Gruzińskie wino - Anna Pilip - ebook + audiobook
BESTSELLER

Gruzińskie wino ebook i audiobook

Anna Pilip

4,1

255 osób interesuje się tą książką

Opis

Miłosne rozterki, górskie widoki, zapach kolendry… Czy da się pogodzić codzienność z pragnieniami?

Kiedy Ana, trzydziestoletnia rozwódka, niespodziewanie dostaje propozycję wyjazdu służbowego do Tbilisi, w pierwszej chwili ma ochotę odmówić. Gruzja była dotychczas jej azylem, pachnącą kolendrą odskocznią od codzienności, a nie miejscem na biznesowe kolacyjki…
Wyjazd okazuje się dla Any przełomowy. Poznaje atrakcyjnego Timara. W wyniku dramatycznych wydarzeń trafia do szpitala, gdzie pojawia się brązowooki Giorgi – lekarz, który ratuje jej życie. Ana ma rozdarte serce. Obaj mężczyźni ukrywają swoje tajemnice. Co ich spotkało wiele lat temu, kiedy w Osetii Południowej wybuchła wojna? Kogo stracili?
Oczarowanej Gruzją bohaterce los zsyła kolejne słodko-gorzkie doświadczenia. Czy popijając pyszne wino, poznając uroki wioski Uszguli i szalejąc z przyjaciółkami w Tbilisi Ana znajdzie drogę do swojego szczęścia?

„W tobie jest Gruzja, dziewczyno. Ty nie wracasz tam do domu. Tu, przy nas, jest twój dom.” Przekonaj się, czy słowa starej Gruzinki się spełnią.

Autorka, Anna Pilip , jest z pochodzenia Gdańszczanką. Od lat mieszka pod Warszawą z mężem, dwiema córkami i kotem Mańkiem. Z zawodu marketingowiec i specjalista PR w polskiej firmie kosmetycznej, prywatnie fotografka. Kocha rockową muzykę i podróże, a jej miejscem na ziemi jest Gruzja. Poczucie humoru to jej broń przed absurdami tego świata, co też skłoniło ją do pisania. „Gruzińskie wino” jest debiutem powieściowym Anny Pilip.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 388

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 45 min

Lektor: Gabriela Jaskuła

Popularność




© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2020

© Copyright by Anna Pilip, 2020

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcia na okładce: © dron285, © Ananass/AdobeStock;

© Valentyna Smordova/123rf.com

Zdjęcie Anny Pilip: © archiwum rodzinne Autorki

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Daria Paulina Domachowska

Korekta: Magdalena Balcerzak

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2020

ISBN: 978-83-66503-46-5 (EPUB); 978-83-66503-47-2 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Mojemu mężowi – Pawłowi

Za to, że jest, kocha, trwa, wspiera i akceptuje.

Każdego dnia.

Zosi i Hani – najlepszym córkom,

dzięki którym moje

PROLOG

WARSZAWA, MARZEC 2018

– Ana, nie ma innej opcji. Jesteś jedyną osobą, która może tam pojechać – głos szefowej brzmiał stanowczo jak nigdy. Zrobiło mi się słabo...

– Aaaaleee... – jęknęłam, wiedząc, ile będzie mnie to kosztowało, jeśli odmówię. Z Karoliną nie było żartów. Gdy się na coś uparła, wtedy, choćby się waliło i paliło, musieliśmy zrobić wszystko, żeby spełnić jej wolę.

– Nie ma żadnego „ale”. Marta i Anastasia są w ciąży, Olga złamała nogę, a Aśka leci jutro do Tunezji. Połowa działu na targach. Zrozum, to wizyta handlowa, połączona z misją gospodarczą. Jedzie jakiś minister czy inny wiceminister. No musi tam być ktoś z marketingu, bo Artur sam sobie rady nie da – cierpliwość Karoliny była już na wyczerpaniu.

– Aaaaaleee... Przecież ja siedzę w digitalu, kampanie robię... Karolina, no błagam cię – co ja zrobię z dziewczynkami przez tyle dni?! – sama myśl o tym, że będę musiała skontaktować się z Tomkiem, żeby się nimi zajął, wywołała nerwowy skurcz w żołądku.

– Dasz radę. To tylko pięć dni. No i to przecież twoja ulubiona Gruzja. Artur z tobą pojedzie, ogarnie warunki handlowe. No, to dogadane – dodała pewnym głosem, obróciła się na pięcie i wyszła.

Świetnie. Po prostu re-we-la-cyj-nie. Pięć dni poza domem. Pięć dni w Gruzji. Gruzji, która dotychczas, we wspomnieniach z podróży, była moją oazą, moją ostoją, miejscem ucieczki. Gdzie już w kolejnym dniu po mojej sprawie rozwodowej piłam wino, siedząc na uszgulskim wzgórzu, a łzy rozmywały mi widok na Kaukaz. Gruzji, którą kocham, ale w której nigdy nie byłam służbowo. Wróć: ja NIGDY I NIGDZIE nie byłam służbowo! Siedzę jak ten kołek w biurze i klepię tylko na kompie – kampanie, tabelki, kreacje, kontent, lendingi, posty, optymalizacje... Zamknęłam oczy i natychmiast ujrzałam pejzaż roztaczający się ze wzgórza w Omalo. Tuszetia. Cisza, spokój, zieleń, zapach krów, brak prądu... Ech, ale nawet jeśli tam teraz pojadę, to nie uda mi się wyskoczyć w góry. Co najwyżej na biznesową kolację gdzieś w Old Tbilisi... Dobre i to. Tylko, jasna cholera, jak to ogarnąć?! Co z dziewczynkami?

To mnie Karolina załatwiła!

*

– Cześć, Tomek... Przepraszam, że dzwonię o takiej porze, ale mam sprawę... – zaczęłam nieśmiało, nie bardzo wiedząc, jak się do tego zabrać.

– Co znowu? Ortodonta? Kasa na zieloną szkołę? Co jeszcze wymyślisz? – mój były mąż nie owijał w bawełnę. Właściwie to nic dziwnego – od kiedy odszedł, nasze kontakty ograniczały się właśnie do takich tematów.

– Nieee, nie chcę żadnej kasy – wzięłam głęboki oddech. – Wyjeżdżam służbowo. Potrzebuję, żebyś zajął się dziewczynkami od niedzieli. Przez tydzień. Mama nie może – wyrzuciłam z siebie, biorąc duży haust wina i marząc, aby mieć już tę rozmowę za sobą.

– Oszalałaś? Tydzień?! – najwyraźniej Tomkowi myśl o spędzeniu kilku dni z własnymi dziećmi, poza nakazanymi przez sąd wakacjami, nie mieściła się w głowie. – Czy ty już zapomniałaś, że Patrycja jest w ciąży? Przecież to się może odbić na dziecku! – dodał, a we mnie się zagotowało.

– Odbić na dziecku?! Obecność dwójki twoich dzieci? Zresztą, przepraszam cię bardzo, niby cóż takiego szkodliwego miałyby zrobić? Że zapytają „panią ciocię”, dlaczego tatuś już z nami nie mieszka? Porysują jej idealnie czyste białe ściany? Niech się przyzwyczaja! I do trudnych pytań, i do bałaganu w domu, bo dzieci to nie tylko zabaweczka do pokazywania na Instagramie, ale przede wszystkim obowiązek! I tobie też o tym przypominam! – wrzasnęłam, dysząc ciężko. Prawdę mówiąc, dziś chyba po raz pierwszy od chwili, kiedy ponad dwa lata temu odkryłam blond kłaki w jego samochodzie, emocje wzięły górę. Z godnością zniosłam wyznanie winy, podział majątku, rozwód. Potem uszczypliwe uwagi, jak to nagle po rozwodzie schudłam, i że już prawie wyglądam jak człowiek. Ale nigdy, przenigdy nie pozwolę mu tak traktować naszych dzieci. Tym razem przegiął.

Cisza w słuchawce była wymowna. Najwyraźniej próbował przetrawić mój wybuch. W końcu usłyszałam ciche westchnienie i słowa, dzięki którym odetchnęłam z ulgą.

– No dobrze. Przywieź je w niedzielę wieczorem. Ale pamiętaj, w sobotę masz je odebrać – dodał tym swoim nie znoszącym sprzeciwu tonem. Pan i władca. Kiedyś, wcześniej, uległabym mu. Ale nasza relacja znajdowała się na szczęście już na innym etapie.

– Odbiorę je w niedzielę. Będę musiała odespać podróż! – rzuciłam na pożegnanie i odłożyłam słuchawkę, nie czekając na ciąg dalszy tych wątpliwych uprzejmości. Najwyraźniej w końcu, po latach, nabrałam odwagi, żeby mu się przeciwstawić.

CZĘŚĆ PIERWSZA – GRUZJA
ROZDZIAŁ PIERWSZY

KWIECIEŃ 2018

Jedyne, czego nie znosiłam w podróżach do Gruzji to tych idiotycznych godzin lotów. Wylot o 23:00 (wiecznie opóźniony), lądowanie w Tbilisi w najlepszym wypadku o 5:00 rano, po nieprzespanej nocy. Doprowadzało mnie to do szału! Na myśl, że jeszcze tego samego dnia mam prowadzić trzygodzinne szkolenie dla dystrybutora i farmaceutów, mój żołądek zamienił się w supeł. Po tbiliskim lotnisku, które było mi chyba bardziej znajome niż rodzime Okęcie, szłam niczym automat. Który to już mój pobyt w Gruzji? Piąty? Szósty? Artur dreptał za mną bez słowa, ciągnąc bagaż.

– Gamardżoba – przywitałam się z taksówkarzem. Wsiedliśmy do auta, po czym przeszłam na mój łamany rosyjski, podając adres hotelu. Przymknęłam oczy, kiedy sunęliśmy obwodnicą w stronę centrum. Tbilisi. Moje miasto. Kochałam jego energię, nieustannie urzekały mnie jego kontrasty. Odmalowane fasady kryjące biedne podwórka. Super fury przejeżdżające aleją Rustawelego i siedzący w cieniu budynków żebracy. Uwielbiałam dzielnicę żydowską, gdzie mieszkała moja gospodyni Bella. Zapach chaczapuri sprzedawanych w przydrożnych budkach, dźwięk klaksonów i widok uciekających z duszą na ramieniu pieszych, próbujących przedostać się z jednej strony ulicy na drugą. I ta gruzińska radość bycia, poczucie wolności i przekonanie, że nic nie muszą, bo lari jakoś same się zarobią...

Zdrzemnęłam się chyba, bo kiedy otworzyłam oczy, staliśmy już pod Marriottem. No, przynajmniej w tej kwestii Karolina się postarała – jeszcze nigdy nie mieszkałam w Tbilisi w takich warunkach. Zdecydowanie wystarczał mi pokój u Belli, która, z gospodyni poleconej przez znajomego znajomych, szybko stała się moją serdeczną przyjaciółką. Uśmiechnęłam się pod nosem, planując skrycie małe wagary od obowiązków służbowych i odwiedziny u starej zaprzyjaźnionej Gruzinki. W końcu to tylko kilkaset metrów stąd... Bardzo się za nią stęskniłam.

– Pięćdziesiąt lari – bez mrugnięcia okiem wysapał gruby Gruzin.

– Ile?! – oburzyłam się szczerze. – Żeby pan już dzisiaj nie musiał pracować? – dodałam z lekkim sarkazmem, podając mu dwudziestkę.

– Spasiba – mruknął naburmuszony, a boy hotelowy już zabierał walizki, prowadząc nas do foyer.

„No, to czas na kolejny rozdział historii pt. Ana w Gruzji” – pomyślałam, marząc już tylko o prysznicu i mocnej kawie.

*

– To była wspaniała prezentacja, pani Ano. Jestem zachwycony – uściskowi dłoni wiceministra towarzyszyło głębokie, przeszywające spojrzenie małych, sprytnych oczu. – Wierzę, że będzie to dla państwa doskonały początek podboju gruzińskiego rynku. A tymczasem zapraszam panią na dzisiejszą kolację w ambasadzie... Mam nadzieję, że się tam zobaczymy? – dodał prawie szeptem, najwyraźniej licząc przynajmniej na dłuższą rozmowę.

„O nie, o nie, o nie! Żadnych ministrów! Żadnej polityki!” – pomyślałam, zastanawiając się gorączkowo, jak wykręcić się od tego mało atrakcyjnego obowiązku. Niestety, zanim zdążyłam wymyślić wiarygodną wymówkę, do akcji wkroczył Artur.

– Oczywiście, panie ministrze! – zareagował z entuzjazmem w głosie. – Będziemy z Aną punktualnie o 20:00. Serdecznie dziękujemy za zaproszenie – dodał, a uszczęśliwiony pan Kwiatkowski ruszył dalej z rządową delegacją.

Cudownie. Nieźle się urządziliśmy. A planowałam taki miły wieczór. Wycieczka kolejką na ruiny Narikala i wieczorne oglądanie panoramy Tbilisi, winko ze starymi znajomymi... Perspektywa zasłużonego odpoczynku rozmyła się jak fale rzeki Kury. Zamiast pysznej kolacji w knajpce Mamuki będę musiała brylować na oficjalnym przyjęciu. Przed kolacją w ambasadzie udało mi się przynajmniej wyskoczyć z krótką wizytą do Belli. Ze spojrzeniem pełnym poczucia winy stanęłam w progu. Ostatnie dwa dni były tak intensywne, że odwiedziłam ją tylko raz, i to zaledwie na dziesięć minut. Kiedy sięgałam już do dzwonka, układając w głowie mowę z przeprosinami, drzwi gwałtownie otworzyły się i wpadłam prosto w ramiona mężczyzny. Zdążyłam jedynie zarejestrować, że nawet całkiem przystojnego.

– Aua! – wrzasnęłam, uderzając głową w futrynę. – Jasna cholera! – zaklęłam w ojczystym języku, rozmasowując szybko rosnącego guza na czole.

– Bodishi – usłyszałam w odpowiedzi, a gość, nie oglądając się za siebie, wybiegł z domu po schodach.

– Najmocniej cię przepraszam! – zaniepokojona Bella w pośpiechu wyłoniła się z wnętrza. – To mój siostrzeniec, Timar. Mieliśmy trudną rozmowę... Zazwyczaj jest całkiem dobrze wychowanym młodzieńcem... – dodała wesoło, płynnie przechodząc z rosyjskiego, który ledwie rozumiałam, na idealny angielski (efekt wielu lat pracy w charakterze tłumacza).

– Nic nie szkodzi, Bello. Wygląda na to, że musieliście się mocno nie zgodzić... – odparłam, wkraczając do znajomej kuchni. Moja przyjaciółka jedynie westchnęła w odpowiedzi. – Swoją drogą, znamy się już od tylu lat, a ty nigdy nie wspomniałaś, że masz siostrzeńca... W dodatku całkiem przystojnego, jak zdążyłam zauważyć.

– Nie wspominałam, bo nie było o kim – ucięła krótko, najwyraźniej nie chcąc kontynuować tematu, po czym ruszyła w stronę kuchni.

Za każdym razem, kiedy ją odwiedzałam, najchętniej przesiadywałam właśnie tutaj. Uwielbiałam przyglądać się, jak zagniata ciasto na chaczapuri, jak zręcznymi palcami zawija sakiewki chinkali, przygotowuje moje ulubione bakłażany lub śmietanowo-czosnkowy sos do kurczaka czkmeruli. W jej kuchni zawsze smakowicie pachniało, a po każdej wizycie wychodziłam przynajmniej z kilogramem nadbagażu zmagazynowanym w żołądku.

– Znowu schudłaś, Aniczka – jakby czytając w moich myślach, Bella otaksowała mnie wzrokiem, po czym wyjęła płaski gruziński chleb i zaczęła go kroić na małe kawałki.

– Oj Bello, ostatnio nie mam kiedy zjeść, to fakt. Praca, dom, dziewczynki... Czasem w okolicy dziesiątej wieczorem łapię się na tym, że moim ostatnim posiłkiem było w pośpiechu złapane śniadanie. Ale nie martw się, w Gruzji szybko nadrabiam te straty – uśmiechnęłam się lekko, nakładając odrobinę lobio. Jak nie lubię fasoli, tak ta w wykonaniu Belli zawsze smakowała wyśmienicie.

– Wiem, moja droga, wiem. Zamierzam cię nieco odkarmić. Do kiedy zostajesz? – zapytała z nadzieją w głosie, licząc, że w końcu porządnie się nagadamy, jak za starych lat.

– Niestety, mam złą wiadomość – odparłam smutno. – Jeszcze tylko dzisiejsza oficjalna kolacja, jutro cały dzień szkoleń i w nocy lecimy z powrotem. Ale nie martw się, jak dobrze pójdzie, za trzy miesiące znów tu zawitam. Tym razem prywatnie, z dziewczynkami. Są już na tyle duże, że mogą wreszcie poznać trochę tę moją magiczną Gruzję – dodałam z uśmiechem pełnym nadziei, w wyobraźni widząc hasającą na plaży w Kobuleti Helenkę i zaczytaną pod parasolem Ninę.

– No dobrze, dobrze... To na lato będziecie u mnie. Wspaniale! – Bella już w myślach zaczęła planować mój pobyt. Uwielbiałam ją za to. Będąc u niej, o nic nie musiałam się martwić. – A tymczasem opowiadaj, co u ciebie... – zagaiła, zagniatając ciasto na moje ulubione chinkali. Popijając aromatyczną gruzińską herbatę, zaczęłam relacjonować ostatnie miesiące.

*

Tak jak podejrzewałam, kolacja w ambasadzie ciągnęła się jak flaki z olejem. Artur brylował w polityczno-biznesowym środowisku, ja zaś, zabawiana przez żony i partnerki tychże polityków i biznesmenów, zanurzałam się w zawiłości relacji i obyczajów moich rozmówczyń. I choć wszystkie były naprawdę urocze, a z każdą kolejną opowieścią dowiadywałam się o ich życiu w Gruzji więcej niż z jakiegokolwiek przewodnika, to jednak z ulgą wykorzystałam chwilę zamieszania, żeby wyjść na balkon i odetchnąć świeżym powietrzem. Panorama miasta zachwycała mnogością świateł i dźwięków. Most Pokoju – żartobliwie nazywany „Always Ultra” ze względu na kształt, jota w jotę przypominający słynne podpaski – błyszczał w oddali pięknie podświetlony. Nad nim z jednej strony górowały kopuły Soboru Świętej Trójcy, z drugiej gigantyczna Kartlis Deda – Matka Gruzja, mieczem broniąca swojej ojczyzny, winem witająca gości. Z oddali dolatywała muzyka ludowa, zmieszana z odgłosem ukrytych w parkowych drzewach cykad. Wciągnęłam głęboko powietrze, zachłystując się atmosferą tego cudownego miasta.

– Prawda, że pięknie, pani Ano? – usłyszałam za plecami głos, którego wolałabym w tym momencie nie słyszeć. Wiceminister dopadł mnie w mojej samotni.

– Pięknie, panie wiceministrze – przytaknęłam, licząc, że formalny ton i powściągliwość z mojej strony skutecznie go zniechęcą. Niestety, próżne były moje nadzieje. Podszedł bliżej, wyciągając rękę.

– Piotr. Proszę, mów mi Piotr – dodał, chwytając moją dłoń i składając na niej wilgotny pocałunek. Fuj.

„Niech ten wieczór już się skończy, niech ten wieczór już się skończy”, zaklinałam gorączkowo w myślach, wysuwając powoli dłoń z uścisku Kwiatkowskiego. Delikatnie odsunęłam się od niego i ponownie zastygłam, wpatrując się w panoramę miasta, ignorując jego natarczywe spojrzenie.

– Ano, mogę tak do ciebie mówić, prawda? – i nie czekając na potwierdzenie, perorował dalej. – Ano, zachwyciłaś mnie od pierwszej chwili. Cieszę się, że firma wysłała tu właśnie ciebie i wierzę, że będę mógł wam pomóc w rozwoju... Oczywiście będzie to wymagało bliskiej współpracy między nami, rozumiesz, co mam na myśli? – nie owijając w bawełnę, podszedł bliżej, próbując objąć mnie w pasie.

Odsunęłam się jeszcze dalej, wpadając na barierkę. Miałam nadzieję, że tym samym wyraźnie dałam mu do zrozumienia, że tak bliski kontakt nie jest mile widziany. Niestety Piotr najwyraźniej nie zrozumiał aluzji. Konieczny stał się komunikat werbalny.

– Panie wiceministrze... Panie Piotrze... Piotrze... – zająkałam się cicho, gorączkowo próbując znaleźć wyjście z tej idiotycznej sytuacji i rozglądając się nerwowo w poszukiwaniu ratunku. – Przykro mi, ale tak się składa, że znalazłam się tutaj całkowicie przypadkowo. Na co dzień w ogóle nie zajmuję się handlem zagranicznym. Wierzę, że Artur będzie doskonałym partnerem do rozmów – wydukałam, wycofując się dyskretnie w stronę wyjścia. Jeszcze tylko dwa kroki, jeszcze tylko jeden... Kiedy już prawie udało mi się opuścić balkon i wrócić na salę, całkiem niespodziewanie, po raz drugi tego dnia, wpadłam w ramiona mężczyzny.

Co zaskakujące, tego samego mężczyzny...

*

– Dobry wieczór pani... O, witaj Piotrze – przywitał się po angielsku, po czym, gruzińskim zwyczajem, objął i pocałował wiceministra w policzek. – Przedstawisz mnie swojej uroczej towarzyszce? – dodał, wpatrując się intensywnie w moje oczy.

– Oczywiście, Timarze – odparł kwaśno wiceminister, najwyraźniej niezbyt zadowolony z takiego obrotu spraw. – Pozwól, to Ana Starska, przedstawicielka naszej rodzimej firmy farmaceutycznej. Ano, poznaj proszę Timara Khetagurova, znajomego lekarza z tbiliskiego szpitala, który ma na koncie pewną zasługę – uratowanie mojego skromnego żywota – dokonał prezentacji Piotr, gestem dając do zrozumienia, że porozmawia sobie z Timarem później. „Nic z tego, kolego” – postanowiłam skorzystać z okazji i sprytnie wywinąć się z niechcianegotête-à-tête z wiceministrem.

– My się już na swój sposób poznaliśmy z panem Timarem – odpowiedziałam z zawadiackim uśmiechem, z radością obserwując konsternację na obliczach moich rozmówców. – Jestem winna panom wyjaśnienie, nieprawdaż? Otóż dzisiaj, kiedy przyszłam odwiedzić naszą wspólną znajomą Bellę, zaliczyliśmy dość bliskie spotkanie. Najwyraźniej pan Timar bardzo się spieszył i nie zauważył mnie w ciemnościach korytarza – zaśmiałam się cicho, dostrzegając pogłębiający się rumieniec na twarzy Gruzina.

– Mój Boże, to pani? To na panią dziś wpadłem? Pani jest znajomą mojej ciotki Belli? Najmocniej przepraszam za moje zachowanie dzisiaj po południu! – niemal wykrzyczał ze szczerym przerażeniem i skruchą, łapiąc się za głowę. Nie mogłam się powstrzymać i roześmiałam się głośno.

– Nie wiem, co pana bardziej przeraziło – czy nasze zderzenie, fakt, że byłam to ja, czy moja znajomość z pana ciocią – kontynuowałam ze śmiechem, obserwując ukradkiem tego przystojniaka. Nie powiem, było na kim zawiesić oko. Nie mam pojęcia, jakim cudem Belli udało się przez tyle lat ukrywać przede mną tak atrakcyjnego siostrzeńca. Jak na Gruzina wyjątkowo wysoki, chyba nieco młodszy ode mnie, o śniadej karnacji, z charakterystycznym orlim nosem. No Karpiel-Bułecka w ichnim wydaniu, do tego z delikatnym trzydniowym zarostem. I niech któraś z moich przyjaciółek spróbuje nadal twierdzić, że wszyscy Gruzini wyglądają tak samo. A gdzie tam! Ten egzemplarz był jedyny w swoim rodzaju i wyglądał nad wyraz dobrze. Nawet nie miał typowego dla przekarmionych kalorycznymi pysznościami i z zasady stroniących od sportu Gruzinów brzuszka. Wiceminister Kwiatkowski prezentował się przy nim jak wymoczek i chyba zdawał sobie z tego sprawę, bo nagle przygasł i jedynie obserwował wartko toczącą się między mną a Timarem rozmowę.

– Nie mam pojęcia, ale chyba jednak pani znajomość z moją ciotką przeraża mnie najbardziej – odpowiedział Gruzin, poważniejąc nagle i przyglądając mi się z uwagą. – Już się boję, co kochana ciocia o mnie naopowiadała...

– No niestety, rozczaruję pana – uśmiechnęłam się z nieco udawanym żalem. – Bella strzeże pana sekretów jak cerber. Dopiero dziś dowiedziałam się o pana istnieniu i, przykro mi to stwierdzić, na tym stopniu wtajemniczenia pozostałam – dodałam cicho, nie przerywając kontaktu wzrokowego.

– Moi drodzy, dość już tej pogawędki, musimy wracać na salę – wiceminister wkroczył do akcji, nagle jakoś dziwnie pobudzony. Najwyraźniej uznał, że sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. Złapał nas oboje pod ramię, zaprowadził z powrotem na salę i posadził przy dwóch różnych krańcach stołu, uniemożliwiając dalszą rozmowę. Niepocieszona tym faktem wróciłam do rozmowy z moimi współtowarzyszkami, jedynie raz na jakiś czas rzucając przelotne spojrzenie w kierunku Timara. Za każdym razem wychwytywał je i uśmiechał się łobuzersko, dając mi nadzieję, że ten wieczór jednak nie będzie tak nudny, jak początkowo sobie wyobrażałam.

*

Jak to było: „lepiej uważaj, czego sobie życzysz”? Miało nie być nudno? No to mam za swoje... Ale od początku...

Żony i kochanki polityków oraz biznesmenów okazały się jednak niezwykle interesującymi towarzyszkami wieczoru. Z każdym kolejnym kieliszkiem wina ich opowieści nabierały nowych kolorów, zamieniając sztywną atmosferę formalnej kolacji w nastrój typowej gruzińskiej supry. W pewnej chwili moja sąsiadka z lewej, partnerka jednego z biznesmenów, pochyliła się w moją stronę i wyszeptała:

– Droga Ano, czy możesz mi zdradzić, jak to zrobiłaś, że nasz przystojny pan doktor nie może oderwać od ciebie wzroku?

Speszyłam się nieco, nie podejrzewając, że nasze ukradkowe spojrzenia najwyraźniej wcale nie były tak dyskretne...

– Wydaje mi się, że chodzi jedynie o moją znajomość z jego ciotką. Trochę go krępuje – odparłam dyplomatycznie. – A pan doktor to stały bywalec waszych przyjęć? – starałam się odwrócić jej uwagę od naszego rzekomego flirtu, próbując jednocześnie wyciągnąć jak najwięcej informacji.

– Nie, kochana, zdecydowanie nie. Należy raczej do grupy tych zapracowanych Gruzinów, chociaż może nie uwierzysz, że tacy u nas istnieją. Ale są nieliczne przypadki i Timar to jeden z nich. Rzadko znajduje czas na bywanie w towarzystwie. Za to jego była narzeczona... Z niej to było niezłe ziółko! Aktorka, rozumiesz. Przynajmniej tak o sobie opowiadała, chociaż zagrała może w dwóch reklamach. Za to nie było przyjęcia, które by opuściła. Śliczna dziewczyna. Z łatwością uwiodła Timara. Chodzili ze sobą dobry rok, po czym zostawiła go dla rosyjskiego barona. No, miała łeb na karku, trzeba przyznać. Teraz siedzi w Moskwie, a chłopak od miesięcy najwyraźniej nie może sobie znaleźć miejsca na ziemi – dodała z westchnieniem, nie próbując nawet ukryć słabości do pana doktora, bohatera opowieści. On zaś był właśnie zajęty rozmową z jakimś starszym Gruzinem i jego równie leciwą małżonką.

Zagadane, nie zauważyłyśmy, jak towarzystwo zaczęło się ze sobą mieszać. Do naszego stołu przysiadł się nie kto inny jak „mój” wiceminister, zajmując krzesło po mojej prawej stronie. Speszona Mariza wykorzystała moment i, pod znanym wszystkim kobietom pretekstem przypudrowania nosa, zostawiła mnie samą na placu boju.

„Świetnie, po prostu cudownie” – pomyślałam, sięgając po kieliszek, który podał mi Piotr. Ten, nie tracąc czasu, przysunął się do mnie, a na szyi poczułam jego przesiąknięty winem oddech. Zrobiło mi się niedobrze.

– Ano, nie uciekaj... Naprawdę liczę na to, że będzie nam się miło współpracowało. Ja kocham Gruzję, mam tu kontakty, mogę wam wiele ułatwić... – wyszeptał mi wprost do ucha. Rzuciłam zrozpaczone spojrzenie w stronę Timara, ale on, zatopiony w rozmowie, nie zauważył mojego niemego wołania.

– Dziękuję Piotrze – westchnęłam, bawiąc się kieliszkiem. – Jak wiesz, z całą pewnością, jeśli chodzi o kwestie biznesowe, jesteśmy ogromnie zainteresowani gruzińskim rynkiem. Pamiętaj jednak proszę, że to nie ja odpowiadam za rozwój naszej współpracy. Nie chciałabym, żebyś wiązał z moją osobą jakieś nadzieje – odpowiedziałam najdelikatniej, jak umiałam, modląc się w duchu, żeby cała ta rozmowa nie skończyła się jakąś aferą polityczno-gospodarczą.

– To się jeszcze okaże, Ano – wiceminister uśmiechnął się zagadkowo. – A tymczasem, gdybyś tylko poczuła się gorzej lub po prostu miała ochotę udać się już do hotelu, szepnij słówko, chętnie cię odwiozę – dodał, a na udzie poczułam jego dłoń.

„O, twoje niedoczekanie!” – zdążyłam jeszcze pomyśleć, wstając gwałtownie od stołu, po czym świat zawirował mi przed oczami i ogarnęła mnie całkowita ciemność...

ROZDZIAŁ DRUGI

– Ana? Mrs Ana Starska? – z odmętów nieświadomości wyrwało mnie ciche nawoływanie. Gwałtownie otworzyłam oczy, po czym, porażona światłem, z powrotem mocno zacisnęłam powieki.

– Ana? Please, open your eyes, if you can hear me – usłyszałam znowu, usilnie próbując przypomnieć sobie, co to oznacza i co ja właściwie mam zrobić. „Eyes, eyes...”. A, oczy. Mam otworzyć oczy. No dobrze, raz, dwa, trzy.

„O kurwa, chyba jestem w niebie”. Pomyślałam tylko, a może powiedziałam? Nieee... Ufff, na szczęście tylko pomyślałam. Odetchnęłam z ulgą, po czym natychmiast utonęłam w intensywnym spojrzeniu najpiękniejszych czekoladowych oczu, jakie widziałam w życiu. Znalazłam w nich skupienie, zainteresowanie, dobro, mądrość i... obawę? Strach? To wszystko na raz biło z tego spojrzenia, wwiercało się do mojego mózgu, z prędkością światła przenikało każdą komórkę mojego ciała. Co to było, do cholery?

– Ana, can you hear me? Do you understand me? – głos usilnie próbował przebić się do mojej świadomości. „Understand”? Jakie „understand”? Ja nic nie rozumiem. Nic nie wiem. Nie mam zielonego pojęcia, co się ze mną dzieje. Co ja tu robię? Kim jesteś? Dlaczego na mnie patrzysz? Dlaczego ogarnia mnie taki błogostan, kiedy wbijasz we mnie swój wzrok? Nie znikaj, proszę... Bądź tu obok...

– Ana, you are in... – zdążyłam jedynie usłyszeć, po czym świat znów się rozmazał i odpłynęłam w niebyt.

*

Obudziłam się z koszmarnym bólem głowy. Właściwie to już zanim otworzyłam powieki, poczułam pulsowanie w skroniach, jakby jakiś świder wwiercał mi się do mózgu. Ostrożnie otworzyłam oczy, jak przez mgłę pamiętając szok, który przeżyłam poprzednio. Wtedy zalało mnie światło, ostre światło, a potem pojawiło się to przeszywające spojrzenie... Czy to jakiś dziwny sen? Czy to wydarzyło się naprawdę?

Tym razem światło było przygaszone, a ja leżałam w jakimś dziwnym miejscu. Białe łóżko, biała pościel, rurka przytwierdzona do mojego przedramienia...

– Cholera jasna, gdzie ja jestem? – jęknęłam głucho, mrugając szybko powiekami i próbując pozbyć się sprzed oczu tej okropnej mgły.

– O, Ana, dzień dobry! Przespałaś niemal dwadzieścia cztery godziny! – oznajmił wesoło Artur, siedzący przy moim łóżku. – Poczekaj, zawołam lekarza, a potem wszystkiego się dowiesz. Powiem ci jedynie, że obudziłaś się w samą porę! – dodał wesoło i zniknął.

– Dlaczego w samą porę? Artur, o czym ty mówisz? – wychrypiałam, próbując pozbierać te strzępki informacji i ułożyć z nich jakiś spójny i sensowny obrazek. Zawoła lekarza. Lekarz. Białe łóżko, rurka. Boli mnie głowa. Jestem w szpitalu? Ale co się stało? Próbowałam sięgnąć pamięcią wstecz. Wyjazd, Gruzja, szkolenia, rozmowy z córeczkami, Bella, kolacja u ambasadora – jak w kalejdoskopie przesuwały mi się przed oczami obrazy z ostatnich dni. Moje próby retrospekcji przerwało nagłe poruszenie na korytarzu.

– Nie, nie może pan teraz do niej wejść. Porozmawiacie później.

– Ale, panie doktorze... Ja za cztery godziny mam samolot, muszę wyjaśnić Anie... – usłyszałam błagalny ton mojego kolegi z pracy. Samolot? Za cztery godziny? Ale jak to? On chce mnie tu zostawić i lecieć sam? Lekko zdenerwowana czekałam na rozwój wydarzeń.

– Dobry wieczór, pani Ano – usłyszałam nagle słowa wypowiedziane z idealnym brytyjskim akcentem. Ten głos... Skąd ja go znam? Przyjemnie aksamitny i męski, a jednocześnie oschły i formalny. Podniosłam wzrok i po raz drugi utonęłam w spojrzeniu czekoladowych oczu. A więc to nie był sen. On naprawdę mnie wtedy wołał...

– Pani Ano, czy pani mnie rozumie? Proszę skinąć głową – skinęłam posłusznie, zahipnotyzowana energią, która przenikała od niego prosto do mojego serca. O co chodzi? Co się tutaj dzieje? Kim on jest?

Rozejrzałam się niepewnie po pokoju. Białe metalowe łóżko, stara szafka z łuszczącą się farbą olejną, stojak z kroplówką. Jakiś monitor, który wyglądał jak stary komputer Comodore sprzed dwudziestu lat... Hmm..., wyglądało na to, że rzeczywiście byłam w szpitalu. Tylko dlaczego?

Powoli zaczęły wracać do mnie wspomnienia wczorajszego wieczoru.

– Wspaniale, widzę, że powoli dochodzi pani do siebie. To teraz sprawdzimy, czy może pani mówić? – Nie. Nie mogę, za cholerę już nic w życiu nie powiem. Ja... Już nie pamiętam, jak się mówi, kiedy tak na mnie patrzysz. Albo czekaj. Powiem coś. Tylko nie odchodź.

– Chyba mogę – wychrypiałam cicho. – Ale strasznie chce mi się pić – dodałam, próbując przełknąć ślinę.

– Siostro, poproszę o wodę dla pacjentki... Dziękuję... A teraz powoli. Tak jest, małymi łyczkami – suchy ton złagodniał na chwilę – na jedną krótką chwilę, w której rozpuściłam się jak masło.

– No dobrze, pani Ano. Zanim powiem coś więcej, muszę zapytać, co pani pamięta z poprzedniego dnia? – badawcze spojrzenie powróciło, notując, że usilnie próbuję sobie przypomnieć nawet nie to, co się wydarzyło wczoraj, ale jak się w ogóle nazywam.

– Pamiętam... Pamiętam szkolenie... i Bellę – zaczęłam, powoli, stopniowo rozwiewając mgłę okrywającą wspomnienia. – Popołudnie u Belli, mojej przyjaciółki. I pamiętam, że wpadłam na doktora Timara... „Skąd ta nagła chmurność w jego spojrzeniu? Czy powiedziałam coś nie tak?”. – I pamiętam ambasadę, tak... I kolację. I wiceministra Kwiatkowskiego. I ciemność, która mnie ogarnęła, kiedy coś wypiłam. A nie wypiłam dużo... I chyba już nic więcej. Co się stało? Kim pan jest? – dodałam speszona, próbując zrozumieć choć ułamek wydarzeń wczorajszego dnia.

– Przepraszam, nie przedstawiłem się. Nazywam się Giorgi Elerdashvili i jestem pani lekarzem prowadzącym – odpowiedziało bóstwo. No to pięknie. Zaliczyłam dwóch gruzińskich lekarzy w dwa dni. Niezły wynik, jak na kogoś, kto w szpitalu był jedynie przy własnych narodzinach i porodach dzieci. A tu jeszcze do tego szpital w obcym kraju? Co ja tu w ogóle robię?

Nagle drzwi do sali otworzyły się gwałtownie i w progu stanął Timar.

– Dobry wieczór, Ano – Po czym odezwał się służbowo, zapinając w pośpiechu kitel: – Siostro, doktorze Elerdashvili, jestem już na posterunku i mogę przejąć opiekę nad pacjentką – wyrzucił z siebie na jednym wdechu, podchodząc do łóżka i chwytając za dokumentację medyczną. – Ano, jak się czujesz? Doszłaś już do siebie?

– Nie ma takiej konieczności, doktorze Khetagurov – wszedł mu w słowo drugi lekarz stojący właśnie nade mną. – Jak pan wie, pani Starska jest w doskonałych rękach. Dziękuję, może pan odejść – chłód w jego głosie oceniłabym na minus siedemdziesiąt stopni Celsjusza. Oho, ktoś tu się nie lubi.

– Ale... – próbował oponować Timar.

– Żadnego „ale”, doktorze. Jako lekarz prowadzący i pana przełożony nakazuję pani Starskiej spokój i odpoczynek, a panu, tym samym, opuszczenie sali. Jutro będzie pan mógł, zgodnie z grafikiem dyżurów, przejąć pacjentkę. A tymczasem dobranoc – najwyraźniej jego cierpliwość została już wyczerpana. Jak ktoś o tak obłędnym spojrzeniu mógł być aż tak niesympatyczny? Timar rzucił w moją stronę przepraszające spojrzenie i wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi.

– No dobrze, pani Ano, a wracając do wczorajszego dnia...

*

Od pieprzonych dziesięciu lat, codziennie – każdego cholernego wieczoru, kiedy tylko zamykam oczy i próbuję nie myśleć, zapomnieć o tym, co się dziś wydarzyło (nieważne, czy to był dobry dzień, czy znów nie udało mi się wygrać tej zabawy z Bogiem, głupiej gry w „a dzisiaj to ja Ci pokażę”) zawsze, nawet po dużej ilości wina, wciąż widzę ten sam obraz. Jest wyraźny, żywy, jakby TO wydarzyło się wczoraj, jakbym znów tam był. Te same ujęcia, jak w jakimś filmie, który ty zatrzymujesz, cofasz, powtarzasz, i tak w kółko. Zatrzymujesz, cofasz, powtarzasz. Zatrzymujesz, cofasz...

Ale nie da się tego zatrzymać. Cofnąć. Zmienić. Nie potrafię rozwiać tego dymu. Odbić huku. Przesunąć trajektorii lotu. Nie umiem... Znów płaczę, znów czuję krew na rękach. Wciąż mam za swoje... Wciąż ten sam obraz... Zaciskam pięści, gryzę je, dusząc w sobie ten krzyk. Dlaczego?!

Czarny punkt na niebie. Czarne punkty wokoło. Ruszają się, pierzchają z raniącym ucho odgłosem. Obce, nieznane twarze w moim mieście, na moich ścieżkach. Każdym ruchem zabijają moją codzienność, burzą wodę w szklance. Ten szum, krzyki, płacz dzieci, zawodzenie kobiet, jęki. Coraz głośniej, coraz ciemniej. Dym gryzie mnie w gardło. Wciska się do oczu. Łzawią. Łzy i pot – ten sierpień jest taki upalny – tworzą kolaż na mojej twarzy.

I ta jedna pulsująca myśl – GDZIE ONE SĄ? Jak do nich dotrzeć? Jak, do cholery, mam się do nich dostać?

I biegnę w tym dymie, w tym pyle. Nagle robi się bardzo ciemno. Już blisko, już tak blisko, zaraz dotrę do domu, zaraz ich znajdę... Głośno! Dlaczego jest tak głośno! Ten czarny punkt...

Upadam. Zasłaniam głowę, kulę się jak psiak kopany przez właściciela. Czekam. Wstaję. Kaszlę, przeciskam się przez gruz. Skąd ten gruz?

Dom, już tak blisko... Za blisko...

Gdzie one są? Boże, pomóż mi je znaleźć. Gorączkowo rozgarniam kamienie.

Czerwony rąbek materiału. Jest!

Znalazłem! Są!

...

Boże, dlaczego?!

*

– Ana, pssst. Mogę wejść? – w drzwiach zobaczyłam wystającą zza framugi głowę wystraszonego Artura.

– Wchodź, wchodź. Może Pan Doktor Straszny cię nie wyrzuci – wyszeptałam, próbując, przywołać go machnięciem ręki. Z marnym skutkiem, niestety – byłam okablowana niczym słup energetyczny stojący na środku pola.

– Pan Doktor Straszny? – zaśmiał się Artur, siadając na krześle przy moim łóżku. – No rzeczywiście, milutki to on nie jest. Nawet pielęgniarka powiedziała mi na boku, żebym się nie przejmował i od razu biegł po informacje do Timara. Całe szczęście, że go poznaliśmy na tej kolacji, i że udało mu się ciebie uratować. Ale on i tak nic więcej nie wie, bo Doktor Straszny jego też wykluczył. Panuje tu jakiś dziwny ban na informacje – westchnął głośno, po czym zreflektował się, że ktoś nas może usłyszeć. Ale zaraz... Usłyszeć może jeszcze tak, ale na pewno nie zrozumieć. Przecież tylko my tutaj mówiliśmy po polsku.

– Spoko, nie przejmuj się. Całe szczęście, że ja wiem, co jest grane – odpowiedziałam słabym głosem, czując, że środki przeciwbólowe powoli przestają działać. Znów kręciło mi się w głowie, jakbym dopiero co zeszła z rollercoastera.

– To mów szybko, bo za dwie godziny mam samolot – wyszeptał w odpowiedzi Artur, patrząc na mnie z niepokojem.

– Samolot? Jak to samolot? Artur! Chcesz mnie tu zostawić?! Samą?! – jeśli można nakrzyczeć na kogoś szeptem, to właśnie nawrzeszczałam na mojego uroczego kolegę. Wściekła, zacisnęłam pięści, próbując szybko ogarnąć mętlik w mojej skołatanej głowie. No pięknie. Czy on naprawdę zamierza mnie tu zostawić samą? Jak by nie było na obcej ziemi?

– Ana, muszę... Przepraszam... Karolina dzwoniła. Mamy drobne pożary do ogarnięcia w Hiszpanii, muszę tam lecieć ASAP – w jego oczach przynajmniej dostrzegłam skruchę. – Wiesz, jaka ona jest – ASAP to ASAP. Przycisnęła mnie. Powiedziała, że jesteś tu w dobrych rękach i na pewno nic ci nie będzie. Bo nie będzie, prawda? Co się wydarzyło, powiedz wreszcie!

– Stary, nie próbuj zmieniać tematu – odszepnęłam, nadal wściekła, że zostawia mnie tu samą, nie wiedząc nawet do końca, co mi jest. – Chcesz wiedzieć, co się stało? To wszystko przez naszą firmę i ten pieprzony wyjazd. Gdyby nie to, nie poznałabym tego dupka! – w końcu powiedziałam to głośno, w końcu przemogłam się, nadal nie wierząc do końca w wydarzenia tamtego wieczoru.

– Jakiego znowu dupka? – ten chłopak serio nie ogarniał, więc już nieco spokojniej, ale nadal dobitnie wypaliłam:

– Minister Kwiatkowski nafaszerował mnie jakimś ścierwem! Prawdopodobnie próbował mi wcisnąć wino z jakimś świństwem, które miało mnie odurzyć. Rozumiesz? Pechowo dla mnie, musiałam być uczulona na któryś ze składników i dlatego organizm zareagował tak gwałtownie. Zamiast reakcji jak po silnych dragach, po prostu straciłam przytomność. Gdyby nie interwencja Timara i szybka pomoc tu, w szpitalu, prawdopodobnie dostałabym zapaści – zrelacjonowałam fakty na jednym wdechu. Artur zastygł, wgapiając się we mnie z szeroko otwartymi oczami. – Gruzińska policja wszczęła już śledztwo, ale immunitet mocno utrudnia jakiekolwiek ruchy. Mało tego, o ile wiem, mój kieliszek cudownie rozpłynął się w powietrzu. Nie ma dowodów, nie ma winnego. Można więc powiedzieć, że nasz drogi Piotr jest całkowicie bezkarny – dodałam cicho, czując narastające pulsowanie w skroniach. Nadal nie mieściło mi się w głowie, że ktoś na takim stanowisku mógł tyle ryzykować... Żeby podstępem ściągać sobie laskę do łóżka! A może wydawało mu się, że niewiele ryzykuje? Może nie byłam pierwsza i wcześniej uchodziło mu to na sucho. Tylko tym razem coś poszło nie tak...

– Tak mi przykro, Ana. Co teraz? Cholera, naprawdę nie mogę tu z tobą zostać! – biedny Artur plątał się w słowach, z nerwów zaczął obgryzać kciuka. Trzepnęłam go w rękę.

– Nie wiem, jak długo będę musiała zostać, ani jakie skutki będzie miało to zatrucie dla mojego organizmu. Szpital już kontaktował się z moją rodziną. Całe szczęście Tomek stanął na wysokości zadania i zajmie się dziewczynkami. Ale na pewno kilka dni tu jeszcze pobędę, chcą mnie dokładnie przebadać. Dam radę. W razie czego będę dzwonić. Poinformuj tylko kadry, żeby ogarnęły kwestię ubezpieczenia. A teraz leć już – w przenośni i dosłownie. Jestem zmęczona, muszę się przespać, ok?

– Ok, Ana. Wrócimy do tego tematu. Zadzwonię jutro, a póki co zostawiam ci twoje rzeczy i coś do jedzenia – wydukał mój kolega, nadal nie mogąc wyjść z szoku po informacjach, które mu zaserwowałam.

– Dzięki, trzymaj się. I przekaż Karolinie, że póki co jestem na zwolnieniu... A potem nie wiem, jak to zrobi, ale należą mi się od firmy dłuuuugie wakacje – uśmiechnęłam się blado i zamknęłam oczy.

*

Następny poranek powitał mnie kolejną falą pulsującego bólu głowy. „To mnie załatwił, drań” – zdążyłam pomyśleć, kiedy rozdzwonił się leżący na nocnej szafce telefon.

– Cześć, mamo, jak się czujesz? – głos mojej starszej córeczki potrafił rozjaśnić najbardziej pochmurny dzień.

– Cześć, Myszko! W porządku, coraz lepiej. Czymś się zatrułam, ale już powoli mija. Jeszcze kilka dni i wrócę do domku, wiesz? „Uhm... Dobra mina do złej gry to podstawa” – pomyślałam w duchu.

– To dobrze, mamo, bo wiesz... – zawiesiła głos, a ja wstrzymałam oddech. – Bo wiesz, tu nie jest wcale tak źle. Tata robi, co może, dobrze się nami opiekuje. Nawet sobie radzi, kiedy Helka pyta o ciebie każdego wieczoru przed zaśnięciem. Ale pani Patrycja, kiedy myśli, że nie słyszę, mówi mu, że ma już dość tych bachorów. I żeby się ich pozbył, bo ona nie może mieć stresów w ciąży. O tych bachorach to chyba o nas, wiesz? – w głosie Ninki słychać było łzy. Moje serce pękło na milion kawałków.

– Kochanie, pani Patrycja nie powinna tak o was mówić. Nawet gdybyś miała tego nie usłyszeć. Bardzo mi przykro. Porozmawiam z tatą...

– Nie, mamo! Proszę! Nie mów mu nic! Błagam! – autentyczne przerażenie Niny powstrzymało mnie przez słowami, które cisnęły mi się na usta. No pięknie! Bachory. Jak ona może tak mówić o moich małych księżniczkach? Ninka – taka spokojna, ułożona, zamknięta w sobie. No wiem, że Helena potrafi dać popalić. Taki temperament. Ale przecież ona nie ma nawet jeszcze trzech lat! Ja chyba wytargam Patrycję za te jej tlenione kudły!

„Wróć. Nie zrobię krzywdy kobiecie w ciąży. Boże, biedne będzie to dziecko... Taka matka” – zamyśliłam się, zapominając o rozmowie z Ninką. Milczenie po drugiej stronie słuchawki było wymowne.

– Miśka! Ok, już jestem. Przepraszam. Zróbmy tak: ty będziesz dzielna i będziesz się ładnie opiekować Heleną, a ja zrobię wszystko, żeby jak najszybciej do was wrócić, dobrze? – zapewniłam pospiesznie, modląc się w duchu, żebym mogła sprostać tym zapewnieniom.

– Dobrze, mamo. Ale nie powiesz nic tacie? Obiecaj! – moja starsza córka nie dawała za wygraną. Westchnęłam głośno.

– Obiecuję. Nin, muszę kończyć, bo właśnie przyszedł pan doktor. Ok? Kocham was!

– My ciebie też. Hela macha łapką i przesyła ci buziaki.

– Paaa! – odłożyłam słuchawkę i uśmiechnęłam się do Pana Doktora Strasznego, który stał już przy moim łóżku i przeglądał wyniki badań. – Gamardżoba! – przywitałam się po gruzińsku, próbując choć trochę przełamać lody. Spojrzał na mnie tymi swoimi cudnymi czekoladowymi oczami i już, już prawie znów się w nich zagubiłam, kiedy na ziemię sprowadził mnie chłodny błysk i zmarszczone gniewnie brwi. Aua, prawie namacalnie poczułam twarde lądowanie z dużej wysokości. „Pięknie. Zapamiętać: Pan Doktor Straszny dziś znów nie w humorze” – zacisnęłam dłonie na kołdrze.

– Mrs Starska, nie będę owijał w bawełnę. Wyniki nie są najlepsze – popatrzył na mnie w skupieniu, po czym szybko odwrócił wzrok, wskazując palcem na kartę badań. „Świetnie, cudownie wręcz. Dobij mnie jeszcze bardziej” – pomstowałam w myślach. – Wygląda na to, że narkotyk dość mocno nadwyrężył pani wątrobę. Musimy panią trochę poobserwować i podać leki regenerujące.

– Co to oznacza, panie doktorze? I czy może mieć to związek z moimi bólami głowy? – zapytałam cicho, tracąc resztki dobrego humoru.

– Ma pani bóle głowy? Jak silne? – spytał z powagą w głosie, jeszcze raz spoglądając na dokumentację.

– Dosyć silne. Powiem szczerze: nigdy mnie tak głowa nie bolała – odpowiedziałam, masując skronie. Na moim stoliku znów rozdzwonił się telefon. Zdjęcie Tomka wypełniło ekran. Odrzuciłam połączenie, próbując skupić się na rozmowie z lekarzem.

– Mrs Starska, musimy w takim razie... – telefon zadzwonił po raz drugi. Ponownie odrzuciłam połączenie. – Musimy rozszerzyć diagnostykę o... – kontynuował doktor. Trzeci raz to samo. Cholera jasna, co się dzieje?

– Przepraszam, panie doktorze, proszę dać mi chwilkę. – Odebrałam telefon i usłyszawszy już na samym wstępie wypowiedziane podniesionym tonem słowa: „Ana, do cholery, co ty sobie wyobrażasz? Myślisz, że będziesz siedzieć na wakacjach w tej swojej Gruzji do usranej...”, z zaciśniętymi zębami wydukałam: „Nie mogę teraz rozmawiać, mam konsultację z lekarzem” i rozłączyłam się, wyłączając całkowicie telefon.

Tego było już za wiele. Za dużo, żeby to unieść... Łzy pociekły mi po policzkach dwoma wąskimi strumieniami.

Nina. Bachory. Wątroba. Bóle głowy. „Wakacje” w Gruzji. Bezwiednie zacisnęłam dłonie na kołdrze, próbując oddychać miarowo, ale potrafiłam wydobyć z siebie jedynie cichy szloch.

– Ano... – usłyszałam nagle nad sobą i poczułam dotyk czyjejś dłoni na ramieniu. Jak przez mgłę zarejestrowałam, kto do mnie mówi. Ten ciepły ton. I zwraca się do mnie po imieniu? Co się stało naszemu Doktorowi Strasznemu? Podniosłam głowę, skierowałam na niego załzawione oczy i po raz kolejny utonęłam w tym spojrzeniu. Jak on to robi?

– Hm, pani Ano... – poprawił się szybko, cofając rękę, a ciepłe iskierki zaczęły znikać z jego oczu w ekspresowym tempie.

– Przepraszam, panie doktorze. Dzwonił mój były mąż. Moje córeczki... – westchnęłam, wciąż zaciskając dłonie na kołdrze. – Ja... Mnie nie powinno tu być. Muszę wrócić do dzieci, do mojego życia w Polsce, a nie leżeć tutaj jak kłoda, nie wiedząc, co mi jest i co ze mną będzie.

– Rozumiem – usiadł obok, patrząc na mnie w skupieniu. – Pani Ano, robimy co w naszej mocy, żeby wróciła pani do domu w dobrym zdrowiu. Ale żeby tak się stało, musimy rozszerzyć diagnostykę. To, niestety, potrwa jakiś czas.

– Jakiś czas? To znaczy jak długo?

– Nie jestem pewien. Kilka dni, może tydzień. Może nawet dłużej. Musimy zrozumieć, jakie spustoszenie w pani organizmie wywołał ten narkotyk, a właściwie ta trucizna. I musimy upewnić się, że może pani bezpiecznie wrócić do Polski – tłumaczył mi wszystko jak dziecku, spokojnym i rzeczowym tonem.

– Panie doktorze, ale... Ale ja nie mogę. Muszę jak najszybciej wrócić do moich córek! – prawie krzyknęłam, czując, jak niemoc zaciska mi gardło.

– Czy córki nie mają zapewnionej opieki? – zapytał, unikając mojego wzroku.

– One... One są tam niechciane. Ich ojciec ma nową rodzinę... – zamilkłam, patrząc tępo przed siebie. Ta sytuacja mnie przerosła.

– Pani Ano... Zrobimy... To znaczy zrobię wszystko, żeby mogła pani stąd wyjechać jak najszybciej. Zdrowa. Ale muszę być pewien, że nic pani nie jest – zawiesił głos, jakby chciał coś dodać, po czym szybko nakreślił w karcie kilka słów. – Spotkamy się na jutrzejszym obchodzie. A tymczasem proszę odpoczywać. Do widzenia.

Wyszedł, a ja poczułam na policzku powiew wiatru i zapach tbiliskiej wiosny. Zatonęłam w niewesołych myślach. Ten pobyt miał wyglądać zupełnie inaczej. Miałam spełnić obowiązek wobec firmy, naładować baterie, oderwać się choć na chwilę od szarej codzienności, od pełnego powtarzalnych czynności życia samotnej matki, porzuconej kobiety z dwójką dzieci, która swój wolny czas dzieliła pomiędzy prasowanie, sprzątanie i ogarnianie zakupów. A tymczasem leżę pod kroplówką, mając w pespektywie kilka dni uwiązania do szpitalnego łóżka, i myślę tylko o tym, że w tym czasie moje małe córeczki – odtrącone i nieszczęśliwe – mieszkają z tatą, który najchętniej siłą ściągnąłby mnie z powrotem do Polski, byleby tylko natychmiast zwolnić go z rodzicielskiego obowiązku. A do tego lekarz zachowuje się, jakby przydzielono mu mnie za karę, jakby leczenie mnie było dla niego udręką. I ta świadomość, że tak niewiele brakowało... Że przecież gdyby nie reakcja alergiczna na to świństwo, Kwiatkowski mógłby zrobić ze mną, co tylko by chciał... Tak, wiem dobrze, że cudem tego uniknęłam... Pytanie, jaką cenę przyjdzie mi za to zapłacić?

*

Mówią, że Gruzini są weseli. Jakby zawsze byli szczęśliwi. Że jak nikt na świecie afirmują życie i cieszą się swoim pięknym krajem, otrzymanym w prezencie od samego Boga. Tym losem wygranym na loterii, wyszarpanym z rąk Wieczności kawałkiem Raju – krainą winem płynącą.

Wygranym losem? Czyżby tym samym losem, który na ten piękny kraj – na jego majestatyczne góry i romantyczne doliny Osetii, srebrzyste strumienie i kręte ścieżki, na ten urokliwy fragment Sakartwelo – zesłał bomby i pociski? Ten sam los, który w kilkanaście gorących sierpniowych dni prawie dwieście gruzińskich dusz wysłał w zaświaty – dla samego kaprysu nakarmienia wojennego potwora?

Czy może być pogodnym ktoś, kto w jednej minucie stracił wszystko, co kochał, wszystko, co nadawało sens jego życiu? Kto stracił wewnętrzną iskrę i stał się wydmuszką?

Czasem, kiedy idę korytarzem, słyszę te urwane szepty: „Widać, że coś mu się nie spodobało”, „Ten jego oschły ton”, „Leili znów się oberwało”, „A słyszałaś, co powiedział do samego dyrektora?”. Wzruszam tylko ramionami. Nie płacą mi za to, żebym był wesoły i miły. Mam być skuteczny. Skoro już tu jestem, muszę robić swoje. Najlepiej jak potrafię. Inaczej Anioł Śmierci wygra.

Wtedy mnie zabrakło. Spóźniłem się. Te cholerne dziesięć minut odmieniłoby wszystko. Dziesięć minut spędzonych na próbie udowodnienia Jemu, że umiem lepiej, że uratuję kolejne życie, że wygram z Nim. Chciałem móc powiedzieć: „Zobacz, znów cię przechytrzyłem! Znów udało mi się dokonać niemożliwego! On przeżył!”.

Gdyby tylko nie ta moja buta, pycha i pewność siebie... Co z tego, że go uratowałem? Teraz oczy tego dzieciaka prześladują mnie każdego dnia. Gdybym wtedy odpuścił walkę, nie próbował za wszelką cenę być górą, na pewno bym zdążył. Ostrzec, osłonić, wyprowadzić ich... Albo przynajmniej zginąć razem z nimi...

Wydawało mi się, że uda mi się Go pokonać, że przypiszę sobie kolejną uratowaną duszę.

Ale 8 sierpnia 2008 roku to On jednak wygrał.

2:1 dla Niego.

A ja mogłem tylko bezsilnie patrzeć, jak z ich oczu ulatuje życie.

I już nigdy nie odkupię tej winy.

ROZDZIAŁ TRZECI

Druga doba w szpitalu. Popołudniowa cisza wypełnia przestrzeń. Od niechcenia przeglądam fejsa, próbując zająć umysł problemami moich przyjaciółek. Złośliwa teściowa, zalane mieszkanie, wyprzedaż ciuchów, zepsuty samochód, nabór do przedszkola, niesłowna niania, nowe sukienki, awaria pralko-suszarki, remont łazienki, wysypka, problemy w pracy – każda z nas z czymś walczy, każda ma swój kawałeczek pola do zaorania. Wstaje codziennie i od nowa chwyta za pług. Póki jest w stanie. Heroiny XXI wieku.

Mój kawałeczek pola sprowadzał się aktualnie do pokoiku o wymiarach 2 × 3 m (dzięki Ci Boże, że nie muszę z nikim dzielić sali!), sterty gruzińskich gazet przyniesionych przez Artura (uhm, jakbym rozumiała choć odrobinę z ich alfabetu), pozostawionych w Polsce córek (moje kochane, dzielne robaczki), setki nieodpowiedzianych maili („na zwolnieniu jestem..., nie dziś..., jutro, jutro im odpowiem...”), bólu głowy (przytłumionego nieco magicznymi pigułkami przepisanymi przez Doktora Strasznego) i niewesołych myśli (na to nie ma lekarstwa). O fochach byłego męża, jego jędzowatej konkubinie, braku możliwości udowodnienia winy wiceministrowi, złych wynikach badań, srogim lekarzu o czekoladowych oczach i samotności nie wspomnę.

Stop.

Nie rozklejamy się, Ana. Raz, dwa, trzy! Zobacz, Kasia podejrzewa chłopa o romans. Ma gorzej.

Yyy, wróć. Mój miał romans. I zostawił mnie. Chyba jednak ja mam gorzej...

– Ana, gamardżoba! – z czeluści czarnych myśli wyrwał mnie wesoły głos. W progu stał przystojniak w lekarskim kitlu. W jego ciemnych oczach żarzyły się iskierki radości.

– Timar? Znaczy, doktorze Khetagurov. Dzień dobry! – uśmiechnęłam się blado, wciąż jeszcze zafrasowana listą faktów składających się do kupy w jedno zdanie: „Jestem chora, nieszczęśliwa i sama w obcym kraju”.

– Mówmy sobie po imieniu, dobrze? Mam wrażenie, jakbyśmy znali się od lat! Pięknie wyglądasz – rzucił od niechcenia, dla odmiany rozbawiając mnie prawie do łez. O ironio! Że niby pięknie wyglądam! Jakim cudem? Potargana, bez makijażu, w piżamie (dzięki, Artur, za walizkę), z opuchniętymi od płaczu oczami. Gdzie tu piękno?

– Yyy... No dobrze, Timar. To teraz ja cię o coś poproszę. Nie czaruj, bo i tak ci nie uwierzę. Ale dobrze, że jesteś. Opowiedz mi koniecznie, co dokładnie wydarzyło się dwa dni temu i jak wygląda obecnie mój stan – poprosiłam poważnym tonem, próbując zignorować wesołe spojrzenie chłopaka.

– To doktor Elerdashvili nie opowiedział ci wszystkiego? – spytał zdziwiony, siadając obok mojego łóżka i przeglądając od niechcenia kartę choroby.

– No coś tam mi powiedział, ale wciąż mam wrażenie, że niewiele wiem – odparłam. – Chyba wiesz lepiej niż ja, że pan doktor do wylewnych nie należy.

– No nie... – zaśmiał się Gruzin. – Od roku, od kiedy jestem tutaj na stażu, ani razu nie odezwał się do mnie w sprawie innej niż zawodowa. Ani razu mnie nie pochwalił, chociaż, wierz mi, mam na koncie kilka udanych operacji, za to krytykę słyszę przynajmniej trzy razy dziennie. I ten jego wzrok. Czasem mam wrażenie, że żałuje, że w ogóle tu jestem – westchnął, wypowiadając ostatnie zdanie nieco poważniejszym tonem. Trudno było nie zauważyć, że brak szacunku ze strony starszego kolegi najwyraźniej bolał Timara.

– No, ale mieliśmy mówić o tobie. Ja ani trochę nie żałuję, że tu jesteś. Chociaż przyznam, że wspomnienia tamtego wieczoru wolałbym jednak wymazać z pamięci. Nieźle cię załatwił ten gnojek!

– Co się wtedy wydarzyło? Ja pamiętam... chyba nic. Czarna dziura. Próbowałam odtworzyć cokolwiek z pamięci, ale nie potrafię. Powiedz – poprosiłam, patrząc mu prosto w oczy.

– Ech, Ana. Teraz ty nie czaruj. I tak ci powiem. Wszystko potoczyło się tak szybko. Zobaczyłem, jak gwałtownie wstajesz od stołu, po czym upadasz na podłogę. Zrobiło się straszne zamieszanie, goście otoczyli cię z każdej strony, próbowałem się przecisnąć. Cała drżałaś, więc okryłem cię marynarką, wezwałem pogotowie i pilnowałem, żebyś nie zrobiła sobie krzywdy. Nawet szybko przyjechali. Zabrałem się z wami i wylądowaliśmy tutaj. Ale Giorgi, znaczy doktor Elerdashvili, natychmiast cię przejął i nie wiem, co działo się potem, ponieważ oznajmił mi, że jestem nietrzeźwy i nie mam prawa przebywać na oddziale.

– A Kwiatkowski? – spytałam na wdechu, wciąż próbując odtworzyć jakiekolwiek ślady w pamięci.

– Zmył się, nawet nie wiemy, kiedy – odparł Timar. – Potem przesłuchiwała nas policja, ale jego już nie było. Chodzą słuchy, że wyleciał nad ranem samolotem rejsowym do Warszawy. Nasi niczego mu nie udowodnią, a u was chroni go immunitet ministerialny – dodał. – Sam nie wierzę, że gość, którego znałem, którego ratowałem, polityk, mógł się tak zachować. Musiałaś mu nieźle zawrócić w głowie – zażartował, patrząc na mnie ciepło.

– Ej, ja nic nie zrobiłam! – zaoponowałam, wyciągając ręce w obronnym geście. – Ja mu ciągle powtarzałam, że nie jestem zainteresowana żadną rozmową inną niż biznesowa, a i w tym przypadku znacznie lepszym partnerem będzie Artur. Wiceminister Kwiatkowski kompletnie nie jest w moim typie. Jak widać, intuicja mnie nie myliła – podkuliłam kolana i objęłam je ramionami. Naprawdę nie było mi do śmiechu.

– Oj Ana, Ana. A kto jest w twoim typie? Mam nadzieję, że na przykład młody i przystojny gruziński lekarz... – zawiesił głos, po czym dodał szybko, jakby bał się, że zaprzeczę. – Taka piękna kobieta musi się liczyć z tym, że faceci postępują nieracjonalnie pod wpływem jej uroku – zaśmiał się, ukazując cudowne dołeczki w policzkach. Odwzajemniłam uśmiech, zakrywając oczy dłońmi.

– To co teraz? Co ze mną będzie? – zapytałam, poważniejąc.

– Co z tobą będzie? Jesteś w najlepszym szpitalu w Gruzji, pod doskonałą opieką.

– Twoją?

– A gdzie tam! Doktor Elerdashvili nie chce nikogo do ciebie dopuścić. Ja mogę się tu tylko zakraść w tych nielicznych momentach, kiedy znika ze szpitala. A i tak mam wrażenie, że zaraz przyjdzie i mnie tu nakryje – dodał, znów prezentując te urocze dołeczki.

– No dobra, dobra. Bez ciebie nie poradzę sobie tutaj. To jaki jest plan?

– Zrobimy ci pełen pakiet badań, żeby sprawdzić wydolność wątroby. Do tego skarżysz się na bóle głowy, więc bez tomografii się nie obędzie. Nie sądzę, żeby to było następstwo upadku, nie był na tyle poważny, ale musimy to sprawdzić – pomimo rzeczowego tonu nadal wyczuwałam w jego głosie miłe ciepło.

– Ok. A jak długo tu zostanę? Muszę, muszę to wiedzieć!

– Ech, nie zadawaj trudnych pytań, moja ulubiona pacjentko. Tyle, ile trzeba. Zobaczymy, co pokażą pierwsze badania, ok? – znów zerknął do karty i zmarszczył lekko brwi. – Na pewno musisz dużo odpoczywać. I uśmiechać się, jasne? Nawet najczarniejsze chmury da się rozwiać, wiesz? Jestem tego najlepszym przykładem!

– Jasne, jasne... Tylko wiesz, jak jestem sama, to nachodzą mnie głupie myśli...

Drzwi prowadzące na korytarz otworzyły się z impetem. Timar poderwał się, speszony.

– Ana?! Timar?!

– Ciocia Bella!

*

– Co to ma być, że ja się od obcych dowiaduję, że ty do szpitala trafiłaś? I trzeci dzień tu leżysz? Czyś ty do końca zwariowała? Zanik pamięci jakiś? Chyba tylko to by cię usprawiedliwiło! – wzburzona Bella wparowała bez pardonu do sali, minęła Timara, po drodze mierzwiąc mu włosy matczynym gestem, po czym zajęła krzesło obok łóżka. Perorując nieprzerwanie, rozsiadła się wygodnie i postawiła na podłodze wypchane czymś torby, z których unosił się smakowity zapach. W sekundę poczułam, jak ślina napływa mi do ust. Czy ja dzisiaj w ogóle coś jadłam? Chyba tak... Nie! Ale jakie to ma teraz znaczenie, skoro pojawiły się tutaj te zniewalające zapachy! Już otwierałam buzię, żeby wydębić choć odrobinę z tych smakołyków, ale Bella była nie do przegadania.

– Moja droga, nawet nie próbuj nic wymyślać na poczekaniu. Ja już wszystko wiem. I to nie od ciebie! O, nie! Nawet nie od tego tu młodzieńca, który mógłby się zreflektować i poinformować ciotkę o tym, co tu się działo. Timar westchnął znacząco, łapiąc się za głowę i robiąc do mnie głupią minę.

– Bez takich mi tu, Timiko! – czujne oko Belli zarejestrowało wygłupy Timara. – Wiecie, jak tu trafiłam?

– Nie, skąd – odpowiedzieliśmy chórem, jak na zawołanie, dusząc się w środku ze śmiechu.

– No, na całe szczęście moja sąsiadka Guliko jest tutaj salową! Kiedy wczoraj przyszła na kawę i zaczęła coś opowiadać o blondynce z Polski, która trafiła do nich z silnym zatruciem i o tym, że doktor Khetagurov – tak, o tobie mowa, drogi chłopcze – stracił dla niej głowę, od razu skojarzyłam fakty. Już wcześniej wydało mi się to wysoce podejrzane, że nawet nie zadzwoniłaś, żeby się pożegnać, więc dodałam dwa do dwóch i proszę! Dowiedziałam się, że zamiast wrócić do Polski, moja Aniczka zrobiła sobie wakacje w tbiliskim szpitalu!

– Bello, kochana moja, nie złość się już! Zaraz ci wszyściutko opowiem! – pogłaskałam ją po dłoni, którą położyła na kołdrze. – Ale błagam, nie każ mi czekać na te pyszności, które skrywasz w torbach! – dodałam ze śmiechem, próbując trochę udobruchać moją ulubioną Gruzinkę.

– No dobrze, niech ci będzie. Najpierw cię nakarmię, bo w tym twoim szpitalu – spojrzała znacząco na Timara – na pewno głodzą moją Anę. A ty, chłopcze, też się na coś przydaj. Skoro nie leczysz innych pacjentów, przynajmniej zrób ciotce herbaty – nieznoszącym sprzeciwu tonem donna Bella wydała rozkaz i odwróciła się w moją stronę. Mina Timara rozbawiła mnie do łez. Kłaniając się wpół, stuknął w podłogę wyimaginowanym obcasem i oddalił się, aby spełnić prośbę ciotki. Bella zaś sięgnęła do pierwszej z siatek.

– Kochanie, wiem co lubisz najbardziej, ale najpierw rosołek. O, zobacz, zrobiłam ci pielmieni w rosole ze śmietaną, samo zdrowie.

Pal sześć kalorie – jak to pachniało! Ponoć tłuszcz jest nośnikiem smaku. Tu było tyle smaku, ile tłuszczu... W sekundę przystąpiłam do radosnej konsumpcji.

– Mmmmm... Mniam, jesteś aniołem – wymlaskałam między kęsami. – Przepraszam, że nie zadzwoniłam. To wszystko stało się tak szybko – dodałam, oblizując się po pierwszej porcji pierożków. Niebo zesłało mi Bellę.

– Dobrze już, dobrze. Nie musisz się tłumaczyć. To co się w końcu wydarzyło? – dopytywała, wyciągając kolejną torbę z jedzeniem. To było to! Moje absolutnie ukochane swanetyjskie kubdari czyli placek z mięsem. Niby proste danie, a tak bogate w smaki. Przesiąknięte aromatem kolendry i innych tajemniczych przypraw. Cioteczka wiedziała, że daleko mi do modnego u nas wegetarianizmu. Mięsko, mięsko... W gruzińskim wydaniu było nie do pobicia!

– Bello, wybacz – powiedziałam z pełną buzią. – Najpierw kubdari, a potem będzie jak na spowiedzi. A winka do tego nie masz? – zaśmiałam się i oblizując palce po trzecim kawałku placka, zrelacjonowałam pokrótce przyjaciółce wydarzenia ostatnich dni, pomijając oczywiście fragmenty związane z przystojnym panem doktorem o czekoladowych oczach. Bella jednak, jak na gruzińską czarownicę przystało, z niewinną miną zapytała nagle mimochodem:

– A, to Timiko jest twoim lekarzem prowadzącym?

Oblałam się rumieńcem, odwracając wzrok.

– Nieee... Doktor Elerdashvili – odparłam cicho, nagle z namysłem oglądając swoje paznokcie.

– Ach, Gio. Hm... To zdaje się, że jesteś w najlepszych rękach – spoważniała nagle moja przyjaciółka, zatapiając się w myślach.

– Znasz go? – zapytałam, licząc na ciekawe ploteczki z życia tbiliskiego szpitala.

– Znam. Jeszcze z dawnych czasów. To dobry człowiek i świetny lekarz. Ale teraz nie pora na wspominki, moja miła – otrząsnęła się gwałtownie z zamyślenia, poprawiając mi poduszkę.

– Jak to nie pora? A co ja mam tu robić? – nadąsałam się, patrząc krzywo w stronę Belli.

– Zdrowieć, kochanie! Przede wszystkim zdrowieć! – uśmiechnęła się, wręczając mi czwarty kawałek kubdari.

„No pięknie! Jak tu skupić się na zdrowieniu, kiedy wokół tylu przystojnych lekarzy! Co jeden, to lepszy. Młody przystojniaczek z dołeczkami w policzkach i iskierkami w oczach versus doświadczony pan doktor o zniewalającym, pochmurnym spojrzeniu. Czyżbym trafiła do raju dla rozwódek? To miejsce jest wprost stworzone, żeby przebywać w nim tygodniami!” – zaśmiałam się w duchu, próbując zachować poważny wyraz twarzy. Spróbujcie oszukać Bellę. Od razu spojrzała na mnie podejrzliwie.

– Ty mi lepiej powiedz, co tu robił mój siostrzeniec, skoro nie jesteś jego pacjentką?

– Yyyy... Leczył mnie? – uśmiechnęłam się słodko, sięgając po kolejny kawałek placka.

– Ty mnie tu nie czaruj – zmrużyła oczy, badając moje reakcje.

– Ależ Bells, naprawdę nie wiem o czym mówisz. Timar i ja, hm – powiedzmy, że zaprzyjaźniliśmy się ze sobą. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego przez tyle lat ukrywałaś go w szafie.

– Nie ukrywałam, Ano – powiedziała smutno Bella. – Nie było go tu. Timar to Osetyjczyk.

*

7 sierpnia, 2008

Pomimo wcześniejszych zapowiedzi prezydenta Saakaszwilego o jednostronnym zawieszeniu broni, Gruzja rozpoczyna operację wojskową w rejonie Osetii Południowej. Po stronie Osetyjczyków staje Rosja, wysyłając tam swoje siły. Rozpoczyna się ostrzał Cchinwali – stolicy Osetii Południowej. Strzelają jedni i drudzy. Każdy próbuje udowodnić, że to jego pan jest prawowitym władcą tej ziemi. Kolejny akt konfliktu trwającego od stuleci. Sąsiad przeciwko sąsiadowi. Brat przeciwko bratu.

Znajduję się w samym epicentrum wydarzeń – tej bezsensowej walki, która zarówno Osetyjczykom, jak i nam przyniesie tylko cierpienie i śmierć. Ułudę wolności, która oznacza kolejną zależność. Do szpitala, do którego trafiłem przypadkiem, rzucony przez ślepy los, zaczynają napływać ranni. Nieszczęsne ofiary wojennego wiru. Starcy. Kobiety. Dzieci. Nawet nie jestem jeszcze lekarzem, a próbuję być Bogiem.

Nad