Gniew upadłych - Amber V. Nicole - ebook
NOWOŚĆ

Gniew upadłych ebook

Amber V. Nicole

0,0

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Kiedy Bogowie tańczą z Potworami, świat drży w posadach.

Wraz z powrotem Samkiela, prawowitego następcy, w pozostałych królestwach rosną napięcia. Po dwóch stronach barykady powoli zbierają się ci, którzy ofiarowali lojalność Pogromcy Świata oraz przysięgający wierność Nismerze. Wojna czai się za rogiem, więc Samkiel musi poradzić sobie z rosnącą mocą, tylko że bez NiePamięci żyjące pod skórą mroczne i starożytne siły zaczynają atakować jego umysł.

 

Równocześnie starożytna moc przyzywa Diannę, nękając ją w snach groźbami odwetu. Samkiel pragnie znaleźć sposób na ochronienie ukochanej, dlatego w akcie desperacji wyrusza na poszukiwania odpowiedzi. Niestety rozwiązanie tej zagadki oznacza podróż do jedynego miejsca, którego nie chciał odwiedzać – Innego Świata.

 

Pierwotne i wieczne siły zwróciły na nich uwagę, zmuszając Ig’Morruthen i bogów do współpracy przy misji odzyskania przedmiotu zdolnego zakrzywić rzeczywistość. W ogniu i krwi rodzi się nieoczekiwane przymierze, a wszyscy, których dosięgnie, muszą dokonać jedynego wyboru – ocalić światy albo siebie.

 

Rozpoczyna się wyścig z czasem. Nismera tropi Vincenta i Camillę, żądna odzyskać to, co ukradli. Z każdą bitwą jej potęga i armada rosną w siłę, pozostawiając po sobie tylko chaos i zgliszcza.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 970

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: The Wrath of the Fallen

Copyright © Amber V. Nicole 2025

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka

Redakcja: Alicja Chybińska

Korekta: Anna Łakuta-Rudzka, Magdalena Kłodowska, Martyna Góralewska

Skład i łamanie: Paulina Romanek

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

Projekt okładki: Opulent Design & Swag

ISBN 978-83-8418-734-0 • Wydawnictwo Nowe Strony • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

PROLOG

Miasteczko zaczęło cichnąć, gdy wychodziłem z domu. Pomachałem kilku sklepikarzom, gdy zamykali swój biznes, i ominąłem dwóch pijaków, którzy, potykając się i śmiejąc, szli w nieznanym kierunku. Noc była piękna, niebo pełne gwiazd, a ja lubiłem spacerować do pracy. Lepiej działało mi się nocami, wolałem, gdy tłum się rozrzedzał. Poza tym jezioro ożywało, gdy zachodziło słońce, niezależnie od tego, czy dało się zobaczyć księżyc, czy nie.

– Jesteś wcześniej – rzucił mój szef, poprawiając słomiany kapelusz.

Jego biała koszula napinała się na dolnej części torsu, a wypukłość brzucha została jeszcze bardziej uwydatniona przez znoszone ciemne spodnie wsunięte w sięgające do kolan buty.

Nabrzeże było opuszczone, jezioro puste, a zwyczajowe tłumy nieobecne. Wszystkie łodzie wciąż pozostawały zacumowane do pomostu i wyglądało na to, że żadna z nich nie wypłynęła.

– Słaba noc dla kochanków? – zapytałem.

Wzruszył ramionami.

– Nie o to chodzi. Nigdzie nie widać księżycowych klejnotów.

Zmarszczyłem brwi, a on skinął głową w stronę jeziora, proponując, bym sam się rozejrzał. Deski zaskrzypiały, gdy po nich przechodziłem. Zatrzymałem się na krawędzi pomostu, obok beczek z zimnymi ogniami, i oparłem się o balustradę. Drzewa milczały, a żadne owady nie unosiły się na zwisających gałęziach muskających powierzchnię. Nie było śladów księżycowych klejnotów, nawet gdy pełnia rzucała jasne promienie światła głęboko w atramentowe głębiny. To bardzo dziwne. Zawsze wykazywały aktywność, gdy księżyc świecił.

Odwróciłem się, żeby zapytać, co jego zdaniem się dzieje, ale odkryłem, że zostałem sam na pomoście. Nic nie wzbudzało niepokoju, gwiazdy migotały nad głową, a wiatr tworzył delikatne zmarszczki na brzegu jeziora. Dziwne. Gdzie on się podział? Nie odszedłby tak po prostu, nie był cichy ani szybki.

Nagle krzyki i odgłosy walki przeszyły spokojną noc, a ja popatrzyłem w stronę miasta. Ruszyłem z powrotem, lecz zamarłem, usłyszawszy nad sobą głośne trzepotanie skrzydeł. Coś wylądowało za mną, uderzając w drewno z taką siłą, że mną wstrząsnęło. Kiedy spojrzałem się za siebie, zrozumiałem, dlaczego wszystkie żywe istoty w okolicy się ukryły.

Ogromne stworzenie złożyło cztery skrzydła na grzbiecie, a ich przezroczyste błony migotały opalizująco w świetle księżyca. Ciemnobrązowa, płytowa zbroja otulała ramiona i przylegała do ciała, zatrzymując się tuż nad odgiętymi do tyłu nogami. Koścista żuchwa potwora rozszczepiła się, przyjmując kształt szczypiec i zamigotała, wydając złowieszczy, piskliwy dźwięk. Odgłos ten pobudził mój pierwotny instynkt, wywołując ostrzegawcze dreszcze. Nie wiedziałem, czym jest to stworzenie, ale coś mi podpowiadało, że znalazłem się w niebezpieczeństwie.

Cofnąłem się o krok, lecz za mną rozległ się kolejny odgłos, a pomost ponownie zadrżał pod moimi stopami. Odwróciłem się, by pobiec, i wpadłem na twardy egzoszkielet drugiego stworzenia. Uderzyłem tyłkiem o deski, a stworzenie sięgnęło ku mnie czterema ramionami. Adrenalina wezbrała w moim ciele, przetoczyłem się w stronę balustrady i z trudem podniosłem się na nogi. Chwyciłem wiosło ze stosu i zamachnąłem się na stwora, który mrugnął i zaskrzeczał gniewnie, gdy drewno roztrzaskało mu się o ramię. Niestety w końcu znalazł się na mnie.

***

Uderzyłem klatką piersiową o ziemię, a kurz się uniósł, gdy oddech gwałtownie uleciał z moich płuc. Ręce miałem skrępowane za plecami. Nadgarstki mnie piekły, gdy pomimo zmagań, więzy nie ustępowały. Jęknąłem, gdy długie paznokcie wbiły się w moje powyginane i związane kończyny. Coś mnie uniosło, a ja z przerażenia sapnąłem na widok rzezi wokół. Mrugnąłem, pewien, że zginąłem, i dotarłem do Iassulyn.

Płomienie trzaskały na ruinach tawerny i okolicznych budynków, ciemny dym drażnił i dusił. Stworzenia plądrowały sklepy, wybijając okna i ćwierkając w tym dziwnym języku. Krzyki rozdzierały powietrze, gdy z domów wywlekano mężczyzn, kobiety i dzieci. Niektórym udało się uciec i biegli w stronę lasu, a bestie podążały za nimi zarówno na ziemi, jak i w powietrzu. Jeśli ktoś zdołał się uzbroić i zrobić cokolwiek, by walczyć, to szybko go dopadały i pochłaniały. Przełknąłem ślinę i zamknąłem oczy, gdy odgłos łamanych kości wypełnił powietrze.

To nie był zwykły koszmar. Mój umysł nigdy nie wyobraziłby sobie tego horroru. Inny Świat rozwarł swoje straszliwe, cuchnące paszcze, a plaga demonów spadła na nasze miasto. Serce dudniło mi w piersi, gdy zapach śmierci zatkał nos. Potwór wciągający mnie dalej w głąb miasta ćwierkał chyba z ekscytacją. Szurałem stopami po podłożu, a mięśnie napinały się w potężnym uścisku stwora. Ale bez względu na to, jak zaciekle walczyłem, wiedziałem, że nie ucieknę. Bestia szarpała mną gwałtownie, aż przestałem się miotać, jej szpony wbijały się w moje ramiona. Pierś mi się unosiła, nozdrza paliły, oczy piekły, a przerażenie pochłaniało wszelką nadzieję.

Usłyszałem zbliżające się ciężkie kroki i strach spłynął po moim kręgosłupie, zamieniając wnętrzności w płyn. Zamknąłem oczy i zacząłem modlić się do wszystkich bogów pozostałych jeszcze na tym świecie, do samego Samkiela. Nie chciałem widzieć, co nadchodzi. Dźwięki okazały się wystarczająco okropne. Stwór znów mną potrząsnął i wrzasnął w twarz, a jego gorący oddech uderzył z taką siłą, że odrzuciło mi włosy do tyłu. Otworzyłem oczy i pożałowałem, że nie posłuchałem instynktu, by nie patrzeć.

Przede mną pojawiła się bestia, jej twarz znajdowała się o cal od mojej. Jej szczypce kliknęły jeszcze kilka razy, zanim się wycofały. Zamknęła kościste szczęki i stanęła na baczność. Zajęło mi kilka chwil, zanim zebrałem się na odwagę, by odwrócić wzrok, a kiedy to zrobiłem, nadszedł nowy koszmar i sprawił, że zmiękły mi nogi.

Stwór okazał się wyższy, niż jakakolwiek istota miała prawo. Głębokie, czarne oczodoły, blada skóra bez porów i ostro zakończona korona na czubku głowy jasno wskazywały, że nie stoi przede mną mężczyzna. Miał na sobie ciemny płaszcz rozdzielający się z tyłu na dwie szerokie poły, a dziwna tkanina migotała wokół jego stóp. Stał w podwójnym kręgu, a ja rozpoznałem runy w jego obrębie. To znak teleportacyjny. Słabo świecił i migotał. Moc wlana w niego, by się przenieść i przywoływać straszliwe koszmary, które ze sobą przyniósł, słabła.

Strach pozostawał tak przytłaczającą siłą, że niemal mnie paraliżował. Skupiłem się na jego klatce piersiowej, bo nie mogłem patrzeć na twarz i utrzymać się w pozycji pionowej. Zmrużyłem oczy, obserwując, jak materiał jego misternie haftowanego ubrania marszczy się i porusza. Zarówno jego skóra, jak i ubranie zostały źle dopasowane. Zastanawiałem się, czy to aby nie jego prawdziwa postać. Biła od niego moc, a ja zmusiłem się, by podnieść wzrok i spojrzeć w zimne, innoświatowe oczy. Zaschło mi w gardle, gdy w końcu poskładałem wszystko w całość. Wiedziałem, kim on jest.

– Mogę wyczuć twój strach. Pachnie silniej niż szczyny, którymi spływają wasze ulice. Silniejszy niż krew przystrajająca ziemię. Wiesz, kim jestem? – zapytał, a jego głos był równie głęboki i mroczny, co królestwo, z którego wypełzł.

Kucnął przede mną, ruszając się w niepokojący, obcy sposób. Nawet w tej pozycji nade mną górował.

– T-tak – zdołałem wydusić. – Słyszałem plotki o nowej erze, o rebelii wśród książąt i o nowo ukoronowanym władcy. Jesteś Królem Innego Świata. Zwiesz się Umemri.

– Zgadza się – odparł z uśmiechem, na co żołądek znów mi się wzburzył.

Podwójne linie otaczające jego usta przecinały ostre rysy i kończyły się tam, gdzie w tej postaci powinny znajdować się uszy. Jego wargi wydawały się zdecydowanie za szerokie i bałem się, co zobaczę, jeśli naprawdę je rozchyli. Włosy wyglądały na zupełnie czarne w blasku ognia, ale kiedy odwrócił się do swojego generała, zobaczyłem, że to nie włosy, a poszarpane kolce wibrujące z każdym jego oddechem. Miałem przed sobą prawdziwy, ożywiony horror. Nikt, kogo znałem, nigdy nie widział żadnego z książąt Innego Świata, a tym bardziej jego mrocznego władcy.

Nie mogąc wytrzymać jego spojrzenia, niespokojnie zamrugałem. Płomienie trzaskały w całym zrujnowanym mieście, a kilka stóp dalej dwie osoby leżały twarzami do ziemi, wykrwawiając się z ran na gardłach. Jakichkolwiek odpowiedzi żądał, oni ich nie udzielili. Zapłonęła we mnie nadzieja. Może jeśli odpowiem poprawnie na jego pytania, to mnie oszczędzi.

– Cz-czego chcesz? – zapytałem, zmuszając się, by znów na niego spojrzeć. – Cokolwiek to jest, mogę ci to dać.

– Ach tak? – Umemri przechylił głowę i świdrował mnie czarnymi oczami, jakby mógł wyciągnąć odpowiedzi prosto z mojego umysłu. – Szukam kogoś ważnego. Ostatnim razem kontaktowała się z tego miasteczka. Od tamtego czasu nie otrzymałem nic poza… ciszą.

Sposób, w jaki wypowiedział tę ostatnią część, sprawił, że zacząłem się zastanawiać, czy coś tak przerażającego jak on mogło mieć serce.

– Ja nie… My nie widzieliśmy tu nikogo z Innego Świata.

Otworzył dłoń, długie, zakrzywione pazury zakańczające trzy palce uderzyły o siebie. Wzdrygnąłem się, pomimo że nie wykonał w moją stronę żadnego ruchu.

– Och, myślę, że tak. Jej zapach unosi się w tym mieście i mogę poczuć jej krew na tych nędznych ulicach.

Wspomnienie uderzyło we mnie niczym ceglana ściana, a serce zaczęło walić tak mocno, że brzmiało jak bęben wojenny. Umemri usłyszał je, jego zimne, ciemne oczy padły na moją pierś.

– Gdzie mój murrak?

Panika ścisnęła moje wnętrze, a pot pojawił się na skroni. Och, bogowie. Nie mogłem skłamać. Nie mogłem ukryć faktu, że ona…

– Nie żyje – wyrzuciłem to z siebie, szybko i ostro.

Na jego twarzy rozgorzało jakieś mroczne i niszczycielskie uczucie. Chaos zbliżał się do miasta, jakby inni wyczuli jego emocje i szykowali się, by rozerwać mnie na strzępy. Umemri zaśmiał się, jego mroczny, gruby głos wibrował w moich kościach. Jego generałowie dołączyli do tej euforii, a dźwięk stawał się coraz bardziej zgrzytliwy i zwierzęcy. Wyciągnął rękę i złapał mnie za szyję, a jego śmiech nagle zmienił się w warczenie, gdy mnie uniósł. Jego twarz pękła i się otworzyła, a ta przemiana sprawiła, że żółć podeszła mi do gardła. Widziałem szczypce czekające w środku i byłem pewien, że mnie zje.

– Niemożliwe – szepnął Umemri, trzymając mnie tak, jakbym nic nie ważył. – Nikt, z kim mam sojusz, by jej nie tknął. Nawet gdyby próbowali, nikt by jej nie powstrzymał, jeśli znajdowałaby się w swojej prawdziwej postaci, ogarnięta szałem. Wątpię, że cała ludność Itian mogłaby ją choćby zadrapać.

Szamotałem się w jego uścisku, serce galopowało w panice. Poluźnił chwyt na tyle, że zdołałem wydusić:

– Samkiel. – Wypowiedziałem to imię niczym modlitwę, gdyż jako jedyne mogło zagwarantować, że przeżyję. I dokładnie to zrobiło.

Oczy Umemriego rozbłysły, a stwory się zatrzymały, jakbym rzucił klątwę. Zapadła dziwna cisza. Słyszałem jedynie trzask ognia i szum wiatru. Nagle mnie puścił, a ja upadłem na ziemię. Dyszałem, krew spływała mi po skórze z ran kłutych pozostawionych przez jego szpony. Miałem wrażenie, że minęły godziny, zanim Umemri w końcu mrugnął i zobaczyłem, jak ogarnia go świadomość. Jakby sam dźwięk miana jego pradawnego wroga wystarczył, by udowodnić mu, że jego murrak nie żyje. Napiął ramiona, a tkanina się rozdarła, gdy grube, kolczaste, ciemne wyrostki wyskoczyły, owijając się wokół niego pod wpływem wzburzenia.

– Kłamiesz – warknął, podwinął wargi i zaatakował mnie mackami.

Nie robiłem tego, ale zyskałem pewność, że chciał ponad wszystko, aby tak było.

– Nie – odparłem, całe moje ciało trzęsło się niekontrolowanie. – Nie kłamię. Zjawił się tu z kobietą. Odeszli po ataku murraka, on go zabił.

Ostre kolce jego kończyn przebiły moje ramiona. Krzyknąłem, a król uśmiechnął się okrutnie, widocznie rozkoszując się tą chwilą.

– Kobietą? – Podkreślił to słowo, boleśnie obracając kolce.

– Tak! – wrzasnąłem. – Nigdy nie usłyszałem jej imienia, ale była Ig’Morruthen. Nie wiem, dlaczego mu towarzyszyła.

Szpon obracający się w moim ciele się zatrzymał, po czym rozerwał ramię. Umemri gwałtownie zwrócił głowę w stronę przeklętej armii i wykrzyknął oczywisty rozkaz w nieznanym mi języku. Jedno z jego stworzeń zerwało się do lotu, zanim znów zwrócił na mnie uwagę. Wyraz jego oczu tylko spotęgował mój strach.

– Wygląda na to, że już cię nie potrzebuję.

Uniósł jedną grubą mackę, ostre zakończenie wycelował w moją głowę, a gdy tylko miała na mnie opaść, krzyknąłem:

– Mogę cię do niej zabrać! Tam, gdzie pochowaliśmy twojego murraka!

Puścił mnie tak szybko, że upadłem. Jeden z jego strażników mnie złapał i postawił na nogi. Wciąż miałem związane ręce.

Umemri przechylił głowę, jego oczy błysnęły rozpaczą i gniewem.

– Niech będzie, prowadź.

Wziąłem drżący wdech i ruszyłem, wiedząc dokładnie, gdzie spoczywa jej wielkie, powykręcane ciało. Pochowałem ją wraz z kilkoma innymi mieszkańcami. Zawsze wiedziałem, że dobre uczynki wreszcie mnie wykończą. Strażnicy Umemriego ruszyli obok i za nami, gdy prowadziłem ich naprzód, za linię drzew, aż dotarliśmy do świeżo usypanego kopca ziemi u podstawy grubego, sękatego drzewa.

Żołnierz pchnął mnie na kolana, ramię bolało i sączyła się z niego krew, gdy tak mnie trzymał. Umemri zrobił krok naprzód, a jego strażnicy utworzyli krąg wokół grobu. Uniósł dłoń i zacisnął ją w pięść, a ziemia w odpowiedzi poruszyła się i rozsypała. Jakie posiadał moce? Myślałem, że tylko bogowie władają telekinezą. Słyszałem plotki, że niektóre czarownice mają moce dorównujące bogom, ale nie znałem żadnej, a on przecież nie był czarownicą.

Ziemia się rozstąpiła, tysiące robaków i insektów wylazło z grobu na jego rozkaz. Z mdłym pulsowaniem ciała, z gleby wyłoniła się głowa. Przygotowałem się na potwornego, kryształowego stwora ze szczypcami i dużymi, owalnymi oczami. Tylko że nie to dostrzegłem. Umemri uklęknął i przeczesał pazurami włosy barwy światła księżyca. Owady się wycofały, a strażnicy na polanie skłonili głowy na znak szacunku i wspólnej żałoby.

Z Króla Podziemia wydobył się odgłos rozpaczy, jakby nie miał nad nim kontroli, ale szybko go uciął. Wstał i odwrócił się przodem, groźnie unosząc macki. Powędrowałem wzrokiem ku głowie, którą przytulił do piersi, jakby była dla niego najcenniejszą rzeczą na świecie. Wpatrywała się we mnie szeroko rozwartymi, martwymi oczami o mlecznobiałej barwie. Miała kobiece i delikatne rysy oraz te same zmarszczki wokół ust co on. Nie dostrzegłem w niej nic z pogrzebanego potwora, którego pochowaliśmy.

Zrozumiałem wtedy, dlaczego miasto spłonęło, dlaczego wymordował wszystkich. Był taki sam jak każda istota, która nagle straciła kogoś, kogo kochała. Murrak nie pozostawała dla niego tylko kimś tam. Tylko tym kimś. Biorąc pod uwagę poziom jego rozpaczy i gniewu, podejrzewałem, że to jego kochanka lub, co gorsza, towarzyszka.

– Ta kobieta z nim. Powiedz mi o niej więcej – zażądał Umemri.

Nie sądziłem, że istnieje dla mnie wyjście z tej sytuacji, ale wiedziałem, że to moja jedyna nadzieja, więc się nie wahałem. Opowiedziałem mu o rejsie łódką i o tym, jak się zachowywali. Przeszedł go dreszcz, a jego macki smagnęły powietrze, gdy wyznałem, jak walczyli o siebie, opisując, jak zabili tak bliską mu istotę. Kiedy skończyłem, przełknąłem rosnącą gulę w gardle i czekałem.

Ptak nocy wylądował na drzewach tuż nad Umemrim i wpatrzył się we mnie błyszczącymi oczami. Obserwował. Czekał. Rozpostarł skrzydła i głośno krakał, ale władca oraz jego strażnicy zdawali się go w ogóle nie zauważać. Zamrugałem, patrząc na niego. Ten cholerny stwór wyglądał na zaciekawionego naszą rozmową. Dziwne okazało się jednak to, że ptaki uciekły z tego obszaru setki lat temu.

Liście chrzęściły, przyciągając moją uwagę z powrotem do Króla Innego Świata. Jego strażnicy obserwowali moje poczynania, a w ich oczach odbijało się światło sierpa księżyca prześwitującego przez drzewa.

– Mogę odejść? – zająknąłem się. – Powiedziałem ci wszystko, co wiedziałem, i nie powiem nikomu o tym, co się tu dziś wydarzyło. Cokolwiek sobie zażyczysz.

Cień uśmiechu wykrzywił jego usta.

– Nie możesz dać mi tego, czego teraz pragnę – wyznał Umemri. – Ale spełnię twoją prośbę. Uwolnię cię.

Ciepło ulgi rozlało się po moim ciele. Wiedziałem, że niektórzy nazwą mnie tchórzem, widząc, że poświęciłem wszystko, by się ratować. Inni powiedzieliby, że jestem bez honoru, ale ja chciałem żyć.

Nagle ból eksplodował w moim karku, a potem nie czułem nic.

Obserwowałem z leśnej ściółki, jak moje ciało uderza w ziemię obok, pozbawione głowy. Zamrugałem, gdy ulatywała ze mnie resztka życia. Podłoże zadrżało i syknęło, rozstępując się pod wpływem pary. Pojawiły się pomarańczowe runy, rzucając jasną poświatę wokół każdej istoty. Bestie tonęły jedna po drugiej, otchłań pochłaniała je w całości, gdy król i jego armia wracali do Innego Świata. Otworzyłem usta, próbując coś z siebie wydobyć, lecz nie zdołałem wyartykułować już żadnych słów. Zamrugałem jeszcze raz, gdy ptak zrobiony z czerni północy rozpostarł o wiele za szerokie skrzydła. Mój wzrok nikł, kiedy zwierzę wylądowało, przybierając kształt człowieka stworzonego z ciemności.

ROZDZIAŁ 1

Samkiel

Obudziło mnie uderzenie książki o stół znajdujący się przede mną. Wyprostowałem się i zamrugałem gwałtownie, po czym popatrzyłem na grymas mojego ojca.

– Już zadośćuczyniłem tym, którzy odczuli skutki – mruknąłem i rozciągnąłem się, po czym skrzyżowałem ramiona na szatach rady, które wciąż miałem na sobie.

Guziki i frędzle się plątały, gdy stukałem stopą.

Ojciec zmuszał mnie do tkwienia całymi dniami na posiedzeniach rady, a jeśli mnie na nich zabrakło, to przesiadywałem tutaj, ucząc się, aż zmorzył mnie sen. Wiedziałem, że większość ludzi nie pochwala podpalania świątyni boga, ale to naprawdę była pomyłka. Najwyraźniej zawstydziłem go i w rezultacie zasłużyłem na tydzień kary.

Skinął głową, ale skrzyżował ramiona i nadal patrzył na mnie gniewnie.

– Czytaj. Na głos.

Zmarszczyłem brwi i westchnąłem głęboko, zsuwając się niżej na krześle. Przewracając oczami, przesunąłem w swoją stronę grubą, inkrustowaną czerwienią i złotem książkę historyczną. Miejsce, w którym skończyłem wczoraj, zostało zaznaczone, więc otworzyłem ją na odpowiedniej stronie. Ilustracja zajmowała dwie kartki i przedstawiała ustawiającą się do walki armię stu wojowników, odzianych w srebrne zbroje. Ponownie głośno westchnąłem, by się upewnić, że wie, jak bardzo tego nienawidzę, zanim zacząłem recytować tekst opisujący bitwę.

„Tyś jest pełną przemocy, przesiąkniętą krwią ziemią,

Zastanawiałem się, jak zawrzeć pokój z tymi rzeźnikami”.

Poderwałem głowę ze zdziwieniem i zmieszany wpatrywałem się w litery. Tekst nie okazał się starą rozprawą, którą czytałem dzień wcześniej. Zamiast opisywać taktykę i broń, słowa krwawiły, wsiąkając w wytarty kremowy pergamin. Patrzyłem, jak znikają, by zaraz potem powrócić – ciemne i grube.

– Czytaj – nalegał ojciec.

– Ale treść nie jest taka, jak wcześniej – odparłem, bo to prawda.

Wpatrywałem się szeroko rozwartymi oczami w zlewający się obraz tak, jakby ktoś wylał na niego wodę. Zniknął i pojawiło się więcej tekstu.

– Czytaj – zażądał ponownie.

Usiadłem na krześle i odwróciłem się do niego. Unir stał tuż za drzwiami balkonowymi, obramowanymi potężnymi kolumnami. Na zewnątrz chmury poszarzały na krawędziach, tętniąc rozmiarem i masą. Cienie pokrywały góry Rashearim, a ciemność pod nimi rozprzestrzeniała się szeroko niczym rozdziawione szczęki bestii, próbującej pochłonąć ziemię poniżej.

– Czytaj. – Głos ojca stał się głębszy i nabrał ostrości, której nie potrafiłem rozpoznać.

Pokręciłem głową, ale nie śmiałem się sprzeciwić. Wiedziałem, że zamierza mnie trzymać w tym gabinecie, aż oczy nie zaczną mi krwawić od tego diabelstwa, w które wpakowaliśmy się z Cameronem i Loganem. Z drżącym oddechem chwyciłem brzegi książki i spróbowałem czytać. Słowa wciąż się zmieniały i skręcały na stronie, zanim wypluły werset, który kazały mi wyrecytować.

„Zniszczyłeś duszę prawego człowieka.

Podróżując przez gwiazdy, rzucając klątwy na te tereny”.

Słowa wciąż się zmieniały. Przesuwałem palcami po linijkach, jakbym mógł je zatrzymać. Rozpoznałem ten wiersz, bo natknąłem się na niego w książce znalezionej w bibliotece. To niemal zapomniany utwór, pierwotnie spisany przez starożytnego proroka.

– Powtórz – zażądał, stając z wyprostowanymi plecami. Zawsze pozostawał bardziej generałem aniżeli troskliwym opiekunem, za jakiego się uważał.

Przełknąłem.

– Jest inny.

– Patrz dalej. – W jego oczach nie znalazłem ani rozbawienia, ani gniewu.

„Nieusłyszany głos utonął w morzu krzyków martwych.

Ludzie błagali, bluźnili i składali modły,

Na które odpowiedziały tylko silne ręce.

Oto nasza zmora, nasze wybawienie, nasza nadzieja.

Skąpana w świetle siłą i potęgą.

Zbolała ziemia wywołuje drżenie u wszystkich ludzi,

Krew i zniszczenie męczy każdą duszę.

Przerażające bronie stały się znajome”.

Moja pierś się uniosła, gdy wersety niemal wypadły mi z ust. Słyszałem stukot jego butów o kamienną podłogę, jego ciężkie kroki zmieniały się zarówno pod względem tempa, jak i ciężaru, gdy zbliżał się do drzwi.

„Litość pada pod destruktywną siłą”.

Pokręciłem głową, gdy słowa zaczęły drżeć. Przeszył mnie strach i spojrzałem w górę. Jasny królewski pokój przybrał barwę ponurej szarości, ale to nie to sprawiło, że moje serce zamarło. Nismera stała tam, gdzie przedtem tkwił mój ojciec, trzymając Diannę w uścisku. Moje krzesło przewróciło się na podłogę z siłą, z jaką się podniosłem. Próbowałem się do nich zbliżyć, ale odkryłem, że nie mogę.

Nismera się uśmiechnęła, a jej usta spoczęły na policzku Dianny. Złapała ją za żuchwę, a drugą dłonią uniosła złotą włócznię śmierci, po czym wycelowała ostrzem w jej serce. Moje serce. Dianna utkwiła oczy we mnie, nieruchomo. W ich głębi czaiło się delikatne światło, którego nie potrafiłem rozszyfrować.

– Nie skończyłeś czytać słów. – Kobieta uśmiechnęła się do mnie okrutnie, rzucając spojrzenie na stół i książkę za mną.

– Nie muszę – odpowiedziałem, zaciskając zęby. – Znam wiersz Jeremiaha.

– Hmm, na pewno, bracie? – zapytała łagodnie i złożyła delikatny pocałunek na policzku Dianny, gdy ta uniosła głowę.

Gdybym tylko mógł się ruszyć, sięgnąłbym ukochanej. Mógłbym ją do siebie przyciągnąć i ucieklibyśmy, ale nie ośmieliłbym się walczyć z Nismerą, gdy trzymała Diannę.

– Znasz prawdziwe znaczenie? Czy powinnam dokończyć go za ciebie?

– Nie rób tego – zażądałem.

Nie wiedziałem, co się stanie, jeśli to ona wypowie te słowa, ale wiedziałem, że to nie wróży niczego dobrego. Miała kogoś cenniejszego dla mnie niż tron, korona czy powietrze, którym oddychałem. Dianna pozostawała dla mnie cenniejsza niż jakikolwiek świat czy królestwo. Poświęciłbym dla niej wszystko i nie zastanawiałbym się nad tym dwa razy.

Nismera uśmiechnęła się tak zimno, że mógłbym przysiąc, iż powietrze wokół niej zamarzło.

– Może i powróciłeś, ale masz teraz słabość, Pogromco Świata. Teraz dowiedzą się o tym wszyscy twoi wrogowie. Zyskają świadomość, jak cię złamać, a kiedy to się stanie, świat podąży za tobą.

– Nie rób tego – zaprotestowałem. Nie zaprzeczałem słowom, przez które się nienawidziłem, lecz zagrożeniu, jakie stanowiła dla trzymanej przez siebie kobiety. Mój wzrok padł na Diannę, po czym przesunąłem go na Nismerę. – Jest wszystkim, co mam.

Oczy siostry wypełniła okrutna satysfakcja.

– Wiem. – Gdy ostatnie słowa opuściły jej usta, wepchnęła włócznię w pierś Dianny.

Z mojej ukochanej eksplodowało oślepiające żółte światło. Odchyliła głowę, a jej skóra płonęła, odpadała płatami, a te unosiły się w powietrze, aż został tylko popiół. Szczątki Dianny.Z gardła wyrwał mi się pusty jęk, a niebo pękło. Błyskawica zalśniła niczym stroboskop, grzmot rozległ się tak głośno, że brzmiał jak bomba wybuchająca nad głową, a niebo odbijało echem mój ból.

To nie burza pogrążyła pokój w mroku ani błyskawica wystrzelająca z moich palców. NiePamięć wysunęła się z mojej wyciągniętej ręki, wyrywając ze mnie fale ciemności, które szybko ogarnęły pokój. Pochłonęła miejsce, gdzie stała Nismera, ale jakimś sposobem kobieta poruszała się wystarczająco szybko, by wymknąć się mojemu uściskowi. Tylko jej śmiech, okrutny i złośliwy, powiedział mi, że wciąż znajduje się w pomieszczeniu. Nie obchodziło mnie to. Nie obchodziło mnie też, gdy padłem na kolana i czołgałem się do tych popiołów, i nie obchodziło mnie, gdy łzy spływały z moich oczu. Przycisnąłem palce do tego, co zostało z mojej miłości, mojego akrai. Nismera śmiała się zwycięsko, kiedy się pojawiła i kucnęła przede mną. Zebrała prochy Dianny w opancerzoną dłoń. Jej uśmiech stał się okrutny, ohydny, gdy dmuchnęła ku mnie szczątkami mojej towarzyszki w moją stronę.

Ogromne, wirujące tornada z rykiem rozgorzały na zewnątrz pałacu, odpowiadając na to bezduszne okrucieństwo. Wiatr smagał z taką siłą, że odrywał ciało od kości, sufit rozpadał się i walił wokół nas. Nismera spojrzała w górę, jej srebrne włosy zawirowały wokół niej falami. Uśmiechnęła się do mrocznej gwałtowności nieba i zaczęła mówić, a ja jakimś cudem wciąż ją słyszałem, nawet ponad hukiem grzmotu.

„Ty, a więc i Ja, narzędziu bogów, niszczycielu tych, co chodzą lub pełzają.

Stworzony ze światła, stworzony z wiatru.

Miecze są tak ostre, że nasi wrogowie klęczą,

Gdyż w wojnie bogów nie ma wygranych”.

Trząsłem się, ale nie przez szalejącą burzę i drżący pałac. Tylko jakby ktoś mnie pociągnął i pchnął.

– …kielu.

Głowa odskoczyła mi do tyłu i wpatrywałem się w kłębiące się fioletowo-czarne chmury zasłaniające niebo. Pioruny raz po raz uderzały w ziemię, smagając i niszcząc. Świat, na którym klęczałem, umierał.

– …ielu.

Ostry ból przeszył moją szczękę. Usiadłem, przykładając rękę do twarzy.

– Au.

Dianna szeroko otworzyła przepełnione strachem oczy. Cofnęła zaciśniętą pięść i zakryła uszy dłońmi. Włosy tańczyły wokół niej, gwałtownie smagane wiatrem. Ciemność spowijała nasz pokój i zdałem sobie sprawę, że uwolniłem NiePamięć tutaj, nie w swoim okrutnym śnie. Macki broni owinęły się niczym węże wokół moich ramion, zwinięte i gotowe stawić czoła zagrożeniu i je unicestwić. Sufit zaskrzypiał, a ja zobaczyłem, jak już uwolnione kawałki wgryzają się w krawędzie naszego pokoju.

– Samkielu! – krzyknęła Dianna ponad dźwiękiem wzmagającej się burzy. To ona wołała mnie od początku, odciągając od krawędzi. Zebrała włosy, odgarniając je z twarzy, gdy siła NiePamięci rosła. – Musisz to powstrzymać albo pochłonie ten pokój, zamek, a potem miasto.

Dyszałem.

– Nie wiem jak! – odkrzyknąłem i mówiłem to szczerze.

Nigdy nie potrafiłem kontrolować swojej mocy, kiedy tak się manifestowała.

Dianna skrzywiła się, gdy oderwał się fragment zewnętrznej ściany, wystawiając nas na narastającą wichurę. W najbliższej chmurze kręcił się potężny, wirujący lej. Opadł, a ja wiedziałem, jakie spustoszenie nastąpi, gdy tylko wyląduje. Przycisnęła dłonie do uszu, ponieważ ryk wiatru aż sprawiał ból.

– Co to spowodowało?! – wrzasnęła.

Zamiast próbować odpowiedzieć, przesłałem szczegóły snu przez naszą więź. Oczy jej błysnęły i poczułem, jak między nami przechodzi fala zrozumienia. Trwała przy mnie na Onunie, gdy miałem te sny, i rozpoznała, że ponownie dają o sobie znać. Tylko że tutaj to Nismera mi ją odebrała, nie Kaden.

Nie wiedziałem, czego się spodziewałem, ale nie tego, że odsunie ręce od uszu, chwyci mnie za twarz i muśnie moje usta.

Jestem tutaj – szepnęła w mojej podświadomości. – Jestem z tobą teraz i na zawsze.

Świat zamarł, jakby potężna ręka rozgoniła zawieruchę. Wiatr przestał wyć, a w skórę nie kłuła już mroczna starożytna moc. Może i dzierżyłem NiePamięć, ale zdawało się, że to Dianna nad nią panowała. Broń reagowała bez wahania, gdy ukochana znajdowała się w niebezpieczeństwie, i tak działo się od czasu, gdy po raz pierwszy odebrano mi moją kobietę. Teraz NiePamięć się wycofała, rozluźniając pod dotykiem kobiety niczym posłuszne zwierzę.

Drzwi naszej sypialni otworzyły się z hukiem i oboje się odwróciliśmy. Cameron stał w progu, spodnie od piżamy opadały mu nisko na biodra, a włosy miał w nieładzie.

– Co, do kurwy? – wydyszał, wzrokiem błądząc po pokoju.

Zauważył brak sufitu i ściany, po czym spojrzał na nas. Podejrzewałem, że skoro znajdowaliśmy się w centrum burzy, byliśmy równie roztrzepani, jak on.

– Wydawało mi się, że słyszałem pieprzony huragan, ale to tylko wy uprawialiście seks?

Nie mów mu. – Słowa pomknęły ku niej.

Mieliśmy wystarczająco dużo spraw, którymi się martwiliśmy, by jeszcze coś dokładać.

Nie powiem – zapewniła.

– Pomyśl o dzieciach, Dianno – prychnął Cameron, po czym wskazał na siebie. – I tych, którzy nie uprawiają seksu.

Parsknąłem cicho. Nie sądziłem, że w ogóle mogę teraz czuć się rozbawiony, ale biorąc pod uwagę to, co zobaczył, kiedy wszedł, i to, że ona leżała na mnie, stało się oczywiste, że tak właśnie myślał.

Dianna wyskoczyła z łóżka.

– Wracaj do siebie – zażądała, wykrzywiając się i pędząc ku niemu.

Ogień tańczył na czubkach jej palców, odwracając jego uwagę od zniszczenia i popiołu wokół nas.

– Taka agresywna. – Figlarnie przewrócił oczami, po czym machnął ręką na pokój, gdy wychodził. – I posprzątajcie ten bałagan.

Zamknęła drzwi sypialni, a ja zsunąłem się z materaca, by naprawić ścianę i sufit pokoju. Gdy wszystko znów znajdowało się na swoim miejscu, odwróciłem się do niej. Opierała się o drzwi sypialni, a zmartwienie napinało jej piękne rysy i zaćmiewało oczy. To nie dokonane przeze mnie zniszczenie stanowiło powód jej zmartwienia. Ale to, że oboje wiedzieliśmy, iż żyje we mnie NiePamięć, a ja właśnie stałem się zagrożeniem dla wszystkich, których kochałem.

ROZDZIAŁ 2

Dianna

Trzy tygodnie później

Stwierdzenie, że czułam się wyczerpana, to niedopowiedzenie. W ciągu ostatnich kilku tygodni kontynuowaliśmy renowację miasteczka w pobliżu zamku. Ten świat był tak piękny, że postanowiliśmy zbudować małe miasto wzdłuż falistych gór i w cieniu pałacu, skąd mogliśmy je obserwować. Wodospady spływały po zboczach klifów, tworząc strumienie wijące się przez osadę. Samkiel niestrudzenie pracował ramię w ramię z ludźmi szukającymi schronienia, budując domy, sklepy, drogi, mosty, a nawet niewielki teren rekreacyjny w pobliżu plaży. Wiedziałam, że wykorzystuje to, by oderwać myśli od nowych koszmarów i NiePamięci, ale oznaczało to również, że pozostaje wsparciem dla ludzi, a to dawało mu ukojenie.

Dopiero gdy się upewnił, że w mieście jest stabilnie, a mieszkańcy dadzą sobie radę o własnych siłach, odważyliśmy się wyruszyć dalej. Najpierw zatrzymaliśmy się w miejscach znajdujących się najbliżej nas, które już kiedyś widzieliśmy. Zaoferowaliśmy schronienie porzuconym przez Nismerę, pozostawionym samym sobie. Przybywali z radością, gdy tylko zobaczyli Samkiela, i wiedziałam, że to zmieniło jego nastrój. W końcu poczuł, że robi postępy, a gdy się uspokoił, koszmary ustąpiły, podobnie jak niekontrolowane przypływy mocy NiePamięci.

Jedynym mrocznym punktem okazał się powrót do miasta z księżycowymi klejnotami i odkrycie, że ono zniknęło, podobnie jak ludzie. Pozostały tylko spalone budynki i szkielety. A przynajmniej tak nam się wydawało. Zostaliśmy zaatakowani, gdy błąkaliśmy się po lesie, szukając ocalałych. To zasadzka, czego żadne z nas się nie spodziewało, a bok wciąż mnie bolał po ukąszeniu dwugłowej żmijowatej bestii, którą zabiliśmy. Jasne, moja skóra się zagoiła, ale wydawało się, że stworzenia z Innego Świata dawały mi się we znaki. Z drugiej strony, przynajmniej uratowaliśmy księżycowe klejnoty.

Czułam, że Samkiel błądzi myślami tak samo jak ja. Liczba ostatnich ataków narastała niemal codziennie. Wydawało się, jakby coś wysyłało je z Innego Świata, by siały spustoszenie tutaj. Podejrzewałam, że gdy moce mojego mężczyzny opuściły niebo, a królestwa dowiedziały się o jego powrocie, wkurzyło to kogoś posiadającego coś więcej niż tylko odrobinę mocy. To kolejny powód, jeden z wielu, dlaczego zmierzaliśmy do naszego obecnego celu.

Woda kapała z moich skrzydeł, gdy sunęliśmy z prądami wiatru. Portal otworzony przez Samkiela zrzucił nas prosto do oceanu kilka kilometrów od miejsca, gdzie zamierzaliśmy się znaleźć.

Za dużo się martwisz – przesłałam mu myśl. – Osiwiejesz. Minęły trzy tygodnie, od kiedy miałeś napad, a my damy sobie radę z tego typu rzeczami.

Napady to jeden ze sposobów na nazwanie wybuchów NiePamięci. Na szczęście nie musiał już przeżywać brutalnych koszmarów, a mnie nie obudziły ryczące burze i wyjące wiatry, niszczące nasz dom. Teraz zmagaliśmy się z kolejnymi problemami, a ja nie wiedziałam, jak mu z nimi pomóc. Jedyne, co przychodziło mi do głowy, to dalsze wspieranie go.

Czas jest kluczowy, a nasza ostatnia wizyta nie poszła za dobrze. Tego samego spodziewam się tutaj. – Samkiel mruknął za moimi plecami.

Nie mylił się. Nie dość, że musieliśmy stawić czoła nasileniu się ataków stworzeń z Innego Świata i duchowi jego ojca wyłaniającemu się zza grobu, to jeszcze należało odwiedzić to, co pozostało z dwunastu królestw. Kluczowe było dowiedzenie się po czyjej stronie stoi dwunastu władców, lordów i dam oraz czy okazują wierność Nismerze. Jeśli dopisze nam szczęście widok żywego Samkiela zmieni obiekt ich lojalności. Pozostało tylko siedem królestw, a spośród tych, z którymi rozmawialiśmy do tej pory, żaden z członków rodziny królewskiej nie wykazał zainteresowania dołączeniem do nas.

Unir się pojawił, a jego obecność – nawet jeśli mnie w tej chwili nie prześladował – stanowiła dla Samkiela jasny znak. Wiedział, że jego ojciec nigdy dobrowolnie nie opuści zaświatów bez matki, a ja nigdzie nie widziałam Zasyn. Cokolwiek sprowadziło tutaj Unira, cokolwiek stanowiło jego prawdziwy cel, musiało pozostawać kluczowe.

Moje skrzydła rozpędziły chmury, gdy zbliżaliśmy się do Nabrzeżnej Skały. Krainy tutaj w ogóle nie przypominały Onuny. Niektóre planety nawet nie zaliczały się jako planety. Były nie większe niż niektóre księżyce, i ta niczym się nie różniła. Ocean rozciągał się jak okiem sięgnąć, stalowoszare fale przetaczały się jedna po drugiej. Zastanawiałam się, co czai się pod powierzchnią i w głębinach.

Pionowa ściana klifu wystrzeliła szybko niczym wysoki kamienny mur, pokryty ciężkim strumieniem wody. Skierowałam się w górę, czując, jak nogi Samkiela zaciskają się na łuskach, a moje skrzydła biją mocno, śmigając przez mgłę i chmury. Pionowa wspinaczka zdawała się trwać wieczność, a potem przed nami pojawiło się ogromne, rozległe miasto.

Zwisało z samej krawędzi klifu, a woda opływała je, aby spaść do oceanu poniżej. Błękitno-białe kamienne kolumny zwieńczone jaskrawymi srebrnymi kopułami wznosiły się ku niebu. Płaskie dachy gdzieniegdzie zostały ozdobione ogrodami. Wiele mniejszych budynków otaczał wysoki mur miejski. Podejrzewałam, że wzniesiono go, by chronić osadę przed gwałtownymi burzami zsyłanymi na nie przez ocean.

Jedyną widoczną drogą była kryta ścieżka za murem. Wydawała się unosić w poziomym łuku, zawieszona nad wodą. Lord Orble nadzorował Nabrzeżną Skałę. To sprytna nazwa dla miasta, zważywszy na fakt, że opierało się na jednym z niewielu kawałków lądu na planecie.

Nie próbowaliśmy się ukrywać i trudno byłoby nie zauważyć olbrzymiego, rogatego Ig’Morruthen krążącego nad dachami. Założyłam, że już się nas spodziewają, a gdy się zniżaliśmy, wiedziałam, że się nie myliłam. Strażnicy stali wyprostowani jak struny, z napiętymi plecami, obserwując nas nieufnie.

Grubymi, ciężkimi skrzydłami rozgoniłam chmury, gdy osiadłam przy wejściu do zamku. Niebiesko-białe flagi łopotały na wietrze, a powietrze wypełniała nieustanna mgiełka soli morskiej. Nabrzeżna Skała pozostawała częścią dużego szlaku handlowego i jeden powiew zdradził mi, czym handlowali. Zapach ryb przytłoczył wrażliwe zmysły, a gdy kichnęłam, wydałam z siebie ciche warknięcie. Z nozdrzy buchnął mi mały płomień, rozpalając kamień, gdy próbowałam oczyścić nos ze smrodu.

Samkiel zeskoczył z moich pleców, a jego srebrna zbroja chwyciła zabłąkane promienie słońca. Symbol jego ojca wciąż pozostawał wyryty na naramiennikach. Zastanawiałam się, czy zmieni go po tym wszystkim, czego się dowiedział, i po tym, co się wydarzyło, ale najwyraźniej postanowił go zachować.

Strażnicy nosili morskoniebieskie zbroje, a broń wymierzyli we mnie. Rozważałam zmianę postaci, zwłaszcza że musiałam owinąć się swoim cholernym ogonem, żeby nikogo nie zmiażdżyć, ale byłam suką uwielbiającą dramaturgię. Jeśli musieliśmy użyć drobnych sztuczek i straszaków, żeby postawić na swoim, to też mi to nie przeszkadzało. Zarzuciłam głową i ryknęłam w niebo, a dźwięk przeszył powietrze. Rozkładając szeroko skrzydła, okryłam ludzi na dole ciemnością. Kiedy w końcu usiadłam na zadzie i schowałam skrzydła, strażnicy najbliżej nas lekko drżeli.

Samkiel zatrzymał się i odwrócił, żeby na mnie spojrzeć. Gdybym mogła wzruszyć ramionami w formie bestii, zrobiłabym to. Pokręcił głową z rozbawieniem zmieszanym z irytacją, zanim zdjął hełm. Mogłabym przysiąc, że słyszałam, jak całe miasto wciąga powietrze.

– Przybyłem tu, by pomówić z lordem Orble’em – odezwał się na tyle głośno, by wszyscy go usłyszeli.

Żołnierze przestępowali z nogi na nogę, czekając na opuszczenie mostu zwodzonego. Zardzewiałe metalowe łańcuchy krzyczały w proteście. Nismera to prawdziwa suka. Miała całą tę władzę i technologię, a jednak pozwalała ludziom, tak lojalnie za nią podążającym, żyć w nędzy. Z drugiej strony, może wzmocniła ich gdzie indziej.

Jako pierwsze pojawiły się dwa rzędy żołnierzy, z włóczniami skierowanymi w górę i tarczami na ramionach. Stukot odbił się echem od kamiennych murów, a wszyscy zatrzymali się i odwrócili, by stanąć twarzą do siebie. Wysoki, umięśniony mężczyzna kroczył między nimi, jego biało-niebieski strój krzyczał bogactwem i potęgą. Suto haftowana kobaltowoniebieska tunika została ozdobiona srebrnymi łańcuchami krzyżującymi się na jego piersi, a kępki białego futra pokrywały jego ramiona. Srebrne plamy w kształcie ryb rozciągały się na jego łokciach, natomiast łuski odbijały światło. Wyjątkowo lśnił, ale to jego włosy przykuły moją uwagę. Białe z niebieskimi jak morska piana zawijającymi się końcówkami kosmyki nosił zaczesane na bok. Czy to Orble? Jak mógł być jednym ze starych znajomych Unira? Ten mężczyzna wyglądał, jakby ledwie skończył dwudziestkę.

– Samkielu – przemówił – w rzeczywistości jesteś jeszcze atrakcyjniejszy. Marmurowe posągi i podobizny, które widziałem, nie oddają twojej urody.

Gdybym mogła przewrócić oczami w formie Ig’Morruthen, zrobiłabym to. Proszę, nie powiększaj jego ego.

Uspokój się – szepnął w moim umyśle.

Posłałam mu cichy chichot.

– Wybacz. Szukam…

Mężczyzna uniósł rękę, przerywając mojemu mężowi, a ja instynktownie zrobiłam krok naprzód, chcąc ją odgryźć. Żołnierze stojący obok wycelowali włóczniami, energia emanowała z nich wibracjami, ale nie bałam się, że mogliby mi coś zrobić, gdy pozostawałam w tej formie. Byłam prawie tak wielka jak ten cholerny zamek.

– Słyszałem, a niestety twoja nieobecność trwała sporo czasu. – Zerknął na mnie i z powrotem odwrócił wzrok. – Lord Orble miał straszny wypadek kilka lat temu. Jestem jego synem. Iver. Teraz ja jestem Lordem Nabrzeżnej Skały.

***

Po serdecznym powitaniu Iver uprzejmie zaprosił nas do środka. Szybko się umyliśmy i przebraliśmy w bliźniacze czarne stroje, które Samkiel dla nas stworzył. Teraz siedzieliśmy wokół dużego drewnianego stołu, podczas gdy rada Ivera i goście nadal napływali do sali przez grube podwójne drzwi. Stół został zaprojektowany tak, aby uwydatnić rangę objętą przez lorda Ivera, stawiając go wysoko ponad wszystkimi innymi siedzącymi.

Oczy piekły mnie od tego, jaka jasność panowała wewnątrz zamku. Jeśli uważałam, że zewnętrzna jego część była szpetna, to to nic w porównaniu z wnętrzem. Ono stanowiło zbiór tych samych bieli i błękitów, o różnych wzorach i kształtach. Przerażająco jaskrawe dekoracje sąsiadowały z dziełami sztuki i oszałamiającymi posągami – żadna z nich nie była atrakcyjna.

W ściany wbito grube kolumny, podtrzymujące wysoko wznoszący się sufit w kształcie kopuły. Po jednej stronie ogromnej jadalni wisiał obraz przedstawiający wielką bitwę morską, ze zderzającymi się statkami i ogromną bestią w kształcie węża poniżej. Wielka rogata ryba, wisząca na ścianie za Iverem, wpatrywała się w nas martwymi oczami.

To miejsce zacznie prześladować mnie w snach – powiedziałam przez więź. – Myślisz, że ma wystarczająco rybich memorabilii? Rozumiem. Włada morskim miastem.

Śmiech Samkiela połaskotał mój umysł, a ja mogłam poczuć jego uśmiech niczym ciepło wczesnorannego słońca.

Uwierz mi, nie chcę tu być równie mocno jak ty. Znacznie bardziej wolałbym znaleźć się w domu, w naszym łóżku, z tobą siedzącą na mojej twarzy i twoimi udami zaciskającymi się na mojej głowie, gdy mój języ…

Uderzyłam kolanem o jego nogę, uniemożliwiając mu dokończenie tego zdania i niemoralnych obrazów wypełniających mu umysł. Gorąco zgromadziło się w moim podbrzuszu, podsycane jego świadomym, seksownym śmiechem pieszczącym naszą więź. Na zewnątrz uśmiechał się do mnie z arogancką pewnością siebie, pożądanie błysnęło w jego oczach i zamieniało tęczówki w płynne srebro. Znałam to spojrzenie. Może nie był w tak złym humorze, jak mi się wydawało.

Iver nie zwracał na nas uwagi, gdy służący weszli i postawili przed każdym parujące talerze z jedzeniem, zaczynając od niego. Władca uśmiechnął się łakomie i uniósł rękę, pozwalając innym członkom dworu delektować się posiłkiem. On i Samkiel wkrótce zaczęli wymieniać uprzejmości.

Przysłuchiwałam się ich rozmowie, ale uśmiechnęłam delikatnie do kobiety siedzącej obok władcy. Jej gęste blond włosy zostały misternie upięte w dwa koki, a na sobie miała biało-niebieską sukienkę marszczącą się na ramionach. Zręcznie wzięła widelec od dziewczynki siedzącej jej na kolanach. Mała nie mogła mieć więcej niż rok. Niezrażone dziecko pisnęło i sięgnęło po łyżkę, a jej jasnoniebieskie oczy wypełniła ciekawość. Kobieta spojrzała na Ivera, a potem odwzajemniła się lekkim, przelotnym uśmiechem, nerwowo zakładając ciemne loki dziecka za uszy. Odniosłam wrażenie, że bała się konsekwencji interakcji ze mną.

Nie cuchnęła solą i rybimi łuskami. Zamiast tego poczułam zapach otaczającego ją kojącego, kwiatowego aromatu, jakby była rośliną zerwaną w tym nadmorskim mieście. Ułożyła dziecko na kolanie bardziej oddalonym od Ivera i subtelnie przesunęła ciało, by osłonić córeczkę. Wyraźnie się niepokoiła i niebawem dowiedziałam się dlaczego.

– Jeśli nie możesz jej uciszyć, to proszę, abyś przebywała gdzie indziej – warknął król, nie patrząc na nią, a rybie łuski przywarły do jego dolnej wargi.

Kobieta przycisnęła dziewczynkę do siebie, ale to tylko sprawiło, że ta zaczęła się szarpać i piszczeć jeszcze głośniej. Iver uniósł rękę, a strażnik stojący po jego prawej stronie drgnął. Zobaczyłam to i poczułam, że koncentracja Samkiela się wyostrza. Strażnik nieznacznie zwęził oczy, obserwując kobietę nie ze złością, lecz w geście obronnym. Zastanawiałam się, czy pod niebieską zbroją jego włosy były tak ciemne jak loki małej tak czule trzymanej przez żonę Ivera. Strażnik rozluźnił się na ułamek sekundy i szybko zgłosił się na ochotnika, gdy władca tylko machnął stanowczo ręką, dając do zrozumienia, że chce, by jego żona i dziecko zostali wyprowadzeni. Nikt inny nie zwrócił na to uwagi.

Twoja mina. – Głos Samkiela zalał mój umysł.

Nie potrzebowałam lustra, by wiedzieć, że wykrzywiłam się w grymasie obrzydzenia przez to, jak się do niej zwrócił.

Iver zdawał się mieć dar nieświadomości, gdyż wydał z siebie ochrypły śmiech i powiedział:

– Chyba dopisało mi szczęście, że mam chociaż tego bachora. Ostatnich dwóch nie donosiła. – Wbił widelec w dwa parujące warzywa na talerzu. Jedzenie ściekało z jego ust, gdy ciągnął dalej: – Chciałem syna, wiesz? – Wzruszył ramionami. – Zawsze mogę spróbować jeszcze raz.

Mówił o niej, jakby była po prostu klaczą rozpłodową. Już nienawidziłam tego gościa, o ile w ogóle można go nazwać mężczyzną.

Nie chciałam patrzeć na Ivera, zamiast tego obserwowałam oddalającą się postać jego żony. Łzy napłynęły jej do oczu, ale dziecko zdawało się uspokajać w pobliżu strażnika, a nawet wyciągało do niego ręce. Kiedy wychodzili z pokoju, zastanawiałam się, ile czasu minie, zanim Iver straci życie z rąk kogoś, kto poprzysiągł go chronić.

Jeśli kiedykolwiek dam ci dziecko i odezwiesz się do mnie w ten sposób, odetnę ci kutasa, usmażę go i cię nim nakarmię.

Samkiel kaszlnął, zakrywając usta ręką na moją bardzo wulgarną groźbę.

– Wszystko porządku? – zapytał lord Iver, w pełni się do nas odwracając, kiedy już jego żona i małe dziecko wyszli.

– Tak – odparł Samkiel, ocierając się o moją nogę swoją.

Będę całował ziemię, po której stąpasz, jeśli zapewnisz mi taki dar.

To już robisz. Wymyśl coś innego.

Przez naszą więź przeszedł śmiech, a ukochany trącił mnie pod stołem figlarnie stopą.

Mogę go poparzyć? – spytałam. – Tylko trochę. Może stanie się milszy.

Nie– zakazał. –Obiecałaś. Żadnego okaleczania.

Tym razem to ja burknęłam:

Teraz żałuję tej decyzji.

Srebrne sztućce brzęczały, gdy ludzie kontynuowali ucztę, ale Samkiel nie tknął jedzenia. Po tym, jak królowa Miasta Jadeitu go otruła, postanowiliśmy, że będzie jadł tylko to, co przygotuję dla niego w domu.

– Zauważyłem, kiedy przelatywaliśmy, że twoje miasto znacznie się rozrosło – skomplementował Samkiel.

– Ach, tak, małżonka, na której przyleciałeś – wymamrotał Iver z ustami pełnymi parującego rybiego mięsa. – Czy zazwyczaj ujeżdżasz swoje małżonki, przybywając na bitwę? – zapytał, śmiejąc się z własnego żartu.

Kobieta po jego prawej stronie spoglądała na niego kokieteryjnie zza kieliszka z winem, chichocząc razem z nim. Inni przy stole też się przyłączyli. Było to ewidentnie wymuszone, ale stawało się coraz bardziej alarmujące, że jego tak zwani doradcy bardziej interesowali się zadowoleniem pana domu niż udzielaniem mu rad.

A teraz mogę go przypalić?

Właśnie rozważam tego konsekwencję – odparł Samkiel, sztyletując mężczyznę spojrzeniem.

Powolny uśmiech rozciągnął się na mojej twarzy.

Jak bardzo tak naprawdę potrzebujemy sojuszu z nim? – zapytałam w odpowiedzi, ale fizycznie trzymałam usta zamknięte, a ręce spoczywały na udach.

– Moja żona – zaczął Samkiel, rzucając to ostatnie słowo w Ivera niczym sztyletem.

To wyzwanie, by zobaczyć, czy ponownie okaże mi brak szacunku i da mojemu mężczyźnie szansę, aby pokazał mu, co straci, jeśli to zrobi.

Wreszcie Iver zdawał się przypomnieć sobie, kto zasiadał przy jego stole. Przełknął widocznie i spuścił oczy, nie mogąc spojrzeć w emanujące wściekłością źrenice Samkiela, a co dopiero utrzymać kontakt wzrokowy. Otaczający nas członkowie rady mruczeli cicho z niedowierzania.

– Przytyki czy podteksty o mojej żonie mnie nie bawią, Iverze, i jeśli jeszcze raz rzucisz w jej stronę ordynarnym komentarzem, przestanę się trudzić, by zostać twoim sojusznikiem. Zetnę ci głowę, a wtedy twoje miasto stanie się moje.

Cisza narastała, przerwana jedynie słyszalnym przełknięciem śliny przez starszego dżentelmena po prawej stronie, ale nikt się nie odezwał. Samkiel zwrócił się do króla, nie używając jego tytułu, co najwyraźniej ich zaskoczyło. Wpatrywali się w swojego pana, a nie w nas. Wszyscy patrzyli, jak Iver powoli odkłada widelec na talerz, choć wcześniej sięgnął po na wpół zjedzonego czerwonego dorsza.

– Proszę o wybaczenie, wasza wysokość – rzekł, a ja nie wyczułam w tym nuty sarkazmu.

– To nie mnie przepraszaj – skarcił, jego zabójczo spokojny ton kłócił się z potężną burzą wzbierającą na zewnątrz. – Ją proś o wybaczenie.

Wiatr przybierał na sile, uderzając w szyby jadalni z siłą wystarczającą, by zatrzeszczały. Atmosfera kształtowała się sama, przygotowując się na przyjęcie jego rozkazu, by rozedrzeć niebo. Sięgnęłam myślami w jego stronę, mając nadzieję uspokoić narastającą nawałnicę, ale wcale jej nie napotkałam. Zamrugałam i zaczęłam kopać głębiej. Zastałam ciszę i bezruch, a one przeraziły mnie bardziej niż chaos, którego się spodziewałam. Zamiast tego spotkałam NiePamięć, głodną i wyczekującą. To czysta ciemność, zwijająca się jak wąż, patrząca wściekle oczami Samkiela i czekająca, by uderzyć w mojej obronie.

Mrugnęłam i sięgnęłam po jego dłoń pod stołem, ze zmartwieniem przesuwał kciukiem po pustce na palcu, gdzie kiedyś tkwił pierścień NiePamięci. Ścisnął mnie w odpowiedzi, zupełnie nieświadomy tego, co zobaczyłam. Pod moim dotykiem gniew, który tak dobrze ukrywał, powoli zniknął. Gdyby on był piorunem i śmiercią, ja pozostawałabym uziemieniem.

Iver pochylił głowę w moim kierunku.

– Wybacz mi. Mój komentarz był niesmaczny.

Skinęłam głową, a on pomknął raz jeszcze wzrokiem w stronę Samkiela.

– Nie miałem świadomości, że naznaczyłeś kogoś w ten sposób. Proszę mi wybaczyć. To dla nas wszystkich takie szokujące. Musisz zrozumieć, biorąc pod uwagę twoją reputację – wyznał Iver, a do jego głosu powróciła wcześniejsza zadziorność.

– Moja reputacja – powtórzył Samkiel. To stwierdzenie, ale podszyte pytaniem.

– Jeśli mogę mówić otwarcie. – Król złożył przed sobą dłonie. – Jesteś Zabójcą Bestii, Strażnikiem Pokoju, błyskotliwym i sumiennym synem Unira. Legendą wśród królestw. A teraz powróciłeś z tamtej strony nie z przeznaczoną ci Imogen jako żoną, ale z Ig’Morruthen. Jest tego samego gatunku co istoty, które zniszczyły Rashearim. Ale jeśli ten związek oferuje więcej niż celestialskie piękno, zrozumiem. Posiadana przez nią moc mogłaby sprawić, że nawet Nismera, by się zawahała. – Jego wzrok padł na mnie. – Z całym szacunkiem, oczywiście.

Zapomniałam, że nasz powrót ponownie wzbudzi pytania o zaręczyny. Szczerze mówiąc, całkowicie zapomniałam o tym po rozmowie z Imogen i zobaczeniu jej z Samkielem. Pozostawało boleśnie oczywiste, że nie istniała między nimi żadna romantyczna miłość. Zaręczyny zostały im narzucone, a Samkiel dowiódł swojej miłości do mnie. Myśl o kobiecie napawała mnie smutkiem, nie zazdrością czy gniewem. Rozpaczliwie tęskniłam za przyjaciółką.

– Odpowiadając na twoje pierwsze pytanie, mój związek z Imogen pozostawał wyłącznie polityczny i zaaranżowany przez mojego ojca jako próba poskromienia moich dzikich nawyków. Moje małżeństwo z Dianną nie zostało zaplanowane. Poślubiłem ją, ponieważ ją kocham. Niezależnie, czy byłaby Ig’Morruthen, bogiem, celestialką czy śmiertelniczką, moja miłość i oddanie jej nie uległoby zmianie. Więc, nie, nie chodzi o moc. I pozwól, że ci przypomnę, że to moja siostra i jej rebelia zniszczyli Rashearim – oznajmił Samkiel. – To ona i reszta zdradzieckich bogów zapragnęła tronu Unira, a nie moja żona.

Wiedziałam, że to nie czas ani miejsce, ale moje serce drżało za każdym razem, gdy z dumą się do mnie przyznawał. Nawet gdy sojusznicy, których chciał przeciągnąć na swoją stronę, kręcili nosami na sam mój widok, on nigdy się nie wahał. Ciepło przenikało każdą komórkę mojej istoty. Skarby, złoto i artefakty wydawały się tak nieznaczące, gdyż bycie kochanym bezgranicznie to coś o wiele cenniejszego.

– A skoro mowa o twojej siostrze. Jak już wspomniałeś, nosi twoją koronę, siedzi na twoim tronie i niestrudzenie pracuje nad powiększeniem swojego królestwa. – Iver uniósł kieliszek i siorbnął głośno. – Tak od tysiąca lat.

– Mam tego świadomość. – Samkiel wziął głęboki wdech, uspokajając nerwy przed tym, co nadchodziło, a ja musiałam przyznać mu rację.

Przez ostatnie kilka tygodni albo walczyliśmy, albo odwiedzaliśmy tylu lordów i dam królestw, ilu się dało. Nie powiedział ani słowa, ale wyczerpanie otulało jego ramiona niczym drugi płaszcz. Niektórzy dobyli broni na nasz widok, odwracali się od nas, machając przeklętym sztandarem Nismery. Inni witali nas nieufnie. Słuchali, ale ostatecznie pozostali oddani jej. Królestwo Ivera to nasz ostatni przystanek i stało się jasne, że wszelka nadzieja na sojusz przepadła.

– Odwiedzasz jednak nie tylko moje ziemie, ale też kilku innych rodów, które są wciąż dobrze wzmocnione i zaopatrywane przez nią. Zgadza się?

– Tak – potwierdził Samkiel z zabójczym spokojem. – Prawo przysługujące mi od urodzenia zostało mi odebrane, gdy siedziałem za zamkniętymi światami. Wszyscy twoi przodkowie złożyli przysięgę mojemu ojcu i jako ich spadkobierca powinieneś pozostać lojalny wobec mnie.

Iver sięgnął po kielich wina i wziął długi łyk, przyglądając się mojemu mężowi. Odstawił naczynie na miejsce z głośnym westchnieniem i złożył dłonie na stole przed sobą.

– Z całym szacunkiem, dopełniliśmy ich. Uznawano cię za zmarłego przez tysiąc lat. Nismera pochodzi z linii Unira, dokładnie tak jak ty, dlatego prawowitość jej rządów jest zasadna, niezależnie od twojego powrotu, a my nie możemy wypowiedzieć jej posłuszeństwa.

Samkiel milczał tak długo, że aż zaczęłam się zastanawiać, co planuje. Czy rozważał na nowo, jak podejść do pozostałych rodów w tych krainach? Gdy jednak otarłam się o jego umysł, poczułam jedynie rozczarowanie.

Gniew przeszył mnie niczym gorący płomień. Ig’Morruthen we mnie uniósł głowę w stronę wyczuwalnego zagrożenia, a gotowość, by go chronić, stała się drugą naturą obu stron mojego bytu. Miałam uwagę na końcu języka, ale Samkiel ścisnął moje palce.

Nie będziemy lepsi od niej, jeśli zagrozimy im przemocą – odezwał się do mnie.

Jest głupcem. Oni wszyscy nimi są.

Jest wobec niej lojalny, tak jak reszta. To przez strach. Też chciałbym, aby podążali za nami z taką lojalnością.

Cichy warkot zawibrował w moim gardle.

Wolałabym, żeby podążył za nią do grobu. To śmieć marnujący powietrze.

Jego cichy śmiech przepłynął przez więź, pomimo że nasze twarze wyrażały stoicki spokój.

Mają prawo do podejmowania własnych wyborów. To dlatego podróżujemy, by ich zapytać. Lojalność pozyskana przez strach może zostać równie łatwo stracona, co obiecana. Muszę po prostu wymyślić, jak sprawić by mi zaufali.

Prychnęłam, ale nic nie powiedziałam, bo jak zawsze miał rację. Zmusił się do uśmiechu i wstał, wciąż trzymając mnie za rękę, przez co pociągnął mnie za sobą. Tarcze i włócznie strażników zabrzęczały, gdy zbliżali się do swojego pana. Iver machnął na nich ręką i się podniósł, zdając sobie sprawę, że nie podnosimy się z groźbą.

– Doceniam szczerość i gościnność – oznajmił Samkiel z całą dozą dobroci, której ja nie posiadałam.

Zimne jedzenie, brudne sztućce i zgryźliwe komentarze nie zaliczały się do gościnności.

Ukochany ponownie ścisnął moją dłoń, gdy usłyszał każdą moją myśl.

– Pójdziemy więc.

Iver skłonił się lekko, a usta wykrzywił w złowrogim uśmiechu, jakby wiedział coś, z czego my nie zdawaliśmy sobie sprawy. Samkiel tylko splótł swoje palce z moimi i wyprowadził mnie z zamku. Opuszczając nadmorskie miasto, bardziej martwiłam się o kobietę za murami niż o sojusz z lordem Iverem.

ROZDZIAŁ 3

Dianna

Wróciliśmy o zachodzie słońca. Samkiel milczał i choć wiedziałam, że się na mnie nie złości, wciąż czułam się źle. Wróciłam do swojej śmiertelnej postaci i chwyciłam go za rękę, po czym uniosłam ją do ust i pocałowałam grzbiet. Uśmiechnął się do mnie półgębkiem, ale wiedziałam, że myślami znajduje się milion kilometrów stąd. Tak bardzo chciał przywrócić te krainy do stanu, w jakim znajdowały się kiedyś, lecz odnosiłam wrażenie, że za każdym razem, gdy się odwracaliśmy‚ jego nadzieje gasły jak płomienie polane wodą.

Cichaczem przeszliśmy przez frontowe drzwi. Ogromny zamek wydawał się pusty, ale pobrzękiwanie dochodzące z kuchni i zapach pieczonego mięsa dowodziły, że przynajmniej jedna osoba jest w domu. Skręciliśmy za róg i weszliśmy do kuchni. Cameron siedział zgarbiony przy dużym, drewnianym stole. Żartobliwie szturchnęłam go w ramię i podskoczyłam, żeby usiąść obok jego talerza, po czym pomachałam nogami. Samkiel zatrzymał się przy wejściu i oparł ramię o framugę.

– Hej, ludzie tu jedzą – zażartował Cameron, wskazując na mnie.

– Och, jeśli myślisz, że to niepoprawne, powinieneś był tu siedzieć, gdy Samkiel pokazał mi kuchnię.

Cam się skrzywił i szybko uniósł talerz.

– Dianno – upomniał mnie ukochany.

Wzruszyłam ramionami i machnęłam ręką.

– Została wyczyszczona. Tylko żartowałam. Tak jakby.

– Cóż, teraz gdy zostałem straumatyzowany przez tę wizję, jestem pewien, że będzie mnie prześladowała do końca moich dni – oświadczył. – Jak wam poszło?

Samkiel mruknął i potarł twarz dłonią.

– Nie za dobrze, zgaduje? – zapytał przyjaciel i wziął ogromny kęs kanapki.

– Nie – odparł mój ukochany. – Abstrahując od radosnego nastroju mojej żony, nie za dobrze.

Pokazałam mu język.

– Dlaczego jesteś taka zadowolona, skoro poszło źle? – wypytywał dalej z pełnymi ustami.

Wzruszyłam ramionami.

– Zrzucam winę na to całe nieposiadanie duszy.

Nikt w pomieszczeniu nie uznał tego za chociaż ciut zabawne.

Przewracając oczami na ich brak poczucia humoru, spróbowałam wyjaśnić:

– Nie wiem. Zbudowaliśmy tu miasto, dom. Ludzie czują się na tyle bezpiecznie, że mogą spokojnie oddychać. Miska wydaje się dogadywać z dziećmi i zdobyła przyjaciół, nawet zabiera ze sobą Reggie’ego. Do tego mam was i wiem, że znajdziemy sposób, by ocalić resztę Ręki i sprowadzimy ich z powrotem. To się dla mnie liczy, wszyscy tutaj i nasza rodzina, a nie nawiedzeni czy nieprzyjemni arystokraci. Zamierzam bronić tego domu za cenę własnego życia. Więc jeśli nie chcą się z nami sprzymierzyć, cóż, mogą spłonąć, a każdy, kto nam zagrozi, może do nich dołączyć… – Ponownie wzruszyłam ramionami, pozwalając, by dopowiedzieli sobie końcówkę.

– Właściwie to bardzo urocze – stwierdził Cam, znów mówiąc z pełnymi ustami i kiwając w stronę Samkiela. – Poza tą częścią, kiedy sobie wyobraziłem tysiące płonących światów. Ale mimo wszystko to wciąż bardzo miłe.

Sami pokręcił głową i łagodnie się do mnie uśmiechnął, po czym uniósł brew. Wiedziałam, że ból głowy musiał mocno mu dokuczać, skoro jawnie to pokazywał.

– Dianna nie będzie nic podpalała. Właściwie to zachowywała się bardzo grzecznie, w zasięgu wzroku nie pojawił się ani jeden płomyk. Nawet wtedy gdy wszędzie, gdzie przybywaliśmy, witano nas bronią czy zamkniętymi drzwiami. Lord Iver jako jedyny pomówił z nami twarzą w twarz i częściowo bardzo tego żałuję.

– Iver? – zapytał Cameron.

– Tak, to on teraz rządzi Nabrzeżną Skałą.

Celestial gwizdnął cicho.

– Zakładałem, że lord Orble będzie żył wiecznie.

– To tak jak ja – odparł Samkiel. – Podobno to jego syn.

Cam zmarszczył brwi i usiadł z powrotem na krześle.

– Vena była miła. – Wzruszyłam ramionami. – Cóż, generalnie rzecz ujmując.

Cameron uniósł brwi nieco wyżej.

– Vena? Wieki nie widziałem jej wydm – mruknął i wziął kolejny wielki kęs kanapki.

Prychnęła cicho i odparła:

– Mam nadzieję, że chodzi ci o jej piaszczyste wydmy.

Samkiel przewrócił oczami.

– Wy dwoje.

Cameron się wyszczerzył.

– Hej, tym razem jestem niewinny, przysięgam. Zawitaliśmy tam z Ręką tylko raz. Pogoda była świetna. Można by pomyśleć, że panują tam wyższe temperatury, biorąc pod uwagę, jak blisko od tego małego słońca się znajduje, ale mnie się podobało. A tobie?

Musiałam przyznać, że uwielbiałam Wysokie Piaski, a przynajmniej to, co widzieliśmy z góry. Jak okiem sięgnąć, rozciągał się tam falisty krajobraz wydm i pustyni, usiany piramidami mogącymi zawstydzić te znajdujące się w Eorii. Byłoby wspaniale, gdyby nie krzyki ludzi uciekających do domów, gdy przelatywałam nad nimi. Setki kłębiących się strażników i Vena wrzeszcząca na nas z najwyższego punktu bramy również nas zniechęcały, ale poza tym wszystkim było cudownie.

– Na podstawie krótkiego czasu, jaki tam spędziliśmy, tak. Przypominała mi dom, tylko ich piaskowe rzeźby są znacznie większe niż nasze. Gabby by się podobało, gdyby Vena nie okazała się taką suką.

Cameron znów się zaśmiał.

– Lordowie tego królestwa nie czują się na ciebie gotowi.

– Przynajmniej próbowała nawiązać jakiś dialog. – Samkiel podrapał się po uchu. – Co prawda za zamkniętymi drzwiami i strzeżonymi bramami, ale chciałbym, by zrozumieli, że próbuję uniknąć wojny. Pragnę tego za wszelką cenę.

– Wszyscy w tym pokoju wiedzą, że Nismera nie odda tronu bez brutalnej i krwawej walki – stwierdziłam.

– Walka tutaj skończy się śmiercią tysięcy, jeśli nie większej liczby. Istnieją inne sposoby na wygrywanie wojen. Spotkania z rodami i pozyskiwanie lojalności pozostają pierwszym krokiem do osiągnięcia zwycięstwa bez podnoszenia ostrza. Są sposoby, by pokonać wroga, zanim wojna w ogóle się zacznie. Wojna powinna być ostatnią opcją. Wypełnia ją przemoc, krew i destrukcja, a niewinność staje się jej największą ofiarą. Mogą uważać mnie za słabego, ale nie zaryzykuję życia niewinnych. Nie dla niej.

– Wiem i zawsze jestem po twojej stronie, Mówię po prostu, że ty masz serce, kochanie, ale istoty, z którymi się mierzysz, nie. Martwię się o to, jak daleko sucz-bogini okaże się gotowa posunąć i jaką poniesiemy za to cenę.

Wymusił uśmiech.

– Miejmy nadzieję, że nie zajdzie to tak daleko. Może rozmowa z nimi rozpali pragnienie zmiany lub przynajmniej da im coś, nad czym warto się zastanowić. Może potrzebują po prostu kilku dni, aby przemyśleć moją ofertę.

– Może. – Tylko tyle powiedziałam.

Przez kilka ostatnich tygodni z każdą królewską wizytą wydawał się coraz bardziej przybity, a ja nie zamierzałam dodać do tego przygnębienia.

– Cóż, osobiście uważam, że arystokraci to grupa dupków – wtrącił Cameron, przerywając ciszę. – Poza wami, oczywiście.

Samkiel przewrócił oczami, a ja parsknęłam i skinęłam w stronę Cama kończącego kanapkę. Ukochany zmienił temat:

– Dlaczego jesteś taki uwalony?

Twarz i ubranie przyjaciela pokrywał brud i wiedziałam, że gdy tylko wyjdzie z pokoju, będę musiała posprzątać. Cameron spojrzał na swoją poplamioną koszulę, kiedyś kremową, choć teraz bardziej brązową. Ten sam kurz pokrywał jego spodnie, a buty miał umazane błotem. Jedynymi czystymi miejscami na jego ciele pozostawały dłonie, prawdopodobnie dlatego, że umył je przed zrobieniem kanapki. A przynajmniej miałam taką nadzieję.

– Byłem w mieście z Thane’em i jego kolegami.

– Thane’em? – zapytałam.

– Ta. Ma wielką bliznę po oparzeniu po prawej stronie ciała i krótkie włosy. Ocaliliście jego i kilku innych z Ovinoru.

Ovinor to mała wioska na klifie, gdzie udaliśmy się kilka tygodni temu. Prawie o niej zapomniałam. Chyba to zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że mieliśmy do czynienia ze wzrostem liczby istot z Innego Świata, atakujących każdą osadę lub miasteczko na swojej drodze albo podróżowaliśmy przez królestwa w celu zdobycia sojuszy.

– Och – rzuciłam. – Wybacz, nie przedstawili się, a zdarzyło się to tygodnie temu.

Cameron się uśmiechnął, ale zaczęłam zauważać, że uśmiech nie sięgał już oczu. Ostatnio też pochłaniało go wiele zajęć. Przebywał albo w mieście, albo pomagał Misce z ziołami i lekarstwami. Każdy trop, jaki mieliśmy, odnośnie do Xaviera, okazywał się ślepą uliczką i czułam, że światło powoli gaśnie w moim przyjacielu, bez względu na to, jak bardzo starał się to ukryć. Orym okazałby się ogromnie pomocny, gdyby Isaiah nie zabił jego i jego siostry.

– Dlaczego on, a raczej ty, skoro o tym mowa, pracujesz? – zapytał Samkiel. – Powiedziałem ci, że dokończę jedną trzecią miasta, gdy wrócę.

Cameron wytarł usta, po czym uniósł rękę w udawanym geście poddaństwa.

– Hej, wiem. Jest wciąż mnóstwo budynków potrzebujących dachu, a mieszkańcy miasteczka się przepracowują. Thane zgłosił się na ochotnika i w zasadzie prowadzi to wszystko z niewielką grupą, więc zaoferowałem pomoc. Wolałbym nie odwiedzać miasta i znajdować ludzi nabitych na pale czy zmiażdżonych.

Samkiel westchnął, dalej stojąc w wejściu do kuchni.

– Powiedziałem im, żeby poczekali. Domy, które mają zająć, są bezpieczne. Poza tym wciąż pracujemy nad tymi dla nowo przybyłych.

– Wiem, ale zdają się uparci, tak jak wasza dwójka – wytknął Cam, zerkając na każde z nas z osobna. – I są szczęśliwi, a ja wierzę, że chcą tacy pozostać. Myślę, że pragną, byś zobaczył, że cię kochają i cenią swoje nowe domy. Nie chcą stracić swojego bezpiecznego azylu. Sądzę, że w ten sposób próbują zyskać aprobatę bogów. Wiesz, tak jak za dawnych czasów.

– Samkiel nigdy by czegoś takiego od nich nie oczekiwał. – Skrzyżowałam ramiona. – Nie jest ani tego typu przywódcą, ani tego typu bogiem. Poza tym nie zacznie rozdawać nagród za udar cieplny.

Ukochany mruknął na znak zgody.

Cameron skinął głową.

– Wiem, ale ci ludzie zostali pokonani, nauczeni zadowalać władców uważających ich wyłącznie za kamienie w strumieniu. Obawiam się, iż zakładają, że jeśli się najedzą i odważą się czerpać przyjemność przez chociażby sekundę, zostaną ukarani, a to wszystko zostanie im odebrane.

Przygryzłam wargę, gdy w mojej głowie zaczęła kotłować się myśl. Samkiel zerknął na mnie, gdy przekazałam ten pomysł przez naszą więź. Zastanowię się nad tym dłużej i później zapytam go, co o tym sądzi.

Cameron wstał i podszedł do kosza, by wyrzucić okruszki po posiłku.

– Gdzie są wszyscy? Miska? Reggie? – zapytałam.

– Cóż. – Odwrócił się do nas, po tym jak umył talerz. Wsadził ręce do kieszeni i rozbujał się na piętach. – Bez urazy, ale tak myślałem, że wasze wysiłki pójdą na marne. Nawet pod rządami Unira arystokraci to kutasy, i to jeszcze przed tym, jak Nismera doszła do władzy. Wątpię, żeby teraz ją zostawili, skoro właściwie dała im tyle autorytetu, ile ich małe, chciwe serduszka zapragnęły. Poza tym jest psychopatką i podążanie za nią sprawia, że wcale nie są lepsi. W każdym razie wyświadczyłem wam przysługę. Reggie poszedł z Miską i jej nowymi przyjaciółmi do miasta, by sądzić bogowie wiedzą co, a ja też planuję się tam udać, aby dopilnować, że nikt się nie zabije podczas przystrajania nowych domów. To oznacza, że przez następne kilka godzin macie cały ten ogromny pałac dla siebie. Tylko nie urządźcie znowu trzydniowego sekstatonu. Moje biedne oczy tego nie zniosą i sądzę, że zamek też tego nie przetrwa.

Wybuchnęłam śmiechem, gdy wyszczerzył się przebiegle do Samkiela.

– Cameron – warknął.

– Jakiś ty dobry – parsknęłam, na co przyjaciel się uśmiechnął.

– Wiesz, że wszystkim o tym powiem.

– Powiedziałbym raczej problematyczny – dodał Samkiel.

– Bawcie się dobrze. Nie róbcie niczego, czego ja bym nie zrobił. – Cameron znów się wyszczerzył i pomachał, zanim wyszedł.

– To bardzo krótka lista! – zawołałam, za jego oddalającą się postacią.

Zeskoczyłam ze stołu i podeszłam do Samkiela. Obserwował drzwi, zmęczenie kilku ostatnich dni odznaczało się na jego twarzy.

– Powiesz mi, dlaczego ciągle pocierasz palce?

Obrócił gwałtownie głowę w moją stronę, a kciuk zamarł mu na środkowym palcu prawej ręki. To tam nosił od wieków Pierścień NiePamięci.