Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Historia, która nie kończy się razem z wojną.
Co łączy morderstwo z czasów II wojny światowej, dokonane na Pomorzu, z tajną operacją Mosadu na Lazurowym Wybrzeżu dwie dekady później? I dlaczego ślady prowadzą aż do roku 2000?
Tel Awiw, Francja, Gdańsk – trzy miejsca, trzy dekady i jedna rodzinna tajemnica, która zmienia wszystko. Student historii przypadkiem odkrywa, że jego dziadek skrywa przeszłość, w której zniknięcia, zdrady i wojna zacierają granice między ofiarą a oprawcą.
Gdańska mafia, dawni agenci Stasi, izraelski wywiad – wszyscy są częścią układanki, której nie powinno się ruszać. Gdy prawda wypływa na powierzchnię, nie da się jej zatrzymać.
Choć ta opowieść to fikcja literacka inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, nikt z nas nie wie, ile może w niej kryć się prawdy. Jedno jest pewne – ludzka chciwość jest uniwersalna, niezależnie od czasów, w których żyjemy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 280
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dwie czwórki
Zbigniew Jarzembek
© 2025 Zbigniew Jarzembek. Wszelkie prawa zastrzeżone.Niniejsza publikacja przeznaczona jest wyłącznie do użytku osobistego przez nabywcę. Jakiekolwiek kopiowanie, udostępnianie, publikacja w całości lub części bez zgody autora jest zabroniona i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.
Wstęp
Pomysł na napisanie tej książki narodził się z potrzeby serca i chęci ocalenia pamięci.
Mój ukochany dziadek Sylwester odszedł, gdy miałem szesnaście lat. Uwielbiał dobre filmy, papierosy, kawę i Winnetou. To właśnie jego osoba była dla mnie inspiracją. Przez całe życie towarzyszyła mu pewna tajemnica – niewypowiedziana wprost, lecz wyczuwalna między wierszami. Tajemnica ta odeszła razem z nim i jego bratem, pozostawiając po sobie więcej pytań niż odpowiedzi.
Przez ostatnie cztery lata dojrzewał we mnie pomysł napisania kryminału. Dopiero styczeń tego roku i noworoczne postanowienie przyspieszyły ten proces. W ciągu trzech tygodni powstała ta powieść.
„Dwie czwórki” dedykowana jest właśnie jemu – mojemu kochanemu dziadkowi Sylwkowi.
Nie należy traktować tej historii dosłownie. Choć pojawiają się w niej wydarzenia inspirowane rzeczywistością oraz postacie, które istniały naprawdę, zdecydowana większość to fikcja literacka. Niektóre fakty historyczne zostały celowo zmienione na potrzeby fabuły. Jeśli pojawią się nieścisłości, nie trzeba się nimi przejmować.
Niech ta lektura, drogi Czytelniku, będzie przyjemnym oderwaniem od codziennego stresu i pośpiechu.
Jeśli zechcesz podzielić się swoją opinią lub refleksją, możesz odnaleźć mnie na Facebooku.
Dziękuję, że tu jesteś!
Zbigniew Jarzembek
Rozdział 1
Tel Awiw, 1965
W samo południe Tel Awiw zdawał się iskrzyć intensywnością codziennej krzątaniny. Promienie słońca odbijały się od świeżo umytych witryn sklepów, kałuż po porannym czyszczeniu ulic i metalowych straganów, na których błyszczały kolorowe, pachnące owoce. Wąskie uliczki i szerokie bulwary żyły swoim rytmem: ktoś głośno targował się o cenę przypraw, dzieci rzucały piłką przy obłażącym z tynku murze, grupka mężczyzn z papierosami w dłoniach zażarcie dyskutowała o polityce.
Zgiełk na ulicy mieszał się z donośnym nawoływaniem kupców:
– Fallaafeeeel!!! Gorący i świeży! Fallaafeeel!!!, krzyczał głośno sprzedawca.
– Pomarańcze! Najlepsze w całym Izraelu!, krzyczał kolejny, jakby chciał przekrzyczeć innych handlarzy.
– Chodź, spróbuj przypraw z Jemenu!..., tylko u mnie!, zachęcał kolejny, już mniej donośnym tonem.
W tej barwnej i głośnej scenerii ginął pozornie niepozorny biały SussitaCarmel – niewielki izraelski samochód, zaparkowany tuż przy krawężniku. Przechodnie rzucali na niego obojętne spojrzenia, choć wewnątrz tkwiło dwóch mężczyzn w zbyt ciepłych ciemnych garniturach, które totalnie nie pasowały do letniej temperatury Tel Awiwu. Klimatyzacji w aucie oczywiście nie było, więc w środku panowała duchota niczym w saunie.
Kierowca, mężczyzna o kwadratowej szczęce, przecierał spocone czoło chustką, raz po raz rzucając nerwowe spojrzenie na zegarek — jakby liczył na to, że w jakiś magiczny sposób przyspieszy to czas lub wydarzenia, które miały zaraz nastąpić.
– Naprawdę jeszcze przyjdzie? – warknął, odwracając się do równie spoconego towarzysza na miejscu pasażera. – Powinien tu być już godzinę temu.
Drugi agent, nieco szczuplejszy, lecz z równie poważną miną, odsunął okno, by wpuścić choć odrobinę powietrza.
– Nie denerwuj się – odparł, zaczesując palcami przetłuszczone włosy i zerkając na tłum za szybą. – Jeśli nasz informator mówił prawdę, to zaraz się tu pojawi.
Napięcie w samochodzie zgęstniało niczym ciężki, lepki upał za szybą. Nie byli stąd. Choć próbowali wtopić się w otoczenie, zdradzał ich twardy niemiecki akcent, gdy odzywali się po angielsku — wyuczonym na tę okazję, bo niemieckiego woleli w Izraelu nie używać. Ich zbyt formalny ubiór i nienaturalnie spięte twarze dopełniały obrazu ludzi niepewnych, obcych, jakby nie do końca przekonanych, że powinni tu być.
W rzeczywistości byli agentami Stasi – wschodnioniemieckich służb bezpieczeństwa. Przybyli do Izraela kilka tygodni temu w ramach realizacji misji, którą wyznaczono im w Berlinie Wschodnim. Ale zadanie powoli zaczynało ich przerastać. Po cichu liczyli na pomoc lokalnego łącznika, ten jednak ostatnio gdzieś zniknął, zostawiając ich samych w obcym mieście. Dziś mieli spotkać kogoś, kto dysponował wiedzą, o pewnej tajemniczej kobiecie,o której informacje były dostępne w JewishAgency – kobiecie, którą musieli wytropić za wszelką cenę, choć nawet nie znali jej nazwiska.
Kierowca prychnął, spoglądając na uliczny zegar nad pobliskim sklepem.
– Oby wreszcie przyszedł – westchnął, czując, jak pot spływa mu po karku. – Zaraz roztopię się w tym słońcu.
Drugi agent spojrzał na niego z cieniem złośliwego uśmieszku.
– Spokojnie – rzucił. – Poczekamy kwadrans, a jeśli się nie pojawi, zaczniemy szukać go na własną rękę… – Nagle uniósł dłoń i syknął: – Jest! – Wskazał palcem w stronę rosnącego tłumu.
Niewielki mężczyzna z teczką pod pachą przechodził właśnie obok dwóch Izraelczyków, którzy targowali się o cenę daktyli. Miał skromny ubiór i lekko przygarbioną sylwetkę, co nadawało mu niepozorny wygląd.
Kierowca wyprostował się na fotelu i przyjrzał mu się uważnie.
– Widzę go – potwierdził. – Zupełnie nie wygląda na kogoś, od kogo zależy los naszej misji.
Tymczasem niepozorny mężczyzna z teczką podążał spokojnie, pozdrawiając gestem znajomych sprzedawców i zatrzymując się co chwilę, by zamienić z nimi parę zdań. Wokół rozbrzmiewał gwar wielu języków: hebrajski, arabski, francuski, angielski… Targ pełen był barwnych straganów uginających się od aromatycznych przypraw, misternie ułożonych owoców, bibelotów, naczyń, tkanin.
Dwaj Niemcy uważnie obserwowali przybysza. Dobrze wiedzieli, że ten drobny, skromny, niemal niewidzialny w tłumie człowiek może mieć klucz do odnalezienia tajemniczej kobiety. Nie mogli go teraz spłoszyć, zdecydowali więc, że będą go śledzić.
– Ruszamy – warknął kierowca, sprawdzając, czy w tylnej kieszeni ma notatnik. – I nie zapomnij wziąć broni.
– Wiem, co mam robić – odciął się drugi agent, sięgając pod siedzenie po krótki pistolet z tłumikiem.
Wyszli z auta wprost w uderzenie palącego słońca. Ciemne garnitury od razu przyciągnęły kilka ciekawskich spojrzeń przechodniów – zdecydowanie nie wyglądali na typowych mieszkańców Tel Awiwu, którzy nosili lżejsze ubrania i sandały. Na szczęście w tym zgiełku nikt nie dociekał zbyt wiele.
Agenci ruszyli w bezpiecznej odległości za mężczyzną z teczką. Mijali ustawione wzdłuż ulicy stoiska z kolorowymi przyprawami w jutowych workach, suszonymi owocami, ziołami i świeżymi warzywami. Zapach kolendry, kminu i smażonych falafeli mieszał się z dymem papierosowym.
Mężczyzna z teczką skręcił w wąską, brukowaną uliczkę, gdzie na ścianach wisiały plakaty nawołujące do zwrócenia ziem Palestynie. Dzieci biegały, ganiając się pomiędzy straganami, a siedzący w cieniu starsi żydowscy panowie szeptem komentowali bieżące wydarzenia.
Agenci przemykali z miejsca na miejsce, udając zagubionych turystów. Palił ich upał, ale też presja, by nie stracić z oczu drobnego człowieka.
– Idzie do jakiejś starej kamienicy – zauważył kierowca. – Widzisz te schody i balkony? Ewidentnie musiała powstać jeszcze za czasów Imperium Osmańskiego. Uczyli nas takich detali na odprawie – budynki z tamtej epoki mają mnóstwo zakamarków.
– Cholera! – syknął drugi. – Może zniknąć w środku i tyle z naszej obserwacji.
Rzeczywiście, mężczyzna wszedł w bramę prowadzącą do starej, odrapanej kamienicy, nad którą górował niewielki meczet z białym minaretem połyskującym w słońcu. W oddali było słychać miękkie nawoływanie muezina, zlewające się z turkotem przejeżdżających aut.
– Czekaj – wyszeptał kierowca, kiedy zobaczył, jak ich cel znika za drzwiami. – Odczekamy chwilę i wejdziemy za nim.
Zignorowali ciekawskie spojrzenia grupki dzieci, które bawiły się koło bramy – ot, jeszcze jedni nieznajomi przechodnie. Gdy tylko stare drzwi z metalowymi zdobieniami zamknęły się za mężczyzną z teczką, agenci przyspieszyli kroku. Wyższy przyłożył na moment ucho do drzwi, a potem wyciągnął z kieszeni niewielki wytrych. Jego towarzysz stanął bokiem, udając, że czyta zawieszkę przy wejściu. Obok przechodzili pojedynczy mieszkańcy, zajęci swoimi sprawami.
– Pośpiesz się! – syknął ten „czytający” szyld. – Ktoś może zauważyć.
– Spokojnie – odparł z zaciętą miną drugi agent. – Zaraz… tu… – Po chwili rozległo się ciche kliknięcie. – Gotowe, wchodzimy.
Ostrożnie wkroczyli do chłodnego wnętrza. Wąski, mroczny hol prowadził na wijące się w górę schody. Pachniało wilgocią i zbutwiałym drewnem. Jedyna słaba żarówka w korytarzu mrugała, jakby zaraz miała się przepalić.
– Nienawidzę takich miejsc – mruknął kierowca, ścierając krople potu z karku. – Duszno jak w piekle.
– Ciii! – przywołał go do porządku drugi agent, wspinając się po schodach, które skrzypiały przy każdym kroku. – Musimy go znaleźć, zanim zdąży się zamknąć w jednym z mieszkań.
Na piętrze przywitał ich wąski, ciemny korytarz z kilkoma parami drzwi. Żadne nie miały numeru. Małe, brudne okna niemal w ogóle nie wpuszczały światła.
– I co teraz? – wychrypiał jeden z agentów, słysząc tylko głuchą ciszę. – To jakiś pieprzony labirynt.
– Sprawdzamy po kolei drzwi – zdecydował jego towarzysz. – Nasłuchuj, może usłyszysz jakieś dźwięki.
Szli bezszelestnie, przykładając ucho do chłodnego drewna to z lewej, to z prawej strony korytarza. Wreszcie przy trzecich drzwiach z lewej usłyszeli przytłumione głosy. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia i bez zastanowienia zapukali. Kiedy drzwi uchyliły się na kilka centymetrów, wyższy z agentów pchnął je mocno, napierając barkiem.
Drobny mężczyzna, który stał za drzwiami, był kompletnie zaskoczony, gdy po chwili dostał potężny cios prosto w twarz. Z grymasem bólu padł na ziemię, wypuszczając teczkę z ręki. W tym czasie drugi z agentów błyskawicznie zatrzasnął drzwi, żeby dźwięki szamotaniny nie docierały na korytarz.
– Dawid? Kto to? Wszystko w porządku?! – rozległ się z głębi mieszkania drżący kobiecy głos.
– Zajmij się staruszką – warknął wyższy. – I nie rób hałasu.
Drugi z agentów zajrzał do małego przedpokoju i dostrzegł siedzącą na wózku inwalidzkim starszą kobietę o rzadkich siwych włosach. Staruszka patrzyła na niego wzrokiem pełnym przerażenia.
– Babciu, rozumiesz po niemiecku? – wysyczał w jej stronę, pochylając się lekko. Starał się mówić spokojnie, żeby nie przestraszyć jej jeszcze bardziej.Kobieta, drżąca na całym ciele, pokiwała głową.– Chcemy tylko porozmawiać z twoim wnukiem – dodał agent. – Jeśli będzie współpracował, nic wam się nie stanie.
Tymczasem drobny mężczyzna, wciąż oszołomiony, z trudem próbował się podnieść. Stojący bliżej agent chwycił go za kołnierz i przeciągnął do kuchni. Tam rzucił go na krzesło i znalezionym naprędce kablem związał mu dłonie. Pomieszczenie było skromne: niewielka, stara kuchnia węglowa, stolik z dwoma krzesłami, w kącie otwarta szafka z kubkami i filiżankami.
Dawid – tak nazywała go starsza kobieta – siedział związany na krześle, błądząc nerwowo wzrokiem po pomieszczeniu. Twarz miał zalaną potem i krwią sączącą się z rozciętego łuku brwiowego.
Agent stanął przed nim, trzymając pistolet z tłumikiem, i wycedził:
– Zapomniałeś o nas, co? Mieliśmy układ! Ty odnajdujesz pewną damę w JewishAgency, a my płacimy. Gdzie ta kobieta?
Dawid z trudnością przełknął ślinę. W ustach czuł metaliczny posmak własnej krwi. Z obawą spojrzał na drzwi, za którymi była jego babcia. Wiedział, że cokolwiek powie, może pozbawić kogoś życia. Z drugiej strony jakiś wewnętrzny głos mówił mu, że i tak nie ma szans na przeżycie.
– Sz-szukałem… – wykrztusił. – Nic nie znalazłem. Ona… zniknęła. Naprawdę! Mosad mógł ją ukryć, nie wiem! Możecie wziąć pieniądze z szafki…
Drugi agent podszedł i wymierzył mu silny cios w żołądek. Dawid aż zapowietrzył się z bólu, próbując nie zwymiotować. Z kuchni dobiegł krótki, przytłumiony szloch – staruszka widocznie słyszała, co się dzieje.
– Nie próbuj nas zwodzić – syknął mężczyzna trzymający broń. – Potrzebujemy informacji, a nie pieniędzy.
Dawid spojrzał z na niego wściekłością.
– Nie mam żadnych informacji… – sapnął. – Próbowałem, ale Mosad jest sprytniejszy od was.
Agent zacisnął zęby, marszcząc ze złością czoło.
– Młody, chcesz się przekonać, jak daleko się posuniemy, by zdobyć to, czego nam trzeba? – rzucił groźnie, następnie wycelował pistolet w jego udo.
Dawid drżał na całym ciele, a jednocześnie czuł wzbierającą falę gniewu.
– I tak mnie zabijecie – wyszeptał z żalem. – Ale Mosad was dopadnie. Jak każdych niemieckich zbrodniarzy, którzy myśleli, że są bezkarni.
Drugi z agentów parsknął śmiechem, w którym pobrzmiewały jednak nerwowe nuty.
– Mosad, powiadasz? Zobaczymy, kto tu kogo dopadnie – zadrwił, choć w jego oczach pojawił się przebłysk niepewności.
W tym momencie pierwszy z agentów stracił resztki cierpliwości. Ze złością chwycił Dawida za podbródek i szarpnął jego głową do góry, tak by spojrzeć mu prosto w oczy.
– Dawaj! Powiedz nam wszystko, co wiesz! Gdzie ta kobieta? Jak się teraz nazywa?
Dawid zakaszlał, czując krew na wargach.
– Nie wiem… – wychrypiał. – Mówię wam, nic nie znalazłem. Wasze informacje są błędne.
Agent uderzył go otwartą dłonią w policzek z taką siłą, że Dawid omal nie spadł z krzesła. W tle rozległ się pisk starszej pani – słyszała, co się dzieje, i nie mogła znieść myśli, że jej wnuk cierpi.
– Jak ci się zaraz rozpadnie kolano, to zobaczymy, czy dalej będziesz taki hardy – warknął mężczyzna z pistoletem, unosząc broń.
Dawid zacisnął zęby, walcząc z narastającym lękiem. Z tyłu głowy wciąż miał obraz babci, która zapewne gotowa była błagać o litość.
W półmroku kuchni unosił się zapach potu, krwi i wszechobecnego kurzu. Gdzieś z zewnątrz dochodziły zwykłe dźwięki miasta – klaksony samochodu, okrzyki ulicznych sprzedawców. Zważywszy na dramat dziejący się w mieszkaniu, brzmiały absurdalnie normalnie.
Czas zwolnił jak w scenie wyjętej z koszmaru. Dwaj agenci Stasi wymienili spojrzenia, które mogły znaczyć: Idziemy dalej z torturami czy wystarczy go zastraszyć? Dawid z trudem łapał oddech, a łzy mieszające się z krwią rysowały na jego twarzy ponury obraz bólu i bezsilności. Czuł, że nie ma wyjścia – jeśli wszystko im wyzna, zapewne i tak zginie, z kolei jeśli będzie milczał, narazi się na brutalne, długie tortury.
Starsza pani w przedpokoju wydała z siebie cichy, błagalny jęk:
– Proszę… zostawcie go w spokoju…
Agent z bronią drgnął, słysząc jej słowa, ale udał, że nie rozumie. Uniósł pistolet i wymierzył w pierś Dawida.
– Raz jeszcze zapytam: gdzie jest ta kobieta? – wycedził lodowatym tonem. – Kiedyś ponoć pracowała w JewishAgency. Ktoś mówił, że ma powiązania z wywiadem izraelskim. Dawała ci dokumenty, prowadziłeś jej archiwa. Mów! Cokolwiek!
Dawid, walcząc z zawrotami głowy, zacisnął pięści, na ile pozwalały więzy. Wspomnienie ciepłego uśmiechu babci tuż przed tym najazdem dodało mu odwagi.
– Nie wiem – powtórzył z desperacją. – Nie wiem, a nawet gdybym wiedział, nie powiedziałbym wam, wy niemieckie świnie. – Po tych słowach umilkł zdziwiony swoją odważną reakcją.
Wyższy agent prychnął, spojrzał na swojego towarzysza, jakby szukał u niego potwierdzenia. Tamten zmrużył oczy, przyglądając się Dawidowi jak drapieżnik ofierze. Wszyscy wstrzymali oddech, w milczeniu czekając na to, co się stanie.
Dawid desperacko starał się chronić sekret, który agenci Stasi za wszelką cenę pragnęli z niego wydusić. Przerażona babcia zdawała się gotowa do krzyku, ale bała się, że jednym słowem może sprowokować egzekucję wnuka. Dwaj Niemcy, spoceni i pełni wściekłości, byli gotowi na wszystko, by dopiąć swego.
Wydawało się, że decyzja może zapaść w każdej sekundzie: pociągnąć za spust czy dalej próbować wydobyć tak potrzebne informacje? Cień zawahania przemknął przez twarz jednego z oprawców, gdy zerknął w przerażone oczy Dawida. Czyżby strach dał o sobie znać? Czy może to tylko zimna kalkulacja? Czy złamie się i powie coś, co choć trochę pomoże im zbliżyć się do nieuchwytnej kobiety z JewishAgency? Tego nikt w tym ciasnym pomieszczeniu nie mógł być pewien.
Tymczasem rozpaczliwy teatr trwał, a upał za oknem nieubłaganie przypominał, że życie w Tel Awiwie toczy się własnym rytmem. Niewykluczone, że za ścianą, w sąsiednim mieszkaniu, ktoś słucha muzyki, gotuje obiad albo nuci modlitwę nieświadomy dramatu rozgrywającego się tuż obok.
W tej napiętej ciszy, przerywanej tylko urywanym jękiem Dawida i szeptem błagań staruszki, kończył się kolejny dzień walki Stasi o sekrety przeszłości. A to miał być zaledwie początek jeszcze mroczniejszych wydarzeń.
Rozdział 2
Mariusz
Październik tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku w Szczecinie przynosił chłodne powietrze, które wdzierało się nieubłaganie przez każdą szczelinę płaszcza, oraz szarobure chmury powoli sunące nad miastem. Rześki, chwilami porywisty wiatr z łatwością zrywał z drzew liście, które zdążyły już przybrać jesienne barwy żółci i czerwieni. W takiej aurze Mariusz – student pierwszego roku historii na Uniwersytecie Szczecińskim – jechał spędzić wieczór w rodzinnym domu dziadków, gdzie liczył na przytulny nocleg i chwilę wytchnienia.
Mimo że uczelniany korytarz, pełen rozmów o planach zajęć i codziennych sprawach studentów, działał na niego kojąco i że wciąż odczuwał tę specyficzną ekscytację, która towarzyszyła mu od dnia, gdy po raz pierwszy przekroczył próg uniwersytetu jako pełnoprawny student historii, powoli docierało do niego, że potrzebuje chwili przerwy od tego wszystkiego.
Wspomnienia z dzieciństwa wciąż rozbrzmiewały w jego głowie: chwile, gdy z zachwytem przeglądał albumy ze starymi zdjęciami i słuchał opowieści dziadka o jego wojennych losach. W czasie wojny dziadek stracił wielu bliskich, ale także spotkał ludzi, którzy w okrutnych realiach potrafili zachować człowieczeństwo. Historie o tym wzbudziły w Mariuszu miłość do przeszłości. Wolał czytać książki o bitwach i bohaterach, niż biegać po boisku z rówieśnikami, przez co czasem uważano go za nieco oderwanego od rzeczywistości. Jego pasja stopniowo dojrzewała, aż znalazła ujście w postaci wykładów i seminariów na uniwersytecie.
W tygodniu Mariusz mieszkał na stancji bliżej uczelni, a w wolne dni wracał do dziadków. Tego jesiennego popołudnia zdołał jeszcze wpaść do rodzinnego domu w Podjuchach po kilka rzeczy. Matka – kobieta silna, o wyjątkowej determinacji, która wychowywała go samotnie po odejściu ojca – przypomniała mu:
– Pamiętałeś o indeksie? Dziadek nie może się doczekać, aż go zobaczy.
– Jasne, mam go w plecaku. Pa! Widzimy się w niedzielę – zawołał, stojąc w drzwiach ganku.
Zaraz potem wsiadł do swojej starej beemki, która nowością przestała pachnieć ponad dwie dekady temu. Auto należało niegdyś do jego mamy, a dziś, choć miało za sobą lata świetności i niemal wszystkie możliwe usterki – od zepsutej klimatyzacji po rdzę wszędzie chyba tylko poza dachem – Mariusz wolał je od nowego, wygodniejszego pojazdu. Utrzymywał je przy życiu, by jednocześnie odkładać pieniądze na porządny samochód, który zamierzał kupić w przyszłości. Uśmiechnął się kpiąco do siebie, gdy już na pierwszych wybojach ulicy Sieradzkiej, słynącej z pięknych willi i koszmarnej kostki brukowej, pomyślał o tym, że może naprawdę pewnego dnia urwać tu miskę olejową, a może i nawet coś więcej.
Po kilkunastu minutach dotarł w okolice Świerczewa, gdzie zatrzymał się przy odrapanym bloku przy ulicy Pięknej, noszącej swą nazwę nieco na wyrost. Krzywe chodniki, dziurawa jezdnia i dość ponury widok fasad przypominały raczej scenerię z czasów powojennych niż końcówkę dwudziestego wieku. Mariusz wysiadł z auta i wspiął się po schodach prowadzących na długi balkon, z którego wchodziło się do poszczególnych mieszkań. Różnica pomiędzy wnętrzem a zewnętrzem była widoczna, a przede wszystkim wyczuwalna, bo środku, w przeciwieństwie do stęchłej klatki schodowej, uraczył go przyjemny zapach gotowanych potraw i dźwięk nuconej melodii z „Czterdziestolatka”, ulubionego serialu babci. Kobieta należała do tych babć, które z prawdziwym oddaniem poświęcały się pasji gotowania. Można było powiedzieć, że kuchnia to jej królestwo.
– Cześć, babciu! – zawołał, wchodząc do kuchni i całując ją w policzek. Z zadowoleniem zauważył, jak jej twarz rozjaśnił uśmiech.
Porwał z patelni kawałek skwierczącego kotleta, po czym uciekł do salonu, gdzie jak zawsze siedział dziadek ze wzrokiem wbitym w telewizor. Nowiutki, no prawie nowy, sprzęt marki Grundig, zakupiony kilka lat temu na giełdzie, był jego ulubionym wyposażeniem w domu. Na lśniącym stoliku przed siwym starszym panem z dość ekstrawaganckimi, krzaczastymi brwiami parowała kawa w szklance w ozdobnym metalowym koszyczku, zaś w dłoni staruszka tlił się papieros, obowiązkowo bez filtra. Obraz idealnej emerytury – mieszanka książek, telewizji i nałogu, z którego nie sposób się wyleczyć.
– Cześć, dziadku! Co tam oglądasz? – zagaił Mariusz.
– Kojarzysz Karola Maya i jego „Winnetou”? – mruknął dziadek bez odrywania oczu od ekranu. – To ekranizacja tej powieści.
– Pewnie, pamiętam, jak mi ją wciskałeś zamiast komiksów – zaśmiał się Mariusz. Z kuchni rozległ się głos babci, upominającej ich, żeby nakryli do stołu.
Czterdzieści minut później, po obiedzie zakończonym niezwykle sycącym deserem, Mariusz wyciągnął indeks i z dumą pokazał go dziadkowi. Babcia usiadła obok, z wyraźną powagą i zainteresowaniem przyglądając się pierwszym ocenom. Może jeszcze nie były imponujące, ale mówiły jasno: Mariusz oficjalnie rozpoczął swoją przygodę na uniwersytecie.
– Szkoła to skarb, chłopcze – skwitował dziadek, odkładając indeks na stół. – Za moich czasów nie mieliśmy takich luksusów. Wielu ludzi w twoim wieku ledwo umiało czytać. Masz wielkie szczęście, wykorzystaj je. Przyszłość należy do takich jak ty.
Po tych słowach sięgnął po kolejnego papierosa. Mariusz, przyzwyczajony do tej rutyny, zwrócił mu uwagę na szkodliwość palenia, ale staruszek obrócił to w żart, twierdząc, że w młodości nie pił i nie palił, więc teraz może sobie dogadzać. Cały wieczór upłynął na rozmowach, głównie o przeszłości – dziadek opowiadał o wojennych przygodach, ludziach, których spotkał, i sytuacjach, kiedy to nawet w najgorszym piekle potrafiło odezwać się zwykłe ludzkie serce. Mariusz słuchał tego z nieskrywanym zainteresowaniem, chociaż pewne historie słyszał już któryś raz. Opowieści dziadka utwierdzały go w przekonaniu, że wybór studiów historycznych był najlepszą decyzją, jaka mógł podjąć. Nie chodziło tylko o przypadkowe daty czy fakty, ale także o historię jego własnej rodziny.
Kiedy zapadła noc, Mariusz położył się w niewielkim pokoju gościnnym, który od zawsze był jego azylem.
Obudził się wyjątkowo wcześnie jak na niedzielę – być może dlatego, że spał u dziadków, co zawsze dawało mu przyjemne poczucie bezpieczeństwa, o które było trudniej w rodzinnym domu w Podjuchach ze względu na przeszłe zdarzenia. Parę minut później siedział przy kuchennym stole zastawionym prostym, ale smacznym śniadaniem i zadawał dziadkowi pytanie, które, jak miało się wkrótce okazać, wpłynie na jego dalsze życie.
– Dziadku, a opowiesz mi trochę więcej szczegółów z czasów, kiedy miałeś tyle lat co ja?
Sylwek, słysząc te słowa, drgnął tak gwałtownie, że omal nie rozlał gorącej kawy. Przez moment wahał się, czy to właściwy moment na odkrywanie najbardziej dramatycznych wspomnień. Zerknął na żonę, której mina zdawała się mówić, że najwyższa pora zmierzyć się z przeszłością. W końcu skinął głową, jakby przytaknął samemu sobie.
– Wiesz, chyba nadeszła pora, żebyś usłyszał wszystko, co pamiętam z ostatnich lat wojny.
– To znaczy, że było coś, o czym mi dotąd nie mówiłeś?
– Tak, ale musisz zrozumieć, że dla naszej rodziny to był najgorszy czas wojny. –Sylwek zawahał się, jakby szukał właściwych słów, po czym kontynuował: – Wydawałoby się, że to było tak dawno, że powinienem już niewiele pamiętać. Ale ja mam wrażenie, że z wiekiem pamiętam wszystko coraz wyraźniej… Może to taka przekorna natura starości – zaśmiał się cicho, choć po jego minie widać było, że nie jest mu do śmiechu.
Ujął szklankę z kawą i ciężko usiadł w fotelu przy oknie. Przez chwilę w milczeniu wpatrywał się w szybę, jakby gdzieś tam, w listopadowej mgle, widział obrazy sprzed kilkudziesięciu lat. Potem zaczął:
– Rok tysiąc dziewięćset czterdziesty czwarty był dla naszej rodziny, najtragiczniejszym rokiem wojny, i żebyś to zrozumiał, trzeba się cofnąć do trzydziestego dziewiątego, gdy zaginęli mój ojciec i najstarszy brat. Nigdy więcej ich nie zobaczyliśmy. To zmieniło nasze życie o sto osiemdziesiąt stopni. Nadzieja była, że może wrócą po wojnie, ale od chwili, kiedy zabrakło taty i Janka, ja i Kazik musieliśmy dbać o gospodarstwo, a także o naszą maleńką Anielkę. Urodziła się w maju trzydziestego dziewiątego roku. Matka często powtarzała, że my, jako ostatni mężczyźni w rodzinie, musimy zrobić wszystko, by siostra miała opiekę. Była naszą… jak to mówiliśmy? A, już pamiętam, była naszą księżniczką.
Mariusz siedział naprzeciw dziadka wyraźnie zasłuchany w tę opowieść, jakby chciał zapamiętać każde słowo. Sylwek uśmiechnął się delikatnie, choć w jego oczach pozostał smutek.
– Matka urodziła Anielę niemal w przeddzień wybuchu wojny. Ja i Kazik próbowaliśmy przejąć rolę gospodarzy, a ona zajmowała się niemowlakiem i tym, co zostało z naszego dobytku. Jak wiesz z książek, wojna wkraczała wszędzie, nawet do najcichszych wsi. Marzyłem, by iść walczyć, lecz Kazik, a zwłaszcza mama, powstrzymywali mnie. I robili to skutecznie. Kazik uważał, że to nie nasza wojna, że powinniśmy martwić się o własne podwórko i rodzinną ziemię. Matka z kolei po tym, co spotkało ojca i Janka, bała się utraty kolejnego syna. Za tym, żebym pozostał, przemawiała też ciężka sytuacja w gospodarstwie. Więc zostałem.
Sylwek przerwał na moment, jakby zbierał siły. W końcu mówił o czasach, kiedy codzienne życie mogło w jednej chwili zmienić się w koszmar.
– Mieliśmy spore gospodarstwo, ponad pięćdziesiąt hektarów. Zatrudnialiśmy sąsiadów do pomocy, w sumie kilkanaście osób, ale wojna sprawiła, że mężczyzn powołano lub wywieziono, a ci, co wracali, przeważnie byli ranni i do pracy w gospodarce już się nie nadawali. Do tego Niemcy rekwirowali krowy, konie, zostawiali niewiele ziarna, bo sami planowali obsiewy po wojnie, a nas traktowali jak niewolników. Całe życie skurczyło się do modlitwy o przetrwanie kolejnego dnia i o to, żeby ewentualna rozłąka z najbliższymi nie okazała się wieczna.
Mariusz ściągnął brwi, coraz bardziej rozumiejąc, jak trudne musiało być to wszystko dla tak młodego wówczas Sylwka.
– A żeby cię jeszcze bardziej zaskoczyć… – dodał nagle dziadek, po czym zrobił teatralną pauzę, nie dla podkręcenia atmosfery, tylko z powodu bólu wywołanego wspomnieniami: – …twoja prababcia Klara była Niemką, a do tego Żydówką. Brzmi paradoksalnie, prawda?
– Babcia Klara była Żydówką i Niemką? – powtórzył Mariusz z niedowierzaniem. – Dziadku, czemu nigdy o tym nie wspomniałeś?
Sylwek spojrzał na niego z powagą.
– Myślałem, że to przyniesie jedynie ból i nic dobrego z tego nie wyniknie, a przy okazji ta historia jest strasznie pogmatwana… Klara pochodziła z domu Kleine, co dawało jej niemieckie obywatelstwo, ale w świetle nazistowskich ustaw była „wrogiem rasy”. Mogło to wydawać się wybawieniem, ale było przekleństwem. Z kolei twój pradziadek wywodził się ze szlacheckiej, dość majętnej polskiej rodziny. Zakochał się w Klarze do szaleństwa, chociaż postawił jej warunek, że musi nauczyć się polskiego i wychowywać dzieci po polsku. Ale potem wybuchła wojna i wszystko się zmieniło.
Mariusz poczuł, jak rośnie w nim jeszcze większa ciekawość, a przy tym głębsze zrozumienie tragizmu rodzinnej przeszłości. Sprawa prababki wywoływała w nim tyle pytań, że przez moment nie wiedział, o co dopytać najpierw.
– Niesamowite… – powiedział w końcu cicho. – Znałeś niemiecki?– Wszyscy w okolicy mówili w obu językach – odparł Sylwek z westchnieniem. – A teraz słuchaj dalej, bo najgorsze dopiero przed nami.
Poprosił Mariusza, żeby sięgnął do metalowej puszki po jakichś ciastkach, dobrze znanej Mariuszowi z dzieciństwa, służącej teraz jako domek dla nici i guzików. Chłopak wyciągnął list, pożółkły i wielokrotnie złożony. Dziadek pozwolił mu go przeczytać. To był list napisany przez Kazika, który w połowie czterdziestego czwartego roku zniknął, postanowiwszy „przeżyć za wszelką cenę”. Liczył na to, że zwycięstwo Niemiec oznacza rychły koniec wojny.
– Kazik nigdy nie kochał Polski. – Sylwek mówił to z wyczuwalnym bólem w głosie. – Matka załamała się kompletnie, kiedy przeczytała, że woli przyłączyć się do Niemców. Nie mogła tego zrozumieć, zresztą ja też nie. To zmieniło w naszym domu wszystko.
Zamilkł, a w tym milczeniu dało się wyczuć ciężar wspomnień. Po chwili mówił dalej, niskim, pełnym goryczy tonem:
– W lipcu czterdziestego czwartego roku Niemcy przyjechali do wsi. Tym razem nie chodziło o zwierzęta, lecz o łapankę ludzi. Weszli do każdego domu, szukali tych, których da się zabrać na roboty przymusowe lub wysłać do obozów. Jednych zgarniali, innych rozstrzelali na miejscu. Mnie akurat nie było w domu, bo poszedłem do lasu, żeby zdobyć jedzenie. W lasach zwierzyny było już bardzo mało, więc zanim coś upolowałem, minęło kilka godzin. Gdy wróciłem, matka leżała na podłodze, postrzelona. Jej ciało było jeszcze ciepłe, ale już nie żyła. Podbiegłem do schowka, w którym zwykle chowała się Aniela – ten był pusty.
Tu Sylwek urwał, jakby wspomnienie tamtego dnia odebrało mu mowę. Mariusz czuł, że serce bije mu szybciej, a w gardle rośnie jakaś dziwna gula, której nie da się przełknąć. Teraz już się nie dziwił, dlaczego dziadek milczał o tym przez tyle lat.
– Szukałem jej wszędzie – dokończył Sylwek cicho. – W końcu jeden z sąsiadów, który skrył się w lesie, powiedział mi, że widział, jak zabrali Anielę razem z innymi kobietami i dziećmi. Nie pozostało mi nic innego, jak ruszyć do Gdańska i spróbować ją odnaleźć, bo to właśnie w tamtym kierunku odjechały niemieckie ciężarówki.
Zapadła cisza tak głęboka, że słychać było jedynie tykanie starego zegara. Mariusz siedział oszołomiony rozmiarem tragedii, która uderzyła w rodzinę. Zrozumiał też, dlaczego ta historia z czasem stała się wielką tajemnicą – była zbyt bolesna, by o niej mówić.
– No i tak to było… – zakończył Sylwek z westchnieniem. – Wiesz już, czemu nigdy nie chciałem wracać do tamtych wspomnień.
Mariusz przytaknął w milczeniu, czując jednocześnie narastającą potrzebę zadania wielu pytań. Co się stało z Kazikiem? Z Anielą? Czy możliwe, że ktoś przeżył, skoro wojna przetoczyła się tak brutalnie przez ich wieś? Gdzie teraz szukać odpowiedzi?
Ten zwyczajny niedzielny poranek okazał się przełomowy dla Mariusza – dowiedział się tak wiele o tragicznej przeszłości dziadka i o straszliwych wydarzeniach z czasów wojny. Przełomowy, bo teraz już wiedział, że historia to nie tylko nauka z podręczników i książek. W dziejach jego własnej rodziny kryły się niewyjaśnione zaginięcia, ucieczki i śmierć najbliższych.
Gdy przyszedł czas, by wyjść na trening judo, Mariusz wciąż miał przed oczami obraz dziadka siedzącego w fotelu i kurczowo trzymającego list Kazika. Ta opowieść niewątpliwie zmieniła jego spojrzenie na przeszłość i sprawiła, że chciał walczyć o to, by nikt więcej nie musiał przeżywać podobnego koszmaru. Na treningu nie potrafił się skupić, niczym bumerang wracały do niego wszystkie informacje, jakie tego ranka przekazał mu dziadek. Dlatego po powrocie z treningu nie widział innej opcji, jak ponownie zanurzyć się w tych opowieściach, z dziadkiem w roli głównej.
Rozdział 3
Sylwek
Dotarłem do Gdańska po kilku dniach wyczerpującej, wręcz koszmarnej wędrówki. Moja wieś leżała jakieś trzydzieści dziewięć kilometrów od miasta, ale w czasach, gdy po drogach krążyły wszechobecne niemieckie patrole, pokonanie takiej trasy pieszo stanowiło ogromne wyzwanie fizyczne i psychiczne. Owszem, w normalnych warunkach można by dokonać tego w jeden dzień, ale tu nic nie było normalne. Nocą musiałem ukrywać się w leśnych gęstwinach albo w ruinach spalonych domostw, bo uzbrojeni Niemcy regularnie przeczesywali okolicę. Na sobie miałem tylko zniszczoną kurtkę i buty, z których dawno odpadły podeszwy. Czułem się niczym zwierz ścigany przez zdeterminowanych myśliwych.
Wielokrotnie dopadało mnie zniechęcenie. Czasem po zmroku zasypiałem w rowie, licząc na to, że nie zobaczy mnie niemiecki żołnierz przejeżdżający motocyklem. Nocny chłód przenikał mnie na wskroś, a wiatr poruszał gałęziami, wywołując niepokojące trzaski i szumy. Przez to mój sen był krótki i przerywany, głównie strachem. Serce waliło jak oszalałe na każdy dźwięk podkutych butów. Nieraz myślałem, że to już koniec, że za moment ktoś przystawi mi pistolet do skroni. W takich chwilach przywoływałem w pamięci obraz mojej Anielki – był jedyną iskrą, która nie pozwalała mi się poddać. Nie miałem już nikogo poza nią: Kazik zniknął z mojego życia i nie wierzyłem, by kiedykolwiek miał do niego wrócić.
W końcu dotarłem na przedmieścia Gdańska, czując jednocześnie ulgę i przerażenie. Ulgę, bo byłem tam, gdzie miałem szansę znaleźć jakiś trop, a przerażenie, bo zniszczenia w mieście okazały się olbrzymie. Pamiętałem to miejsce jeszcze z czasów, kiedy jeździłem z tatą do pobliskiego skupu ziemniaków. Teraz wszędzie walały się cegły, ściany wzdłuż ulic straszyły powybijanymi oknami, a nad nimi sterczały częściowo spalone belki dachowe. Obraz miasta, które pamiętałem, co chwilę wywoływał u mnie łzy rozpaczy, ale i determinację do walki. Tu i ówdzie mijałem wraki samochodów i sprzętu wojskowego. Coraz częściej chciałem po prostu paść na kolana i płakać z bezsilności, lecz wiedziałem, że wokół wciąż krążą Niemcy i nie mogę sobie pozwolić na okazywanie słabości.
Jak na zawołanie około dwustu, może trzystu metrów ode mnie dostrzegłem niemiecką ciężarówkę. Rozpoznałem ją po sylwetce – opel blitz, „błyskawica”, podobno szybka maszyna. Widziałem, że kierowca ma kłopoty z jazdą przez liczne leje po bombach i wszechobecne resztki budynków. Byłem jedyną żywą duszą na tym cmentarzysku domów i kamienic, więc natychmiast rzuciłem się do ucieczki. Sprint skończył się po stu metrach, kiedy usłyszałem serię z karabinu. Upadłem na drogę, oddychając płytko i szybko jak dzikie zwierzę. Dopiero po chwili zorientowałem się, że strzały albo nie były wymierzone w moim kierunku, albo nie były celne. Nie wiedziałem, najważniejsze, że dalej żyłem.
Leżałem z głową skierowaną w bok, bojąc się ruszyć. Nagle spostrzegłem szparę murze, a w niej – dwie pary oczu. Po chwili jedna z postaci zniknęła, by po sekundzie pojawić się przy wejściu do zrujnowanej kamienicy. Usłyszałem cichy szept:
– Pssst, przeczołgaj się tu do nas.
Rozpoznałem czysty polski akcent, co dodało mi otuchy i nadziei. Kilka sekund później czołgałem się wśród gruzów.
Gdy dotarłem do małej piwnicy, dojrzałem kilkoro dzieciaków. Byłem zbyt zdenerwowany, by dokładnie liczyć. Wszyscy wyglądali na tak samo przerażonych jak ja. Spróbowałem podziękować:
– Dziękuję… kim jesteście?
– Ciii… poczekaj chwilę, nic nie mów – szepnęła dziewczyna, która chwilę wcześniej wyjrzała po mnie na zewnątrz.
Dwóch chłopaków przykryło jedyne „okno” metalową płytą. Wąska szczelina powstała prawdopodobnie po wyjęciu rzędu cegieł i z wysokości dorosłego człowieka nie sposób było jej zauważyć, dzięki temu był to świetny punkt obserwacyjny. Kiedy wreszcie zapanował mrok rozświetlony płomieniem pojedynczej świeczki, odezwała się ponownie:
– Ta ciężarówka przyjeżdża tu co parę dni. Robią sobie libacje, przywożą pojmane kobiety i… wywożą je po gwałtach. My nie możemy nic zrobić. Jesteśmy tylko dziećmi, to znaczy, większość z nas to dzieci, mają dziesięć, dwanaście lat. Ja jestem najstarsza, mam siedemnaście.
– To straszne – odparłem szeptem. – Jak tu żyjecie?
– Żyjemy z tego, co znajdziemy w ruinach. Nie mam pojęcia, dokąd moglibyśmy pójść. Rodziców wywieziono. Mnie i dwóch chłopaków zabrano z Somonina, reszta jest z innych miejscowości. Krótko po tym, jak nas upchnęli w ciężarówce, transport zaatakowali jacyś partyzanci. Może to uratowało nam życie, choć teraz to już sama nie wiem…
– Nawet tak nie myśl. Wojna się kiedyś skończy. – Spojrzałem na nich ze współczuciem i opowiedziałem swoją historię, tłumacząc, że szukam siostry.
– Może twoja siostra też została odbita – rzuciła dziewczyna. – Słyszałam dwie osoby z partyzantki, jak rozmawiały, że Niemcy najpierw przywożą wszystkich do Kreishausu. Może powinieneś odnaleźć ten budynek?
– Dobra myśl – przytaknąłem. – Ale nie wiem, gdzie to jest.
– Trzeba by złapać jakiegoś szwaba albo trafić na brygadę partyzantów. – Wzruszyła ramionami.
Przez moment walczyłem z sumieniem: nie mogłem ich tak zostawić, ale musiałem odnaleźć Anielkę. W końcu powiedziałem:
– Wrócę po was i wam pomogę. Teraz muszę iść po siostrę. Dużą grupą nie damy rady się przemieszczać, za duże ryzyko.
Chwilę później wyczołgałem się z piwnicy. Zamarłem na widok stojącej niedaleko niemieckiej ciężarówki. Z mieszkania nieopodal usłyszałem rozpaczliwe kobiece krzyki. Ci żołnierze właśnie je gwałcą, biedne kobiety – pomyślałem. Zalała mnie wściekłość. Wściekłość na nich, na moją bezsilność i na cały świat, ale wiedziałem, że w tej chwili nic nie zdziałam – miałem do dyspozycji gołe pięści przeciw karabinom. Schroniłem się w zaułku i obserwowałem, co robią Niemcy, licząc na to, że wydarzy się coś, co pomoże mi trafić do szukanego budynku.
