tak mamy co robić. Trzeba napompować koła, wymienić akumulator i sprawdzić osprzęt, zanim ruszymy – zarządził Franz i równocześnie z Oskarem odwrócił się gwałtownie.
Ten nawet się nie zająknął, chwycił za pistolet i pobiegł w kierunku wyjścia z bunkra.
– Co jest? – zareagował Kasimir.
– Miałem wrażenie, że ktoś tam jest. – W głosie Franza słychać było zdenerwowanie.
– Cholera! – krzyknął Goerke i ruszył za Oskarem. Gdy dobiegł do niego, ten wsłuchiwał się w otoczenie. – Ktoś nas namierzył? – zapytał szeptem.
– Jeszcze nie…
W tym momencie przebiegły przed nimi dwa dziki.
– Chyba zejdę na zawał – skomentował Jan.
– Nie tylko ty…
Obaj, już spokojniejsi, udali się z powrotem do wnętrza.
– Sytuacja opanowana, to były dziki – wyjaśnił Oskar pozostałej dwójce.
Franz klepnął się w czoło, odwrócił w stronę Opla i kontynuował pracę.
– To się robi niebezpieczne… Może jednak zabierzemy obie na raz? – odezwał się Kasimir.
– Wykluczone – zareagował natychmiast Müller. – Za duże ryzyko na granicy. W razie wpadki stracilibyśmy wszystko. A tak ostatnia ciężarówka zostanie na czarną godzinę. Tym bardziej że ma dość łatwo zbywalny ładunek: złoto, kamienie szlachetne, obrazy, ikony…
– I jeszcze jakieś papiery wartościowe, ale z tym będzie chyba problem. Niby na okaziciela, jednak mam obiekcje – odparł Goerke.
– Trzymamy się planu – potwierdził Oskar.
Zaprzestali dalszych dyskusji. Każdy wykonywał swoje z góry ustalone zadania – wszystko po to, aby jak najszybciej wyruszyć w drogę powrotną.
Po dłuższym czasie ciszę przerwał Goerke:
– Mamy szczęście, na zewnątrz zaczyna szaleć burza. To nam pomoże…
Nagle potężny huk zagłuszył wszystko. To nie był jednak piorun z nieba, a błyskawica z Opla. Silnik, mimo pewnych oporów, zaskoczył i o dziwo po kilkunastu sekundach zaczął pracować dość miarowo.
– Panowie! – krzyknął Franz. – Zwijamy się! Od teraz wszystko zgodnie z planem!
Patrzył wymownie na Kasimira. Ten, lekko zmieszany, cicho odpowiedział:
– Tak jest.
Potem udał się na zewnątrz wraz z Goerkem i Franzem. Oskar zaś wyjechał Oplem na powierzchnię. Nie zgasiwszy silnika, wyskoczył z kabiny i wspólnie z kolegami rozpoczął zakopywanie włazu do bunkra, grzebiąc tym samym ostatnią ciężarówkę.
Po wszystkim umyli się, założyli czyste ubrania i ruszyli w stronę przejścia granicznego. Franz i Kasimir jechali Wartburgiem jako obstawa, ale też oficjalnie – jako ważniejsi członkowie ekipy transportującej muzealne eksponaty. Jan z Oskarem, przebrani za prostych robotników, zajęli miejsca w ciężarówce.
Zbliżali się do przejścia granicznego. Jedynym dowodem jakiegokolwiek życia tam były zapalone światła. Ze względu na okropną pogodę wszyscy wartownicy – zarówno po stronie polskiej, jak i niemieckiej – siedzieli schowani w posterunkach.
Kilkanaście sekund później, po dotarciu pod biało-czerwony szlaban, ten sam pogranicznik, który przepuszczał ich wcześniej, podszedł do nich w kapocie przeciwdeszczowej i powiedział już po polsku:
– Dobry wieczór. Widzę, że wszystko się udało?
Kasimir, nie wychodząc z roli, w jaką przypadkowo wszedł poprzednim razem, odpowiedział:
– Och, to znowu pan. Nie dają wam tu odpoczywać? – Zależało mu, by strażnik odczuł jedynie troskę o jego zdrowie.
– Bardzo pan uprzejmy. Dają, dają, ale z przyczyn kadrowych mamy dwudziestoczterogodzinną zmianę. Ruch nie jest duży, więc można odpocząć.
Funkcjonariusz spojrzał na stojącego za Wartburgiem Opla.
– Rozumiem, że ta ciężarówka to część waszego transportu?
– Tak. Berlińskie muzeum wystawiało kilkanaście dzieł w Szczecinie, między innymi portrety zasłużonych przywódców i działaczy, ale także plakaty niemieckiej młodzieży, stworzone specjalnie na nasze wspaniałe święto pracy. Najcenniejsze są przedstawienia robotników Bernharda Heisiga oraz Williego Sittego. Teraz je odebraliśmy. Tu jest potwierdzenie i lista przewożonych dzieł – wyjaśnił pasażer osobówki, po czym dorzucił wzmiankę o oszustwach, by brzmieć wiarygodnie: – Wszystko zostało zaplombowane, więc niestety nie możemy tego otwierać, by niczego nie uszkodzić ani nie dopuścić do podmiany oryginałów na fałszywki.
– Nie będę was, panowie, dłużej przetrzymywał. Papierów dwa razy nie muszę sprawdzać. Mam tylko jedno pytanie.
– Jakie? – zapytał lekko zdumiony Kasimir.
– Gdzie się pan nauczył tak dobrze mówić po polsku?
– Ach, mój ojciec był Polakiem – odrzekł bez chwili zawahania. Zaśmiał się, tym razem zupełnie szczerze, bo już był przekonany, że to coś poważniejszego.
Strażnik wyprostował się, zrobił nietęgą minę i powiedział:
– Dobra, możecie jechać – zarządził, po czym krzyknął do strażnika w budce przy szlabanie: – Puść ich. Tę ciężarówkę też.
Odsunął się kilka kroków i patrzył, jak Wartburg, a za nim ogromna ciężarówka przekraczają granicę i zatrzymują się przy niemieckim posterunku. Tam kontrola była jeszcze krótsza. Chwilę później ten niecodzienny duet oddalał się od przejścia granicznego. Polski strażnik, przygryzając dolną wargę, stał w strugach deszczu, zastanawiając się, czy aby na pewno dobrze zrobił, przepuszczając ich bez szczegółowej kontroli.
Na koniec rzucił sam do siebie, ale z nadzieją, że w jakiś dziwny sposób dotrze to do tego „Polaka” w Wartburgu:
– Zdrajca…
Rozdział 1
Szczecin, 2004 rok
Piękne, letnie przedpołudnie na jednym ze szczecińskich osiedli – Podjuchach – zakłóciło gwałtowne pukanie mosiężną kołatką w stare, drewniane drzwi domu.
– Boże, kto wpadł na pomysł, żeby dobijać się tak wcześnie rano… – wymamrotał Mariusz, podnosząc głowę z poduszki. Spojrzał na zegarek i zorientował się, że jest już południe. – Och, już późno – stwierdził, po czym dodał spokojniejszym tonem: – Kochanie, wstawaj, chyba zaspaliśmy.
Kamila przeciągnęła się i mruknęła:
– Jak to? Na co?
– Nie mam pojęcia – zażartował Mariusz, mocno ziewając i przeciągając się jednocześnie. – Ktoś właśnie dobija się do drzwi. Pewnie do ciebie.
Obrócił się na drugi bok, ani myśląc schodzić na dół, by otworzyć. Kamila zerwała się z łóżka i ruszyła do drzwi, chcąc sprawdzić, kto postanowił ich tak okrutnie obudzić w niedzielny poranek.
– No, prawie poranek… – mruknęła jeszcze pod nosem.
Zimne kafle na schodach pomogły jej się przebudzić, drzwi otwierała już w pełni świadoma. Ku jej zdziwieniu za nimi stał Marcin – dobrze zbudowany chłopak o krótkich, ciemnych włosach i tym charakterystycznym, pogodnym spojrzeniu, które dziś po raz pierwszy nie pasowało do jego twarzy.
– O, cześć. Co się stało? Gdzieś się pali?
– Cześć, Kama. Jest Mariusz? Mam problem i pilnie potrzebuję jego pomocy.
– Mariusz! Ruszaj tyłek i chodź tutaj! – krzyknęła, stojąc u podstawy schodów prowadzących na piętro. Odwróciła się do Marcina i zaproponowała kawę: – Chodź, usiądź na chwilę, bo jesteś cały roztrzęsiony – rzuciła uspokajającym tonem. – Opowiadaj.
Stara, drewniana kuchnia z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku zdawała się łagodzić wszelkie stresy, dając tę charakterystyczną nutę spokoju, jakiej Marcin właśnie potrzebował. Po chwili, gdy emocje nieco opadły, zaczął mówić:
– Wczoraj mój ojciec nie wrócił na noc do domu.
– I to powód do paniki? – zapytała zdziwiona Kamila.
– Trochę tak.
– To pierwszy raz? Dzwoniłeś po znajomych? Szpitalach?
– Wykonałem kilkanaście telefonów, ale wychodzi na to, że łatwiej będzie sprawdzić wszystko osobiście. Większość odpowiedzi była mniej więcej w stylu: „Pewnie popił i teraz śpi gdzieś u kolegi”. Szkoda gadać. Wszyscy wrzucają go do jednego worka z tą częścią społeczeństwa, do której nigdy bym go nie przyrównał.
W tym momencie do kuchni wszedł Mariusz ubrany jedynie w krótkie spodenki. Był wysoki i szczupły, z lekko garbatym nosem, który dodawał mu charakteru. Mimo dwudziestu czterech lat wciąż przypominał nastolatka – może przez ten wiecznie rozczochrany wygląd i luz. Ziewnął i spojrzał na przyjaciela:
– Cześć, Marcin. Co cię tak rano do nas sprowadza?
– Jakie rano? – jęknął z irytacją Marcin. – Jest już południe! Chcę, żebyś pomógł mi poszukać ojca. Nie wrócił do domu na noc. Matka jest na weekendowym wypadzie z koleżankami z pracy i nie ma z nią kontaktu.
– Tak popiła? – Mariusz wytrzeszczył oczy.
– Obudź się! Jakie „popiła”? Popłynęły na Bornholm, a ona jest uparta jak osioł i jako jedyna w domu nie ma telefonu komórkowego. Nie dowcipkuj, tylko zakładaj spodnie. Jedziemy go szukać.
– Okej, okej. – Przyjaciel uniósł teatralnie ręce w poddańczym geście.
Marcin odetchnął i kontynuował:
– Nie mam zielonego pojęcia, gdzie może być. Pojeździmy po mieście, może namierzymy go po aucie. Przecież jego charakterystyczny samochód w końcu musi nam się rzucić w oczy.
– No fakt – przyznał Mariusz. – Czerwony Mustang w Szczecinie. Najładniejszy model ze wszystkich wyprodukowanych Fordów. Z którego on jest roku?
– Z 1966. Generalnie na mieście widziałem tylko jednego Mustanga, i to w butelkowym kolorze. Ten taty to prawdziwy unikat. Ale nie czas na pogaduchy. Ubieraj się i lecimy.
Marcin odwrócił się do Kamili, chcąc podziękować za kawę, ale tej nie było już w kuchni. Sekundę później wyskoczyła z łazienki i krzyknęła:
– No dobra, ja już jestem gotowa! Możemy jechać.
W tym momencie obaj chłopcy, jak na komendę, spojrzeli w jej stronę.
– Też jedziesz?
– No a jak to sobie wyobrażacie? Że będę tu siedzieć sama? Trzy pary oczu to zawsze lepiej niż dwie. Przynajmniej jeśli chodzi o poszukiwania.
Mariusz potrzebował jeszcze chwili, by wskoczyć w pierwsze lepsze jeansy i koszulkę polo, po czym ruszyli do centrum. Przejazd tam ze skrajnego osiedla zajął trochę ponad dziesięć minut. Przez cały ten czas dywagowali na temat miejsca, od którego powinni rozpocząć poszukiwania ojca Marcina – Andrzeja Stachury.
– To gdzie wpierw jedziemy? – zapytał Mariusz.
– Od jakiegoś czasu ojciec pracuje nad nowym artykułem. Wczoraj po południu miał się spotkać z kimś ważnym z magistratu, kto dużo wie, ale nie wiem dokładnie z kim.
– No tak, twój ojciec zawsze był tajemniczy.
– Gdy pisze, to nawet mama zna tylko niezbędne szczegóły. Żeby jej nie narażać. Ja tak naprawdę wszystkiego dowiaduję się dopiero z artykułów wydrukowanych w gazecie. Staruszek w domu nie lubi rozmawiać o sprawach zawodowych.
Zapadła cisza. Każdy z osobna zastanawiał się, co mogło się stać. Przemierzali dziurawe ulice Szczecina, aż wreszcie Mariusz z opóźnieniem skomentował słowa przyjaciela:
– Trzeba przyznać, że jak twój stary bierze się za jakiś temat, to zwykle robi się o nim głośno w całym kraju.
– W redakcji ma ksywkę Wolf – rzucił Marcin.
– Wolf? Z niemieckiego? – zdziwiła się Kamila. – To znaczy „wilk”, prawda? Skąd się wzięła? Jest fanem serialu z Hansem Klossem?
– Nie. Po pierwsze dlatego, że gdy ojciec złapie trop, to idzie za nim aż do końca. A po drugie, bo ma swoją ulubioną…
– …grę Wolfenstein – dokończył za niego Mariusz.
– Aha – skwitowała krótko Kamila, patrząc prosto w oczy chłopaka odbite w lusterku wstecznym ich starego BMW.
– Ty nie znasz historii jego ostatniego wielkiego artykułu, to ci ją lekko streszczę – zaoferował Marcin.
– Lepiej ja zacznę – wtrącił pospiesznie Mariusz, rozglądając się za czerwonym Mustangiem. – Opowiedziałem panu Andrzejowi swoją przygodę na granicy w Rosówku. Wracałem z serwisu BMW w Schwedt. U nas nie da się kupić nowych części, można ewentualnie na giełdzie albo u prywaciarzy, ale ceny mają takie, że taniej było pojechać te parędziesiąt kilometrów i tam wszystko nabyć. Tak czy inaczej, na granicy po stronie niemieckiej nie miałem absolutnie żadnych problemów. Pokazałem części, rachunek i mnie puścili. Ale dziesięć metrów dalej, po polskiej stronie, zaczęły się schody. Że nie wolno, że cło, że papiery trzeba wypełnić… Kurczę, miałem zakupy za jakieś dwieście sześćdziesiąt euro, nie wiedziałem, że to taki problem.
– I co dalej? – zapytała zdumiona Kamila. – Cofnęli cię?
– Jeden z nich chciał, ale drugi kazał zjechać na bok i czekać. Nie powiem, miałem stracha. Pamiętam jak dziś moment, gdy widziałem we wstecznym lusterku zbliżającego się celnika.
– I co, i co?! – dopytywała zniecierpliwiona dziewczyna.
– Jak będziesz mi się tak wtrącać, to do jutra nie skończę – rzucił Mariusz. Chciał kontynuować swoją opowieść, ale wszedł mu w słowo znudzony Marcin:
– Dobra, w skrócie: kazali mu zapłacić dwadzieścia euro „opłaty tranzytowej”, jak to nazwał celnik. Na miejscu i gotówką, bez pokwitowania.
Mariusz zrobił urażoną minę na fakt, że przerwano mu pięknie budowaną, pełną napięcia historię.
– Serio? – Kamila spojrzała na nich z niedowierzaniem; nigdy nie miała styczności z podobną sytuacją. – To była łapówka?
– Nie, w życiu – pospieszył z wyjaśnieniem Mariusz.
– To jak powinno się przewozić towar przez granicę? Płaci się myto na miejscu?
– Trzeba wypełnić szereg dokumentów w urzędzie celnym, CMR i inne papiery, potem uiścić opłatę w kasie, dostać potwierdzenie i dopiero wtedy przewozi się towar. Na tym przejściu granicznym nie było takich możliwości. Powinienem był jechać do Kołbaskowa albo Lubieszyna. Tamci celnicy wykorzystali moją niewiedzę. Wyglądało to na stały proceder, dlatego ojciec Marcina się tym zainteresował.
– Zgadza się. Ojciec kilkakrotnie zrobił ten sam transport i tylko raz trafił na uczciwego celnika. Wszyscy pozostali brali kasę w zależności od wartości towaru, ale nigdy mniej niż dwadzieścia euro.
– Czyli taka prowokacja? I twój tata napisał później o tym artykuł do gazety?
– Nie tylko. Afera była na tyle głośna, że zaprosili go do telewizji. Tam powstał… nawet nie wiem, jak to nazwać…
– Dokument – wtrącił Mariusz. – Nagrali dokument inscenizowany, żeby ludzie zobaczyli, jakie rzeczy się tam dzieją. Ale chodziło o coś jeszcze. Polska od 1998 roku prowadziła rozmowy z Unią Europejską o przyjęcie nas do wspólnoty. To był świetny materiał propagandowy, mający pokazać, że walczymy z korupcją. Nie tylko aparat państwowy, lecz także samo społeczeństwo.
– I to chyba się udało – skwitował Marcin – bo od kilku miesięcy jesteśmy dumnymi członkami Unii Europejskiej.
– Dumnymi, ale drugiej kategorii. Dalej mamy kontrole na granicy, podczas gdy z Niemiec do Francji przejedziesz tak, że nawet tego nie zauważysz.
– No niby tak.
– A wracając do artykułu – odezwała się Kamila – ci celnicy ponieśli jakieś większe konsekwencje?
– Z tego, co pamiętam, sporo osób poszło siedzieć, a kilku przerzucili na inne przejścia graniczne, gdzieś na wschodzie. Taka forma kary za to, że wiedzieli, ale nic nie zgłaszali.
Dziewczyna na moment odpłynęła myślami, po czym zauważyła:
– To twój ojciec ma pewnie sporo wrogów.
– Cholera, nie myślałem o tym w ten sposób… Może rzeczywiście powinniśmy to zgłosić na policję? – zaniepokoił się Marcin.
– Chyba tak, ale dzisiaj jest niedziela, na posterunku pewnie jakieś niedobitki. Skoro mamy mały ruch w mieście, poszukajmy jeszcze trochę – zaproponował Mariusz.
Przez chwilę wszyscy milczeli, przetrawiając swoje myśli. Pierwsza odezwała się Kamila:
– Mam pomysł. Podjedźmy na jakiś postój taksówek.
– Jesteś genialna! – ożywił się jej chłopak, domyślając się reszty.
Akurat pokonywali trzypasmowe rondo – Plac Grunwaldzki, na środku którego mieściły się przystanki tramwajowe otoczone parkiem. Oprócz spacerowiczów dostrzec tam można było stałych bywalców, korzystających niemal całe letnie dnie z betonowych, wypolerowanych stolików z wygrawerowanymi planszami do gry w szachy. Kilkaset metrów dalej znajdowało się kolejne rondo, gdzie – nie wiedzieć czemu – często dochodziło do kolizji tramwajów z samochodami. Mariusz jednak nie miał problemów z jazdą po rondach, w przeciwieństwie do niektórych kierowców pokonujących trzypasmowe skrzyżowanie wyłącznie jednym pasem.
Zatrzymali się przy postoju taksówek na Monte Cassino. Mieli szczęście, czekały tam cztery pojazdy, a każdy należał do innej korporacji. To mogło znacząco pomóc.
Podeszli wpierw do starszego mężczyzny w wysłużonym Mercedesie W124 w kolorze budyniu, niegdyś zapewne taksówki za zachodnią granicą. I kierowca, i auto dawno zasłużyli na emeryturę.
– Dzień dobry – zagaił Mariusz. – Mamy taką prośbę… Tata mojego kolegi nie wrócił do domu na noc i…
– A co ja mam do tego? – burknął taksówkarz.
– Już tłumaczę. Ojciec mojego kolegi jeździ czerwonym Mustangiem, takim starym modelem. Może rzucił się panu w oczy na mieście?
– Mustang? Co to takiego?
Kamila i Marcin złapali się za głowy, nie wierząc, że ktoś mógł nie słyszeć o takim klasyku jak Ford Mustang. Mariusz nie dał za wygraną:
– To taki amerykański samochód. Skoro pan nie kojarzy, może zapytałby pan przez radio? Może ktoś z kolegów go widział?
Starszy pan z wyraźną niechęcią puścił pytanie w eter. Kilku kierowców wspomniało, że widziało kiedyś Mustanga, ale wszystkie informacje dotyczyły innych dni. Żadnych tropów na temat wczorajszego wieczoru.
Mariusz podziękował i podszedł do drugiej taksówki – Skody Octavii, prowadzonej przez młodego mężczyznę, mniej więcej w jego wieku.
– Cześć. Słuchaj, zaginął ojciec mojego kumpla, szukamy go od kilku godzin. Pomyśleliśmy, że wy, taksówkarze, możecie coś wiedzieć, bo on jeździ bardzo nietypowym autem.
– Co to za gablota?
– Czerwony Ford Mustang z 1966 roku.
– Fiu, fiu… – gwizdnął młody kierowca. – Widziałem parę razy tę bestię na mieście. Pięknie mruczy. To mój dream car.
– Jasne, ale interesuje nas konkretnie wczorajszy dzień – doprecyzował Mariusz.
– Okej, rzucę to przez radio.
W tym momencie silnik trzeciej taksówki odpalił i jeden z samochodów odjechał.
– Niech to szlag, krąg taksówkarzy się zawęża – mruknął Mariusz.
Wtedy w CB-radiu odezwał się zniekształcony głos:
– …Wyspiańskiego…
To było jedyne słowo, które usłyszeli wyraźnie, ale wystarczyło. Chłopak podziękował taksówkarzowi i pobiegł w stronę swojego auta. Kamila i Marcin już wskakiwali do środka.
Po kilku minutach dotarli w okolice Parku Kasprowicza i zaczęli powoli przeczesywać ulicę, którą wskazał kierowca. Gdy jechali wzdłuż parku, Marcin krzyknął:
– Jest! Tam, za tym Poldkiem!
Podjechali bliżej. Faktycznie, znajomy Ford stał zaparkowany przy ulicy Stanisława Wyspiańskiego. Okolica słynęła z pięknych, przedwojennych willi – dużych, świetnie zachowanych domów z zadbanymi ogrodami, odsuniętych od i tak spokojnej ulicy. Duże okna, czterospadowe dachy, ogrodzenia z betonu zwieńczone prostym deskowaniem – wszystko to idealnie komponowało się z misterną stolarką drzwi i okien.
Gdy wysiedli, Marcin podbiegł do drzwi Forda. Były zamknięte. Zajrzał przez szybę. W środku panował porządek, nic nie wskazywało na jakąkolwiek dramatyczną sytuację. Jedynie mały, biały kartonik leżał na lekko spękanym fotelu pasażera.
– Może podejdźmy do tych domów, popytamy mieszkańców. Może ktoś coś widział albo wie, do kogo ten samochód przyjechał – zaproponowała Kamila.
Pierwsze trzy adresy nie przyniosły żadnego efektu, nikt nie reagował na dzwonki ani na pukanie. Dopiero na czwartej posesji, pełnej różnorodnych odmian róż, w domu pośród idealnie zagospodarowanego ogrodu, mieli zdecydowanie więcej szczęścia. Usłyszeli piskliwe szczekanie psa, prawdopodobnie niedużego. Po chwili drzwi się otworzyły i w progu stanęła starsza kobieta, a między jej nogami wybiegł mały, rozwrzeszczany yorkshire terrier.
– Dzień dobry, bardzo przepraszamy, że nachodzimy panią w niedzielę… – zaczął Mariusz.
– Niczego nie kupuję. Żadnych odkurzaczy, kołder ani innych bzdur – odparła gospodyni z przekąsem.
Kamila zaśmiała się cicho, po czym zakryła usta i cofnęła się krok, pozwalając chłopakowi mówić dalej.
– Rozumiem, ale my w innej sprawie.
– A, świadków Jehowy też nie lubię. Żegnam – rzuciła, chcąc zamknąć drzwi.
– Nie, nie, droga pani, to zupełnie nie tak – zareagował Mariusz, ale wtedy Marcin wziął sprawy w swoje ręce.
– Ten czerwony samochód po drugiej stronie ulicy… Czy pani może wie, do kogo przyjechał?
– A wy to skąd? Z policji?
– Nie, nie. My prywatnie. Jeszcze nie zgłosiliśmy tego na komendzie.
– Ja nic nie wiem. No, może poza tym, że ten pan przyjechał do Piotrusia.
– Do Piotrusia? – powtórzył zaskoczony Marcin.
– Tak, do Piotra z żoną. Tam mieszkają. Ale ich dzisiaj nie ma, bo zawsze w niedzielę jeżdżą nad morze. Ona jest ze Świnoujścia, to wiadomo, do mamusi na obiadek ciągnie – dodała z przekąsem.
– Czy ma pani może do nich numer telefonu? – zapytała Kamila.
– Poczekajcie, zaraz wam go napiszę.
Starsza pani zniknęła na chwilę w głębi mieszkania. Mariusz, korzystając z okazji, zajrzał przez uchylone drzwi. Uwielbiał wnętrza starych domów. To wyglądało wyjątkowo: piękna czarno-biała mozaikowa podłoga, ścienna boazeria w stylu francuskim, dla kontrastu sufit zwieńczony małym kryształowym żyrandolem, łudząco podobnym do tego, który wisi w sypialni jego mamy.
Zapatrzony we wnętrze domu, chłopak zupełnie nie zauważył, że starsza pani już wraca. Trzymała coś w dłoni. Tuż przy jej nodze podążał jej mały, piskliwy towarzysz.
– Ależ macie szczęście. Mam akurat jego wizytówkę – powiedziała z dumą, wręczając ją Mariuszowi. Ten spojrzał na nią i wyraźnie się zmieszał. Podał ją Marcinowi.
– Oh fuck…
– Co się dzieje? – zapytała Kamila, widząc ich miny.
Mariusz podziękował starszej pani i odwrócił się do dziewczyny.
– Marcin, pokaż jej tę wizytówkę, bo przecież ona gotowa nam tu zaraz umrzeć z ciekawości.
Kamila spojrzała na lekko wygnieciony kartonik i aż uniosła brwi ze zdumienia. W prawym rogu widniał herb Szczecina, a centralnie umieszczone imię i nazwisko nie pozostawiało żadnych wątpliwości co do powagi sytuacji: „Piotr Narutowicz – Prezydent Miasta Szczecin”.
Rozdział 2
Szczecin, Wzgórze Bombardierów, ostatnie tygodnie wojny
– To będzie idealne miejsce, panie majorze – odezwał się jeden z oficerów, wskazując wzgórze porośnięte rzadkimi drzewami.
Major Wiktor Wiszniewski, dowódca 48. Pułku Artylerii Lekkiej, milczał przez chwilę, jakby nasłuchiwał, co mówi do niego wiatr. Pachniało mokrą ziemią i dymem, który od kilku dni nie schodził z nieba.
– Toż stawiamy tu swoju artyleriju – powiedział wreszcie. – Damy im tak, że aż im w pięty pójdzie.
Kilka godzin później Niemcy próbowali prześlizgnąć się przez Odrę. Pierwszy świst lecącego pocisku przeciął noc jak cięcie nożem kartę papieru. Potem nastąpił huk – krótki, ostry – i szeregi piechoty rozsypały się jak domki z kart. Echo niosło się między kamienicami, kolejne salwy rozcinały ciemność. Całe kwartały waliły się z jękiem jak pudełka po butach. Powietrze zgęstniało od kurzu i siarki.
– Gienek, co tam widzisz?! – doleciało zza tarczy działa.
– Dobrze idzie, panie kochany! Ale uważajta, katedry nie ruszyć! Rozkaz był, żeby stała, jak stoi. I te tarasy, Hakena czy jak tam, też mają zostać. W lewo, o włos ino!
– Mam! Strzał!
– O, panie… siadło, jak ulał! – Uśmiechnął się szeroko. – Teraz odczekaj chwilkę i wal znowu!
Kiedy grzmiały kolejne salwy, kapitan Eugeniusz Stachura pomyślał, że za góra miesiąc miasto będzie ich. I rzeczywiście, niedługo później było.
Lata mijały, a on wciąż wracał myślą na to wzgórze. Czasem miał wrażenie, że jeśli przyłoży ucho do wilgotnej trawy, usłyszy dudnienie armat i stłumione okrzyki, które ziemia zapamiętała lepiej niż ludzie.
Po wojnie osiadł w Szczecinie. Miasto dźwigało się z ruin powoli, jak chory po gorączce. Mury stały, lecz były jak skorupy – puste w środku. W dzień pracował w Wiskordzie, wielkiej fabryce włókien syntetycznych, która urosła na gruzach niemieckiego przemysłu jak nowa skóra. W hali panował wieczny półmrok, a para osiadała na twarzach jak pot. Gwizd syreny, stukot młotów, syk – to był rytm, w jakim biło serce miasta.
Ręce miał zawsze czarne od oleju i pyłu, których nie sposób było domyć, nawet z pomocą pumeksu. W powietrzu unosił się kwaśny zapach chemii i rozgrzanego metalu. Włosy pachniały tym samym, co powietrze – mieszaniną pracy, zmęczenia i przemijania.
Wieczorami wychodził z psem. To był jego sposób, by wywietrzyć z głowy fabryczny hałas – zamienić go na oddech lasu, szelest liści i ciszę, która nie bolała.
Dom, który dostali z żoną Hanią, nie był duży. Betonowa dachówka, miejscami popękana, drewniane okna małe jak oczy zmęczonego człowieka. W izbie pachniało wapnem, bigosem i dymem z kaflowego pieca. Z zegara po poprzednich właścicielach co godzinę wyskakiwała kukułka. Hania powiesiła makatki z rynku – Matka Boska, pawie, róże – żeby było „po ludzku”.
Bliźniaki, Andrzej i Zosia, spały w wąskich łóżkach pod pstrokatymi kocami. Z tyłu stała nędzna szopa z desek ustawionych pionowo jak żołnierze do apelu. To ona najbardziej przypominała Gienkowi dom, zapach siana bowiem wszędzie jest taki sam…
Jesienny wieczór przyszedł ciężki, ugięty od wilgoci. Chmury wisiały nisko, czuć było, że zaraz lunie.
– Leziesz sam? – zapytała Hania, ocierając ręce o fartuch.
