207 osób interesuje się tą książką

Opis

„Genialny debiut, pełen wszystkiego, co kocham: z nietuzinkową bohaterką z krwi i kości, pokręconym i śmiercionośnym systemem magii oraz płomiennym romansem, który sprawiał, że zarywałam noce, czytając kolejne strony. Gołąb i wąż to absolutna perełka wśród książek”. - Sarah J. Maas

Louise uciekła przed dwoma laty z sabatu, wyrzekając się magii i swoich mocy. Plan był prosty: schronić się w Cesarine i żyć z tego, co będzie w stanie ukraść dzięki własnej przebiegłości i sprytowi. Ale tu, w mieście ogarniętym strachem przed magią, wiedźmy takie jak Lou są ścigane. I palone na stosach.

Reid Diggory, łowca czarownic na usługach Kościoła, kieruje się w życiu jedną zasadą: wiedźmy muszą zginąć! Ścieżki Reida i Lou miały się nigdy nie przeciąć, lecz niegodziwy rozkaz zmusza ich do niemożliwego – małżeństwa.

Pradawna wojna wiedźm z Kościołem trwa, a najniebezpieczniejsi wrogowie Lou szykują się, by zgotować jej los o wiele gorszy od stosu. Niezdolna do ignorowania coraz potężniejszych uczuć i zmiany tego, kim jest, Lou musi podjąć decyzję, która zaważy na jej przyszłości, i odpowiedzieć sobie na pytanie… Czy miłość robi z nas głupców?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 485

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

Tytuł oryginału: Serpent& Dove

 

Copyright © Shelby Mahurin, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Poznańskie, 2020

 

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Marketing i promocja: Łukasz Chmara, Marta Friedrich

 

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: NABU Joanna Pawłowska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt ilustracji okładkowej: © Katt Phatt, 2019

Projekt okładki: Sarah Nichole Kaufman

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66517-99-8

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.weneedya.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla mamy, która kocha książki,

dla taty, który dał mi odwagę do ich pisania,

i dla RJ’a, który wciąż nie przeczytał niniejszej

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

 

Un malheur ne vient jamais seul

Nieszczęścia zawsze chodzą parami

– francuskie przysłowie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

BELLEROSE

 

Lou

 

 

W ciele tkniętym magią jest coś niepokojącego. Większość ludzi najpierw poczuła zapach: nie zgniliznę rozkładu, lecz cukierkową słodycz w nosie, ostry smak na języku. Niektórzy wyczuli także wibrację w powietrzu. Aurę przylegającą do skóry zmarłego. Jakby przyczaiła się tam sama magia, patrzyła i czekała.

Żywa.

Oczywiście te, które były na tyle głupie, że rozmawiały o takich rzeczach, skończyły na stosie.

W ciągu zeszłego roku znaleziono trzynaście ciał w Belterze – dwa razy więcej niż w poprzednich latach. Chociaż Kościół robi, co w jego mocy, żeby ukryć tajemnicze okoliczności każdego zgonu, wszyscy zostali pochowani w zamkniętych trumnach.

– Oto i on. – Coco wskazała mężczyznę w kącie. Przy blasku świecy połowa jego twarzy była ukryta w cieniu, ale nie można było z niczym pomylić złotych, brokatowych zdobień na jego płaszczu oraz ciężkich insygniów na szyi. Siedział wyprostowany na krześle, najwyraźniej czuł się niekomfortowo, ponieważ skąpo ubrana kobieta tuliła się do jego pulchnego ciała. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.

Tylko Madame Labelle pozwoliłaby arystokracie takiemu jak Pierre Tremblay czekać w burdelu.

– Podejdź. – Coco zaprosiła go do stołu w przeciwległym kącie. – Babette niedługo powinna się pojawić.

– Co za nadęty dupek nosi brokat w czasie żałoby? – zapytałam.

Coco zerknęła na Tremblaya przez ramię i uśmiechnęła się szelmowsko.

– Nadęty dupek z pieniędzmi.

Jego córka, Filippa, była siódmym znalezionym ciałem.

Zniknęła w środku nocy, a arystokraci byli wstrząśnięci, kiedy się odnalazła – z poderżniętym gardłem – na skraju L’Eau Mélancolique. Ale nie to było najgorsze. W królestwie plotkowano o jej srebrnych włosach i pomarszczonej skórze, jej pokrytych bielmem oczach i powykręcanych palcach. W wieku dwudziestu czterech lat została zmieniona w starą jędzę. Równi Tremblayowi nie potrafili tego zrozumieć. Nie miała żadnych wrogów, o których by wiedziano, nie została zabita z zemsty, która mogłaby uzasadnić takie okrucieństwo.

Filippa mogła nie mieć żadnych wrogów, ale ten nadęty dupek – jej ojciec – na pewno narobił sobie wielu, handlując magicznymi przedmiotami.

Śmierć jego córki była ostrzeżeniem: nie zadziera się z czarownicami.

– Bonjour, messieurs. – Podeszła do nas miodowłosa kurtyzana, z nadzieją trzepocząc rzęsami. Zaśmiałam się, widząc, jak obrzuca spojrzeniem Coco; ta nawet przebrana za mężczyznę była olśniewająca. Chociaż ciemnobrązową skórę jej dłoni pokrywały blizny, twarz pozostała gładka, a jej czarne oczy lśniły mimo półmroku. – Czy dacie się skusić?

– Przykro nam, kochanie. – Poklepałam kurtyzanę po dłoni z przymilnym uśmiechem, bo widziałam, że tak robią mężczyźni. – Jesteśmy umówieni. Niedługo przyjdzie do nas Mademoiselle Babette.

Zrobiła kwaśną minę, ale po chwili zwróciła się do naszego sąsiada, który z chęcią przyjął jej zaproszenie.

– Sądzisz, że ma to przy sobie? – Coco obrzuciła Tremblaya uważnym spojrzeniem od czubka jego łysej głowy aż po wypolerowane buty, na dłużej zatrzymując się na palcach pozbawionych biżuterii. – Babette mogła kłamać. To może być pułapka.

– Babette może i kłamie, ale nie jest głupia. Nie sprzeda nas, zanim jej nie zapłacimy. – Z chorobliwą fascynacją przyglądałam się pozostałym kurtyzanom. Mocno ściśnięte w pasie, z wylewającym się biustem, tańczyły gibko pomiędzy mężczyznami, tak jakby gorsety wcale ich powoli nie zaduszały.

Właściwie wiele z nich w ogóle nie miało gorsetu. Ani żadnej innej części garderoby.

– Masz rację. – Coco wyjęła z płaszcza naszą sakiewkę i rzuciła ją na stół. – Zrobi to później.

– Ach, mon amour, ranisz mnie. – Obok nas zmaterializowała się Babette odziana w karmazynowy jedwab. Zmrużyła oczy i zajrzała pod rondo mojego kapelusza. Jej bursztynowa skóra błyszczała od słodkiego olejku z migdałów, kocie oczy miała obwiedzione czarną kredką. – Jeszcze dziesięć złotych couronnes, a nawet nie przyjdzie mi do głowy was zdradzić.

– Dzień dobry, Babette. – Chichocząc, położyłam nogę na stole i odchyliłam się na krześle. – Wiesz, to niesamowite, że zawsze pojawiasz się sekundę po tym, jak pokażemy pieniądze. Wyczuwasz je nosem? – Odwróciłam się do Coco, której drżały usta od powstrzymywanego śmiechu. – Jakbyś je potrafiła wywąchać.

– Bonjour, Louise. – Babette pocałowała mnie w policzek i pochyliła się nad Coco. – Cosette, wyglądasz zachwycająco, jak zawsze – powiedziała, zniżając głos.

Coco wywróciła oczami.

– Spóźniłaś się.

– Proszę o wybaczenie. – Babette przechyliła głowę i posłała nam przesłodzony uśmiech. – Nie rozpoznałam was. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego takie piękne kobiety upierają się, by przebierać się za mężczyzn…

– Samotne kobiety przyciągają zbyt wiele uwagi. Sama wiesz. – Bębniłam palcami po stole z wyćwiczoną nonszalancją i wymuszonym uśmiechem. – Każda z nas może być czarownicą.

– Fuj! Te straszne, agresywne kreatury. Takie z was czarownice jak ze mnie.

– Oczywiście. – Coco posłała mi dyskretne spojrzenie, jej usta znowu drgnęły. – Jednak za Kościołem najpierw idą płomienie. Potem dopiero pytania. Niebezpiecznie jest być kobietą.

– Nie tutaj. – Babette rozłożyła szeroko ręce, jej usta ułożyły się w uśmiech. – Tutaj jesteśmy bezpieczne. Tutaj jesteśmy uwielbiane. Moja oferta nadal…

– Nie szukamy u ciebie pracy, Babette. – Ponownie skupiłam uwagę na Tremblayu, który swoim ostentacyjnym bogactwem przyciągnął jeszcze dwie kurtyzany. Grzecznie odwiódł je od rozpięcia swoich spodni. – Przyszłyśmy tu z jego powodu.

Coco potrząsnęła naszą sakiewką.

– Dziesięć złotych couronnes, jak było umówione.

– Hmm… Ja pamiętam, że dwadzieścia.

– Słucham? – Moje krzesło upadło z hukiem na ziemię. Klienci siedzący najbliżej zerknęli w naszym kierunku, ale ich zignorowałam. – Umówiłyśmy się na dziesięć.

Babette pociągnęła nosem i zadarła głowę.

– To było zanim zraniłaś moje uczucia.

– A niech cię, Babette. – Coco zgarnęła monetę, nim Babette zdążyła jej dotknąć. – Wiesz, ile czasu potrzebujemy, żeby zaoszczędzić taką sumę?

Z trudem panowałam nad głosem.

– Nawet nie wiemy, czy Tremblay ma ten pierścień.

Babette tylko wzruszyła ramionami i wyciągnęła rękę.

– Nie moja wina, że upieracie się przy rozpruwaniu sakiewek na ulicy jak zwykłe kryminalistki. Zarobiłybyście trzy razy tyle w jedną noc w Bellerose, ale jesteście zbyt dumne.

Coco zaczerpnęła haust powierza i zacisnęła dłonie w pięści.

– Słuchaj, przykro nam, że uraziłyśmy twoją dumę, ale umówiłyśmy się na dziesięć. Nie stać nas…

– Słyszę, że masz monetę w kieszeni, Cosette.

Spojrzałam z niedowierzaniem na Babette.

– Jesteś pieprzonym psem gończym.

Jej oczy błysnęły złością.

– No nie, biorę na siebie ryzyko i zapraszam was, żebyście podsłuchiwały moją panią z panem Tremblayem w intymnych chwilach, a wy mnie obrażacie, jakbym była…

W tej chwili po schodach zeszła wysoka kobieta w średnim wieku. Suknia w głębokim odcieniu szmaragdu podkreślała jej płomienne włosy i figurę klepsydry. Tremblay zerwał się na nogi na jej widok, a otaczające nas kurtyzany – w tym Babette – z szacunkiem dygnęły.

Dziwnie było patrzeć na dygające nagie kobiety.

Ujmując Tremblaya za ręce, Madame Labelle szeroko się uśmiechnęła, pocałowała go w oba policzki i wyszeptała coś, czego nie usłyszałam. Poczułam przypływ paniki, gdy chwyciła go pod ramię i poprowadziła w kierunku schodów.

Babette zerkała na nas kątem oka.

– Decydujcie się prędko, mes amours. Moja pani jest zajętą kobietą. Jej spotkanie z panem Tremblayem nie będzie trwało zbyt długo.

Obrzuciłam ją zirytowanym spojrzeniem, opierając się chęci zaciśnięcia dłoni na jej ładnej szyi.

– Czy możesz nam przynajmniej powiedzieć, co kupuje twoja pani? Na pewno coś ci powiedziała. Może pierścień? Czy Tremblay go ma?

Uśmiechnęła się jak kot do miski śmietany.

– Być może… za kolejne dziesięć couronnes.

Wymieniłyśmy mordercze spojrzenia z Coco. Jeśli Babette nie będzie uważać, niedługo przekona się, jakie straszne i agresywne potrafią być czarownice.

 

Burdel Bellerose szczycił się dwunastoma luksusowymi pokojami, w których kurtyzany zabawiały gości, ale Babette nie zaprowadziła nas do żadnego z nich. Zamiast tego otworzyła nieoznakowane trzynaste drzwi na końcu korytarza.

– Witajcie, mes amours, w oczach i uszach Bellerose.

Mrugając, czekałam, aż mój wzrok przyzwyczai się do ciemności nowego, węższego korytarza. Dwanaście okien – dużych, prostokątnych i rozmieszczonych w regularnych odstępach wzdłuż jednej ściany – dawało jedynie subtelną poświatę. Po przyjrzeniu się uświadomiłam sobie jednak, że to nie były okna, lecz portrety.

Musnęłam palcem nos postaci na najbliższym z nich: pięknej kobiety z ponętnymi kształtami i czarującym uśmiechem.

– Kim one są?

– Sławnymi kurtyzanami z przeszłości. – Babette zamilkła, podziwiając kobietę o melancholijnym spojrzeniu. – Mój portret kiedyś ją zastąpi.

Marszcząc brwi, pochyliłam się, żeby przyjrzeć się tej postaci. Jej portret był lustrzanym odbiciem, kolory wydawały się przygaszone, jakbym patrzyła na obraz od tyłu. I… a niech mnie.

Jej oczy przykrywały dwie złote klapki.

– Czy to są wizjery? – zapytała Coco, podchodząc. – Co to za makabryczny spektakl, Babette?

– Ciii! – Babette błyskawicznie przyłożyła palec do ust. – Oczy i uszy, pamiętacie? Uszy. Musimy tu mówić szeptem.

Nie chciałam nawet sobie wyobrażać, w jakim celu zaprojektowano to pomieszczenie. Wyobraziłam sobie jednak gorącą kąpiel, którą wezmę po powrocie do domu. Wyszoruję się. Energicznie. Tymczasem mogę się jedynie modlić, że moje gałki oczne wytrzymają.

Zanim zdążyłam wyrazić swój niesmak, kątem oka dostrzegłam poruszające się cienie. Odwróciłam się i sięgnęłam do noża ukrytego w bucie, zanim jeszcze cienie przybrały konkretny kształt. Znieruchomiałam, gdy dwaj potwornie znajomi, potwornie nieprzyjemni mężczyźni obrzucili mnie spojrzeniem.

Andre i Grue.

Ze złością spojrzałam na Babette, wciąż trzymając nóż.

– Co oni tu robią?

Słysząc mój głos, Andre pochylił się i powoli zamrugał w ciemności.

– Czy to…

Grue spojrzał na mnie, na moje wąsy, zatrzymał się dłużej na moich ciemnych brwiach i turkusowych oczach, piegowatym nosie i opalonej skórze. Wredny uśmiech przeciął jego twarz na pół. Miał ukruszony przedni ząb. I pożółkły.

– Witaj, Lou Lou.

Ignorując go, popatrzyłam wymownie na Babette.

– Tego nie było w umowie.

– Daj spokój, Louise. Pracują tutaj. – Siadła na jednym z drewnianych krzeseł, z których mężczyźni przed chwilą wstali. – Moja pani wynajęła ich do pilnowania porządku.

– Jako ochroniarzy? – prychnęła Coco, sięgając po swój nóż. Andre obnażył zęby. – Od kiedy to podglądactwo jest równoznaczne z ochroną?

– Ilekroć nie czujemy się komfortowo z jakimś klientem, pukamy dwa razy, a ci cudowni dżentelmeni interweniują. – Babette leniwie wskazała stopą portrety. – To są drzwi, mon amour. Bezpośrednie wejście.

Madame Labelle była idiotką. To było jedyne wyjaśnienie takiego… cóż, idiotyzmu.

Dwóch najgłupszych złodziei, jakich znałam, Andre i Grue, nieustannie naruszało nasze terytorium na East Endzie. Gdziekolwiek się udałyśmy, oni szli za nami – zwykle trzymając się dwa kroki z tyłu – a gdziekolwiek się pokazali, zaraz zjawiała się policja. Wielcy, brzydcy, głośni, brakowało im subtelności i umiejętności niezbędnych do prowadzenia interesów na East Endzie. I mózgów.

Wzdrygnęłam się na myśl, co mogą zrobić, mając bezpośredni dostęp do czegokolwiek. Zwłaszcza do seksu i przemocy. A to były prawdopodobnie najmniejsze z grzechów w czterech ścianach tego burdelu, na co przykładem była ta transakcja.

– Nie martw się. – Babette posłała im zdawkowy uśmiech, jakby czytając w moich myślach. – Moja pani zabije ich, jeśli wyniosą jakieś informacje. Nieprawdaż, messieurs?

Zrzedły im miny, a ja w końcu zauważyłam, co mają pod oczami. Siniaki. Wciąż jednak nie schowałam noża.

– A co powstrzymuje ich od sprzedawania informacji twojejpani?

– Cóż… – Babette wstała i wyminąwszy nas, podeszła do portretu w głębi korytarza. Uniosła dłoń do małego złotego guzika obok niego. – Podejrzewam, że to zależy od tego, co zamierzacie im dać.

– A może dam wam wszystkim poczuć mój nóż w…

– Ach, ach, ach! – Babette przycisnęła guzik, kiedy zbliżyłam się z uniesionym nożem, a wtedy złote klapki na oczach kurtyzany się uniosły. Korytarz wypełniły stłumione głosy Madame Labelle i Tremblaya.

– Zastanów się, mon amour – wyszeptała Babette. – Twój cenny pierścień może znajdować się tuż obok. Podejdź, zobacz sama. – Odsunęła się, przyciskając palcem guzik, i pozwoliła mi stanąć przed portretem.

Zmełłszy przekleństwo w ustach, stanęłam na palcach, żeby zajrzeć przez oczy kurtyzany.

Tremblay chodził w tę i z powrotem po pluszowym, kwiatowym dywanie salonu. Wyglądał bladziej w tym pastelowym pokoju – gdzie poranne słońce skąpało wszystko w miękkim, złotym świetle – a na jego czole perliły się krople potu. Nerwowo oblizywał usta i patrzył na Madame Labelle, która przyglądała mu się z szezlongu stojącego przy drzwiach. Nawet siedząc, roztaczała królewski wdzięk, trzymając prosto głowę i mając złączone dłonie.

– Niechże się pan uspokoi, Tremblay. Zapewniam, że w ciągu tygodnia otrzyma pan niezbędne fundusze. Najdalej za dwa tygodnie.

Potrząsnął głową.

– Za długo.

– Można by się spierać, czy aż tak długo, zważywszy na cenę. Jedynie król mógłby pozwolić sobie na taką astronomiczną kwotę, ale jemu niepotrzebne magiczne pierścienie.

Serce podskoczyło mi do gardła, odsunęłam się, żeby spojrzeć na Coco. Jęknęła i włożyła rękę do kieszeni, by wyjąć więcej pieniędzy. Andre i Grue przyjęli monety z triumfalnym uśmieszkiem.

Obiecując sobie, że żywcem obedrę ich ze skóry, kiedy ukradnę pierścień, ponownie skupiłam uwagę na tym, co działo się w salonie.

– A jeślibym ci powiedział, że mam jeszcze jednego kupca? – spytał Tremblay.

– Nazwałabym cię kłamcą, panie Tremblay. Nie może się pan przechwalać towarami będącymi w pańskim posiadaniu po tym, co stało się z pańską córką.

Tremblay zwrócił się do niej twarzą.

– Niech pani nie wspomina mojej córki.

Wygładzając spódnicę, Madame Labelle całkowicie go zignorowała.

– W istocie jestem raczej zaskoczona, że wciąż para się pan magicznym czarnym rynkiem. Ma pan jeszcze jedną córkę, nieprawdaż? – Kiedy nie odpowiadał, uśmiechnęła się okrutnie. – Czarownice są złośliwe. Jeśli dowiedzą się, że jest pan w posiadaniu pierścienia, wyładują złość na reszcie pana rodziny, co może okazać się… nieprzyjemne.

Zrobił krok w jej stronę, purpurowy ze złości.

– Nie podobają mi się pani aluzje.

– Wobec tego niech spodoba się panu moja groźba, monsieur. Niech mnie pan nie irytuje, bo będzie to ostatnia rzecz, jaką zrobi pan w życiu.

Prychając, spojrzałam na Coco, która parsknęła cichym śmiechem. Babette nie spuszczała nas z oka. Niezależnie od magicznych pierścieni, ta rozmowa warta była czterdziestu couronnes. Nawet teatr bladł w porównaniu z tym melodramatem.

– A teraz proszę powiedzieć – zamruczała Madame Labelle – czy naprawdę jest jakiś inny kupiec?

– Putain – zaklął. Patrzył na nią przez kilka sekund, po czym z urazą pokręcił głową. – Nie, nie ma innego kupca. Od miesięcy zrywam wszelkie więzy z moimi dotychczasowymi kontaktami, robię czystkę w magazynie. Ale ten pierścień… – Głośno przełknął ślinę, żar w jego spojrzeniu przygasł. – Boję się o nim rozmawiać, żeby demonice nie dowiedziały się, że go mam.

– To było niemądre z pana strony, że w ogóle opowiadał pan o tych przedmiotach.

Tremblay nie odpowiedział. Wzrok wbił gdzieś w dal, jakby zobaczył coś, czego my nie dostrzegałyśmy. Nie wiem dlaczego ścisnęło mnie w gardle.

– Gdyby pan o nich nie gadał, być może droga Filippa wciąż byłaby między nami… – powiedziała Madame Labelle, nie zważając na jego ból.

Odwrócił się gwałtownie, słysząc imię córki, a jego oczy zapłonęły złością.

– Sprawię, że demonice spłoną za to, co zrobiły.

– Jakie to żałosne…

– Słucham?

– Mój biznes opiera się na znajomości interesów moich wrogów, monsieur. – Wstała z gracją, a on cofnął się o krok. – Jako że to teraz pana wrogowie, muszę coś panu doradzić: wchodzenie w drogę czarownicom jest niebezpieczne. Niech pan zapomni o zemście. Zapomni o tym, czego dowiedział się pan o świecie cieni i magii. Nie ma pan najmniejszych szans z tymi kobietami. Śmierć to najłaskawsza z ich kar, dar, który otrzymują jedynie nieliczni. Miałam nadzieję, że wyciągnął pan lekcję po tym, co stało się Filippie.

Wyprostował się i prychnął ze złością, wykrzywiając usta. Madame Labelle nadal górowała nad nim o kilkanaście centymetrów.

– Prze-przekroczyła pani wszelkie granice.

Kobieta nie ustąpiła ani o krok. Pogładziła suknię, zupełnie niewzruszona jego zachowaniem, i wyjęła wachlarz z fałd materiału. Z jego grzbietu wystawał nóż.

– Widzę, że uprzejmości dobiegły końca. Dobrze więc. Przejdźmy do interesów. – Jednym ruchem rozłożyła wachlarz i potrząsnęła nim. Tremblay zauważył wystający czubek noża i cofnął się jeszcze o krok. – Jeśli życzy pan sobie, żebym uwolniła go od pierścienia, zrobię to tu i teraz za pięć tysięcy złotych couronnes mniej, niż wynosi pańska cena.

Z jego gardła wydobył się dźwięk przypominający krztuszenie.

– Oszalała pani…

– Jeśli nie – ciągnęła twardo – opuści pan to miejsce z pętlą na szyi swojej córki. Ma na imię Celia, prawda? La Dame des Sorcières z rozkoszą wyssie jej młodość, spije blask z jej skóry, gładkość jej włosów. Kiedy czarownice z nią skończą, trudno będzie ją rozpoznać. Będzie pusta. Złamana. Tak jak Filippa.

– Ty, ty… – Tremblay wybałuszył oczy, na jego spocone czoło wystąpiła żyła. – Fille de pute! Nie możesz mi tego zrobić. Nie możesz…

– Proszę, monsieur, nie mam całego dnia. Książę wrócił z Amandine, a ja nie chcę przegapić uroczystości.

Wysunął brodę, upierając się przy swoim.

– Nie, nie mam go przy sobie.

A niech to. Poczułam gorzki smak rozczarowania. Coco zaklęła pod nosem.

– Nie wierzę ci. – Madame Labelle podeszła do okna i zerknęła w dół. – Ach, panie Tremblay, jak taki dżentelmen mógł kazać córce czekać przed burdelem? Jest taką łatwą zdobyczą.

Pocąc się obficie, Tremblay wywrócił kieszenie.

– Przysięgam, że go nie mam! Patrz, patrz! – Przycisnęłam mocniej twarz do portretu, gdy pokazywał jej zawartość swoich kieszeni: haftowaną chusteczkę, srebrny zegarek kieszonkowy, garść miedzianych couronnes. Ale nie pierścień. – Proszę, proszę, zostaw moją córkę w spokoju! Ona nie ma z tym nic wspólnego!

Wyglądał tak żałośnie, że mogłabym mu nawet współczuć, gdyby właśnie nie pokrzyżował wszystkich moich planów. Wobec tego widok jego trzęsących się rąk i nóg oraz zbielałej ze strachu twarzy napełnił mnie mściwą rozkoszą.

Madame Labelle chyba podzielała moje uczucia. Westchnęła teatralnie, opuściła dłoń spoczywającą na oknie i – zaciekawiona – spojrzała na portret, za którym stałam. Odsunęłam się gwałtownie i wylądowałam na tyłku, tłumiąc przekleństwo.

– Co się stało? – wyszeptała Coco, kucając obok. Babette ściągnęła brwi i puściła guzik.

– Ciiii! – Machałam rękami, wskazując salon. – Wydaje mi się – nie śmiałam mówić, więc tylko poruszałam ustami – że mnie widziała.

Coco zrobiła wielkie oczy ze strachu.

Wszyscy zamarliśmy, gdy głos się zbliżył – był stłumiony, ale słyszalny przez ścianę.

– Powiedz mi więc, monsieur, gdzie jest?

Cholera. Coco i ja zamknęłyśmy oczy z ulgą. Chociaż nie odważyłam się wrócić do portretu, przylgnęłam do ściany, czując własny, gorący oddech na twarzy. Odpowiedz jej, błagałam w duchu. Powiedz nam.

Stał się cud i Tremblay posłuchał, a jego podszyte złością słowa brzmiały dla mnie piękniej niż najsłodsza muzyka.

– Zamknięty w mojej miejskiej rezydencji, ty salope ignorante…

– To wystarczy, Monsieur Tremblay. – Gdy usłyszałam odgłos otwieranych drzwi salonu, wyobraziłam sobie jej uśmiech. Był równie wielki jak mój. – Mam nadzieję, że dla dobra córki pan nie skłamał. Pojawię się w pana rezydencji o świcie z zapłatą. Proszę nie kazać mi czekać.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CHASSEUR

 

Lou

 

 

– Zamieniam się w słuch.

Siedząc w zatłoczonej cukierni, Bas uniósł do ust łyżkę chocolat chaud, uważając, żeby nie uronić ani kropli na koronkowy fular. Stłumiłam chęć ochlapania go swoją porcją. Aby zrealizować nasze plany, musiał być w dobrym humorze.

Nikt nie był w stanie tak oszwabić arystokraty jak Bas.

– Chodzi o to – powiedziałam, celując w niego łyżeczką – że możesz zabrać sobie, co zechcesz z domu Tremblaya, ale pierścionek jest nasz.

Pochylił się i wbił spojrzenie ciemnych oczu w moje usta. Kiedy z irytacją otarłam chocolat z wąsów, uśmiechnął się.

– Ach, tak. Magiczny pierścień. Muszę przyznać, że jestem zaskoczony twoim zainteresowaniem podobnym przedmiotem. Myślałem, że porzuciłaś magię?

– Ten pierścień jest inny.

Ponownie spojrzał na moje usta.

– Oczywiście, że jest.

– Bas. – Pstryknęłam palcami przed jego twarzą. – Skup się, proszę. To ważne.

Swojego czasu, gdy przybyłam do Cesarine, sądziłam, że Bas jest dość przystojny. Na tyle, by mieć go na uwadze. Na pewno na tyle, by dać się pocałować. Siedząc naprzeciw niego przy małym stoliku, widziałam ciemną linię jego szczęki. Wciąż była tam mała blizna – tuż pod jego uchem, zakryta zarostem – gdzie ugryzłam go podczas jednej z naszych bardziej namiętnych nocy.

Westchnęłam smutno na to wspomnienie. Miał najpiękniejszy bursztynowy odcień skóry. I taki jędrny tyłeczek.

Zachichotał, jakby czytał mi w myślach.

– Dobrze, Louey. Spróbuję się skupić, pod warunkiem, że ty zrobisz to samo. – Mieszając swoją chocolat, rozparł się na krześle z ironicznym uśmieszkiem. – Więc… chcesz obrabować arystokratę i oczywiście przyszłaś do mistrza po radę.

Prychnęłam, ale ugryzłam się w język. Jako trzeci kuzyn barona w drugiej linii, Bas miał szczególną pozycję, będąc częścią arystokracji, a jednocześnie nie będąc nią. Dzięki majątkowi krewnych mógł nosić najmodniejsze ubrania i brać udział w najwykwintniejszych przyjęciach, ale arystokraci nawet nie pamiętali jego imienia. Co nie było takie złe, jako że zwykle pojawiał się tam, żeby pozbawić ich kilku kosztowności.

– Mądra decyzja – ciągnął – ponieważ durnie tacy jak Tremblay bardzo polegają na ochronie, czyli bramach, zamkach, strażach i odźwiernych, że wymienię tylko kilka. Zapewne nawet bardziej po tym, co stało się z jego córką. Czarownice uprowadziły ją w środku nocy, prawda? Na pewno dodatkowo wzmocnił ochronę.

Filippa coraz bardziej mnie wkurzała.

Spojrzałam na witrynę cukierni spode łba. Pyszniły się tam różne rodzaje ciast: lukrowane torty, głowy cukru, czekoladowe tartaletki, a także makaroniki i owocowe ciastka w każdym kolorze. Wystawę wieńczyły malinowe eklery i jabłkowe tarte tatin.

Przy całej tej dekadencji mnie najbardziej leciała ślinka na widok wielkich, lepkich bułek z cynamonem i bitą śmietaną.

Jakby na zawołanie, Coco usiadła na pustym miejscu obok nas i pchnęła ku mnie talerz bułeczek.

– Masz.

Mogłabym ją ucałować.

– Jesteś boginią. Wiesz o tym?

– Naturalnie. Nie licz jednak, że będę trzymała ci włosy, gdy będziesz po tym rzygać. I wisisz mi jedną couronne.

– Chyba śnisz. To też moje pieniądze…

– Tak, ale gdybyś chciała, mogłabyś naciągnąć Pana na bułeczkę. Ta couronne należy mi się za obsługę.

Zerknęłam przez ramię na niskiego, pulchnego mężczyznę za ladą: Johannes Pan, mistrz cukierniczy i półgłówek. Jednak, co istotne, był bliskim przyjacielem i zausznikiem Mademoiselle Lucidy Bretton.

To ja byłam Mademoiselle Lucidą Bretton. Z blond peruką.

Czasami nie chciało mi się nosić męskiego stroju i szybko odkryłam, że Pan miał słabość do kobiet. Zazwyczaj wystarczyło, żebym zatrzepotała rzęsami. Innymi razy musiałam być… bardziej kreatywna. Zerknęłam na Basa. Nie miał pojęcia, że w ostatnich dwóch latach dopuścił się wszelkiego rodzaju haniebnych czynów w stosunku do Mademoiselle Bretton.

Pan nie radził sobie z kobiecymi łzami.

– Dzisiaj jestem przebrana za faceta. – Wbiłam zęby w pierwszą bułeczkę, od razu pochłaniając połowę – …ozatym on foli – przełknęłam z trudem, aż w oczach pojawiły mi się łzy – blondynki.

Bas patrzył na mnie pożądliwie.

– Wobec tego ma kiepski gust.

– Oj, przestań. – Coco przewróciła oczami. – Daj spokój, dobra? Nie pasuje do ciebie takie smęcenie.

– A tobie nie pasuje ten strój…

Pozwoliłam im się przekomarzać i znowu zajęłam się bułeczkami. Chociaż Coco ukradła ich tyle, że starczyłoby dla pięciu osób, przyjęłam wyzwanie. Po trzech jednak uznałam, że nie dam rady zjeść więcej. Odepchnęłam talerz.

– Nie mamy za dużo czasu, Bas – przerwałam im, gdy Coco już prawie przeskakiwała przez stół. – Pierścień zniknie rano, mamy więc tylko tę noc. Pomożesz nam?

Zmarszczył czoło, słysząc mój ton.

– Nie rozumiem, o co tyle zamieszania. Nie potrzebujecie pierścienia niewidzialności dla zachowania bezpieczeństwa. Wiecie, że mogę was chronić.

Pff. Puste obietnice. Być może dlatego właśnie przestałam go kochać.

Bas miał wiele zalet – był czarujący, przebiegły, bezwzględny – ale nie był typem obrońcy. Nie, za bardzo przejmował się ważniejszymi sprawami, takimi jak ratowanie własnej skóry, gdy tylko zaczynało robić się gorąco. Nie miałam mu tego za złe. W końcu był mężczyzną, a jego pocałunki nadrabiały wszelkie braki.

Coco popatrzyła na niego ze złością.

– Mówiłyśmy ci już kilka razy, że daje więcej niż tylko niewidzialność.

– Ach, mon amie, muszę przyznać, że nie słuchałem.

Kiedy się uśmiechnął, posyłając jej pocałunek przez stół, jej dłonie się zacisnęły.

– Bordel! Przysięgam, że pewnego dnia…

Interweniowałam, zanim rozpłatała mu gardło.

– Sprawia, że ten, kto go używa, jest odporny na magię. Podobnie jak balisardy chasseurów. – Zerknęłam na Basa. – Z pewnością rozumiesz, jakie to może być dla mnie przydatne.

Jego uśmiech zniknął. Powoli uniósł dłoń, by dotknąć mojego fularu, palcami próbował wyczuć bliznę, którą ukrywałam. Poczułam dreszcze na plecach.

– Ale cię nie znalazła. Jesteś bezpieczna.

– Na razie.

Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, wciąż z dłonią przy mojej szyi. W końcu westchnął.

– Zrobisz wszystko, co będzie konieczne, żeby zdobyć ten pierścień?

– Tak.

– Posuniesz się do… czarów?

Przełknęłam ślinę, splotłam palce z jego palcami i potaknęłam. Opuścił nasze złączone dłonie na blat stołu.

– W porządku. Wobec tego wam pomogę. – Wyjrzał przez okno, więc i ja tam spojrzałam. Coraz więcej osób gromadziło się, żeby obejrzeć paradę. Chociaż większość z nich śmiała się i paplała, nie kryjąc ekscytacji, tuż pod powierzchnią dało się wyczuć niepokój: w napięciu ich ust, w szybkich, gwałtownych ruchach ich oczu. – Dziś wieczorem – ciągnął – król wydaje bal na powitanie syna przybyłego z Amandine. Zaproszono całą arystokrację, w tym pana Tremblaya.

– Doskonale – mruknęła Coco.

Wszyscy się spięliśmy, słysząc odgłosy zamieszania na ulicy, i utkwiliśmy wzrok w mężczyznach, którzy wynurzyli się z tłumu. Ubrani w ciemnoniebieskie płaszcze, maszerowali w rzędach po trzech, w równym rytmie wystukując rytm kroków tup, tup, tup i trzymając na sercach srebrne sztylety. Po obu stronach stali posterunkowi, którzy krzycząc, odsuwali pieszych na chodniki.

Chasseurzy.

Zaprzysiężeni Kościołowi jako łowcy, chasseurzy chronili Belterrę przed okultyzmem – czyli przed Dames Blanches, inaczej śmiertelnie niebezpiecznymi czarownicami, które podsycały uprzedzenia wśród małostkowych mieszkańców królestwa. W moich żyłach tętniła złość, gdy patrzyłam na zbliżających się łowców. Jakbyśmy były intruzami. Jakby ta ziemia kiedyś nie należała do nas.

To nie twoja walka. Uniosłam głowę i przywołałam się do porządku. Dawne waśnie pomiędzy Kościołem a czarownicami już mnie nie dotyczyły – przynajmniej od chwili, gdy zostawiłam za sobą świat magii.

– Nie powinnaś tu być, Lou. – Coco patrzyła na chasseurów, którzy zajęli pozycje wzdłuż ulicy, żeby stanąć na drodze każdemu, kto chciałby zbliżyć się do rodziny królewskiej. Niedługo zacznie się parada. – Powinnyśmy wrócić do teatru. Tak wielki tłum jest niebezpieczny. Przyciąga kłopoty.

– Jestem w przebraniu – powiedziałam, obracając w ustach kawałek bułeczki. – Nikt mnie nie rozpozna – dodałam, przełknąwszy ten kęs.

– Andre i Grue rozpoznali.

– Tylko dlatego, że usłyszeli mój głos.

– Nigdzie się nie ruszam do zakończenia parady. – Bas puścił moją dłoń, wstał i poklepał się po kamizelce, uśmiechając się lubieżnie. – Taki tłum jest wspaniałym źródłem pieniędzy, a ja zamierzam w nim zanurkować. Proszę wybaczyć.

Dotknął kapelusza i oddalił się, wymijając zygzakiem stoliki. Coco zerwała się na nogi.

– Ten drań złamie dane słowo, jak tylko zniknie nam z oczu. Zapewne wyda nas policji albo, co gorsza, łowcom. Nie wiem, dlaczego mu ufasz.

Mimo naszej przyjaźni cały czas sprzeczałyśmy się o to, że wyjawiłam Basowi prawdziwą tożsamość. Moje prawdziwe imię. Nie miało znaczenia, że stało się to po wieczorze suto zakrapianym whiskey i pocałunkami. Skubiąc ostatnią bułeczkę tylko po to, żeby uniknąć wzroku Coco, starałam się nie żałować swojej decyzji.

Żal niczego nie zmieni. Nie miałam innego wyboru, musiałam mu zaufać. Zostaliśmy nieodwracalnie złączeni.

Westchnęła z rezygnacją.

– Pójdę za nim. A ty się stąd wydostań. Spotkajmy się za godzinę w teatrze.

– Zgoda.

 

Wyszłam z cukierni kilka minut po Coco i Basie. Chociaż na zewnątrz stało mnóstwo dziewczyn, które niemal wpadły w histerię na myśl o zobaczeniu księcia, wyjście musiał blokować akurat jakiś mężczyzna.

Był ogromny, górował nade mną o ponad głowę, jego szerokie plecy i silne ramiona napinały się pod brązową wełną płaszcza. On również patrzył na ulicę, ale raczej nie interesowała go parada. Był spięty, jakby szykował się do walki.

Odchrząknęłam i postukałam go palcem w plecy. Ani drgnął. Stuknęłam go ponownie. Lekko się przesunął, ale nie na tyle, bym mogła się przecisnąć.

No dobrze. Przewracając oczami, przełożyłam jedną rękę przez szparę i próbowałam przecisnąć się pomiędzy nim a futryną drzwi. Chyba wreszcie coś poczuł, bo odwrócił się i… zdzielił mnie łokciem w nos.

– Cholera! – Złapałam się za nos i cofnęłam tak gwałtownie, że po raz drugi tego dnia wylądowałam na tyłku. Moje oczy wypełniły się zdradzieckimi łzami. – O co ci, do cholery, chodzi?

Wyciągnął rękę.

– Przepraszam, monsieur. Nie zauważyłem pana.

– Najwidoczniej. – Zignorowałam jego dłoń i wstałam. Otrzepałam spodnie i próbowałam przejść obok niego, ale znowu zablokował mi drogę. Gdy się ruszył, jego obskurny płaszcz załopotał i zauważyłam pas przewieszony przez klatkę piersiową. Bandolier przytrzymywał noże różnego kształtu i rozmiaru, ale o mało co nie stanęło mi serce na widok tego, który miał zatknięty przy sercu. Błyszczał złotem, a jego rękojeść była wysadzana dużymi szafirami.

Chasseur.

Spuściłam głowę. Cholera.

Głęboko oddychając, starałam się zachować spokój. W tym przebraniu nic mi nie groziło z jego strony. Nie zrobiłam nic złego. Pachniałam cynamonem, a nie magią. Poza tym czyż nie jest tak, że wszystkich mężczyzn łączy jakaś nieuchwytna więź? Wzajemne zrozumienie poczucia własnej ważności?

– Jest pan ranny, monsieur?

Dobrze. Jako mężczyzna jakoś dam sobie radę.

Zmusiłam się do podniesienia wzroku.

Oprócz jego nieprzyzwoitego wzrostu, pierwszym, co zauważyłam, były mosiężne guziki na płaszczu – pasowały do jego miedziano-złotych włosów, które lśniły w słońcu jak latarnia morska. Z prostym nosem i pełnymi ustami, był niespodziewanie przystojny jak na chasseura. Irytująco przystojny. Nie mogłam przestać się gapić. Gęste rzęsy otaczały oczy w kolorze morza.

Oczy, które właśnie patrzyły na mnie z nieskrywanym zdziwieniem.

Cholera. Uniosłam rękę do wąsów, które zwisały mi smętnie z twarzy.

Cóż, to był próżny wysiłek. Podczas gdy mężczyźni są dumni, kobiety wiedzą, kiedy zrejterować, gdy sytuacja robi się poważna.

– Nic mi nie jest. – Szybko opuściłam głowę i próbowałam go wyminąć, teraz pragnąc zachować między nami jak największy dystans. Chociaż wciąż jeszcze nie zrobiłam niczego złego, nie było sensu prowokować losu. Bo czasem oddawał. – Następnym razem patrz, jak idziesz.

Nie drgnął.

– Jesteś kobietą.

– Słuszna uwaga. – Ponownie próbowałam się przecisnąć obok niego, tym razem z większą determinacją, ale złapał mnie za łokieć.

– Dlaczego przebrałaś się za mężczyznę?

– Nosiłeś kiedyś gorset? – Odwróciłam się i stanęłam z nim twarzą w twarz, przyklejając wąsy z największą godnością, na jaką było mnie teraz stać. – Wątpię, żebyś zadał takie pytanie, gdybyś nosił. Spodnie są o wiele wygodniejsze.

Patrzył na mnie, jakby z czoła wyrosła mi ręka. Odwzajemniłam jego spojrzenie, a on lekko potrząsnął głową, jakby chcąc pozbyć się jakiejś myśli.

– Ja… przepraszam, mademoiselle.

Ludzie zaczęli na nas patrzeć. Bezskutecznie pociągnęłam go za rękę, bo w brzuchu czułam już narastającą panikę.

– Przepuść mnie…

Ale on tylko ścisnął mnie mocniej.

– Czy obraziłem panią?

Tracąc cierpliwość, szarpnęłam się, próbując się wyrwać.

– Złamałeś mi kość w dupie!

Być może zszokowała go ta wulgarność, bo puścił mnie, jakbym go ugryzła, i patrzył na mnie z niesmakiem graniczącym z odrazą.

– W życiu nie słyszałem, żeby jakaś dama tak się wyrażała.

Ach. Chasseurzy byli święci. Pewnie wziął mnie za diabła.

Nie mylił się tak bardzo.

Uśmiechnęłam się do niego jak kotka i odsunęłam, trzepocząc rzęsami niczym wcielenie Babette. Kiedy nie zrobił nic, żeby mnie zatrzymać, napięcie w mojej piersi zelżało.

– Obraca się pan w towarzystwie niewłaściwych dam, Chass.

– Jesteś kurtyzaną?

Chybabym się oburzyła, gdybym nie znała kilku godnych szacunku kurtyzan – nie zaliczyłabym do nich Babette. Przeklęta szantażystka. Westchnęłam głośno.

– Niestety nie, w całej Cesarinie mężczyznom pękają serca z tego powodu.

Zacisnął zęby.

– Jak masz na imię?

Wiwatujący tłum oszczędził mi odpowiedzi. Rodzina królewska wreszcie skręciła w naszą ulicę. Chasseur odwrócił się na sekundę, ale tyle mi wystarczyło. Schowałam się za grupą wyjątkowo rozentuzjazmowanych dziewczyn – nawoływały króla tak piskliwie, że chyba tylko psy mogły je usłyszeć – i zniknęłam, zanim znowu się odwrócił.

Ze wszystkich stron potrącały mnie łokcie i szybko zdałam sobie sprawę, że jestem zbyt niska, zbyt wątła, żeby przedrzeć się przez tłum. Zwłaszcza że nie chciałam nikogo dźgać nożem. Sama zdzieliłam kilka osób z łokcia i szukałam jakiegoś podwyższenia, na którym mogłabym przeczekać paradę. Gdzieś, gdzie nie będę na widoku.

Tam.

Podskoczyłam i złapałam parapet starego, kamiennego budynku, podciągnęłam się na rynnie i weszłam na dach. Oparłam łokcie o balustradę i patrzyłam na ulicę w dole. W każdych drzwiach powiewała złota flaga z herbem rodziny królewskiej, na każdym rogu rozłożyli się sprzedawcy z jedzeniem. Mimo apetycznych zapachów ich frites, kiełbas, serowych rogali, w mieście cuchnęło rybą. Rybą i dymem. Zmarszczyłam nos. Jedna z przyjemności mieszkania na ponurym, szarym półwyspie.

Cesarine ucieleśniała szarość. Obskurne, szare domy stały ciasno obok siebie jak sardynki w puszce, a popadające w ruinę ulice wiły się obok szarych ryneczków oraz jeszcze bardziej szarych portów. Wszystko skąpane było w nieprzemijającej chmurze dymu z kominów.

Szarość dusiła. Wysączała życie. Otumaniała.

Ale w życiu są straszniejsze rzeczy niż otumanienie. I gorsze rodzaje dymu niż ten z komina.

Krzyki zrobiły się najgłośniejsze, gdy rodzina Lyonów mijała mój budynek.

Król August machał ze złoconego powozu, jego złote loki rozwiewał późnojesienny wiatr. Jego syn, Beauregard, siedział tuż obok. Nie mogli się bardziej od siebie różnić. Ten pierwszy miał jasne spojrzenie i cerę, ten drugi oczy ukryte pod ciężkimi powiekami, śniadą skórę i czarne włosy po matce. Ale ich uśmiechy były niemal równie czarujące.

Zbyt czarujące jak na mój gust. Arogancja promieniowała z każdego poru ich skóry.

Żona Augusta siedziała za nimi z niezadowoloną miną. Nie winię jej. Ja też bym się dąsała, gdyby mój mąż miał więcej kochanek niż palców u rąk i stóp – nie żebym planowała go w ogóle mieć. Chybabym upadła na głowę, gdybym chciała się z kimś związać małżeństwem.

Odwróciłam się, bo znudził mnie już ten widok, gdy kątem oka dostrzegłam ruch na ulicy. Nieznaczną różnicę, jakby wiatr zmienił kierunek. Niemal niezauważalny dla ucha szum odbijał się do bruku, a każdy dźwięk wydawany przez tłum – a także każdy zapach, smak i dotyk – ulatniały się w eterze. Świat się zatrzymał. Odsunęłam się od krawędzi dachu, zjeżyły mi się włosy na karku. Wiedziałam, co będzie dalej. Rozpoznałam lekkie muśnięcie energii na skórze, znajome dudnienie w uszach.

Magia.

A potem usłyszałam krzyki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

NIEGODZIWOŚĆ KOBIET

 

Reid

 

 

Za czarownicami zawsze snuł się ten zapach. Słodki i ziołowy, ale ostry – zbyt ostry. Jak kadzidło, które arcybiskup palił podczas mszy, lecz bardziej gryzący. Chociaż minęły lata, odkąd odebrałem święcenia, nigdy do tego nie przywykłem. Nawet teraz, gdy wiatr przywiał zaledwie zapowiedź tego zapachu, poczułem ją aż w gardle. Dusiła mnie. Szydziła ze mnie.

Nienawidziłem zapachu magii.

Wysuwając balisardę z miejsca na sercu, obserwowałem zgromadzonych. Jean Luc posłał mi zaniepokojone spojrzenie.

– Jakieś kłopoty?

– Nie czujesz? – odpowiedziałem cicho. – Zapach jest subtelny, ale tu jest. Już zaczęły.

Wyjął swoją balisardę z pochwy na biodrze. Rozszerzyły mu się nozdrza.

– Ostrzegę pozostałych.

Nie mówiąc nic więcej, wmieszał się w tłum. Chociaż nie miał munduru, ludzie rozstępowali się przed nim jak Morze Czerwone przed Mojżeszem. Zapewne przez szafiry na rękojeści sztyletu. Po jego przejściu podniosły się szepty, a co bardziej rozgarnięci zerknęli też na mnie. Byli zaskoczeni, gdy uświadomili sobie, kogo widzą.

Chasseurzy.

Spodziewaliśmy się tego ataku. Z każdym mijającym dniem czarownice robiły się coraz bardziej niespokojne, dlatego więc połowa moich braci stała wzdłuż ulicy w mundurach, a druga połowa – ubrana jak ja – kryła się przed wzrokiem zebranych. Czekała. Obserwowała.

Polowała.

Mężczyzna w średnim wieku zrobił krok w moją stronę. Trzymał dziewczynkę za rękę. Mieli taki sam kolor oczu. Podobną budowę ciała. Córka.

– Proszę pana, czy grozi nam tu niebezpieczeństwo? – Kilka osób odwróciło się, słysząc to pytanie. Marszczyli brwi. Mieli rozbiegane spojrzenia. Dziewczynka skrzywiła się, zmarszczyła nos i upuściła chorągiewkę. Na chwilę zawisła w pół drogi, po czym opadła na ziemię.

– Boli mnie głowa, tato – wyszeptała mała.

– Cicho, dziecko. – Zerknął na nóż w mojej ręce i nieco się odprężył. – Ten pan jest chasseurem. Zapewni nam bezpieczeństwo. Prawda, proszę pana?

W przeciwieństwie do córki nie wyczuł jeszcze magii. Ale wyczuje. Już za chwilę.

– Musicie natychmiast opuścić to miejsce – powiedziałem ostrzej, niż zamierzałem. Dziecko znowu się skrzywiło, ojciec je objął. W głowie rozbrzmiewały mi słowa arcybiskupa. Uspokój ich, Reid. Musisz emanować spokojem i pewnością siebie oraz zapewniać im ochronę. Pokręciłem głową i zacząłem jeszcze raz: – Proszę wrócić do domu. Posolić drzwi i okna. I nie wychodzić, dopóki…

Moje słowa zagłuszył przenikliwy pisk.

Wszyscy zamarli.

– IDŹCIE! – Wepchnąłem mężczyznę i jego córkę do cukierni za nami. Ledwie przekroczył próg, inni ruszyli za nim, nie zważając na to, kto stoi im na drodze. Ciała zderzały się ze sobą wszędzie naokoło. Krzyki nasiliły się, a nienaturalny śmiech odbijał się echem z każdej strony. Trzymałem nóż blisko siebie i ruszyłem przez spanikowanych gapiów, potykając się o staruszkę.

– Uważaj – zazgrzytałem zębami, łapiąc ją za wątłe ramiona, zanim zdążyła upaść na ziemię, gdzie zostałaby zadeptana. Zerknęła na mnie wyblakłymi oczami, a na jej przywiędłych ustach pojawił się leniwy, osobliwy uśmiech.

– Niech Bóg ma cię w swojej opiece, młody człowieku – wychrypiała. A potem odwróciła się z zaskakującym wdziękiem i zniknęła w tłumie. Dopiero po kilku sekundach zarejestrowałem mdląco słodki swąd spalenizny, jaki się za nią snuł. Omal nie stanęło mi serce.

– Reid! – Jean Luc stał w powozie rodziny królewskiej. Otaczały go dziesiątki współbraci, w słońcu lśniły szafiry, gdy odpychali gapiów. Ruszyłem przed siebie, a gdy motłoch przede mną się rozproszył, w końcu je ujrzałem.

Czarownice.

Sunęły przez ulicę z błogimi uśmiechami na ustach i rozwianymi włosami, chociaż nie było wiatru. Były we trzy. Śmiały się, gdy ciała padały na ziemię przy najlżejszym dotyku ich palców.

Chociaż ich ofiary nie były martwe, zastanawiałem się, czy śmierć nie byłaby dla nich łaskawsza. Ci mający większego pecha budzili się i nie pamiętali o swoim drugim dziecku albo mieli nienasycony apetyt na ludzkie mięso. W zeszłym miesiącu znaleziono dziecko bez oczu. Jakiś mężczyzna utracił zdolność spania. A inny spędził resztę życia, usychając z tęsknoty za kobietą, której nikt nie potrafił dostrzec.

Każdy przypadek był inny. Każdy jeszcze bardziej niepokojący od poprzedniego.

– REID! – Jean Luc machał rękami, ale go zignorowałem. Przyglądałem się, jak czarownice zbliżają się do rodziny królewskiej, i wzbierał we mnie niepokój. Szły powoli, swobodnie, pomimo oddziału chasseurów pędzących w ich stronę. Ciała poddanych unosiły się jak kukły, tworząc ludzką tarczę wokół wiedźm. Patrzyłem z przerażeniem, jak jakiś człowiek poleciał do przodu i nadział się na balisardę jednego z moich braci. Czarownice zarechotały i nadal wyginały palce pod nienaturalnymi kątami. Z każdym ich drgnieniem unosiło się kolejne bezwolne ciało. Władczynie marionetek.

To nie miało sensu. Przecież czarownice działały w tajemnicy. Atakowały z cienia. Takie otwarte działanie – taki pokaz – był głupi. Chyba że…

Chyba że straciliśmy z oczu szerszy kontekst.

Zaszarżowałem w stronę kamiennego budynku po prawej, żeby spojrzeć na tłum z góry. Drżącymi palcami chwyciłem mur i zacząłem się wspinać. Każdy kolejny ciosany kamień prowadził wyżej – widziałem jak przez mgłę. Kręciło mi się w głowie. Czułem ucisk w piersi. Krew dudniła mi w uszach. Nie patrz w dół. Patrz do góry…

Znad krawędzi dachu wyjrzała znajoma twarz z wąsami. Zielono-niebieskie oczy. Piegowaty nos. Dziewczyna z cukierni.

– Cholera – powiedziała. Po czym gdzieś się ukryła.

Skupiłem uwagę na miejscu, w którym zniknęła. Moje ciało poczuło nową motywację. W ciągu kilku sekund podciągnąłem się na samą górę, ale dziewczyna przeskakiwała już na drugi dach. Jedną ręką trzymała kapelusz, drugą pokazywała mi środkowy palec. Spojrzałem na nią gniewnie. Ta mała poganka nie była moim zmartwieniem, mimo że bezczelnie okazała mi brak szacunku.

Odwróciłem się, żeby popatrzeć w dół, chwyciłem się balustrady, bo świat kołysał się i kręcił.

Ludzie wchodzili do sklepów ciągnących się wzdłuż ulic. Było ich zbyt wielu. Obsługa próbowała zachować porządek, ale i tak tratowano tych stojących najbliżej drzwi. Właścicielowi piekarni udało się zabarykadować wejście. Ci, którzy pozostali na zewnątrz, wrzeszczeli i walili w okna, ponieważ czarownice były coraz bliżej.

Przyglądałem się tłumowi, by mieć pewność, że niczego nie przeoczyliśmy. Nad czarownicami wirowało więcej niż dwudziestu nieszczęśników – niektórzy nieprzytomni, opadły im głowy, inni byli wciąż świadomi. Jeden mężczyzna wisiał z rozłożonymi rękami, jakby był przybity do niewidzialnego krzyża. Włosy i ubrania którejś kobiety unosiły się tak, jakby była pod wodą. Do jej płuc nie dochodziło powietrze. Zrobiła się sina na twarzy. Tonęła.

Z każdym nowym horrorem zbliżało się coraz więcej chasseurów.

Nawet z tej odległości widziałem na ich twarzach zaciekłość i determinację, by bronić ludzi. Ale gdy spieszyli na pomoc bezsilnym, zapominali o naszej prawdziwej misji: ochronie rodziny królewskiej. Przy powozie stało już tylko czterech mężczyzn: dwóch chasseurów i dwóch strażników rodziny królewskiej. Jean Luc trzymał dłoń królowej, a król wykrzykiwał rozkazy skierowane do nas, swojej straży i każdego, kto mógłby go posłuchać, ale wrzask rozszalałego tłumu zagłuszał każde jego słowo.

Od tyłu zbliżała się do nich niepozorna wiedźma.

Gdy dotarła do mnie powaga sytuacji, straciłem dech. Czarownice, czary – to tylko przedstawienie. Dywersja.

Nie zastanawiając się nawet przez chwilę, by nie przypominać sobie o przerażającej odległości do ziemi, chwyciłem rynnę i przerzuciłem nogi przez krawędź dachu. Metal zaskrzypiał i ugiął się pod moim ciężarem. W połowie drogi w dół rynna do reszty odczepiła się od kamienia. Odskoczyłem z sercem w gardle i przygotowałem się na upadek. Gdy zderzyłem się z ziemią, poczułem silny ból promieniujący w górę nóg, ale to mnie nie powstrzymało.

– Jean Luc! Za tobą!

Odwrócił się, żeby na mnie spojrzeć, i zauważył wiedźmę. Zrozumiał, o co chodzi.

– Na ziemię! – Rzucił króla na podłogę powozu. Pozostali chasseurzy do razu ich otoczyli.

Garbata czarownica zerknęła przez ramię i znowu posłała mi osobliwy uśmiech. Zakręciła nadgarstkiem i słodki zapach przybrał na sile. Z jej palców wystrzelił podmuch powietrza, ale jej magia nie mogła nam zaszkodzić. Nie wtedy, gdy mieliśmy przy sobie balisardy. W metal każdego sztyletu wtopiono kroplę relikwii Świętego Konstantyna, dzięki czemu byliśmy odporni na działanie czarów. Poczułem przepływające obok mdląco słodkie powietrze, ale nie zrobiło mi żadnej krzywdy. Nic nie stało się także moim braciom.

Strażnicy i obywatele nie mieli jednak tyle szczęścia. Odrzuciło ich, z impetem uderzyli w powóz i ściany sklepów. Oczy wiedźmy rozbłysły triumfem, kiedy jeden z chasseurów rzucił się im na pomoc. Nienaturalnie raźno podeszła do drzwi powozu, w których ukazała się pełna niedowierzania twarz księcia Beauregarda. Wykrzywiła się w uśmiechu na jego widok. Rzuciłem nią o ziemię, zanim udało jej się unieść ręce.

Walczyła z siłą kobiety o połowę od niej młodszej – lub o połowę młodszego mężczyzny – kopała, gryzła i biła w każdy fragment mojego ciała, którego dosięgła. Ale byłem zbyt ciężki. Przygniotłem ją, unieruchomiłem jej ręce nad głową, nie zważając na to, że wyrywam je z barków. Przycisnąłem nóż do jej gardła.

Znieruchomiała, gdy pochyliłem się nad jej uchem. Ostrze naparło mocniej.

– Niech Bóg zlituje się nad twą duszą.

Roześmiała się – głośno, rubasznie, aż wstrząsnęła całym moim ciałem. Zmarszczyłem brwi, odsunąłem się i znieruchomiałem. Kobieta pode mną nie była już starą wiedźmą. Z przerażeniem patrzyłem, jak jej pomarszczona twarz zmienia się w gładką, porcelanową buzię. Jej rzadkie włosy gęstnieją, robią się kruczoczarne i spływają poniżej ramion.

Patrzyła na mnie spod przymkniętych powiek, rozchyliła usta i zbliżyła je do moich. Nie byłem w stanie myśleć, nie mogłem się ruszyć, nie wiedziałem, jak to zrobić, nawet gdybym chciał, ale jakoś udało mi się uchylić, zanim mnie dotknęła.

I wtedy to poczułem.

Twardy, zaokrąglony kształt jej brzucha wciśnięty w mój tors.

O Boże.

Z mojej głowy odpłynęły wszystkie myśli. Odskoczyłem – od niej, od tej rzeczy – i stanąłem na nogi. W oddali cichły krzyki. Ciała leżące na ziemi drżały. Kobieta powoli wstała.

Ubrana była teraz w głęboką, krwawą czerwień. Położyła dłoń na wypukłym brzuchu i się uśmiechnęła.

Jej szmaragdowe oczy zerknęły na rodzinę królewską, która kuliła się przy podłodze powozu, blada i przerażona. Obserwująca.

– Odzyskamy nasze ziemie, Wasze Wysokości – zaskrzeczała wiedźma. – Raz po raz was ostrzegałyśmy, ale nie słuchaliście. Niedługo zatańczymy na waszych prochach, podobnie jak wy tańczyliście na prochach naszych przodków. – Spojrzała mi w oczy. Porcelanowa skóra ponownie zwiotczała, czarne włosy zmieniły się w rzadkie, srebrne strąki. Nie była już piękną, ciężarną kobietą, znowu stała przede mną stara baba. Puściła do mnie oko. Zmroziło mi krew w żyłach. – Musimy to wkrótce powtórzyć, przystojniaku.

Odebrało mi mowę. Nigdy wcześniej nie widziałem takiej czarnej magii – takiej profanacji ludzkiego ciała. Ale czarownice nie były ludźmi. Były żmijami. Wcieleniem demona. A ja prawie…

Bezzębny uśmiech zrobił się jeszcze szerszy, jakby potrafiła czytać w moich myślach. Zanim zdołałem zrobić użytek z noża i posłać ją z powrotem do piekła, skąd przyszła, odwróciła się na pięcie i zniknęła w chmurze dymu.

Ale wcześniej posłała mi buziaka.

 

Gruby zielony dywan tłumił moje kroki, kiedy kilka godzin później szedłem po nim w gabinecie arcybiskupa. Pozbawione okien ściany pomieszczenia pokrywały zdobione boazerie. Ogień z kominka rzucał migoczące światło na papiery rozrzucone na biurku. Siedząc, arcybiskup pokazał mi gestem, że mam zająć miejsce na jednym z drewnianych krzeseł naprzeciwko.

Usiadłem. Zmusiłem się do spojrzenia mu w oczy. Stłumiłem gorzkie poniżenie, które paliło mnie w gardle.

Chociaż król i jego rodzina wyszli z parady bez szwanku, wielu innym się to nie udało. Dwie osoby zginęły – jedna dziewczynka z ręki swojego brata, ktoś inny popełnił samobójstwo. Dziesiątki kolejnych nie miały żadnych widocznych urazów, ale obecnie przebywały dwa piętra wyżej, gdzie przywiązano ich do łóżek. Krzyczeli. Mówili od rzeczy. Patrzyli w sufit, nie mrugając oczami. Nieobecni. Księża zrobili dla nich, co mogli, ale większość w ciągu dwóch tygodni zostanie odwieziona do przytułku dla obłąkanych. Tylko tyle medycyna może zrobić dla dotkniętych magią.

Arcybiskup patrzył na mnie ponad złożonymi dłońmi. Stalowe oczy. Ściągnięte usta. Srebrne kosmyki na jego skroniach.

– Świetnie sobie dzisiaj poradziłeś, Reid.

Zmarszczyłem brwi i poruszyłem się na krześle.

– Słucham?

Uśmiechnął się bez radości i pochylił nad biurkiem.

– Gdyby nie ty, byłoby o wiele więcej ofiar. Król August jest twoim dłużnikiem. Nie może się ciebie nachwalić. – Wskazał elegancką kopertę leżącą na blacie. – Zamierza wydać bal na twoją cześć.

Mój wstyd zapiekł jeszcze mocniej. Wysiłkiem woli zdołałem rozluźnić zaciśnięte dłonie. Nie zasługiwałem na żadne pochwały – ani ze strony króla, ani mojego zwierzchnika. Zawiodłem ich dzisiaj. Złamałem pierwszą regułę mojego bractwa: Nie pozwolisz przeżyć żadnej czarownicy.

Ja pozwoliłem czterem.

Co gorsza, chciałem nawet…

Zadrżałem, nie byłem w stanie o tym myśleć.

– Nie mogę tego przyjąć.

– Dlaczego nie? – Uniósł ciemną brew i ponownie się pochylił. Skurczyłem się pod jego uważnym spojrzeniem. – Jako jedyny pamiętałeś o swojej misji. Jako jedyny rozpoznałeś, kim naprawdę była staruszka.

– Jean Luc…

Niecierpliwie machnął ręką.

– Odnotowałem twoją pokorę, Reid, ale nie powinieneś posuwać się do fałszywej skromności. Ocaliłeś dziś wiele istnień.

– Ja… Ekscelencjo… – Potykałem się na słowach i wbijałem wzrok w swoje dłonie. Ponownie zacisnęły się w pięści.

Jak zawsze arcybiskup zrozumiał mnie bez dalszych wyjaśnień.

– Ach, no tak… – Jego głos złagodniał. Podniosłem wzrok i zobaczyłem, że patrzy na mnie z enigmatyczną miną. – Jean Luc opowiedział mi o tym nieszczęsnym spotkaniu.

Chociaż mówił łagodnie, w jego tonie pobrzmiewało rozczarowanie. Ponownie poczułem wzbierającą falę wstydu. Spuściłem głowę.

– Przepraszam, ekscelencjo. Nie wiem, co we mnie wstąpiło.

Głośno westchnął.

– Nie obawiaj się, synu. Kobiety są niegodziwe, szczególnie czarownice. Ich przebiegłość nie zna granic.

– Proszę mi wybaczyć, ekscelencjo, ale nigdy wcześniej nie widziałem takich czarów. Czarownica była starą babą, ale… się zmieniła. – Znowu wbiłem wzrok w swoje pięści. Wydusiłem kolejne zdanie: – Zmieniła się w piękną kobietę. – Zaczerpnąłem powietrza, zacisnąłem zęby i podniosłem wzrok. – Piękną kobietę przy nadziei.

Wydął wargi.

– Matkę.

– Słucham?

Wstał, założył ręce na plecach i zaczął krążyć po gabinecie.

– Zapomniałeś o świętokradzkich naukach czarownic, Reid?

Pokręciłem głową, płonęły mi uszy i przypomniałem sobie srogiego diakona z dzieciństwa. Skromną salę katechetyczną przy świątyni. Spłowiałą Biblię w moich rękach.

Czarownice nie czczą naszego Pana i Zbawcy, nie uznają świętego przymierza Ojca, Syna i Ducha Świętego. Wyznają inną, bałwochwalczą trójcę. Potrójną Boginię.

Nawet gdybym nie dorastał w kościele, jak każdy chasseur przed złożeniem przysięgi uczyłbym się nikczemnej ideologii czarownic.

– Panna, Matka i Starucha – wymamrotałem.

Potaknął, a ja poczułem, że rozlewa się we mnie ciepła satysfakcja.

– Ucieleśnienie kobiecości w cyklu narodzin, życia i śmierci… między innymi. Oczywiście jest to bluźnierstwo. – Prychnął i pokręcił głową. – Jakby Bóg mógł być kobietą.

Zmarszczyłem brwi, unikałem jego spojrzenia.

– Naturalnie, ekscelencjo.

– Czarownice wierzą, że ich królowa, La Dame des Sorcières, została pobłogosławiona przez boginię. Sądzą, że może dowolnie zmieniać swoją formę w ramach trójcy świętej. – Zamilkł, zacisnął usta i spojrzał na mnie. – Wydaje mi się, że dzisiaj miałeś okazję zobaczyć ją we własnej osobie.

Spojrzałem na niego, nie kryjąc zdziwienia.

– Morgane le Blanc?

Skinął głową.

– Dokładnie tak.

– Ale, ekscelencjo…

– To wyjaśnia pokusę. To, że nie byłeś w stanie kontrolować najniższych instynktów. La Dame des Sorcières dysponuje niewiarygodnie potężną mocą, Reid, zwłaszcza w tej formie. Czarownice twierdzą, że Matka reprezentuje płodność, spełnienie i… seksualność. – Jego twarz wykrzywiła się z niesmakiem, jakby to słowo zostawiło gorzki posmak w jego ustach. – Słabszy od ciebie uległby pokusie.

Ale ja też chciałem. Twarz paliła mnie do bólu. Milczeliśmy. Usłyszałem kroki i poczułem dłoń arcybiskupa na ramieniu.

– Wyrzuć to z pamięci, żeby trucizna tej kreatury nie zainfekowała twoich myśli i nie zniszczyła twojej duszy.

Przełknąłem głośno ślinę i zmusiłem się do spojrzenia mu w oczy.

– Już nigdy nie zawiodę, ekscelencjo.

– Wiem. – Żadnego wahania. Żadnej niepewności. Poczułem wielką ulgę. – Życie, które wybraliśmy, życie powściągliwe i skromne, nie jest pozbawione pewnych trudności. – Zacisnął palce na moim ramieniu. – Jesteśmy ludźmi. Od zarania dziejów mężczyźni zmagają się z pokusą ze strony kobiet. Nawet w doskonałym Ogrodzie Edenu Ewa namówiła Adama do grzechu. – Kiedy nic nie odpowiedziałem, puścił moje ramię i westchnął. Był znużony. – Powierz tę sprawę Panu, Reid. Wyznaj swoje grzechy, a On da ci odkupienie. A jeśli… wciąż nie będziesz mógł pogodzić się z tą przypadłością, być może znajdziemy ci żonę.

Jego słowa niczym cios uderzyły w moją dumę i mój honor. Poczułem złość. Wielką. Gwałtowną. Odurzającą. Jedynie garstka braci pojęła żony, odkąd król powołał nasz święty zakon, a większość z nich w końcu zrezygnowała i opuściła Kościół.

A jednak… kiedyś przez pewien czas brałem to pod uwagę. Pragnąłem tego. Ale już nie.

– To nie będzie konieczne, ekscelencjo.

Jakby wyczuwając moje myśli, arcybiskup powoli mówił dalej:

– Nie muszę ci chyba przypominać o twoich poprzednich występkach, Reid. Dobrze wiesz, że Kościół nie może nikogo przymusić do celibatu, nawet chasseura. Jak powiedział Piotr: „Lecz jeśli nie potrafiliby zapanować nad sobą, niech wstępują w związki małżeńskie. Lepiej jest bowiem żyć w małżeństwie niż płonąć”. Jeśli twoim życzeniem jest mieć żonę, żaden z braci ani ja nie możemy cię przed tym powstrzymać. – Zamilkł i uważnie na mnie popatrzył. – Być może młoda Mademoiselle Tremblay będzie cię jeszcze chciała?

Na te słowa przed oczami stanęła mi twarz Celii. Delikatna. Piękna. Jej zielone oczy wypełnione łzami. Wsiąkały w czarny materiał żałobnej sukni.

Nie możesz dać mi swojego serca, Reid. Nie mogę mieć tego na sumieniu.

Celio, proszę…

Te potwory, które zamordowały Pip, nadal tutaj są. Należy je ukarać. Nie będę odciągała cię od misji. Jeśli musisz komuś oddać serce, oddaj je swojemu bractwu. Proszę, proszę, zapomnij o mnie.

Nigdy o tobie nie zapomnę.

Musisz.

Odsunąłem od siebie to wspomnienie, zanim całkowicie mną zawładnęło.

Nie. Nigdy się nie ożenię. Po śmierci siostry Celia postawiła sprawę jasno.

– „Tym zaś, którzy nie wstąpili w związki małżeńskie, oraz tym, którzy już owdowieli, mówię: dobrze będzie, jeśli pozostaną jak i ja” – dokończyłem cicho i spokojnie. Wpatrywałem się w swoje pięści spoczywające na udach, wciąż przeżywałem żałobę za swoją przyszłością i rodziną, której nigdy nie ujrzę. – Ekscelencjo, proszę… nie wydaje mi się, że mógłbym zaryzykować swoją przyszłość w zakonie chasseurów i wstąpić w związek małżeński. Niczego bardziej nie pragnę niż służyć Bogu… i tobie, ekscelencjo.

Popatrzyłem na niego, a on uśmiechnął się blado.

– Twoje poświęcenie Bogu bardzo mnie raduje. A teraz sprowadź mój powóz. Mam stawić się w zamku w sprawie książęcego balu. Jeśli o mnie chodzi, to niepotrzebny kaprys, ale August lubi rozpieszczać syna…

Resztę jego słów zagłuszyło niecierpliwe pukanie do drzwi. Jego uśmiech zniknął w jednej chwili, skinął głową na znak, że jestem wolny. Wstałem, a on obszedł biurko.

– Proszę.

Wszedł młody, patykowaty nowicjusz. Ansel. Szesnastolatek. Osierocony w dzieciństwie podobnie jak ja. Za dzieciaka prawie się nie znaliśmy, chociaż obaj zostaliśmy wychowani przez Kościół. Był zbyt młody, by przystawać ze mną i Jean Lukiem.

Skłonił się, prawą dłoń położył na sercu.

– Przepraszam, że przeszkadzam, Wasza Ekscelencjo. – Podskakiwała mu grdyka, gdy wyciągnął rękę z listem. – Korespondencja. Jakaś kobieta przyniosła ten list pod same drzwi. Uważa, że dziś wieczorem na West Endzie pojawi się czarownica, w pobliżu parku Brindelle.

Zamarłem. Tam właśnie mieszkała Celia.

– Kobieta? – Arcybiskup zmarszczył czoło i wziął list. Pieczęć miała kształt róży. Spomiędzy fałd swojej szaty wyjął nóż, by przeciąć kopertę. – Jaka?

– Nie znam jej, ekscelencjo. – Policzki Ansela zrobiły się różowe. – Miała rude włosy i była bardzo… – odkaszlnął i wbił wzrok w swoje buty – bardzo piękna.

Arcybiskup jeszcze bardziej się zdziwił i otworzył list.

– Nie należy przywiązywać się do ziemskiego piękna, Ansel – powiedział i spojrzał na list. – Spodziewam się ciebie jutro przy konfesjona… – Zrobił wielkie oczy, czytając pismo.

Podszedłem.

– Ekscelencjo?

Zignorował mnie, nie odrywał wzroku od kartki. Zrobiłem jeszcze krok, aż wreszcie uniósł głowę. Zamrugał oczami.

– Ja… – pokręcił głową i odchrząknął, po czym znów spojrzał na wiadomość.

– Ekscelencjo? – powtórzyłem.

Na dźwięk mojego głosu rzucił się w stronę kominka i wrzucił list do ognia.

– Nic mi nie jest – odrzekł, zakładając ręce za sobą. Widziałem, że drżały. – Nie martw się.

Ale się martwiłem. Znałem arcybiskupa lepiej niż inni i wiedziałem, że nigdy się nie trząsł. Popatrzyłem na kominek, gdzie list zmienił się już w popiół. Zacisnąłem dłonie w pięści. Jeśli jakaś czarownica spróbowałaby zaatakować Celię podobnie jak Filippę, rozszarpię ją na kawałki. Zanim z nią skończę, będzie błagała o spalenie na stosie.

Jakby wyczuwając, że na niego patrzę, arcybiskup odwrócił się do mnie.

– Kapitanie Diggory, zbierz oddział. – Jego głos był już spokojniejszy. Zimniejszy. Ponownie rzucił okiem na kominek i zrobił jeszcze bardziej zaciętą minę. – Szczerze mówiąc, wątpię w prawdomówność tej kobiety, ale musimy postąpić zgodnie z tym, do czego obliguje nas przysięga. Przeszukać okolicę. Natychmiast zdać raport.

Położyłem dłoń na sercu, ukłoniłem się i ruszyłem w stronę drzwi, ale poczułem jego palce na swojej ręce. Już nie drżały.

– Jeśli naprawdę na West Endzie znajduje się czarownica, macie ją sprowadzić żywą.

Potakując, skłoniłem się ponownie. Załatwione. Czarownica nie potrzebuje kończyn do życia. Nie potrzebuje nawet głowy. Może się uratować, dopóki nie spłonie. Nie złamię żadnego z przykazań arcybiskupa. Jeśli sprowadzenie żywej czarownicy pomoże złagodzić jego nagły niepokój, przyprowadzę trzy. Dla niego. Dla Celii. I dla siebie.

– Zrozumiałem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

SKOK

 

Lou

 

 

Tego wieczoru pospiesznie założyłyśmy kostiumy w Soleil et Lune. Nasza bezpieczna przystań i ulubione miejsce, strych teatru, zapewniała niekończący się zapas przebrań – sukni, płaszczy, peruk, butów, a nawet bielizny w każdym rozmiarze, kształcie i kolorze. Dzisiaj Bas i ja przechadzaliśmy się w świetle księżyca jako młoda, zakochana para, odziani w bogate, okazałe szaty arystokratów. Coco szła za nami jako eskorta.

Wtuliłam się w jego chude ramię i posłałam mu zachwycone spojrzenie.

– Dziękuję, że nam pomagasz.

– Ach, Louey, wiesz, że nie cierpię tego słowa. Pomoc sugeruje, że wyświadczam jakąś przysługę.

Uśmiechnęłam się ironicznie i przewróciłam oczami.

– Broń Boże, żebyś zrobił coś z dobroci serca.

– W moim sercu nie ma żadnej dobroci. – Zadziornie puścił oko i przyciągnął mnie do siebie, po czym pochylił się, żeby móc szeptać mi do ucha. Czułam jego ciepły, zbyt ciepły oddech na szyi. – Tylko złoto.

Jasne. Szturchnęłam go łokciem, co było pozornie niewinnym gestem, i odsunęłam się od niego. Po koszmarnej paradzie spędziliśmy większą część popołudnia, knując, jak przedrzeć się przez ochronę Tremblaya, której istnienie potwierdziliśmy podczas przechadzki pod jego domem. Kuzyn Basa mieszkał w pobliżu Tremblaya, więc miejmy nadzieję, że nasza obecność tam nie wzbudziła podejrzeń.

Było dokładnie tak, jak opisał Bas: trawnik za płotem, co pięć minut przy bramie pojawiali się strażnicy. Zapewnił, że dodatkowa ochrona czeka w środku, razem z wyszkolonymi do zabijania owczarkami. Chociaż personel Tremblaya prawdopodobnie będzie spał podczas naszej wizyty, były jeszcze inne niewiadome, nad którymi nie mieliśmy kontroli. Na przykład kwestia lokalizacji skarbca – jego odnalezienie może potrwać kilka dni, a my będziemy mieć zaledwie kilka godzin do powrotu Tremblaya.

Przełykając głośno ślinę, poprawiłam perukę – blond włosy utapirowane i usztywnione pomadą – a potem wygładziłam aksamitną wstążkę na szyi. Wyczuwając mój niepokój, Coco dotknęła dłonią moich pleców.

– Nie denerwuj się, Lou. Nic ci się nie stanie. Drzewa w Brindelle zamaskują magię.

Potaknęłam i zmusiłam się do uśmiechu.

– Jasne. Przecież wiem.

Skręciwszy w ulicę, przy której mieszkał Tremblay, zamilkliśmy. Eteryczne, wysmukłe drzewa w parku Brindelle lekko lśniły. Setki lat temu były częścią świętego gaju moich przodków. Kiedy Kościół przejął kontrolę nad Belterrą, władze próbowały spalić je do korzeni, ale zaliczyły spektakularną klapę. Drzewa odrosły. Po kilku dniach znów wznosiły się nad ziemią, a osadnicy zostali zmuszeni pobudować domy naokoło. Ich magia wciąż rozbrzmiewała pod moimi stopami, starodawna i niezmieniona.

Po chwili Coco westchnęła i ponownie dotknęła moich pleców. Jakby niechętnie.

– Ale i tak musisz być ostrożna.

Bas odwrócił się do nas i zmarszczył brwi.

– Słucham?

Nie odpowiedziała.

– Jest coś… co czeka na ciebie u Tremblaya. Może jest to pierścień, a może coś innego. Nie widzę dokładnie.

– Co takiego? – Zatrzymałam się w pół kroku i odwróciłam do niej. – Co to ma znaczyć?

Spojrzała na mnie ze zbolałą miną.

– Powiedziałam ci. Nie widzę tego. Wszystko jest jakby za mgłą i drży, ale coś tam na pewno jest. – Zamilkła na chwilę, przechyliła głowę, jakby się mi przypatrywała, a raczej jakby patrzyła na coś, czego ja nie dostrzegałam. Coś ciepłego, wilgotnego i poruszającego się tuż pod moją skórą. Stłumiłam dreszcz. – Może być niebezpieczne, ale wydaje mi się, że cokolwiek tam jest, nie zrobi ci krzywdy. Ale na pewno ma moc.

Parsknęłam z niedowierzaniem.

– Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej?

– Bo wcześniej tego nie widziałam.

– Coco, planowaliśmy to przez cały dzień…

– To nie ja wymyślam zasady, Lou – odpysknęła. – Widzę jedynie to, co pokaże mi krew.

Pomimo protestów Basa Coco uparła się, by przed wyjściem nakłuć nasze palce. Próbowałam nie wzdrygać się na wspomnienie tego, jak próbowała mojej krwi. Jako Dame Rouge Coco nie przyjmowała magii z ziemi jak reszta z nas. Jej magia była inna. Mroczniejsza.

Pochodziła z krwi.

Nie miałam jej tego za złe, w przeciwieństwie do moich krewnych. Dames Rouges były rzadkością. Pariasami wśród Dames Blanches.

Dobrze się dobrałyśmy. Zwykle się między nami układało.

– Drogie panie – Bas mówił przez zęby, kłaniając się uprzejmie jakiejś parze po drugiej stronie ulicy ze sztucznym uśmiechem. – Sugeruję, byśmy przełożyli tę rozmowę. Nie mam zamiaru dziś w nocy zostać upieczony na rożnie.

– Nie ciebie upieką – wymamrotałam pod nosem, gdy podjęliśmy spacer. – Nie jesteś czarownicą.

– Nie – zgodził się i z rozmysłem skinął głową – chociaż to mogłoby być przydatne. Zawsze uważałem za nieuczciwe, że mężczyzn omija cała zabawa.

Coco kopnęła kamyk za jego plecami.

– Można nam pozazdrościć zwłaszcza prześladowania.

Odwrócił się do niej z ponurą miną, ssąc czubek palca wskazującego, gdzie już prawie nie było widać śladu po jej szpilce.

– Zawsze musisz być ofiarą, nieprawdaż, moja droga?

Ponownie go szturchnęłam. Tym razem mocniej.

– Zamknij się, Bas.

Kiedy otworzył usta, żeby zaoponować, Coco posłała mu koci uśmiech.

– Uważaj, wciąż mam w sobie twoją krew.

Spojrzał na nią z przerażeniem.

– Tylko dlatego, że siłą ją ze mnie wycisnęłaś!

Wzruszyła ramionami, zupełnie jej to nie poruszyło.

– Musiałam sprawdzić, czy coś ciekawego przydarzy ci się tej nocy.

– I co? – Bas spojrzał na nią wyczekująco. – Przydarzy?

– Nie chciałbyś wiedzieć.

– Niewiarygodne! Powiedz mi, jaki jest sens w tym, że pozwoliłem ci wyssać moją krew, skoro nie zamierzasz podzielić się wiedzą…

– Już ci powiedziałam. – Przewróciła oczami, udając znudzenie, i przyjrzała się bliźnie na swoim nadgarstku. – Widzę tylko urywki, a przyszłość się zmienia. Wieszczenie tak naprawdę nie jest moją mocną stroną. Na przykład moja ciotka widzi tysiące możliwości, jeśli tylko posmakuje…

– Fascynujące. Nie wyobrażasz sobie, jak lubię te nasze pogawędki, ale wolałbym raczej nie słuchać o szczegółach związanych z przepowiadaniem przyszłości z krwi. Jestem pewien, że to rozumiesz.

– To ty powiedziałeś, że fajnie byłoby być czarownicą – wytknęłam mu.

– Chciałem być szarmancki!

– Och, proszę. – Coco prychnęła. Kopnęła w niego kolejnym kamyczkiem i uśmiechnęła się triumfalnie, gdy trafił go prosto w pierś. – Jesteś najmniej szarmancką osobą, jaką znam.

Patrzył spode łba raz na jedną, raz na drugą, nieudolnie próbując zdławić nasz śmiech.

– A więc tak odpłacacie mi za pomoc. Być może powinienem wrócić do mojego kuzyna.

– Och, zamknij się, Bas. – Uszczypnęłam go w rękę, a on spojrzał na mnie z wyrzutem. Pokazałam mu język. – Zgodziłeś się nam pomóc, poza tym zgarniesz swoją dolę. A ona przyjęła zaledwie kroplę twojej krwi. Niedługo ją wydali.

– Lepiej żeby tak było.

W odpowiedzi Coco pstryknęła palcami, a Bas podskoczył i zaklął, jakby jego portki zajęły się ogniem.

– To nie było zabawne.

I tak się roześmiałam.

Dom Tremblaya pojawił się przed naszymi oczami zbyt szybko. Zbudowany z ładnego, jasnego kamienia, wyróżniał się spośród innych rezydencji, chociaż wydawało się, że jego splendor nieco przygasł. Po tynku powoli pięły się zielone plamy, a wiatr miotał suchymi liśćmi po trawniku za płotem. Zbrązowiałe hortensje i róże tkwiły w klombach, a obok nich rosło niepasujące tutaj, egzotyczne drzewko pomarańczowe. Takie korzyści z handlu na czarnym rynku.

Zastanawiałam się, czy Filippa lubiła pomarańcze.

– Masz środek uspakajający? – Bas zapytał szeptem Coco. Stanęła obok nas i potaknęła, wyjmując paczuszkę z płaszcza. – Dobrze. Jesteś gotowa, Lou?

Nie odpowiedziałam mu, tylko chwyciłam rękę Coco.

– Jesteś pewna, że nie zaszkodzi psom?

Bas warknął coś niecierpliwie, lecz Coco uciszyła go kolejnym pstryknięciem. Potaknęła jeszcze raz i dotknęła swojego przedramienia ostrym paznokciem.

– Po jednej kropli mojej krwi dodanej do proszku na każdego psa. To tylko suszona lawenda – dodała, unosząc paczuszkę. – Uśpi je na jakiś czas.

Puściłam jej rękę i skinęłam głową.

– Dobrze. Chodźmy.

Założywszy kaptur, zaczęłam skradać się cicho pod otaczający posiadłość płot z kutego żelaza. Chociaż nie słyszałam ich kroków, wiedziałam, że idą za mną, trzymając się blisko cienia rzucanego przez żywopłot.

Zamek w bramie był prosty i mocny, zrobiono go z tego samego żelaza co ogrodzenie. Wzięłam głęboki wdech. Byłam w stanie to zrobić. Minęły dwa lata, ale na pewno, na pewno