Girlaski - Krzewiński Julian - ebook + książka

Girlaski ebook

Krzewiński Julian

2,0

Opis

Warszawa, lata 20. XX wieku. Sonia, uboga dziewczyna o niejasnym pochodzeniu, trafia pod opiekę Ryszarda Rzymskiego, czterdziestopięcioletniego dżentelmena, znudzonego kolejnymi romansami. Mężczyzna traktuje ją jak damę do towarzystwa, ale nie wszyscy chcą w to wierzyć. Sonia, która także nie rozumie jego oczekiwań, ucieka z domu. W tym trudnym momencie życia serdeczni przyjaciele wyciągają do niej rękę, a nawet udaje jej się zdobyć posadę girlasy w teatrzyku „Orfeum”, w którym często bywa Ryszard i jego przyjaciele. Wszystko wydaje się układać jak najlepiej. W dziewczynie zakochuje się Jerzy, bratanek jej dawnego opiekuna. Jednak na ten związek nie godzi się jego matka. Przeświadczona, że działa dla dobra ukochanego jedynaka, postanawia za każdą cenę zdyskredytować Sonię. Dziewczyna zmuszona jest wziąć swój los we własne ręce. Będzie ją to wiele kosztowało, ale droga do prawdziwego szczęścia bywa bardzo wyboista.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 231

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,0 (1 ocena)
0
0
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




I

– Na gir­lasy

Nie­je­den łasy,

To fry­kasy

I miód.

Bo gir­la­ski

Są jak ob­razki.

Daj okla­ski

Za trud.

Tempo! Ma­szyna z jedną nóżką.

Tempo! Lecz każda ma ser­duszko.

Serc tych bi­ciem

Kie­ruje ży­cie

Już bez rytmu i nut...

Roz­brzmie­wał gło­śny śpiew nie­usta­wio­nych gło­sów.

– Dzie­sięć mi­nut pauzy!

Ba­let­mistrz, w gim­na­stycz­nych pan­to­flach na bo­sych no­gach, w ką­pie­lo­wym szla­froku, za­rzu­co­nym na ra­miona – prze­stał ude­rzać do taktu w ja­poń­skie tam­bu­rynko i usiadł na budce su­flera.

Szes­na­ście pra­wych nóg, dość do­bra­nych, dość jed­na­ko­wych, na ostat­nie ude­rze­nie pa­łeczki ba­let­mi­strza o bę­be­nek opa­dło na dół.

Stopy w ba­let­kach sta­nęły jak w woj­sku na ko­mendę „bacz­ność”.

Z szes­na­stu par dziew­czę­cych płuc ule­ciało wes­tchnie­nie, ode­tchnię­cie po mę­czą­cej, fi­zycz­nej pracy, bło­gie „aaach”, na myśl za­cią­gnię­cia się po­śpiesz­nie pa­pie­ro­sem w cza­sie krót­kiej prze­rwy.

Wan­dzia Bu­dzyń­ska, naj­star­sza z ze­społu tan­cerka te­atrzyku „Or­feum”, na­tych­miast za­rzu­ciła na gołe ra­miona szla­fro­czek i zbie­gła ze sceny po schod­kach pro­wa­dzą­cych na wi­dow­nię.

Pierw­sze rzędy pu­stych krze­seł oświe­tlał blask pa­da­jący ze sceny, reszta sali to­nęła w pół­mroku.

W głębi, w jed­nym z ostat­nich rzę­dów sie­działa dziew­czyna w chu­stce na gło­wie, trzy­ma­jąc ja­kiś to­bo­łek, duże za­wi­niątko na ręku.

To do niej Wan­dzia spie­szyła, a zna­la­zł­szy się przy niej, za­wo­łała:

– Da­waj dzie­ciaka.

I zręcz­nym ru­chem ob­na­żyła jędrną, białą jak śnieg pierś, sia­da­jąc na krze­śle obok dziew­czyny. Słu­żąca po­dała swej pani ta­jem­ni­cze za­wi­niątko, z któ­rego wy­chy­lił się za­bawny łe­bek w ko­ron­ko­wym cze­peczku i roz­chy­lone, bez­zębne usteczka, spra­gnione po­karmu.

Młoda ma­teczka za­ło­żyła nogę na nogę, udem pod­trzy­mu­jąc swój słodki cię­żar, który gło­śnym mla­ska­niem oka­zy­wał ape­tyt i za­do­wo­le­nie za­spo­ka­ja­nego głodu.

Po chwili girl po­wie­działa:

– Adela, masz moją to­rebkę? To wyj­mij z niej pa­pie­rosa, wsadź mi w usta i za­pal. Tam są i za­pałki.

Po­śpiesz­nie za­cią­gała się dy­mem.

W ka­pe­lu­szu, z fan­ta­zją wło­żo­nym na zgrabną główkę, prze­cho­dził od foyer ku sce­nie mi­nia­tu­rowy czło­wie­czek – duży ar­ty­sta w ma­łym ciele.

Za­uwa­żył:

– Pani Bu­dzyń­ska, niech pani przy kar­mie­niu nie pali pa­pie­rosa, bo się po­karm przy­dymi.

Młoda matka uśmiech­nęła się, a jej słu­żąca ro­ze­śmiała się na całe gar­dło.

Ko­le­żanki jed­nej je­dy­nej mę­żatki spo­śród gir­la­sek zgru­po­wały się na schod­kach z dwóch stron sceny lub w pierw­szych rzę­dach krze­seł.

Wszyst­kie pa­liły pa­pie­rosy, prócz jed­nej.

Była to Ja­dzia Bo­równa. Uczyła się śpiewu i sza­nu­jąc głos, od­zwy­cza­iła się od na­łogu, tak wła­ści­wego lu­dziom pracy ner­wo­wej, go­rącz­ko­wej i nie­re­gu­lar­nego ży­cia.

Na­chy­liw­szy się ku niej, Irka Brwi­no­wicz szep­tała jej coś do ucha, czy­ta­jąc z kartki.

Po po­licz­kach czy­ta­ją­cej spły­wały łzy.

Nie mo­gło to, droga Ir­ciu, trwać wiecz­nie. Mu­simy się roz­stać. Jest to ko­niecz­ność ży­ciowa. Do­no­szę ci o mym po­sta­no­wie­niu li­stow­nie, aby mo­ment oso­bi­stego po­że­gna­nia nie roz­draż­nił jesz­cze bar­dziej na­szych serc...

Ko­chliwa, ro­man­tyczna Irka po raz trzeci w tym se­zo­nie zwie­rzała swej przy­ja­ciółce od serca mi­ło­sne pe­ry­pe­tie w związku z ze­rwa­niem z „na­rze­czo­nym”.

Inne gir­la­ski ga­dały jedna przez drugą, nie słu­cha­jąc.

Irka Lis­sówna, we­dług jej zna­nego wszyst­kim zwy­czaju za­to­piona w jed­nym z pism ilu­stro­wa­nych, z ołów­kiem w ręku usi­ło­wała roz­wią­zać ja­kąś krzy­żówkę, czy też lo­go­gryf, a może ma­giczny kwa­drat.

Te wszyst­kie czyn­no­ści tan­ce­rek pod­czas krót­kiej pauzy w pró­bie zo­stały prze­rwane trzema ude­rze­niami pa­łeczki ba­let­mi­strza w tam­bu­ryno i okrzy­kiem:

– Pa­nienki! Do ro­boty!

W jed­nej chwili gwarna cze­reda pod­lot­ków i mło­dych ko­bie­tek uci­chła.

Ga­szono śli­nami tlące pa­pie­rosy w dba­ło­ści, aby nie­do­pa­łek, po­rzu­cony w po­śpie­chu na wi­downi, nie wy­wo­łał po­żaru.

Tan­cerki, jak na ko­mendę, w jed­nej chwili zrzu­ciły szla­froczki, ką­pie­lowe płasz­cze, szale, któ­rymi okry­wały pod­czas pauzy swe pół­na­gie ciała.

I już, kiedy za­brzmiała prze­grywka for­te­pia­nowa do ku­pletu – w nie­ska­zi­tel­nej re­gu­lar­no­ścią li­nii gir­la­ski z „Or­feum” sta­nęły, wpa­trzone w by­stre oczy ba­let­mi­strza.

– Raz i dwa, i trzy...

Na gir­lasy

Nie­je­den łasy,

To fry­kasy

I miód...

I znów po raz setny roz­brzmiał śpiew gir­la­sków w takt dud­nie­nia ja­poń­skiego bę­benka, w ryt­mie ak­cen­to­wa­nym rów­niutko ru­chami zgrab­nych, ba­jecz­nie do­bra­nych, dziew­czę­cych nó­żek.

W pew­nej chwili ozwał się głos ba­let­mi­strza:

– Stop!

Pia­ni­sta na­tych­miast prze­rwał gra­nie, a dziew­częta ze sceny spoj­rzały z obawą i za­py­ta­niem w oczy pro­fe­sora ba­letu, która też z nich coś „sfaj­fo­niła”, że kie­row­nik uznał za sto­sowne prze­rwać im ta­niec.

– Któ­rej tam bra­kuje? – spy­tał ba­let­mistrz.

– Prze­pra­szam! Sto­krot­nie prze­pra­szam! – wo­łała z głębi wi­downi bie­gnąca ku sce­nie Bu­dzyń­ska.

Ma­leń­kiego wzro­stu ko­mik re­wiowy wziął do ręki me­ga­fon, któ­rym cza­sem re­ży­ser ha­ła­śli­wych fi­na­łów po­słu­gi­wał się, aby być le­piej przez cały ze­spół ar­ty­styczny sły­szany i wo­łał swym cien­kim gło­sem, kie­ru­jąc do góry trąbę me­ga­fonu ku wy­so­kiej po­stawy ba­let­mi­strzowi:

– Wan­deczka jest uspra­wie­dli­wiona. Spóź­niła się mo­men­cik, bo po­karm jej wez­brał.

Gło­śny śmiech za­wtó­ro­wał temu anon­sowi i znów ma­szyna o szes­na­stu pa­rach rąk i nóg, o szes­na­stu głów­kach, krótko ostrzy­żo­nych, za­częła dzia­łać równo, re­gu­lar­nie, jak ja­kiś nie­sa­mo­wity me­cha­nizm:

Tempo! Ma­szyna z jedną nóżką!

Tempo! Lecz każda ma ser­duszko!

Śpie­wała też Brwi­no­wi­czówna, a po jej po­licz­kach spły­wały łzy żalu, któ­rych nie miała czasu obe­trzeć ani razu pod­czas wy­ko­ny­wa­nego nu­meru.

Jej ręce – to prze­cież tryby me­cha­ni­zmu, który musi dzia­łać nie­za­wod­nie, we­dług z góry prze­wi­dzia­nego planu.

Za­wód ser­cowy to epi­zod, któ­rego się nie uwzględ­nia przy ukła­da­niu nu­meru.

Ma­szyna, zwana ze­spo­łem girls, nie może so­bie po­zwo­lić na żadne od­ru­chy.

Tempo! Tempo! Tempo!

Że­la­zna dys­cy­plina!

I rytm! Nie­ubła­gany, re­gu­larny rytm, jak stu­kot po­śpiesz­nego po­ciągu po szy­nach.

W świe­tle ramp bły­skały rów­nym sze­re­giem: wy­rzu­cane efek­tow­nie w górę łydki, uda, zgrabne ko­lana, fa­lo­wały miękko, jak ło­dygi ne­nu­fa­rów w wo­dzie – białe ra­miona i ręce, chwiały się czu­prynki dziew­czę­cych głów: blond, czarne, kasz­ta­no­wate i... utle­nione.

Cóż to za roz­ma­itość ty­pów, cha­rak­te­rów i uspo­so­bień.

Ale jedno ude­rze­nie ba­let­mi­strza w bę­be­nek, sy­gnał na za­czę­cie pracy i w jed­nej se­kun­dzie te: Ja­dzie, Wan­dzie, Irki – tracą swe in­dy­wi­du­al­no­ści, imiona, na­zwi­ska.

Każda staje się śrubką, try­bem ide­al­nie dzia­ła­ją­cego me­cha­ni­zmu; nu­me­rem we­dług ko­lej­no­ści, w ja­kiej staje za­zwy­czaj w rzę­dzie od le­wej strony.

Na wi­dow­nię wkro­czyło dwóch męż­czyzn.

Woźny wpu­ścił ich bez pro­te­stu, a na­wet z ukło­nem na salę pod­czas próby, gdzie w ta­kiej chwili ob­cym jest wstęp su­rowo wzbro­niony.

Obaj pa­no­wie czuli się tu jak u sie­bie w domu.

Ar­ty­ści, sie­dzący w krze­słach i ocze­ku­jący ko­lei swo­ich nu­me­rów w trak­cie próby, wi­tali przy­jaź­nie przy­by­szów.

– Pa­nie B. – za­wo­łał Alicki, te­nor, śpiew­nym gło­sem – tam w głębi sza­nowny po­to­mek pań­ski...

I wska­zał ręką w ciemny kąt wi­downi, gdzie wid­niała niańka z dziec­kiem na ręku.

Na­zwany pa­nem B. udał się we wska­za­nym przez ak­tora kie­runku.

Ose­sek, spo­strze­gł­szy ojca, wi­docz­nie od razu go po­znał, bo w szcze­rym uśmie­chu ob­na­żył swe bez­zębne dzią­sełka.

Bu­dzyń­ski wziął dziecko z rąk niańki i uca­ło­waw­szy jego pu­co­ło­wate po­liczki, za­py­tał:

– Czy pani ci nie mó­wiła, jak długo może jesz­cze trwać próba?

– Pew­nie gir­lasy już za­raz będą wolne – od­po­wie­działa – bo pan dy­rek­tor mó­wił, że te­raz za­cznie się próba dla sa­mych so­li­stów.

Bu­dzyń­ski spoj­rzał na scenę, gdzie jed­nym z po­nęt­nych try­bów no­wo­żyt­nej ma­szyny, zwa­nej ze­spo­łem girls – była jego żona.

Spo­strze­gła męża ze sceny i le­ciutko ski­nęła mu głową, aby nie wy­paść z rytmu, gdzie każdy ruch ręki, nogi, głowy musi być ści­śle sko­or­dy­no­wany z ru­chem ca­łego ze­społu.

To­wa­rzysz Bu­dzyń­skiego, wy­tworny dżen­tel­men, wi­tał się ze śpie­waczką, która czy­niła roz­ka­pry­szo­nym gło­sem, uda­jąc dziecko, wy­mówki, iż jesz­cze nie po­dzi­wiał jej w ostat­nim prze­bo­jo­wym pro­gra­mie „Or­feum”.

Męż­czy­zna za­pew­niał pri­ma­donnę re­wii, że je­żeli czas nie po­zwoli mu po­we­to­wać tego za­nie­dba­nia, to kosz kwia­tów na sce­nie po jej pierw­szym nu­me­rze bę­dzie dziś wy­ra­zem jego go­rą­cej, a nie­speł­nio­nej chęci usły­sze­nia śpiewu pri­ma­donny.

Idąc w stronę, gdzie usiadł jego przy­ja­ciel, za­no­to­wał so­bie w pa­mięci, żeby wstą­pić za­raz do kwia­ciarni, aby uczy­nić od­po­wiedni ob­sta­lu­nek.

Przy­ja­ciel Bu­dzyń­skiego, star­szy od niego o do­bre lat dzie­sięć, Ry­szard Rzym­ski, był ty­pem wy­kwint­nego, czter­dzie­sto­pię­cio­let­niego dżen­tel­mena.

Gdyby wszelka poza nie była mu obca, można by przy­pusz­czać, iż po­zuje na an­giel­skiego lorda.

Wy­da­wał się nad­zwy­czaj zrów­no­wa­żony. Jego ru­chy po­wolne, choć ener­giczne, ce­cho­wały czło­wieka pew­nego sie­bie i opa­no­wa­nego.

Za­równo girlsy, jak i so­listki te­atrzyku „Or­feum”, któ­rego by­wał czę­stym go­ściem, zgod­nie twier­dziły, że pan Ryś Rzym­ski, cho­ciaż nie pierw­szej mło­do­ści, może się bar­dziej po­do­bać od nie­jed­nego mło­dzika i że sre­bro si­wi­zny, któ­rym czas dość ob­fi­cie przy­pró­szył mu skro­nie, „robi mu do twa­rzy”.

Rzym­ski siadł obok swego przy­ja­ciela.

Po­pa­trzył na bo­ba­ska, któ­rego Bu­dzyń­ski z mi­ło­ścią oj­cow­ską pia­sto­wał na ręku, a po­tem spoj­rzał na scenę.

Przy­ja­ciel męża jed­nej z girls „Or­feum” znał te wszyst­kie tan­cerki do­sko­nale; miały go one za przy­ja­ciela ca­łego ze­społu i każ­dej z osobna.

I nie my­liły się.

Lu­bił tę całą ma­szynę ta­neczną, i da­rzył sym­pa­tią, a na­wet pew­nego ro­dzaju sen­ty­men­tem każdą z czą­stek jej me­cha­ni­zmu.

Ob­ser­wu­jąc ryt­miczny ta­niec gir­la­sków, po chwili za­czął roz­mowę z są­sia­dem pod wpły­wem re­flek­sji, jaką na­rzu­cała mu praca tan­ce­rek na sce­nie.

– Ja­nusz, czy ty je­steś zwo­len­ni­kiem stan­da­ry­za­cji, nor­ma­li­za­cji i tych róż­nych no­wo­cze­snych me­tod pracy?

– W wielu wy­pad­kach – od­po­wie­dział za­py­tany – tak. Ale sporo za­leży od ja­ko­ści tej pracy, nie wszę­dzie...

– Ob­ser­wu­jąc na­sze ko­chane gir­la­ski – prze­rwał mu Ry­szard – wpa­dłem na okre­śle­nie, że girlsy to jest za­sto­so­wa­nie tay­lo­ry­zmu do sztuki pięk­nej, w tym wy­padku – ta­necz­nej. Jak w fa­bryce ro­bot­nik, sta­jąc się po­moc­ni­kiem ma­szyny, musi na­brać jej cech, to jest me­cha­ni­za­cji, tak tu w ze­spole ta­necz­nym dziew­częta mu­szą po­zbyć się in­dy­wi­du­al­no­ści i każda im bar­dziej jest utoż­sa­miona ze swymi to­wa­rzysz­kami, tym jest ide­al­niej­szą girlsą w ze­spole.

– Rze­czy­wi­ście, wi­dzę tu pewne ana­lo­gie.

– Otóż po­wiem ci, mój drogi, że co do mnie, to może je­stem już sta­rej daty, ale za­wsze wolę naj­pry­mi­tyw­niej­szy przed­miot, wy­ko­nany ręcz­nie, w który ro­bo­ciarz, rze­mieśl­nik czy inny pra­cow­nik wlał cząstkę swej in­dy­wi­du­al­no­ści, ta­lentu, du­szy, niż naj­pięk­niej­szą rzecz wy­two­rzoną me­cha­nicz­nie.

Dla­tego wi­dać i tu nie po­tra­fię pa­trzeć, jak inni wi­dzo­wie, na ze­spół girls, jako na ca­łość, lecz wy­ła­wiam zwy­kle wśród sze­regu tan­ce­rek jedną i tę spe­cjal­nie ob­ser­wuję.

– Ha­haha! – za­śmiał się Bu­dzyń­ski – wi­docz­nie i ja mia­łem w tym wzglę­dzie ten sam, co ty, zwy­czaj, bo wy­ło­wi­łem so­bie spo­śród tego ze­społu jedną i za­bra­łem na wła­sność.

– No tak – od­rzekł na tę uwagę przy­ja­ciela Rzym­ski – no tak, gdyby ktoś chciał wziąć na wła­sność cały ze­spół, mu­siałby być Tur­kiem i to sta­rej daty, póki jesz­cze Ke­mal Pa­sza nie roz­pę­dził ha­re­mów.

Obaj ro­ze­śmieli się, a Rzym­ski wy­na­lazł so­bie jedną z rzędu zgrab­niut­kich dziew­cząt „do pa­trze­nia”. Była to Gie­nia Do­bo­szówna, która, we­dług jego zda­nia, miała z nich wszyst­kich naj­ład­niej­sze ko­lanka.

Znał je wszyst­kie i nie im­po­no­wało mu u nich to, że są do­brane wzro­stem, tu­szą, ro­dza­jem bu­dowy, ale każda miała dlań coś, co czy­niło ją in­te­re­su­jącą.

Gieni ko­lanka, Ma­rysi uda, Zosi Ba­ra­now­skiej kar­na­cja ciała itd. – to były szcze­góły, piękne szcze­góły, które przy­ku­wały nie­raz, gdy sie­dział w krze­słach, jego uwagę i sen­ty­ment sta­rego ko­ne­sera-lo­we­lasa.

Te du­ma­nia przy­ja­ciela prze­rwał Ja­nusz, od­da­jąc dziecko niańce.

– Wy­ło­wi­łem jedną z girls tego te­atrzyku na wy­łączną wła­sność i za­pew­niam cię, bra­cie ko­chany, że ni­gdy tego nie ża­łuję. I ra­dzę ci...

– Co? Oże­nić się? Nie, mój drogi, to nie dla mnie.

– My­lisz się. Nie znasz sie­bie. Ty je­steś, wbrew opi­nii ogól­nej, ty­powy mo­no­ga­mi­sta.

– Ja? Osza­la­łeś.

– Wcale nie osza­la­łem. Za­sta­nów się tylko. Czyś ty kiedy dał się uwieść przy­god­nie spo­tka­nej ko­bie­cie, jak każdy inny z to­wa­rzy­szy na­szych wspól­nych lum­pek? Ni­gdy! A że czę­sto zmie­nia­łeś przed­mioty twych przy­wią­zań, to ża­den do­wód, że je­steś mo­ty­lem. Od czasu kiedy ży­jemy bli­żej ze sobą, wi­dzia­łem kilka już zmian w twoim re­per­tu­arze mi­ło­snym. Ob­ser­wu­jąc zaś każdy u cie­bie na­wią­zu­jący się ro­mans, a po­tem dra­maty roz­sta­nia, co­raz bar­dziej na­bie­ra­łem prze­ko­na­nia, że je­steś ty­po­wym mo­no­ga­mi­stą. Przy­znaj się, że naj­bar­dziej pra­gnął­byś zna­leźć taką ko­bietę, z którą nie po­trze­bo­wał­byś się roz­sta­wać aż do śmierci. No! Po­zna­łem się na to­bie, czy nie? Przy­znaj się.

Rzym­ski uśmiech­nął się, po­my­ślał chwilę i od­rzekł:

– Mam wra­że­nie, że masz, Ja­nu­szu, ra­cję. Tak. Ja tylko do­tąd nie mia­łem szczę­ścia zna­leźć osoby, który by mi zu­peł­nie od­po­wia­dała... Za­wsze koń­czyło się ja­ki­miś nie­sna­skami.

– Tak. Ty je­steś jak Don Juan, który nie dla roz­ma­ito­ści zmie­niał przed­mioty swych za­chwy­tów, ale z we­wnętrz­nego pra­gnie­nia zna­le­zie­nia tej wy­ma­rzo­nej, osta­tecz­nej.

– Kiedy się za­sta­na­wiam nad tą ostat­nią...

– Władką?

– Tak. To przy­cho­dzę do prze­ko­na­nia, żeś przej­rzał mnie na wskroś.

– No więc się ożeń.

– Z kim?

– Z tą, w któ­rej się za­ko­chasz, albo którą się spe­cjal­nie za­in­te­re­su­jesz.

– Nie­moż­liwe.

– Dla­czego?

– Gdyż te­raz będę uni­kał wszel­kich zbli­żeń z ko­bie­tami, wszel­kich po­ufa­ło­ści, które za­dzierz­gają ja­kieś trwal­sze uczu­cia... Po­tem są tylko bo­le­sne roz­cza­ro­wa­nia, nie­raz nie­smaczne, przy­kre epi­zody roz­sta­nia. Nie, mój drogi. Przy­sią­głem so­bie od czasu ze­rwa­nia z Wła­dzią, że to już było ze mną ostatni raz. Spraw­dzi­łem na so­bie, że z wie­kiem, za­miast obo­jęt­nieć na te dra­ma­ciki mi­ło­sne, staję się wo­bec nich co­raz draż­liw­szy.

Ba­let­mistrz dał ha­sło do skoń­cze­nia próby ba­le­to­wej i girlsy skryły się, jako stadko bia­łych my­szy, za ku­lisy.

Pięć mi­nut po­tem Rzym­ski i Bu­dzyń­ski uca­ło­wa­niem ręki wi­tali Wan­dzię, ubraną już w palto i ka­pe­lusz.

– Wan­deczko – prze­mó­wił do niej mąż, gdy ru­szyli ku wyj­ściu – masz dziś na obiad nie­spo­dziankę. Za­pro­si­łem Ry­sia.

– Bar­dzo się cie­szę, ale nie spo­dzie­wa­jąc się ta­kiego go­ścia, za­mó­wi­łam strasz­nie skromny obiad – po­wie­działa młoda pani domu.

– Pani Wan­duchno – pro­sił Ry­szard – niech mnie pani przy­gar­nie do swego ogni­ska do­mo­wego. Taki je­stem sa­motny.

– Ależ na­tu­ral­nie – od­po­wie­działa ze śmie­chem – tylko uprze­dzam, ja­kie jest menu.

Wsie­dli do sto­ją­cego przed te­atrem pry­wat­nego sa­mo­chodu Rzym­skiego.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
Co­py­ri­ght © 2023, wy­daw­nic­two MG Wszel­kie prawa za­strze­żone. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych – rów­nież czę­ściowe – tylko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­ciela praw.
ISBN 978-83-7779-914-7
Pro­jekt okładki: Anna Slo­torsz
Zdję­cia i ilu­stra­cje użyte na okładce: po­lona.pl (do­mena pu­bliczna).
Opra­co­wa­nie re­dak­cyjne: MG
Ko­rekta: Do­rota Ring
www.wy­daw­nic­twomg.pl
kon­takt@wy­daw­nic­twomg.pl
Kon­wer­sja eLi­tera