Glass hearts - A. K. Lewenhaupt - ebook

Glass hearts ebook

A. K. Lewenhaupt

4,5

53 osoby interesują się tą książką

Opis

Lilian, wrażliwa studentka nowojorskiej akademii muzycznej, żyje w świecie dźwięków, pod czujnym okiem swojego brata – legendarnego boksera, który zrobiłby dla niej wszystko. Pewnego dnia na jej drodze staje mężczyzna, którego obecność burzy dotychczasowy porządek. Ich spotkania są zbyt przypadkowe, by mogły być zwykłym zbiegiem okoliczności… i zbyt intensywne, by o nich zapomnieć.

Między rodzącym się uczuciem a brutalnym światem sportowych walk napięcie rośnie. Tajemnice wychodzą z cienia, lojalność zostaje wystawiona na próbę, a przeszłość zaczyna domagać się zapłaty.


Co się stanie, gdy miłość okaże się najniebezpieczniejszą walką?


To historia o miłości silniejszej niż strach, o więziach, które potrafią ocalić – i złamać – oraz o wyborach, które zmieniają ludzi na zawsze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 175

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (6 ocen)
5
0
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Lilla1986
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

herbatkazksiazka [Patronat Medialny] [Współpraca Patronacka] Przedpremierowa Recenzja Patronacka. 01/2026 💖,, Glass hearts” 💖A.K Lewenhaupt” 💖Wydawnictwo Ostre Pióro 💖Premiera 14/02/2026 ,,Dla mnie to szklane serce. Bo pęka, ale i składa się od nowa, za każdym razem, kiedy gram. – Lily...twoje serce nigdy nie pęknie – tylko tyle powiedział, a jego usta przylgnęły do moich.” 💖Wkrótce odbędzie się premiera mojego niezwykłego patronatu ,, Glass hearts ” autorstwa A.K Lewenhaupt opowieści , która jest silniejsza niż strach, o więzach, które potrafią zarówno ocalić, jak i złamać, oraz o wyborach, które na zawsze zmienią życie bohaterów. 💖Przedstawiam Wam historię 21-letniej Lily, studentki nowojorskiej akademii muzycznej, która żyje wśród dźwięków. Pod czujnym okiem swojego brata, Artura Colemana, legendarnego boksera, dwukrotnego mistrza, który nie ma żadnych słabych punktów. Zawsze kieruje się twardymi zasadami, ale z ogromnym szacunkiem do przeciwnika. Artur to prawdzi...
00
EwaMarekNiez

Nie oderwiesz się od lektury

Takie książki kocham💚
00
Natalliapawel

Nie oderwiesz się od lektury

Ach, co za historia! Nie mogłam się od niej oderwać choć na chwilę
00



Co­py­ri­ght © A. K. Le­wen­haupt

Co­py­ri­ght © Ostre Pió­ro

Wy­da­nie I

Szcze­cin 2026

ISBN: 978-83-68498-27-1

e-ISBN: 978-83-68498-28-8

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Roz­po­wszech­nia­nie i ko­pio­wa­nie ca­ło­ści lub czę­ści pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci za­bro­nio­ne bez wcze­śniej­szej pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy. Do­ty­czy to tak­że fo­to­ko­pii i mi­kro­fil­mów oraz roz­po­wszech­nia­nia za po­mo­cą no­śni­ków elek­tro­nicz­nych.

Wy­daw­ca ze­zwa­la na udo­stęp­nia­nie okład­ki książ­ki w in­ter­ne­cie.

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Zdję­cie na okład­ce: Fre­epik

Re­dak­cja: Ewa Hof­f­man-Ski­biń­ska | Re­dak­tor Ewa

Ko­rek­ta:

Mo­ni­ka Cał­ka | krop­ka­ispol­ka.pl

Ka­ta­rzy­na Ku­row­ska | sta­cja­pro­jekt.my.ca­nva.si­te

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, skład i ła­ma­nie:

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Wy­daw­nic­two Ostre Pió­rowww.ostre-pio­ro.pl

A. K. Le­wen­haupt

Glass

he­arts

Choć ser­ca ma­my szkla­ne,ni­g­dy nie da­dzą się zła­mać.

Dla tych, któ­rzy nie po­zwo­li­lizła­ma­ne­mu ser­cu zła­mać sie­bie.

Lil­lian

Słoń­ce bez­li­to­śnie przy­pie­ka­ło wy­schnię­tą zie­mię, któ­ra zda­wa­ła się bła­gać o kil­ka kro­pel wo­dy. Wy­su­szo­na tra­wa pię­ła się z wy­sił­kiem ku nie­bu, nie­mo pro­sząc o deszcz. Sa­ma chęt­nie unio­sła­bym rę­ce ra­zem z nią. La­to ni­g­dy nie na­le­ża­ło do mo­ich ulu­bio­nych pór ro­ku, a dziś tem­pe­ra­tu­ra spo­koj­nie prze­kra­cza­ła trzy­dzie­ści stop­ni.

Unio­słam gło­wę, pa­trząc przez otwar­te okno. Mia­łam na­dzie­ję, że na nie­bie znaj­dę choć jed­ną chmu­rę, zwia­stun nad­cho­dzą­ce­go desz­czu. Nie­ste­ty, te­go­rocz­ne la­to w No­wym Jor­ku oka­za­ło się wy­jąt­ko­wo go­rą­ce i bez­li­to­śnie nie­zno­śne.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach by­łam go­to­wa do wyj­ścia. Na­ło­ży­łam oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne na nos i opu­ści­łam miesz­ka­nie. Na uli­cach ro­iło się już od lu­dzi. Mi­ja­li mnie z bu­tel­ka­mi wo­dy w dło­niach, z twa­rza­mi zmę­czo­ny­mi upa­łem.

Na­sza dziel­ni­ca, Up­per East Si­de, le­ży nie­da­le­ko Cen­tral Par­ku, dzię­ki cze­mu la­to by­wa tu nie­co mniej uciąż­li­we. Cza­sa­mi bio­rę książ­kę, ku­pu­ję mro­żo­ną ka­wę na Ma­di­son Ave­nue i sia­dam pod drze­wem, że­by ukryć się przed słoń­cem. W tym miej­scu mia­sto na chwi­lę milk­nie, a ja czu­ję, że mo­gę od­dy­chać.

Nie zdą­ży­łam przejść na­wet stu me­trów, a moc­ne pro­mie­nie słoń­ca już przy­pa­la­ły mi skó­rę. Za­sta­na­wia­łam się, czy nie za­wró­cić do do­mu i się nie prze­brać. Su­kien­ka kle­iła się do spo­co­ne­go cia­ła.

Cho­le­ra. Dla­cze­go nie zgo­dzi­łam się, że­by Ar­thur mnie od­wiózł? Je­go no­wy sa­mo­chód ma prze­cież kli­ma­ty­za­cję, zba­wien­ną w ta­kie dni.

Prze­kli­na­łam du­mę, któ­ra nie po­zwo­li­ła mi za­dzwo­nić i po­pro­sić o po­moc. Nie po to co­dzien­nie przy­po­mi­nam mu, że je­stem do­ro­słą ko­bie­tą, by te­raz jak dziec­ko bła­gać o pod­wóz­kę. Cho­ciaż mia­łam pew­ność, że przy­je­chał­by w cią­gu kil­ku mi­nut.

Cze­mu nie uro­dzi­łam się na bie­gu­nie pół­noc­nym? – na­szła mnie myśl. W tej chwi­li mo­gła­bym wyjść z igloo i pa­trzeć, jak mój mąż ło­wi ry­by na śnia­da­nie. We wła­sno­ręcz­nie wy­ku­tym prze­rę­blu. Sa­ma ta myśl da­ła mi chwi­lo­we po­czu­cie chło­du. Umysł to jed­nak sil­ne na­rzę­dzie.

Po kil­ku mi­nu­tach skrę­ci­łam w bocz­ną ulicz­kę pro­wa­dzą­cą do uczel­ni. Dzię­ku­ję bra­tu za to, że miesz­ka­my bli­sko i nie mu­szę ko­rzy­stać z ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej. Za­wsze, kie­dy prze­cho­dzę przez głów­ną uli­cę i pa­trzę na prze­peł­nio­ne au­to­bu­sy, wi­dzę lu­dzi ściśniętych jak sar­dyn­ki w pusz­ce. Za­sta­na­wiam się, ile osób mdle­je tam dzien­nie z prze­grza­nia. Pew­nie spo­ro, bio­rąc pod uwa­gę te­go­rocz­ne tro­pi­kal­ne la­to.

Od ośmiu lat Ar­thur to­wa­rzy­szył mi wszę­dzie. No­co­wa­nie u ko­le­ża­nek? Znam to tyl­ko z opo­wie­ści. Po­ta­jem­ne spo­tka­nia z chło­pa­ka­mi? Aż za­śmia­łam się na sa­mą myśl. Mo­je je­dy­ne in­tym­ne spo­tka­nie od­by­ło się w szkol­nej to­a­le­cie, kie­dy pierw­szy raz ca­ło­wa­łam się z chło­pa­kiem star­szym o dwa la­ta. Gdy­by Ar­thur się o tym do­wie­dział, roz­szar­pał­by bie­da­ka. Do­słow­nie.

Mam dwa­dzie­ścia je­den lat i na­dal je­stem dzie­wi­cą. Po­ten­cjal­ny part­ner mu­siał­by naj­pierw zmie­rzyć się z mo­im bra­cisz­kiem. A bio­rąc pod uwa­gę, że Ar­thur jest za­wo­do­wym bok­se­rem – życzę po­wo­dze­nia.

Zbli­ża­łam się już do uczel­ni, kie­dy tuż przed mo­imi no­ga­mi z pi­skiem opon za­trzy­ma­ło się czar­ne, te­re­no­we au­to. Naj­wy­raź­niej się za­my­śli­łam i zwy­czaj­nie nie za­uwa­ży­łam zmie­nia­ją­cej się sy­gna­li­za­cji. Za­trzy­ma­łam się przed ma­ską po­jaz­du w ostat­niej chwi­li. Zbyt bli­sko, by uznać to za zwy­kłą sy­tu­ację, i za bli­sko, by się nie wy­stra­szyć.

Kie­row­ca wy­siadł gwał­tow­nie i po se­kun­dzie stał przede mną. Wy­glą­dał jak mo­del. Mu­sku­lar­ne ra­mio­na, sze­ro­kie bar­ki i ciem­ny za­rost. Za­sta­na­wia­łam się, czy ma­ki­jaż nie spły­nął mi z twa­rzy. Czy tusz do rzęs po­zo­stał na swo­im miej­scu? Czy pod­kład nie ugo­to­wał się na skó­rze? A de­kolt? Czy nie po­czer­wie­niał od upa­łu?

Mil­czał. Bacz­nie mnie ob­ser­wo­wał.

Nie mo­głam ode­rwać od nie­go wzro­ku. Za­hip­no­ty­zo­wał mnie brą­zo­wy­mi ocza­mi. Ha­łas pa­nu­ją­cy w tym wiel­kim mie­ście na­gle ucichł, jak­by sam Bóg na chwi­lę wy­łą­czył dźwięk. Sta­łam, pa­trzy­łam i od­dy­cha­łam. On prze­cią­gnął dło­nią po kru­czo­czar­nych wło­sach. Ostro za­ry­so­wa­na szczę­ka… No­sił na szyi czar­ny rze­myk z nie­śmier­tel­ni­kiem. Dło­nie miał za­ban­da­żo­wa­ne, a za­ciś-nię­te usta wska­zy­wa­ły na zde­ner­wo­wa­nie.

Pa­trzy­li­śmy na sie­bie, jak­by­śmy pró­bo­wa­li roz­ma­wiać sa­mym spoj­rze­niem. Dziw­ne uczu­cie, lecz da­ją­ce cie­pło. Wro­gość je­go twa­rzy ro­sła z każ­dą chwi­lą, ale ja nie czu­łam stra­chu.

– Wiesz, ile kosz­tu­je na­pra­wa zde­rza­ka w tym au­cie?! – wark­nął. – Li­czy­łaś na od­szko­do­wa­nie?!

Je­go głos brzmiał twar­do, sta­now­czo, ale miał w so­bie coś ła­god­ne­go, dziw­nie nie­pa­su­ją­ce­go do zło­ści.

Pa­trzy­łam na usta, któ­re wy­krzy­wi­ły się w dziw­nym uśmie­chu. Ani flir­ciar­skim, ani tym bar­dziej przy­ja­znym. Po­czu­łam na ra­mio­nach gęsią skórkę. Wspa­nia­le, dzię­ki niej zro­bi­ło mi się tro­chę chłod­niej.

Mia­łam już mu coś od­po­wie­dzieć, ale nie do­pu­ścił mnie do sło­wa:

– Je­steś głu­cha? – Wy­cią­gnął dłoń, by mnie do­tknąć. Od­ru­cho­wo zro­bi­łam krok w tył. – Na do­da­tek wy­stra­szo­na jak ma­ły ko­ciak. Ja pier­dolę! Co za dzień! – Złapał się za włosy i mocno je pociągnął. – Gdy­by nie ha­mul­ce, by­ła­byś pla­mą na la­kie­rze. Ro­zu­miesz?!

Zmru­ży­łam oczy i szu­ka­łam od­po­wied­niej ri­po­sty dla te­go pro­sta­ka. Przy­stoj­ne­go, ale jed­nak pro­sta­ka. Zro­bi­łam naj­smut­niej­szą mi­nę, ja­ką umia­łam, i unio­słam dło­nie, two­rząc w ję­zy­ku mi­go­wym słowo „dupek”.

Pa­nu wście­kłe­mu zrze­dła mi­na. Pod­szedł bli­żej, a z je­go oczu znik­nę­ła złość. Współ-czu­cia i li­to­ści rów­nież w nich nie zna­la­złam. Tyl­ko obo­jęt­ność. Z ca­łych sił pró­bo­wa­łam nie ro­ze­śmiać się mu w twarz. Przy­gry­złam we­wnętrz­ną stro­nę po­licz­ka, by nie po­zwo­lić ką­ci­kom ust na unie­sie­nie.

– Czy­li je­steś głu­cha. Fan­ta­stycz­nie – po­wie­dział to tak wy­raź­nie, że na­wet gdy­by to by­ła praw­da, z ła­two­ścią od­czy­ta­ła­bym tę wy­po­wiedź z ru­chu je­go warg. – Ale nie śle­pa. Uwa­żaj na­stęp­nym ra­zem.

Spu­ści­łam wzrok na swo­je sto­py. By­łam jed­no-cze­śnie wście­kła i roz­ba­wio­na. Zer­k­nę­łam na pe­di­cu­re. Czer­wo­ny la­kier już mnie nu­dził, po­win­nam go zmie­nić. My­śla­łam o wszyst­kim, by­le nie o nim. Pach­ną­cym i tak zde­ner­wo­wa­nym, że przez sekundę zrobiło mi się go żal.

– Mo­że w ra­mach re­kom­pen­sa­ty do­kądś cię za­wieźć? – za­py­tał, uno­sząc mój pod­bró­dek.

Sy­la­bi­zo­wał każ­de sło­wo, jak­by na­praw­dę uwie­rzył, że nie sły­szę. Gdy­by wie­dział, ja­ką we­wnętrz­ną wal­kę wła­śnie to­czę.

Po­krę­ci­łam gło­wą i otar­łam nie­wi­dzial­ną łzę. Dwie­ma dłoń­mi do­tknę­łam bro­dy w ge­ście po­dzię­ko­wa­nia za jak­że mi­łą kon­wer­sa­cję i ode­szłam.

Kie­dy zna­la­złam się kil­ka me­trów da­lej,od­wa­ży­łam się obej­rzeć za sie­bie – ani przy­stoj­nia­ka w czar­nej opię­tej ko­szul­ce, ani je­go sa­mo­cho­du już nie by­ło.

Na za­ję­ciach pró­bo­wa­łam się sku­pić, ale z mar­nym skut­kiem. Czy spo­tkam jesz­cze pa­na zło­śliw­ca? Ta myśl za­kieł­ko­wa­ła mi w gło­wie. I bar­dzo mi się spodo­ba­ła.

Mu­szę na­mó­wić Ar­thu­ra na ja­kieś wyj­ście, bo ina­czej na­praw­dę za­cznę rzu­cać się pod sa­mo­cho­dy, że­by tyl­ko chwi­lę po­roz­ma­wiać z męż­czy­zną. Na­wet w ję­zy­ku mi­go­wym.

Po pięt­na­stej wy­szłam z uczel­ni i zo­ba­czy­łam Ar­thu­ra cze­ka­ją­ce­go przy au­cie. Uśmiech bez­wied­nie wpły­nął mi na twarz. Po śmier­ci ro­dzi­ców zo­sta­li­śmy sa­mi i by­li­śmy zda­ni tyl­ko na sie­bie. Mia­łam dwa­na­ście lat, gdy ta­ta zgi­nął, więc brat jest od­tąd je­dy­nym męż­czy­zną w mo­im życiu. Zastąpił mi ojca, a dwa lata później rów­nież mat­kę. Jest ro­dzi­cem i bra­tem na pe­łen etat. Stąd ta na­do­pie­kuń­czość. Cho­ciaż sam stra­cił ma­mę i ta­tę, za­stą­pił mi ich w naj­lep­szy moż­li­wy spo­sób.

– W po­rząd­ku? – za­py­tał od ra­zu.

– Tak, mia­łam tyl­ko nie­zręcz­ne spo­tka­nie z ja­kimś fa­ce­tem – po­wie­dzia­łam, choć mo­głam prze­mil­czeć.

Obie­ca­li­śmy so­bie mó­wić wszyst­ko. Te­go przy­rze­cze­nia nie mo­głam i nie chcia­łam zła­mać.

– Ja­kie nie­zręcz­ne spo­tka­nie? Z ja­kim fa­ce­tem? – do­cie­kał. Czy wspo­mi­na­łam, że mój brat jest nad wy­raz opie­kuń­czy? Je­śli tak, to chęt­nie po­wtó­rzę.

– Za­my­śli­łam się i pra­wie wpa­dłam mu pod ko­ła. Na szczę­ście wy­ka­zał się re­flek­sem i pewną nogą wcisnął hamulec. Nic się nie stało. To chy­ba wi­na upa­łu – za­pew­ni­łam, na no­wo ogar­nię­ta wszech­obec­nym cie­płem.

– Mo­że po­win­naś pójść do le­ka­rza?

– Ar­thur, nic mi nie jest. Prze­cież wi­dzisz. – Za­krę­ci­łam się wo­kół wła­snej osi. – Masz w au­cie lo­do­wa­tą wo­dę?

– Mam, wska­kuj. Od­wio­zę cię do do­mu i ja­dę na tre­ning. – Otwo­rzył przede mną drzwi sa­mo­cho­du i za­pro­sił, bym wsia­dła.

Dżen­tel­men – tak jed­nym sło­wem mo­gę opi­sać swo­je­go bra­ta. Je­go ko­bie­ta bę­dzie szczę­ścia­rą.

Wsia­dłam i mo­men­tal­nie po­czu­łam po­wie­trze płynące z klimatyzacji.

– Co to za fa­cet? Znasz go?

– Nie, ale zdą­ży­łam spi­sać re­je­stra­cję. Do­rwiesz go i po­gro­zisz mu, że pra­wie prze­je­chał two­ją sio­strzycz­kę…? – za­śmia­łam się, wi­dząc je­go po­sęp­ną mi­nę.

– Li­ly, ja nie żar­tu­ję. Je­śli go znasz, to chęt­nie z nim po­ga­dam. Sko­ro de­bil nie po­tra­fi pro­wa­dzić au­ta, to go na­uczę.

– Mój ze­stre­so­wa­ny bra­ci­szek. Wy­ła­du­jesz złość na tre­nin­gu. – Zsu­nę­łam oku­la­ry na nos i opar­łam o sie­dze­nie, de­lek­tu­jąc się zim­ną wo­dą.

– Po dro­dze sko­czę po coś do je­dze­nia. Na co masz ocho­tę?

– Szcze­rze?

Kiw­nął gło­wą, ob­ser­wu­jąc dro­gę.

– Na zim­ne­go drin­ka. Przez ten upał w ogó­le nie mam ape­ty­tu.

– Li­ly, co byś zja­dła na ko­la­cję?! – po­no­wił py­ta­nie, kła­dąc na­cisk na każ­de sło­wo.

Za­mil­kłam z uśmie­chem. Ce­lo­wo się z nim draż­niłam.

Kie­dy pod­je­cha­li­śmy przed ka­mie­ni­cę, wciąż mil­cza­łam.

– W lo­dów­ce masz mo­ją zim­ną whi­sky, w za­mra­żar­ce lód – ode­zwał się, kon­tro­lu­jąc swój roz­gnie­wa­ny głos. – Je­den drink. Po­sta­ram się wró­cić przed dwu­dzie­stą.

– Su­shi – od­po­wie­dzia­łam wresz­cie i zła­pa­łam za klam­kę, że­by wy­siąść. – Do zo­ba­cze­nia, bra­cisz­ku – za­wo­ła­łam i w prze­lo­cie po­ca­ło­wa­łam go w po­li­czek.

– Te­stu­jesz mo­ją cier­pli­wość…

Po­ma­cha­łam mu jesz­cze i gdy sa­mo­chód znik­nął mi z po­la wi­dze­nia, we­szłam do ho­lu. Po pa­ru mi­nu­tach od­po­czy­wa­łam w le­ża­ku. Wy­ką­pa­na, z mo­kry­mi wło­sa­mi i zim­nym drin­kiem w dło­ni. Za­mknę­łam oczy i opar­łam no­gi o ba­lu­stra­dę, po­zwa­la­jąc so­bie na chwi­lę re­lak­su. Sku­pi­łam się na od­gło­sach mia­sta. Dla nie­któ­rych by­ła­by to mę­czar­nia, nie­któ­rzy pra­gną ci­szy. Ale dla mnie to co­dzien­ność. Zna­jo­ma i nor­mal­na. Cho­ciaż na­sza dziel­ni­ca i tak jest uzna­wa­na za jed­ną ze spo­koj­niej­szych.

Spoj­rza­łam na te­le­fon. Ze­ro wia­do­mo­ści od Ar­thu­ra. Za­pew­ne wy­ła­do­wu­je fru­stra­cję. Za­wsze tak ro­bi, gdy się mar­twi. Złoszcze­nie się na mnie to je­go spo­sób na oka­zy­wa­nie tro­ski.

Pod­nio­słam się z le­ża­ka i we­szłam do miesz­ka­nia. Zgar­nę­łam książ­kę z pół­ki i usia­dłam na so­fie, ale za­miast czy­tać, ga­pi­łam się w okno. I wte­dy, przez se­kun­dę, prze­szła mi przez gło­wę myśl:

W spoj­rze­niu te­go męż­czy­zny na­praw­dę by­ło coś in­try­gu­ją­ce­go.

Bru­no

– Spóź­ni­łeś się – wark­nął tre­ner.

– Nie ma­rudź. Za­le­d­wie dzie­sięć mi­nut – od­burk­ną­łem chłod­no i ru­szy­łem do szat­ni.

Nie spie­szy­łem się. Prze­bra­łem się w spoden­ki bok­ser­skie i na­pi­łem się zim­nej wo­dy. Pat­ty na pew­no ją dla mnie zo­sta­wi­ła. Wzią­łem rę­ka­wi­ce. Po­czu­łem wy­do­by­wa­ją­cy się z nich odór po­tu. Za­pach wszyst­kich mo­ich walk. Wszyst­kich wy­gra­nych.

Wsze­dłem do sa­li i skie­ro­wa­łem się na ring. Pod­nio­słem sznu­ry i wsko­czy­łem na śro­dek.

– Bie­ga­łeś ra­no? – za­py­tał tre­ner.

– Nie za­da­waj mi co­dzien­nie tych sa­mych dur­nych py­tań – wrza­sną­łem, chwy­ta­jąc za ska­kan­kę.

Od de­ka­dy co­dzien­nie o szó­stej ra­no bie­gam co naj­mniej dzie­sięć ki­lo­me­trów. Mój gra­fik nie zmie­nił się od dwóch lat. Bie­ga­nie, si­łow­nia, tre­ning. Cza­sa­mi jem śnia­da­nie. Obia­du ni­g­dy nie opusz­czam ze wzglę­du na sta­rusz­ka, któ­ry nie wy­ba­czył­by mi nie­obec­no­ści. Wie­czo­ra­mi Dark Ni­ght i cza­sa­mi Pat­ty.

Przy­świe­ca mi je­den cel – pas mi­strzow­ski.

Wzią­łem od tre­ne­ra no­we ban­da­że i owi­ną­łem dło­nie. Mo­że tro­chę zbyt moc­no. Ale ja lu­bię ból. Dzię­ki nie­mu żyję. W mo­im ży­ciu nie ma miej­sca na de­li­kat­ność i łzy.

Po trzech se­riach sko­ków i pięć­dzie­się­ciu pomp­kach tre­ner wszedł na ring. Pot spły­wał mi po ple­cach. Ko­szul­ka nie­przy­jem­nie le­pi­ła się do cia­ła. Jed­nym ru­chem ze­rwa­łem ją z sie­bie i wy­rzu­ci­łem za sznu­ry.

– Wiesz, o co wal­czy­my, praw­da? – za­py­tał tym swo­im pro­tek­cjo­nal­nym to­nem.

– Se­rio? Po ty­lu la­tach my­ślisz, że mu­sisz mi to tłu­ma­czyć? – Za­pią­łem dru­gą rę­ka­wi­cę i usta­wi­łem się przed nim. – Płacę ci za pot, a nie za pier­do­le­nie.

Wy­mie­rzy­łem w je­go stro­nę trzy cio­sy pro­ste na gło­wę. Na­stęp­nie dy­na­micz­nie wy­pro­wa­dzi­łem cios w brzuch, by po chwi­li ener­gicz­ne ude­rzyć w oko­li­cę wą­tro­by.

Cios.

Unik.

Cios.

– Dłu­gi pra­wy pro­sty, da­waj! Mu­sisz go osa­czyć. Wy­bie­raj róż­ne kom­bi­na­cje ude­rzeń, ale nie za­trzy­muj się!

Tak też zro­bi­łem: do­słow­nie wkle­iłem się w je­go cia­ło szyb­ki­mi ude­rze­nia­mi. Le­wy, le­wy i pra­wy w brzuch. Gdy opu­ścił gar­dę, po­pra­wi­łem pod­bród­ko­wym. Tre­ner od­sko­czył do ty­łu. Od­nio­słem na­wet wra­że­nie, że na mo­ment stra­cił rów­no­wa­gę.

– Ar­thur Co­le­man to nie by­le ja­ki prze­ciw­nik. Dwu­krot­nie zdo­był ty­tuł mi­strza. Jest nie­po­ko­na­ny. Nie ma żad­ne­go sła­be­go punk­tu. Kie­ru­je się nie tyl­ko twar­dy­mi za­sa­da­mi w ży­ciu, ale i ogrom­nym sza­cun­kiem do prze­ciw­ni­ka. To praw­dzi­wy lew, któ­ry na­wet mrów­ki nie lek­ce­wa­ży.

– Je­śli Bru­no chce grać uczci­wie, to na pew­no nie znaj­dzie sła­be­go punk­tu.

Roz­pią­łem rę­ka­wi­ce i rzu­ci­łem je Ry­ano­wi.

– Co masz na my­śli? – za­py­ta­łem me­na­dże­ra.

– To, że nasz Ar­thu­ri­to ma jed­ną sła­bość, o któ­rej wie nie­wie­lu. Je­śli tam go tra­fisz, wy­gra­ną masz w kie­sze­ni.

– Uwa­żasz, że bez te­go nie dam ra­dy wy­grać? – wark­ną­łem i do­sko­czy­łem do nie­go. – Od dwóch je­ba­nych lat za­pier­da­lam jak nikt, bo ni­ko­mu, oprócz mnie, nie na­le­ży się ten ty­tuł. Ten pas już jest mój.

Wy­gram wszel­ki­mi spo­so­ba­mi. Chcę znisz­czyć prze­ciw­ni­ka na wie­lu płasz­czy­znach, bo mam w du­pie je­go uczu­cia. Mój mózg od mie­się­cy jest za­pro­gra­mo­wa­ny na je­den cel: wy­gra­na. Je­stem bok­se­rem. Po­dej­mu­ję wal­kę za­nim zdą­żę po­my­śleć, że nie dam ra­dy.

– Je­śli coś masz, to ga­daj. Al­bo nie mar­nuj mo­je­go cza­su!

Pat­ty sta­ła z ty­łu. Nie za­uwa­ży­łem jej wcze­śniej. Pod­bie­gła i po­da­ła mi ręcz­nik. Ry­an mil­czał, przy­glą­da­jąc się mo­jej dziew­czy­nie.

– Mów przy niej – rzu­ci­łem, wy­cie­ra­jąc czo­ło i kark.

– Ma sio­strę, Li­ly. Li­ly Co­le­man.

– Mów da­lej – kiw­ną­łem gło­wą, że­by nie prze­ry­wał i nie za­wra­cał so­bie gło­wy obec­no­ścią Pat­ty.

– Stu­dent­ka dru­gie­go ro­ku aka­de­mii mu­zycz­nej. Bru­net­ka. Dwa­dzieścia jeden lat. Zie­lo­ne oczy, nie za wy­so­ka, szczu­pła, dość atrak­cyj­na.

– Jak waż­na jest dla nie­go?

– Bar­dzo. Na ty­le, że kil­ka je­go walk prze­ło­żo­no nie ze wzglę­du na je­go kon­tu­zje, tyl­ko przez nią. Mu­siał się za­jąć sio­strzycz­ką. Jest je­go nu­me­rem je­den na li­ście prio­ry­te­tów.

Za­sta­na­wiałem się, chociaż żadna konkretna propozycja z ust Ryana nie padła. Ocza­mi wy­obraź­ni już wi­dzia­łem Ar­thu­ra za­ła­ma­ne­go na­głym znik­nię­ciem sio­stry.

– Chy­ba nie za­mie­rzasz się z nią spo­ty­kać?! Bru­no?!

Spoj­rza­łem na Pat­ty i zmie­rzy­łem ją wzro­kiem. Za­sta­na­wia­łem się, co ja wła­ści­wie z nią ro­bię. Seks? Kie­dyś tak. Te­raz? To­tal­ny wrzód na du­pie.

– Nie, Ry­an. – Prze­nio­słem wzrok na przy­ja­cie­la. – Wal­czę uczci­wie.

– Dzię­kuję. – Pat­ty wspar­ła się na mo­im spo­co­nym ra­mie­niu i po­ca­ło­wa­ła mnie w po­li­czek.

– Nie ro­bię te­go dla cie­bie. – Wy­tar­łem mo­kry ślad po jej ustach, za­rzu­ci­łem ręcznik na szyję i skie­ro­wa­łem kro­ki do szat­ni. Wzią­łem z tor­by świeżą bieliznę i po­sze­dłem pod prysz­nic. Usta­wi­łemchłod­ną wo­dę i opar­łem się ra­mio­na­mi o zim­ne płyt­ki. Czu­łem ulgę, choć cia­ło bo­la­ło.

Li­ly Co­le­man? Na co mi ko­lej­na gów­nia­ra, sko­ro z jed­ną mam już pro­blem. I to nie li­cząc tych, któ­re sa­me pcha­ją mi się pod sa­mo­chód.

– Mo­że mo­gła­bym się przy­łą­czyć? – Pat­ty ob­ję­ła mnie w pa­sie, ca­łu­jąc jed­no­cze­śnie w ple­cy.

– Wiesz, że po tre­nin­gu za­wsze spie­szę się do do­mu. – Od­su­ną­łem jej rę­ce i za­krę­ci­łem wo­dę.

Ostroż­nie wy­sze­dłem spod prysz­ni­ca i na­gi pod­sze­dłem do wie­sza­ka z ręcz­ni­ka­mi. Pat­ty jed­nak nie od­pusz­cza­ła. Złapała mojego wilgotnego penisa i cisnęła go w dłoni.

– Tward­nie­je – po­in­for­mo­wa­ła dum­nie.

– Je­stem zdro­wym fa­ce­tem, więc to nic nie-zwy­kłe­go.

Od­su­ną­łem się, wy­tar­łem i za­czą­łem ubie­rać.

– Bru­no, za­nie­dbu­jesz mnie ostat­nio! Nie przy­cho­dzisz do mnie wie­czo­ra­mi, cho­ciaż wiesz, że mo­je­mu oj­cu to nie prze­szka­dza. Wi­du­ję cię tyl­ko pod­czas tre­nin­gów, a i tak wte­dy je­steś skon­cen­tro­wa­ny na ćwi­cze­niach.

– Pat, przy­go­to­wu­ję się do naj­waż­niej­szej wal­ki. Przy­po­mi­nam ci, gdy­byś za­po­mnia­ła. Na tym chcę się sku­pić – od­po­wie­dzia­łem, wciąż sto­jąc do niej ple­ca­mi.

– A kie­dy znaj­dziesz czas dla mnie? – ma­ru­dzi­ła jak ma­łe dziec­ko. Iry­to­wała mnie.

– Ry­an chęt­nie się to­bą zaj­mie. A te­raz wy­bacz, ale spie­szę się na obiad z dziad­kiem.

– Mo­gę do­łą­czyć?

– Nie. Mój dzia­dek tra­ci na twój wi­dok ape­tyt. Wspo­mi­nał ci o tym, kie­dy tu go­ścił. – Uśmiechnąłem się pod nosem i wyminąłem Pat­ty jak prze­szko­dę.

Pa­nu­ją­cy na ze­wnątrz upał sta­wał się nie do znie­sie­nia. Wsia­dłem do au­ta i na­tych­miast włą­czy­łem kli­ma­ty­za­cję. Je­cha­łem ostroż­niej niż zwy­kle, szcze­gól­nie nie­da­le­ko aka­de­mii.

Bóg je­den wie, czy zno­wu ta głu­cha wa­riat­ka nie wle­ci mi pod ko­ła.

Gdy­by Co­le­man wie­dział, co szy­ku­je­my… wy­grał­bym już dzi­siaj. Ale pra­gnę wejść z nim do klat­ki. Pra­gnę zo­ba­czyć w je­go oczach strach. Chcę, że­by zro­zu­miał, że na­wet naj­sil­niej­si pa­da­ją na de­ski, je­śli wy­star­cza­ją­co moc­no ude­rzysz w ich ser­ce. A Lil­lian Co­le­man zaj­mu­je tam wy­jąt­ko­we miej­sce.

Lil­lian

– Wró­cę dzi­siaj póź­niej niż zwy­kle. Nie cze­kaj z ko­la­cją – rzu­cił Ar­thur pod­czas śnia­da­nia, zer­ka­jąc na ze­ga­rek.

– Coś się sta­ło? – za­py­ta­łam, do­le­wa­jąc mle­ka do płat­ków śnia­da­nio­wych.

– Mam spo­tka­nie z tre­ne­ra­mi. Je­śli znów zdo­bę­dę pas, koń­czę z tym i za­kła­dam ro­dzi­nę – po­wie­dział na­tu­ral­nym gło­sem.

Łyżka zamarła mi w dło­ni w po­ło­wie dro­gi do ust.

– Słu­cham? Ty? Ro­dzi­na? Żo­na? Gro­mad­ka dzie­ci? Sor­ry, Ar­thur, ale ty bar­dziej ko­chasz wo­rek tre­nin­go­wy. Zdo­łasz ob­da­rzyć mi­ło­ścią ja­ką­kol­wiek ko­bie­tę?

– Cze­mu nie? Li­ly, by­ła­byś cu­dow­ną cio­cią – od­parł po­waż­nie. – Mam dwa­dzie­ścia dzie­więć lat. Osią­gną­łem to, o czym ma­rzy­łem, za­ro­bi­łem na­praw­dę nie­złe pie­nią­dze.

– Masz ko­goś? – spy­ta­łam po­dejrz­li­wie.

– Mo­że tak, mo­że nie – od­parł ta­jem­ni­czo, uśmie­cha­jąc się pod no­sem.

Od­kąd zmar­li ro­dzi­ce, Ar­thur ni­g­dy nie przy­pro­wa­dził do do­mu żadnej dziewczyny. Nie znaczy to jednak, że jakiejś nie miał.

– Trzy­mam cię za sło­wo. Mo­że wte­dy prze-sta­niesz się sku­piać na mnie.

– Wąt­pię. Nad sio­strą za­wsze bę­dę się trząsł jak nad jaj­kiem. Le­piej się przy­go­tuj, bo każ­de­go de­li­kwen­ta do­kład­nie sprawdzę.

– Od­no­śnie do de­li­kwen­tów. Mia­ła­bym do cie­bie jed­ną proś­bę. W so­bo­tę ko­le­żan­ka, znasz Ka­te, urzą­dza im­pre­zę w klu­bie i mnie za­pro­si­ła. Wiem, co my­ślisz, ale za­uważ, pro­szę, że mam dwa­dzie­ścia je­den lat. Nie je­stem dziec­kiem.

– Po pierw­sze, Li­ly, wiek nie gra tu­taj ro­li. Po dru­gie, na­zwę klu­bu po­pro­szę.

– Dark Ni­ght – rzu­ci­łam lek­ko.

Wy­raz je­go twa­rzy się zmie­nił. Na­piął szczę­kę i ści­snął grzbiet no­sa.

– Nie.

– Nie co?

– Li­ly? Dark Ni­ght? Ab­so­lut­nie nie wy­ra­żam zgo­dy.

– Prze­cież się zgo­dzi­łeś! – wrza­snę­łam wku­rzo­na.

– Kie­dy? W któ­rym zda­niu usły­sza­łaś, że się zga­dzam?

Po­krę­ci­łam gło­wą z nie­do­wie­rza­niem.

– Ar­thur, nie ży­ję w za­ko­nie. Chcę się za­ba­wić, wy­pić drin­ka, po­tań­czyć.

– Li­ly, to miej­sce od­wie­dza­ją na­praw­dę nie­bez­piecz­ni fa­ce­ci. Tyl­ko cze­ka­ją na ta­kie na­iw­ne pa­nien­ki jak ty. Nie po­zwo­lę na to, abyś pa­dła ofia­rą jed­ne­go z nich. Obie­ca­łem ro­dzi­com, że bę­dę cię chro­nił.

Wstał i za­czął wkła­dać naczynia do zmy­war­ki.

– Te­mat za­koń­czo­ny – do­dał, wy­mow­nie na mnie zer­ka­jąc.

Chy­ba ocze­ki­wał, że mu się prze­ciw­sta­wię. Ja jed­nak od­pu­ści­łam so­bie wal­kę na sło­wa, bo i tak z gó­ry by­łam ska­za­na na po­raż­kę. W za­mian za to po­szłam do po­ko­ju, by po­szu­kać od­po­wied­niej kre­acji na so­bot­nią im­pre­zę.

Na uczel­ni z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­łam na spo­tka­nie z Ma­ry, aby usta­lić z nią szcze­gó­ły.

– Gdzie się spo­tka­my? U mnie czy u cie­bie? – za­py­ta­ła wspól­nicz­ka pla­no­wa­ne­go prze­ze mnie ro­dzin­ne­go prze­stęp­stwa.

– U cie­bie. Mu­szę jesz­cze coś wy­my­ślić, jak wyjść nie­po­strze­że­nie z do­mu.

Spis tre­ści

Lil­lian

Bru­no

Lil­lian

Zaj­rzyj do na­sze­go skle­pu: www.ostre-pio­ro.pl

Ta­ble of Con­tents

Co­ver

Re­dak­cyj­na

Ti­tle

De­dy­ka­cja

Lil­lian

Bru­no

Lil­lian

Land­marks

Co­ver

Ta­ble of Con­tents