Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Joanna, dziewczyna z kaszubskiej wioski, pewnego dnia ucieka do wielkiego miasta, wierząc, że tam czeka ją nowe, lepsze życie. Zamiast tego trafia w wir przygód: miłości i rozczarowań, rodzinnych sekretów i absurdalnych zbiegów okoliczności.
To powieść jak miks Podziemnego kręgu z Bridget Jones i odrobiną Mody na sukces, ale w polskich realiach wczesnych lat 2000, gdy pracy szukało się w Anonsach, płaciło gotówką, a Nokia 3310 była szczytem marzeń. Pełna humoru, nostalgii i przewrotnych zwrotów akcji historia Joanny pokazuje, że czasem największą przygodą jest próba ułożenia sobie życia.
Czy Joanna odnajdzie to, czego naprawdę szuka, a może odkryje coś zupełnie innego?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 157
Gdańsk 2021 r.
Siedzę przy stole, wokół mnie ludzie głośno śpiewający Sto lat. Przystojny, wysoki mężczyzna o zniewalających, czekoladowych oczach właśnie wnosi tort. Tort, na którym stoją dwie ogromne świece niepozostawiające złudzeń, ile lat kończę: 35! Niby niewiele, a jednak… tak dużo. Po mojej prawej stronie nastolatka, na kolanach całkiem spora dziewczynka, po lewej w wózku śpi słodki bobas. Nastolatka wypala: „Mamo, pomyśl życzenie”.
Mamo?! KURWA! Jak do tego doszło? Mam dzieci? – myślę z przerażeniem. Nie. To na pewno się nie dzieje, to tylko zły sen. Mam dzieci?
Mężczyzna podszedł i z ogromną czułością pocałował mnie w policzek. Poczułam jego zarost na twarzy. Zabawne, przyjemne, lecz nieznane mi uczucie. Kim on jest? Delikatnie objął mnie w pasie i niskim, lektorskim głosem wyszeptał do ucha: „Wszystkiego najlepszego, skarbie”.
Skarbie? Co tu, do jasnej cholery, się dzieje? Próbowałam zorientować się w sytuacji, przywołując na twarz jeden z moich najlepszych uśmiechów (tak przynajmniej mi się wydawało).
Jaki mamy dzień? Gdzie jestem? Co, do cholery, robią tu ci wszyscy ludzie i kim są? I dlaczego na palcu mam obrączkę? DLACZEGO MAM 35 LAT?
Połczyno – Puck, 2006 r.
Wczesną wiosną nakryłam Emila, gdy językiem badał migdałki mojej koleżanki. Nie zrobiłam awantury, nikomu nie dałam w twarz, nie wykrzyczałam: „Ty kutasie!”. Po cichutku, by im nie przeszkadzać, odwróciłam się i wyszłam, tak jak na grzeczną dziewczynkę przystało.
Szłam, szłam i szłam, bez planu i celu. Było mi tak bardzo wstyd. Jak o mnie świadczy fakt, że koleś, którego nazywam swoim chłopakiem, właśnie całował się z inną? Nie za dobrze! Dlaczego to zrobił? Miałam dla niego za mało czasu? A może dlatego, że trochę przytyłam? Albo poświęcałam mu za mało czasu? Masa pytań, żadnych odpowiedzi.
Próbując ustalić DLACZEGO, szłam, aż doszłam na przystanek autobusowy. Ostatni PKS z Pucka do mojej zabitej dechami wioski odjeżdżał za dziesięć minut. Nie mogłam i nie chciałam wracać do domu. Jak w takim stanie pokazać się rodzicom? Co sobie pomyślą? Co powiedzą? Zawsze powtarzali, że Emil to taki mądry, uczynny, pracowity, zaradny i przystojny chłopak. Miałabym im tak po prostu powiedzieć, że właśnie przyłapałam ten IDEAŁ na zdradzie? Nie zrozumieliby. A mnie z całą pewnością obarczyliby winą. Pocałunek to zdrada? Przecież może wcale tak nie jest… Albo coś źle zobaczyłam, zinterpretowałam?
Tego dnia nocowałam u mojego kumpla Dawida. O nic nie pytał, nadmuchał materac, dał poduszkę i koc. Zrobił wielki kubek gorącej herbaty z cytryną i włączył płytę DVD podwędzoną mamie. Z komedią romantyczną, a jakże!
Kolejnego dnia wróciłam do domu. Nikt o nic nie pytał. Rodzice wiedzieli, że czasami zostawałam w pracy dłużej lub za późno wychodziłam z biblioteki i nie udawało mi się złapać ostatniego autobusu. Do Emila nie zadzwoniłam, nie napisałam ani też nie poszłam. Nie miałam pojęcia, co mam zrobić. Liczyłam, że wszystko samo się wyjaśni. Choć serce rozpadło się na milion kawałeczków, udawałam, nowoczesną, wyrozumiałą dziewczynę i czekałam… Czekałam i czekałam, aż się pojawi, napisze, zadzwoni…
Pewnej niedzieli do mojego pokoju wpadła zdyszana matka i podniesionym głosem, w ekspresowym tempie wyrzucała z siebie pytanie za pytaniem: „Dlaczego nam nie powiedziałaś, że rozstałaś się z Emilem? Co takiego mu zrobiłaś? Może to da się jeszcze odwrócić? Jak mogłaś nas okłamywać tyle czasu? Dziecko, co z tobą nie tak? Żeby stracić taką szansę? Gdzie ty teraz znajdziesz męża? Kto cię zechce?”.
Tak, tego dnia zrozumiałam. Mój związek był fikcją… Od feralnego wieczoru minęły trzy miesiące. Nie przecierajcie oczu, TRZY MIESIĄCE! Emil nie zadzwonił, nie przyszedł ani nawet nie odezwał się na GG. Przez cały ten czas naiwnie myślałam, że jesteśmy parą, a on najzwyczajniej potrzebuje troszkę więcej przestrzeni. A ja, jak na nowoczesną, wyemancypowaną dziewczynę przystało, mu ją ofiaruję. Taki dowód miłości.
Co myślał Emil? Nie wiem. Nigdy nie odważyłam się zapytać.
Kochany pamiętniczku,
zaczynam podejrzewać, że cały ten związek i miłość sobie wymyśliłam. Przecież on nigdy nawet nie nazwał mnie swoją dziewczyną. Nie zapraszał na randki, nie dawał prezentów, nie zabierał na imprezy. Kurczę… On chyba traktował mnie tylko jako koleżankę, z którą z racji częstych spotkań naszych rodziców musiał się widywać. A jak już musiał, to umilał sobie ten czas całowaniem i dotykaniem moich piersi. Czemu tego nie widziałam? Byłam aż taka głupia? A może uwierzyłam w opowieści rodziców? Jestem głupią, wiejską dziewuchą. Szarą gęsią, która myślała, że można ją pokochać. Joaśka, Joaśka, co ty sobie wyobrażałaś??? Ha, ha, ha… Myślałaś, że wyjdziesz za niego za mąż? Serio? A potem pobudujecie dom i przejmiecie gospodarstwo rodziców… Ha, ha, ha. I może jeszcze urodzisz dzieci, będziesz pracować w szkole i żyć długo i szczęśliwie? Jezu Joaśka, ale ty jesteś GŁUPIA, NAIWNA. OGARNIJ SIĘ, DZIEWCZYNO! OGARNIJ!
Nie mogąc znieść wiecznych pytań i dziwnych spojrzeń rodziców, postanowiłam wyprowadzić się z domu. Łatwiej postanowić, trudniej realizować. Pracowałam w szkole specjalnej jako pomoc nauczyciela, zarabiałam marne 650 zł miesięcznie. Niby jak miałam się wyprowadzić? Za co? Dokąd? Skąd brałabym pieniądze na opłaty, czesne, jedzenie? Jednak nie mogłam ani nie chciałam mieszkać w tej małej wiosce, w której każdy znał każdego, a plotki były szybsze niż internet.
Wtedy właśnie zrobiłam TO. To, czyli mój epicki numer. Bardzo chętnie do dziś wspomniany w moim rodzinnym domu. Nie ma chyba osoby, która nie znałaby tej jakże zabawnej historii. To nic, że ja chciałabym o niej zapomnieć. Przecież wszyscy tak dobrze się bawią, nie mogę psuć atmosfery. Wszyscy się śmieją, a to najważniejsze. Kogo obchodzi, co ja czuję?
Co zrobiłam? Zacznę od początku. Zbiłam świnkę skarbonkę, do której zbierałam pieniądze na pierwsze mieszkanie. Robiłam to od osiemnastych urodzin, czyli ponad dwa lata. Dokładnie pamiętam, uzbierałam 3500 polskich złotych. Czułam się bogata.
Chciałabym napisać, że kupiłam samochód i ruszyłam przed siebie w poszukiwaniu sensu życia. Ale, nie… Tak nie było.
Kupiłam gazetę „Anonse”, pożyczyłam od starszej siostry samochód i wyruszyłam na podbój stolicy województwa. Jak na biedną studentkę przystało, samochodem pojechałam jedynie do Redy, tam zaparkowałam, kupiłam bilet i wsiadłam do jednego z niebiesko-żółtych wagonów SKM-ki (Szybkiej Kolei Miejskiej – och, cóż za nietrafiona nazwa) i ruszyłam do Gdańska. Wysiadłam na dworcu Gdańsk Wrzeszcz, a swoje kroki skierowałam do McDonalda mieszczącego się przy ulicy Partyzantów (dziś już nieistniejącego). Kupiłam w nim jedynie kawę i wzięłam kilka głębokich wdechów. Miałam plan. Wystarczyło, abym się go trzymała, a wszystko się uda. Tak naiwnie sądziłam. W mojej głowie brzmiał on IDEALNIE. Szkoda, że tylko w niej. Ruszyłam na zakupy do mieszczącej się nieopodal galerii Manhattan. Wybrałam – moim zdaniem – luksusowy sklep H&M. (Nie oceniajcie. Wcześniej ubrania kupowałam jedynie na miejskim targowisku w Pucku, zresztą, fun fact, także zwanym Manhattanem, natomiast w przypadku wielkich uroczystości na Hali Oliwii w Gdyni). Zakupiłam, jak mi się zdawało, najbardziej elegancką małą czarną, marynarkę w tym samym kolorze, torebkę oraz biżuterię, która miała imitować luksusową. (Uwaga! „Miała” to słowo klucz).
Z zakupami w jednej ręce i gazetą w drugiej pobiegłam na skrzyżowanie alei Grunwaldzkiej z ulicą Dmowskiego. Zakupy postawiłam na chodniku, wyciągnęłam kartę telefoniczną i zaczęłam dzwonić pod numery telefonu zaznaczone w czasie podróży. Szukałam jednocześnie pracy i jakiegoś lokum. Umówiłam się na kilka rozmów. A potem, jak na grzeczną dziewczynkę przystało, wróciłam do domu, nie mówiąc nic, nikomu. Zresztą co miałabym im powiedzieć? „Hej, mamo, tato, nie chcę już z wami mieszkać”? A może: „Nienawidzę tej wioski, chcę się stąd wyrwać!”? Przecież tak nie można. Wybrałam milczenie.
Kilka dni później wystrojona jak stróż w Boże Ciało, z misternie wykonanym makijażem i niesfornymi lokami upiętymi w ciasny kok, udając dorosłą, odważną i przedsiębiorczą kobietę w butach na niebotycznym obcasie (kupionymi na targowisku za 25 zł), wyruszyłam na podbój Gdańska. Czułam się jak kobieta sukcesu: piękna i pewna siebie.
Zaliczyłam kilka rozmów kwalifikacyjnych, podczas których traktowano mnie jak śmiecia lub obiekt seksualny. Oferty zamieszczone w gazecie nie miały nic wspólnego z rzeczywistością. Większość z nich była telemarketingiem niskich lotów, był nawet jeden sekstelefon, a ostatnia oferta polegała na chodzeniu po domach i wciskaniu ludziom perfum… nie, wróć… wód toaletowych po bardzo zawyżonych cenach. Byłam zdesperowana, bo bardzo chciałam wyrwać się z mojej wiochy. No, ale… nie aż tak, by zdecydować się na którąś z tych dziwnych ofert.
Pod koniec dnia, zrezygnowana, z obolałymi stopami udałam się do McDonalda po kawę i lody z polewą. Tak na poprawę humoru. Po kofeinie i zastrzyku cukru zawsze lepiej mi się myślało. Wykończona opadłam na jeden z foteli i… Tak już zostałam w tym przybytku. Tego dnia poznałam Zosię i znalazłam pracę. Szybko się okazało, że Zofia stała się nie tylko moją przyjaciółką, współlokatorką, aniołem stróżem, ale także rodziną. O tym trochę później.
Tamtego jesiennego dnia 2006 roku zmieniłam całe swoje dotychczasowe życie. Podpisałam umowę zlecenie w McDonaldzie, wynajęłam pokój od Zośki, kupiłam komórkę na kartę i ruszyłam do Połczyna. Tylko po to, by do dwóch toreb i plecaka turystycznego (pamiętającego czasy, gdy moi rodzice pielgrzymowali do Częstochowy) spakować swój dobytek i napisać krótki list zaadresowany do mamy i taty. Nie, nie zdobyłam się na odwagę, by stanąć z nimi twarzą w twarz i wszystko wyjaśnić. Tak było łatwiej, szybciej, bezpieczniej. Nikt nie musiał nic tłumaczyć, wyjaśniać. UCIEC BYŁO ŁATWIEJ. Do pracy też nie pojechałam. Za to zachowałam się jak rasowa gówniara i nagrałam się na poczcie głosowej. Rzuciłam coś w stylu: „Dziękuję, od jutra już u was nie pracuję”. Mogłam tak zrobić, bo – jak na studentkę przystało – co miesiąc podpisywałam śmieciowe umowy, a ten właśnie dobiegał końca. Kolejnej na szczęście nie zdążyłam podpisać.
Tak oto, wykorzystując to, że rodzice byli na porannej mszy w kaplicy, nie mówiąc nic nikomu, wsiadłam do taksówki, którą pojechałam aż do Celbowa, by tam przesiąść się na autobus jadący do Redy. W Redzie czekała mnie kolejna przesiadka, tym razem na SKM-kę. Siedząc w wagonie, byłam przekonana, że zostawiam wszystko co stare, bolesne za sobą. Tak oto uciekłam, pełna planów, marzeń i nadziei.
Nie wiedziałam tylko, że przed sobą nie da się uciec.
Gdańsk 2021 r.
Mając 21 lat, wyszłam za mąż za starszego ode mnie mężczyznę. Mogłabym powiedzieć, że to była wielka miłość od pierwszego wejrzenia. Mogłabym, ale mam już tak cholernie dość kłamstw. Dość udawania, masek, sztucznych uśmiechów.
Gdy widzieliśmy się pierwszy raz, byłam pijana. Nawet bardzo. A potem jakoś tak samo wszystko się potoczyło. Nie wiem…
Oprzytomniałam. Mózg zaczął funkcjonować. Dziś są moje trzydzieste piąte urodziny, przystojniak z czekoladowymi oczami to mój mąż, stworzenie mówiące do mnie „mamo”, jak i to siedzące na kolanach oraz – o zgrozo – leżące w wózku to moje własne, prywatne dzieci. A ci wszyscy ludzie dookoła to przyjaciele i znajomi. Czy faktycznie nimi są? Jak się tu znalazłam? Jak do tego doszło? Nie rozumiem!
Scena, chociaż wygląda jak kadr wyjęty z Instagrama, to jednak mnie przeraża. Mam na sobie piękną, dopasowaną, cekinową sukienkę w najmodniejszym kolorze w tym sezonie (to nic, że w cholerę niewygodną, drapiącą i ciasną). Mój dyskomfort nie ma żadnego znaczenia. Ważne, że wszyscy dookoła prawią mi komplementy, a koleżanki patrzą na mnie zawistnym wzrokiem. Ledwie cztery miesiące po trzecim porodzie moje ciało wygląda tak nienagannie. Nikt się nawet nie domyśla, że szybką utratę wagi zawdzięczam ogromnemu stresowi oraz nielegalnie przyjmowanej dawce leków na tarczycę. Przecież nie muszą tego wiedzieć. Prawda? Po co zamęczać innych swoimi problemami? No bez przesady. Inni na pewno mają gorzej, trudniej. Nie ma sensu się nad sobą rozczulać. Twardym trzeba być, nie miękkim. Tysiące myśli na sekundę. Mózg nawet na moment nie zwalnia. „Czy to już oznaki wariactwa?” – pytam samą siebie.
Na twarzy mam nienagannie wykonany makijaż, dzieło jednej z lepszych wizażystek w Gdańsku. Mam też fryzurę przypominającą muśnięcie słońcem i wiatrem (efekt zaledwie trzech godzin spędzonych w łazience z prostownicą, lokówką, suszarką, kosmetykami i tutorialem na YouTube) i estetyczny modny manicure hybrydowy (na którego zrobienie poprzedniego dnia poświęciłam aż cztery godziny. Zrobiony samodzielnie, a jakże. Stać mnie tylko na wizażystkę).
Na co dzień nie korzystam z fryzjera, kosmetyczki czy wizażystek. Od dawna mnie na nie stać na takie usługi. Więc jak to robię? Oglądam tutoriale i poświęcam wiele godzin, by wyglądać tak, a nie inaczej. Przy tym udaję, że mnie to interesuje, a na dodatek sprawia mi przyjemność. Jestem kłamczuchą. Tak, jestem okropną kłamczuchą!
Wyglądam jak jedna z influencerek, zresztą taki właśnie był plan. Chciałam tak wyglądać. A może, raczej… żyć jak ona? Nie jestem pewna.
Wystarczy afirmować, powtarzać jak mantrę: „jestem piękna, szczupła i bogata”. A wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, to wszystko się ziści. To nie tak działa?
Pokój, w którym siedzimy, śmiało mógłby być w jakimś modnym katalogu wnętrzarskim. Na pozór wszystko do siebie pasuje. Czysto, jasno, nowocześnie, minimalistycznie i… bezosobowo. Wszystko wygląda na droższe niż w rzeczywistości. Nikomu przez myśl nie przejdzie, że to efekt moich wielogodzinnych poszukiwań na grupach „Oddam za darmo”, renowacji, czyszczenia i przemalowywania. Z brzuchem ciążowym i dzieckiem pod pachą potrafiłam gnać na drugi koniec miasta, by do domu przywieźć fancy krzesło, a potem poświęcić kilkanaście godzin, by wyglądało jak nowe.
Mieszkaliśmy na obrzeżach Gdańska w pobliżu obwodnicy Trójmiasta, ale także lasu. Nasze mieszkanie miało jakieś 75 metrów kwadratowych i spłachetek trawy, szumnie i dumnie nazywany ogródkiem. Określenie „nasze” to lekkie nadużycie. Mieszkanie było na kredyt… Zasadniczo należało do banku i tak jeszcze przez piętnaście lat. Wiem, wiem… tylko piętnaście. Jestem szczęściarą.
Chciałam mieszkania przypominającego wnętrze katalogu. Czemu? Teraz już nie jestem pewna…
Fotki i relacje na Insta będą wypasione. Wiadomo, nie tak dobre jak znanych i lubianych, ale… Nikt nie zgadnie, że ledwo wiążemy koniec z końcem. A już na pewno nikt nie odgadnie, że dzisiejsza impreza jest sponsorowana przez śmietniki Biedronki oraz promocje z Lidla. Tak, tak śmietniki. Dobrze czytacie. Od jakiegoś czasu jeżdżę na skipy, ratując wyrzucane do śmietników rzeczy. Odwiedzam także masę facebookowych grup, gdzie ludzie oddają jedzenie. Chciałabym wam powiedzieć, że jest to spowodowane ogromną wrażliwością na świat i sprzeciwem wobec marnotrawstwa jedzenia. To wszystko w myśl ECO! Jestem cudowną istotą, której na sercu leży dobro naszej planety. Naprawdę chciałabym, ale…
Prawda jest taka: od kilku tygodni robię to potajemnie, późnymi wieczorami i nocami. Nikt nie ma o tym pojęcia. Mój mąż jest przekonany, że wtedy trenuję. Czemu? Bo bardzo dbam, by tak myślał. Zakładam sportowy strój, buty do biegania i wychodzę z domu. Tylko że zamiast trenować, idę do piwnicy, zabieram rower, plecak (ten pamiętający pielgrzymki do Częstochowy) i jadę buszować w śmietnikach. W drodze powrotnej wszystko upycham w piwnicy. A rano, gdy tylko mąż wyjdzie do pracy, wnoszę moje łupy do mieszkania. On nawet nie ma pojęcia, jak bardzo brakuje nam na wszystko pieniędzy. Po co mam mu o tym mówić? Nie wystarczy, że ja nie śpię po nocach, kombinując skąd, do jasnej cholery, wziąć pieniądze na rehabilitację córki?
Wyglądam super. Naprawdę. Nigdy w życiu nie wyglądałam tak dobrze. Noszę ubrania w rozmiarze 36, mam zadbane włosy, paznokcie, przystojnego męża u boku i trójkę dzieci. Aż trójkę dzieci. Każde tak urocze, śliczne i pięknie ubrane. Żywcem wyjęte z Instagrama. Mieszkanko, znajomi, epicko udekorowany stół. To nic, że podróbkami z Aliexpressu, a nie wyrobami z Bolesławca. Na szczęście na zdjęciach nikt nie zauważy różnicy. Wystarczy dobre oświetlenie, odpowiedni kadr, odpowiednio dobrany uśmiech i… mogę wrzucać post z hashtagami #kochamswojeżycie #familytime. Będzie idealnie!
Gdańsk 2006 r.
Stając w progu mieszkania Zośki, musiałam wyglądać jak kupka nieszczęścia. Gdy tylko na mnie spojrzała, uśmiech automatycznie zniknął z jej twarzy. Zaproponowała mi kubek kakao, by po sekundzie stwierdzić, że jednak potrzebuję wódki, dużo WÓDKI. Nasza przyjaźń zaczęła się od upicia do nieprzytomności.
Gdy kilka godzin później po omacku, na czworakach, przemierzałam jej mieszkanie w poszukiwaniu toalety (do której chciałam… zwymiotować), poznałam Andrzeja. Może poznałam to zbyt duże słowo. Rozpoczęłam znajomość od puszczenia epickiego pawia na jego stopy. Ocierając usta dłonią, próbowałam wstać i utrzymać się w pionie. Lekko się chwiejąc, zaczęłam… Nie, nie przepraszać. Zaczęłam krzyczeć jak opętana, że ma WYPIERDALAĆ, bo ewidentnie pomylił mieszkania. Chociaż zawartość alkoholu w moich żyłach była bardzo duża, jego minę zapamiętałam na zawsze. Wyrażała zachwyt, zaskoczenie i rozbawienie w tym samym czasie. Nie był zły, obrażony ani tym bardziej przestraszony. Patrzył na mnie tymi wielkimi, nieziemskimi, czekoladowymi oczami. A gdy tak patrzył… Miałam ochotę przegryźć mu tętnicę szyjną. Zdecydowanie nie była to miłość od pierwszego spojrzenia. Raczej nazwałabym to… nienawiścią od pierwszego spotkania. W tamtej chwili miałam ochotę zdjąć mu ten zawadiaki uśmieszek z twarzy i jak najszybciej wykopać go z mieszkania. Był tylko jeden malutki, tyci problem. Po pierwsze, ledwo utrzymywałam się w pionie, po drugie, nawet próbując stać prosto, jedyne, co widziałam, to napis na bluzie. Wtedy pierwszy raz przekonałam się, że czterdzieści centymetrów to dużo. Czterdzieści – bo o tyle był ode mnie wyższy. Po szybkim namyśle (ha, ha, nie wiem, czy był szybki, chciałabym tak to zapamiętać) postanowiłam zawołać na pomoc właścicielkę mieszkania. Z racji mojego upojenia (nie pamiętam tego zbyt dobrze), mogło to brzmieć tak:
– ZOŚKA, ZOOOOŚŚŚŚŚKKKKAAAA! JAKIŚ FACET WLAZŁ NAM DO CHATY…. ZOŚKAAAA, RATUJJJJ! NIE CHCE WYJŚĆ. I SIĘ GŁUPIO GAPI. ZOŚŚŚŚŚKKKAAAAA!
– AŚKA, AŚKA… CO TY PIERDOLISZ? JAKI FACET? – Zośka była bezpośrednia, do dziś tak jej zostało. Po kilku chwilach na korytarzu w blasku światła cała na biało pojawiła się ona – Zofia. Nie mniej pijana niż ja, za to oszałamiająco piękna. Ku mojemu zaskoczeniu, przerażeniu i rozczarowaniu nie dzierżyła w dłoni żadnego narzędzia, którym mogłybyśmy obronić się przed niechcianym gościem, za to paliła papierosa. Podniosła wzrok i krzyknęła:
– Andrzej, jesteś, tak się cieszę! – Następnie rzuciła się w ramiona tego niewyobrażalnie wysokiego faceta.
Musiałam mieć bardzo głupią minę, bo oboje śmiali się do rozpuku. Bardzo próbowałam, ale nijak nie byłam w stanie połączyć kropek i odgadnąć. Co tu się, do jasnej cholery, wyprawia? Stałam tak i stałam, tępo się na nich gapiąc i próbując pojąć… Aż w końcu do moich uszu, a zaraz potem i mózgu dotarła informacja… Uwaga! Uwaga! Werble! Zośka przedstawiała mi swojego starszego brata Andrzeja, który na dodatek był naszym współlokatorem.
– Zajebiście, kurwa, zajebiście. Aśka jestem – powiedziałam troszkę głośniej, niż zamierzałam, i wyciągnęłam rękę w kierunku brązowookiego olbrzyma.
– Andrzej. Miło mi cię poznać, Joanno. Mimo wszystko… – Tu wymownie spojrzał na swoje ubrudzone buty.
– No cóż, chociaż komuś jest miło – burknęłam, obróciłam się na pięcie i… kolejny raz tego wieczoru zwymiotowałam. Tym razem na szczęście jedynie na podłogę, a nie na czyjeś części ciała. Tak wyglądało nasze pierwsze spotkanie. No, może niedokładnie. Lecz taką wersję wydarzeń ustaliłyśmy z Zośką i nie ma mocnych, żebyśmy ją zmieniły. A Andrzej, jak na prawdziwego dżentelmena przystało, nigdy nie wrócił do tamtej chwili.
Rano obudził mnie potworny kac. Ten fizyczny i moralny. Próbowałam posklejać fragmenty minionego wieczoru. Miałam telefon, którego numeru nikt nie znał, rodzina nie miała zielonego pojęcia, gdzie jestem. Była jesień 2006 roku, Joanna Konkel – ja, dwudziestoletnia zaoczna studentka na Uniwersytecie Gdańskim, pracownica McDonalda, współlokatorka Zofii… Jestem w jej mieszkaniu… „Okej, nie jest tak źle” – pomyślałam. Zaczynam nowe życie, to jest świetny początek. Niezależna, młoda, ambitna kobieta…
– KURWA! – Wyrwało się z mojej piersi, zdecydowanie głośniej, niż planowałam. Przypomniałam sobie wszystko. Wymiotowanie, groźby karalne kierowane do Andrzeja, wyzwiska i moje dość chamskie zachowanie…
„No, ładny początek nowego życia, nie ma co, Joanno”. – Mój wewnętrzny krytyk drwił na całego.
Zaczęłam panikować, tętno niebezpiecznie wzrosło, oddech stał się krótki i płytki. Głowa bolała sto razy bardziej niż ledwie parę minut temu. Chciałam wstać i uciec. Na chęciach się skończyło. Po pierwszym kroku, potykając się o swoją torbę, przewróciłam się i zahaczyłam o lustro, które – a jakże – rozbiłam w drobny mak.
